5,99 zł
Okres po rozbiorach, na polską prowincję powraca żołnierz-tułacz. Mężczyzna bohatersko walczył "za wolność waszą i naszą" na europejskich frontach. Śmierć dopadła go dopiero w rodzinnych stronach, z rąk rodaków. Opowiadanie inspirowane popularną w XIX wieku "Pieśnią o żołnierzu tułaczu". Utwór podzielony na trzy części zawiera także przemyślenia autora o wojnach napoleońskich i czasach rewolucji francuskiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 94
Stefan Żeromski
Saga
O żołnierzu-tułaczu
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
Copyright © 1896, 2021 SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788728053669
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania, zajętego w gospodzie „Zum Bär“ na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i zwolna weszło do izby kilku oficerów w kostjumach narzuconych niedbale, oraz sierżant jednej z kompanij trzeciego bataljonu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kucki i zwrócił się do sierżanta, który wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.
— No i jakże, byłeś? — zapytał, wycierając oczy.
— Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca. . .
— Co rzeka! Widziałeś ich? — zawołał porywczo i z niepokojem.
— Zdaleka. . .
— Któż to był? Szyldwachy?
— Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.
— Gdzież oni byli?
— Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole, inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku szyldwachów.
— Czy was spostrzegli?
— Tak, obywatelu generale. . . — szepnął sierżant nieśmiało.
— Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?
— Nie, obywatelu. . .
— Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie doszedł?
— Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą jezior, które tam leżą i któreśmy zdaleka widzieli.
Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie, rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednem z okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w podwórzach i zaułkach między domostwami.
Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.
— Dziękuję. . . —rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy.
Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem zawołał:
— Czy to prawda, co opowiadają naoczni świadkowie-znawcy, że te pozycje są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski genjusz w kpa się tu zamieni, że białe Austrjaki zarzucą nas z tych gór swemi pochyłemi bermycami — powiedz, Râteau. . .
— To jest miejsce nie do zdobycia — rzekł sierżant posępnie.
W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał zwolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnem nienawiści kapitana, stojącego we framudze drugiego okna.
— Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? — rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.
— Uprzejmie proszę. . . — rzekł Gudin.
— A więc to prawdą jest, co powiadają, — zwrócił się kapitan do sierżanta, — że stojąc na Grimsel, nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas, wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austrjaków pod Näfels, z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nie tylko śmierci, ale także hańby naszego genjuszu. . . Râteau! — rzekł kapitan głośniej — ty wiesz, że ja się nie boję. . .
— Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie. . . — rzekł Gudin.
— Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście do miejsca, gdzie się dolina zwęża — do jezior?
— Szliśmy — rzekł sierżant — chyba ze trzy godziny.
— Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?
— Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem w najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.
— Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?
— Nie inaczej, obywatelu kapitanie.
— Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej dwóch ludzi?
— Tak jest, obywatelu.
— Że zanim w pięć bataljonów zdołamy dotrzeć do jezior, już Austrjacy ukryci za skałami mogą wystrzelać połowę naszej kolumny, idącej dwójkami?
— Tak myślę. . .
— A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą na Grimsel?
— Dostrzegłem ją, obywatelu.
— I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?
— Tak jest.
Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:
— O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.
— Obywatele,—powiedział niedbale Gudin, zwracając się do wszystkich, — wyruszamy dziś i to niezwłocznie dla zdobycia szturmem przejść: Grimsel, Furka, Gothard. . .
— I Monte Rosa — szepnął kapitan Le Gras tak cicho i niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za kaszel.
— Plan operacji całej wydany został w kwaterze głównej. Podpisał go Masséna. Uruchomiliśmy 27 termidora trzydzieści tysięcy wojska. Bracia nasi walczą w tej chwili na śmierć i życie. Idą w góry Reussu, uderzają na przejście „Zum Stein“, aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie, tutaj w Gutannen? Zwyciężymy czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten plan w obecności, dajmy na to, kapitana Le Gras. Może zechce tu również zostać jeszcze podpułkownik Labruyère. . .
Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancji. Gudin zerwał się z łóżka i wdziewając pośpiesznie swój uniform, rozkładał mapy, wskazywał linje operacyjne pochodu, wyznaczone czerwoną barwą — i szybko wykładał:
— Wiadomo. . . — mówił — że arcyksiążę Karol zajmuje swemi wojskami olbrzymi łańcuch pozycyj: od Simplonu i mieściny Brieg w dolinie Rodanu — aż do Zürichu. Ma on do rozporządzenia 78 bataljonów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64613 żołnierza i 13299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami napoprzek do niej idącemi — więc z Meyen i z Issi; dalej: — rozdół Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i Zürich. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy, rozerwać ich łączność — i wygnać — zanim tamci nadciągną. Thurreau uderzy na brygadę Straucha w dolinie Vallais, my wstąpimy na Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycyj u źródeł Rodanu i weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy, zajmujemy przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę Reussu. . . Wiadomo — mówił ożywiając się i gwałtownemi ruchy wskazując na mapę — że rozstaliśmy się w Interkirchen z generałem Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataljony i trzy kompanje w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen, wysadzić nieprzyjaciela spomiędzy lodów i zejść przez Meyen-Tal do Waasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do wąwozu Reussu. Z czoła, od Flüelen, uderzy na Austrjaków sam Lecourbe. Chciejżeż zważyć, że los operacji od nas zależy! Jeżeli obierzemy Grimsel, zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce, bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linją. Czworobok ten idzie: z Interkirchen do Waasen, z Waasen do Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel, a z Grimsel do Interkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Useren — niceśmy nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach jak w fortecy i mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gothard, a z Chur przez dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie tej głównej pozycji za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta — drwić ze słow moich. Gdyby nie to, że dziś idziemy, powinienbym cię, obywatelu, natychmiast skazać na śmierć. . .
— O!. . . — mruknął Le Gras, przymykając swe piękne oczy.
— Tak, — zawołał Gudin, — niesubordynacja dosięgła takiego stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze mruczą, gdy się wydaje rozkazy. . .
— Generale! — szepnął Le Gras — niesubordynacja idzie jeszcze dalej: żołnierze nie tylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.
— Ja im w tych górach obiadu nie stworzę!. . .
— Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idylliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają, jako ślad swego pochodu, ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Interkirchen?
— Kogo śmiesz pytać, obywatelu? — wrzasnął Gudin.
— Generała, który ma prawo skazać mnie na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawiony koligacyj, że nie mam nawet stryja, któryby mię protegował. . . Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. Toteż, kiedy generał brygady Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonnière zapytuje mię. . .
— Nie odpowiadam na podobne zaczepki! — rzekł dumnie generał, bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. — Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo w armji Ardenów pod Ferrandem, byłem w armji północnej i w reńskiej, byłem w Niemczech pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kintzig. . .
— Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacji, której celem jest zdobycie Grimsel — rzekł wolno i ozięble podpułkownik Labruyère, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu.
Milczał on dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznokcie.
— Kapitan Le Gras? — rzekł generał, potężnym aktem woli tłumiąc w sobie rozszalałą pasję i usiłując zagasić blask nienawiści w spojrzeniu. — Słucham. . . co za plan?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
