Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 35

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 1 min Lektor: Joanna Lissner

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 1 min Lektor: Joanna Lissner

Opinie o ebooku Siłaczka - Stefan Żeromski

Fragment ebooka Siłaczka - Stefan Żeromski

Ste­fan Że­rom­ski

Si­łacz­ka

Si­łacz­ka

W nie­naj­lep­szym hu­mo­rze po­wró­cił do do­mu dok­tor Pa­weł Oba­rec­ki z win­ta[1], za któ­re­go po­śred­nic­twem skła­dał uro­czy­ście ży­cze­nia księ­dzu ple­ba­no­wi wraz z ap­te­ka­rzem, po­czcia­rzem i sę­dzią w cią­gu ośmiu go­dzin z rzę­du. Po­wró­ciw­szy drzwi ga­bi­ne­tu za­mknął tak szczel­nie, aby się do nie­go nikt, nie wy­łą­cza­jąc dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niej go­spo­dy­ni, we­drzeć[2] nie mógł – usiadł przy sto­li­ku i wpa­try­wał się przede wszyst­kim z upo­rem w okno, bez żad­ne­go zresz­tą wy­raź­ne­go po­wo­du, na­stęp­nie zaś za­jął się bęb­nie­niem pal­ca­mi po sto­le. Czuł naj­wy­raź­niej, że opa­no­wy­wać go za­czy­na me­ta­fi­zy­ka[3]…

Wia­do­mą jest rze­czą, że czło­wiek kul­tu­ry, wy­rzu­co­ny przez pęd od­środ­ko­wy nie­do­stat­ku z ogni­ska ży­cia umy­sło­we­go do Klwo­wa, Ku­ro­zwęk lub – jak dok­tor Oba­rec­ki – do Obrzy­dłów­ka, pod­le­ga z upły­wem cza­su, wsku­tek dżdżów[4] je­sien­nych, bra­ku środ­ków ko­mu­ni­ka­cji i ab­so­lut­nej nie­moż­no­ści mó­wie­nia w cią­gu se­zo­nów ca­łych – stop­nio­we­mu prze­ista­cza­niu się w twór mię­so­żer­no-ro­śli­no­żer­ny, wchła­nia­ją­cy nad­mier­ną ilość bu­te­lek pi­wa i pod­da­ny ata­kom nu­dy, osła­bia­ją­cej aż do ta­kie­go sta­nu, ja­ki gra­ni­czy z uspo­so­bie­niem po­prze­dza­ją­cym wy­mio­ty. Zwy­czaj­ną nu­dę ma­ło­mia­stecz­ko­wą po­ły­ka się bez­wied­nie, jak bez­wied­nie za­jąc po­ły­ka jaj­ka ta­siem­ca roz­pro­szo­ne na tra­wie przez psy. Od chwi­li za­gnież­dże­nia się w or­ga­ni­zmie bą­blow­ca[5]: „Naj­zu­peł­niej mi jest wszyst­ko jed­no” – za­czy­na się wła­ści­wie pro­ces umie­ra­nia.

Dok­tor Pa­weł, w epo­ce je­go ży­cia, o któ­rej mó­wię, zje­dzo­ny był już przez Obrzy­dłó­wek wraz z mó­zgiem, ser­cem i ener­gią – za­rów­no po­ten­cjo­nal­ną, jak i ki­ne­tycz­ną. Do­świad­czał nie­prze­zwy­cię­żo­ne­go wstrę­tu do czy­ta­nia, pi­sa­nia oraz ra­cho­wa­nia, mógł ca­ły­mi go­dzi­na­mi spa­ce­ro­wać po ga­bi­ne­cie lub le­żeć na szez­lon­gu[6] choć­by z nie­za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem w zę­bach, w tę­sk­nym, do­kucz­li­wym i bo­le­snym nie­mal ocze­ki­wa­niu na coś, co się stać mu­si, na ko­goś, kto mu­si na­dejść, mó­wić co­kol­wiek, choć­by ko­zły prze­wra­cać, w na­tę­żo­nym wsłu­chi­wa­niu się w szme­ry i sze­le­sty zwia­stu­ją­ce prze­rwa­nie ci­szy, któ­ra dła­wi i przy­gnia­ta nie­ja­ko do zie­mi. Szcze­gól­niej do­ku­cza­ła mu za­zwy­czaj je­sień. W ci­szy je­sien­ne­go po­po­łu­dnia, za­le­ga­ją­cej Obrzy­dłó­wek od przed­mie­ścia do przed­mie­ścia, by­ło coś bo­le­sne­go, coś, co pod­usz­cza­ło do wo­ła­nia o po­moc. Mózg, ople­cio­ny ni­by mięk­kim przę­dzi­wem[7] pa­ję­czy­ny, wy­pra­co­wy­wał my­śli cza­sa­mi nie­sły­cha­nie po­spo­li­te, a nie­jed­no­krot­nie – sta­now­czo do ni­cze­go nie­po­dob­ne.

Gwiz­da­nie i dy­ser­ta­cje[8] z go­spo­dy­nią, raz przy­zwo­it­sze (o nie­sły­cha­nej np. wyż­szo­ści pie­czo­ne­go pro­się­cia na­dzia­ne­go ka­szą ta­tar­cza­ną[9], ro­zu­mie się: bez ma­je­ran­ku, nad ta­kim­że pro­się­ciem na­dzia­nym in­ny­mi sub­stan­cja­mi), kie­dy in­dziej zaś ohyd­nie nie­przy­stoj­ne – sta­no­wi­ły je­dy­ną roz­ryw­kę. Wy­to­czy się, by­wa­ło, na po­ło­wę nie­bios chmu­ra z po­twor­ny­mi od­no­ga­mi w kształ­cie łap ty­ta­nicz­nych[10] i bu­ry jej kłąb za­wi­śnie bez­wład­nie, nie mo­gąc roz­wiać się w prze­stwór i gro­żąc za­wa­le­niem się na Obrzy­dłó­wek i da­le­kie, pu­ste po­la. Od chmu­ry tej le­ci nie­sio­na przez wiatr uko­śnie mgła kro­pe­lek, któ­re osia­da­ją na szy­bach w po­sta­ci krysz­tał­ków, spra­wia­jąc w szu­mie wia­tru sze­lest od­ręb­ny a przej­mu­ją­cy, jak­by obok, gdzieś za wę­głem do­mu łka­ło dziec­ko do­by­wa­ją­ce reszt­ki ję­ku. Da­le­ko na mie­dzach sto­ją po­zba­wio­ne li­ści, sa­mot­ne grusz­ki po­lne, mio­ta­ją się ich ga­łę­zie, deszcz je sie­cze… Myśl zbie­ra­ła z te­go kra­jo­bra­zu smu­tek, w któ­rym by­ło coś chro­nicz­nie ka­ta­ral­ne­go – i mgli­sto, nie­ja­sno, bez­wied­nie wy­czu­wa­ną trwo­gę. Ten wła­śnie na­strój ka­ta­ral­no-me­lan­cho­lij­ny stał się na­stro­jem do­mi­nu­ją­cym i roz­cią­gał się na se­zo­ny let­nie i wio­sen­ne. Za­gnieź­dził się w du­szy dok­to­ra smu­tek zja­dli­wy a nie ma­ją­cy żad­nej pod­sta­wy. Za nim nad­cią­gnę­ło le­ni­stwo nie­opi­sa­ne, le­ni­stwo za­bój­cze, wy­trą­ca­ją­ce z rąk ofia­ry na­wet no­we­le Ale­xi­sa[11].

„Me­ta­fi­zy­ka”, ja­kiej dok­tor Pa­weł do­świad­czał ostat­ni­mi cza­sy raz, cza­sa­mi dwa ra­zy do ro­ku – to kil­ka go­dzin świa­do­me­go sa­mo­ba­da­nia by­stro, z sza­lo­ną gwał­tow­no­ścią na­pły­wa­ją­cych wspo­mnień, nie­cier­pli­we­go zbie­ra­nia strzę­pów wie­dzy, sza­mo­ta­nia się, gra­ni­czą­ce­go z wście­kło­ścią, szla­chet­nych po­ry­wów przy­wa­lo­nych gli­ną bez­czyn­no­ści, roz­my­ślań, wy­bu­chów go­ry­czy, po­sta­no­wień nie­złom­nych, ślu­bów, za­mia­rów… Wszyst­ko to, ro­zu­mie się, nie pro­wa­dzi­ło do żad­nej zmia­ny na lep­sze i prze­mi­ja­ło, ja­ko pew­na mia­ra cza­su mniej wię­cej do­tkli­we­go cier­pie­nia. Z „me­ta­fi­zy­ki” moż­na się by­ło wy­spać jak z bó­lu gło­wy, by wstać na­za­jutrz z umy­słem od­świe­żo­nym, ener­gicz­niej­szym i uzdol­nio­nym le­piej do pod­ję­cia zwy­czaj­ne­go jarz­ma[12] nu­dów oraz zu­ży­wa­nia wszyst­kiej ener­gii mó­zgu na wy­my­śla­nie naj­smacz­niej­sze­go ja­dła. En­de­mia[13] „me­ta­fi­zy­ki” wska­zy­wa­ła jed­nak na­sze­mu dok­to­ro­wi, że w je­go eg­zy­sten­cji ro­ślin­nej, na­je­dzo­nej, nie­ja­ko na­sy­co­nej fi­lo­zo­fią moc­ne­go, zdro­we­go roz­sąd­ku, kry­je się ja­kaś ra­na nie­ule­czal­na, nie­wi­docz­na, a do­le­ga­ją­ca nad wy­raz, ni­by ran­ka nad próch­nie­ją­cą ko­ścią.

Dok­tor Oba­rec­ki przy­był do Obrzy­dłów­ka przed sze­ścio­ma la­ty, za­raz po ukoń­cze­niu stu­diów, z umy­słem roz­wid­nio­nym zo­rzą nie­wie­lu wpraw­dzie, ale nad­zwy­czaj­nie po­ży­tecz­nych my­śli, tu­dzież z kil­ko­ma ru­bla­mi w kie­sze­ni. Mó­wio­no pod­ów­czas bez prze­rwy o ko­niecz­no­ści osie­dla­nia się w la­sach i Obrzy­dłów­kach. Po­słu­chał apo­sto­łów. Był śmia­ły, mło­dy, szla­chet­ny i ener­gicz­ny. W pierw­szym za­raz po osie­dle­niu się mie­sią­cu wy­dał nie­bacz­nie woj­nę ap­te­ka­rzo­wi i fel­cze­rom[14] miej­sco­wym, uzdra­wia­ją­cym za po­mo­cą środ­ków wkra­cza­ją­cych w dzie­dzi­nę mi­ste­ryj. Ap­te­karz obrzy­dłow­ski „eks­plo­atu­jąc sy­tu­ację” (do naj­bliż­szej ap­te­ką przez cy­wi­li­za­cję ob­da­rzo­nej miej­sco­wo­ści by­ło mil pięć) – na­kła­dał ha­racz[15] na jed­nost­ki pra­gną­ce po­wró­cić do zdro­wia dzię­ki je­go ole­jom, bal­wie­rze[16] zaś wy­bu­do­wa­li, trzy­ma­jąc się z far­ma­ceu­tą za rę­ce, wspa­nia­łe do­mo­stwa; w ka­ca­ba­jach[17] niedź­wiad­ka­mi pod­bi­tych cha­dza­li, za­cho­wu­jąc na ob­li­czach wy­raz ta­kiej po­wa­gi, jak gdy­by w każ­dej chwi­li ży­wo­ta pro­wa­dzi­li księ­dza ple­ba­na na pro­ce­sji Bo­że­go Cia­ła.

Gdy de­li­kat­ne i ogni­ste per­swa­zje, skie­ro­wa­ne do far­ma­ceu­ty, a wy­po­wia­da­ne pa­te­tycz­nie[18] z roz­ma­itych „punk­tów wi­dze­nia”, trak­to­wa­ne by­ły ja­ko idyl­le[19] mło­dzień­cze i skut­ku żad­ne­go nie od­nio­sły – dok­tor Oba­rec­ki uzbie­raw­szy nie­co gro­sza ku­pił ap­tecz­kę pod­ręcz­ną i za­bie­rał ją ze so­bą ja­dąc do cho­rych na wieś. Sam przy­go­to­wy­wał na miej­scu le­kar­stwa, udzie­lał ich za bez­cen, je­że­li nie za dar­mo, uczył hi­gie­ny, ba­dał, pra­co­wał z fa­na­ty­zmem, z upo­rem, bez snu i od­po­czyn­ku. Rzecz pro­sta, że na­tych­miast po ro­zej­ściu się wie­ści o ap­tecz­kach prze­no­śnych, udzie­la­niu po­mo­cy za dar­mo i tym po­dob­nych punk­tach wi­dze­nia – wy­bi­to mu wszyst­kie szy­by, ja­kie ist­nia­ły w ubo­gim miesz­ka­niu. Po­nie­waż zaś Bo­ruch Po­ko­ik, je­dy­ny szklarz w Obrzy­dłów­ku, od­pra­wiał w owym cza­sie świę­to Ku­czek[20] – trze­ba by­ło okna wy­kle­ić bi­bu­łą i czu­wać no­cą z re­wol­we­rem w pra­wi­cy. Wpra­wio­ne wresz­cie szy­by wy­bi­to po­wtór­nie i wy­bi­ja­no je od­tąd pe­rio­dycz­nie, aż do chwi­li spra­wie­nia dę­bo­wych okien­nic. Roz­pusz­czo­no mię­dzy lud­no­ścią mia­stecz­ka wieść, ja­ko­by mło­dy dok­tor ob­co­wał z du­cha­mi ciem­no­ści, oczer­nio­no go w opi­nii in­te­li­gen­cji oko­licz­nej ja­ko nie­sły­cha­ne­go nie­uka, od­cią­ga­no prze­mo­cą cho­rych zmie­rza­ją­cych do je­go miesz­ka­nia, wy­pra­wia­no w ma­jo­we wie­czo­ry ko­cie mu­zy­ki itp. Mło­dy dok­tor nie zwra­cał na to wszyst­ko uwa­gi, ufa­jąc w zwy­cię­stwo praw­dy.

Zwy­cię­stwo praw­dy nie na­stą­pi­ło. Nie wia­do­mo dla­cze­go… Już po upły­wie ro­ku dok­tor po­czuł, że je­go ener­gia sta­je się z wol­na „dzie­dzic­twem ro­ba­ków”. Ze­tknię­cie bli­skie z ciem­ną ma­są lu­du roz­cza­ro­wa­ło go nad wy­raz: je­go proś­by, na­mo­wy, ist­ne pre­lek­cje z za­kre­su hi­gie­ny upa­da­ły jak ziar­na na opo­kę. Ro­bił, co tyl­ko mógł – na próż­no! Szcze­rze mó­wiąc – trud­no na­wet wy­ma­gać, aby czło­wiek nie ma­ją­cy bu­tów na zi­mę, wy­grze­bu­ją­cy w mar­cu z cu­dzych pól zgni­łe, ze­szło­rocz­ne kar­to­fle w ce­lu czy­nie­nia so­bie z nich pod­pło­my­ków, mie­lą­cy na przed­nów­ku ko­rę ol­szo­wą na mą­kę, aby tej do­mie­szać do zbyt szczu­płej mia­ry mą­ki żyt­niej, go­tu­ją­cy ka­szę z nie­doj­rza­łe­go ziar­na, na­bra­ne­go o świ­cie „spo­so­bem kra­dzio­nym” – mógł zre­for­mo­wać w sen­sie do­dat­nim za­nie­dba­ne zdro­wie swo­je pod wpły­wem choć­by naj­zro­zu­mia­lej wy­ło­żo­nych praw zdro­wot­no­ści.

Nie­znacz­nie dok­to­ro­wi za­czę­ło być „wszyst­ko jed­no”… Je­dzą zgni­łe kar­to­fle – cóż po­cząć – nie­chaj je­dzą, je­że­li im sma­ku­ją. Mo­gą na­wet ja­dać su­ro­we – to trud­no…

Lud­ność ży­dow­ska mia­stecz­ka le­czy­ła się u ma­rzy­cie­la, po­nie­waż nie od­stra­sza­ły jej du­chy ciem­no­ści, a za­chę­ca­ła nad­zwy­czaj­na ta­niość me­dy­cy­ny.