Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - darmowy ebook + audiobook + książka

Ludzie bezdomni ebook i audiobook

Stefan Żeromski

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Jedna z najważniejszych powieści Stefana Żeromskiego “Ludzie bezdomni” dostępna w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Już w chwili wydania powieść została uznana za wielkie wydarzenie literackie, a po czasie zgodnie stwierdzono, że jest jednym z najważniejszych dokonań polskiej literatury przełomu wieków.

 

Żeromski w migawkowym ujęciu życia Tomasza Judyma pokazuje pełną panoramę polskiego społeczeństwa z początku XX wieku. Judym jest młodym lekarzem, inteligentem, niezwykle wrażliwym. Wywodzi się z warszawskiej biedoty, rozwinęło się u niego silne poczucie sprawiedliwości społecznej. Jest idealistą, chce zmieniać świat, ale w przeciwieństwie do wielu ciężko pracuje by urzeczywistnić swoją idee.

 

Autora “Ludzi bezdomnych” można postrzegać jako sumienie narodu. Żeromski stawia fundamentalne pytania o naturę zła w społeczeństwie. Judym podczas swojej pracy spotyka się z realnymi problemami, które dotykają najbiedniejsze warstwy społeczne. Próbuje pomóc im, ale spotyka się z niechęcią i niezrozumieniem bogatszych.

 

Żeromski podejmuje problemy dotychczas przemilczane przez polską literaturę. W swojej powieści porusza ponadczasowe tematy. Unika taniego moralizatorstwa na rzecz przedstawienia realnych probelmów, które mają poruszyć czytelnika i zmusić go do przemyśleń. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 33 min

Oceny
3,8 (40 ocen)
14
11
10
2
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
PrzemoD

Dobrze spędzony czas

Dobrze się czytało. Polecam.
00
szszsz

Z braku laku…

może być
00

Popularność




Stefan Żeromski

Ludzie bezdomni

Tom I

We­nus z Mi­lo1

To­masz Ju­dym wra­cał przez Champs Ely­se­es z La­sku Bu­loń­skie­go, do­kąd jeź­dził ze swej dziel­ni­cy ko­le­ją ob­wo­do­wą. Szedł wol­no, no­ga za no­gą, wy­czu­wa­jąc co­raz więk­szy wsku­tek upa­łu cię­żar wła­snej ma­ry­nar­ki i ka­pe­lu­sza. Ist­ny po­top bla­sku sło­necz­ne­go za­le­wał prze­stwór. Nad od­le­głym wi­do­kiem gma­chów rzu­ca­ją­cych się w oczy od Łu­ku Try­um­fal­ne­go wi­siał ró­żo­wy py­łek, któ­ry już po­czął wże­rać się ni­by rdza na­wet w ślicz­ne, ja­sno­zie­lo­ne li­ście wio­sen­ne, na­wet w kwia­tusz­ki pau­low­ni2. Z wszyst­kich, zda­wa­ło się, stron pły­nął za­pach aka­cji. Na żwi­rze, do­ko­ła pniów, pod bu­dyn­ka­mi, w rynsz­to­kach le­ża­ły jej bia­łe kwiat­ki z ośrod­kiem czer­wo­na­wym, jak­by skrwa­wio­nym od ukłu­cia śmier­ci. Pył bez­li­to­sny za­sy­py­wał je nie­po­strze­że­nie.

Zbli­ża­ła się go­dzi­na spa­ce­ru wiel­kie­go świa­ta i po­la drgać za­czy­na­ły od ru­chu ka­ret. Na drew­nia­nym bru­ku dud­nił jed­no­staj­ny ło­skot jak­by od­da­lo­na mo­wa wiel­kiej fa­bry­ki. Prze­bie­ga­ły pięk­ne, lśnią­ce ru­ma­ki, mi­go­ta­ła ich uprząż, pu­dła, spry­chy lek­kich po­jaz­dów – i mknę­ły, mknę­ły, mknę­ły bez ustan­ku wio­sen­ne stro­je ko­bie­ce o bar­wach czy­stych, roz­ma­itych i spra­wia­ją­cych roz­kosz­ne wra­że­nie, jak­by na­tu­ry dzie­wi­czej. Kie­dy nie­kie­dy wy­nu­rza­ła się z po­wo­dzi osób ja­dą­cych twarz sub­tel­na, wy­de­li­ka­co­na, tak nie do uwie­rze­nia pięk­na, że wi­dok jej był piesz­czo­tą dla wzro­ku i ner­wów. Wy­ry­wał z pier­si tę­sk­ne wes­tchnie­nie jak za szczę­ściem – i gi­nął uno­sząc je w mgnie­niu oka ze so­bą.

Ju­dym zna­lazł pod osło­ną kasz­ta­nów brzeg wol­nej ła­wy i z wiel­ką sa­tys­fak­cją usiadł tam w są­siedz­twie sta­rej i wą­sa­tej niań­ki dwoj­ga dzie­ci. Zdjął ka­pe­lusz i wle­piw­szy wzrok w rze­kę po­jaz­dów, wa­lą­cą środ­kiem uli­cy, z wol­na wy­sty­gał. Na chod­ni­kach przy­by­wa­ło co­raz wię­cej osób ubra­nych wy­kwint­nie – lśnią­cych cy­lin­drów, ja­snych pal­to­tów i sta­ni­ków. W pew­nej chwi­li sta­re bab­sko z chy­try­mi ocza­mi wpro­wa­dzi­ło mię­dzy stroj­ny tłum mło­de koź­ląt­ko z sier­ścią jak śnieg bie­lut­ką. Sta­do dzie­ci po­stę­po­wa­ło za ko­zioł­kiem uwiel­bia­jąc go ge­sta­mi, oczy­ma i ty­sią­cem okrzy­ków. Kie­dy in­dziej wiel­ki ob­dar­tus czer­wo­ny na gę­bie prze­le­ciał jak fik­sat, wy­wrza­sku­jąc gło­sem ochry­płym re­zul­tat ostat­nie­go bie­gu ko­ni. I zno­wu spo­koj­nie, rów­no, uro­czo pły­nę­ła rze­ka ludz­ka na chod­ni­kach, a środ­kiem rwał jej nurt by­stry, uwień­czo­ny pia­ną tka­nin prze­cud­nych, lek­kich, w od­da­li nie­bie­ska­wo­zie­lo­nych…

Każ­dy roz­pusz­czo­ny liść rzu­cał na bia­ły żwir z okrą­głych ka­my­ków wy­raź­ne od­bi­cie swe­go kształ­tu. Cie­nie te po­su­wa­ły się z wol­na, jak ma­ła wska­zów­ka po bia­łej tar­czy ze­ga­ra. Na ław­kach by­ło już peł­no, a tym­cza­sem cień opu­ścił miej­sce za­ję­te przez Ju­dy­ma i ustą­pił je roz­ta­pia­ją­cej ka­ska­dzie słoń­ca. Na­okół in­ne­go asi­lum3 nie by­ło, więc dok­tor rad nie­rad wstał i po­wlókł się da­lej ku pla­co­wi Zgo­dy. Z nie­cier­pli­wo­ścią wy­cze­ki­wał, kie­dy moż­na bę­dzie prze­mknąć się wskroś ist­ne­go od­mę­tu ka­ret, po­wo­zów, do­ro­żek, bi­cy­klów4 i pie­szych na za­krę­cie głów­nej fa­li pę­dzą­cej od bul­wa­rów w stro­nę Pól Eli­zej­skich. Wresz­cie sta­nął pod obe­li­skiem5 i po­szedł w głąb ogro­du des Tu­ile­ries. Tam by­ło pra­wie pu­sto. Tyl­ko nad nud­ny­mi sa­dzaw­ka­mi ba­wi­ły się bla­de dzie­ci i w głów­nym szpa­le­rze kil­ku męż­czyzn ro­ze­bra­nych do ko­szu­li gra­ło w te­ni­sa. Mi­nąw­szy ogród Ju­dym zwró­cił się ku rze­ce z za­mia­rem wę­dro­wa­nia w cie­niu mu­rów na pla­cyk przed ko­ścio­łem Sa­int-Ger­ma­in-l’Au­xer­ro­is i ogar­nię­cia bez tro­ski miej­sca na im­pe­ria­le6. W owej chwi­li sta­ło w je­go my­śli pu­ste ka­wa­ler­skie miesz­ka­nie aż na Bo­ule­vard Vol­ta­ire, gdzie od ro­ku no­co­wał, i mier­zi­ło go pust­ką swych ścian, ba­nal­no­ścią sprzę­tów i nie­prze­zwy­cię­żo­ną, cu­dzo­ziem­ską nu­dą wie­ją­cą z każ­de­go ką­ta. Pra­co­wać mu się nie chcia­ło, iść do kli­ni­ki – za, nic na świe­cie.

Zna­lazł się na Qu­ai du Lo­uvre i z uczu­ciem bło­go­ści w kar­ku i ple­cach za­trzy­mał pod cie­niem pierw­sze­go kasz­ta­na bul­wa­ru. Ospa­łym wzro­kiem mie­rzył brud­ną, pra­wie czar­ną wo­dę Se­kwa­ny. Gdy tak ster­czał na po­do­bień­stwo la­tar­ni, za­pa­li­ła się w nim myśl, jak­by z ze­wnątrz wnie­sio­na do wnę­trza gło­wy: „Dla­cze­góż, u li­cha, nie miał­bym pójść do te­go Luw­ru?…”

Skrę­cił na miej­scu i wszedł na wiel­ki dzie­dzi­niec. W cie­niach przy­tu­lo­nych do gru­be­go mu­ru, w któ­re za­nu­rzył się ni­by w głę­bie wo­dy, do­tarł do głów­ne­go wej­ścia i zna­lazł się w chłod­nych sa­lach pierw­sze­go pię­tra. Do­ko­ła sta­ły od­wiecz­ne po­są­gi bo­gów, jed­ne wiel­ko­ści nie­zwy­kłej, in­ne na­tu­ral­nej, a wszyst­kie pra­wie z no­sa­mi i rę­ko­ma uszko­dzo­ny­mi w spo­sób bez­boż­ny. Ju­dym nie zwra­cał uwa­gi na tych zde­gra­do­wa­nych wład­ców świa­ta. Cza­sa­mi za­trzy­my­wał się przed któ­rym, ale prze­waż­nie wów­czas, gdy go ude­rzył ja­kiś za­baw­ny de­spekt bo­skich kształ­tów. Na­de wszyst­ko in­te­re­so­wa­ła go spra­wa od­po­czyn­ku w do­sko­na­łym chło­dzie i z da­la od wrza­wy uli­cy pa­ry­skiej. Szu­kał też nie ty­le ar­cy­dzieł, ile ław­ki, na któ­rej by mógł usiąść. Zdy­bał ją po dłu­giej wę­drów­ce z sa­li do sa­li w na­roż­nym ze­tknię­ciu się dwu dłu­gich ga­le­rii, prze­zna­czo­nym na schro­nie­nie dla We­nus z wy­spy Me­los.

W za­kąt­ku two­rzą­cym jak­by nie­wiel­ką izbę, oświe­tlo­ną jed­nym oknem, stoi na nie­wy­so­kim pie­de­sta­le tors bia­łej Afro­dy­ty. Sznur owi­nię­ty czer­wo­nym plu­szem ni­ko­mu do niej przy­stę­pu nie da­je. Ju­dym wi­dział już był ten cen­ny po­sąg, ale nie zwra­cał nań uwa­gi, jak na wszel­kie w ogó­le dzie­ła sztu­ki. Te­raz zdo­byw­szy w cie­niu pod ścia­ną wy­god­ną ła­wecz­kę jął dla za­bi­cia cza­su pa­trzeć w ob­li­cze mar­mu­ro­wej pięk­no­ści. Gło­wa jej zwró­co­na by­ła w je­go stro­nę i mar­twe oczy zda­wa­ły się pa­trzeć. Schy­lo­ne czo­ło wy­nu­rza­ło się z mro­ku i, jak­by dla oba­cze­nia cze­goś, brwi się zsu­nę­ły. Ju­dym przy­glą­dał się jej na­wza­jem i wte­dy do­pie­ro uj­rzał ma­łą, nie­wi­docz­ną fał­dę mię­dzy brwia­mi, któ­ra spra­wia, że ta gło­wa, że ta bry­ła ka­mien­na w isto­cie – my­śli. Z prze­ni­kli­wą si­łą spo­glą­da w mrok do­ko­ła le­żą­cy i roz­dzie­ra go ja­sny­mi oczy­ma. Za­to­pi­ła je w skry­to­ści ży­cia i do cze­goś w nim uśmiech swój ob­ra­ca. Wy­tę­żyw­szy ro­zum nie­ogra­ni­czo­ny i czy­sty, po­sia­dła wia­do­mość o wszyst­kim, zo­ba­czy­ła wiecz­ne dnie i pra­ce na zie­mi, no­ce i łzy, któ­re w ich mro­ku pły­ną. Jesz­cze z bia­łe­go czo­ła bo­gi­ni nie zdą­ży­ła odejść mą­dra o tym za­du­ma, a już wiel­ka ra­dość dzie­wi­cza pach­nie z jej ust roz­ma­rzo­nych. W uśmie­chu ich za­my­ka się wy­raz uwiel­bie­nia. Dla mi­ło­ści szczę­śli­wej. Dla uczest­nic­twa wol­ne­go du­cha i wol­ne­go cia­ła w ży­ciu bez­grzesz­nej przy­ro­dy. Dla ostrej po­tę­gi za­chwy­tu zmy­słów, któ­re­go nie stę­pi­ły jesz­cze ani pra­ca, ani zgry­zo­ta, sio­stry ro­dzo­ne, sio­stry nie­szczę­sne. Uśmiech bo­gi­ni po­zdra­wia nad­cho­dzą­ce­go z da­le­ka. Oto za­ko­cha­ła się w pięk­nym śmier­tel­ni­ku Ado­ni­sie7… Cud­ne ma­rze­nia pierw­szej mi­ło­ści roz­kwi­tły w ło­nie jej ja­ko kwiat sied­mio­ra­mien­ny ama­ry­li­sa. Bar­ki jej wą­skie, wy­smu­kłe, okrą­głe dźwi­gnę­ły się do gó­ry. Dzie­wi­cze ło­no drży od wes­tchnie­nia… Dłu­gi sze­reg wie­ków, któ­ry od­trą­cił jej rę­ce, któ­ry zra­bo­wał jej cia­ło od pier­si i zo­rał prze­ślicz­ne ra­mio­na szczer­ba­mi, nie zdo­łał go zni­we­czyć. Sta­ła tak w pół­mro­ku „wy­nu­rza­ją­ca się”, Ana­dio­me­ne8, nie­biań­ska, któ­ra roz­nie­ca mi­łość. Ob­na­żo­ne jej wło­sy zwią­za­ne by­ły w pięk­ny wę­zeł, kro­by­los. Po­dłuż­na, sma­gła twarz tchnę­ła nie­opi­sa­nym uro­kiem.

Gdy Ju­dym wpa­try­wał się co­raz uważ­niej w to czo­ło za­my­ślo­ne, do­pie­ro zro­zu­miał, że ma przed so­bą wi­ze­ru­nek bo­gi­ni. By­ła to Afro­di­te, ona sa­ma, któ­ra się by­ła po­czę­ła z pia­ny mor­skiej. I mi­mo wo­li przy­cho­dzi­ła na myśl nie­skrom­na le­gen­da o przy­czy­nie onej pia­ny wód za spra­wą Ura­no­sa9. A prze­cież nie by­ła to Pan­de­mos10, nie by­ła na­wet żo­na He­faj­stó­wa ani ko­chan­ka An­chi­ze­sa11, a tyl­ko ja­sny i do­bry sym­bol ży­cia, cór­ka nie­ba i dnia…

Ju­dym za­to­nął w my­ślach i nie zwra­cał uwa­gi na oso­by, któ­re się obok nie­go prze­su­wa­ły. By­ło ich zresz­tą ma­ło. Ock­nął się do­pie­ro wów­czas, gdy usły­szał w są­sied­niej sa­li kil­ka zdań wy­rze­czo­nych po pol­sku. Zwró­cił gło­wę z ży­wą nie­chę­cią w stro­nę te­go dźwię­ku, pew­ny, że zbli­ża się ktoś „z ko­lo­nii”, ktoś, co sią­dzie przy nim i za­bie­rze na wła­sność mi­nu­ty roz­my­śla­nia o pięk­nej We­nus. Zdzi­wił się mi­le, zo­ba­czyw­szy oso­by „po­za­pa­ry­skie”. By­ło ich czte­ry. Na prze­dzie szły dwie pa­nien­ki – pod­lot­ki, z któ­rych star­sza mo­gła mieć lat sie­dem­na­ście, a dru­ga by­ła o ja­kie dwa la­ta młod­sza. Za ni­mi cięż­ko to­czy­ła się da­ma nie­ma­łej wa­gi, wie­ko­wa, z si­wy­mi wło­sa­mi i du­żą a jesz­cze pięk­ną twa­rzą. Obok tej ma­tro­ny szła pan­na dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia, ciem­na bru­net­ka z nie­bie­ski­mi ocza­mi, prze­ślicz­na i zgrab­na. Wszyst­kie sta­nę­ły przed po­są­giem i w mil­cze­niu go roz­pa­try­wa­ły. Sły­chać by­ło tyl­ko cięż­kie, przy­tłu­mio­ne sa­pa­nie sta­rej da­my, sze­lest je­dwa­biu od­zy­wa­ją­cy się za każ­dym ru­chem pod­lot­ków i chrzęst kart Ba­dec­ke­ra12, któ­re prze­wra­ca­ła star­sza pan­na.

– Wszyst­ko to pięk­nie, mo­je ser­ce – rze­kła ma­tro­na do ostat­niej – ale ja mu­szę usiąść. Ani kro­ku! Zresz­tą war­to po­pa­trzeć na tę imość. Tak… jest tu na­wet ła­wecz­ka.

Ju­dym wstał ze swe­go miej­sca i wol­no od­szedł kil­ka kro­ków na bok, jak gdy­by dla obej­rze­nia biu­stu z in­nej stro­ny. Te pa­nie spoj­rza­ły so­bie w oczy z wy­ra­zem py­ta­nia i przy­ci­szy­ły roz­mo­wę. Tyl­ko naj­star­sza z pa­nien, za­ję­ta Ba­dec­ke­rem, nie wi­dzia­ła Ju­dy­ma. Oty­ła bab­cia ener­gicz­nie usia­dła na ław­ce, wy­cią­gnę­ła no­gi ile się da­ło, i na ja­kieś szep­ty mło­dych to­wa­rzy­szek od­po­wia­da­ła rów­nież szep­tem wła­ści­wym sta­rym pa­niom, któ­ry ma tę wła­sność, że w ra­zie po­trze­by mo­że za­stą­pić te­le­fo­no­wa­nie na pew­ną od­le­głość:

– A, Po­lak nie Po­lak, Fran­cuz nie Fran­cuz, Hisz­pan czy Tu­rek, to mi jest wszyst­ko jed­no. Niech mu Bóg da zdro­wie za to, że stąd wy­lazł. No­gi mi od­ję­ło z kre­te­sem… A te­raz patrz jed­na z dru­gą na tę, bo to prze­cie nie by­le co. Już ją czło­wiek raz wi­dział daw­ny­mi cza­sy. Ja­koś mi się wte­dy in­na wy­da­ła…

– A bo to pew­no in­na… – rze­kła młod­sza z tu­ry­stek.

– Nie myśl no o tym, czy in­na, czy nie in­na, tyl­ko się przy­patrz. Spy­ta­ją póź­niej w sa­lo­nie o ta­ką rzecz, a ty ni be, ni me…

Dru­ga pa­nien­ka bez za­chę­ty ob­ser­wo­wa­ła We­nus w spo­sób za­dzi­wia­ją­cy. By­ła to śnia­da blon­dyn­ka z twa­rzą o ce­rze męt­nej, sma­gła­wej. Czo­ło mia­ła dość wą­skie, no­sek pro­sty, war­gi cien­kie i za­war­te. Nie moż­na by­ło okre­ślić, czy jest ład­na, czy brzyd­ka. Wy­wie­ra­ła wra­że­nie śnią­cej czy roz­ma­rzo­nej, bo po­wie­ki mia­ła pra­wie przy­mknię­te.

Ju­dy­ma za­cie­ka­wi­ła ta twarz, więc sta­nął i nie­znacz­nie ją śle­dził. Pa­trzy­ła na mar­mu­ro­we bó­stwo od nie­chce­nia, a jed­nak z ta­kim wy­ra­zem, jak­by go się uczy­ła na pa­mięć, jak­by je spod oka wzro­kiem chło­nę­ła. Kie­dy nie­kie­dy wą­skie i pła­skie jej noz­drza roz­sze­rza­ły się lek­ko od szyb­kie­go wes­tchnie­nia. W pew­nej chwi­li Ju­dym za­uwa­żył, że po­wie­ki spusz­czo­ne z na­bo­żeń­stwem i dzie­wi­czą skrom­no­ścią dźwi­gnę­ły się ocię­ża­le i źre­ni­ce do­tąd za­kry­te wi­dzą nie tyl­ko We­nus, ale i je­go sa­me­go. Za­nim wszak­że zdą­żył zo­ba­czyć bar­wę tych oczu, już się skry­ły pod rzę­sa­mi.

Tym­cza­sem naj­star­sza z pa­nien od­czy­ta­ła ca­ły roz­dział o hi­sto­rii po­są­gu i zbli­ży­ła się do plu­szo­we­go sznu­ra. Oparł­szy na nim rę­ce za­czę­ła przy­glą­dać się rzeź­bie z cie­ka­wo­ścią, en­tu­zja­zmem i od­da­niem się, wła­ści­wym tyl­ko nie­wia­stom. Moż­na by po­wie­dzieć, że w owej chwi­li przy­stę­po­wa­ła do zo­ba­cze­nia We­nus z Mi­lo. Oczy jej nie by­ły w sta­nie nic prócz po­są­gu za­uwa­żyć, pra­gnę­ły i usi­ło­wa­ły zli­czyć wszyst­kie pięk­no­ści, wszyst­kie ce­chy dłu­ta Sko­pa­sa13… o któ­rych mó­wił Ba­dec­ker, spa­mię­tać je i uło­żyć w gło­wie sys­te­ma­tycz­nie jak czy­stą bie­li­znę w ku­frze po­dróż­nym. By­ły to oczy szcze­re aż do na­iw­no­ści. Za­rów­no jak ca­ła twarz od­zwier­cie­dla­ły sub­tel­ne cie­nie my­śli prze­cho­dzą­cych, od­da­wa­ły ni­by wier­ne echo każ­dy dźwięk du­szy i wszyst­ko mó­wi­ły bez wzglę­du na to, czy kto wi­dzi lub nie, ich wy­raz.

Ju­dym po kil­ku­mi­nu­to­wej ob­ser­wa­cji tej twa­rzy na­brał prze­ko­na­nia, że gdy­by pięk­na pan­na pra­gnę­ła szcze­rze za­ta­ić otrzy­ma­ne wra­że­nie, mo­wa oczu na­tych­miast je wy­da. Stał w cie­niu i przy­glą­dał się grze uczuć prze­su­wa­ją­cych się po ja­snej twa­rzy. Oto ma­ło wie­dzą­ca cie­ka­wość… Oto pierw­szy pro­my­czek wra­że­nia su­nie się po brwiach, przy­ci­ska rzę­sy i zmie­rza ku war­gom, aże­by je zgiąć do mi­łe­go uśmie­chu. Te sa­me uczu­cia, któ­re Ju­dym przed chwi­lą miał w so­bie, wi­dział te­raz na li­cach nie­zna­jo­mej. Spra­wia­ło mu to szcze­rą przy­jem­ność. Rad by był za­py­tał, czy się nie my­li, i usły­szał z pięk­nych ust wy­nu­rze­nie wra­żeń. Ni­g­dy jesz­cze w ży­ciu nie do­świad­czał ta­kiej chę­ci roz­ma­wia­nia o sztu­ce i słu­cha­nia z pil­no­ścią, co są­dzi o ula­tu­ją­cych wra­że­niach dru­gi czło­wiek…

Tym­cza­sem ów dru­gi czło­wiek, za­ję­ty sta­tuą, na śledz­two ani na ba­da­cza żad­nej uwa­gi nie zwra­cał.

– Pa­mię­tam – rze­kła da­ma w wie­ku – in­ną gru­pę z mar­mu­ru. By­ła to ja­kaś sce­na mi­to­lo­gicz­na. Ge­niusz czy amo­rek ze skrzy­dła­mi ca­łu­je ślicz­ne dziew­cząt­ko. Jest to mo­że co­kol­wiek nie­wła­ści­we dla was, mo­je sro­ki, ale tak pięk­ne, tak uro­cze, tak agréa­ble14, tak sen­si­ble15…

Naj­star­sza z pa­nien pod­nio­sła gło­wę i, wy­słu­chaw­szy ca­łe­go zda­nia z uwa­gą, rze­kła prze­rzu­ca­jąc kart­ki:

– Coś tu za­uwa­ży­łam… L’Amo­ur et Psy­ché… An­to­ine Ca­no­va16. Czy to nie to?

– A mo­że i Psy­che. Tyl­ko że wa­ham się, czy wam to po­ka­zać – do­da­ła ci­szej.

– W Pa­ry­żu! Je­ste­śmy te­raz w Pa­ry­żu! Mu­si­my umo­czyć war­gi w pu­cha­rze roz­pu­sty… – szep­nę­ła bru­net­ka do sta­rej da­my w se­kre­cie przed młod­szy­mi to­wa­rzysz­ka­mi.

– A co mię tam ty ob­cho­dzisz! Ty so­bie oczy wy­pa­truj na wszel­kie Amo­ry ma­lo­wa­ne i rzeź­bio­ne, ale te oto…

– Bab­cia my­śli, że my ro­zu­mie­my co­kol­wiek… – rze­kła z prze­pysz­ną mi­ną naj­młod­sza. – Nie wiem tyl­ko, po co ty­le cza­su tra­cić na oglą­da­nie tych roz­ma­itych ko­ry­ta­rzy z ob­ra­za­mi, kie­dy na uli­cach jest tak bo­sko, ta­ki Pa­ryż!

– Ależ, Wan­do… – jęk­nę­ła bru­net­ka.

– No, pa­ni to ro­zu­mie, a ja zu­peł­nie nic! Co w tym jest cie­ka­we­go? Wszel­kie te mu­zea i zbio­ry za­wsze ma­ją w so­bie coś z tru­piar­ni, tyl­ko że są jesz­cze nud­niej­sze. Na przy­kład… Clu­ny17. Ja­kieś do­ły, pie­cza­ry, ka­wał­ki odra­pa­nych mu­rów, ce­gły, no­gi, rę­ce, gna­ty…

– Cóż ty mó­wisz?

– No więc nie? Weź­my Car­na­va­let18… Pisz­cze­le, pa­skud­ne, za­ku­rzo­ne tru­po­sze, sta­re ru­pie­cie spod ko­ścio­łów. W do­dat­ku trze­ba ko­ło te­go cho­dzić z mi­ną uro­czy­stą, na­dę­tą, obok każ­dej rze­czy stać kwa­drans, uda­jąc, że się pa­trzy. Al­bo i tu­taj: ob­ra­zy, ob­ra­zy i ob­ra­zy bez koń­ca. No i te fi­gu­ry…

– Mo­je dziec­ko – wtrą­ci­ła bab­ka – są to ar­cy­dzie­ła, że tak po­wiem…

– Wiem, wiem… ar­cy­dzie­ła. Ale prze­cież wszyst­kie ob­ra­zy są do sie­bie po­dob­ne jak dwie kro­ple wo­dy: wy­la­kie­ro­wa­ne drze­wa i go­łe pan­ny z ta­ki­mi tu­taj…

– Wan­do! – krzyk­nę­ły wszyst­kie trzy to­wa­rzysz­ki z prze­stra­chem, oglą­da­jąc się do­ko­ła.

Ju­dym nie wie­dział, co czy­nić ze swo­ją oso­bą. Ro­zu­miał, że na­le­ża­ło­by wyjść, aby nie słu­chać mo­wy osób, któ­re nie wie­dzą, że jest Po­la­kiem, ale żal mu by­ło. Czuł w so­bie nie tyl­ko chęć, ale na­wet od­wa­gę wmie­sza­nia się do tej roz­mo­wy. Stał bez­rad­nie, wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma pa­trząc przed sie­bie.

– No to chodź­my do te­go Amo­ra i Psy­che… – rze­kła sta­ra da­ma dźwi­ga­jąc się z ła­wecz­ki. – Tyl­ko gdzie to jest – wbij zę­by w ścia­nę…

– Niech bab­cia nie za­po­mi­na, że dziś jesz­cze raz mia­ły­śmy być w tam­tym praw­dzi­wym Luw­rze19.

– Ci­cho mi bądź! Cze­kaj­cie no… Gdzież jest ów Ca­no­va? Pa­mię­tam, by­li­śmy tam z Ja­nu­arym… Szło się ja­koś… Za­raz…

– Je­że­li pa­nie po­zwo­lą, to wska­żę im naj­bliż­szą dro­gę do Amo­ra… to jest… An­to­nie­go Ca­no­vy… – rzekł dr To­masz zdej­mu­jąc ka­pe­lusz i zbli­ża­jąc się wśród ukło­nów.

Na dźwięk mo­wy pol­skiej w je­go ustach wszyst­kie trzy dzie­wi­ce od­ru­cho­wo zbli­ży­ły się do sta­rej da­my, jak­by się przed zbój­cą chro­ni­ły pod jej skrzy­dła.

– Aa… – ode­zwa­ła się bab­ka wzno­sząc gło­wę i mie­rząc mło­de­go czło­wie­ka okiem dość nie­chęt­nym. – Dzię­ku­ję, bar­dzo dzię­ku­ję…

– Pa­nie da­ru­ją, że gdy się sły­szy… W Pa­ry­żu tak rze­czy­wi­ście… bar­dzo, bar­dzo rzad­ko… – plótł Ju­dym tra­cąc pew­ność nóg i ję­zy­ka.

– Pan sta­le w Pa­ry­żu? – spy­ta­ła ostro.

– Tak. Miesz­kam tu od ro­ku. Wię­cej niż od ro­ku, bo ja­kieś pięt­na­ście mie­się­cy… Na­zy­wam się… Ju­dym. Ja­ko le­karz stu­diu­ję tu­taj pew­ne… To jest wła­ści­wie…

– Więc mó­wi pan, że ja­ko le­karz?…

– Tak jest – mó­wił dr To­masz, obu­rącz chwy­ta­jąc się wąt­ka roz­mo­wy, po­mi­mo że wy­cią­ga­ła na wierzch kwe­stie ty­czą­ce się je­go oso­by, któ­rych nie zno­sił. – Skoń­czy­łem me­dy­cy­nę w War­sza­wie, a obec­nie pra­cu­ję tu­taj w kli­ni­kach, w dzie­dzi­nie chi­rur­gii.

– Mi­ło mi po­znać pa­na dok­to­ra… – ce­dzi­ła da­ma dość ozię­ble. – My wo­ja­żu­je­my, jak pan wi­dzi, we czwór­kę, z ką­ta w kąt. Nie­wadz­ka… To mo­je dwie wnucz­ki, sie­ro­ty, Or­szeń­skie, a to ich i mo­ja naj­mil­sza przy­ja­ciół­ka, pan­na Jo­an­na Pod­bor­ska.

Ju­dym kła­niał się jesz­cze z wro­dzo­nym plą­ta­niem się nóg, gdy pa­ni Nie­wadz­ka rze­kła z ak­cen­tem ży­we­go in­te­re­su w to­nie mo­wy:

– Zna­łam, tak, nie my­lę się, ko­goś te­go na­zwi­ska, pa­na Ju­dy­ma czy pan­nę Ju­dy­mów­nę, na Wo­ły­niu bo­daj… zda­je się, że to tak, na Wo­ły­niu… A pan z ja­kich oko­lic?

Dr To­masz rad by był udać, że nie sły­szy te­go py­ta­nia. Gdy jed­nak pa­ni Nie­wadz­ka zwró­ci­ła ku nie­mu wej­rze­nie, mó­wił:

– Ja po­cho­dzę z War­sza­wy, z sa­mej War­sza­wy. I z bar­dzo by­le ja­kich Ju­dy­mów…

– Dla­cze­góż to?

– Oj­ciec mój był szew­cem, a w do­dat­ku li­chym szew­cem na Cie­płej uli­cy. Na Cie­płej uli­cy… – po­wtó­rzył z kłu­ją­cą sa­tys­fak­cją. Unik­nął wresz­cie chwiej­ne­go grun­tu i grzecz­nych de­li­kat­no­ści, w czym nie był moc­ny i cze­go się w prze­sad­ny spo­sób oba­wiał. Pa­nie umil­kły i po­su­wa­ły się z wol­na, rów­no­le­gle, sze­lesz­cząc suk­nia­mi.

– Bar­dzo się cie­szę, bar­dzo… – mó­wi­ła spo­koj­nie pa­ni Nie­wadz­ka – że mia­łam spo­sob­ność za­war­cia tak mi­łej zna­jo­mo­ści. Więc pan zba­dał tu­taj wszel­kie dzie­ła sztu­ki? Za­pew­ne, miesz­ka­jąc sta­le w Pa­ry­żu… Je­ste­śmy bar­dzo obo­wią­za­ne…

– Amor i Psy­che bę­dzie chy­ba w in­nym gma­chu – rze­kła pan­na Pod­bor­ska.

– Tak, w in­nym… Wyj­dzie­my na dzie­dzi­niec.

Gdy tam sta­nę­li, pa­ni Nie­wadz­ka zwró­ci­ła się do Ju­dy­ma i z imi­ta­cją uprzej­mo­ści rze­kła:

– Tak ostro pan wy­mie­nił za­trud­nie­nie swe­go oj­ca, że czu­ję się praw­dzi­wie upo­ko­rzo­ną. Ze­chce mi pan wie­rzyć, że nie mia­łam in­ten­cji py­ta­niem o ja­kieś tam ko­li­ga­cje spra­wić mu przy­kro­ści. Po pro­stu na­łóg sta­rej ba­by, któ­ra dłu­go ży­ła i du­żo lu­dzi na świe­cie wi­dzia­ła. Mi­ło jest, to praw­da, ze­tknąć się z czło­wie­kiem, któ­re­go oso­ba mó­wi o daw­nych rze­czach, lu­dziach, sto­sun­kach, ale o ileż przy­jem­niej, o ileż… przy­jem­niej…

– Oj­ciec pa­na, ten szewc, ro­bił dam­skie obu­wie czy mę­skie ka­ma­sze? – za­py­ta­ła przy­mru­ża­jąc oczy młod­sza z pa­nien Or­szeń­skich.

– Trze­wi­ki, głów­nie trze­wi­ki, w dość od­le­głych jed­na od dru­giej chwi­lach przy­tom­no­ści, naj­czę­ściej bo­wiem ro­bił po pi­ja­ne­mu awan­tu­ry, gdzie się da­ło.

– No, to już zu­peł­nie w gło­wie mi się nie mie­ści, ja­kim cu­dem pan zo­stał le­ka­rzem, i do te­go – w Pa­ry­żu!

Pan­na Pod­bor­ska ci­snę­ła na mó­wią­cą spoj­rze­nie peł­ne roz­pacz­li­we­go wsty­du.

– W tym, co nam pan o so­bie wy­znał – rze­kła sta­ra jej­mość – wi­dzę du­żo, du­żo od­wa­gi. Do­praw­dy, że po raz pierw­szy zda­rzy­ło mi się sły­szeć ta­ką mo­wę. Pro­szę pa­na dok­to­ra, je­stem sta­ra i róż­nych lu­dzi wi­dzia­łam. Ile ra­zy zda­rzy­ło mi się ob­co­wać z… in­dy­wi­du­ami nie na­le­żą­cy­mi do to­wa­rzy­stwa, z oso­ba­mi… jed­nym sło­wem, z ludź­mi po­cho­dzą­cy­mi ze sta­nów zwa­nych – słusz­nie czy nie­słusz­nie, w to nie wcho­dzę – gmi­nem, to za­wsze ci pa­no­wie usi­ło­wa­li sta­ran­nie omi­nąć kwe­stię swe­go ro­do­wo­du. Zna­łam co praw­da i ta­kich – mó­wi­ła jak­by z pew­nym za­du­ma­niem – któ­rzy w ja­kimś okre­sie ży­cia, zwy­kle w mło­do­ści, przy­zna­wa­li się z em­fa­zą do swe­go sta­nu kmie­ce­go czy tam do cze­goś, a póź­niej nie tyl­ko że ta ich de­mo­kra­tycz­nie-cheł­pli­wa praw­do­mów­ność szła so­bie na bo­ry, na la­sy, ale prócz te­go miej­sce jej zaj­mo­wa­ły ja­kieś her­by przy­le­pio­ne do drzwi­czek ka­re­ty, je­śli ją for­tu­na po­sta­wi­ła przede drzwia­mi miesz­ka­nia.

Ju­dym uśmiech­nął się szy­der­czo, kil­ka kro­ków szedł w mil­cze­niu, a póź­niej zwró­cił się do pan­ny Pod­bor­skiej z py­ta­niem:

– Ja­kież wra­że­nie zro­bi­ła na pa­ni We­nus z Mi­lo?

– We­nus… – rze­kła bru­net­ka, jak­by ją to py­ta­nie zbu­dzi­ło ze snu przy­kre­go. Twarz jej ob­lał ru­mie­niec, wnet znikł i sku­pił się w prze­ślicz­nych ustach, któ­re nie­znacz­nie drga­ły.

– Ma ca­lu­teń­kie ple­cy po­szar­pa­ne, jak­by ją kto przez czte­ry dni z rzę­du prał eko­nom­skim ba­tem… – rze­kła ka­te­go­rycz­nie pan­na Wan­da.

– Prze­ślicz­na… – pół­gło­sem wy­mó­wi­ła pan­na Na­ta­lia, zwra­ca­jąc w stro­nę Ju­dy­ma swe ma­to­we oczy. Dru­gi raz dok­tor miał moż­ność spoj­rzeć w te oczy i zno­wu krót­ko go­ści­ło we wszyst­kich wła­dzach je­go du­szy nie­uchwyt­ne za­trwo­że­nie. We wzro­ku tej dziew­czy­ny by­ło coś, jak­by zim­ny, nie­po­ły­sku­ją­cy blask księ­ży­ca, kie­dy nad sen­ną zie­mią tar­cza je­go we mgłach się kry­je.

Pan­na Pod­bor­ska oży­wi­ła się i za­raz twarz jej uka­za­ła we­wnętrz­ne wzru­sze­nie.

– Ja­każ ona pięk­na! ja­każ praw­dzi­wa! Gdy­bym w Pa­ry­żu miesz­ka­ła, przy­cho­dzi­ła­bym do niej… no, mi­lion nie mi­lion, ale co ty­dzień, że­by się na­pa­trzeć. Gre­cy w ogó­le stwo­rzy­li świat bo­gów tak cu­dow­ny… Go­ethe…

Usły­szaw­szy wy­raz „Go­ethe” Ju­dym do­znał nie­sma­ku, czy­tał bo­wiem z te­go po­ety coś, a nad­to nie­gdyś.

Los zda­rzył, że sta­ra da­ma za­trzy­ma­ła się w przed­sion­ku pro­wa­dzą­cym do sa­li Amo­ra i Psy­che – i nie­mym zna­kiem w du­żych bla­dych oczach py­ta­ła Ju­dy­ma o dro­gę. Kie­dy się zna­le­zio­no w ob­li­czu wy­gła­ska­nej gru­py, owe­go ma­lo­wi­dła w bia­łym mar­mu­rze, wszy­scy umil­kli. Ju­dym ze smut­kiem my­ślał, że wła­ści­wie ro­la je­go już się skoń­czy­ła. Czuł, że wy­rwaw­szy się z wia­do­mo­ścią o pa­pie z Cie­płej nie mo­że to­wa­rzy­szyć tym pa­niom i szu­kać ich zna­jo­mo­ści. Zno­wu w umy­śle je­go prze­su­nął się po­kój „na Wol­te­rze”20 i sta­ra, wstręt­na żo­na con­cier­ge’a21 ze swy­mi wie­ku­isty­mi py­ta­nia­mi bez sen­su. W chwi­li kie­dy naj­bar­dziej nie wie­dział, co czy­nić, i nie był pew­ny, w ja­ki spo­sób wy­pa­da się roz­stać, pa­ni Nie­wadz­ka jak­by zga­du­jąc, o czym my­śli, rze­kła:

– Wy­bie­ra­my się do Wer­sa­lu22. Chcia­ły­by­śmy zo­ba­czyć oko­li­ce, być po dro­dze w Se­vres23, w Sa­int-Clo­ud24… Te war­to­gło­wy pę­dzi­ły­by z miej­sca na miej­sce dzień i noc, a ja for­mal­nie upa­dam. Czy jeź­dzi­łeś pan do Wer­sa­lu? Jak wy­god­niej? Ko­le­ją? Pi­szą tu o ja­kimś tram­wa­ju pneu­ma­tycz­nym25. Czy to co lep­sze­go niż po­ciąg?

– W Wer­sa­lu by­łem dwa ra­zy tym wła­śnie tram­wa­jem, któ­ry wy­dał mi się bar­dzo do­god­ny. Idzie wpraw­dzie wol­no, pew­nie dwa ra­zy wol­niej niż wa­gon ko­le­jo­wy, ale za to da­je moż­ność ob­ser­wo­wa­nia oko­li­cy i Se­kwa­ny.

– A więc je­dzie­my tram­wa­jem! – za­wy­ro­ko­wa­ła pan­na Wan­da.

– O któ­rej-że go­dzi­nie wy­cho­dzi stąd ten czu­pi­rak?

– Nie pa­mię­tam, pro­szę pa­ni, ale to tak ła­two się do­wie­dzieć. Sta­cja głów­na mie­ści się tuż obok Luw­ru. Je­że­li pa­nie po­zwo­lą…

– O! czy­liż śmia­ły­by­śmy pa­na tru­dzić…

– Ale do­wie się pan, co to szko­dzi, mo­ja bab­ciu. Pan tu­tej­szy, pa­ry­ża­nin… – de­kla­mo­wa­ła pan­na Wan­da odro­bi­nę pa­ro­diu­jąc ton mo­wy Ju­dy­ma.

To­masz kła­nia­jąc się od­szedł i za­do­wo­lo­ny, jak­by mu się przy­tra­fi­ło coś nie­sły­cha­nie po­myśl­ne­go, biegł pę­dem ku sta­cji tram­wa­jo­wej na Qu­ai du Lo­uvre. W mgnie­niu oka wy­szu­kał kon­duk­to­ra, wbił so­bie w gło­wę wszyst­kie go­dzi­ny oraz mi­nu­ty i wra­cał pro­stu­jąc się co chwi­la i po­pra­wia­jąc kra­wat… Kie­dy za­wia­da­miał te pa­nie o ter­mi­nie od­jaz­du i udzie­lał im wska­zó­wek, jak się kie­ro­wać w Wer­sa­lu, pan­na Wan­da wy­pa­li­ła:

– A więc je­dzie­my do Wer­sa­lu. Ba­ga­te­la! Do sa­me­go Wer­sa­lu… Je­dzie­my tram­wa­jem ja­kimś tam – a pan z na­mi.

Za­nim Ju­dym zdo­łał ze­brać my­śli, do­da­ła:

– Już bab­cia orze­kła, że mal­gré to­ut26 i mo­że pan je­chać…

– Wan­da! – z roz­pa­czą pra­wie zgrzyt­nę­ła pa­ni Nie­wadz­ka ru­mie­niąc się jak dziew­cząt­ko. Po chwi­li zwró­ci­ła się do Ju­dy­ma i usi­ło­wa­ła wy­wo­łać przy­ja­zny uśmiech na drżą­ce jesz­cze war­gi:

– Wi­dzi pan, co to za dia­beł czu­ba­ty, choć już do­po­mi­na się o dłu­gą suk­nię…

– Czy istot­nie po­zwo­li­ły­by pa­nie to­wa­rzy­szyć so­bie do Wer­sa­lu?

– Nie śmia­ła­bym pro­sić pa­na, bo to mo­że prze­rwie za­ję­cia, ale by­ło­by nam bar­dzo przy­jem­nie.

– By­naj­mniej… Był­bym wiel­ce szczę­śli­wy… Tak daw­no… – bą­kał Ju­dym.

– Pa­nie, o dzie­sią­tej! – rze­kła do nie­go pan­na Wan­da z pal­cem wznie­sio­nym do gó­ry i wy­ko­ny­wu­jąc ocza­mi ca­ły sze­reg pla­stycz­nych zna­ków po­ro­zu­mie­nia.

Dok­tor już lu­bił tę dziew­czy­nę zu­peł­nie jak do­bre­go ko­leż­kę, z któ­rym moż­na pa­plać bez mia­ry o wszyst­kich rze­czach i nie­któ­rych in­nych. Trzy oso­by star­sze od pan­ny Wan­dy za­cho­wy­wa­ły nie­zgrab­ne mil­cze­nie. Ju­dym czuł, że wtar­gnął do to­wa­rzy­stwa tych pań. Ro­zu­miał swą niż­szość spo­łecz­ną i to, że jest w tej sa­mej chwi­li szew­skim sy­nem tu­dzież aspi­ran­tem do „to­wa­rzy­stwa”. Od­róż­niał w so­bie te oby­dwie sub­stan­cje i do krwi gryzł dol­ną war­gę.

Po obej­rze­niu me­da­lio­nów Da­vi­da d’An­gers27, z któ­rych kil­ka wnio­sło do serc obec­nych coś jak gdy­by mo­dli­twę, wy­co­fa­no się z mu­zeum na dzie­dzi­niec, a stam­tąd na uli­cę.

Sta­ra pa­ni przy­wo­ła­ła fia­kra i oświad­czy­ła swo­im pan­nom, że ja­dą do skle­pów. Ju­dym po­że­gnał je z ele­gan­cją, któ­rej w tym wła­śnie mo­men­cie pierw­szy raz w ży­ciu za­ży­wał – i od­da­lił się. Na pię­trze omni­bu­su dą­żą­ce­go w stro­nę Vin­cen­nes wpadł w głę­bo­kie i mi­ster­ne roz­my­śla­nia. By­ło to w je­go ży­ciu zda­rze­nie ka­pi­tal­ne, coś w ro­dza­ju otrzy­ma­nia pa­ten­tu al­bo fa­bry­ka­cji pierw­szej sa­mo­ist­nej re­cep­ty. Ni­g­dy jesz­cze nie zbli­żał się do ta­kich ko­biet. Mi­jał je tyl­ko nie­raz na uli­cy, wi­dy­wał cza­sem w po­wo­zach i ma­rzył o nich z nie­uga­szo­ną tę­sk­no­tą, w skry­to­ści du­cha, do któ­rej nie ma przy­stę­pu myśl kon­tro­lu­ją­ca. Jak­że czę­sto, bę­dąc uczniem i stu­den­tem, za­zdro­ścił lo­ka­jom ich pra­wa przy­pa­try­wa­nia się tym isto­tom cie­le­snym, a prze­cież tak po­dob­nym do cud­nych kwia­tów za­mknię­tych w cza­row­nym ogro­dzie. Za­ra­zem przy­szły mu na myśl je­go ko­bie­ty: krew­ne, zna­jo­me, ko­chan­ki… Każ­da mniej lub wię­cej po­dob­na do męż­czy­zny z ru­chów, z or­dy­nar­no­ści, z in­stynk­tów. Myśl o tym by­ła tak wstręt­ną, że przy­mknął oczy i z naj­głęb­szą ra­do­ścią słu­chał sze­le­stu su­kien, któ­re­go jesz­cze uszy je­go by­ły peł­ne. Każ­dy by­stry ruch no­gi wy­smu­kłych pa­nien był jak drgnie­nie mu­zycz­ne. Po­ły­ski ślicz­nych man­ty­lek, rę­ka­wi­czek, lek­kich krez ota­cza­ją­cych szy­je, roz­nie­ca­ły w nim ja­kieś szcze­gól­ne, nie ty­le na­mięt­ne, ile es­te­tycz­ne wzru­sze­nie.

Na­za­jutrz wstał wcze­śniej niż zwy­kle i z wiel­kim kry­ty­cy­zmem zba­dał swą gar­de­ro­bę we wszel­kich jej po­sta­ciach. Oko­ło dzie­wią­tej wy­szedł z do­mu; a że cza­su by­ło jesz­cze aż nad­to, po­sta­no­wił iść pie­cho­tą.

Prze­ci­ska­jąc się wśród tłu­mu roz­my­ślał o dys­kur­sie, ja­kim ba­wić bę­dzie te pa­nie, ukła­dał w my­śli ca­łe dia­lo­gi nad wy­raz wdzięcz­ne, a na­wet flir­to­wał w ima­gi­na­cji, co aż do owej chwi­li po­czy­ty­wał był za plu­ga­stwo. Przy sta­cji tram­wa­jów by­ło pu­sto. Ju­dym za­trzy­mał się pod jed­nym z drzew i pe­łen nie­po­ko­ju ocze­ki­wał przy­by­cia wczo­raj­szych zna­jo­mych. Co chwi­la roz­le­gał się ryk stat­ków nu­rza­ją­cych się w fa­lach Se­kwa­ny, wrzał tur­kot omni­bu­sów na mo­stach i przy­le­głych uli­cach. Po tam­tej stro­nie rze­ki wy­bi­ła gdzieś czy­stym dźwię­kiem go­dzi­na dzie­sią­ta. Ju­dym słu­chał te­go gło­su jak­by uro­czy­ste­go sło­wa za­pew­nie­nia, że pięk­ne isto­ty nie przyj­dą, że nie przyj­dą dla­te­go mia­no­wi­cie, że on ich ocze­ku­je. On, To­masz Ju­dym, To­mek Ju­dym z Cie­płej uli­cy.

Stał tak, pa­trząc na sza­rą, cięż­ką wo­dę i szep­tał do sie­bie:

– Uli­ca Cie­pła, uli­ca Cie­pła…

By­ło mu nad wszel­ki wy­raz głu­pio, ja­koś nie­smacz­nie i gorz­ko. W da­le­kim krań­cu prze­lot­ne­go wspo­mnie­nia snuł się ob­raz brud­nej ka­mie­ni­cy…

Pod­niósł gło­wę i otrzą­snął się. Obok nie­go prze­su­wa­li się lu­dzie wszel­kie­go ty­pu, a mię­dzy in­ny­mi wę­drow­ny he­rold „In­tran­si­ge­an­ta”28 dźwi­ga­ją­cy na wy­so­kim drą­gu treść ostat­nie­go nu­me­ru tej ga­ze­ty przy­kle­jo­ną do po­przecz­nej de­ski. W owej chwi­li roz­no­si­ciel spu­ścił ogło­sze­nie na dół, wsparł się na je­go ki­ju i ga­wę­dził ze zna­jo­mym. Ty­tuł ga­ze­ty sko­ja­rzył się w umy­śle Ju­dy­ma z prze­róż­ny­mi my­śla­mi, w któ­rych sze­re­gu błą­ka­ło się uprzy­krzo­ne, nie­mi­łe, bo­le­sne pra­wie po­ję­cie: uli­ca Cie­pła, uli­ca Cie­pła…

O ro­dzi­nie swej, o wa­run­kach, w ja­kich ży­wot jej upły­wa, my­ślał w owej chwi­li ni­by o czymś nie­zmier­nie ob­cym, ni­by o ty­pie pew­nej fa­mi­lii ma­ło­miesz­czań­skiej, któ­ra nędz­ną eg­zy­sten­cję swo­ją pę­dzi­ła za pa­no­wa­nia kró­la Ja­na Ka­zi­mie­rza. Te da­my, któ­re zo­ba­czył dnia po­przed­nie­go, sta­ły się dlań tak szyb­ko isto­ta­mi bli­ski­mi, sio­strza­ny­mi, przez wy­kwint­ność swych ciał, su­kien, ru­chów i mo­wy. Żal mu by­ło, że nie przy­cho­dzą, i pra­wie nie­zno­śnie na sa­mą myśl, że mo­gą nie przyjść wca­le. Je­że­li tak bę­dzie, to dla­te­go, że z tych szew­ców wie­dzie swój „ro­do­wód…”

Po­sta­no­wił je­chać do Wer­sa­lu, ukło­nić się im z da­le­ka i wy­mi­nąć… Cóż go mo­gą ob­cho­dzić ja­kieś pan­ny z ary­sto­kra­cji „czy tam z cze­go”? Chciał­by tyl­ko zo­ba­czyć raz jesz­cze, przyj­rzeć się, jak to­to cho­dzi, jak pa­trzy na by­le ob­raz cie­ka­wy­mi ocza­mi…

„Ju­ścić – my­ślał ga­piąc się na wo­dę – ju­ścić je­stem cham, to nie ma co… Czy­liż umiem się ba­wić, czym kie­dy po­my­ślał o tym, jak na­le­ży się ba­wić? Grek po­ło­wę ży­cia prze­pę­dzał na umie­jęt­nej za­ba­wie. Włoch śre­dnio­wiecz­ny udo­sko­na­lił sztu­kę próż­no­wa­nia, to sa­mo ta­kie ko­bie­ty… Ja bym się za­ba­wił na wy­ciecz­ce, ale z kim? Z ko­bie­ta­mi me­go sta­nu, z ja­ki­miś, przy­pusz­czam, pan­na­mi «mia­sto­wy­mi», ze stu­dent­ka­mi, z bia­ło­gło­wa­mi jed­nym sło­wem, co się na­zy­wa. Ale z ty­mi! To jest tak jak­by wiek dzie­więt­na­sty, pod­czas kie­dy ja ży­ję jesz­cze z pra­pra­dziad­ka­mi na po­cząt­ku osiem­na­ste­go. Nie po­sia­dam sztu­ki roz­ma­wia­nia, zu­peł­nie jak­by pi­sarz pro­wen­to­wy chciał ukła­dać dia­lo­gi a là Lu­kian29 dla­te­go, że umie pi­sać pió­rem… Nie ba­wił­bym się, tyl­ko bym dbał, że­by nie zro­bić cze­goś z szew­ska. Mo­że to i le­piej… Ach, jak to dziw­nie… Każ­da z tych bab tak ja­koś ży­wo in­te­re­su­je czło­wie­ka, każ­da, na­wet ta sta­ra, to isto­ta no­wo­cze­sna, wy­obra­zi­ciel­ka te­go, co ty­tu­łu­je­my kul­tu­rą. A ja, cóż ja… szew­czy­na…”

– Nie po­wie­dzia­łam, że dok­to­rek bę­dzie już na nas cze­kał! – za­wo­ła­ła tuż za nim pan­na Wan­da.

Ju­dym od­wró­cił się pręd­ko i uj­rzał przed so­bą wszyst­kie czte­ry zna­jo­me. Twa­rze ich by­ły we­so­łe. Wśród mi­łej roz­mo­wy pa­nie wdra­pa­ły się na im­pe­rial, Ju­dym z pre­cy­zją win­do­wał tam bab­cię. Gdy się zna­la­zły tak wy­so­ko, przed oczy­ma ich uka­za­ła się ru­chli­wa toń Se­kwa­ny. Pę­dzi­ła mię­dzy gra­ni­to­wy­mi brze­gi zdy­sza­na, udrę­czo­na, jak­by w ostat­nim wy­sił­ku ro­bi­ła bo­ka­mi. Nie­czy­sta, zgęst­nia­ła, bu­ra, pra­wie ciem­na wo­da, w któ­rej chlu­pa­ły pa­ro­stat­ki ry­cząc co chwi­la, spra­wia­ła smut­ne wra­że­nie, jak nie­wol­ni­ca, któ­rej szczu­płe rę­ce ob­ra­ca­ją cięż­kie żar­na.

– Ja­ka ma­ła, ja­ka wą­ska… – mó­wi­ła pan­na Jo­an­na.

– Phi!… wy­glą­da jak wnucz­ka Wi­sły!

– Zu­peł­na ka­ry­ka­tu­ra Iza­ry30… – rze­kła pan­na Na­ta­lia.

– To praw­da! Pan­no Net­ko, pa­mię­ta pa­ni Izar­kę, Izu­nię na­szą ja­sno­zie­lo­ną, czy­stą jak łza… – uno­si­ła się pan­na Wan­da.

– Ech, jak łza… – wtrą­cił Ju­dym.

– Co, nie wie­rzy pan! Bab­ciu, ten pan for­mal­nie wy­znał, że nie wie­rzy w czy­stość Iza­ry.

– Rze­czy­wi­ście, ja­każ to okrop­na wo­da! – mó­wi­ła wie­ko­wa da­ma usi­łu­jąc za­ma­zać co prę­dzej ostat­nie sło­wa pan­ny Wan­dy, któ­re nie wie­dzieć cze­mu wy­wo­ła­ły ru­mie­niec jak prze­lot­ny ob­ło­czek na twa­rzy pan­ny „Net­ki”.

W chwi­li kie­dy Ju­dym za­mie­rzał speł­nić coś sta­ty­stycz­nie-uczo­ne­go o wo­dzie Se­kwa­ny, tram­waj bek­nął prze­cią­gle i wy­gi­na­jąc swe wa­go­ny na zwrot­ni­cach, ni­by człon­ki dłu­gie­go ciel­ska, po­su­nął się wzdłuż brze­gu czar­nej rze­ki. Ga­łę­zie kasz­ta­nów z dłu­gi­mi li­ść­mi ko­ły­sa­ły się tuż obok twa­rzy ja­dą­cych. Sa­dza i ostre py­ły miej­skie wżar­ły się już w ja­sną zie­lo­ność mięk­kich po­wierzch­ni i ob­łó­czy­ły je z wol­na jak gdy­by w śniedź ru­da­wą. Dzień był chmur­ny. Co chwi­la prze­my­ka­ły się nad oko­li­cą już to głę­bo­kie cie­nie ob­ło­ków, już po­pie­la­te świa­tło za­sę­pio­ne­go przed­po­łu­dnia. Ale nikt na to uwa­gi nie zwra­cał, gdyż przy­cią­ga­ły wszyst­ką dom­ki z ró­żo­we­go ka­mie­nia na przed­miej­skich uli­cach.

– Cóż to za ka­mie­nie? Co za ka­mie­nie, pa­nie, pa­nie? – na­sta­wa­ła pan­na Wan­da. Za­nim jed­nak zdą­żył ze­brać my­śli, już mu da­ła po­kój, z uśmie­chem zwra­ca­jąc gło­wę w prze­ciw­ną stro­nę. Nad ogro­da­mi, któ­re ze wzgó­rza zbie­ga­ły tam ku rze­ce, uno­sił się i wy­peł­niał ca­łe po­wie­trze za­pach róż upa­ja­ją­cy, roz­kosz­ny… Gdzie­nie­gdzie mię­dzy drze­wa­mi wi­dać by­ło ogrom­ne ra­ba­ty prze­bi­ja­ją­ce się na ze­wnątrz zie­lo­nej za­sło­ny pło­mie­niem pą­so­wej i żół­tej bar­wy. Ju­dym ob­ser­wo­wał twa­rze swych pań. Wszyst­kie nie wy­łą­cza­jąc sta­rusz­ki by­ły jak­by na­tchnio­ne. Zwra­ca­ły się mi­mo chę­ci w kie­run­ku źró­dła prze­ślicz­nej wo­ni i z przy­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi, z uśmie­chem na war­gach wcią­ga­ły ją noz­drza­mi. Szcze­gól­niej twarz pan­ny Na­ta­lii przy­ku­wa­ła w owej chwi­li je­go uwa­gę. Ta isto­ta, po­chło­nię­ta przez za­pach ró­ża­ny, zda­wa­ła się być ni­by ja­sny mo­tyl, dla któ­re­go ten kwiat zo­stał stwo­rzo­ny i któ­ry sam je­den ma do nie­go ta­jem­ni­cze pra­wo.

Spo­mię­dzy ogro­dów wy­dzie­ra­ły się tu i ów­dzie sczer­nia­łe mu­ry i ko­mi­ny fa­bryk, po­dob­ne do wstręt­ne­go ka­dłu­ba i ob­mier­z­łych człon­ków ja­kie­goś pa­so­ży­ta, któ­ry z bru­du się ro­dzi i nim ży­je. Nad wo­dą i da­le­ko wzdłuż brze­gu wlo­kły się do­my przed­mie­ścia bied­ne, or­dy­nar­ne i ma­łe. W pew­nym miej­scu otwo­rzył się przed wzro­kiem, jak cze­luść, skład wę­gla roz­trzą­sa­ją­cy na są­sied­nie ścia­ny, drzwi i okna swój czar­ny od­dech. Da­le­ko w prze­strze­ni wi­dać by­ło przy­mglo­ny las Meu­don.

– Cóż pa­ni się naj­bar­dziej po­do­ba­ło w Pa­ry­żu? – rzekł Ju­dym do pan­ny Na­ta­lii, któ­ra obok nie­go sie­dzia­ła.

By­ło to jed­no z za­py­tań przy­go­to­wa­nych jesz­cze wczo­raj, jak lek­cja.

– W Pa­ry­żu? – mó­wi­ła roz­cią­ga­jąc ten wy­raz z uśmie­chem na ślicz­nych war­gach. – Po­do­ba mi się, to jest spra­wia mi przy­jem­ność, wszyst­ko… Ruch, ży­cie… Jest to jak bu­rza! Na przy­kład w oko­li­cy Ga­re Sa­int-La­za­re – nie wiem, jak się ta uli­ca na­zy­wa – gdy się je­dzie w po­wo­zie i gdy się wi­dzi tych lu­dzi pę­dzą­cych tro­tu­ara­mi31, te fa­le, fa­le… Hu­czą­ca po­wódź… Raz wi­dzia­łam po­wódź okrop­ną u stry­ja, w gó­rach. Wo­da na­gle wez­bra­ła… Wte­dy chcia­ło się wo­łać na nią: wy­żej, prę­dzej, leć! Tu to sa­mo…

– A pa­ni? – za­py­tał Ju­dym pan­nę Wan­dę.

– Mnie… to sa­mo… – mó­wi­ła pręd­ko – a oprócz te­go Lo­uvre. Tyl­ko nie ten ma­lo­wa­ny. Fe!… Wie pan, tam­ten. Te­raz, ro­zu­mie się, skie­ru­je pan swo­je py­ta­nie do „ciot­ki” Jo­asi, cho­ciaż od niej trze­ba by­ło za­cząć, bo ona jest na­uczy­ciel­ką i ko­cha­necz­ką. Wi­dzi je­go­mość – ma­ła rzecz, a wstyd. Otóż ja pa­nu po­wiem. Pan­nie Jo­asi po­do­ba się pri­mo „Ry­bak”32, se­cun­do „Myśl”, trze­cio „We­nus”, czwar­to… Zresz­tą nam się wszyst­kim ogrom­nie po­do­ba i „Ry­bak”, i „Myśl”… Bab­ci…

– Cóż to za myśl?

– To pan te­go na­wet nie wie! A wie­cie co… „Myśl” wy­ma­lo­wa­na, w no­wym ra­tu­szu. Z za­mknię­ty­mi ocza­mi, chu­da, mło­da, dla mnie oso­bi­ście wca­le nie­ład­na.

– Ach, w ra­tu­szu…

– W ra­tu­szu, ach… Te­raz „Ry­bak” w ga­le­rii ja­kiej to?…

– Wła­śnie cie­ka­wi je­ste­śmy, w ja­kiej? O to nam tyl­ko cho­dzi… w ja­kiej… – wtrą­ci­ła bab­ka.

– 

Za­raz… My­śli ba­bu­nia, że ta­kie­go głup­stwa nie wiem. O, prze­pra­sza się de­li­kat­nie sza­now­ną pu­blicz­ność: za Se­kwa­ną, w tym ogro­dzie, gdzie to wo­da i te kacz­ki z czu­ba­mi…

– Luk­sem­bur­skim… – szep­nę­ła pan­na Na­ta­lia.

– W Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim!

– Zna pan „Ry­ba­ka” Pu­vis de Cha­van­nes’a? – rze­kła pan­na Pod­bor­ska.

– „Ry­ba­ka”? nie przy­po­mi­nam so­bie…

– Ta­ki z pa­na znaw­ca i pa­ry­ża­nin – drwi­ła pan­na Wan­da wy­dy­ma­jąc war­gi ze wzgar­dą.

– Al­boż to ja je­stem znaw­ca i pa­ry­ża­nin? Ja je­stem po­spo­li­ty chi­rurg…

Kie­dy to mó­wił, uka­zał mu się ob­raz, o któ­rym by­ła mo­wa. Wi­dział go przed ro­kiem i ude­rzo­ny nie­wy­po­wie­dzia­ną si­łą te­go ar­cy­dzie­ła za­cho­wał je w pa­mię­ci. Z cza­sem wszyst­ko, co sta­no­wi sa­mo ma­lo­wi­dło, szcze­gól­ną roz­wiew­ność barw, ry­su­nek fi­gur i pej­za­żu, pro­sto­tę środ­ków i ca­łą jak­by fa­bu­łę utwo­ru, przy­wa­li­ły in­ne rze­czy i zo­sta­ło tyl­ko czu­ją­ce wie­dze­nie o czymś nad wszel­ki wy­raz bo­le­snym. Wspo­mnie­nie owo by­ło jak męt­ne echo czy­jejś krzyw­dy, ja­kiejś hań­by bez­przy­kład­nej, któ­rej nie by­li­śmy win­ni, a któ­ra prze­cie zda­je się wo­łać na nas z zie­mi dla­te­go tyl­ko, że by­li­śmy jej świad­ka­mi. Pan­na Jo­an­na, któ­ra rzu­ci­ła py­ta­nie o „Ry­ba­ka”, sie­dzia­ła na koń­cu ław­ki za oby­dwie­ma pa­nien­ka­mi i bab­cią. Cze­ka­jąc od­po­wie­dzi wy­chy­li­ła się tro­chę i uważ­nie przy­glą­da­ła Ju­dy­mo­wi. Ten, z ko­niecz­no­ści, pa­trząc w te oczy ja­sne, praw­dzi­wie ja­sne, pod­nie­co­ny ich wy­nu­rze­niem za­chwy­tu, któ­re za­stę­po­wa­ło w zu­peł­no­ści ty­siąc słów opi­su płót­na Pu­vis de Cha­van­nes’a, za­czął przy­po­mi­nać so­bie na­wet bar­wy, na­wet pej­zaż. Unie­sie­nie tych oczu zda­wa­ło się przy­ta­czać mu ob­raz, pod­po­wia­dać daw­no za­tar­te wra­że­nie. Tak, pa­mię­tał… Chu­dy czło­wiek, a wła­ści­wie nie czło­wiek, lecz an­tro­po­id33 z przed­mie­ścia wiel­kiej sto­li­cy, ob­ro­sły kła­ka­mi, w ko­szu­li, któ­ra się na nim ze sta­ro­ści roz­la­zła, w por­t­kach wi­szą­cych na spi­cza­stych ko­ściach bio­der, stał zno­wu przed nim ze swą pod­ryw­ką za­nu­rzo­ną w wo­dę. Oczy je­go spo­czy­wa­ją ni­by to na pa­łą­kach trzy­ma­ją­cych siat­kę, a jed­nak wi­dzą każ­de­go czło­wie­ka, któ­ry prze­cho­dzi. Nie szu­ka­ją współ­czu­cia, któ­re­go nie ma. Ani się ża­lą, ani pła­czą. „Oto jest po­ży­tek wasz ze wszyst­kich sił mo­ich, z du­cha mo­je­go…” – mó­wią do­ły je­go oczu za­pa­dłych. Stoi tam ten wy­obra­zi­ciel kul­tu­ry świa­ta, prze­ra­ża­ją­cy pro­dukt ludz­ko­ści. Ju­dym przy­po­mniał so­bie na­wet uczu­cie zdu­mie­nia, ja­kie go zdję­ło, gdy sły­szał i wi­dział wra­że­nie in­nych osób przed tym ob­ra­zem. Sku­pia­ły się tam tłu­my wiel­kich dam, stroj­nych i pach­ną­cych dzie­wic, męż­czyzn w „mięk­kie sza­ty odzia­nych”. I tłum ten wzdy­chał. Łzy ci­che pły­nę­ły z oczu tych, któ­rzy tam przy­szli obar­cze­ni łu­pa­mi. Po­słusz­ni roz­ka­zo­wi nie­śmier­tel­nej sztu­ki przez chwi­lę czu­li, jak ży­ją i co stwa­rza­ją na zie­mi.

– Tak – rzekł Ju­dym – praw­da, wi­dzia­łem ten ob­raz Pu­vis de Cha­van­nes’a w Ga­le­rii Luk­sem­bur­skiej.

Pan­na Jo­an­na cof­nę­ła się za ra­mię pa­ni Nie­wadz­kiej. Dok­tor uj­rzał tyl­ko jej bia­łe czo­ło oto­czo­ne ciem­ny­mi wło­sa­mi.

– Jak tam pan­na Net­ka be­cza­ła… Jak be­cza­ła!… – szep­nę­ła Ju­dy­mo­wi pan­na Wan­da pra­wie do ucha. – Zresz­tą my wszyst­kie… Mnie sa­mej le­cia­ły z oczu łzy ta­kie ogrom­ne jak groch z ka­pu­stą.

– Ja nie mam zwy­cza­ju… – uśmiech­nę­ła się pan­na Na­ta­lia.

– Nie? – spy­tał dok­tor, le­ni­wie mie­rząc ją wzro­kiem.

– Bar­dzo mi żal by­ło te­go czło­wie­ka, szcze­gól­niej tych je­go dzie­ci, żo­ny… Wszyst­ko to ta­kie chu­de, jak­by wy­stru­ga­ne z pa­ty­ków, po­dob­ne do su­chych wi­tek chru­stu na pa­stwi­sku… – mó­wi­ła ru­mie­niąc się, a jed­no­cze­śnie z uśmie­chem przy­my­ka­jąc oczy.

– Ten „Ry­bak” zu­peł­nie po­dob­ny jest do Pa­na Je­zu­sa, ale to jak dwie kro­ple wo­dy. Niech bab­cia po­wie…

– „Ry­bak”? A tak, po­dob­ny, istot­nie,.. – mó­wi­ła sta­ra pa­ni, za­ję­ta roz­pa­try­wa­niem kra­jo­bra­zu.

Tram­waj wje­chał w uli­cę mia­stecz­ka Se­vres i za­trzy­mał się przed pię­tro­wym do­mem. Po­dróż­ni z im­pe­ria­lu mo­gli zaj­rzeć wprost do nu­me­rów au­ste­rii34. Nie był to wi­dok dla pa­nien. Pi­ja­ny żoł­nierz, w ke­pi na ba­kier, obej­mo­wał wpół wstręt­ną dziew­czy­nę i pa­ra ta wy­chy­liw­szy się z okna ro­bi­ła do ja­dą­cych mał­pie mi­ny. Na szczę­ście tram­waj pu­ścił się w dal­szą dro­gę. Le­d­wie wy­do­stał się za ostat­nie do­my mie­ści­ny, na pu­stą i smut­ną prze­strzeń w szcze­rym po­lu, ściem­ni­ło się rap­tem. Ze­rwał się ostry wiatr. Las naj­bliż­szy ob­lókł się w ja­kąś sza­rą ciem­ność i wkrót­ce gę­sty, gru­by deszcz syp­nął jak ziar­no. W wa­go­nach po­wsta­ła pa­ni­ka. Smu­gi desz­czu wdzie­ra­ły się pod da­szek tnąc z bo­ku i za­le­wa­ły ław­ki. Wszyst­kie pa­nie zbi­ły się w gro­mad­kę i w miej­scu naj­bar­dziej za­sło­nię­tym otu­li­ły się suk­nia­mi, ile mo­gły. Ju­dym po ry­cer­sku osła­niał je od desz­czu swo­ją fi­gu­rą. Gdy tak stał, ple­ca­mi wspar­ty o po­ręcz, za­uwa­żył wy­su­nię­tą z głę­bi mnó­stwa sku­pio­nych su­kien czy­jąś nóż­kę. Sto­pa w płyt­kim la­kie­ro­wa­nym pan­to­fel­ku na wy­so­kim ob­ca­sie wspie­ra­ła się o że­la­zny pręt ba­lu­stra­dy, a wy­smu­kła no­ga w czar­nej, je­dwab­nej poń­czo­sze od­sło­nię­ta by­ła da­le­ko. Ju­dym prze­my­śli­wał, ko­mu na­le­ży przy­pi­sać ten uro­czy wi­dok. Po­czy­ty­wał go za wy­nik tra­fu i nie­uwa­gi, to­też lę­kał się wznieść oczy i tyl­ko z cie­nia rzęs speł­niał zło­dziej­stwo z wła­ma­niem się i pre­me­dy­ta­cją. Po­ciąg wszedł w ol­brzy­mią ale­ję wer­sal­ską. Roz­ro­słe, od­wiecz­ne drze­wa za­sło­ni­ły nie­co po­dróż­nych od desz­czu. Pa­nie sta­ra­ły się ja­ko ta­ko otrzą­snąć i wy­gła­dzić swe sza­ty. Ślicz­na nóż­ka nie zni­ka­ła. Kro­ple desz­czu pry­ska­ły na błysz­czą­cą skó­rę strą­ca­jąc ni­by ude­rze­nia­mi pal­ców lek­ki pył z krót­kiej przy­szwy i gi­nę­ły w mięk­kim je­dwa­biu. Ju­dym wie­dział już te­raz, czy­ja to wła­sność. Pod­niósł oczy na twarz pan­ny Na­ta­lii i uczuł, jak za­ta­pia­ją się w nim zim­ne kły roz­ko­szy. Pa­nien­ka mia­ła, jak zwy­kle, oczy spusz­czo­ne. Cza­sa­mi tyl­ko jej brwi, dwie li­nij­ki nie­znacz­nie zgię­te, uno­si­ły się nie­co wy­żej ni­by dwie dźwi­gnie cią­gną­ce do gó­ry upar­te po­wie­ki. Na war­gach, z któ­rych dol­na by­ła le­ciut­ko od­chy­lo­na, stał uśmiech nie­opi­sa­ny, uśmiech pe­łen ja­du i swa­wo­li.

„Ach, tak…” – my­ślał Ju­dym przy­pa­tru­jąc się tej twa­rzy szcze­gól­nej.

Pan­na Na­ta­lia wy­czu­ła wzrok je­go. Bar­wa jej po­licz­ków prze­szła w bla­dość, któ­ra, zda­wa­ło się, roz­to­pi­ła w so­bie uśmiech ota­cza­ją­cy usta. Wów­czas jesz­cze bar­dziej mo­dry­mi sta­ły się cie­nie do­ko­ła za­mknię­tych oczu i ostrzej­szą li­nia chrząst­ko­wa­te­go no­sa.

Tram­waj za­je­chał dość szyb­ko na plac przed pa­ła­cem wer­sal­skim i po­dróż­ni spiesz­nie opu­ści­li je­go ob­mo­kłą gór­ną plat­for­mę. Dok­tor zdo­był i uto­ro­wał dla swych to­wa­rzy­szek miej­sce w ma­łej bud­ce sta­cyj­nej, gdzie wbi­ło się ty­le osób, że li­te­ral­nie trud­no by­ło po­ru­szyć rę­ką. Zda­rzy­ło się, że dok­tor To­masz stał za ple­ca­mi pa­nien Jo­an­ny i Na­ta­lii. Resz­ta pa­sa­że­rów tram­wa­ju tło­cząc się do bu­dy­necz­ku w rej­te­ra­dzie przed desz­czem wprost zło­ży­ła cia­ło ostat­niej z tych pa­nien na pier­siach Ju­dy­ma. Twarz jej znaj­do­wa­ła się tuż obok je­go wą­sów. Roz­strzę­pio­ne przez mo­dę i deszcz pło­we wło­sy pan­ny Na­ta­lii snu­ły się po je­go twa­rzy, ustach, oczach, wy­wo­łu­jąc wstrzą­sa­ją­ce dresz­cze. W ca­łym zgro­ma­dze­niu pa­no­wa­ło mil­cze­nie. Prze­ry­wał je tyl­ko cięż­ki od­dech ja­kie­goś ast­ma­tycz­ne­go gru­ba­sa. Deszcz nie­prze­rwa­ny­mi stru­ga­mi, z chlu­pa­niem ście­kał z dasz­ka i za­sła­niał otwar­te drzwi jak­by ciem­ną ko­ta­rą.

W pew­nej chwi­li pan­na Na­ta­lia usi­ło­wa­ła po­ru­szyć się, ale tyl­ko le­wym ra­mie­niem opar­ła się na bar­ku Ju­dy­ma. Wów­czas jesz­cze wy­raź­niej za­ry­so­wał się przed je­go roz­ma­rzo­ny­mi oczy­ma pro­fil jej twa­rzy. Chcia­ła o czymś mó­wić, ale tyl­ko uśmiech­nę­ła się pręd­ko… W pew­nej chwi­li unio­sła wiecz­nie spusz­czo­nych po­wiek i przez mo­ment cza­su śmia­ło, ba­daw­czo, upa­ja­ją­co pa­trza­ła mu w oczy.

Tuż obok drzwi sta­ła pa­ni Nie­wadz­ka. Mia­ła naj­wię­cej ze wszyst­kich po­wie­trza, a mi­mo to dech jej był cięż­ki, a twarz moc­no czer­wo­na.

– Wie­cie wy, mo­je pan­ni­ce – rze­kła swym szep­tem do­no­śnym – że wo­la­ła­bym mok­nąć na desz­czu, niż ły­kać od­de­chy tych mar­szan­de­we­nów.

– Skąd­że bab­cia wie, że to są mar­chands de vin35?

– Ba­ga­te­la! – rze­kła sta­rusz­ka bły­ska­jąc wy­pu­kły­mi oczy­ma. – Dmą mi wprost na twarz dwie skwa­śnia­łe piw­ni­ce i jesz­cze się bę­dzie py­ta­ła, skąd wiem…

Mó­wi­ła to do pan­ny Wan­dy, ale Ju­dym sły­szał ich roz­mo­wę. Co do nie­go, to nie miał wca­le za­mia­ru prze­kła­dać desz­czu nad ścisk w lo­ka­lu tram­wa­jo­wym. Rzekł jed­nak do pa­ni Nie­wadz­kiej po pol­sku:

– Mo­gli­by­śmy rze­czy­wi­ście pręd­ko prze­być plac. To bli­sko… Ale pa­nie zmok­ną… Nie ma­my na­wet pa­ra­so­la…

Mó­wiąc te sło­wa po­dał się nie­co na­przód, jak gdy­by miał za­miar wy­pro­wa­dzić star­szą pa­nią z tłu­mu. Wte­dy ca­łe je­go cia­ło ze­tknę­ło się z cia­łem pan­ny Na­ta­lii, odzia­nym w de­li­kat­ne, wiot­kie suk­nie. Roz­pło­mie­nio­ny­mi oczy­ma wpa­try­wał się w bla­de, zim­ne, ka­mien­ne ry­sy twa­rzy o spusz­czo­nych po­wie­kach.

Deszcz z wol­na usta­wał i tyl­ko z ryn­ny są­sied­nie­go do­mu zle­wa­ła się z nie­usta­ją­cym gło­śnym sze­le­stem stru­ga wo­dy. Kil­ku męż­czyzn uzbro­jo­nych w pa­ra­so­le wy­su­nę­ło się z dom­ku. Wol­ne­go miej­sca przy­by­ło, a mi­mo to pan­na Na­ta­lia przez za­chwy­ca­ją­cą chwi­lę nie zmie­nia­ła swej sy­tu­acji. Wresz­cie i ona po­su­nę­ła się ku drzwiom w ślad za młod­szą sio­strą, któ­ra już przez wy­cią­ga­nie rąk na ze­wnątrz drzwi ba­da­ła, czy deszcz jesz­cze pa­da. Nim ustał zu­peł­nie, za­świe­cił na chwi­lę we­so­ły blask słoń­ca. Ka­mie­nie po­chy­łe­go pla­cu mi­go­ta­ły jak­by ob­sy­pa­ne szkłem tłu­czo­nym, a wi­dok ten wy­wa­bił wszyst­kich z cia­snej no­ry. Ju­dym po­dał ra­mię bab­ci i ca­łe to­wa­rzy­stwo szyb­ko po­dą­ży­ło ku pa­ła­co­wi. W dłu­gich i wiel­kich sa­lach, wo­bec ścian za­wie­szo­nych hi­sto­rycz­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi, jed­no­li­ta gro­mad­ka jak gdy­by się roz­dzie­li­ła. Każ­da z osób przy­pa­try­wa­ła się na swo­ją mo­dłę li­chym płót­nom niż­sze­go pię­tra. Wkrót­ce te ma­lun­ki po­czę­ły nu­żyć. Ju­dym szedł jak gdy­by przez dłu­gie, dłu­gie strzy­żo­ne ale­je i mar­twił się bez­wied­nie, że koń­ca ich – ani śla­du. Był już zresz­tą w Wer­sa­lu, więc ani kom­na­ty kró­lew­skie, ani sa­la lu­strza­na nie za­cie­ka­wia­ły go bar­dzo. Stą­pał wol­no po pra­wi­cy sta­rej da­my, któ­ra sta­wa­ła co kil­ka kro­ków i przy­kła­da­jąc do oczu lor­net­kę na dłu­giej rącz­ce szyld­kre­to­wej ni­by to ob­ser­wo­wa­ła ma­lo­wi­dła. Sze­reg bitw Na­po­le­oń­skich, tłu­my woj­ska, te­atral­ne twa­rze i ge­sty wo­dzów, dzi­kie spie­nio­ne ru­ma­ki – prze­su­wa­ły się w oczach dok­to­ra jak­by sze­re­gi od­le­głych, mło­dzień­czych ro­jeń. Gdzieś da­le­ko za­trzy­ma­no się przed bia­łym, mar­mu­ro­wym po­są­giem umie­ra­ją­ce­go Kor­sy­ka­ni­na. Kie­dy ca­łe to­wa­rzy­stwa wra­ca­ło z tam­tej oko­li­cy pa­ła­cu i kie­dy zno­wu mi­ja­no sa­le peł­ne ba­ta­lii, sta­ra pa­ni uję­ła wpół pan­nę Jo­an­nę i rze­kła:

– Je­ste­śmy da­le­ko stąd, w świe­cie bo­ha­te­rów… Ma­rzy­my, ma­rzy­my.

Pan­na Jo­an­na za­ru­mie­ni­ła się, a ra­czej sczer­wie­ni­ła się, i zmie­sza­na bą­ka­ła:

– Nie… ale gdzież tam!… co zno­wu!… Ja tyl­ko tak so­bie…

Od tej chwi­li, po­mi­mo że Ju­dym bar­dzo nie­wi­docz­nie ją śle­dził, trzy­ma­ła się na wo­dzy i usi­ło­wa­ła spę­dzić z twa­rzy hi­sto­rię do­zna­nych wra­żeń. Szcze­gó­ło­wo zwie­dzo­no apar­ta­men­ty kró­lew­skie. Gdy już pa­ni Nie­wadz­ka z mi­ną bar­dzo uro­czy­stą wy­słu­cha­ła wszyst­kie­go, co jej roz­po­wia­dał z nad­zwy­czaj pla­stycz­ny­mi ru­cha­mi opro­wa­dza­ją­cy szwaj­car, i gdy ob­szedł­szy ma­łe sa­lo­ni­ki skie­ro­wa­ła swe to­wa­rzy­stwo ku wyj­ściu, pan­na Wan­da obej­rza­ła się po­za sie­bie i syk­nę­ła:

– Pan­no Net­ko, idzie­my!

Ju­dym po­szedł za wzro­kiem naj­młod­szej z dzie­wic i przy­pa­trzył się pan­nie Jo­an­nie. Sta­ła opar­ta o jed­no z nie­wiel­kich krze­seł, kry­te ni­kłym błę­kit­na­wym ada­masz­kiem, i pa­trzy­ła w okno. Wy­raz twa­rzy jej był tak dziw­ny, że Ju­dym wstrzy­mał się mi­mo wo­li. Póź­niej zbli­żył się do niej i rzekł na­wią­zu­jąc myśl do te­go, co por­tier mó­wił przed chwi­lą:

– My­śli pa­ni o Ma­rii An­to­ni­nie36?

Spoj­rza­ła na nie­go z za­kło­po­ta­niem, jak oso­ba uję­ta na go­rą­cym uczyn­ku, i wa­ha­ją­cym się gło­sem mó­wi­ła:

– Wi­dać stąd, przez to okno, wiel­ki dzie­dzi­niec i bra­mę. Tam­tę­dy… Tam­tę­dy wdarł, się mo­tłoch. Pi­ja­ne ko­bie­ty, męż­czyź­ni uzbro­je­ni w no­że. Ma­ria An­to­ni­na wi­dzia­ła z te­go okna! Do­zna­łam tak dziw­ne­go wra­że­nia… Ca­ły ten strasz­ny tłum krzy­czał: „Śmierć Au­striacz­ce!” I tę­dy, ty­mi drzwia­mi ucie­kła, tę­dy ucie­kła…

– Pan­no Jo­asiu… – na­wo­ły­wa­no.

– Ale wspo­mnia­ła pa­ni o wra­że­niu.

– Wspo­mnia­łam o wra­że­niu… – mó­wi­ła spusz­cza­jąc oczy i bled­nąc jesz­cze bar­dziej. – My, pro­szę pa­na, je­ste­śmy bar­dzo tchórz­li­we. Bo­imy się nie tyl­ko na ja­wie, ale i w tak zwa­nych ma­rze­niach. Ja zlę­kłam się bar­dzo te­go mo­tło­chu, o któ­rym wła­śnie my­śla­łam.

– Mo­tło­chu? – mó­wił Ju­dym.

– Tak… To jest krzy­ku ich. Zlę­kłam się, sa­ma nie wiem, cze­goś ta­kie­go…

Pod­nio­sła oczy nie­win­ne, o prze­dziw­nym ja­kimś wy­ra­zie stra­chu czy bo­le­ści. Jesz­cze raz rzu­ci­ła na ma­łe iz­deb­ki wej­rze­nie peł­ne ser­decz­ne­go ża­lu i po­szła pręd­ko za to­wa­rzysz­ka­mi.

W po­wro­cie z Wer­sa­lu do Pa­ry­ża ko­le­ją za­trzy­ma­no się w Sa­int-Clo­ud. Sta­nąw­szy na wzgó­rzu, tuż za dwor­cem ko­le­jo­wym, pan­ny wy­da­ły okrzyk. U nóg ich le­ża­ła, cią­gnąc się w głąb kra­ju i gu­biąc w ru­dych mgłach, pu­sty­nia ka­mien­na: – Pa­ryż. Bar­wa jej by­ła czer­wo­na­wa, ry­ża, tu i ów­dzie roz­dar­ta przez dzi­wacz­ny znak ciem­ny, przez Łuk Try­um­fal­ny, wie­że ko­ścio­ła No­tre-Da­me al­bo wie­żę Eif­fla. Z krań­ców nie­do­ści­głych dla oka mgły za­bar­wia­ły się błę­kit­na­wy­mi smu­gi. Stam­tąd pły­nę­ły dy­my fa­brycz­ne snu­jąc się z ko­mi­nów po­dob­nych w da­li do gru­bych bi­czysk. Te ba­ty pę­dzą roz­rost pu­sty­ni. Od­głos jej ży­cia tam nie do­cho­dził. Wy­da­wa­ło się, że sko­na­ła i za­sty­gła w swej ka­mien­nej, chro­pa­wej for­mie. Ja­kieś dziw­ne wzru­sze­nie ogar­nę­ło przy­by­łych, wzru­sze­nie ta­kie, ja­kie­go do­świad­cza się tyl­ko na wi­dok wiel­kich zja­wisk przy­ro­dy: w gó­rach, po­śród lo­dow­ców al­bo nad mo­rzem.

Ju­dym sie­dział obok pan­ny Ta­li, ale na­wet o tym są­siedz­twie za­po­mniał. To­nął oczy­ma w Pa­ry­żu. W gło­wie je­go prze­gry­za­ły się my­śli bez związ­ku, wła­sne, nie­po­dziel­ne, ni­żej świa­do­mo­ści sto­ją­ce po­strze­że­nia, z któ­rych się zwie­rzyć czło­wiek nie jest w moż­no­ści. Wtem za­dał so­bie wy­raź­ne py­ta­nie:

„Dla­cze­góż tam­ta po­wie­dzia­ła, że się zlę­kła wyj­rzaw­szy oknem z sy­pial­ni Ma­rii An­to­ni­ny?”.

Ode­rwał oczy od wi­do­ku mia­sta i chciał zno­wu przy­pa­trzeć się pan­nie Jo­asi. Te­raz do­pie­ro le­piej za­uwa­żył, ja­ki jest jej pro­fil. Bro­da mia­ła kształt czy­sto sar­mac­ki czy kau­ka­ski37. Wy­su­wa­ła się nie­co, a w ta­ki spo­sób, że mię­dzy nią i dol­ną li­nią no­sa two­rzy­ła się jak­by prze­ślicz­na pa­ra­bo­la, w głę­bi któ­rej kwi­tły ró­żo­we usta. Gdy tyl­ko ry­sy twa­rzy roz­wid­niał blask wra­że­nia, w mgnie­niu oka war­gi sta­wa­ły się ży­wym ogni­skiem. Wy­raz ich zmie­niał się, po­tęż­niał al­bo przy­ga­sał, ale za­wsze miał w so­bie ja­kąś szcze­gól­ną si­łę praw­dzi­wej eks­pre­sji. Pa­trzą­ce­mu przy­cho­dzi­ła do gło­wy myśl upar­ta, że na­wet im­puls zbrod­ni­czy od­zwier­cie­dlił­by się w tej twa­rzy z ta­ką sa­mą szcze­ro­ścią jak ra­dość na wi­dok roz­kwi­tłych iry­sów, we­so­łych barw kra­jo­bra­zu, dziw­nych fan­ta­zji ma­lar­skich, a rów­nież na wi­dok po­spo­li­tych przed­mio­tów. Wi­dać by­ło, że każ­da rzecz sta­je wo­bec tych oczu ja­ko zja­wi­sko na­tu­ral­ne i do­bre. Cza­sa­mi jed­nak prze­bi­ja­ła się w nich zmę­czo­na nie­chęć i uśmiech za­bi­ty. Ale i w tym by­ło coś dzie­cię­ce­go: szcze­rość, szyb­kość i po­tę­ga.

Jak wy­raz twa­rzy, tak sa­mo ru­chy pan­ny Jo­an­ny mia­ły w so­bie coś… nie­po­dob­ne­go… Je­że­li chcia­ła od­dać sło­wa­mi to, co czu­ła, bar­dzo ży­wo, pręd­ko, na mgnie­nie oka wzno­si­ła rę­ce, a przy­naj­mniej brwi, jak­by uci­sza­ła wszyst­ko zdol­ne za­głu­szyć ową me­lo­dię jej my­śli, wy­ra­zów, uśmie­chów i po­ru­szeń cia­ła.

„Ko­go ona przy­po­mi­na? – my­ślał dok­tor, od nie­chce­nia pa­trząc na jej czo­ło i oczy. – Czym jej nie wi­dział gdzie w War­sza­wie?”

I oto przy­szło mu do gło­wy mi­łe a nie­lo­gicz­ne no­ta­be­ne38, że ją prze­cie wi­dział wczo­raj­sze­go dnia przed tym bia­łym uśmiech­nię­tym po­są­giem…

Na dwor­cu Sa­int-La­za­re roz­stał się z tu­ryst­ka­mi.

Sta­ra pa­ni za­wia­do­mi­ła go, że na­za­jutrz wy­jeż­dża ze swą „ban­dą” do Tro­uvil­le, 39 a stam­tąd do An­glii.

Ju­dym po­że­gnał je osten­ta­cyj­nie i wró­cił tro­chę znu­żo­ny do swo­jej kle­ty.

W po­cie czo­ła

Po upły­wie ro­ku, jed­ne­go z ostat­nich dni czerw­ca Ju­dym zbu­dził się w War­sza­wie. By­ła go­dzi­na dzie­sią­ta ra­no. Przez uchy­lo­ne okna wła­my­wał się do po­ko­ju ło­skot uli­cy Wi­dok, sta­ro­daw­ny, zna­jo­my ło­skot drynd tłu­ką­cych się o ka­mie­nie wiel­ko­ści buł­ki chle­ba. Z do­łu, z wą­skie­go dzie­dziń­ca, na któ­ry wy­cho­dzi­ła więk­szość okien cham­bres gar­nies40, gdzie się w przed­dzień za­trzy­mał, wlo­kły się już w gó­rę na skrzy­dłach cie­pła roz­pra­żo­ne wa­po­ry. Ju­dym ze­rwał się, zbli­żył do okna i przez szpa­ry mię­dzy je­go po­ło­wa­mi oglą­dał fi­gu­rę stró­ża z mo­sięż­ną bla­chą na cza­pie, któ­ry z ro­dzi­mym gru­biań­stwem tłu­ma­czył coś sta­rej da­mie w czar­nej man­tyl­ce. Mło­dość ki­pia­ła w ży­łach dok­to­ra. Czuł w so­bie uśpio­ną si­łę, jak czło­wiek, któ­ry jest u pod­nó­ża wiel­kiej gó­ry, sta­wia krok pierw­szy, że­by wstą­pić na jej szczyt da­le­ki – i wie, że wej­dzie. Nie strzą­snął ze sie­bie do­tąd znu­że­nia po dro­dze „Pa­ryż-War­sza­wa”, jed­nym tchem od­by­tej, ale w przed­dzień do­znał ty­lu mi­łych uczuć, że ka­za­ły mu w zu­peł­no­ści za­po­mnieć o sa­dzy wę­gla, któ­rą był prze­siąkł. Gdy z okien wa­go­nu wi­dział kra­jo­braz, wio­ski z ich bia­ły­mi cha­ta­mi, bez­brzeż­ne po­la, zbo­ża doj­rza­łe – nie wy­czu­wał wiel­kiej róż­ni­cy mię­dzy tym kra­jem a zie­mią fran­cu­ską. Tu i ów­dzie ster­cza­ły dziw­ne kształ­ty fa­bryk i wskroś ja­sne­go nie­ba szły dy­my. Do wa­go­nu wsia­da­li wie­śnia­cy by­naj­mniej nie głup­si od fran­cu­skich, cza­sa­mi tak mą­drzy, że aż mi­ło, rze­mieśl­ni­cy i ro­bot­ni­cy – ta­cy sa­mi jak fran­cu­scy. Słu­cha­jąc ich roz­mów mó­wił do sie­bie co chwi­la: „A bo to praw­da, że je­ste­śmy bar­ba­rzyń­ca­mi, pół­a­zja­ta­mi? – Nie­praw­da! – Ta­cy­śmy sa­mi jak każ­dy in­ny… Wa­li­my na­przód i kwi­ta! Że­by tu wsa­dzić jed­ne­go z dru­gim, to wi­dzia­ło­by się, czy­by i tak po­tra­fi­li, wy­cac­ka­ni przez ich par­szy­we kon­sty­tu­cje…”.

To mi­łe, opty­mi­stycz­ne wra­że­nie Ju­dym przy­wiózł w so­bie do mia­sta jak­by ży­wy i słod­ki za­pach pól ro­dzin­nych. Wy­spał się set­nie, a te­raz pierw­szym rzu­tem oka wi­tał „sta­rą bu­dę”, War­sza­wę.

Wraz z tym spoj­rze­niem – przy­szli mu na myśl krew­ni. Czuł ko­niecz­ność od­wie­dze­nia ich nie tyl­ko z obo­wiąz­ku, ale tak­że dla sa­me­go wi­do­ku swo­ich twa­rzy. Wy­szedł z ho­te­lu i po­su­wa­jąc się no­ga za no­gą zgi­nął w tłu­mie, któ­ry prze­pły­wał chod­ni­kiem uli­cy Mar­szał­kow­skiej. Cie­szy­ły go bru­ki drew­nia­ne, roz­rost drze­wek, któ­re już pe­wien cień rzu­ca­ły, no­we do­my po­wsta­łe na miej­scu daw­nych ru­der.

Mi­nąw­szy ogród i plac za Że­la­zną Bra­mą, był u sie­bie i przy­wi­tał naj­ści­ślej­szą oj­czy­znę swo­ją. Wą­ski­mi przej­ścia­mi, po­śród kra­mów, stra­ga­nów i skle­pi­ków wszedł na Kroch­mal­ną. Żar sło­necz­ny za­le­wał ten rynsz­tok w kształ­cie uli­cy. Z wą­skiej szyi mię­dzy Cie­płą i pla­cem wy­dzie­lał się fe­tor jak z cmen­ta­rza. Po daw­ne­mu ro­iło się tam mro­wi­sko ży­dow­skie. Jak daw­niej sie­dzia­ła na tro­tu­arze sta­ra, scho­rza­ła Ży­dów­ka sprze­da­ją­ca go­to­wa­ny bób, fa­so­lę, groch i ziar­na dy­ni. Tu i ów­dzie włó­czy­li się roz­no­si­cie­le wo­dy so­do­wej z na­czy­nia­mi u bo­ku i szklan­ka­mi w rę­kach. Sam wi­dok ta­kiej szklan­ki ob­le­pio­nej za­schłym sy­ro­pem, któ­rą brud­ny nę­dzarz trzy­ma w rę­ce, mógł wy­wo­łać tor­sje. Jed­na z roz­no­si­cie­lek wo­dy sta­ła pod mu­rem. By­ła pra­wie do na­ga ob­dar­ta. Twarz mia­ła zżół­kła i mar­twą. Cze­ka­ła w słoń­cu, bo lu­dzie tam­tę­dy idą­cy naj­bar­dziej mo­gli być spra­gnie­ni. W rę­ce trzy­ma­ła dwie bu­tel­ki z czer­wo­ną cie­czą, praw­do­po­dob­nie z ja­kimś so­kiem. Si­we jej war­gi coś szep­ta­ły. Mo­że sło­wa za­chę­ty do pi­cia, mo­że imię Je­go, Ado­nai41, któ­ry nie mo­że być przez śmier­tel­nych na­zy­wa­ny, mo­że w nę­dzy i bru­dzie jak ro­bak wy­lę­głe – prze­kleń­stwo na słoń­ce i na ży­cie…

Z pra­wej i le­wej stro­ny sta­ły otwo­rem skle­pi­ki, in­sty­tu­cje koń­czą­ce się nie­da­le­ko od pro­ga – jak szu­fla­dy wy­kle­jo­ne pa­pie­rem. Na drew­nia­nych pół­kach le­ża­ło w ta­kim ma­ga­zy­nie za ja­kie trzy ru­ble pa­pie­ro­sów, a bli­żej drzwi nę­ci­ły prze­chod­nia go­to­wa­ne ja­ja, wę­dzo­ne śle­dzie, cze­ko­la­da w ta­blicz­kach i w po­nęt­nej for­mie cu­kier­ków, kra­jan­ki se­ra, bia­ła mar­chew, czo­snek, ce­bu­la, ciast­ka, rzod­kiew, groch w strącz­kach, ku­bły z ko­szer­ny­mi ser­del­ka­mi i sło­je z so­kiem ma­li­no­wym do wo­dy.

W każ­dym z ta­kich skle­pów czer­nia­ła na pod­ło­dze ku­pa bło­ta, któ­ra na­wet w upa­le za­cho­wu­je wła­ści­wą jej przy­jem­ną wil­got­ność. Po tym gno­ju peł­za­ły dzie­ci okry­te brud­ny­mi łach­ma­ny i sa­me brud­ne nad wy­raz. Każ­da ta­ka ja­ma by­ła sie­dli­skiem kil­ku osób, któ­re pę­dzi­ły tam ży­wot na szwar­go­ta­niu i próż­niac­twie. W głę­bi sie­dział za­zwy­czaj ja­kiś oj­ciec ro­dzi­ny, zie­lon­ko­wa­ty me­lan­cho­lik, któ­ry od świ­tu do no­cy nie ru­sza się z miej­sca i pa­trząc w uli­cę tra­wi czas na ma­rze­niu o szwin­dlach.

O krok da­lej roz­war­te okna da­wa­ły wi­dzieć wnę­trza pra­cow­ni, gdzie pod ni­ski­mi su­fi­ta­mi skra­ca­ją swój ży­wot schy­le­ni męż­czyź­ni al­bo zgię­te ko­bie­ty. Tu wi­dać by­ło warsz­tat szew­ski, ciem­ną pie­cza­rę, z któ­rej wy­wa­lał się smród na­ma­cal­ny, a za­raz obok fa­bry­kę pe­ruk, ja­kich uży­wa­ją po­boż­ne Ży­dów­ki. By­ło ta­kich za­kła­dów fry­zjer­skich kil­ka­na­ście z rzę­du. Bla­de, żół­te, ob­umar­łe, dziew­czy­ny, sa­me nie cze­sa­ne ani my­te, pra­co­wi­cie roz­dzie­la­ły kła­ki… Z dzie­dziń­ców, drzwi, na­wet ze sta­rych da­chów kry­tych bla­chą lub ce­głą, gdzie sze­re­giem tkwi­ły okna fa­cja­tek, wy­chy­la­ły się twa­rze cho­re, chu­de, dłu­go­no­se, zie­lo­ne, mo­rę­go­wa­te i pa­trza­ły oczy krwa­we, cie­ką­ce al­bo zo­bo­jęt­nia­łe na wszyst­ko w nie­do­li, oczy, któ­re w smut­ku wiecz­nym śnią o śmier­ci. Przy pew­nej bra­mie Ju­dym ze­tknął się z kup­co­wą dźwi­ga­ją­cą na obu rę­kach cięż­kie ko­sze z ja­rzy­ną. By­ła cał­kiem roz­ma­ma­na. Pe­ru­kę zsu­nę­ła w tył ni­by kasz­kiet i ogo­lo­ne jej cie­mię bie­li­ło się jak ły­si­na star­ca. Wy­pu­kłe oczy pa­trza­ły przed sie­bie z wy­ra­zem mę­czar­ni, któ­ra prze­isto­czy­ła się w spo­kój – bez żad­ne­go ży­cia, jak­by by­ły sko­ru­pa­mi jaj, w na­brzmia­łych we­nach42 czo­ła i szyi krew zda­wa­ła się gło­śno stu­kać. Na pro­gu jed­ne­go ze skle­pów sie­dział sta­ry, zgar­bio­ny Żyd-tra­garz. Zo­sta­wił wśród uli­cy dwie sza­fy zwią­za­ne sznu­rem, któ­re aż do te­go miej­sca przy­dźwi­gał na ple­cach, i jadł su­ro­wy ogó­rek za­gry­za­jąc ten obiad ka­wał­kiem chle­ba.

Ju­dym szedł pręd­ko, mru­cząc coś do sie­bie. Mu­ry o ko­lo­rze za­ku­rzo­ne­go grynsz­pa­nu al­bo ja­kiejś zru­dzia­łej czer­wo­no­ści, ni­by pstre, ubło­co­ne gał­ga­ny, na­su­nę­ły mu się przed oczy. Cie­pła… Chod­ni­ki by­ły jak nie­gdyś zdru­zgo­ta­ne, bruk pe­łen wą­do­łów. Nie by­ło tu już ani jed­ne­go prze­chod­nia w cy­lin­drze, rzad­ko tra­fia­ła się da­ma w ka­pe­lu­szu. Ogół idą­cych po­dob­ny był do mu­rów tej uli­cy. Szli lu­dzie w ubra­niach do pra­cy fi­zycz­nej, naj­czę­ściej bez koł­nie­rzy­ków. Prze­jeż­dża­ją­ca do­roż­ka zwra­ca­ła uwa­gę wszyst­kich. Z da­la już do­strzegł Ju­dym bra­mę ro­dzin­nej ka­mie­ni­cy i zbli­żył się do niej z nie­mi­łym uczu­ciem tak zwa­ne­go „fał­szy­we­go wsty­du”. Trza by­ło wi­tać oso­by ni­skiej kon­dy­cji. Te­raz, gdy wró­cił z za­gra­ni­cy, by­ło mu to przy­kro, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Wszedł co tchu w bra­mę z nie­uświa­do­mio­nym pla­nem: uni­kać ob­cych…

Dzie­dzi­niec roz­cho­dził się w trzy stro­ny świa­ta. Nad jed­ną je­go szy­ją wzno­si­ła się ja­kaś ha­ła­śli­wa fa­brycz­ka, któ­ra by­ła dla Ju­dy­ma no­wo­ścią, dru­gą po daw­ne­mu zaj­mo­wał skład wę­gla, a trze­cia pro­wa­dzi­ła do kil­ku­pię­tro­wej ofi­cy­ny. Tam wła­śnie Ju­dym skie­ro­wał swe kro­ki. Gdy sta­nął w sie­ni brud­nej jak apar­ta­ment Lu­cy­pe­ra, usły­szał w su­te­re­nie szczęk zna­jo­my: to „są­siad” Dą­brow­ski, ślu­sarz, ciął swo­ją sztu­kę. Ju­dym ze­szedł po scho­dach i zaj­rzał w sion­kę, któ­ra pro­wa­dzi­ła na le­wo od drzwi ślu­sa­rza. Wi­dać tam by­ło cze­luść otwar­tą, pro­wa­dzą­cą do ro­dzin­nej su­te­re­ny. Kwa­śny chłód przy­stą­pił do Ju­dy­ma i ode­pchnął go stam­tąd. Z warsz­ta­tu ślu­sa­rza wy­szedł ma­ły umo­ru­sa­ny chło­pak i za­czął się przy­glą­dać go­ścio­wi. Ju­dym szyb­ko po­biegł na gó­rę. Mi­nął pierw­sze pię­tro, dru­gie i do­pie­ro na wy­so­ko­ści stry­chu zwol­nił kro­ku. Miał przed so­bą okien­ko bez szyb, pe­wien ro­dzaj strzel­ni­cy w mu­rze. Ce­gła, za­my­ka­ją­ca ten otwór z do­łu, by­ła tak wy­śli­zga­na przez dzie­ci, któ­re się tam ba­wi­ły, że przy­bra­ła kształt owal­ny. Ileż to ra­zy on sam, Ju­dym, wy­ła­ził przez ten otwór na ze­wnątrz mu­ru i wi­siał w po­wie­trzu! W ką­cie czer­niał wo­do­ciąg ogól­ny, roz­pro­wa­dza­ją­cy wil­goć na ca­łą ścia­nę. Nad nim aż do su­fi­tu się­ga­ła pla­ma kop­ciu z lam­py naf­to­wej. Ścia­ny by­ły peł­ne cie­nia i smut­ku, jak de­ski skła­da­ją­ce trum­nę.

Ostat­nia kon­dy­gna­cja schod­ków pro­wa­dzi­ła do mrocz­nej sie­ni, któ­ra prze­ci­na­ła wzdłuż pod­da­sze. Ju­dym sta­nął przede drzwia­mi w głę­bi i za­stu­kał raz, dru­gi, trze­ci. Nikt mu nie od­po­wie­dział. Gdy jesz­cze raz ko­ła­tał klam­ką, z drzwi są­sied­nich wy­su­nę­ła się dziew­czy­na lat trzy­na­stu i zmie­rzy­ła go wzro­kiem doj­rza­łej ko­kiet­ki. Nie py­ta­na rze­kła:

– A ko­go to pan szu­ka?

– Tu jest miesz­ka­nie Wik­to­ra Ju­dy­ma?

– Tu­taj.

– Nie wie pa­nien­ka, czy jest kto w do­mu?

– Do­pie­ro by­ła ciot­ka, mu­si być… A mo­że i ze­szła na po­dwó­rze z dzie­cia­mi.

Mó­wiąc to wy­chy­li­ła się jesz­cze bar­dziej i za­glą­da­ła Ju­dy­mo­wi w oczy ze śmia­ło­ścią wiel­ko­miej­ską. W tej chwi­li w głę­bi miesz­ka­nia roz­legł się strasz­ny wrzask, ja­kiś po­tok wy­ra­zów zło­rze­czą­cych, klątw or­dy­nar­nych bez związ­ku, zle­wa­ją­cych się jak­by w ryk by­dlę­cia. Ju­dym zdzi­wio­ny na­sta­wił ucha, a po­tem ci­cho spy­tał się dziew­czy­ny, co to zna­czy. Uśmiech­nę­ła się fi­lu­ter­nie i rze­kła:

– To tam mo­ja bab­ka, wa­riat­ka.

– Wa­riat­ka? Trzy­ma­cie ją w do­mu?

– A w do­mu. Gdzież ma­my trzy­mać?

Od­su­nął dziew­czy­nę na bok i zaj­rzał do wnę­trza. W ką­cie, pod pie­cem, sie­dzia­ło wid­mo czło­wie­cze, za rę­ce i no­gi przy­wią­za­ne do ha­ka wy­sta­ją­ce­go z zie­mi. Si­we ku­dły na­kry­wa­ły gło­wę i ra­mio­na tej isto­ty, a ja­kieś star­ga­ne łach­ma­ny resz­tę cia­ła. Cza­sem spod wło­sów uka­zy­wa­ły się strasz­li­we oczy jak dwa bły­ska­ją­ce pło­mien­ne mie­cze, kie­dy nie­kie­dy usta ci­ska­ły ła­du­nek okrop­nych wy­ra­zów. Ju­dym in­stynk­tow­nym ru­chem cof­nął się do sion­ki i za­czął wy­py­ty­wać dziew­czy­nę.

– Cze­muż jej nie od­da­cie do szpi­ta­la?

– A ja wiem cze­mu! To do­bre! Nie moż­na od­dać.

– Dla­cze­go nie moż­na?

– Bo nie ma miej­sca. A po dru­gie, skąd­że my weź­mie­my pie­nię­dzy na to, że­by za nią pła­cić.

– Cze­muż ją tak przy­ku­wa­cie?

– A ba! Cze­mu? Bo zła­pie sie­kie­rę, nóż, ta­sak i po­za­bi­ja dzie­ci, oj­ca, ma­mu­nię. To ta­ka szel­ma zła, że pro­szę sia­dać!

– Daw­no już cho­ra?

– Al­bo ona cho­ra? Wa­riat­ka, nie cho­ra. Że­bym ja ta­kie zdro­wie mia­ła jak ta. Przyj­dzie ją oj­cu wią­zać, to się tak utar­ga­ją obo­je, że no! Oj­ciec to sa­mo nie uło­mek, a le­d­wo tę psia­krew ujeź­dzi…

Ju­dym mach­nął rę­ką i uciekł po scho­dach. Gdy sta­nął na dzie­dziń­cu, do­strzegł w je­go szyi pod mu­rem fa­bry­ki mnó­stwo dzie­ci ska­czą­cych, bie­ga­ją­cych, roz­ba­wio­nych. Na ku­pie opa­lo­nych be­lek sie­dzia­ła ciot­ka Pe­la­gia, ko­bie­ta sta­ra, ła­ska­wy chleb od lat wie­lu je­dzą­ca u sio­strzeń­ca, a bra­ta Ju­dy­mo­we­go, Wik­to­ra. By­ła to jej­mość chu­da, cho­ro­wi­ta i zrzęd­na. Rzad­ko kto sły­szał od niej do­bre sło­wo, a dzie­ci na­bra­ły się sztur­chań­ców ile wle­zie. Ju­dym szedł ku niej wol­no, krzy­wiąc się pod wą­sem i mo­cu­jąc ze so­bą. Przy­kro mu by­ło wi­tać się na pla­cu, wo­bec lo­ka­to­rów i ga­piów. Do­świad­czał nie­przy­jem­ne­go uczu­cia pół­odra­zy, zbu­dzo­nej i wy­do­by­tej na jaw przez szcze­gól­ne po­li­to­wa­nie, sta­no­wią­ce rdzeń uczuć fa­mi­lij­nych. Ciot­ka Pe­la­gia od­wró­ci­ła gło­wę i spo­strze­gła go, ale nie ru­sza­ła się z miej­sca. Gdy przy­szedł i do­tknął no­sem jej za­bru­dzo­ne­go rę­ka­wa w oko­li­cach dło­ni, schy­li­ła się pręd­ko i cmok­nę­ła go z da­la we wło­sy.

– Kie­dyż Tom­ciu przy­je­chał? Nic my nie wie­dzie­li… – rze­kła z wła­ści­wą jej oschło­ścią.

– Wczo­raj wie­czo­rem do­pie­ro. Jak­że zdro­wie ciot­ki?

– Ej… ja­kież ta mo­je zdro­wie… Tak ki­pię. Te­raz cie­pło, to sie­dzę tu­taj we dnie, a przyń­dzie zi­ma, to się mo­że na­resz­cie skoń­czy.

– Ech, nie lu­bię też tych wszel­kich…

– A wiem…

– Ciot­ka nie­źle wy­glą­da. Cóż sły­chać u Wik­to­rów? Jak­że on?

– A cóż… Jak to Wik­tor.

– No?

– Jest ta w tej fa­bry­ce.

– U Mi­le­ra?

– Gdzie zaś! W że­la­znej, ale przy sta­low­ni.

– Przy sta­low­ni! – zdzi­wił się Ju­dym.

– A w sta­low­ni.

– Dla­cze­góż to?

– Prze­rzu­cił się. Mó­wi, że wo­li. No i ła­twiej mu bę­dzie… te… Ale to Tom­ciu wi­nien, nie kto in­ny… – rze­kła obo­jęt­nie, pro­stu­jąc fał­dy spód­ni­cy.

– Ja wi­nien je­stem, że się Wik­tor prze­rzu­cił?

– Że się prze­rzu­ca, to te­mu Tom­ciu wi­nien. Jak był głu­pim drą­ga­lem, to ro­bił, co wla­zło. Wziął­że Tom­ciu kłaść mu w gło­wę mą­dro­ści i te­raz mu się ode­chcia­ło ro­bo­ty. Za­brał się do nie swo­ich rze­czy. Książ­ki czy­ta. A jak­że… To uczo­ny czło­wiek! – uśmiech­nę­ła się szy­der­czo, po­ka­zu­jąc bia­łe zę­by.

Ju­dym słu­chał obo­jęt­nie. Póź­niej za­py­tał:

– Du­żo za­ra­bia?

– Nie, nie­du­żo. Ona mu­sia­ła sta­nąć do ro­bo­ty, bo przy­szła bie­da.

– Gdzież ona?

– W fa­bry­ce cy­gar. Roz­cho­dzą się ra­no, a ja mu­szę dzie­ci pil­no­wać, stra­wę go­to­wać, dom ca­ły ob­rzą­dzić. Gdzież Tom­ciu bę­dzie miesz­kał, ni­by na sta­łe? Tu­taj czy gdzie we świe­cie? – za­py­ta­ła z uda­ną obo­jęt­no­ścią.

– Jesz­cze nie wiem, do­pie­rom wró­cił.

Roz­mo­wa się urwa­ła. Ju­dym pa­trzał spod oka na skra­wek as­fal­tu za­błą­ka­ny w tym miej­scu i le­żą­cy tam wśród brył ka­mien­nych jak gdy­by wsku­tek czy­je­goś roz­tar­gnie­nia, na drzew­ko wy­ra­sta­ją­ce wprost z as­fal­to­wej sko­ru­py. W są­siedz­twie pnia­ka le­ża­ła kra­ta ście­ku pod­trzy­mu­ją­ca prze­róż­ne od­pad­ki. Słoń­ce do­grze­wa­ło. W cie­niu wy­so­kie­go mu­ru fa­bry­ki ba­wi­ło się sta­do dzie­ci. Jed­ne z nich by­ły mi­zer­ne tak bar­dzo, że da­wa­ła się wi­dzieć w tych prze­źro­czy­stych twa­rzach sieć żył błę­kit­nych; in­ne opa­li­ły na słoń­cu nie tyl­ko swe bu­zia­ki, rę­ce i szy­je, ale tak­że skó­rę ko­lan wy­ła­żą­cych ob­szer­ny­mi dziu­ra­mi. Po­śród wierz­ga­ją­cej gro­ma­dy peł­za­ło ja­kieś ma­łe, ra­chi­tycz­ne, ze sro­mot­nie krzy­wy­mi no­ga­mi i ze śla­da­mi ospy na go­łych, mi­zer­nych gna­tach. Ca­ła ta ban­da spra­wia­ła wra­że­nie śmie­ci po­dwó­rza czy ze­schłych li­ści, któ­re wiatr mio­ta z miej­sca na miej­sce. Rej wo­dził mię­dzy ca­łą ha­ła­su­ją­cą cze­re­dą chło­pak ośmio­let­ni, wy­smu­kły, bez czap­ki, ubra­ny w oj­cow­skie in­ek­spry­ma­ble43 i mat­czy­ne trze­wi­ki. Ka­wa­ler ten darł się wnie­bo­gło­sy, do cze­go upra­wo­moc­nia­ła go ko­men­da nad resz­tą w pro­wa­dze­niu ja­kiejś ba­ta­lii. Kie­dy prze­bie­gał jak je­leń, dą­żąc ku środ­ko­wi dzie­dziń­ca, Ju­dym go po­znał:

– Prze­cie to Fra­nek!

– A Fra­nek… – rze­kła ciot­ka.

Dr To­masz za­trzy­mał sio­strzeń­ca i wy­wo­łał tym na je­go fi­zys ozna­kę szcze­re­go nie­za­do­wo­le­nia. Z tłu­mu po­su­nę­ła się na­przód dziew­czy­na młod­sza od Fran­ka i zbli­ży­ła się do ciot­ki. By­ła to Ka­ro­li­na, sio­strze­ni­ca Ju­dy­mo­wa. Oczy mia­ła du­że, w sza­rej, znędz­nia­łej twa­rzy pa­lą­ce się jak wę­gle spod grzy­wy, któ­ra za­kry­wa­ła jej brwi i koń­czy­ła się na no­sie. To dziec­ko mia­ło fi­zjo­no­mię sta­rą i chy­trą, spoj­rze­nie upar­te i ba­daw­cze, jak czło­wiek, któ­ry już prze­żył go­rycz set­ki za­wo­dów i któ­re­go już nie okła­mu­ją złu­dze­nia. Ju­dym przy­cią­gnął Ka­ro­lę do sie­bie i uca­ło­wał. Nie bro­ni­ła mu te­go. Wpa­try­wa­ła się tyl­ko w je­go oczy swym cięż­kim wzro­kiem, jak­by z za­py­ta­niem, co jej z te­go przyjść mo­że. Fra­nek pal­nął „wuj­ka” w man­kiet i bąk­nąw­szy coś mdłe­go na kil­ka py­tań, wy­da­lił się w kie­run­ku ku­py ko­le­gów. Dys­kurs z ciot­ką nie kle­ił się, a na­to­miast, jak to czę­sto w ta­kich ra­zach by­wa, przy­cho­dzi­ły Ju­dy­mo­wi do gło­wy my­śli wła­sne, no­we, nie na­da­ją­ce się wca­le do zu­żyt­ko­wa­nia ich w tej roz­mo­wie. Te dzie­ci bie­ga­ją­ce w cia­snym za­uł­ku, ogro­dzo­nym przez na­gie i nie­zmier­ne mu­ry, przy­po­mi­na­ły, nie wia­do­mo cze­mu, sta­do wie­wió­rek za­mknię­tych w klat­ce. Gwał­tow­ne ich ru­chy, nie­ustan­ne sko­ki do­ma­ga­ły się sze­ro­kie­go pla­cu, drzew, tra­wy, wo­dy…

– Tom­ciu by się chciał pew­nie zo­ba­czyć jak naj­prę­dzej z Wik­to­rem? – rze­kła ciot­ka nie lu­bią­ca ni­g­dy uda­wać szcze­ro­ści uczuć, któ­rych nie ży­wi­ła.

– Ano, ro­zu­mie się.

– Z nim trud­no się te­ra ze­tknąć. Cza­sem to i trzy dni, trzy no­ce w do­mu go nie ma.

– A gdzież on by­wa?

– Ba, wie to kto? Mo­że zresz­tą dziś aku­rat przyń­dzie…

– To ja tu wpad­nę wie­czor­kiem, a te­raz chciał­bym się z bra­to­wą przy­wi­tać. Moż­na do niej zajść do fa­bry­ki, wpusz­czą mnie tam?

– Cza­sem to i wpusz­czą. Niech Tom­ciu spró­bu­je. Prze­cie wam, pa­nom dok­to­rom, ła­twiej niż nam, ho­ło­cie…

– Gdzież się ta fa­bry­ka znaj­du­je? – za­py­tał Ju­dym, któ­re­mu ta roz­mo­wa za­czę­ła już cię­żyć.

Ciot­ka wska­za­ła mu kie­ru­nek dro­gi i ad­res.

Wy­su­nąw­szy się z te­go do­mu, dok­tor szedł uli­ca­mi w stro­nę przed­mie­ścia ze zwie­szo­ną gło­wą, ma­chi­nal­nie szu­ka­jąc oczy­ma fa­bry­ki cy­gar. Nie by­ło tam już jed­no­li­te­go sze­re­gu ka­mie­nic i rza­dziej tra­fia­ły się do­my pię­tro­we. Na­to­miast szły w dal drew­nia­ne, ni­skie, odra­pa­ne bu­dyn­ki, nie­po­dob­ne ani do dwo­rów, ani do cha­łup wiej­skich, a przy­po­mi­na­ją­ce jed­ne i dru­gie.

Do­mo­stwa te by­ły ob­wie­szo­ne ja­skra­wy­mi szyl­da­mi i zbry­zga­ne bło­tem. Brud nie pusz­czał wzro­ku prze­chod­nia do wnę­trza miesz­kań i mógł wca­le sku­tecz­nie za­stę­po­wać ża­lu­zje. Od fron­tu mie­ści­ły się tam zresz­tą głów­nie skle­pi­ki. W jed­nym sprze­da­wa­no nędz­ne kieł­ba­sy, w dru­gim, bar­dziej mo­że mi­zer­niej­szym, li­che trum­ny.

Gdzie­nie­gdzie ze środ­ka tych za­gród miej­skich, okry­tych sta­rą ce­gla­ną da­chów­ką al­bo pa­pą, na któ­rej roz­kła­da się już tu i ów­dzie pleśń zie­lo­na, strze­la­ła w gó­rę no­wa ka­mie­nicz­ka, szyb­ko po­sta­wio­na, jak­by wy­dmuch­nię­ta z pia­sku. Ta­ka fi­gu­ra, z nie­wi­docz­nym da­chem, z trze­ma śle­py­mi ścia­na­mi i jed­ną uzbro­jo­ną w sze­reg okien, ster­cza­ła wśród sie­dzib sta­re­go, nie­mal śre­dnio­wiecz­ne­go kształ­tu, jak dro­go­wskaz no­we­go po­rząd­ku rze­czy, zwia­stu­ją­cy anek­sję tych oko­lic na rzecz roz­wo­ju wiel­kie­go mia­sta z je­go bez­li­to­sną, su­ro­wą li­nią, z je­go bru­kiem i wię­zien­nym, na­gim, chro­pa­wym mu­rem. Jesz­cze czę­ściej po­łać do­mów ni­skich prze­ry­wał ogrom­ny tors fa­bry­ki z tę­gi­mi mu­ra­mi, sze­ro­ką bra­mą i ba­te­rią ko­mi­nów. W da­li na ho­ry­zon­cie da­chów uka­zy­wa­ły się wszę­dzie te ko­mi­ny i ko­mi­ny.