Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 524

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski

Jedna z najważniejszych powieści Stefana Żeromskiego “Ludzie bezdomni” dostępna w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Już w chwili wydania powieść została uznana za wielkie wydarzenie literackie, a po czasie zgodnie stwierdzono, że jest jednym z najważniejszych dokonań polskiej literatury przełomu wieków.

 

Żeromski w migawkowym ujęciu życia Tomasza Judyma pokazuje pełną panoramę polskiego społeczeństwa z początku XX wieku. Judym jest młodym lekarzem, inteligentem, niezwykle wrażliwym. Wywodzi się z warszawskiej biedoty, rozwinęło się u niego silne poczucie sprawiedliwości społecznej. Jest idealistą, chce zmieniać świat, ale w przeciwieństwie do wielu ciężko pracuje by urzeczywistnić swoją idee.

 

Autora “Ludzi bezdomnych” można postrzegać jako sumienie narodu. Żeromski stawia fundamentalne pytania o naturę zła w społeczeństwie. Judym podczas swojej pracy spotyka się z realnymi problemami, które dotykają najbiedniejsze warstwy społeczne. Próbuje pomóc im, ale spotyka się z niechęcią i niezrozumieniem bogatszych.

 

Żeromski podejmuje problemy dotychczas przemilczane przez polską literaturę. W swojej powieści porusza ponadczasowe tematy. Unika taniego moralizatorstwa na rzecz przedstawienia realnych probelmów, które mają poruszyć czytelnika i zmusić go do przemyśleń. 

Opinie o ebooku Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski

Cytaty z ebooka Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski

Judym nie pragnął panny Joasi jako kobiety, nigdy z niej w marzeniu nie zdzierał szat dziewiczych. Pachnące dymy błękitne otoczyły ją i zasłaniały od myśli pożądliwych. Nade wszystko, nad piękność, dobroć i rozum kochał w niej swoją czy jej miłość, ów zaklęty wirydarz 234 , gdzie człowiek wchodzący zdobywał nadziemską zdatność pojmowania wszystkiego. Drżał na samą myśl, że jeśli tej łaski niebios, którą, Bóg jeden wie dlaczego, zobaczył na swojej drodze, dotknie się wolą, jeśli wyciągnie rękę i zechce ujrzeć lepiej to coś zaziemskie, to ono zginie natychmiast. A myśl o zniknięciu szerzyła w nim zimno śmierci.
Owym znajomym był inżynier Korzecki, wysoki, szczupły brunet, lat trzydziestu kilku. Judym spotkał się był z nim w Paryżu, a później odbywał razem przejażdżkę po Szwajcarii, gdzie Korzecki siedział dla zdrowia. W charakterze po trosze lekarza, a właściwie w charakterze ziomka i towarzysza włóczył się na swój koszt z inżynierem z zakładu do zakładu, w ciągu jakich trzech miesięcy. Korzecki był wówczas przepracowany i chory na wyczerpanie nerwowe. Mieli ze sobą długie rozmowy, a w gruncie rzeczy staczali zacięte kłótnie i, dogryzając sobie nawzajem, przez pewien czas błąkali się we dwójkę. Wreszcie, po jednej z ostrzejszych dysput, rozeszli się w przeciwne strony świata: Judym wrócił do Paryża, a Korzecki do kraju. Teraz widok towarzysza szwajcarskiego był dla doktora przykry nie do zniesienia. Tamten chodził wolnym
„Przez ofiarę ducha rozumiem czyn człowieka, który otrzymawszy prawdę, utożsamiwszy się z nią, roznosi ją, objawia, służy jej za organ, za twierdzę i za wojsko, nie zważając na spojrzenia, na głosy i rysy nieprzyjaciela” 282 . Otóż, czy taka „ofiara ducha” jest, czy nawet może być cierpieniem? On sam mówi, że to jest „najboleśniejsza ze wszystkich ofiar”, ale wydaje mi się, że ma na myśli tylko jej wysokość, jej wyniosłość. Człowiek, który utożsamił się z prawdą, musi czuć radość, rozkosz, wtedy nawet, gdy został pobity. Tak przypuszczam. Wtedy nawet, gdy został zmiażdżony…
człowiek po to żyje, aby weń zatopił ducha swego i marzył. Żeby marzył o tych rzeczach, które leżą w głębi, w ciemności, w zamknięciu, które nie przemijają, nie giną, które są proste, naiwne i bezczelne jak ta polanka. Żeby dozwalał z serca swego płynąć wszystkiemu, co w nim jest, wszelkiej świętości i brzydocie.
migotała ich uprząż, pudła, sprychy lekkich pojazdów – i mknęły, mknęły, mknęły bez ustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i sprawiających rozkoszne wrażenie, jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy wynurzała się z powodzi osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do uwierzenia

Fragment ebooka Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski

Stefan Żeromski

Ludzie bezdomni

Tom I

We­nus z Mi­lo1

To­masz Ju­dym wra­cał przez Champs Ely­se­es z La­sku Bu­loń­skie­go, do­kąd jeź­dził ze swej dziel­ni­cy ko­le­ją ob­wo­do­wą. Szedł wol­no, no­ga za no­gą, wy­czu­wa­jąc co­raz więk­szy wsku­tek upa­łu cię­żar wła­snej ma­ry­nar­ki i ka­pe­lu­sza. Ist­ny po­top bla­sku sło­necz­ne­go za­le­wał prze­stwór. Nad od­le­głym wi­do­kiem gma­chów rzu­ca­ją­cych się w oczy od Łu­ku Try­um­fal­ne­go wi­siał ró­żo­wy py­łek, któ­ry już po­czął wże­rać się ni­by rdza na­wet w ślicz­ne, ja­sno­zie­lo­ne li­ście wio­sen­ne, na­wet w kwia­tusz­ki pau­low­ni2. Z wszyst­kich, zda­wa­ło się, stron pły­nął za­pach aka­cji. Na żwi­rze, do­ko­ła pniów, pod bu­dyn­ka­mi, w rynsz­to­kach le­ża­ły jej bia­łe kwiat­ki z ośrod­kiem czer­wo­na­wym, jak­by skrwa­wio­nym od ukłu­cia śmier­ci. Pył bez­li­to­sny za­sy­py­wał je nie­po­strze­że­nie.

Zbli­ża­ła się go­dzi­na spa­ce­ru wiel­kie­go świa­ta i po­la drgać za­czy­na­ły od ru­chu ka­ret. Na drew­nia­nym bru­ku dud­nił jed­no­staj­ny ło­skot jak­by od­da­lo­na mo­wa wiel­kiej fa­bry­ki. Prze­bie­ga­ły pięk­ne, lśnią­ce ru­ma­ki, mi­go­ta­ła ich uprząż, pu­dła, spry­chy lek­kich po­jaz­dów – i mknę­ły, mknę­ły, mknę­ły bez ustan­ku wio­sen­ne stro­je ko­bie­ce o bar­wach czy­stych, roz­ma­itych i spra­wia­ją­cych roz­kosz­ne wra­że­nie, jak­by na­tu­ry dzie­wi­czej. Kie­dy nie­kie­dy wy­nu­rza­ła się z po­wo­dzi osób ja­dą­cych twarz sub­tel­na, wy­de­li­ka­co­na, tak nie do uwie­rze­nia pięk­na, że wi­dok jej był piesz­czo­tą dla wzro­ku i ner­wów. Wy­ry­wał z pier­si tę­sk­ne wes­tchnie­nie jak za szczę­ściem – i gi­nął uno­sząc je w mgnie­niu oka ze so­bą.

Ju­dym zna­lazł pod osło­ną kasz­ta­nów brzeg wol­nej ła­wy i z wiel­ką sa­tys­fak­cją usiadł tam w są­siedz­twie sta­rej i wą­sa­tej niań­ki dwoj­ga dzie­ci. Zdjął ka­pe­lusz i wle­piw­szy wzrok w rze­kę po­jaz­dów, wa­lą­cą środ­kiem uli­cy, z wol­na wy­sty­gał. Na chod­ni­kach przy­by­wa­ło co­raz wię­cej osób ubra­nych wy­kwint­nie – lśnią­cych cy­lin­drów, ja­snych pal­to­tów i sta­ni­ków. W pew­nej chwi­li sta­re bab­sko z chy­try­mi ocza­mi wpro­wa­dzi­ło mię­dzy stroj­ny tłum mło­de koź­ląt­ko z sier­ścią jak śnieg bie­lut­ką. Sta­do dzie­ci po­stę­po­wa­ło za ko­zioł­kiem uwiel­bia­jąc go ge­sta­mi, oczy­ma i ty­sią­cem okrzy­ków. Kie­dy in­dziej wiel­ki ob­dar­tus czer­wo­ny na gę­bie prze­le­ciał jak fik­sat, wy­wrza­sku­jąc gło­sem ochry­płym re­zul­tat ostat­nie­go bie­gu ko­ni. I zno­wu spo­koj­nie, rów­no, uro­czo pły­nę­ła rze­ka ludz­ka na chod­ni­kach, a środ­kiem rwał jej nurt by­stry, uwień­czo­ny pia­ną tka­nin prze­cud­nych, lek­kich, w od­da­li nie­bie­ska­wo­zie­lo­nych…

Każ­dy roz­pusz­czo­ny liść rzu­cał na bia­ły żwir z okrą­głych ka­my­ków wy­raź­ne od­bi­cie swe­go kształ­tu. Cie­nie te po­su­wa­ły się z wol­na, jak ma­ła wska­zów­ka po bia­łej tar­czy ze­ga­ra. Na ław­kach by­ło już peł­no, a tym­cza­sem cień opu­ścił miej­sce za­ję­te przez Ju­dy­ma i ustą­pił je roz­ta­pia­ją­cej ka­ska­dzie słoń­ca. Na­okół in­ne­go asi­lum3 nie by­ło, więc dok­tor rad nie­rad wstał i po­wlókł się da­lej ku pla­co­wi Zgo­dy. Z nie­cier­pli­wo­ścią wy­cze­ki­wał, kie­dy moż­na bę­dzie prze­mknąć się wskroś ist­ne­go od­mę­tu ka­ret, po­wo­zów, do­ro­żek, bi­cy­klów4 i pie­szych na za­krę­cie głów­nej fa­li pę­dzą­cej od bul­wa­rów w stro­nę Pól Eli­zej­skich. Wresz­cie sta­nął pod obe­li­skiem5 i po­szedł w głąb ogro­du des Tu­ile­ries. Tam by­ło pra­wie pu­sto. Tyl­ko nad nud­ny­mi sa­dzaw­ka­mi ba­wi­ły się bla­de dzie­ci i w głów­nym szpa­le­rze kil­ku męż­czyzn ro­ze­bra­nych do ko­szu­li gra­ło w te­ni­sa. Mi­nąw­szy ogród Ju­dym zwró­cił się ku rze­ce z za­mia­rem wę­dro­wa­nia w cie­niu mu­rów na pla­cyk przed ko­ścio­łem Sa­int-Ger­ma­in-l’Au­xer­ro­is i ogar­nię­cia bez tro­ski miej­sca na im­pe­ria­le6. W owej chwi­li sta­ło w je­go my­śli pu­ste ka­wa­ler­skie miesz­ka­nie aż na Bo­ule­vard Vol­ta­ire, gdzie od ro­ku no­co­wał, i mier­zi­ło go pust­ką swych ścian, ba­nal­no­ścią sprzę­tów i nie­prze­zwy­cię­żo­ną, cu­dzo­ziem­ską nu­dą wie­ją­cą z każ­de­go ką­ta. Pra­co­wać mu się nie chcia­ło, iść do kli­ni­ki – za, nic na świe­cie.

Zna­lazł się na Qu­ai du Lo­uvre i z uczu­ciem bło­go­ści w kar­ku i ple­cach za­trzy­mał pod cie­niem pierw­sze­go kasz­ta­na bul­wa­ru. Ospa­łym wzro­kiem mie­rzył brud­ną, pra­wie czar­ną wo­dę Se­kwa­ny. Gdy tak ster­czał na po­do­bień­stwo la­tar­ni, za­pa­li­ła się w nim myśl, jak­by z ze­wnątrz wnie­sio­na do wnę­trza gło­wy: „Dla­cze­góż, u li­cha, nie miał­bym pójść do te­go Luw­ru?…”

Skrę­cił na miej­scu i wszedł na wiel­ki dzie­dzi­niec. W cie­niach przy­tu­lo­nych do gru­be­go mu­ru, w któ­re za­nu­rzył się ni­by w głę­bie wo­dy, do­tarł do głów­ne­go wej­ścia i zna­lazł się w chłod­nych sa­lach pierw­sze­go pię­tra. Do­ko­ła sta­ły od­wiecz­ne po­są­gi bo­gów, jed­ne wiel­ko­ści nie­zwy­kłej, in­ne na­tu­ral­nej, a wszyst­kie pra­wie z no­sa­mi i rę­ko­ma uszko­dzo­ny­mi w spo­sób bez­boż­ny. Ju­dym nie zwra­cał uwa­gi na tych zde­gra­do­wa­nych wład­ców świa­ta. Cza­sa­mi za­trzy­my­wał się przed któ­rym, ale prze­waż­nie wów­czas, gdy go ude­rzył ja­kiś za­baw­ny de­spekt bo­skich kształ­tów. Na­de wszyst­ko in­te­re­so­wa­ła go spra­wa od­po­czyn­ku w do­sko­na­łym chło­dzie i z da­la od wrza­wy uli­cy pa­ry­skiej. Szu­kał też nie ty­le ar­cy­dzieł, ile ław­ki, na któ­rej by mógł usiąść. Zdy­bał ją po dłu­giej wę­drów­ce z sa­li do sa­li w na­roż­nym ze­tknię­ciu się dwu dłu­gich ga­le­rii, prze­zna­czo­nym na schro­nie­nie dla We­nus z wy­spy Me­los.

W za­kąt­ku two­rzą­cym jak­by nie­wiel­ką izbę, oświe­tlo­ną jed­nym oknem, stoi na nie­wy­so­kim pie­de­sta­le tors bia­łej Afro­dy­ty. Sznur owi­nię­ty czer­wo­nym plu­szem ni­ko­mu do niej przy­stę­pu nie da­je. Ju­dym wi­dział już był ten cen­ny po­sąg, ale nie zwra­cał nań uwa­gi, jak na wszel­kie w ogó­le dzie­ła sztu­ki. Te­raz zdo­byw­szy w cie­niu pod ścia­ną wy­god­ną ła­wecz­kę jął dla za­bi­cia cza­su pa­trzeć w ob­li­cze mar­mu­ro­wej pięk­no­ści. Gło­wa jej zwró­co­na by­ła w je­go stro­nę i mar­twe oczy zda­wa­ły się pa­trzeć. Schy­lo­ne czo­ło wy­nu­rza­ło się z mro­ku i, jak­by dla oba­cze­nia cze­goś, brwi się zsu­nę­ły. Ju­dym przy­glą­dał się jej na­wza­jem i wte­dy do­pie­ro uj­rzał ma­łą, nie­wi­docz­ną fał­dę mię­dzy brwia­mi, któ­ra spra­wia, że ta gło­wa, że ta bry­ła ka­mien­na w isto­cie – my­śli. Z prze­ni­kli­wą si­łą spo­glą­da w mrok do­ko­ła le­żą­cy i roz­dzie­ra go ja­sny­mi oczy­ma. Za­to­pi­ła je w skry­to­ści ży­cia i do cze­goś w nim uśmiech swój ob­ra­ca. Wy­tę­żyw­szy ro­zum nie­ogra­ni­czo­ny i czy­sty, po­sia­dła wia­do­mość o wszyst­kim, zo­ba­czy­ła wiecz­ne dnie i pra­ce na zie­mi, no­ce i łzy, któ­re w ich mro­ku pły­ną. Jesz­cze z bia­łe­go czo­ła bo­gi­ni nie zdą­ży­ła odejść mą­dra o tym za­du­ma, a już wiel­ka ra­dość dzie­wi­cza pach­nie z jej ust roz­ma­rzo­nych. W uśmie­chu ich za­my­ka się wy­raz uwiel­bie­nia. Dla mi­ło­ści szczę­śli­wej. Dla uczest­nic­twa wol­ne­go du­cha i wol­ne­go cia­ła w ży­ciu bez­grzesz­nej przy­ro­dy. Dla ostrej po­tę­gi za­chwy­tu zmy­słów, któ­re­go nie stę­pi­ły jesz­cze ani pra­ca, ani zgry­zo­ta, sio­stry ro­dzo­ne, sio­stry nie­szczę­sne. Uśmiech bo­gi­ni po­zdra­wia nad­cho­dzą­ce­go z da­le­ka. Oto za­ko­cha­ła się w pięk­nym śmier­tel­ni­ku Ado­ni­sie7… Cud­ne ma­rze­nia pierw­szej mi­ło­ści roz­kwi­tły w ło­nie jej ja­ko kwiat sied­mio­ra­mien­ny ama­ry­li­sa. Bar­ki jej wą­skie, wy­smu­kłe, okrą­głe dźwi­gnę­ły się do gó­ry. Dzie­wi­cze ło­no drży od wes­tchnie­nia… Dłu­gi sze­reg wie­ków, któ­ry od­trą­cił jej rę­ce, któ­ry zra­bo­wał jej cia­ło od pier­si i zo­rał prze­ślicz­ne ra­mio­na szczer­ba­mi, nie zdo­łał go zni­we­czyć. Sta­ła tak w pół­mro­ku „wy­nu­rza­ją­ca się”, Ana­dio­me­ne8, nie­biań­ska, któ­ra roz­nie­ca mi­łość. Ob­na­żo­ne jej wło­sy zwią­za­ne by­ły w pięk­ny wę­zeł, kro­by­los. Po­dłuż­na, sma­gła twarz tchnę­ła nie­opi­sa­nym uro­kiem.

Gdy Ju­dym wpa­try­wał się co­raz uważ­niej w to czo­ło za­my­ślo­ne, do­pie­ro zro­zu­miał, że ma przed so­bą wi­ze­ru­nek bo­gi­ni. By­ła to Afro­di­te, ona sa­ma, któ­ra się by­ła po­czę­ła z pia­ny mor­skiej. I mi­mo wo­li przy­cho­dzi­ła na myśl nie­skrom­na le­gen­da o przy­czy­nie onej pia­ny wód za spra­wą Ura­no­sa9. A prze­cież nie by­ła to Pan­de­mos10, nie by­ła na­wet żo­na He­faj­stó­wa ani ko­chan­ka An­chi­ze­sa11, a tyl­ko ja­sny i do­bry sym­bol ży­cia, cór­ka nie­ba i dnia…

Ju­dym za­to­nął w my­ślach i nie zwra­cał uwa­gi na oso­by, któ­re się obok nie­go prze­su­wa­ły. By­ło ich zresz­tą ma­ło. Ock­nął się do­pie­ro wów­czas, gdy usły­szał w są­sied­niej sa­li kil­ka zdań wy­rze­czo­nych po pol­sku. Zwró­cił gło­wę z ży­wą nie­chę­cią w stro­nę te­go dźwię­ku, pew­ny, że zbli­ża się ktoś „z ko­lo­nii”, ktoś, co sią­dzie przy nim i za­bie­rze na wła­sność mi­nu­ty roz­my­śla­nia o pięk­nej We­nus. Zdzi­wił się mi­le, zo­ba­czyw­szy oso­by „po­za­pa­ry­skie”. By­ło ich czte­ry. Na prze­dzie szły dwie pa­nien­ki – pod­lot­ki, z któ­rych star­sza mo­gła mieć lat sie­dem­na­ście, a dru­ga by­ła o ja­kie dwa la­ta młod­sza. Za ni­mi cięż­ko to­czy­ła się da­ma nie­ma­łej wa­gi, wie­ko­wa, z si­wy­mi wło­sa­mi i du­żą a jesz­cze pięk­ną twa­rzą. Obok tej ma­tro­ny szła pan­na dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia, ciem­na bru­net­ka z nie­bie­ski­mi ocza­mi, prze­ślicz­na i zgrab­na. Wszyst­kie sta­nę­ły przed po­są­giem i w mil­cze­niu go roz­pa­try­wa­ły. Sły­chać by­ło tyl­ko cięż­kie, przy­tłu­mio­ne sa­pa­nie sta­rej da­my, sze­lest je­dwa­biu od­zy­wa­ją­cy się za każ­dym ru­chem pod­lot­ków i chrzęst kart Ba­dec­ke­ra12, któ­re prze­wra­ca­ła star­sza pan­na.

– Wszyst­ko to pięk­nie, mo­je ser­ce – rze­kła ma­tro­na do ostat­niej – ale ja mu­szę usiąść. Ani kro­ku! Zresz­tą war­to po­pa­trzeć na tę imość. Tak… jest tu na­wet ła­wecz­ka.

Ju­dym wstał ze swe­go miej­sca i wol­no od­szedł kil­ka kro­ków na bok, jak gdy­by dla obej­rze­nia biu­stu z in­nej stro­ny. Te pa­nie spoj­rza­ły so­bie w oczy z wy­ra­zem py­ta­nia i przy­ci­szy­ły roz­mo­wę. Tyl­ko naj­star­sza z pa­nien, za­ję­ta Ba­dec­ke­rem, nie wi­dzia­ła Ju­dy­ma. Oty­ła bab­cia ener­gicz­nie usia­dła na ław­ce, wy­cią­gnę­ła no­gi ile się da­ło, i na ja­kieś szep­ty mło­dych to­wa­rzy­szek od­po­wia­da­ła rów­nież szep­tem wła­ści­wym sta­rym pa­niom, któ­ry ma tę wła­sność, że w ra­zie po­trze­by mo­że za­stą­pić te­le­fo­no­wa­nie na pew­ną od­le­głość:

– A, Po­lak nie Po­lak, Fran­cuz nie Fran­cuz, Hisz­pan czy Tu­rek, to mi jest wszyst­ko jed­no. Niech mu Bóg da zdro­wie za to, że stąd wy­lazł. No­gi mi od­ję­ło z kre­te­sem… A te­raz patrz jed­na z dru­gą na tę, bo to prze­cie nie by­le co. Już ją czło­wiek raz wi­dział daw­ny­mi cza­sy. Ja­koś mi się wte­dy in­na wy­da­ła…

– A bo to pew­no in­na… – rze­kła młod­sza z tu­ry­stek.

– Nie myśl no o tym, czy in­na, czy nie in­na, tyl­ko się przy­patrz. Spy­ta­ją póź­niej w sa­lo­nie o ta­ką rzecz, a ty ni be, ni me…

Dru­ga pa­nien­ka bez za­chę­ty ob­ser­wo­wa­ła We­nus w spo­sób za­dzi­wia­ją­cy. By­ła to śnia­da blon­dyn­ka z twa­rzą o ce­rze męt­nej, sma­gła­wej. Czo­ło mia­ła dość wą­skie, no­sek pro­sty, war­gi cien­kie i za­war­te. Nie moż­na by­ło okre­ślić, czy jest ład­na, czy brzyd­ka. Wy­wie­ra­ła wra­że­nie śnią­cej czy roz­ma­rzo­nej, bo po­wie­ki mia­ła pra­wie przy­mknię­te.

Ju­dy­ma za­cie­ka­wi­ła ta twarz, więc sta­nął i nie­znacz­nie ją śle­dził. Pa­trzy­ła na mar­mu­ro­we bó­stwo od nie­chce­nia, a jed­nak z ta­kim wy­ra­zem, jak­by go się uczy­ła na pa­mięć, jak­by je spod oka wzro­kiem chło­nę­ła. Kie­dy nie­kie­dy wą­skie i pła­skie jej noz­drza roz­sze­rza­ły się lek­ko od szyb­kie­go wes­tchnie­nia. W pew­nej chwi­li Ju­dym za­uwa­żył, że po­wie­ki spusz­czo­ne z na­bo­żeń­stwem i dzie­wi­czą skrom­no­ścią dźwi­gnę­ły się ocię­ża­le i źre­ni­ce do­tąd za­kry­te wi­dzą nie tyl­ko We­nus, ale i je­go sa­me­go. Za­nim wszak­że zdą­żył zo­ba­czyć bar­wę tych oczu, już się skry­ły pod rzę­sa­mi.

Tym­cza­sem naj­star­sza z pa­nien od­czy­ta­ła ca­ły roz­dział o hi­sto­rii po­są­gu i zbli­ży­ła się do plu­szo­we­go sznu­ra. Oparł­szy na nim rę­ce za­czę­ła przy­glą­dać się rzeź­bie z cie­ka­wo­ścią, en­tu­zja­zmem i od­da­niem się, wła­ści­wym tyl­ko nie­wia­stom. Moż­na by po­wie­dzieć, że w owej chwi­li przy­stę­po­wa­ła do zo­ba­cze­nia We­nus z Mi­lo. Oczy jej nie by­ły w sta­nie nic prócz po­są­gu za­uwa­żyć, pra­gnę­ły i usi­ło­wa­ły zli­czyć wszyst­kie pięk­no­ści, wszyst­kie ce­chy dłu­ta Sko­pa­sa13… o któ­rych mó­wił Ba­dec­ker, spa­mię­tać je i uło­żyć w gło­wie sys­te­ma­tycz­nie jak czy­stą bie­li­znę w ku­frze po­dróż­nym. By­ły to oczy szcze­re aż do na­iw­no­ści. Za­rów­no jak ca­ła twarz od­zwier­cie­dla­ły sub­tel­ne cie­nie my­śli prze­cho­dzą­cych, od­da­wa­ły ni­by wier­ne echo każ­dy dźwięk du­szy i wszyst­ko mó­wi­ły bez wzglę­du na to, czy kto wi­dzi lub nie, ich wy­raz.

Ju­dym po kil­ku­mi­nu­to­wej ob­ser­wa­cji tej twa­rzy na­brał prze­ko­na­nia, że gdy­by pięk­na pan­na pra­gnę­ła szcze­rze za­ta­ić otrzy­ma­ne wra­że­nie, mo­wa oczu na­tych­miast je wy­da. Stał w cie­niu i przy­glą­dał się grze uczuć prze­su­wa­ją­cych się po ja­snej twa­rzy. Oto ma­ło wie­dzą­ca cie­ka­wość… Oto pierw­szy pro­my­czek wra­że­nia su­nie się po brwiach, przy­ci­ska rzę­sy i zmie­rza ku war­gom, aże­by je zgiąć do mi­łe­go uśmie­chu. Te sa­me uczu­cia, któ­re Ju­dym przed chwi­lą miał w so­bie, wi­dział te­raz na li­cach nie­zna­jo­mej. Spra­wia­ło mu to szcze­rą przy­jem­ność. Rad by był za­py­tał, czy się nie my­li, i usły­szał z pięk­nych ust wy­nu­rze­nie wra­żeń. Ni­g­dy jesz­cze w ży­ciu nie do­świad­czał ta­kiej chę­ci roz­ma­wia­nia o sztu­ce i słu­cha­nia z pil­no­ścią, co są­dzi o ula­tu­ją­cych wra­że­niach dru­gi czło­wiek…

Tym­cza­sem ów dru­gi czło­wiek, za­ję­ty sta­tuą, na śledz­two ani na ba­da­cza żad­nej uwa­gi nie zwra­cał.

– Pa­mię­tam – rze­kła da­ma w wie­ku – in­ną gru­pę z mar­mu­ru. By­ła to ja­kaś sce­na mi­to­lo­gicz­na. Ge­niusz czy amo­rek ze skrzy­dła­mi ca­łu­je ślicz­ne dziew­cząt­ko. Jest to mo­że co­kol­wiek nie­wła­ści­we dla was, mo­je sro­ki, ale tak pięk­ne, tak uro­cze, tak agréa­ble14, tak sen­si­ble15…

Naj­star­sza z pa­nien pod­nio­sła gło­wę i, wy­słu­chaw­szy ca­łe­go zda­nia z uwa­gą, rze­kła prze­rzu­ca­jąc kart­ki:

– Coś tu za­uwa­ży­łam… L’Amo­ur et Psy­ché… An­to­ine Ca­no­va16. Czy to nie to?

– A mo­że i Psy­che. Tyl­ko że wa­ham się, czy wam to po­ka­zać – do­da­ła ci­szej.

– W Pa­ry­żu! Je­ste­śmy te­raz w Pa­ry­żu! Mu­si­my umo­czyć war­gi w pu­cha­rze roz­pu­sty… – szep­nę­ła bru­net­ka do sta­rej da­my w se­kre­cie przed młod­szy­mi to­wa­rzysz­ka­mi.

– A co mię tam ty ob­cho­dzisz! Ty so­bie oczy wy­pa­truj na wszel­kie Amo­ry ma­lo­wa­ne i rzeź­bio­ne, ale te oto…

– Bab­cia my­śli, że my ro­zu­mie­my co­kol­wiek… – rze­kła z prze­pysz­ną mi­ną naj­młod­sza. – Nie wiem tyl­ko, po co ty­le cza­su tra­cić na oglą­da­nie tych roz­ma­itych ko­ry­ta­rzy z ob­ra­za­mi, kie­dy na uli­cach jest tak bo­sko, ta­ki Pa­ryż!

– Ależ, Wan­do… – jęk­nę­ła bru­net­ka.

– No, pa­ni to ro­zu­mie, a ja zu­peł­nie nic! Co w tym jest cie­ka­we­go? Wszel­kie te mu­zea i zbio­ry za­wsze ma­ją w so­bie coś z tru­piar­ni, tyl­ko że są jesz­cze nud­niej­sze. Na przy­kład… Clu­ny17. Ja­kieś do­ły, pie­cza­ry, ka­wał­ki odra­pa­nych mu­rów, ce­gły, no­gi, rę­ce, gna­ty…

– Cóż ty mó­wisz?

– No więc nie? Weź­my Car­na­va­let18… Pisz­cze­le, pa­skud­ne, za­ku­rzo­ne tru­po­sze, sta­re ru­pie­cie spod ko­ścio­łów. W do­dat­ku trze­ba ko­ło te­go cho­dzić z mi­ną uro­czy­stą, na­dę­tą, obok każ­dej rze­czy stać kwa­drans, uda­jąc, że się pa­trzy. Al­bo i tu­taj: ob­ra­zy, ob­ra­zy i ob­ra­zy bez koń­ca. No i te fi­gu­ry…

– Mo­je dziec­ko – wtrą­ci­ła bab­ka – są to ar­cy­dzie­ła, że tak po­wiem…

– Wiem, wiem… ar­cy­dzie­ła. Ale prze­cież wszyst­kie ob­ra­zy są do sie­bie po­dob­ne jak dwie kro­ple wo­dy: wy­la­kie­ro­wa­ne drze­wa i go­łe pan­ny z ta­ki­mi tu­taj…

– Wan­do! – krzyk­nę­ły wszyst­kie trzy to­wa­rzysz­ki z prze­stra­chem, oglą­da­jąc się do­ko­ła.

Ju­dym nie wie­dział, co czy­nić ze swo­ją oso­bą. Ro­zu­miał, że na­le­ża­ło­by wyjść, aby nie słu­chać mo­wy osób, któ­re nie wie­dzą, że jest Po­la­kiem, ale żal mu by­ło. Czuł w so­bie nie tyl­ko chęć, ale na­wet od­wa­gę wmie­sza­nia się do tej roz­mo­wy. Stał bez­rad­nie, wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma pa­trząc przed sie­bie.

– No to chodź­my do te­go Amo­ra i Psy­che… – rze­kła sta­ra da­ma dźwi­ga­jąc się z ła­wecz­ki. – Tyl­ko gdzie to jest – wbij zę­by w ścia­nę…

– Niech bab­cia nie za­po­mi­na, że dziś jesz­cze raz mia­ły­śmy być w tam­tym praw­dzi­wym Luw­rze19.

– Ci­cho mi bądź! Cze­kaj­cie no… Gdzież jest ów Ca­no­va? Pa­mię­tam, by­li­śmy tam z Ja­nu­arym… Szło się ja­koś… Za­raz…

– Je­że­li pa­nie po­zwo­lą, to wska­żę im naj­bliż­szą dro­gę do Amo­ra… to jest… An­to­nie­go Ca­no­vy… – rzekł dr To­masz zdej­mu­jąc ka­pe­lusz i zbli­ża­jąc się wśród ukło­nów.

Na dźwięk mo­wy pol­skiej w je­go ustach wszyst­kie trzy dzie­wi­ce od­ru­cho­wo zbli­ży­ły się do sta­rej da­my, jak­by się przed zbój­cą chro­ni­ły pod jej skrzy­dła.

– Aa… – ode­zwa­ła się bab­ka wzno­sząc gło­wę i mie­rząc mło­de­go czło­wie­ka okiem dość nie­chęt­nym. – Dzię­ku­ję, bar­dzo dzię­ku­ję…

– Pa­nie da­ru­ją, że gdy się sły­szy… W Pa­ry­żu tak rze­czy­wi­ście… bar­dzo, bar­dzo rzad­ko… – plótł Ju­dym tra­cąc pew­ność nóg i ję­zy­ka.

– Pan sta­le w Pa­ry­żu? – spy­ta­ła ostro.

– Tak. Miesz­kam tu od ro­ku. Wię­cej niż od ro­ku, bo ja­kieś pięt­na­ście mie­się­cy… Na­zy­wam się… Ju­dym. Ja­ko le­karz stu­diu­ję tu­taj pew­ne… To jest wła­ści­wie…

– Więc mó­wi pan, że ja­ko le­karz?…

– Tak jest – mó­wił dr To­masz, obu­rącz chwy­ta­jąc się wąt­ka roz­mo­wy, po­mi­mo że wy­cią­ga­ła na wierzch kwe­stie ty­czą­ce się je­go oso­by, któ­rych nie zno­sił. – Skoń­czy­łem me­dy­cy­nę w War­sza­wie, a obec­nie pra­cu­ję tu­taj w kli­ni­kach, w dzie­dzi­nie chi­rur­gii.

– Mi­ło mi po­znać pa­na dok­to­ra… – ce­dzi­ła da­ma dość ozię­ble. – My wo­ja­żu­je­my, jak pan wi­dzi, we czwór­kę, z ką­ta w kąt. Nie­wadz­ka… To mo­je dwie wnucz­ki, sie­ro­ty, Or­szeń­skie, a to ich i mo­ja naj­mil­sza przy­ja­ciół­ka, pan­na Jo­an­na Pod­bor­ska.

Ju­dym kła­niał się jesz­cze z wro­dzo­nym plą­ta­niem się nóg, gdy pa­ni Nie­wadz­ka rze­kła z ak­cen­tem ży­we­go in­te­re­su w to­nie mo­wy:

– Zna­łam, tak, nie my­lę się, ko­goś te­go na­zwi­ska, pa­na Ju­dy­ma czy pan­nę Ju­dy­mów­nę, na Wo­ły­niu bo­daj… zda­je się, że to tak, na Wo­ły­niu… A pan z ja­kich oko­lic?

Dr To­masz rad by był udać, że nie sły­szy te­go py­ta­nia. Gdy jed­nak pa­ni Nie­wadz­ka zwró­ci­ła ku nie­mu wej­rze­nie, mó­wił:

– Ja po­cho­dzę z War­sza­wy, z sa­mej War­sza­wy. I z bar­dzo by­le ja­kich Ju­dy­mów…

– Dla­cze­góż to?

– Oj­ciec mój był szew­cem, a w do­dat­ku li­chym szew­cem na Cie­płej uli­cy. Na Cie­płej uli­cy… – po­wtó­rzył z kłu­ją­cą sa­tys­fak­cją. Unik­nął wresz­cie chwiej­ne­go grun­tu i grzecz­nych de­li­kat­no­ści, w czym nie był moc­ny i cze­go się w prze­sad­ny spo­sób oba­wiał. Pa­nie umil­kły i po­su­wa­ły się z wol­na, rów­no­le­gle, sze­lesz­cząc suk­nia­mi.

– Bar­dzo się cie­szę, bar­dzo… – mó­wi­ła spo­koj­nie pa­ni Nie­wadz­ka – że mia­łam spo­sob­ność za­war­cia tak mi­łej zna­jo­mo­ści. Więc pan zba­dał tu­taj wszel­kie dzie­ła sztu­ki? Za­pew­ne, miesz­ka­jąc sta­le w Pa­ry­żu… Je­ste­śmy bar­dzo obo­wią­za­ne…

– Amor i Psy­che bę­dzie chy­ba w in­nym gma­chu – rze­kła pan­na Pod­bor­ska.

– Tak, w in­nym… Wyj­dzie­my na dzie­dzi­niec.

Gdy tam sta­nę­li, pa­ni Nie­wadz­ka zwró­ci­ła się do Ju­dy­ma i z imi­ta­cją uprzej­mo­ści rze­kła:

– Tak ostro pan wy­mie­nił za­trud­nie­nie swe­go oj­ca, że czu­ję się praw­dzi­wie upo­ko­rzo­ną. Ze­chce mi pan wie­rzyć, że nie mia­łam in­ten­cji py­ta­niem o ja­kieś tam ko­li­ga­cje spra­wić mu przy­kro­ści. Po pro­stu na­łóg sta­rej ba­by, któ­ra dłu­go ży­ła i du­żo lu­dzi na świe­cie wi­dzia­ła. Mi­ło jest, to praw­da, ze­tknąć się z czło­wie­kiem, któ­re­go oso­ba mó­wi o daw­nych rze­czach, lu­dziach, sto­sun­kach, ale o ileż przy­jem­niej, o ileż… przy­jem­niej…

– Oj­ciec pa­na, ten szewc, ro­bił dam­skie obu­wie czy mę­skie ka­ma­sze? – za­py­ta­ła przy­mru­ża­jąc oczy młod­sza z pa­nien Or­szeń­skich.

– Trze­wi­ki, głów­nie trze­wi­ki, w dość od­le­głych jed­na od dru­giej chwi­lach przy­tom­no­ści, naj­czę­ściej bo­wiem ro­bił po pi­ja­ne­mu awan­tu­ry, gdzie się da­ło.

– No, to już zu­peł­nie w gło­wie mi się nie mie­ści, ja­kim cu­dem pan zo­stał le­ka­rzem, i do te­go – w Pa­ry­żu!

Pan­na Pod­bor­ska ci­snę­ła na mó­wią­cą spoj­rze­nie peł­ne roz­pacz­li­we­go wsty­du.

– W tym, co nam pan o so­bie wy­znał – rze­kła sta­ra jej­mość – wi­dzę du­żo, du­żo od­wa­gi. Do­praw­dy, że po raz pierw­szy zda­rzy­ło mi się sły­szeć ta­ką mo­wę. Pro­szę pa­na dok­to­ra, je­stem sta­ra i róż­nych lu­dzi wi­dzia­łam. Ile ra­zy zda­rzy­ło mi się ob­co­wać z… in­dy­wi­du­ami nie na­le­żą­cy­mi do to­wa­rzy­stwa, z oso­ba­mi… jed­nym sło­wem, z ludź­mi po­cho­dzą­cy­mi ze sta­nów zwa­nych – słusz­nie czy nie­słusz­nie, w to nie wcho­dzę – gmi­nem, to za­wsze ci pa­no­wie usi­ło­wa­li sta­ran­nie omi­nąć kwe­stię swe­go ro­do­wo­du. Zna­łam co praw­da i ta­kich – mó­wi­ła jak­by z pew­nym za­du­ma­niem – któ­rzy w ja­kimś okre­sie ży­cia, zwy­kle w mło­do­ści, przy­zna­wa­li się z em­fa­zą do swe­go sta­nu kmie­ce­go czy tam do cze­goś, a póź­niej nie tyl­ko że ta ich de­mo­kra­tycz­nie-cheł­pli­wa praw­do­mów­ność szła so­bie na bo­ry, na la­sy, ale prócz te­go miej­sce jej zaj­mo­wa­ły ja­kieś her­by przy­le­pio­ne do drzwi­czek ka­re­ty, je­śli ją for­tu­na po­sta­wi­ła przede drzwia­mi miesz­ka­nia.

Ju­dym uśmiech­nął się szy­der­czo, kil­ka kro­ków szedł w mil­cze­niu, a póź­niej zwró­cił się do pan­ny Pod­bor­skiej z py­ta­niem:

– Ja­kież wra­że­nie zro­bi­ła na pa­ni We­nus z Mi­lo?

– We­nus… – rze­kła bru­net­ka, jak­by ją to py­ta­nie zbu­dzi­ło ze snu przy­kre­go. Twarz jej ob­lał ru­mie­niec, wnet znikł i sku­pił się w prze­ślicz­nych ustach, któ­re nie­znacz­nie drga­ły.

– Ma ca­lu­teń­kie ple­cy po­szar­pa­ne, jak­by ją kto przez czte­ry dni z rzę­du prał eko­nom­skim ba­tem… – rze­kła ka­te­go­rycz­nie pan­na Wan­da.

– Prze­ślicz­na… – pół­gło­sem wy­mó­wi­ła pan­na Na­ta­lia, zwra­ca­jąc w stro­nę Ju­dy­ma swe ma­to­we oczy. Dru­gi raz dok­tor miał moż­ność spoj­rzeć w te oczy i zno­wu krót­ko go­ści­ło we wszyst­kich wła­dzach je­go du­szy nie­uchwyt­ne za­trwo­że­nie. We wzro­ku tej dziew­czy­ny by­ło coś, jak­by zim­ny, nie­po­ły­sku­ją­cy blask księ­ży­ca, kie­dy nad sen­ną zie­mią tar­cza je­go we mgłach się kry­je.

Pan­na Pod­bor­ska oży­wi­ła się i za­raz twarz jej uka­za­ła we­wnętrz­ne wzru­sze­nie.

– Ja­każ ona pięk­na! ja­każ praw­dzi­wa! Gdy­bym w Pa­ry­żu miesz­ka­ła, przy­cho­dzi­ła­bym do niej… no, mi­lion nie mi­lion, ale co ty­dzień, że­by się na­pa­trzeć. Gre­cy w ogó­le stwo­rzy­li świat bo­gów tak cu­dow­ny… Go­ethe…

Usły­szaw­szy wy­raz „Go­ethe” Ju­dym do­znał nie­sma­ku, czy­tał bo­wiem z te­go po­ety coś, a nad­to nie­gdyś.

Los zda­rzył, że sta­ra da­ma za­trzy­ma­ła się w przed­sion­ku pro­wa­dzą­cym do sa­li Amo­ra i Psy­che – i nie­mym zna­kiem w du­żych bla­dych oczach py­ta­ła Ju­dy­ma o dro­gę. Kie­dy się zna­le­zio­no w ob­li­czu wy­gła­ska­nej gru­py, owe­go ma­lo­wi­dła w bia­łym mar­mu­rze, wszy­scy umil­kli. Ju­dym ze smut­kiem my­ślał, że wła­ści­wie ro­la je­go już się skoń­czy­ła. Czuł, że wy­rwaw­szy się z wia­do­mo­ścią o pa­pie z Cie­płej nie mo­że to­wa­rzy­szyć tym pa­niom i szu­kać ich zna­jo­mo­ści. Zno­wu w umy­śle je­go prze­su­nął się po­kój „na Wol­te­rze”20 i sta­ra, wstręt­na żo­na con­cier­ge’a21 ze swy­mi wie­ku­isty­mi py­ta­nia­mi bez sen­su. W chwi­li kie­dy naj­bar­dziej nie wie­dział, co czy­nić, i nie był pew­ny, w ja­ki spo­sób wy­pa­da się roz­stać, pa­ni Nie­wadz­ka jak­by zga­du­jąc, o czym my­śli, rze­kła:

– Wy­bie­ra­my się do Wer­sa­lu22. Chcia­ły­by­śmy zo­ba­czyć oko­li­ce, być po dro­dze w Se­vres23, w Sa­int-Clo­ud24… Te war­to­gło­wy pę­dzi­ły­by z miej­sca na miej­sce dzień i noc, a ja for­mal­nie upa­dam. Czy jeź­dzi­łeś pan do Wer­sa­lu? Jak wy­god­niej? Ko­le­ją? Pi­szą tu o ja­kimś tram­wa­ju pneu­ma­tycz­nym25. Czy to co lep­sze­go niż po­ciąg?

– W Wer­sa­lu by­łem dwa ra­zy tym wła­śnie tram­wa­jem, któ­ry wy­dał mi się bar­dzo do­god­ny. Idzie wpraw­dzie wol­no, pew­nie dwa ra­zy wol­niej niż wa­gon ko­le­jo­wy, ale za to da­je moż­ność ob­ser­wo­wa­nia oko­li­cy i Se­kwa­ny.

– A więc je­dzie­my tram­wa­jem! – za­wy­ro­ko­wa­ła pan­na Wan­da.

– O któ­rej-że go­dzi­nie wy­cho­dzi stąd ten czu­pi­rak?

– Nie pa­mię­tam, pro­szę pa­ni, ale to tak ła­two się do­wie­dzieć. Sta­cja głów­na mie­ści się tuż obok Luw­ru. Je­że­li pa­nie po­zwo­lą…

– O! czy­liż śmia­ły­by­śmy pa­na tru­dzić…

– Ale do­wie się pan, co to szko­dzi, mo­ja bab­ciu. Pan tu­tej­szy, pa­ry­ża­nin… – de­kla­mo­wa­ła pan­na Wan­da odro­bi­nę pa­ro­diu­jąc ton mo­wy Ju­dy­ma.

To­masz kła­nia­jąc się od­szedł i za­do­wo­lo­ny, jak­by mu się przy­tra­fi­ło coś nie­sły­cha­nie po­myśl­ne­go, biegł pę­dem ku sta­cji tram­wa­jo­wej na Qu­ai du Lo­uvre. W mgnie­niu oka wy­szu­kał kon­duk­to­ra, wbił so­bie w gło­wę wszyst­kie go­dzi­ny oraz mi­nu­ty i wra­cał pro­stu­jąc się co chwi­la i po­pra­wia­jąc kra­wat… Kie­dy za­wia­da­miał te pa­nie o ter­mi­nie od­jaz­du i udzie­lał im wska­zó­wek, jak się kie­ro­wać w Wer­sa­lu, pan­na Wan­da wy­pa­li­ła:

– A więc je­dzie­my do Wer­sa­lu. Ba­ga­te­la! Do sa­me­go Wer­sa­lu… Je­dzie­my tram­wa­jem ja­kimś tam – a pan z na­mi.

Za­nim Ju­dym zdo­łał ze­brać my­śli, do­da­ła:

– Już bab­cia orze­kła, że mal­gré to­ut26 i mo­że pan je­chać…

– Wan­da! – z roz­pa­czą pra­wie zgrzyt­nę­ła pa­ni Nie­wadz­ka ru­mie­niąc się jak dziew­cząt­ko. Po chwi­li zwró­ci­ła się do Ju­dy­ma i usi­ło­wa­ła wy­wo­łać przy­ja­zny uśmiech na drżą­ce jesz­cze war­gi:

– Wi­dzi pan, co to za dia­beł czu­ba­ty, choć już do­po­mi­na się o dłu­gą suk­nię…

– Czy istot­nie po­zwo­li­ły­by pa­nie to­wa­rzy­szyć so­bie do Wer­sa­lu?

– Nie śmia­ła­bym pro­sić pa­na, bo to mo­że prze­rwie za­ję­cia, ale by­ło­by nam bar­dzo przy­jem­nie.

– By­naj­mniej… Był­bym wiel­ce szczę­śli­wy… Tak daw­no… – bą­kał Ju­dym.

– Pa­nie, o dzie­sią­tej! – rze­kła do nie­go pan­na Wan­da z pal­cem wznie­sio­nym do gó­ry i wy­ko­ny­wu­jąc ocza­mi ca­ły sze­reg pla­stycz­nych zna­ków po­ro­zu­mie­nia.

Dok­tor już lu­bił tę dziew­czy­nę zu­peł­nie jak do­bre­go ko­leż­kę, z któ­rym moż­na pa­plać bez mia­ry o wszyst­kich rze­czach i nie­któ­rych in­nych. Trzy oso­by star­sze od pan­ny Wan­dy za­cho­wy­wa­ły nie­zgrab­ne mil­cze­nie. Ju­dym czuł, że wtar­gnął do to­wa­rzy­stwa tych pań. Ro­zu­miał swą niż­szość spo­łecz­ną i to, że jest w tej sa­mej chwi­li szew­skim sy­nem tu­dzież aspi­ran­tem do „to­wa­rzy­stwa”. Od­róż­niał w so­bie te oby­dwie sub­stan­cje i do krwi gryzł dol­ną war­gę.

Po obej­rze­niu me­da­lio­nów Da­vi­da d’An­gers27, z któ­rych kil­ka wnio­sło do serc obec­nych coś jak gdy­by mo­dli­twę, wy­co­fa­no się z mu­zeum na dzie­dzi­niec, a stam­tąd na uli­cę.

Sta­ra pa­ni przy­wo­ła­ła fia­kra i oświad­czy­ła swo­im pan­nom, że ja­dą do skle­pów. Ju­dym po­że­gnał je z ele­gan­cją, któ­rej w tym wła­śnie mo­men­cie pierw­szy raz w ży­ciu za­ży­wał – i od­da­lił się. Na pię­trze omni­bu­su dą­żą­ce­go w stro­nę Vin­cen­nes wpadł w głę­bo­kie i mi­ster­ne roz­my­śla­nia. By­ło to w je­go ży­ciu zda­rze­nie ka­pi­tal­ne, coś w ro­dza­ju otrzy­ma­nia pa­ten­tu al­bo fa­bry­ka­cji pierw­szej sa­mo­ist­nej re­cep­ty. Ni­g­dy jesz­cze nie zbli­żał się do ta­kich ko­biet. Mi­jał je tyl­ko nie­raz na uli­cy, wi­dy­wał cza­sem w po­wo­zach i ma­rzył o nich z nie­uga­szo­ną tę­sk­no­tą, w skry­to­ści du­cha, do któ­rej nie ma przy­stę­pu myśl kon­tro­lu­ją­ca. Jak­że czę­sto, bę­dąc uczniem i stu­den­tem, za­zdro­ścił lo­ka­jom ich pra­wa przy­pa­try­wa­nia się tym isto­tom cie­le­snym, a prze­cież tak po­dob­nym do cud­nych kwia­tów za­mknię­tych w cza­row­nym ogro­dzie. Za­ra­zem przy­szły mu na myśl je­go ko­bie­ty: krew­ne, zna­jo­me, ko­chan­ki… Każ­da mniej lub wię­cej po­dob­na do męż­czy­zny z ru­chów, z or­dy­nar­no­ści, z in­stynk­tów. Myśl o tym by­ła tak wstręt­ną, że przy­mknął oczy i z naj­głęb­szą ra­do­ścią słu­chał sze­le­stu su­kien, któ­re­go jesz­cze uszy je­go by­ły peł­ne. Każ­dy by­stry ruch no­gi wy­smu­kłych pa­nien był jak drgnie­nie mu­zycz­ne. Po­ły­ski ślicz­nych man­ty­lek, rę­ka­wi­czek, lek­kich krez ota­cza­ją­cych szy­je, roz­nie­ca­ły w nim ja­kieś szcze­gól­ne, nie ty­le na­mięt­ne, ile es­te­tycz­ne wzru­sze­nie.

Na­za­jutrz wstał wcze­śniej niż zwy­kle i z wiel­kim kry­ty­cy­zmem zba­dał swą gar­de­ro­bę we wszel­kich jej po­sta­ciach. Oko­ło dzie­wią­tej wy­szedł z do­mu; a że cza­su by­ło jesz­cze aż nad­to, po­sta­no­wił iść pie­cho­tą.

Prze­ci­ska­jąc się wśród tłu­mu roz­my­ślał o dys­kur­sie, ja­kim ba­wić bę­dzie te pa­nie, ukła­dał w my­śli ca­łe dia­lo­gi nad wy­raz wdzięcz­ne, a na­wet flir­to­wał w ima­gi­na­cji, co aż do owej chwi­li po­czy­ty­wał był za plu­ga­stwo. Przy sta­cji tram­wa­jów by­ło pu­sto. Ju­dym za­trzy­mał się pod jed­nym z drzew i pe­łen nie­po­ko­ju ocze­ki­wał przy­by­cia wczo­raj­szych zna­jo­mych. Co chwi­la roz­le­gał się ryk stat­ków nu­rza­ją­cych się w fa­lach Se­kwa­ny, wrzał tur­kot omni­bu­sów na mo­stach i przy­le­głych uli­cach. Po tam­tej stro­nie rze­ki wy­bi­ła gdzieś czy­stym dźwię­kiem go­dzi­na dzie­sią­ta. Ju­dym słu­chał te­go gło­su jak­by uro­czy­ste­go sło­wa za­pew­nie­nia, że pięk­ne isto­ty nie przyj­dą, że nie przyj­dą dla­te­go mia­no­wi­cie, że on ich ocze­ku­je. On, To­masz Ju­dym, To­mek Ju­dym z Cie­płej uli­cy.

Stał tak, pa­trząc na sza­rą, cięż­ką wo­dę i szep­tał do sie­bie:

– Uli­ca Cie­pła, uli­ca Cie­pła…

By­ło mu nad wszel­ki wy­raz głu­pio, ja­koś nie­smacz­nie i gorz­ko. W da­le­kim krań­cu prze­lot­ne­go wspo­mnie­nia snuł się ob­raz brud­nej ka­mie­ni­cy…

Pod­niósł gło­wę i otrzą­snął się. Obok nie­go prze­su­wa­li się lu­dzie wszel­kie­go ty­pu, a mię­dzy in­ny­mi wę­drow­ny he­rold „In­tran­si­ge­an­ta”28 dźwi­ga­ją­cy na wy­so­kim drą­gu treść ostat­nie­go nu­me­ru tej ga­ze­ty przy­kle­jo­ną do po­przecz­nej de­ski. W owej chwi­li roz­no­si­ciel spu­ścił ogło­sze­nie na dół, wsparł się na je­go ki­ju i ga­wę­dził ze zna­jo­mym. Ty­tuł ga­ze­ty sko­ja­rzył się w umy­śle Ju­dy­ma z prze­róż­ny­mi my­śla­mi, w któ­rych sze­re­gu błą­ka­ło się uprzy­krzo­ne, nie­mi­łe, bo­le­sne pra­wie po­ję­cie: uli­ca Cie­pła, uli­ca Cie­pła…

O ro­dzi­nie swej, o wa­run­kach, w ja­kich ży­wot jej upły­wa, my­ślał w owej chwi­li ni­by o czymś nie­zmier­nie ob­cym, ni­by o ty­pie pew­nej fa­mi­lii ma­ło­miesz­czań­skiej, któ­ra nędz­ną eg­zy­sten­cję swo­ją pę­dzi­ła za pa­no­wa­nia kró­la Ja­na Ka­zi­mie­rza. Te da­my, któ­re zo­ba­czył dnia po­przed­nie­go, sta­ły się dlań tak szyb­ko isto­ta­mi bli­ski­mi, sio­strza­ny­mi, przez wy­kwint­ność swych ciał, su­kien, ru­chów i mo­wy. Żal mu by­ło, że nie przy­cho­dzą, i pra­wie nie­zno­śnie na sa­mą myśl, że mo­gą nie przyjść wca­le. Je­że­li tak bę­dzie, to dla­te­go, że z tych szew­ców wie­dzie swój „ro­do­wód…”

Po­sta­no­wił je­chać do Wer­sa­lu, ukło­nić się im z da­le­ka i wy­mi­nąć… Cóż go mo­gą ob­cho­dzić ja­kieś pan­ny z ary­sto­kra­cji „czy tam z cze­go”? Chciał­by tyl­ko zo­ba­czyć raz jesz­cze, przyj­rzeć się, jak to­to cho­dzi, jak pa­trzy na by­le ob­raz cie­ka­wy­mi ocza­mi…

„Ju­ścić – my­ślał ga­piąc się na wo­dę – ju­ścić je­stem cham, to nie ma co… Czy­liż umiem się ba­wić, czym kie­dy po­my­ślał o tym, jak na­le­ży się ba­wić? Grek po­ło­wę ży­cia prze­pę­dzał na umie­jęt­nej za­ba­wie. Włoch śre­dnio­wiecz­ny udo­sko­na­lił sztu­kę próż­no­wa­nia, to sa­mo ta­kie ko­bie­ty… Ja bym się za­ba­wił na wy­ciecz­ce, ale z kim? Z ko­bie­ta­mi me­go sta­nu, z ja­ki­miś, przy­pusz­czam, pan­na­mi «mia­sto­wy­mi», ze stu­dent­ka­mi, z bia­ło­gło­wa­mi jed­nym sło­wem, co się na­zy­wa. Ale z ty­mi! To jest tak jak­by wiek dzie­więt­na­sty, pod­czas kie­dy ja ży­ję jesz­cze z pra­pra­dziad­ka­mi na po­cząt­ku osiem­na­ste­go. Nie po­sia­dam sztu­ki roz­ma­wia­nia, zu­peł­nie jak­by pi­sarz pro­wen­to­wy chciał ukła­dać dia­lo­gi a là Lu­kian29 dla­te­go, że umie pi­sać pió­rem… Nie ba­wił­bym się, tyl­ko bym dbał, że­by nie zro­bić cze­goś z szew­ska. Mo­że to i le­piej… Ach, jak to dziw­nie… Każ­da z tych bab tak ja­koś ży­wo in­te­re­su­je czło­wie­ka, każ­da, na­wet ta sta­ra, to isto­ta no­wo­cze­sna, wy­obra­zi­ciel­ka te­go, co ty­tu­łu­je­my kul­tu­rą. A ja, cóż ja… szew­czy­na…”

– Nie po­wie­dzia­łam, że dok­to­rek bę­dzie już na nas cze­kał! – za­wo­ła­ła tuż za nim pan­na Wan­da.

Ju­dym od­wró­cił się pręd­ko i uj­rzał przed so­bą wszyst­kie czte­ry zna­jo­me. Twa­rze ich by­ły we­so­łe. Wśród mi­łej roz­mo­wy pa­nie wdra­pa­ły się na im­pe­rial, Ju­dym z pre­cy­zją win­do­wał tam bab­cię. Gdy się zna­la­zły tak wy­so­ko, przed oczy­ma ich uka­za­ła się ru­chli­wa toń Se­kwa­ny. Pę­dzi­ła mię­dzy gra­ni­to­wy­mi brze­gi zdy­sza­na, udrę­czo­na, jak­by w ostat­nim wy­sił­ku ro­bi­ła bo­ka­mi. Nie­czy­sta, zgęst­nia­ła, bu­ra, pra­wie ciem­na wo­da, w któ­rej chlu­pa­ły pa­ro­stat­ki ry­cząc co chwi­la, spra­wia­ła smut­ne wra­że­nie, jak nie­wol­ni­ca, któ­rej szczu­płe rę­ce ob­ra­ca­ją cięż­kie żar­na.

– Ja­ka ma­ła, ja­ka wą­ska… – mó­wi­ła pan­na Jo­an­na.

– Phi!… wy­glą­da jak wnucz­ka Wi­sły!

– Zu­peł­na ka­ry­ka­tu­ra Iza­ry30… – rze­kła pan­na Na­ta­lia.

– To praw­da! Pan­no Net­ko, pa­mię­ta pa­ni Izar­kę, Izu­nię na­szą ja­sno­zie­lo­ną, czy­stą jak łza… – uno­si­ła się pan­na Wan­da.

– Ech, jak łza… – wtrą­cił Ju­dym.

– Co, nie wie­rzy pan! Bab­ciu, ten pan for­mal­nie wy­znał, że nie wie­rzy w czy­stość Iza­ry.

– Rze­czy­wi­ście, ja­każ to okrop­na wo­da! – mó­wi­ła wie­ko­wa da­ma usi­łu­jąc za­ma­zać co prę­dzej ostat­nie sło­wa pan­ny Wan­dy, któ­re nie wie­dzieć cze­mu wy­wo­ła­ły ru­mie­niec jak prze­lot­ny ob­ło­czek na twa­rzy pan­ny „Net­ki”.

W chwi­li kie­dy Ju­dym za­mie­rzał speł­nić coś sta­ty­stycz­nie-uczo­ne­go o wo­dzie Se­kwa­ny, tram­waj bek­nął prze­cią­gle i wy­gi­na­jąc swe wa­go­ny na zwrot­ni­cach, ni­by człon­ki dłu­gie­go ciel­ska, po­su­nął się wzdłuż brze­gu czar­nej rze­ki. Ga­łę­zie kasz­ta­nów z dłu­gi­mi li­ść­mi ko­ły­sa­ły się tuż obok twa­rzy ja­dą­cych. Sa­dza i ostre py­ły miej­skie wżar­ły się już w ja­sną zie­lo­ność mięk­kich po­wierzch­ni i ob­łó­czy­ły je z wol­na jak gdy­by w śniedź ru­da­wą. Dzień był chmur­ny. Co chwi­la prze­my­ka­ły się nad oko­li­cą już to głę­bo­kie cie­nie ob­ło­ków, już po­pie­la­te świa­tło za­sę­pio­ne­go przed­po­łu­dnia. Ale nikt na to uwa­gi nie zwra­cał, gdyż przy­cią­ga­ły wszyst­ką dom­ki z ró­żo­we­go ka­mie­nia na przed­miej­skich uli­cach.

– Cóż to za ka­mie­nie? Co za ka­mie­nie, pa­nie, pa­nie? – na­sta­wa­ła pan­na Wan­da. Za­nim jed­nak zdą­żył ze­brać my­śli, już mu da­ła po­kój, z uśmie­chem zwra­ca­jąc gło­wę w prze­ciw­ną stro­nę. Nad ogro­da­mi, któ­re ze wzgó­rza zbie­ga­ły tam ku rze­ce, uno­sił się i wy­peł­niał ca­łe po­wie­trze za­pach róż upa­ja­ją­cy, roz­kosz­ny… Gdzie­nie­gdzie mię­dzy drze­wa­mi wi­dać by­ło ogrom­ne ra­ba­ty prze­bi­ja­ją­ce się na ze­wnątrz zie­lo­nej za­sło­ny pło­mie­niem pą­so­wej i żół­tej bar­wy. Ju­dym ob­ser­wo­wał twa­rze swych pań. Wszyst­kie nie wy­łą­cza­jąc sta­rusz­ki by­ły jak­by na­tchnio­ne. Zwra­ca­ły się mi­mo chę­ci w kie­run­ku źró­dła prze­ślicz­nej wo­ni i z przy­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi, z uśmie­chem na war­gach wcią­ga­ły ją noz­drza­mi. Szcze­gól­niej twarz pan­ny Na­ta­lii przy­ku­wa­ła w owej chwi­li je­go uwa­gę. Ta isto­ta, po­chło­nię­ta przez za­pach ró­ża­ny, zda­wa­ła się być ni­by ja­sny mo­tyl, dla któ­re­go ten kwiat zo­stał stwo­rzo­ny i któ­ry sam je­den ma do nie­go ta­jem­ni­cze pra­wo.

Spo­mię­dzy ogro­dów wy­dzie­ra­ły się tu i ów­dzie sczer­nia­łe mu­ry i ko­mi­ny fa­bryk, po­dob­ne do wstręt­ne­go ka­dłu­ba i ob­mier­z­łych człon­ków ja­kie­goś pa­so­ży­ta, któ­ry z bru­du się ro­dzi i nim ży­je. Nad wo­dą i da­le­ko wzdłuż brze­gu wlo­kły się do­my przed­mie­ścia bied­ne, or­dy­nar­ne i ma­łe. W pew­nym miej­scu otwo­rzył się przed wzro­kiem, jak cze­luść, skład wę­gla roz­trzą­sa­ją­cy na są­sied­nie ścia­ny, drzwi i okna swój czar­ny od­dech. Da­le­ko w prze­strze­ni wi­dać by­ło przy­mglo­ny las Meu­don.

– Cóż pa­ni się naj­bar­dziej po­do­ba­ło w Pa­ry­żu? – rzekł Ju­dym do pan­ny Na­ta­lii, któ­ra obok nie­go sie­dzia­ła.

By­ło to jed­no z za­py­tań przy­go­to­wa­nych jesz­cze wczo­raj, jak lek­cja.

– W Pa­ry­żu? – mó­wi­ła roz­cią­ga­jąc ten wy­raz z uśmie­chem na ślicz­nych war­gach. – Po­do­ba mi się, to jest spra­wia mi przy­jem­ność, wszyst­ko… Ruch, ży­cie… Jest to jak bu­rza! Na przy­kład w oko­li­cy Ga­re Sa­int-La­za­re – nie wiem, jak się ta uli­ca na­zy­wa – gdy się je­dzie w po­wo­zie i gdy się wi­dzi tych lu­dzi pę­dzą­cych tro­tu­ara­mi31, te fa­le, fa­le… Hu­czą­ca po­wódź… Raz wi­dzia­łam po­wódź okrop­ną u stry­ja, w gó­rach. Wo­da na­gle wez­bra­ła… Wte­dy chcia­ło się wo­łać na nią: wy­żej, prę­dzej, leć! Tu to sa­mo…

– A pa­ni? – za­py­tał Ju­dym pan­nę Wan­dę.

– Mnie… to sa­mo… – mó­wi­ła pręd­ko – a oprócz te­go Lo­uvre. Tyl­ko nie ten ma­lo­wa­ny. Fe!… Wie pan, tam­ten. Te­raz, ro­zu­mie się, skie­ru­je pan swo­je py­ta­nie do „ciot­ki” Jo­asi, cho­ciaż od niej trze­ba by­ło za­cząć, bo ona jest na­uczy­ciel­ką i ko­cha­necz­ką. Wi­dzi je­go­mość – ma­ła rzecz, a wstyd. Otóż ja pa­nu po­wiem. Pan­nie Jo­asi po­do­ba się pri­mo „Ry­bak”32, se­cun­do „Myśl”, trze­cio „We­nus”, czwar­to… Zresz­tą nam się wszyst­kim ogrom­nie po­do­ba i „Ry­bak”, i „Myśl”… Bab­ci…

– Cóż to za myśl?

– To pan te­go na­wet nie wie! A wie­cie co… „Myśl” wy­ma­lo­wa­na, w no­wym ra­tu­szu. Z za­mknię­ty­mi ocza­mi, chu­da, mło­da, dla mnie oso­bi­ście wca­le nie­ład­na.

– Ach, w ra­tu­szu…

– W ra­tu­szu, ach… Te­raz „Ry­bak” w ga­le­rii ja­kiej to?…

– Wła­śnie cie­ka­wi je­ste­śmy, w ja­kiej? O to nam tyl­ko cho­dzi… w ja­kiej… – wtrą­ci­ła bab­ka.

– 

Za­raz… My­śli ba­bu­nia, że ta­kie­go głup­stwa nie wiem. O, prze­pra­sza się de­li­kat­nie sza­now­ną pu­blicz­ność: za Se­kwa­ną, w tym ogro­dzie, gdzie to wo­da i te kacz­ki z czu­ba­mi…

– Luk­sem­bur­skim… – szep­nę­ła pan­na Na­ta­lia.

– W Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim!

– Zna pan „Ry­ba­ka” Pu­vis de Cha­van­nes’a? – rze­kła pan­na Pod­bor­ska.

– „Ry­ba­ka”? nie przy­po­mi­nam so­bie…

– Ta­ki z pa­na znaw­ca i pa­ry­ża­nin – drwi­ła pan­na Wan­da wy­dy­ma­jąc war­gi ze wzgar­dą.

– Al­boż to ja je­stem znaw­ca i pa­ry­ża­nin? Ja je­stem po­spo­li­ty chi­rurg…

Kie­dy to mó­wił, uka­zał mu się ob­raz, o któ­rym by­ła mo­wa. Wi­dział go przed ro­kiem i ude­rzo­ny nie­wy­po­wie­dzia­ną si­łą te­go ar­cy­dzie­ła za­cho­wał je w pa­mię­ci. Z cza­sem wszyst­ko, co sta­no­wi sa­mo ma­lo­wi­dło, szcze­gól­ną roz­wiew­ność barw, ry­su­nek fi­gur i pej­za­żu, pro­sto­tę środ­ków i ca­łą jak­by fa­bu­łę utwo­ru, przy­wa­li­ły in­ne rze­czy i zo­sta­ło tyl­ko czu­ją­ce wie­dze­nie o czymś nad wszel­ki wy­raz bo­le­snym. Wspo­mnie­nie owo by­ło jak męt­ne echo czy­jejś krzyw­dy, ja­kiejś hań­by bez­przy­kład­nej, któ­rej nie by­li­śmy win­ni, a któ­ra prze­cie zda­je się wo­łać na nas z zie­mi dla­te­go tyl­ko, że by­li­śmy jej świad­ka­mi. Pan­na Jo­an­na, któ­ra rzu­ci­ła py­ta­nie o „Ry­ba­ka”, sie­dzia­ła na koń­cu ław­ki za oby­dwie­ma pa­nien­ka­mi i bab­cią. Cze­ka­jąc od­po­wie­dzi wy­chy­li­ła się tro­chę i uważ­nie przy­glą­da­ła Ju­dy­mo­wi. Ten, z ko­niecz­no­ści, pa­trząc w te oczy ja­sne, praw­dzi­wie ja­sne, pod­nie­co­ny ich wy­nu­rze­niem za­chwy­tu, któ­re za­stę­po­wa­ło w zu­peł­no­ści ty­siąc słów opi­su płót­na Pu­vis de Cha­van­nes’a, za­czął przy­po­mi­nać so­bie na­wet bar­wy, na­wet pej­zaż. Unie­sie­nie tych oczu zda­wa­ło się przy­ta­czać mu ob­raz, pod­po­wia­dać daw­no za­tar­te wra­że­nie. Tak, pa­mię­tał… Chu­dy czło­wiek, a wła­ści­wie nie czło­wiek, lecz an­tro­po­id33 z przed­mie­ścia wiel­kiej sto­li­cy, ob­ro­sły kła­ka­mi, w ko­szu­li, któ­ra się na nim ze sta­ro­ści roz­la­zła, w por­t­kach wi­szą­cych na spi­cza­stych ko­ściach bio­der, stał zno­wu przed nim ze swą pod­ryw­ką za­nu­rzo­ną w wo­dę. Oczy je­go spo­czy­wa­ją ni­by to na pa­łą­kach trzy­ma­ją­cych siat­kę, a jed­nak wi­dzą każ­de­go czło­wie­ka, któ­ry prze­cho­dzi. Nie szu­ka­ją współ­czu­cia, któ­re­go nie ma. Ani się ża­lą, ani pła­czą. „Oto jest po­ży­tek wasz ze wszyst­kich sił mo­ich, z du­cha mo­je­go…” – mó­wią do­ły je­go oczu za­pa­dłych. Stoi tam ten wy­obra­zi­ciel kul­tu­ry świa­ta, prze­ra­ża­ją­cy pro­dukt ludz­ko­ści. Ju­dym przy­po­mniał so­bie na­wet uczu­cie zdu­mie­nia, ja­kie go zdję­ło, gdy sły­szał i wi­dział wra­że­nie in­nych osób przed tym ob­ra­zem. Sku­pia­ły się tam tłu­my wiel­kich dam, stroj­nych i pach­ną­cych dzie­wic, męż­czyzn w „mięk­kie sza­ty odzia­nych”. I tłum ten wzdy­chał. Łzy ci­che pły­nę­ły z oczu tych, któ­rzy tam przy­szli obar­cze­ni łu­pa­mi. Po­słusz­ni roz­ka­zo­wi nie­śmier­tel­nej sztu­ki przez chwi­lę czu­li, jak ży­ją i co stwa­rza­ją na zie­mi.

– Tak – rzekł Ju­dym – praw­da, wi­dzia­łem ten ob­raz Pu­vis de Cha­van­nes’a w Ga­le­rii Luk­sem­bur­skiej.

Pan­na Jo­an­na cof­nę­ła się za ra­mię pa­ni Nie­wadz­kiej. Dok­tor uj­rzał tyl­ko jej bia­łe czo­ło oto­czo­ne ciem­ny­mi wło­sa­mi.

– Jak tam pan­na Net­ka be­cza­ła… Jak be­cza­ła!… – szep­nę­ła Ju­dy­mo­wi pan­na Wan­da pra­wie do ucha. – Zresz­tą my wszyst­kie… Mnie sa­mej le­cia­ły z oczu łzy ta­kie ogrom­ne jak groch z ka­pu­stą.

– Ja nie mam zwy­cza­ju… – uśmiech­nę­ła się pan­na Na­ta­lia.

– Nie? – spy­tał dok­tor, le­ni­wie mie­rząc ją wzro­kiem.

– Bar­dzo mi żal by­ło te­go czło­wie­ka, szcze­gól­niej tych je­go dzie­ci, żo­ny… Wszyst­ko to ta­kie chu­de, jak­by wy­stru­ga­ne z pa­ty­ków, po­dob­ne do su­chych wi­tek chru­stu na pa­stwi­sku… – mó­wi­ła ru­mie­niąc się, a jed­no­cze­śnie z uśmie­chem przy­my­ka­jąc oczy.

– Ten „Ry­bak” zu­peł­nie po­dob­ny jest do Pa­na Je­zu­sa, ale to jak dwie kro­ple wo­dy. Niech bab­cia po­wie…

– „Ry­bak”? A tak, po­dob­ny, istot­nie,.. – mó­wi­ła sta­ra pa­ni, za­ję­ta roz­pa­try­wa­niem kra­jo­bra­zu.

Tram­waj wje­chał w uli­cę mia­stecz­ka Se­vres i za­trzy­mał się przed pię­tro­wym do­mem. Po­dróż­ni z im­pe­ria­lu mo­gli zaj­rzeć wprost do nu­me­rów au­ste­rii34. Nie był to wi­dok dla pa­nien. Pi­ja­ny żoł­nierz, w ke­pi na ba­kier, obej­mo­wał wpół wstręt­ną dziew­czy­nę i pa­ra ta wy­chy­liw­szy się z okna ro­bi­ła do ja­dą­cych mał­pie mi­ny. Na szczę­ście tram­waj pu­ścił się w dal­szą dro­gę. Le­d­wie wy­do­stał się za ostat­nie do­my mie­ści­ny, na pu­stą i smut­ną prze­strzeń w szcze­rym po­lu, ściem­ni­ło się rap­tem. Ze­rwał się ostry wiatr. Las naj­bliż­szy ob­lókł się w ja­kąś sza­rą ciem­ność i wkrót­ce gę­sty, gru­by deszcz syp­nął jak ziar­no. W wa­go­nach po­wsta­ła pa­ni­ka. Smu­gi desz­czu wdzie­ra­ły się pod da­szek tnąc z bo­ku i za­le­wa­ły ław­ki. Wszyst­kie pa­nie zbi­ły się w gro­mad­kę i w miej­scu naj­bar­dziej za­sło­nię­tym otu­li­ły się suk­nia­mi, ile mo­gły. Ju­dym po ry­cer­sku osła­niał je od desz­czu swo­ją fi­gu­rą. Gdy tak stał, ple­ca­mi wspar­ty o po­ręcz, za­uwa­żył wy­su­nię­tą z głę­bi mnó­stwa sku­pio­nych su­kien czy­jąś nóż­kę. Sto­pa w płyt­kim la­kie­ro­wa­nym pan­to­fel­ku na wy­so­kim ob­ca­sie wspie­ra­ła się o że­la­zny pręt ba­lu­stra­dy, a wy­smu­kła no­ga w czar­nej, je­dwab­nej poń­czo­sze od­sło­nię­ta by­ła da­le­ko. Ju­dym prze­my­śli­wał, ko­mu na­le­ży przy­pi­sać ten uro­czy wi­dok. Po­czy­ty­wał go za wy­nik tra­fu i nie­uwa­gi, to­też lę­kał się wznieść oczy i tyl­ko z cie­nia rzęs speł­niał zło­dziej­stwo z wła­ma­niem się i pre­me­dy­ta­cją. Po­ciąg wszedł w ol­brzy­mią ale­ję wer­sal­ską. Roz­ro­słe, od­wiecz­ne drze­wa za­sło­ni­ły nie­co po­dróż­nych od desz­czu. Pa­nie sta­ra­ły się ja­ko ta­ko otrzą­snąć i wy­gła­dzić swe sza­ty. Ślicz­na nóż­ka nie zni­ka­ła. Kro­ple desz­czu pry­ska­ły na błysz­czą­cą skó­rę strą­ca­jąc ni­by ude­rze­nia­mi pal­ców lek­ki pył z krót­kiej przy­szwy i gi­nę­ły w mięk­kim je­dwa­biu. Ju­dym wie­dział już te­raz, czy­ja to wła­sność. Pod­niósł oczy na twarz pan­ny Na­ta­lii i uczuł, jak za­ta­pia­ją się w nim zim­ne kły roz­ko­szy. Pa­nien­ka mia­ła, jak zwy­kle, oczy spusz­czo­ne. Cza­sa­mi tyl­ko jej brwi, dwie li­nij­ki nie­znacz­nie zgię­te, uno­si­ły się nie­co wy­żej ni­by dwie dźwi­gnie cią­gną­ce do gó­ry upar­te po­wie­ki. Na war­gach, z któ­rych dol­na by­ła le­ciut­ko od­chy­lo­na, stał uśmiech nie­opi­sa­ny, uśmiech pe­łen ja­du i swa­wo­li.

„Ach, tak…” – my­ślał Ju­dym przy­pa­tru­jąc się tej twa­rzy szcze­gól­nej.

Pan­na Na­ta­lia wy­czu­ła wzrok je­go. Bar­wa jej po­licz­ków prze­szła w bla­dość, któ­ra, zda­wa­ło się, roz­to­pi­ła w so­bie uśmiech ota­cza­ją­cy usta. Wów­czas jesz­cze bar­dziej mo­dry­mi sta­ły się cie­nie do­ko­ła za­mknię­tych oczu i ostrzej­szą li­nia chrząst­ko­wa­te­go no­sa.

Tram­waj za­je­chał dość szyb­ko na plac przed pa­ła­cem wer­sal­skim i po­dróż­ni spiesz­nie opu­ści­li je­go ob­mo­kłą gór­ną plat­for­mę. Dok­tor zdo­był i uto­ro­wał dla swych to­wa­rzy­szek miej­sce w ma­łej bud­ce sta­cyj­nej, gdzie wbi­ło się ty­le osób, że li­te­ral­nie trud­no by­ło po­ru­szyć rę­ką. Zda­rzy­ło się, że dok­tor To­masz stał za ple­ca­mi pa­nien Jo­an­ny i Na­ta­lii. Resz­ta pa­sa­że­rów tram­wa­ju tło­cząc się do bu­dy­necz­ku w rej­te­ra­dzie przed desz­czem wprost zło­ży­ła cia­ło ostat­niej z tych pa­nien na pier­siach Ju­dy­ma. Twarz jej znaj­do­wa­ła się tuż obok je­go wą­sów. Roz­strzę­pio­ne przez mo­dę i deszcz pło­we wło­sy pan­ny Na­ta­lii snu­ły się po je­go twa­rzy, ustach, oczach, wy­wo­łu­jąc wstrzą­sa­ją­ce dresz­cze. W ca­łym zgro­ma­dze­niu pa­no­wa­ło mil­cze­nie. Prze­ry­wał je tyl­ko cięż­ki od­dech ja­kie­goś ast­ma­tycz­ne­go gru­ba­sa. Deszcz nie­prze­rwa­ny­mi stru­ga­mi, z chlu­pa­niem ście­kał z dasz­ka i za­sła­niał otwar­te drzwi jak­by ciem­ną ko­ta­rą.

W pew­nej chwi­li pan­na Na­ta­lia usi­ło­wa­ła po­ru­szyć się, ale tyl­ko le­wym ra­mie­niem opar­ła się na bar­ku Ju­dy­ma. Wów­czas jesz­cze wy­raź­niej za­ry­so­wał się przed je­go roz­ma­rzo­ny­mi oczy­ma pro­fil jej twa­rzy. Chcia­ła o czymś mó­wić, ale tyl­ko uśmiech­nę­ła się pręd­ko… W pew­nej chwi­li unio­sła wiecz­nie spusz­czo­nych po­wiek i przez mo­ment cza­su śmia­ło, ba­daw­czo, upa­ja­ją­co pa­trza­ła mu w oczy.

Tuż obok drzwi sta­ła pa­ni Nie­wadz­ka. Mia­ła naj­wię­cej ze wszyst­kich po­wie­trza, a mi­mo to dech jej był cięż­ki, a twarz moc­no czer­wo­na.

– Wie­cie wy, mo­je pan­ni­ce – rze­kła swym szep­tem do­no­śnym – że wo­la­ła­bym mok­nąć na desz­czu, niż ły­kać od­de­chy tych mar­szan­de­we­nów.

– Skąd­że bab­cia wie, że to są mar­chands de vin35?

– Ba­ga­te­la! – rze­kła sta­rusz­ka bły­ska­jąc wy­pu­kły­mi oczy­ma. – Dmą mi wprost na twarz dwie skwa­śnia­łe piw­ni­ce i jesz­cze się bę­dzie py­ta­ła, skąd wiem…

Mó­wi­ła to do pan­ny Wan­dy, ale Ju­dym sły­szał ich roz­mo­wę. Co do nie­go, to nie miał wca­le za­mia­ru prze­kła­dać desz­czu nad ścisk w lo­ka­lu tram­wa­jo­wym. Rzekł jed­nak do pa­ni Nie­wadz­kiej po pol­sku:

– Mo­gli­by­śmy rze­czy­wi­ście pręd­ko prze­być plac. To bli­sko… Ale pa­nie zmok­ną… Nie ma­my na­wet pa­ra­so­la…

Mó­wiąc te sło­wa po­dał się nie­co na­przód, jak gdy­by miał za­miar wy­pro­wa­dzić star­szą pa­nią z tłu­mu. Wte­dy ca­łe je­go cia­ło ze­tknę­ło się z cia­łem pan­ny Na­ta­lii, odzia­nym w de­li­kat­ne, wiot­kie suk­nie. Roz­pło­mie­nio­ny­mi oczy­ma wpa­try­wał się w bla­de, zim­ne, ka­mien­ne ry­sy twa­rzy o spusz­czo­nych po­wie­kach.

Deszcz z wol­na usta­wał i tyl­ko z ryn­ny są­sied­nie­go do­mu zle­wa­ła się z nie­usta­ją­cym gło­śnym sze­le­stem stru­ga wo­dy. Kil­ku męż­czyzn uzbro­jo­nych w pa­ra­so­le wy­su­nę­ło się z dom­ku. Wol­ne­go miej­sca przy­by­ło, a mi­mo to pan­na Na­ta­lia przez za­chwy­ca­ją­cą chwi­lę nie zmie­nia­ła swej sy­tu­acji. Wresz­cie i ona po­su­nę­ła się ku drzwiom w ślad za młod­szą sio­strą, któ­ra już przez wy­cią­ga­nie rąk na ze­wnątrz drzwi ba­da­ła, czy deszcz jesz­cze pa­da. Nim ustał zu­peł­nie, za­świe­cił na chwi­lę we­so­ły blask słoń­ca. Ka­mie­nie po­chy­łe­go pla­cu mi­go­ta­ły jak­by ob­sy­pa­ne szkłem tłu­czo­nym, a wi­dok ten wy­wa­bił wszyst­kich z cia­snej no­ry. Ju­dym po­dał ra­mię bab­ci i ca­łe to­wa­rzy­stwo szyb­ko po­dą­ży­ło ku pa­ła­co­wi. W dłu­gich i wiel­kich sa­lach, wo­bec ścian za­wie­szo­nych hi­sto­rycz­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi, jed­no­li­ta gro­mad­ka jak gdy­by się roz­dzie­li­ła. Każ­da z osób przy­pa­try­wa­ła się na swo­ją mo­dłę li­chym płót­nom niż­sze­go pię­tra. Wkrót­ce te ma­lun­ki po­czę­ły nu­żyć. Ju­dym szedł jak gdy­by przez dłu­gie, dłu­gie strzy­żo­ne ale­je i mar­twił się bez­wied­nie, że koń­ca ich – ani śla­du. Był już zresz­tą w Wer­sa­lu, więc ani kom­na­ty kró­lew­skie, ani sa­la lu­strza­na nie za­cie­ka­wia­ły go bar­dzo. Stą­pał wol­no po pra­wi­cy sta­rej da­my, któ­ra sta­wa­ła co kil­ka kro­ków i przy­kła­da­jąc do oczu lor­net­kę na dłu­giej rącz­ce szyld­kre­to­wej ni­by to ob­ser­wo­wa­ła ma­lo­wi­dła. Sze­reg bitw Na­po­le­oń­skich, tłu­my woj­ska, te­atral­ne twa­rze i ge­sty wo­dzów, dzi­kie spie­nio­ne ru­ma­ki – prze­su­wa­ły się w oczach dok­to­ra jak­by sze­re­gi od­le­głych, mło­dzień­czych ro­jeń. Gdzieś da­le­ko za­trzy­ma­no się przed bia­łym, mar­mu­ro­wym po­są­giem umie­ra­ją­ce­go Kor­sy­ka­ni­na. Kie­dy ca­łe to­wa­rzy­stwa wra­ca­ło z tam­tej oko­li­cy pa­ła­cu i kie­dy zno­wu mi­ja­no sa­le peł­ne ba­ta­lii, sta­ra pa­ni uję­ła wpół pan­nę Jo­an­nę i rze­kła:

– Je­ste­śmy da­le­ko stąd, w świe­cie bo­ha­te­rów… Ma­rzy­my, ma­rzy­my.

Pan­na Jo­an­na za­ru­mie­ni­ła się, a ra­czej sczer­wie­ni­ła się, i zmie­sza­na bą­ka­ła:

– Nie… ale gdzież tam!… co zno­wu!… Ja tyl­ko tak so­bie…

Od tej chwi­li, po­mi­mo że Ju­dym bar­dzo nie­wi­docz­nie ją śle­dził, trzy­ma­ła się na wo­dzy i usi­ło­wa­ła spę­dzić z twa­rzy hi­sto­rię do­zna­nych wra­żeń. Szcze­gó­ło­wo zwie­dzo­no apar­ta­men­ty kró­lew­skie. Gdy już pa­ni Nie­wadz­ka z mi­ną bar­dzo uro­czy­stą wy­słu­cha­ła wszyst­kie­go, co jej roz­po­wia­dał z nad­zwy­czaj pla­stycz­ny­mi ru­cha­mi opro­wa­dza­ją­cy szwaj­car, i gdy ob­szedł­szy ma­łe sa­lo­ni­ki skie­ro­wa­ła swe to­wa­rzy­stwo ku wyj­ściu, pan­na Wan­da obej­rza­ła się po­za sie­bie i syk­nę­ła:

– Pan­no Net­ko, idzie­my!

Ju­dym po­szedł za wzro­kiem naj­młod­szej z dzie­wic i przy­pa­trzył się pan­nie Jo­an­nie. Sta­ła opar­ta o jed­no z nie­wiel­kich krze­seł, kry­te ni­kłym błę­kit­na­wym ada­masz­kiem, i pa­trzy­ła w okno. Wy­raz twa­rzy jej był tak dziw­ny, że Ju­dym wstrzy­mał się mi­mo wo­li. Póź­niej zbli­żył się do niej i rzekł na­wią­zu­jąc myśl do te­go, co por­tier mó­wił przed chwi­lą:

– My­śli pa­ni o Ma­rii An­to­ni­nie36?

Spoj­rza­ła na nie­go z za­kło­po­ta­niem, jak oso­ba uję­ta na go­rą­cym uczyn­ku, i wa­ha­ją­cym się gło­sem mó­wi­ła:

– Wi­dać stąd, przez to okno, wiel­ki dzie­dzi­niec i bra­mę. Tam­tę­dy… Tam­tę­dy wdarł, się mo­tłoch. Pi­ja­ne ko­bie­ty, męż­czyź­ni uzbro­je­ni w no­że. Ma­ria An­to­ni­na wi­dzia­ła z te­go okna! Do­zna­łam tak dziw­ne­go wra­że­nia… Ca­ły ten strasz­ny tłum krzy­czał: „Śmierć Au­striacz­ce!” I tę­dy, ty­mi drzwia­mi ucie­kła, tę­dy ucie­kła…

– Pan­no Jo­asiu… – na­wo­ły­wa­no.

– Ale wspo­mnia­ła pa­ni o wra­że­niu.

– Wspo­mnia­łam o wra­że­niu… – mó­wi­ła spusz­cza­jąc oczy i bled­nąc jesz­cze bar­dziej. – My, pro­szę pa­na, je­ste­śmy bar­dzo tchórz­li­we. Bo­imy się nie tyl­ko na ja­wie, ale i w tak zwa­nych ma­rze­niach. Ja zlę­kłam się bar­dzo te­go mo­tło­chu, o któ­rym wła­śnie my­śla­łam.

– Mo­tło­chu? – mó­wił Ju­dym.

– Tak… To jest krzy­ku ich. Zlę­kłam się, sa­ma nie wiem, cze­goś ta­kie­go…

Pod­nio­sła oczy nie­win­ne, o prze­dziw­nym ja­kimś wy­ra­zie stra­chu czy bo­le­ści. Jesz­cze raz rzu­ci­ła na ma­łe iz­deb­ki wej­rze­nie peł­ne ser­decz­ne­go ża­lu i po­szła pręd­ko za to­wa­rzysz­ka­mi.

W po­wro­cie z Wer­sa­lu do Pa­ry­ża ko­le­ją za­trzy­ma­no się w Sa­int-Clo­ud. Sta­nąw­szy na wzgó­rzu, tuż za dwor­cem ko­le­jo­wym, pan­ny wy­da­ły okrzyk. U nóg ich le­ża­ła, cią­gnąc się w głąb kra­ju i gu­biąc w ru­dych mgłach, pu­sty­nia ka­mien­na: – Pa­ryż. Bar­wa jej by­ła czer­wo­na­wa, ry­ża, tu i ów­dzie roz­dar­ta przez dzi­wacz­ny znak ciem­ny, przez Łuk Try­um­fal­ny, wie­że ko­ścio­ła No­tre-Da­me al­bo wie­żę Eif­fla. Z krań­ców nie­do­ści­głych dla oka mgły za­bar­wia­ły się błę­kit­na­wy­mi smu­gi. Stam­tąd pły­nę­ły dy­my fa­brycz­ne snu­jąc się z ko­mi­nów po­dob­nych w da­li do gru­bych bi­czysk. Te ba­ty pę­dzą roz­rost pu­sty­ni. Od­głos jej ży­cia tam nie do­cho­dził. Wy­da­wa­ło się, że sko­na­ła i za­sty­gła w swej ka­mien­nej, chro­pa­wej for­mie. Ja­kieś dziw­ne wzru­sze­nie ogar­nę­ło przy­by­łych, wzru­sze­nie ta­kie, ja­kie­go do­świad­cza się tyl­ko na wi­dok wiel­kich zja­wisk przy­ro­dy: w gó­rach, po­śród lo­dow­ców al­bo nad mo­rzem.

Ju­dym sie­dział obok pan­ny Ta­li, ale na­wet o tym są­siedz­twie za­po­mniał. To­nął oczy­ma w Pa­ry­żu. W gło­wie je­go prze­gry­za­ły się my­śli bez związ­ku, wła­sne, nie­po­dziel­ne, ni­żej świa­do­mo­ści sto­ją­ce po­strze­że­nia, z któ­rych się zwie­rzyć czło­wiek nie jest w moż­no­ści. Wtem za­dał so­bie wy­raź­ne py­ta­nie:

„Dla­cze­góż tam­ta po­wie­dzia­ła, że się zlę­kła wyj­rzaw­szy oknem z sy­pial­ni Ma­rii An­to­ni­ny?”.

Ode­rwał oczy od wi­do­ku mia­sta i chciał zno­wu przy­pa­trzeć się pan­nie Jo­asi. Te­raz do­pie­ro le­piej za­uwa­żył, ja­ki jest jej pro­fil. Bro­da mia­ła kształt czy­sto sar­mac­ki czy kau­ka­ski37. Wy­su­wa­ła się nie­co, a w ta­ki spo­sób, że mię­dzy nią i dol­ną li­nią no­sa two­rzy­ła się jak­by prze­ślicz­na pa­ra­bo­la, w głę­bi któ­rej kwi­tły ró­żo­we usta. Gdy tyl­ko ry­sy twa­rzy roz­wid­niał blask wra­że­nia, w mgnie­niu oka war­gi sta­wa­ły się ży­wym ogni­skiem. Wy­raz ich zmie­niał się, po­tęż­niał al­bo przy­ga­sał, ale za­wsze miał w so­bie ja­kąś szcze­gól­ną si­łę praw­dzi­wej eks­pre­sji. Pa­trzą­ce­mu przy­cho­dzi­ła do gło­wy myśl upar­ta, że na­wet im­puls zbrod­ni­czy od­zwier­cie­dlił­by się w tej twa­rzy z ta­ką sa­mą szcze­ro­ścią jak ra­dość na wi­dok roz­kwi­tłych iry­sów, we­so­łych barw kra­jo­bra­zu, dziw­nych fan­ta­zji ma­lar­skich, a rów­nież na wi­dok po­spo­li­tych przed­mio­tów. Wi­dać by­ło, że każ­da rzecz sta­je wo­bec tych oczu ja­ko zja­wi­sko na­tu­ral­ne i do­bre. Cza­sa­mi jed­nak prze­bi­ja­ła się w nich zmę­czo­na nie­chęć i uśmiech za­bi­ty. Ale i w tym by­ło coś dzie­cię­ce­go: szcze­rość, szyb­kość i po­tę­ga.

Jak wy­raz twa­rzy, tak sa­mo ru­chy pan­ny Jo­an­ny mia­ły w so­bie coś… nie­po­dob­ne­go… Je­że­li chcia­ła od­dać sło­wa­mi to, co czu­ła, bar­dzo ży­wo, pręd­ko, na mgnie­nie oka wzno­si­ła rę­ce, a przy­naj­mniej brwi, jak­by uci­sza­ła wszyst­ko zdol­ne za­głu­szyć ową me­lo­dię jej my­śli, wy­ra­zów, uśmie­chów i po­ru­szeń cia­ła.

„Ko­go ona przy­po­mi­na? – my­ślał dok­tor, od nie­chce­nia pa­trząc na jej czo­ło i oczy. – Czym jej nie wi­dział gdzie w War­sza­wie?”

I oto przy­szło mu do gło­wy mi­łe a nie­lo­gicz­ne no­ta­be­ne38, że ją prze­cie wi­dział wczo­raj­sze­go dnia przed tym bia­łym uśmiech­nię­tym po­są­giem…

Na dwor­cu Sa­int-La­za­re roz­stał się z tu­ryst­ka­mi.

Sta­ra pa­ni za­wia­do­mi­ła go, że na­za­jutrz wy­jeż­dża ze swą „ban­dą” do Tro­uvil­le, 39 a stam­tąd do An­glii.

Ju­dym po­że­gnał je osten­ta­cyj­nie i wró­cił tro­chę znu­żo­ny do swo­jej kle­ty.

W po­cie czo­ła

Po upły­wie ro­ku, jed­ne­go z ostat­nich dni czerw­ca Ju­dym zbu­dził się w War­sza­wie. By­ła go­dzi­na dzie­sią­ta ra­no. Przez uchy­lo­ne okna wła­my­wał się do po­ko­ju ło­skot uli­cy Wi­dok, sta­ro­daw­ny, zna­jo­my ło­skot drynd tłu­ką­cych się o ka­mie­nie wiel­ko­ści buł­ki chle­ba. Z do­łu, z wą­skie­go dzie­dziń­ca, na któ­ry wy­cho­dzi­ła więk­szość okien cham­bres gar­nies40, gdzie się w przed­dzień za­trzy­mał, wlo­kły się już w gó­rę na skrzy­dłach cie­pła roz­pra­żo­ne wa­po­ry. Ju­dym ze­rwał się, zbli­żył do okna i przez szpa­ry mię­dzy je­go po­ło­wa­mi oglą­dał fi­gu­rę stró­ża z mo­sięż­ną bla­chą na cza­pie, któ­ry z ro­dzi­mym gru­biań­stwem tłu­ma­czył coś sta­rej da­mie w czar­nej man­tyl­ce. Mło­dość ki­pia­ła w ży­łach dok­to­ra. Czuł w so­bie uśpio­ną si­łę, jak czło­wiek, któ­ry jest u pod­nó­ża wiel­kiej gó­ry, sta­wia krok pierw­szy, że­by wstą­pić na jej szczyt da­le­ki – i wie, że wej­dzie. Nie strzą­snął ze sie­bie do­tąd znu­że­nia po dro­dze „Pa­ryż-War­sza­wa”, jed­nym tchem od­by­tej, ale w przed­dzień do­znał ty­lu mi­łych uczuć, że ka­za­ły mu w zu­peł­no­ści za­po­mnieć o sa­dzy wę­gla, któ­rą był prze­siąkł. Gdy z okien wa­go­nu wi­dział kra­jo­braz, wio­ski z ich bia­ły­mi cha­ta­mi, bez­brzeż­ne po­la, zbo­ża doj­rza­łe – nie wy­czu­wał wiel­kiej róż­ni­cy mię­dzy tym kra­jem a zie­mią fran­cu­ską. Tu i ów­dzie ster­cza­ły dziw­ne kształ­ty fa­bryk i wskroś ja­sne­go nie­ba szły dy­my. Do wa­go­nu wsia­da­li wie­śnia­cy by­naj­mniej nie głup­si od fran­cu­skich, cza­sa­mi tak mą­drzy, że aż mi­ło, rze­mieśl­ni­cy i ro­bot­ni­cy – ta­cy sa­mi jak fran­cu­scy. Słu­cha­jąc ich roz­mów mó­wił do sie­bie co chwi­la: „A bo to praw­da, że je­ste­śmy bar­ba­rzyń­ca­mi, pół­a­zja­ta­mi? – Nie­praw­da! – Ta­cy­śmy sa­mi jak każ­dy in­ny… Wa­li­my na­przód i kwi­ta! Że­by tu wsa­dzić jed­ne­go z dru­gim, to wi­dzia­ło­by się, czy­by i tak po­tra­fi­li, wy­cac­ka­ni przez ich par­szy­we kon­sty­tu­cje…”.

To mi­łe, opty­mi­stycz­ne wra­że­nie Ju­dym przy­wiózł w so­bie do mia­sta jak­by ży­wy i słod­ki za­pach pól ro­dzin­nych. Wy­spał się set­nie, a te­raz pierw­szym rzu­tem oka wi­tał „sta­rą bu­dę”, War­sza­wę.

Wraz z tym spoj­rze­niem – przy­szli mu na myśl krew­ni. Czuł ko­niecz­ność od­wie­dze­nia ich nie tyl­ko z obo­wiąz­ku, ale tak­że dla sa­me­go wi­do­ku swo­ich twa­rzy. Wy­szedł z ho­te­lu i po­su­wa­jąc się no­ga za no­gą zgi­nął w tłu­mie, któ­ry prze­pły­wał chod­ni­kiem uli­cy Mar­szał­kow­skiej. Cie­szy­ły go bru­ki drew­nia­ne, roz­rost drze­wek, któ­re już pe­wien cień rzu­ca­ły, no­we do­my po­wsta­łe na miej­scu daw­nych ru­der.

Mi­nąw­szy ogród i plac za Że­la­zną Bra­mą, był u sie­bie i przy­wi­tał naj­ści­ślej­szą oj­czy­znę swo­ją. Wą­ski­mi przej­ścia­mi, po­śród kra­mów, stra­ga­nów i skle­pi­ków wszedł na Kroch­mal­ną. Żar sło­necz­ny za­le­wał ten rynsz­tok w kształ­cie uli­cy. Z wą­skiej szyi mię­dzy Cie­płą i pla­cem wy­dzie­lał się fe­tor jak z cmen­ta­rza. Po daw­ne­mu ro­iło się tam mro­wi­sko ży­dow­skie. Jak daw­niej sie­dzia­ła na tro­tu­arze sta­ra, scho­rza­ła Ży­dów­ka sprze­da­ją­ca go­to­wa­ny bób, fa­so­lę, groch i ziar­na dy­ni. Tu i ów­dzie włó­czy­li się roz­no­si­cie­le wo­dy so­do­wej z na­czy­nia­mi u bo­ku i szklan­ka­mi w rę­kach. Sam wi­dok ta­kiej szklan­ki ob­le­pio­nej za­schłym sy­ro­pem, któ­rą brud­ny nę­dzarz trzy­ma w rę­ce, mógł wy­wo­łać tor­sje. Jed­na z roz­no­si­cie­lek wo­dy sta­ła pod mu­rem. By­ła pra­wie do na­ga ob­dar­ta. Twarz mia­ła zżół­kła i mar­twą. Cze­ka­ła w słoń­cu, bo lu­dzie tam­tę­dy idą­cy naj­bar­dziej mo­gli być spra­gnie­ni. W rę­ce trzy­ma­ła dwie bu­tel­ki z czer­wo­ną cie­czą, praw­do­po­dob­nie z ja­kimś so­kiem. Si­we jej war­gi coś szep­ta­ły. Mo­że sło­wa za­chę­ty do pi­cia, mo­że imię Je­go, Ado­nai41, któ­ry nie mo­że być przez śmier­tel­nych na­zy­wa­ny, mo­że w nę­dzy i bru­dzie jak ro­bak wy­lę­głe – prze­kleń­stwo na słoń­ce i na ży­cie…

Z pra­wej i le­wej stro­ny sta­ły otwo­rem skle­pi­ki, in­sty­tu­cje koń­czą­ce się nie­da­le­ko od pro­ga – jak szu­fla­dy wy­kle­jo­ne pa­pie­rem. Na drew­nia­nych pół­kach le­ża­ło w ta­kim ma­ga­zy­nie za ja­kie trzy ru­ble pa­pie­ro­sów, a bli­żej drzwi nę­ci­ły prze­chod­nia go­to­wa­ne ja­ja, wę­dzo­ne śle­dzie, cze­ko­la­da w ta­blicz­kach i w po­nęt­nej for­mie cu­kier­ków, kra­jan­ki se­ra, bia­ła mar­chew, czo­snek, ce­bu­la, ciast­ka, rzod­kiew, groch w strącz­kach, ku­bły z ko­szer­ny­mi ser­del­ka­mi i sło­je z so­kiem ma­li­no­wym do wo­dy.

W każ­dym z ta­kich skle­pów czer­nia­ła na pod­ło­dze ku­pa bło­ta, któ­ra na­wet w upa­le za­cho­wu­je wła­ści­wą jej przy­jem­ną wil­got­ność. Po tym gno­ju peł­za­ły dzie­ci okry­te brud­ny­mi łach­ma­ny i sa­me brud­ne nad wy­raz. Każ­da ta­ka ja­ma by­ła sie­dli­skiem kil­ku osób, któ­re pę­dzi­ły tam ży­wot na szwar­go­ta­niu i próż­niac­twie. W głę­bi sie­dział za­zwy­czaj ja­kiś oj­ciec ro­dzi­ny, zie­lon­ko­wa­ty me­lan­cho­lik, któ­ry od świ­tu do no­cy nie ru­sza się z miej­sca i pa­trząc w uli­cę tra­wi czas na ma­rze­niu o szwin­dlach.

O krok da­lej roz­war­te okna da­wa­ły wi­dzieć wnę­trza pra­cow­ni, gdzie pod ni­ski­mi su­fi­ta­mi skra­ca­ją swój ży­wot schy­le­ni męż­czyź­ni al­bo zgię­te ko­bie­ty. Tu wi­dać by­ło warsz­tat szew­ski, ciem­ną pie­cza­rę, z któ­rej wy­wa­lał się smród na­ma­cal­ny, a za­raz obok fa­bry­kę pe­ruk, ja­kich uży­wa­ją po­boż­ne Ży­dów­ki. By­ło ta­kich za­kła­dów fry­zjer­skich kil­ka­na­ście z rzę­du. Bla­de, żół­te, ob­umar­łe, dziew­czy­ny, sa­me nie cze­sa­ne ani my­te, pra­co­wi­cie roz­dzie­la­ły kła­ki… Z dzie­dziń­ców, drzwi, na­wet ze sta­rych da­chów kry­tych bla­chą lub ce­głą, gdzie sze­re­giem tkwi­ły okna fa­cja­tek, wy­chy­la­ły się twa­rze cho­re, chu­de, dłu­go­no­se, zie­lo­ne, mo­rę­go­wa­te i pa­trza­ły oczy krwa­we, cie­ką­ce al­bo zo­bo­jęt­nia­łe na wszyst­ko w nie­do­li, oczy, któ­re w smut­ku wiecz­nym śnią o śmier­ci. Przy pew­nej bra­mie Ju­dym ze­tknął się z kup­co­wą dźwi­ga­ją­cą na obu rę­kach cięż­kie ko­sze z ja­rzy­ną. By­ła cał­kiem roz­ma­ma­na. Pe­ru­kę zsu­nę­ła w tył ni­by kasz­kiet i ogo­lo­ne jej cie­mię bie­li­ło się jak ły­si­na star­ca. Wy­pu­kłe oczy pa­trza­ły przed sie­bie z wy­ra­zem mę­czar­ni, któ­ra prze­isto­czy­ła się w spo­kój – bez żad­ne­go ży­cia, jak­by by­ły sko­ru­pa­mi jaj, w na­brzmia­łych we­nach42 czo­ła i szyi krew zda­wa­ła się gło­śno stu­kać. Na pro­gu jed­ne­go ze skle­pów sie­dział sta­ry, zgar­bio­ny Żyd-tra­garz. Zo­sta­wił wśród uli­cy dwie sza­fy zwią­za­ne sznu­rem, któ­re aż do te­go miej­sca przy­dźwi­gał na ple­cach, i jadł su­ro­wy ogó­rek za­gry­za­jąc ten obiad ka­wał­kiem chle­ba.

Ju­dym szedł pręd­ko, mru­cząc coś do sie­bie. Mu­ry o ko­lo­rze za­ku­rzo­ne­go grynsz­pa­nu al­bo ja­kiejś zru­dzia­łej czer­wo­no­ści, ni­by pstre, ubło­co­ne gał­ga­ny, na­su­nę­ły mu się przed oczy. Cie­pła… Chod­ni­ki by­ły jak nie­gdyś zdru­zgo­ta­ne, bruk pe­łen wą­do­łów. Nie by­ło tu już ani jed­ne­go prze­chod­nia w cy­lin­drze, rzad­ko tra­fia­ła się da­ma w ka­pe­lu­szu. Ogół idą­cych po­dob­ny był do mu­rów tej uli­cy. Szli lu­dzie w ubra­niach do pra­cy fi­zycz­nej, naj­czę­ściej bez koł­nie­rzy­ków. Prze­jeż­dża­ją­ca do­roż­ka zwra­ca­ła uwa­gę wszyst­kich. Z da­la już do­strzegł Ju­dym bra­mę ro­dzin­nej ka­mie­ni­cy i zbli­żył się do niej z nie­mi­łym uczu­ciem tak zwa­ne­go „fał­szy­we­go wsty­du”. Trza by­ło wi­tać oso­by ni­skiej kon­dy­cji. Te­raz, gdy wró­cił z za­gra­ni­cy, by­ło mu to przy­kro, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Wszedł co tchu w bra­mę z nie­uświa­do­mio­nym pla­nem: uni­kać ob­cych…

Dzie­dzi­niec roz­cho­dził się w trzy stro­ny świa­ta. Nad jed­ną je­go szy­ją wzno­si­ła się ja­kaś ha­ła­śli­wa fa­brycz­ka, któ­ra by­ła dla Ju­dy­ma no­wo­ścią, dru­gą po daw­ne­mu zaj­mo­wał skład wę­gla, a trze­cia pro­wa­dzi­ła do kil­ku­pię­tro­wej ofi­cy­ny. Tam wła­śnie Ju­dym skie­ro­wał swe kro­ki. Gdy sta­nął w sie­ni brud­nej jak apar­ta­ment Lu­cy­pe­ra, usły­szał w su­te­re­nie szczęk zna­jo­my: to „są­siad” Dą­brow­ski, ślu­sarz, ciął swo­ją sztu­kę. Ju­dym ze­szedł po scho­dach i zaj­rzał w sion­kę, któ­ra pro­wa­dzi­ła na le­wo od drzwi ślu­sa­rza. Wi­dać tam by­ło cze­luść otwar­tą, pro­wa­dzą­cą do ro­dzin­nej su­te­re­ny. Kwa­śny chłód przy­stą­pił do Ju­dy­ma i ode­pchnął go stam­tąd. Z warsz­ta­tu ślu­sa­rza wy­szedł ma­ły umo­ru­sa­ny chło­pak i za­czął się przy­glą­dać go­ścio­wi. Ju­dym szyb­ko po­biegł na gó­rę. Mi­nął pierw­sze pię­tro, dru­gie i do­pie­ro na wy­so­ko­ści stry­chu zwol­nił kro­ku. Miał przed so­bą okien­ko bez szyb, pe­wien ro­dzaj strzel­ni­cy w mu­rze. Ce­gła, za­my­ka­ją­ca ten otwór z do­łu, by­ła tak wy­śli­zga­na przez dzie­ci, któ­re się tam ba­wi­ły, że przy­bra­ła kształt owal­ny. Ileż to ra­zy on sam, Ju­dym, wy­ła­ził przez ten otwór na ze­wnątrz mu­ru i wi­siał w po­wie­trzu! W ką­cie czer­niał wo­do­ciąg ogól­ny, roz­pro­wa­dza­ją­cy wil­goć na ca­łą ścia­nę. Nad nim aż do su­fi­tu się­ga­ła pla­ma kop­ciu z lam­py naf­to­wej. Ścia­ny by­ły peł­ne cie­nia i smut­ku, jak de­ski skła­da­ją­ce trum­nę.

Ostat­nia kon­dy­gna­cja schod­ków pro­wa­dzi­ła do mrocz­nej sie­ni, któ­ra prze­ci­na­ła wzdłuż pod­da­sze. Ju­dym sta­nął przede drzwia­mi w głę­bi i za­stu­kał raz, dru­gi, trze­ci. Nikt mu nie od­po­wie­dział. Gdy jesz­cze raz ko­ła­tał klam­ką, z drzwi są­sied­nich wy­su­nę­ła się dziew­czy­na lat trzy­na­stu i zmie­rzy­ła go wzro­kiem doj­rza­łej ko­kiet­ki. Nie py­ta­na rze­kła:

– A ko­go to pan szu­ka?

– Tu jest miesz­ka­nie Wik­to­ra Ju­dy­ma?

– Tu­taj.

– Nie wie pa­nien­ka, czy jest kto w do­mu?

– Do­pie­ro by­ła ciot­ka, mu­si być… A mo­że i ze­szła na po­dwó­rze z dzie­cia­mi.

Mó­wiąc to wy­chy­li­ła się jesz­cze bar­dziej i za­glą­da­ła Ju­dy­mo­wi w oczy ze śmia­ło­ścią wiel­ko­miej­ską. W tej chwi­li w głę­bi miesz­ka­nia roz­legł się strasz­ny wrzask, ja­kiś po­tok wy­ra­zów zło­rze­czą­cych, klątw or­dy­nar­nych bez związ­ku, zle­wa­ją­cych się jak­by w ryk by­dlę­cia. Ju­dym zdzi­wio­ny na­sta­wił ucha, a po­tem ci­cho spy­tał się dziew­czy­ny, co to zna­czy. Uśmiech­nę­ła się fi­lu­ter­nie i rze­kła:

– To tam mo­ja bab­ka, wa­riat­ka.

– Wa­riat­ka? Trzy­ma­cie ją w do­mu?

– A w do­mu. Gdzież ma­my trzy­mać?

Od­su­nął dziew­czy­nę na bok i zaj­rzał do wnę­trza. W ką­cie, pod pie­cem, sie­dzia­ło wid­mo czło­wie­cze, za rę­ce i no­gi przy­wią­za­ne do ha­ka wy­sta­ją­ce­go z zie­mi. Si­we ku­dły na­kry­wa­ły gło­wę i ra­mio­na tej isto­ty, a ja­kieś star­ga­ne łach­ma­ny resz­tę cia­ła. Cza­sem spod wło­sów uka­zy­wa­ły się strasz­li­we oczy jak dwa bły­ska­ją­ce pło­mien­ne mie­cze, kie­dy nie­kie­dy usta ci­ska­ły ła­du­nek okrop­nych wy­ra­zów. Ju­dym in­stynk­tow­nym ru­chem cof­nął się do sion­ki i za­czął wy­py­ty­wać dziew­czy­nę.

– Cze­muż jej nie od­da­cie do szpi­ta­la?

– A ja wiem cze­mu! To do­bre! Nie moż­na od­dać.

– Dla­cze­go nie moż­na?

– Bo nie ma miej­sca. A po dru­gie, skąd­że my weź­mie­my pie­nię­dzy na to, że­by za nią pła­cić.

– Cze­muż ją tak przy­ku­wa­cie?

– A ba! Cze­mu? Bo zła­pie sie­kie­rę, nóż, ta­sak i po­za­bi­ja dzie­ci, oj­ca, ma­mu­nię. To ta­ka szel­ma zła, że pro­szę sia­dać!

– Daw­no już cho­ra?

– Al­bo ona cho­ra? Wa­riat­ka, nie cho­ra. Że­bym ja ta­kie zdro­wie mia­ła jak ta. Przyj­dzie ją oj­cu wią­zać, to się tak utar­ga­ją obo­je, że no! Oj­ciec to sa­mo nie uło­mek, a le­d­wo tę psia­krew ujeź­dzi…

Ju­dym mach­nął rę­ką i uciekł po scho­dach. Gdy sta­nął na dzie­dziń­cu, do­strzegł w je­go szyi pod mu­rem fa­bry­ki mnó­stwo dzie­ci ska­czą­cych, bie­ga­ją­cych, roz­ba­wio­nych. Na ku­pie opa­lo­nych be­lek sie­dzia­ła ciot­ka Pe­la­gia, ko­bie­ta sta­ra, ła­ska­wy chleb od lat wie­lu je­dzą­ca u sio­strzeń­ca, a bra­ta Ju­dy­mo­we­go, Wik­to­ra. By­ła to jej­mość chu­da, cho­ro­wi­ta i zrzęd­na. Rzad­ko kto sły­szał od niej do­bre sło­wo, a dzie­ci na­bra­ły się sztur­chań­ców ile wle­zie. Ju­dym szedł ku niej wol­no, krzy­wiąc się pod wą­sem i mo­cu­jąc ze so­bą. Przy­kro mu by­ło wi­tać się na pla­cu, wo­bec lo­ka­to­rów i ga­piów. Do­świad­czał nie­przy­jem­ne­go uczu­cia pół­odra­zy, zbu­dzo­nej i wy­do­by­tej na jaw przez szcze­gól­ne po­li­to­wa­nie, sta­no­wią­ce rdzeń uczuć fa­mi­lij­nych. Ciot­ka Pe­la­gia od­wró­ci­ła gło­wę i spo­strze­gła go, ale nie ru­sza­ła się z miej­sca. Gdy przy­szedł i do­tknął no­sem jej za­bru­dzo­ne­go rę­ka­wa w oko­li­cach dło­ni, schy­li­ła się pręd­ko i cmok­nę­ła go z da­la we wło­sy.

– Kie­dyż Tom­ciu przy­je­chał? Nic my nie wie­dzie­li… – rze­kła z wła­ści­wą jej oschło­ścią.

– Wczo­raj wie­czo­rem do­pie­ro. Jak­że zdro­wie ciot­ki?

– Ej… ja­kież ta mo­je zdro­wie… Tak ki­pię. Te­raz cie­pło, to sie­dzę tu­taj we dnie, a przyń­dzie zi­ma, to się mo­że na­resz­cie skoń­czy.

– Ech, nie lu­bię też tych wszel­kich…

– A wiem…

– Ciot­ka nie­źle wy­glą­da. Cóż sły­chać u Wik­to­rów? Jak­że on?

– A cóż… Jak to Wik­tor.

– No?

– Jest ta w tej fa­bry­ce.

– U Mi­le­ra?

– Gdzie zaś! W że­la­znej, ale przy sta­low­ni.

– Przy sta­low­ni! – zdzi­wił się Ju­dym.

– A w sta­low­ni.

– Dla­cze­góż to?

– Prze­rzu­cił się. Mó­wi, że wo­li. No i ła­twiej mu bę­dzie… te… Ale to Tom­ciu wi­nien, nie kto in­ny… – rze­kła obo­jęt­nie, pro­stu­jąc fał­dy spód­ni­cy.

– Ja wi­nien je­stem, że się Wik­tor prze­rzu­cił?

– Że się prze­rzu­ca, to te­mu Tom­ciu wi­nien. Jak był głu­pim drą­ga­lem, to ro­bił, co wla­zło. Wziął­że Tom­ciu kłaść mu w gło­wę mą­dro­ści i te­raz mu się ode­chcia­ło ro­bo­ty. Za­brał się do nie swo­ich rze­czy. Książ­ki czy­ta. A jak­że… To uczo­ny czło­wiek! – uśmiech­nę­ła się szy­der­czo, po­ka­zu­jąc bia­łe zę­by.

Ju­dym słu­chał obo­jęt­nie. Póź­niej za­py­tał:

– Du­żo za­ra­bia?

– Nie, nie­du­żo. Ona mu­sia­ła sta­nąć do ro­bo­ty, bo przy­szła bie­da.

– Gdzież ona?

– W fa­bry­ce cy­gar. Roz­cho­dzą się ra­no, a ja mu­szę dzie­ci pil­no­wać, stra­wę go­to­wać, dom ca­ły ob­rzą­dzić. Gdzież Tom­ciu bę­dzie miesz­kał, ni­by na sta­łe? Tu­taj czy gdzie we świe­cie? – za­py­ta­ła z uda­ną obo­jęt­no­ścią.

– Jesz­cze nie wiem, do­pie­rom wró­cił.

Roz­mo­wa się urwa­ła. Ju­dym pa­trzał spod oka na skra­wek as­fal­tu za­błą­ka­ny w tym miej­scu i le­żą­cy tam wśród brył ka­mien­nych jak gdy­by wsku­tek czy­je­goś roz­tar­gnie­nia, na drzew­ko wy­ra­sta­ją­ce wprost z as­fal­to­wej sko­ru­py. W są­siedz­twie pnia­ka le­ża­ła kra­ta ście­ku pod­trzy­mu­ją­ca prze­róż­ne od­pad­ki. Słoń­ce do­grze­wa­ło. W cie­niu wy­so­kie­go mu­ru fa­bry­ki ba­wi­ło się sta­do dzie­ci. Jed­ne z nich by­ły mi­zer­ne tak bar­dzo, że da­wa­ła się wi­dzieć w tych prze­źro­czy­stych twa­rzach sieć żył błę­kit­nych; in­ne opa­li­ły na słoń­cu nie tyl­ko swe bu­zia­ki, rę­ce i szy­je, ale tak­że skó­rę ko­lan wy­ła­żą­cych ob­szer­ny­mi dziu­ra­mi. Po­śród wierz­ga­ją­cej gro­ma­dy peł­za­ło ja­kieś ma­łe, ra­chi­tycz­ne, ze sro­mot­nie krzy­wy­mi no­ga­mi i ze śla­da­mi ospy na go­łych, mi­zer­nych gna­tach. Ca­ła ta ban­da spra­wia­ła wra­że­nie śmie­ci po­dwó­rza czy ze­schłych li­ści, któ­re wiatr mio­ta z miej­sca na miej­sce. Rej wo­dził mię­dzy ca­łą ha­ła­su­ją­cą cze­re­dą chło­pak ośmio­let­ni, wy­smu­kły, bez czap­ki, ubra­ny w oj­cow­skie in­ek­spry­ma­ble43 i mat­czy­ne trze­wi­ki. Ka­wa­ler ten darł się wnie­bo­gło­sy, do cze­go upra­wo­moc­nia­ła go ko­men­da nad resz­tą w pro­wa­dze­niu ja­kiejś ba­ta­lii. Kie­dy prze­bie­gał jak je­leń, dą­żąc ku środ­ko­wi dzie­dziń­ca, Ju­dym go po­znał:

– Prze­cie to Fra­nek!

– A Fra­nek… – rze­kła ciot­ka.

Dr To­masz za­trzy­mał sio­strzeń­ca i wy­wo­łał tym na je­go fi­zys ozna­kę szcze­re­go nie­za­do­wo­le­nia. Z tłu­mu po­su­nę­ła się na­przód dziew­czy­na młod­sza od Fran­ka i zbli­ży­ła się do ciot­ki. By­ła to Ka­ro­li­na, sio­strze­ni­ca Ju­dy­mo­wa. Oczy mia­ła du­że, w sza­rej, znędz­nia­łej twa­rzy pa­lą­ce się jak wę­gle spod grzy­wy, któ­ra za­kry­wa­ła jej brwi i koń­czy­ła się na no­sie. To dziec­ko mia­ło fi­zjo­no­mię sta­rą i chy­trą, spoj­rze­nie upar­te i ba­daw­cze, jak czło­wiek, któ­ry już prze­żył go­rycz set­ki za­wo­dów i któ­re­go już nie okła­mu­ją złu­dze­nia. Ju­dym przy­cią­gnął Ka­ro­lę do sie­bie i uca­ło­wał. Nie bro­ni­ła mu te­go. Wpa­try­wa­ła się tyl­ko w je­go oczy swym cięż­kim wzro­kiem, jak­by z za­py­ta­niem, co jej z te­go przyjść mo­że. Fra­nek pal­nął „wuj­ka” w man­kiet i bąk­nąw­szy coś mdłe­go na kil­ka py­tań, wy­da­lił się w kie­run­ku ku­py ko­le­gów. Dys­kurs z ciot­ką nie kle­ił się, a na­to­miast, jak to czę­sto w ta­kich ra­zach by­wa, przy­cho­dzi­ły Ju­dy­mo­wi do gło­wy my­śli wła­sne, no­we, nie na­da­ją­ce się wca­le do zu­żyt­ko­wa­nia ich w tej roz­mo­wie. Te dzie­ci bie­ga­ją­ce w cia­snym za­uł­ku, ogro­dzo­nym przez na­gie i nie­zmier­ne mu­ry, przy­po­mi­na­ły, nie wia­do­mo cze­mu, sta­do wie­wió­rek za­mknię­tych w klat­ce. Gwał­tow­ne ich ru­chy, nie­ustan­ne sko­ki do­ma­ga­ły się sze­ro­kie­go pla­cu, drzew, tra­wy, wo­dy…

– Tom­ciu by się chciał pew­nie zo­ba­czyć jak naj­prę­dzej z Wik­to­rem? – rze­kła ciot­ka nie lu­bią­ca ni­g­dy uda­wać szcze­ro­ści uczuć, któ­rych nie ży­wi­ła.

– Ano, ro­zu­mie się.

– Z nim trud­no się te­ra ze­tknąć. Cza­sem to i trzy dni, trzy no­ce w do­mu go nie ma.

– A gdzież on by­wa?

– Ba, wie to kto? Mo­że zresz­tą dziś aku­rat przyń­dzie…

– To ja tu wpad­nę wie­czor­kiem, a te­raz chciał­bym się z bra­to­wą przy­wi­tać. Moż­na do niej zajść do fa­bry­ki, wpusz­czą mnie tam?

– Cza­sem to i wpusz­czą. Niech Tom­ciu spró­bu­je. Prze­cie wam, pa­nom dok­to­rom, ła­twiej niż nam, ho­ło­cie…

– Gdzież się ta fa­bry­ka znaj­du­je? – za­py­tał Ju­dym, któ­re­mu ta roz­mo­wa za­czę­ła już cię­żyć.

Ciot­ka wska­za­ła mu kie­ru­nek dro­gi i ad­res.

Wy­su­nąw­szy się z te­go do­mu, dok­tor szedł uli­ca­mi w stro­nę przed­mie­ścia ze zwie­szo­ną gło­wą, ma­chi­nal­nie szu­ka­jąc oczy­ma fa­bry­ki cy­gar. Nie by­ło tam już jed­no­li­te­go sze­re­gu ka­mie­nic i rza­dziej tra­fia­ły się do­my pię­tro­we. Na­to­miast szły w dal drew­nia­ne, ni­skie, odra­pa­ne bu­dyn­ki, nie­po­dob­ne ani do dwo­rów, ani do cha­łup wiej­skich, a przy­po­mi­na­ją­ce jed­ne i dru­gie.

Do­mo­stwa te by­ły ob­wie­szo­ne ja­skra­wy­mi szyl­da­mi i zbry­zga­ne bło­tem. Brud nie pusz­czał wzro­ku prze­chod­nia do wnę­trza miesz­kań i mógł wca­le sku­tecz­nie za­stę­po­wać ża­lu­zje. Od fron­tu mie­ści­ły się tam zresz­tą głów­nie skle­pi­ki. W jed­nym sprze­da­wa­no nędz­ne kieł­ba­sy, w dru­gim, bar­dziej mo­że mi­zer­niej­szym, li­che trum­ny.

Gdzie­nie­gdzie ze środ­ka tych za­gród miej­skich, okry­tych sta­rą ce­gla­ną da­chów­ką al­bo pa­pą, na któ­rej roz­kła­da się już tu i ów­dzie pleśń zie­lo­na, strze­la­ła w gó­rę no­wa ka­mie­nicz­ka, szyb­ko po­sta­wio­na, jak­by wy­dmuch­nię­ta z pia­sku. Ta­ka fi­gu­ra, z nie­wi­docz­nym da­chem, z trze­ma śle­py­mi ścia­na­mi i jed­ną uzbro­jo­ną w sze­reg okien, ster­cza­ła wśród sie­dzib sta­re­go, nie­mal śre­dnio­wiecz­ne­go kształ­tu, jak dro­go­wskaz no­we­go po­rząd­ku rze­czy, zwia­stu­ją­cy anek­sję tych oko­lic na rzecz roz­wo­ju wiel­kie­go mia­sta z je­go bez­li­to­sną, su­ro­wą li­nią, z je­go bru­kiem i wię­zien­nym, na­gim, chro­pa­wym mu­rem. Jesz­cze czę­ściej po­łać do­mów ni­skich prze­ry­wał ogrom­ny tors fa­bry­ki z tę­gi­mi mu­ra­mi, sze­ro­ką bra­mą i ba­te­rią ko­mi­nów. W da­li na ho­ry­zon­cie da­chów uka­zy­wa­ły się wszę­dzie te ko­mi­ny i ko­mi­ny.