O krok za daleko - Harlan Coben - ebook + audiobook + książka

O krok za daleko ebook i audiobook

Harlan Coben

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Simon Greene żyje na krawędzi obłędu. Od miesięcy szuka swojej córki, Paige. Kiedy wreszcie trafia na jej ślad – namierza ją w Central Parku, gdzie ćpuni grają dla pieniędzy przy pomniku Lennona – na jego drodze staje Aaron, człowiek, przez którego uciekła. A Paige znowu znika.

Tym razem jednak Simon nie zamierza odpuścić – za wszelką cenę chce sprowadzić córkę do domu. Ale sytuacja się komplikuje…

W mieszkaniu, w którym koczowała dziewczyna, zostają znalezione zwłoki Aarona. A kiedy żona Simona, do której ktoś strzelał, walczy o życie, on musi zadać sobie pytanie – w co wplątała się ich córka? I czy to ona zabiła?

Aby znaleźć odpowiedź, Simon posunie się nawet… O krok za daleko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 46 min

Lektor: Janusz Zadura

Oceny
4,4 (3987 ocen)
2134
1288
445
96
24
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MonikaFika

Nie oderwiesz się od lektury

Ciut za długo się rozkręca. Ale jak już się zacznie akacja, to nie można się oderwać. Rewelacja!
20
Malbi69

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! na początku wiele różnych wątków toczących się zupełnie bez związku ale zakończenie wszystko wynagradza.
10
Kotletxyz

Dobrze spędzony czas

Jak zawsze super
10
jaxowski

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajny lektor, wciągająca historia
00
Krecik_czyta

Nie oderwiesz się od lektury

To chyba jedna z najlepszych książek Cobena 👌🏻
00

Popularność




Sekrety nie umierają nigdy.

Simon Greene żyje na krawędzi obłędu. Od miesięcy szuka swojej córki, Paige. Kiedy wreszcie trafia na jej ślad – namierza ją w Central Parku, gdzie ćpuni grają dla pieniędzy przy pomniku Lennona – na jego drodze staje Aaron, człowiek, przez którego uciekła. A Paige znowu znika.

Tym razem jednak Simon nie zamierza odpuścić – za wszelką cenę chce sprowadzić córkę do domu. Ale sytuacja się komplikuje… W mieszkaniu, w którym koczowała dziewczyna, zostają znalezione zwłoki Aarona. A kiedy żona Simona, do której ktoś strzelał, walczy o życie, on musi zadać sobie pytanie – w co wplątała się ich córka? I czy to ona zabiła?

Aby znaleźć odpowiedź, Simon posunie się nawet… o krok za daleko.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką, Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 roku. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniej- szą – Edgar Allan Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 roku od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 roku. Kolejne powieści, m.in. Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Schronienie, Kilka sekund od śmierci, Sześć lat później i Tęsknię za tobą, uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Twórczość pisarza wciąż budzi zainteresowanie filmowców: na podstawie prozy Cobena powstało kilka filmów i seriali.

W 2018 roku platforma Netflix zawarła z Harlanem Cobenem umowę, dzięki której w ciągu kilku najbliższych lat powstanie aż 14 ekranizacji jego powieści! Jedna z nich, sześcioodcinkowy miniserial W głębi lasu, zostanie wyprodukowana przez Polaków, a jej akcja będzie rozgrywać się w Polsce!

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU

BEZ POŻEGNANIA

JEDYNA SZANSA

TYLKO JEDNO SPOJRZENIE

NIEWINNY

W GŁĘBI LASU

ZACHOWAJ SPOKÓJ

MISTYFIKACJA

NA GORĄCYM UCZYNKU

KLINIKA ŚMIERCI

ZOSTAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ

NIEZNAJOMY

JUŻ MNIE NIE OSZUKASZ

NIE ODPUSZCZAJ

O KROK ZA DALEKO

Myron Bolitar

BEZ SKRUPUŁÓW

KRÓTKA PIŁKA

BEZ ŚLADU

BŁĘKITNA KREW

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

OSTATNI SZCZEGÓŁ

NAJCZARNIEJSZY STRACH

OBIECAJ MI

ZAGINIONA

WSZYSCY MAMY TAJEMNICE

W DOMU

Mickey Bolitar

SCHRONIENIE

KILKA SEKUND OD ŚMIERCI

ODNALEZIONY

Jako współautor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZY

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału:

RUN AWAY

Copyright © Harlan Coben 2019

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Magdalena Słysz 2020

Redakcja: Tomasz Karpowicz

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Russocka/Trevillion Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-918-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Lisie Erbach Vance,nadzwyczajnej agentce literackiej,sympatią i wdzięcznością

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Rozdział 1

Simon siedział na ławce w Central Parku, a ściślej mówiąc, na terenie Strawberry Fields, i miał wrażenie, że serce mu pęknie. Nikt oczywiście o tym nie wiedział i nie mógł wiedzieć, dopóki nie padły ciosy i dwoje turystów z Finlandii – pomyślałby kto – nie zaczęło krzyczeć, a dziewięcioro innych spacerowiczów z najrozmaitszych krajów nie nagrało całego zdarzenia smartfonami.

Ale to miało nastąpić dopiero za godzinę.

Na Strawberry Fields nie ma żadnych truskawek i trudno nazwać tę hektarową, specjalnie zaprojektowaną część parku polem (w liczbie pojedynczej), a już na pewno nie polami, jednak jej nazwy nie należy traktować dosłownie, bo pochodzi od tytułu słynnej piosenki Beatlesów. Strawberry Fields to obszar w kształcie trójkąta, przy Siedemdziesiątej Drugiej i Central Park Zachodniej, upamiętniający Johna Lennona, który został postrzelony po drugiej stronie ulicy. Centralny element tego zakątka stanowi okrągła kamienna mozaika z prostym napisem pośrodku:

IMAGINE

Simon, zdruzgotany, patrzył przed siebie, mrugając. Napływali kolejni turyści i fotografowali sławną mozaikę: robili zdjęcia grupowe, pojedyncze selfie, niektórzy klęcząc na kamieniach, inni na nich leżąc. Tego dnia, jak niemal codziennie, ktoś otoczył słowo Imagine świeżymi kwiatami, układając z płatków czerwonych róż znak pokoju, którego jakimś cudem nie rozwiał wiatr. Odwiedzający park wykazywali – może dlatego, że to miejsce jest pomnikiem – cierpliwość i spokojnie czekali na swoją kolej, żeby zbliżyć się do mozaiki i cyknąć to specjalne zdjęcie, które potem wstawią na Snapchat, Instagram albo inny serwis społecznościowy z jakimś cytatem z Lennona, może z fragmentem piosenki Beatlesów, mówiącej przykładowo o tym, że wszyscy ludzie powinni żyć w pokoju.

Simon był w garniturze. Po wyjściu z biura w World Financial Center przy Vesey nie pomyślał o poluzowaniu krawata. Naprzeciwko niego, również w pobliżu sławnej mozaiki, utwory Beatlesów grała za pieniądze… Jak się teraz mówi na takie osoby? Bezdomna? Nieprzystosowana? Uzależniona od narkotyków? Umysłowo chora? Żebraczka? Czy jak? „Piosenkarka uliczna” (to chyba najłagodniejsze określenie) brzdąkała na rozstrojonej gitarze i śpiewała łamiącym się głosem przez żółknące zęby o Penny Lane, którą wciąż widzi przed oczami i która rozbrzmiewa jej w uszach.

Dziwne, a przynajmniej zabawne wspomnienie: Simon stale mijał tę mozaikę, kiedy jego dzieci były małe. Gdy Paige miała z dziewięć lat, Sam sześć, a Anya trzy, wychodzili z mieszkania, zaledwie pięć przecznic stąd, przy Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy, między Columbus i Central Park Zachodnią, i przecinając Strawberry Fields, szli pod pomnik Alicji w Krainie Czarów przy stawie dla modeli łódek we wschodniej części parku. Inaczej niż w przypadku prawie wszystkich posągów na świecie dzieciakom wolno było wspinać się na mierzącą ponad trzy metry brązową figurę, przedstawiającą Alicję, Szalonego Kapelusznika, Białego Królika i gromadę, zdawałoby się, niestosownych wielkich grzybów. Sam i Anya to uwielbiali, wręcz rzucali się na te postacie, choć Sam w pewnym okresie zawsze wtykał Alicji dwa palce w nozdrza i wołał do Simona: „Tato! Tato, patrz! Dłubię jej w nosie!”, na co jego matka, Ingrid, nieodmiennie wzdychała i mruczała: „Ci chłopcy…”.

Paige, ich pierworodna, była już wtedy cichsza i spokojniejsza. Siadała na ławce z książeczką do kolorowania i nietkniętymi kredkami – nie lubiła, kiedy wkład się łamał albo schodziła opaska – i nigdy, dosłownie i w przenośni, nie wychodziła poza linie. Gdy była starsza – miała piętnaście, szesnaście, siedemnaście lat – siedząc na ławce, tak jak teraz Simon, w notesie, który kupił jej w sklepie papierniczym przy Columbus Avenue, pisała opowiadania i teksty piosenek. Ze cztery tysiące ławek w Central Parku zostało dzięki datkom pieniężnym „adoptowanych”. Umieszczono na nich spersonalizowane plakietki, przeważnie prostej treści, jak na tej, którą zajmował Simon:

Na pamiątkę Carla i Corky.

Inne, które wybierała Paige, opowiadały historie:

Dla C & B – którzy ocaleli z Holokaustu i w tym mieście zaczęli życie od nowa…

Mojej najdroższej Anne – kocham Cię, uwielbiam, szanuję. Czy wyjdziesz za mnie?

Tu zaczęła się nasza miłość, 12 kwietnia 1942 roku…

Ulubiona ławka Paige, ta, na której przesiadywała godzinami ze swoim ostatnim notesem – może to już o czymś świadczyło? – upamiętniała tajemniczy dramat:

Piękna Meryl, 19 lat. Zasługiwałaś na znacznie więcej, a zmarłaś tak młodo. Uczyniłbym wszystko, aby Cię uratować.

Paige chodziła od ławki do ławki, czytała tabliczki i wybierała jedną z nich jako początek opowieści. Simon solidarnie próbował podobnie, ale nie miał takiej wyobraźni jak córka. Gdy więc Paige obok szybko pisała, siedział z gazetą czy zaglądał do smartfona, żeby sprawdzić notowania giełdowe albo przeczytać wiadomości biznesowe.

Gdzie podziały się te stare notatniki? Co się z nimi stało?

Nie miał pojęcia.

Penny Lane wreszcie dobiegła końca i w następnej kolejności wykonawczyni zaintonowała All You Need Is Love. Na ławce obok Simona przysiadła para młodych ludzi. Chłopak zapytał scenicznym szeptem:

– Mam jej coś rzucić, żeby przestała?

Jego towarzyszka zarechotała.

– To tak, jakby mordować Lennona kolejny raz – odparła.

Parę osób wrzuciło dziewczynie do futerału kilka centów, ale ludzie w większości trzymali się od niej z daleka albo cofali się, krzywiąc twarze, jakby zetknęli się z czymś, z czym nie chcieli mieć do czynienia.

Ale Simon jej słuchał, i to uważnie, licząc, że dostrzeże w granej przez nią piosence, melodii, słowach, interpretacji coś ładnego. Ledwie zwrócił uwagę na turystów, ich przewodnika, mężczyznę bez koszuli – niestety – sprzedającego butelkę wody po dolarze, chudego faceta z bródką, który również za dolara opowiadał dowcipy (PROMOCJA: SZEŚĆ DOWCIPÓW ZA PIĘĆ DOLCÓW!), starą Azjatkę zapalającą kadzidełko dla Johna Lennona, ludzi uprawiających jogging, wyprowadzających psy, opalających się.

W muzyce nie było jednak nic ładnego. Zupełnie nic.

Simon wpatrywał się w nędzarkę zarzynającą twórczość Johna Lennona. Włosy miała potargane i matowe. Policzki zapadnięte. Przeraźliwie chuda, wynędzniała, brudna i zagubiona, sprawiała wrażenie obłąkanej.

To była jego córka, Paige.

• • •

Simon nie widział jej od sześciu miesięcy, odkąd postąpiła niewybaczalnie.

Dla Ingrid to przesądziło sprawę.

– Tym razem zostaw ją w spokoju – powiedziała mu po ucieczce Paige.

– To znaczy?

I ta wspaniała matka, oddana lekarka pediatra, która poświęciła życie, żeby pomagać dzieciom w potrzebie, oświadczyła:

– Nie chcę jej więcej widzieć w tym domu.

– Nie mówisz poważnie.

– Owszem, Simon. Niech mi Bóg wybaczy.

Bez wiedzy Ingrid szukał córki miesiącami. Czasami jego wysiłki były racjonalne, jak wtedy, kiedy wynajął prywatnego detektywa. Częściej wynikały z desperacji, miały przypadkowy charakter, gdy chodził po niebezpiecznych dzielnicach i pokazywał zdjęcie Paige różnym podejrzanym typom i ćpunom.

Bez rezultatu.

Zastanawiał się, czy Paige, która niedawno miała urodziny (ciekawe, jak je obchodziła… urządzając imprezę, z tortem, a może biorąc narkotyki…? I czy w ogóle wiedziała, co to za dzień?), opuściła Manhattan i wróciła do miasteczka uniwersyteckiego, gdzie zaczęła się staczać. W dwa weekendy, gdy Ingrid miała dyżur w szpitalu i nie mogła zadawać zbyt wielu pytań, pojechał tam i zatrzymał się w Craftboro Inn niedaleko uczelnianego kampusu. Obszedł go, przypominając sobie, jak entuzjastycznie cała ich piątka – on, Ingrid, sama Paige, Sam i Anya – oglądała wszystko, jak razem pomagała przyszłej studentce się zainstalować, jak oboje z Ingrid oceniali optymistycznie, że to miejsce, z tą otwartą, pełną zieleni przestrzenią i lasami, stanowi doskonały wybór dla ich córki, wychowanej na Manhattanie, i – oczywiście – jak ten optymizm z czasem słabł i wreszcie zniknął.

Jakiś wewnętrzny głos – którego nie zamierzał słuchać i do którego nawet się nie przyznawał – nakazywał mu zrezygnować z tych poszukiwań. Od ucieczki Paige życie, jeśli się nie poprawiło, to z pewnością stało się spokojniejsze. Sam, który wiosną ukończył Horace Mann, prawie już nie wspominał o siostrze. Skupił się na kolegach, egzaminach końcowych, imprezach – i teraz myślał już tylko o przygotowaniach do pierwszego roku w Amherst College. Anya, cóż, Simon nie bardzo wiedział, jak ona do tego podchodzi. Nie mówiła przy nim o Paige – ani specjalnie o niczym innym. Na jego próby nawiązania rozmowy odpowiadała krótko, jednym słowem. Miała się „dobrze”, wszystko było u niej „nie najgorzej” albo „w porządku”.

I wtedy Simon trafił na dziwny trop.

Któregoś ranka przed trzema tygodniami dosiadł się do niego w windzie sąsiad z góry, Charlie Crowley, okulista praktykujący w centrum. Gdy już wymienili uprzejmości, Charlie, jak wszyscy spoglądając na drzwi i obserwując, jak winda pokonuje w dół kolejne piętra, nieśmiało i z autentycznym żalem wspomniał, że „chyba” widział Paige.

Simon, który także patrzył na zmieniające się numery pięter, z największą nonszalancją, na jaką tylko było go stać, poprosił o szczegóły.

– Spotkałem ją w parku, jeśli to była ona – wyjaśnił Charlie.

– Jak to? Szła przez park?

– Niezupełnie. – Zjechali już na parter. Drzwi się rozsunęły. Sąsiad wziął głęboki oddech. – Paige… grała piosenki na Strawberry Fields.

Musiał zauważyć zdumienie na twarzy Simona.

– No, wiesz, żeby zarobić.

Simon miał wrażenie, że coś w nim pęka.

– Żeby zarobić? Jak jakaś…

– Chciałem dać jej pieniądze, ale…

Zależało mu na tym, żeby Charlie kontynuował, więc skinął głową na znak, że wszystko w porządku.

– …ale ona nawet mnie nie poznała. Przestraszyłem się, że tylko poszłyby na…

Nie musiał kończyć.

– Przykro mi, Simon. Naprawdę.

A więc tak się rzeczy miały.

Simon zastanawiał się, czy powiedzieć o tej rozmowie Ingrid, ale wolał nie ryzykować. Zaczął natomiast w wolnym czasie spacerować po Strawberry Fields.

Nigdy jednak nie spotkał Paige.

Pytał kilku bezdomnych, którzy grali tam na gitarze, czy ją znają. Wrzucał im po parę banknotów do futerału, a potem pokazywał jej zdjęcie w telefonie. Niektórzy odpowiedzieli, że tak, znają i zdradzą więcej szczegółów, jeśli Simon da więcej. Robił to skwapliwie, ale niczego konkretnego się nie dowiedział. Większość twierdziła, że jej nie rozpoznaje, i teraz, gdy zobaczył Paige na własne oczy, wreszcie zrozumiał przyczynę. Między jego śliczną kiedyś córką a tym workiem kości nie było prawie żadnego fizycznego podobieństwa.

Gdy jednak tak siedział na Strawberry Fields – zwykle przed niemal śmieszną tabliczką, informującą

STREFA CISZY – ZAKAZ GRY NA INSTRUMENTACH MUZYCZNYCH I HAŁASOWANIA

– zauważył coś dziwnego. Muzycy, wszyscy wyglądający na brudnych i bezdomnych, nigdy nie grali w tym samym czasie, nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Przejście między jednym a drugim grajkiem ulicznym dokonywało się niemal niezauważalnie. Zmieniali się niezwykle sprawnie i gładko, prawie co godzinę, w pewnym porządku.

Jakby według jakiegoś harmonogramu.

Wtedy poznał faceta o imieniu Dave, jednego z bardziej zaniedbanych muzyków, z szopą siwych włosów, pozaplatanym i spiętym gumkami zarostem oraz warkoczem sięgającym aż do krzyża. Kosztowało go to pięćdziesiąt dolarów. Dave, który wyglądał albo na steranego życiem pięćdziesięciokilkulatka, albo na dobrze zakonserwowanego siedemdziesięciolatka, wytłumaczył mu, jak to działa.

– Kiedyś gość, który nazywa się Gary dos Santos… Znasz go?

– Coś słyszałem – odparł Simon.

– No właśnie. Gdybyś przyszedł tu w ciągu dnia, facet, tobyś go sobie przypomniał. Gary był samozwańczym burmistrzem Strawberry Fields. Potężny chłop. Przez jakieś dwadzieścia lat pilnował w okolicy porządku. To znaczy… uczył moresu. To był czubek, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Simon kiwnął głową.

– I nagle, chyba w dwa tysiące trzynastym, jest po Garym. Białaczka. Nie miał jeszcze pięćdziesiątki. I wszędzie tu – Dave wskazał dookoła dłońmi w rękawiczkach bez palców – zapanowało szaleństwo. Totalna anarchia, i to bez tych naszych faszystów. Czytałeś Machiavellego? Coś w tym guście. Muzycy zaczęli codziennie wdawać się w bójki. Chodziło o terytorium, kapujesz?

– Kapuję.

– Próbowali sami zaprowadzić porządek, ale daj spokój… połowa tych gości ledwie umie się samodzielnie ubrać. Jeden dupek grał za długo, drugi wchodził mu w paradę, zaczynali się drzeć, wyzywać wzajemnie, nawet przy małych dzieciach. Czasami dawali sobie po mordzie, a wtedy zjawiały się gliny, kapujesz, no nie?

Simon ponownie skinął głową.

– To źle wpływało na nasz wizerunek, nie mówiąc już o kasie. Więc wymyśliliśmy rozwiązanie.

– Jakie?

– Grafik. Zmiana co godzinę, od dziesiątej rano do siódmej wieczorem.

– Naprawdę?

– Aha.

– I to działa?

– Nie zawsze idealnie, ale prawie.

Interes ekonomiczny, pomyślał Simon, analityk finansowy. Jedna ze stałych w życiu.

– Jak się dostać do tego grafiku?

– Esemesowo. Mamy pięcioro stałych wykonawców. Tym przyznaje się najlepsze pory. Pozostali mogą występować wcześniej albo później.

– I to ty prowadzisz grafik?

– Ja. – Dave z dumą wypiął pierś. – Znam się na rzeczy, kapujesz? Na przykład nigdy nie wstawiam Hala ani za Julesem, ani przed nim, bo jeden drugiego nie znosi bardziej niż moje byłe mnie. Staram się też wprowadzać tę, no, dywersyfikację.

– Dywersyfikację?

– Czarni, laski, Latynosi, cioty, nawet para żółtków. – Rozłożył ręce. – Nie chcemy, aby wszyscy myśleli, że obiboki to tylko biali faceci. To szkodliwy stereotyp, kapujesz?

Simon kapował. Pokapował się także, że jeśli wręczy Dave’owi po połówce dwóch rozerwanych studolarówek i obieca, że w zamian za informację, na kiedy zapisana jest Paige, da mu brakujące części banknotów, pewnie coś uzyska.

Tego ranka dostał od Dave’a esemesa:

Dziś o jedenastej. Nie wiesz tego ode mnie. Nie jestem kapusiem.

I następnego:

Ale przynieś forsę o dziesiątej. O jedenastej mam jogę.

I oto był na miejscu.

Siedział naprzeciwko Paige i zastanawiał się, czy córka go rozpozna, a jeśli tak, czy wtedy ucieknie. Nie był pewny. Uznał, że najlepiej będzie pozwolić jej dokończyć, spakować gitarę i napiwki i dopiero wówczas do niej podejść.

Spojrzał na zegarek. Jedenasta pięćdziesiąt osiem. Jej godzina dobiegała końca.

Simon przećwiczył w głowie wszystkie teksty. Zadzwonił już do kliniki na północy stanu i zarezerwował pokój dla Paige. Plan był taki: mówić cokolwiek, zgadzać się na wszystko, ustępować, błagać, uciec się do wszelkich możliwych sposobów, żeby tylko zabrać ją ze sobą.

Od wschodniej strony nadszedł następny muzyk uliczny w spranych dżinsach i podartej flanelowej koszuli. Usiadł obok Paige. Gitarę trzymał w czarnej plastikowej torbie na śmieci. Klepnął Paige w kolano i wskazał wyimaginowany zegarek na ręce. Paige kiwnęła głową, dokończyła I Am the Walrus przeciągłym goo goo g’joob, podniosła ręce i zawołała „Dziękuję!” do tłumu, który nie dość, że nie klaskał, to jeszcze w ogóle jej nie słuchał. Zebrała kilka żałosnych pogniecionych singli i monet, a potem zaskakująco starannie schowała gitarę do futerału. To zwykłe spakowanie instrumentu zrobiło na Simonie duże wrażenie. On jej go kupił, Takamine G-Series, na szesnaste urodziny, w Sam Ash przy Zachodniej Czterdziestej Ósmej. Usiłował przywołać tamto wspomnienie – uśmiech Paige, kiedy zdjęła gitarę ze ściany, to, jak przymknęła oczy, gdy ją testowała, jak zarzuciła mu ręce na szyję i zawołała „Dziękuję, dziękuję, dziękuję!”, kiedy jej powiedział, że to prezent.

Towarzyszące temu uczucia, nawet jeśli były realne, nie chciały jednak powrócić.

Straszna prawda była taka: Simon nie widział w tej ćpunce swojej dziewczynki.

Przez minioną godzinę próbował zobaczyć. Spróbował i teraz – spojrzeć na nią i znowu ujrzeć tamtego aniołka, którego zawoził na basen przy Dziewięćdziesiątej Drugiej Y, małą dziewczynkę, która siedziała na hamaku w Hamptons, podczas gdy on czytał jej Harry’ego Pottera, jeden i drugi tom w trzydniowy weekend w Święto Pracy, i która koniecznie chciała przebrać się za Statuę Wolności i włożyć dwie zielone maski już na dwa tygodnie przed Halloween, ale – być może był to mechanizm obronny – żaden z tych obrazów się nie pojawiał.

Paige z trudem wstała.

Przyszła pora na jego ruch.

Simon po drugiej stronie mozaiki też wstał. Serce tłukło mu się pod żebrami. Czuł narastający ból głowy, jakby dwie gigantyczne ręce naciskały mu na skronie. Spojrzał w lewo, potem w prawo.

Rozglądając się za jej ewentualnym chłopakiem.

Nie potrafił powiedzieć, jak to wszystko się potoczyło, jednak za nieszczęście, które spotkało córkę, a co za tym idzie, całą rodzinę, winił właśnie jego. Tak, czytał wszędzie, że odpowiedzialność za swoje działania narkoman musi wziąć na siebie, że sam jest sobie winien, wyłącznie. I że większość z nich – a co za tym idzie, także ich rodzin – ma do powiedzenia coś na swoją obronę. Może uzależnienie zaczęło się od środków przeciwbólowych po operacji. Może jest skutkiem presji ze strony rówieśników albo eksperymentów, które jakoś przeszły w coś poważniejszego.

Zawsze jest jakaś wymówka.

Jednak w przypadku Paige – nazwijcie to słabością charakteru, niedostateczną opieką rodzicielską czy czymkolwiek – wszystko wydawało się o wiele prostsze.

Była Paige przed poznaniem Aarona. I jest Paige obecna.

Aaron Corval to męt – zwykły męt – a kiedy męt zetknie się z czymś czystym, wtedy to czyste zostaje skalane na zawsze. Simon nie mógł zrozumieć. Aaron miał trzydzieści dwa lata, był jedenaście lat starszy od Paige. Kiedyś, w bardziej niewinnych czasach, ta różnica wieku go niepokoiła. Ingrid przeszła nad nią do porządku, bo nawykła do takich rzeczy, gdy pracowała jako modelka. Teraz, oczywiście, stanowiło to najmniejszy problem.

Aaron nie pojawił się jednak w polu widzenia.

Simon poczuł pewną nadzieję. Czyżby facet zniknął ze sceny? Czyżby ta zaraza, ten rak, ten pasożyt, który żerował na jego córce, wreszcie się napasł i zmienił żywiciela na zdrowszego?

Byłoby dobrze, bez wątpienia.

Paige, powłócząc nogami jak zombie, skierowała się na wschód, w stronę ścieżki biegnącej przez park. Simon ruszył do akcji.

A co będzie, zastanawiał się, jeśli córka nie zechce z nim pójść? Było to nie tylko możliwe, ale też wręcz prawdopodobne. Simon już nieraz próbował jej pomóc, bezskutecznie. Nie mógł jej do niczego zmusić. Zdawał sobie z tego sprawę. Usiłował nawet namówić Roberta Previdiego, swojego szwagra, żeby wydał dla niej sądowy nakaz przymusowego leczenia. To także nic nie dało.

Tymczasem szedł za córką. Sukienka na ramiączkach luźno zwisała jej z ramion. Na plecach widniały brązowe plamy (od słońca? jakiejś choroby? przemocy?), skazy na nieskazitelnej niegdyś skórze.

– Paige?

Nie odwróciła się, nawet się nie zawahała, i na krótką chwilę Simon doznał złudzenia, że się pomylił, tak samo jak Charlie Crowley, że ten brudny, cuchnący worek kości o zachrypniętym głosie to nie jego pierworodna, nie jego Paige, nie ta nastolatka, która pachnąca brzoskwiniami i młodością, grała Hodel w Skrzypku na dachu wystawianym przez Abernathy Academy i zdobyła serca publiczności swoim wykonaniem Far from the Home I Love. Simon nie przebrnął przez ani jeden z jej pięciu występów bez łez w oczach; niemal płakał, kiedy jej Hodel zwracała się do Tewjego i mówiła: „Papa, Bóg jeden wie, kiedy się znowu zobaczymy”, na co jej sceniczny ojciec odpowiadał: „Więc zostawmy to w Jego rękach”.

Odchrząknął i zbliżył się do niej.

– Paige?

Zwolniła, ale nadal się nie odwracała. Simon wyciągnął drżącą rękę. Wciąż miał przed sobą plecy dziewczyny. Położył rękę na jej ramieniu i poczuł tylko kość, pokrytą pergaminową skórą. Spróbował jeszcze raz.

– Paige.

Wreszcie się zatrzymała.

– Paige, to ja, tata.

Tata. Kiedy ostatnio tak go nazwała? Był dla niej tatą, jak dla pozostałych dwojga dzieci, odkąd tylko pamiętał, a jednak to słowo ledwie przeszło mu przez gardło. Słyszał swój łamiący się głos, brzmiącą w nim prośbę.

Dziewczyna i tym razem się nie odwróciła.

– Proszę, Paige.

A potem zaczęła uciekać.

To go zaskoczyło. Była już trzy kroki przed nim, gdy zareagował. Ostatnio doszedł do całkiem niezłej formy. Niedaleko biura miał siłownię i po traumie wywołanej stratą córki – bo tak to traktował, jak stratę – zaczął podczas przerwy na lunch obsesyjnie uczęszczać na zajęcia kardio i boksu.

Rzucił się do biegu i szybko dogonił dziewczynę. Złapał ją za chude ramię, cienkie jak trzcina – zdołał objąć wiotki biceps palcem wskazującym i kciukiem – i pociągnął. Może zrobił to za mocno, ale wszystko – skok, wyciągnięcie ręki – było działaniem instynktownym.

Paige próbowała się wyrwać. Zrobił, co konieczne, żeby ją zatrzymać.

– Au! – krzyknęła. – Puść mnie!

Wokół znajdowało się mnóstwo ludzi i niektórzy, Simon był pewny, odwrócili się, słysząc jej krzyk. Nie przejął się tym, tylko z jeszcze większą determinacją realizował swój zamiar. Musiał działać szybko, zabrać stąd Paige, zanim jakiś dobry samarytanin wkroczy do akcji, żeby ją „ratować”.

– Kochanie, to ja, tatuś. Chodź ze mną, dobrze?

Wciąż miał przed sobą jej plecy. Odwrócił ją, ale ona zasłoniła łokciem oczy, jakby zaświecił jej w twarz latarką.

– Paige? Paige, proszę, spójrz na mnie.

Najpierw zesztywniała, a potem nagle jakby się odprężyła. Opuściła rękę i powoli podniosła na niego wzrok. Znowu przepełniła go nadzieja. Owszem, miała zapadnięte oczy o pożółkłych białkach, ale po raz pierwszy odniósł wrażenie, że dostrzegł w nich iskierkę życia.

I po raz pierwszy zobaczył przed sobą dziewczynkę, którą znał.

Kiedy Paige się odezwała, wreszcie też usłyszał echo swojej córki.

– Tata?

Kiwnął głową. Otworzył usta i je zamknął, bo czuł się zbyt przytłoczony. Spróbował jeszcze raz.

– Jestem tu, żeby ci pomóc, Paige.

Rozpłakała się.

– Tak mi przykro.

– W porządku – odparł. – Wszystko będzie dobrze.

Wyciągnął ręce, żeby objąć córkę i zapewnić jej bezpieczeństwo, kiedy przez zgiełk w parku przebił się jak kosa żniwiarza inny głos.

– Co, do jasnej cholery…?!

Simonowi zamarło serce. Spojrzał w prawo.

Aaron.

Na dźwięk jego głosu Paige wyrwała się z objęć Simona. Próbował ją przytrzymać, ale opuściła rękę. Gitara w futerale uderzyła ją w udo.

– Paige… – zaczął Simon.

Jeżeli przed kilkoma sekundami jej oczy miały jakiś przytomny wyraz, to teraz nie było po nim śladu.

– Zostaw mnie w spokoju! – zawołała.

– Paige, proszę cię…

Zaczęła się cofać. Simon ponownie wyciągnął rękę, jak spadający w przepaść desperat, który próbuje złapać się gałęzi, ale Paige wrzasnęła przeraźliwie.

W ich stronę odwróciły się głowy. Było ich wiele.

Simon nie dawał za wygraną.

– Błagam, posłuchaj mnie tylko…

I wtedy wkroczył pomiędzy nich Aaron.

Dwaj mężczyźni, on i Simon, stanęli naprzeciwko siebie twarzą w twarz. Paige schowała się za Aaronem. Ten wyglądał na wycieńczonego, na brudnym białym T-shircie miał dżinsową kurtkę – ostatni krzyk mody w stylu heroin chic, z tym że żadnego szyku w tym nie było. Nosił na szyi za dużo łańcuchów, jego kilkudniowy zarost, który miał przydawać mu stylu, był nijaki, a ciężkie robocze buciory wyglądały na nim śmiesznie, jak na każdym, kto nie przepracował uczciwie ani jednego dnia w życiu.

– Spokojnie, Paige – rzucił chrapliwie, wciąż patrząc Simonowi w oczy. – Idziemy, kotku.

Simon pokręcił głową.

– Nie, tylko nie…

Ale Paige wyrwała mu się, opierając dla równowagi dłoń na plecach Aarona, i odbiegła ścieżką.

– Paige?! – zawołał za nią. – Zaczekaj! Proszę…

Była coraz dalej. Chciał ruszyć za nią, ale Aaron zagrodził mu drogę.

– Ona jest dorosła – warknął. – Nie ma pan prawa…

W tym momencie Simon podniósł pięść i uderzył go prosto w twarz.

Poczuł pod knykciami miękki nos i usłyszał trzask, jakby ciężki but nastąpił na ptasie gniazdo. Pociekła krew.

Aaron upadł.

Wtedy właśnie zaczęło krzyczeć tamtych dwoje turystów z Finlandii.

Simon nie zwracał na to uwagi. Wciąż widział przed sobą Paige, która skręciła w lewo, zbiegła z chodnika i wpadła między drzewa.

– Paige, czekaj!

Przeskoczył powalonego mężczyznę i miał pobiec za córką, gdy leżący na ziemi Aaron złapał go za nogę. Simon usiłował się uwolnić, ale widział już zbliżających się ludzi – zdezorientowanych, choć o dobrych intencjach. Było ich zbyt wielu, a niektórzy przeklętymi telefonami nagrywali scenę rozgrywającą się przed nimi.

Wszyscy krzyczeli i nakazywali mu się zatrzymać.

Simon oswobodził nogę. Pośpiesznie ruszył ścieżką, kierując się za Paige.

Było jednak za późno. Został otoczony przez tłum.

Ktoś próbował go obezwładnić. Simon zamachnął się na niego łokciem. Facet jęknął i cofnął się o krok. Inny dwiema rękami chwycił Simona wpół. Ten zdjął je z siebie, jakby rozpinał pas, i wyrywając się rzekomym obrońcom, usiłował pobiec za córką.

Ale było zbyt tłoczno.

– Moja córka! – zawołał. – Proszę… zatrzymajcie ją…

W tym zamieszaniu nikt go jednak nie słyszał, a może po prostu nie chciał słuchać szaleńca, którego należy unieszkodliwić.

Rzucił się na niego kolejny turysta. I jeszcze jeden.

Przewracając się w końcu, Simon spojrzał jeszcze w dal i zobaczył, że córka wróciła na ścieżkę. Upadł ciężko. A gdy usiłował się podnieść, spadły na niego ciosy. Wiele ciosów. W efekcie miał złamane trzy żebra i dwa palce. Doznał wstrząsu mózgu i wymagał założenia dwudziestu dwóch szwów.

Nie czuł jednak nic poza bólem pękającego serca.

Przygniotło go następne ciało. Słyszał krzyki i wrzaski, potem znalazł się w otoczeniu policjantów, którzy przewrócili go na brzuch i zakuli w kajdanki. Jeden z nich wbił mu kolano w plecy. Simon uniósł głowę ostatni raz i dostrzegł córkę przyglądającą się temu zza drzewa.

– Paige!

Ale nie podeszła. Uciekła i Simon ponownie uświadomił sobie, że ją zawiódł.

Rozdział 2

Gliniarze na jakiś czas zostawili go leżącego twarzą w dół na asfalcie, z dłońmi skutymi na plecach. Potem czarnoskóra policjantka o nazwisku Hayes, jak wyczytał z plakietki, pochyliła się nad nim, spokojnie poinformowała go, że jest zatrzymany, i zaczęła recytować mu jego prawa. Simon miotał się i krzyczał, błagając, żeby ktoś, ktokolwiek, zatrzymał jego córkę. Hayes jednak nie przerywała recytacji.

Wreszcie skończyła, wyprostowała się i odwróciła. Simon znowu gorączkowo zaczął mówić o córce. Nikt go jednak nie słuchał, być może dlatego, że zachowywał się jak obłąkany. Usiłował więc się uspokoić i przybrać łagodniejszy ton.

– Panie władzo? Pani władzo? Proszę państwa?

Nadal wszyscy go ignorowali i tylko spisywali zeznania świadków. Kilku turystów pokazywało nagrania z całego zajścia, które – jak sobie wyobrażał – nie stawiały go w najlepszym świetle.

– To była moja córka – spróbował ponownie. – Chciałem ją ratować. Została przez niego porwana.

To ostatnie stwierdzenie mijało się z prawdą, ale chciał wywołać jakąś reakcję. Daremnie.

Rozglądając się za Aaronem, odwrócił głowę w lewo, a potem w prawo. Ale facet zniknął.

– Gdzie on jest?! – wykrzyknął, znowu jak czubek.

Hayes wreszcie na niego spojrzała.

– Kto?

– Aaron.

Nic.

– No, ten, którego uderzyłem. Gdzie się podział?

Brak odpowiedzi.

Poziom adrenaliny w jego krwi zaczął opadać i ciało powoli ogarnęła fala bólu wywołującego mdłości. W końcu – nie miał pojęcia, po jakim czasie – Hayes i wysoki biały gliniarz o nazwisku White, jak wynikało z plakietki, podnieśli go, zawlekli do radiowozu i wsadzili na tylne siedzenie. Potem White usiadł za kierownicą, a Hayes zajęła miejsce obok niego. Policjantka, z jego portfelem w dłoni, odwróciła się i zapytała:

– To co się stało, panie Greene?

– Rozmawiałem z córką. Wkroczył między nas jej chłopak. Próbowałem go obejść…

Urwał.

– I? – ponagliła go Hayes.

– Zatrzymaliście go? Pomożecie mi odnaleźć córkę?

– I? – powtórzyła pytanie policjantka.

Simon był oszalały, ale nie szalony.

– Doszło do sprzeczki.

– Sprzeczki.

– Tak.

– Może ją nam pan zrelacjonować?

– Co takiego?

– Tę sprzeczkę.

– Najpierw proszę mi powiedzieć, co z moją córką – zdobył się na jeszcze jedną próbę. – Paige Greene. Facet, który według mnie przetrzymuje ją wbrew woli, nazywa się Aaron Corval. Usiłowałem pomóc…

– Hm – mruknęła Hayes. – I dlatego uderzył pan bezdomnego?

– Uderzyłem… – Simon nie dokończył. Wiedział swoje.

– No więc uderzył pan…? – podjęła Hayes.

Nie odpowiedział.

– Tak myślałam – skomentowała. – Wszędzie ma pan krew. Nawet na swoim eleganckim krawacie. Od Hermèsa?

Rzeczywiście, od Hermèsa. Simon jednak nie kontynuował. Koszulę wciąż miał zapiętą pod szyję, a krawat zawiązany po windsorsku.

– Gdzie moja córka?

– A skąd mam wiedzieć? – rzuciła Hayes.

– To nie powiem nic więcej, dopóki nie porozumiem się ze swoim adwokatem.

– Jak pan sobie życzy.

Odwróciła głowę i więcej się nie odzywała. Zawieźli Simona na pogotowie w Mount Sinai West przy Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy niedaleko Dziesiątej Alei, gdzie natychmiast zabrano go na prześwietlenie. Lekarz w turbanie, z wyglądu zbyt młody, żeby wpuszczano go na filmy od siedemnastego roku życia, unieruchomił mu palce i zaszył rany na głowie. Jak wyjaśnił, na złamane żebra niewiele można było zaradzić poza „ograniczeniem aktywności ruchowej przez jakieś sześć tygodni”.

Reszta przypominała surrealistyczny koszmar: jazda na posterunek przy Setnej Ulicy, zdjęcia policyjne, odciski palców, cela. Dali mu telefon komórkowy, jak na filmach. Simon zamierzał zadzwonić do Ingrid, ale po namyśle postanowił skontaktować się ze szwagrem, jednym z najlepszych prawników na Manhattanie.

– Zaraz kogoś do ciebie przyślę – oznajmił Robert.

– Ty sam się tym nie zajmiesz?

– Prawo kryminalne to nie moja działka.

– Naprawdę sądzisz, że potrzebuję prawnika od spraw kryminalnych…?

– Owszem, sądzę. Poza tym jestem z Yvonne w domku na plaży. Za długo bym jechał. Czekaj spokojnie.

Pół godziny później przywitała się z nim zdecydowanym uściskiem dłoni drobna kobieta po siedemdziesiątce z posiwiałymi blond włosami i ogniem w oczach.

– Hester Crimstein – przedstawiła się. – Przysłał mnie Robert.

– Simon Greene.

– Hm, jestem renomowaną prawniczką, więc się domyśliłam. A teraz niech pan powtórzy za mną, panie Greene: „Jestem niewinny”.

– Słucham?

– Proszę powtórzyć.

– Jestem niewinny.

– Doskonale, dobra robota, wycisnął mi pan łzy z oczu. – Hester Crimstein nachyliła się ku niemu. – Tylko to wolno panu mówić… i tylko wtedy wypowie pan te słowa, kiedy sąd udzieli panu głosu. Rozumiemy się?

– Rozumiemy.

– Czy to wymaga przećwiczenia na sucho?

– Nie, chyba nie.

– Pojętny chłopiec.

Kiedy wkroczyli na salę sądową i prawniczka oznajmiła: „Hester Crimstein z ramienia obrony”, rozległ się szmer. Sędzia spojrzał na nią uważnie i uniósł brew.

– Pani mecenas, co za zaszczyt. Co sprowadza panią na moją skromną salę sądową?

– Jestem tu, żeby zapobiec poważnej pomyłce wymiaru sprawiedliwości.

– Na pewno. – Sędzia złożył dłonie i przywołał uśmiech na twarz. – Miło cię znowu widzieć, Hester.

– Nie mówisz poważnie.

– Rzeczywiście – potwierdził sędzia. – Bynajmniej.

To wyraźnie zadowoliło Hester.

– Dobrze wyglądasz, Wysoki Sądzie. Do twarzy ci w czarnej todze.

– Co, w tej starej szmacie?

– Wyszczupla cię.

– No nie? – Sędzia się wyprostował. – Co ma do powiedzenia oskarżony?

Hester spojrzała na Simona znacząco.

– Jestem niewinny.

Prawniczka z aprobatą skinęła głową. Prokurator zażądał pięciu tysięcy dolarów kaucji. Hester nie zakwestionowała tej kwoty. Kiedy przebrnęli przez procedury sądowe, załatwili sprawy papierkowe i mogli wyjść, Simon ruszył do wyjścia od frontu, a wtedy Hester położyła mu dłoń na przedramieniu.

– Nie tędy.

– Dlaczego nie?

– Będą już czekać.

– Kto taki?

Wezwała windę, zerknęła na światełka nad drzwiami i rzuciła:

– Chodź za mną.

Znaleźli się na schodach, którymi zeszli dwa piętra. Hester skierowała się na tył budynku. Wyjęła telefon komórkowy.

– Jesteś w Eggloo na Mulberry, Tim? Dobra. Za pięć minut.

– Co się dzieje? – zapytał Simon.

– Dziwne.

– Co dziwne?

– Odzywasz się, chociaż ci mówiłam, żebyś milczał – wyjaśniła.

Ruszyli w dół ciemnym korytarzem, Hester szła pierwsza. Skręciła w prawo i znowu w prawo. Wreszcie dotarli do wyjścia dla pracowników. Wchodzący i wychodzący pokazywali ochronie przepustki, Hester jednak podeszła prosto do drzwi.

– Nie może pani tak po prostu wyjść – zwrócił się do niej wartownik.

– Niech nas pan aresztuje.

Chwilę później byli na zewnątrz. Przeszli przez Baxter Street, przecięli zielone tereny Columbus Park, minęli trzy boiska do siatkówki i znaleźli się na Mulberry Street.

– Lubisz lody? – zagadnęła Hester.

Simon nie odpowiedział. Wskazał swoje zamknięte usta.

Hester westchnęła.

– Możesz mówić.

– Hm.

– W Eggloo mają kanapki lodowe, za które warto oddać życie. Poleciłam kierowcy kupić dla nas dwie na drogę.

Przed kawiarnią czekał czarny mercedes. Kierowca trzymał kanapki lodowe. Jedną podał Hester.

– Dzięki, Tim. Simon?

Odmówił. Prawniczka wzruszyła ramionami.

– Częstuj się, Tim.

Ugryzła kęs swojej i zręcznie wsiadła na tylne siedzenie samochodu. Simon usadowił się obok niej.

– Moja córka… – zaczął.

– Policja jej nie odnalazła.

– A co z Aaronem Corvalem?

– Z kim?

– Tym facetem, którego uderzyłem.

– Hola, hola, to nie pora na żarty. Chcesz powiedzieć: „Którego rzekomo uderzyłem”.

– Wszystko jedno.

– Żadne „wszystko jedno”. Nawet w rozmowie prywatnej.

– W porządku, zrozumiałem. Czy wiesz, gdzie…

– On także się oddalił.

– Jak to „się oddalił”?

– Co jest niejasnego w tym określeniu? Uciekł, zanim spisała go policja. Dla ciebie to dobrze. Nie ma ofiary, nie ma przestępstwa. – Odgryzła kolejny kęs lodowej kanapki i wytarła kącik ust. – Sprawa zostanie szybko umorzona, ale… Posłuchaj, mam znajomą. Nazywa się Mariquita Blumberg. To prawdziwa suka… nie taka słodka jak ja. Ale to najlepsza prawniczka w tym mieście. Zwerbujemy ją do twojej kampanii piarowej.

Kierowca uruchomił silnik. Mercedes ruszył na północ i skręcił w Bayard Street.

– Kampanii piarowej? A po co mi…?

– Zaraz ci wytłumaczę, ale na razie skupmy się na jednym. Opowiedz mi, co się stało. Wszystko po kolei. Od początku do końca.

Opowiedział. Hester zwróciła ku niemu swoje drobne ciało. Należała do osób, które wynoszą umiejętność słuchania do poziomu sztuki. Poświęciła mu całą swoją uwagę. Jej wzrok był jak laser skierowany wprost na niego. Skupiała się na każdym jego słowie z tak silną empatią, że wręcz namacalną.

– Ojej, tak mi przykro – oświadczyła, kiedy skończył. – To naprawdę okropne.

– Więc rozumiesz.

– O tak.

– Muszę odnaleźć Paige. Albo Aarona.

– Jeszcze zapytam policję, ale jak powiedziałam, zdaje się, że oboje zbiegli.

Kolejna ślepa uliczka. Simon znowu zaczął odczuwać ból w całym ciele. Wszystkie mechanizmy obronne, substancje chemiczne, które jeśli nie blokują bólu, to przynajmniej go tłumią, przestawały działać w szybkim tempie. Nie było lepiej, tylko gorzej.

– Więc po co mi ta kampania piarowa? – zapytał wreszcie.

Hester wyjęła telefon komórkowy i zaczęła stukać w wyświetlacz.

– Nie znoszę tego. Tyle informacji i tyle funkcji, a cholerstwo głównie rujnuje ci życie. Masz dzieci, prawda? No tak. Ile godzin dziennie zajmuje im… – Nie dokończyła. – Ale to nie pora na wykład. Zobacz.

Podała mu komórkę.

Simon zorientował się, że znalazła film na YouTubie, który miał dwieście osiemdziesiąt dziewięć wejść. Kiedy zobaczył zajawkę i przeczytał tytuł, zrobiło mu się słabo.

UPRZYWILEJOWANY BIJE BIEDAKA.FINANSISTA Z WALL STREET ZNĘCA SIĘ NAD BEZDOMNYM.DADDY WARBUCKS1 ZAŁATWIA UBOGIEGO.BROKER KONTRA WŁÓCZĘGA.TEN, CO MA, TŁUCZE TEGO, CO NIE MA.

Zerknął na Hester, która współczująco wzruszyła ramionami. Wyciągnęła rękę i palcem wskazującym nacisnęła PLAY. Wideo zostało nakręcone przez kogoś o ksywie ZorraStiletto i przed dwoma godzinami zamieszczone w sieci. ZorraStiletto filmował trzy kobiety (żonę i dwie córki?), gdy jego uwagę przykuło jakieś zamieszanie. Obiektyw zwrócony w lewą stronę złapał ostrość na Simona (dlaczego, do cholery, nie przebrał się w coś innego albo chociaż nie poluzował krawata?) w chwili, gdy Paige próbowała mu się wyrwać i do akcji wkroczył Aaron. Oczywiście wyglądało to, jakby bogaty, uprzywilejowany facet w garniturze zaczepiał (albo jeszcze coś gorszego) znacznie młodszą kobietę, której na pomoc przyszedł bezdomny będący tego świadkiem.

Kiedy przestraszona dziewczyna schowała się za plecami wybawiciela, mężczyzna w garniturze zaczął się drzeć. Młoda kobieta odbiegła. Garniturowiec próbował odepchnąć bezdomnego i pójść za nią. Simon wiedział, co za chwilę zobaczy. Mimo to oglądał dalej, z szeroko otwartymi oczami, pełen nadziei, jakby istniała szansa, że garniturowiec nie okaże się takim kretynem, aby podnieść rękę i walnąć bezdomnego prosto w twarz.

Tak się jednak nie stało.

Gdy biedny dobry samarytanin, kuląc się, upadł na ziemię, polała się krew. Nieprzejęty bogacz chciał nad nim przejść, ale ten złapał go za nogę. Kiedy interweniował Azjata w bejsbolówce – niewątpliwie następny dobry samarytanin – gość w garniturze zdzielił go łokciem w nos.

Simon zamknął oczy.

– O rany.

– No cóż…

Ponownie uniósł powieki, po czym zignorował kardynalną zasadę dotyczącą wszystkich artykułów i wideo w sieci: „Nigdy nie czytaj komentarzy”.

Bogatym zawsze się wydaje, że takie rzeczy ujdą im na sucho.

On chciał zgwałcić tę dziewczynę! Co za szczęście, że przeszkodził mu tamten dzielny człowiek.

Daddy Warbucks powinien dostać dożywocie. I kropka.

Założę się, że Richie Rich2 się z tego wywinie. Gdyby był czarny, dostałby kulkę.

Facet, który uratował tę dziewczynę, jest prawdziwym bohaterem. A ten bogaty za przyzwoleniem burmistrza kupi sobie wolność.

– Są i dobre wiadomości – zauważyła Hester. – Masz kilku fanów. – Wzięła od niego telefon, przewinęła komentarze i wskazała parę z nich.

Ten bezdomny pewnie żyje z kartek żywnościowych. Gratulacje dla garniturowca, że robi porządki.

Gdyby ten śmierdzący nierób znalazł sobie pracę, zamiast żyć z zasiłku, toby nie oberwał.

Profilowe awatary jego „zwolenników” miały przy sobie albo orły, albo flagi amerykańskie.

– Super – rzucił Simon. – Mam wsparcie psycholi.

– Och, nie skreślaj ich. Kilku może zasiąść na ławie przysięgłych. Choć żadnej ławy nie będzie. Ani nawet procesu. Zrób coś dla mnie.

– Co?

– Kliknij ODŚWIEŻ – poprosiła Hester.

Nie bardzo wiedział, o co jej chodzi, więc sięgnęła i sama nacisnęła strzałkę u góry ekranu. Wideo załadowało się ponownie. Hester wskazała liczbę wejść, która, jak się okazało, w ciągu ostatnich – ilu? – dwóch minut podskoczyła do czterystu pięćdziesięciu trzech tysięcy.

– Gratulacje – skomentowała prawniczka. – Twój występ stał się hitem w internecie.

Rozdział 3

Simon wyglądał przez okno, choć znajoma zieleń parku zacierała mu się przed oczami. Gdy kierowca skręcił z Central Park Zachodniej w lewo, w Zachodnią Sześćdziesiątą Siódmą, Hester mruknęła:

– Oho.

Simon się odwrócił.

Przed jego mieszkaniem parkowały w dwóch rzędach furgonetki serwisów informacyjnych. Za niebieskimi barierkami z napisem:

PIERŚCIEŃ POLICYJNY. NIE PRZEKRACZAĆ. POLICJA MIASTA NOWY JORK

stało ponad dwudziestu demonstrantów.

– Gdzie twoja żona? – zapytała Hester.

Ingrid… Zupełnie o niej zapomniał; nie pomyślał, jaka będzie jej reakcja na to wszystko. Jednocześnie uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, która godzina. Spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej po południu.

– W pracy.

– Jest pediatrą, prawda?

Kiwnął głową.

– W NewYork-Presbyterian przy Sto Sześćdziesiątej Ósmej.

– Kiedy kończy pracę?

– Dziś o siódmej.

– Wraca do domu samochodem?

– Nie, metrem.

– Zadzwoń do niej. Tim po nią podjedzie. A gdzie są dzieci?

– Nie wiem.

– Do nich też zadzwoń. Firma ma mieszkanie w centrum. Możecie zatrzymać się w nim na noc.

– Przenocujemy w hotelu.

Hester pokręciła głową.

– Tam was znajdą. Nasze mieszkanie to lepszy pomysł i to wcale nie znaczy, że się chowamy.

Nic na to nie odpowiedział.

– Jeśli nie będziemy podsycać ognia, to minie, Simon. Jutro, najdalej pojutrze ci wariaci zaczną żyć nową sensacją. W Ameryce trudno utrzymać czyjąś uwagę dłużej niż przez chwilę.

Zadzwonił do Ingrid, ale ponieważ tego dnia miała dyżur na pogotowiu, włączyła się poczta głosowa. Zostawił szczegółową wiadomość. A potem zatelefonował do Sama, który – jak się okazało – zdążył się o wszystkim dowiedzieć.

– Wideo ma już milion wejść – powiedział. Syn sprawiał wrażenie przestraszonego i jednocześnie pełnego podziwu. – Nie mogę uwierzyć, że przyłożyłeś Aaronowi. – I dodał: – Akurat ty.

– Usiłowałem tylko przemówić do twojej siostry.

– Wszyscy myślą, że jesteś jakimś bogatym brutalem.

– To nie było tak.

– No wiem.

Milczenie.

– Więc przyjedzie po ciebie Tim, ten kierowca…

– Nie trzeba. Zatrzymam się u Bernsteinów.

– Na pewno?

– Tak.

– Jego rodzice nie mają nic przeciwko?

– Larry mówi, że nie ma problemu. Pojadę z nim po ćwiczeniach.

– Skoro tak wolisz…

– Tak będzie prościej.

– Na to wygląda. Ale gdybyś zmienił zdanie…

– Jasne, rozumiem – przerwał ojcu Sam, po czym dorzucił łagodniejszym tonem: – Widziałem… to znaczy zobaczyłem na tym filmie Paige… Wyglądała…

Znowu milczenie.

– Hm… – mruknął Simon. – Wiem.

Trzy razy próbował skontaktować się z Anyą. Nie odbierała jednak telefonu. W końcu zauważył na wyświetlaczu, że córka oddzwania. Kiedy odebrał, usłyszał nie ją.

– Cześć, Simon, tu Suzy Fiske.

Suzy mieszkała dwa piętra niżej. Jej córka Delia chodziła do tych samych szkół co Anya, od samego przedszkola, gdzie poznały się jako trzylatki.

– Czy z Anyą wszystko w porządku? – zapytał.

– Och, nic jej nie jest. To znaczy nie ma powodu do zmartwienia. Tylko trochę się zdenerwowała. No wiesz, przez ten film.

– Widziała go?

– Hm. Znasz Alyssę Edwards? Pokazywała go wszystkim rodzicom, gdy przyjechali po dzieci… a one same już… no, wiesz, jak to jest. Mielą jęzorami.

Wiedział, jak to jest.

– Możesz dać mi Anyę?

– To chyba nie jest najlepszy pomysł, Simon.

Gówno mnie obchodzi twoje zdanie, pomyślał, ale przezornie – czyżby jednak uczył się na błędach? – nie wypowiedział tego na głos.

Zresztą Suzy nie była niczemu winna.

Odchrząknął i zmienił ton na łagodniejszy.

– Mogłabyś jednak ją poprosić?

– Jasne, Simon, spróbuję. – Musiała odwrócić głowę, bo dźwięk był słabszy, jakby dobiegał z dalszej odległości. – Anya, tata chciałby z tobą… Anya? – Teraz wszystkie odgłosy były stłumione. Simon czekał cierpliwie. – Kręci głową. Posłuchaj, Simon, ona może tu zostać, jak długo będzie trzeba. Zadzwoń później albo niech zrobi to Ingrid, gdy już wróci z pracy.

Faktycznie nie było powodu, żeby nalegać.

– Dzięki, Suzy.

– Strasznie mi przykro.

– Doceniam, że chcesz pomóc.

Zakończył połączenie. Hester siedziała obok; patrzyła przed siebie i jadła kanapkę lodową.

– Pewnie żałujesz, że nie skorzystałeś, kiedy cię częstowałam, co? – powiedziała, po czym zwróciła się do kierowcy: – Tim?

– Tak, Hester?

– Masz w lodówce jeszcze jedne lody?

– Mam.

Prawniczka wzięła od niego kanapkę lodową i pokazała Simonowi.

– Dopiszesz to do rachunku, prawda? – zapytał.

– Ja osobiście nie.

– Twoja firma.

Skwitowała to wzruszeniem ramion.

– Jak myślisz, dlaczego tak ich cisnę? – Wręczyła mu lody.

Ugryzł kawałek i na chwilę mu to pomogło.

Ale nie na dłużej.

• • •

Apartament firmy prawniczej mieścił się w wysokim biurowcu, piętro niżej niż gabinet Hester, i robił wrażenie. Wszędzie beżowe dywany. Beżowe meble. Beżowe ściany. Dekoracyjne poduszki… także beżowe.

– Oryginalny wystrój, nie sądzisz? – zapytała Hester.

– Ładny, jeśli lubi się beż.

– „Barwy ziemi”, tak brzmi określenie poprawne politycznie.

– Barwy ziemi – powtórzył Simon. – Czyli gleby.

Hester to się spodobało.

– Nazywam to wczesnym stylem amerykańskim. – Jej komórka zasygnalizowała przyjście esemesa. Prawniczka przeczytała wiadomość. – Twoja żona jest już w drodze, zaraz tu będzie. Zjadę po nią.

– Dzięki.

Hester wyszła. Simon zaryzykował i spojrzał na swój telefon. Zbyt wiele esemesów i nieodebranych połączeń. Przewinął wszystkie i zatrzymał się przy wiadomościach od Yvonne – jego wspólniczki w PPG Wealth Management i jednocześnie siostry Ingrid. Był jej winien jakieś wyjaśnienie. Więc napisał do niej:

Nic mi nie jest. To długa historia.

Ujrzał drobne kropki świadczące o tym, że Yvonne odpisuje.

Możemy jakoś pomóc?

Nie. W razie czego jutro mi powiesz, co w firmie.

Nie ma sprawy.

Odezwę się, kiedy znajdę chwilę.

Odpowiedź Yvonne zawierała kilka pocieszających emotikonów, które mówiły, że nie ma pośpiechu i że wszystko będzie dobrze.

Przejrzał resztę wiadomości.

Od Ingrid nic nie przyszło.

Przez kilka minut krążył po beżowych dywanach w apartamencie, sprawdził, jaki jest widok z okien, przysiadł na beżowej kanapie, znowu wstał i znowu zaczął krążyć. Gdy zadzwonił telefon, czekał, żeby włączyła się poczta głosowa, dopóki nie zobaczył, że to ktoś ze szkoły Anyi. Kiedy odebrał i powiedział „Słucham?”, dzwoniący wyraźnie się speszył.

– Ojej… – To był Ali Karim, dyrektor Abernathy Academy. – Nie spodziewałem się, że uda mi się z panem połączyć.

– Wszystko w porządku?

– Z Anyą tak. Chodzi o coś innego.

– Słucham. – Ali Karim należał do tych nauczycieli, którzy noszą tweedowe marynarki z łatami na łokciach, mają zmierzwione bokobrody i zbyt długie włosy na wysokim, łysiejącym czole. – Co mogę dla pana zrobić, Ali?

– To delikatna sprawa.

– Hm.

– Ten bal dobroczynny dla rodziców w przyszłym miesiącu…

Simon czekał na dalszy ciąg.

– Jak pan wie, jutro mamy spotkanie komitetu organizacyjnego.

– Wiem – potwierdził Simon. – Ingrid i ja jesteśmy współprzewodniczącymi.

– Właśnie. I w tym rzecz.

Mimowolnie ścisnął słuchawkę w dłoni. Dyrektor szkoły czekał, żeby Simon coś powiedział, zapełnił ciszę. Ale on nie ułatwił mu sprawy.

– Niektórzy z rodziców uważają, że będzie lepiej, jeśli pan nie przyjdzie.

– Którzy?

– Wolałbym nie zdradzać.

– Dlaczego?

– Simon, niech pan nie utrudnia sprawy. To wideo nie zrobiło na nich najlepszego wrażenia.

– A… – odparł Simon.

– Słucham?

– Czy to już wszystko, Ali?

– No, nie całkiem.

Znowu zaczekał, żeby Simon coś powiedział. A ten znowu milczał.

– Jak pan się orientuje, tegoroczny bal ma na celu zebranie pieniędzy dla Koalicji na rzecz Bezdomnych. W świetle ostatnich wydarzeń sądzimy, że pan i Ingrid nie powinniście współprzewodniczyć komitetowi.

– Jakich ostatnich wydarzeń?

– Och, proszę pana…

– To nie był bezdomny. Tylko dealer narkotyków.

– Nie wiedziałem…

– Zdaję sobie sprawę – powiedział Simon. – Dlatego panu mówię.

– …ale wrażenie jest często ważniejsze niż prawda.

– Wrażenie jest często ważniejsze niż prawda – powtórzył za nim Simon. – Czy tego uczycie dzieci?

– Tu ważny jest skutek.

– Cel uświęca środki, tak?

– Nie to chciałem powiedzieć.

– Niezły z pana wychowawca, Ali.

– Chyba pana uraziłem.

– Raczej pan rozczarował, ale w porządku. Tylko proszę zwrócić nam czek.

– Nie rozumiem?

– Nie mianował nas pan współprzewodniczącymi dla naszych zdolności przywódczych. Ale dlatego, że ofiarowaliśmy dużą sumę na ten bal. – On i Ingrid dali te pieniądze nie ze względu na cel przedsięwzięcia. Tak to jest: rzadko chodzi o sprawę. Sprawa to kwestia uboczna. Chodzi o to, żeby podlizać się szkole i jej kierownictwu, komuś takiemu jak Ali Karim. Jeśli chce się wspierać jakiś szlachetny cel, to się go wspiera. Czy naprawdę potrzeba zachęty w postaci nudnej kolacji z gumowatym łososiem, żeby postępować jak trzeba? – A skoro nie jesteśmy już współprzewodniczącymi…

W głosie Alego zabrzmiało niedowierzanie.

– Chce pan wycofać swoją donację?

– Owszem. Wolałbym, żeby odesłał pan pieniądze przelewem, bo jeśli zostaną zwrócone na kartę, będę je miał dopiero za dwa dni, ale jeśli nie da się inaczej, to trudno. Miłego dnia, Ali.

Simon rozłączył się i rzucił telefon na beżową poduszkę, leżącą na beżowej kanapie. Zamierzał wpłacić datek na rzecz bezdomnych – przecież nie był hipokrytą – ale nie poprzez szkołę z jej balem dobroczynnym.

Kiedy się odwrócił, w salonie stały Ingrid i Hester, które na niego patrzyły.

– Nie tyle rada prawna, ile prywatna – odezwała się prawniczka. – Przez kilka następnych godzin nie wdawaj się w poważne rozmowy, dobra? Ludzie pod wpływem presji działają głupio i pochopnie. Ty nie, oczywiście. Ale lepiej być przezornym, niż potem żałować.

Simon spojrzał na Ingrid. Jego żona była wysoka, postawna, o wydatnych kościach policzkowych i krótkich siwawych jasnych włosach, które zawsze wyglądały modnie. W college’u pracowała trochę jako modelka, jej urodę określano jako „chłodną, skandynawską” i pewnie na początku takie właśnie robiła wrażenie, przez co jej droga zawodowa wydawała się nieco zaskakująca: pediatra powinien mieć w sobie ciepło. Dzieci jednak postrzegały ją inaczej. Kochały Ingrid i miały do niej zaufanie. To niesamowite, że potrafiły przejrzeć ją na wylot i dostrzec jej serce.

– Zostawię was z tym – powiedziała Hester.

Nie sprecyzowała, z czym konkretnie, ale chyba nie musiała. Kiedy znaleźli się sami, Ingrid wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć „a co tam”, i Simon zaczął opowiadać jej całą historię.

– Wiedziałeś, gdzie znajdziesz Paige? – zapytała w końcu żona.

– Już ci mówiłem. Dowiedziałem się od Charliego Crowleya.

– I poszedłeś tam. A wtedy ten drugi bezdomny, Dave…

– Nie mam pojęcia, czy jest bezdomny. Wiem tylko, że prowadzi harmonogram występów grajków ulicznych.

– Naprawdę chcesz się wdawać ze mną w gierki słowne, Simon?

Nie miał takiego zamiaru.

– Więc ten Dave… Powiedział ci, że Paige tam będzie?

– Tak przypuszczał, owszem.

– I mi tego nie powiedziałeś?

– Nie miałem pewności. Po co miałem cię denerwować?

Pokręciła głową.

– No co?

– Nigdy mnie nie okłamujesz, Simon. To nie w twoim stylu.

Fakt. Nie okłamywał żony i w pewnym sensie teraz też jej nie okłamał, nie powiedział jej jednak całej prawdy i to nie było w porządku.

– Przepraszam – rzucił.

– Nie powiedziałeś mi, bo się obawiałeś, że cię powstrzymam.

– Częściowo – przyznał.

– I dlaczego jeszcze?

– Bo musiałbym ci wyjawić całą resztę. Że wciąż jej szukam.

– Chociaż uzgodniliśmy, że z tego zrezygnujemy.

Technicznie rzecz biorąc, nie uzgodnili. Tak zdecydowała Ingrid, a on się nie sprzeciwił, nie była to jednak pora na takie niuanse.

– Nie mogłem… nie mogłem tak po prostu pozwolić jej odejść.

– A sądziłeś, że ja mogę?

Nie odezwał się.

– Wydaje ci się, że cierpisz bardziej ode mnie?

– Jasne, że nie.

– Chrzanienie. Uważasz, że jestem zimna.

Niemal odparł: „Ależ skąd”, ale czy gdzieś w głębi duszy tak nie myślał?

– Co zamierzałeś, Simon? Znowu odwyk?

– Dlaczego nie?

Ingrid przymknęła oczy.

– Ile razy już próbowaliśmy?

– O jeden raz za mało. I tyle. O jeden raz za mało.

– To nie byłaby żadna pomoc. Paige musi sama do tego dojrzeć. Czy nie rozumiesz? Nie dlatego „pozwoliłam jej odejść” – Ingrid prawie wypluła te słowa – że już jej nie kocham. Pozwoliłam jej na to, bo odeszła wcześniej… i nie możemy siłą sprowadzić jej z powrotem. Słyszysz mnie? Nie możemy. Tylko ona o tym decyduje.

Simon opadł na kanapę. Ingrid usiadła obok. Po jakimś czasie oparła głowę na jego ramieniu.

– Chciałem dobrze – odezwał się.

– Wiem.

– I zawaliłem sprawę.

Przyciągnęła go do siebie.

– Wszystko się ułoży.

Pokiwał głową, chociaż wiedział, że tak się nie stanie, to niemożliwe.