Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 273 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Schronienie - Harlan Coben

Mickey Bolitar, piętnastoletni bratanek Myrona, ma mnóstwo problemów. Jego ojciec niedawno zginął w wypadku samochodowym, a matka po tej tragedii załamała się i zaczęła zażywać narkotyki. Chłopiec musiał zamieszkać z nielubianym wujem i zmienić szkołę. W nowej szkole zyskuje sobie przyjaciół i wrogów, tych ostatnich zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Wydaje się jednak, że jego życie zmieni się na lepsze, kiedy zdobywa śliczną dziewczynę, Ashley. Gdy ta nieoczekiwanie znika bez śladu, Mickey nie chce się z tym pogodzić. Szukając Ashley odkrywa szereg dziwnych faktów, z których wynika, iż ta pozornie skromna i nieśmiała dziewczyna może być kimś zupełnie innym niż się wydawało. Ponadto mieszkająca w sąsiedztwie zdziwaczała staruszka wygłasza zagadkową uwagę, że ojciec Mickeya wcale nie umarł... Wstrząśnięty Mickey razem z nowymi przyjaciółmi, Łyżką i Emą, próbuje rozwikłać i tę tajemnicę.

Opinie o ebooku Schronienie - Harlan Coben

Cytaty z ebooka Schronienie - Harlan Coben

wolałem omijać ten upiorny dom – gdy zaskrzypiały otwierane drzwi. Zamarłem. Przez moment nic się nie działo. Drzwi były otwarte na oścież, ale nikt w nich nie stał. Zatrzymałem się i czekałem. Może zamrugałem.
jesteś dziewczyną, która waży około stu kilogramów, a tu zmuszają cię do włożenia szortów i w ramach bezsensownych ćwiczeń twoi nowi i mniejsi koledzy mają cię taszczyć jak beczkę piwa, podczas gdy ty masz ochotę zwinąć się w kłębek i umrzeć. Czy
Odrabiam lekcje! – krzyknąłem. To doskonałe zaklęcie odpędzające niechcianych opiekunów. Gdy krzykniesz „odrabiam lekcje”, rodzice zawsze zostawiają cię w spokoju. To działa lepiej niż krzyż na wampiry.

Fragment ebooka Schronienie - Harlan Coben

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY (współ­au­tor)

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE

2011 ROKU (współ­au­tor)

My­ron Bo­li­tar

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

Mic­key Bo­li­tar

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.har­lan­co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

SHEL­TER

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2012

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: ethy­lal­ko­hol/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-019-9

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Char­lot­te, Bena, Wil­la i Eve

1

Sze­dłem do szko­ły, uża­la­jąc się nad sobą – mój oj­ciec nie żył, mat­ka była na od­wy­ku, a dziew­czy­na za­gi­nę­ła – kie­dy po raz pierw­szy uj­rza­łem Nie­to­pe­rzy­cę.

Oczy­wi­ście sły­sza­łem plot­ki. Po­dob­no Nie­to­pe­rzy­ca miesz­ka­ła sa­mot­nie w za­nie­dba­nym domu na rogu Ho­bart Gap Road i Pine. Zna­cie go. Te­raz przed nim sta­łem. Wy­bla­kła żół­ta far­ba ob­ła­zi­ła z nie­go jak sierść ze sta­re­go psa. Nie­gdyś so­lid­ny ce­men­to­wy chod­nik po­pę­kał na ka­wał­ki wiel­ko­ści ćwierć­do­la­ró­wek. Na nie­ko­szo­nym traw­ni­ku ro­sły mle­cze tak duże, że bez py­ta­nia wpusz­czo­no by je do sek­sklu­bu.

Mó­wio­no, że Nie­to­pe­rzy­ca ma sto lat i wy­cho­dzi tyl­ko w nocy, a je­śli ja­kiś bied­ny dzie­ciak nie zdą­żył wró­cić do domu z rand­ki albo tre­nin­gu Ma­łej Ligi i za­ry­zy­ko­wał spa­cer, za­miast we­zwać tak­sów­kę, albo był tak sza­lo­ny, że pró­bo­wał skró­tu przez jej po­dwór­ko, do­pa­da­ła go.

Nie wia­do­mo, co mia­ła­by ro­bić swo­im ofia­rom. Od lat w mia­stecz­ku nie za­gi­nął ża­den dzie­ciak. Na­sto­lat­ki, ta­kie jak moja dziew­czy­na Ash­ley, jed­ne­go dnia były tu, trzy­ma­ły cię za rękę, spo­glą­da­ły głę­bo­ko w oczy, spra­wia­ły, że ser­ce za­czy­na­ło ci wa­lić w pier­si, a na­stęp­ne­go dnia już ich nie było. Ale małe dzie­ci? Nie. One były bez­piecz­ne, nie za­gra­ża­ła im na­wet Nie­to­pe­rzy­ca.

Tak więc już mia­łem przejść na dru­gą stro­nę uli­cy – bo na­wet ja, doj­rza­ły na­sto­la­tek roz­po­czy­na­ją­cy dru­gą kla­sę w no­wej szko­le, wo­la­łem omi­jać ten upior­ny dom – gdy za­skrzy­pia­ły otwie­ra­ne drzwi.

Za­mar­łem.

Przez mo­ment nic się nie dzia­ło. Drzwi były otwar­te na oścież, ale nikt w nich nie stał. Za­trzy­ma­łem się i cze­ka­łem. Może za­mru­ga­łem. Nie je­stem pew­ny.

Jed­nak kie­dy znów po­pa­trzy­łem, Nie­to­pe­rzy­ca tam była.

Mo­gła mieć sto lat. A może dwie­ście. Nie mia­łem po­ję­cia, dla­cze­go na­zy­wa­no ją Nie­to­pe­rzy­cą. Nie przy­po­mi­na­ła nie­to­pe­rza. Wło­sy mia­ła siwe i dłu­gie jak hi­pi­ska, roz­pusz­czo­ne do pasa. Po­wie­wa­ły na wie­trze, za­sła­nia­jąc jej twarz. Ubra­na była w po­dar­tą bia­łą suk­nię przy­po­mi­na­ją­cą suk­nię ślub­ną ze sta­re­go hor­ro­ru lub he­avy­me­ta­lo­we­go wi­de­okli­pu. Jej ple­cy były wy­gię­te jak znak za­py­ta­nia.

Po­wo­li pod­nio­sła rękę tak bla­dą, że bar­dziej nie­bie­ska­wą od prze­świ­tu­ją­cych żył niż bia­łą, po czym wy­ce­lo­wa­ła we mnie drżą­cy ko­ści­sty pa­lec. Nic nie po­wie­dzia­łem. Ce­lo­wa­ła we mnie pal­cem, aż upew­ni­ła się, że na nią pa­trzę. Kie­dy stwier­dzi­ła, że ją wi­dzę, na jej po­marsz­czo­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, od któ­re­go prze­szły mnie ciar­ki.

– Mic­key?

Nie mia­łem po­ję­cia, skąd zna moje imię.

– Twój oj­ciec nie umarł – po­wie­dzia­ła Nie­to­pe­rzy­ca.

Te sło­wa wy­wo­ła­ły wstrząs, pod któ­re­go wpły­wem cof­ną­łem się o krok.

– Jest jak naj­bar­dziej żywy – do­da­ła.

Jed­nak sto­jąc tam i pa­trząc, jak zni­ka w swo­jej za­pusz­czo­nej no­rze, wie­dzia­łem, że to, co mi po­wie­dzia­ła, nie jest praw­dą.

Po­nie­waż wi­dzia­łem, jak mój oj­ciec umarł.

■ ■ ■

No do­brze, to było upior­ne.

Sta­łem przed do­mem Nie­to­pe­rzy­cy i cze­ka­łem, aż znów wyj­dzie. Nie do­cze­ka­łem się. Pod­sze­dłem do drzwi i po­szu­ka­łem dzwon­ka. Nie było go, więc za­czą­łem w nie wa­lić. Trzę­sły się od ude­rzeń. Drze­wo było szorst­kie jak pa­pier ścier­ny i po­dra­pa­ło mi knyk­cie. Ka­wał­ki far­by osy­py­wa­ły się, jak­by drzwi mia­ły łu­pież.

Jed­nak Nie­to­pe­rzy­ca się nie po­ja­wi­ła.

I co te­raz? Wy­wa­żyć drzwi kop­nia­kiem… a po­tem? Zna­leźć tę sta­rusz­kę w dzi­wacz­nej bia­łej suk­ni i za­żą­dać, żeby wy­ja­śni­ła swo­ją głu­pią ga­da­ni­nę? Może we­szła na pię­tro? Może Nie­to­pe­rzy­ca szy­ku­je się na ko­lej­ny zwa­rio­wa­ny dzień, zdję­ła bia­łą suk­nię i bie­rze prysz­nic…

Fuj!

Czas iść. Prze­cież nie chcia­łem spóź­nić się na pierw­szą lek­cję. Mój wy­cho­waw­ca, pan Hill, to ma­niak punk­tu­al­no­ści. Po­nad­to wciąż mia­łem na­dzie­ję, że Ash­ley dziś się po­ja­wi. Zni­kła bez śla­du. Może te­raz wró­ci rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie.

Po­zna­łem ją trzy ty­go­dnie temu na spo­tka­niu in­te­gra­cyj­nym dla no­wych uczniów (ta­kich jak Ash­ley i ja) oraz roz­po­czy­na­ją­cych na­ukę, któ­rzy i tak już się zna­li, po­nie­waż cho­dzi­li ra­zem do szko­ły pod­sta­wo­wej i gim­na­zjum. Z tego mia­sta chy­ba nikt nie wy­jeż­dża.

Spo­tka­nie po­win­no ogra­ni­czać się do wi­zy­ty w kla­sie, zwie­dze­nia szko­ły i ewen­tu­al­nie po­zna­nia kil­ku ko­le­gów. Jed­nak nie, to nie wy­star­czy­ło. Mu­sie­li­śmy wziąć udział w tych idio­tycz­nych, od­czło­wie­cza­ją­cych i kom­plet­nie szur­nię­tych ćwi­cze­niach „two­rze­nia ze­spo­łu”.

W pierw­szym cho­dzi­ło o „bu­do­wa­nie za­ufa­nia”. Pani Owens, na­uczy­ciel­ka wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, z uśmie­chem wy­glą­da­ją­cym jak wy­ma­lo­wa­ny przez pi­ja­ne­go klau­na, roz­po­czę­ła je, pró­bu­jąc nas roz­ru­szać.

– Dzień do­bry wszyst­kim!

Kil­ka sła­bych ję­ków.

Wte­dy – i nie­na­wi­dzę, kie­dy do­ro­śli to ro­bią – za­czę­ła po­krzy­ki­wać.

– Wiem, że stać was na wię­cej, więc spró­buj­my jesz­cze raz! Dzień do­bry wszyst­kim!

Tym ra­zem ucznio­wie krzyk­nę­li „dzień do­bry!” gło­śniej po pro­stu dla­te­go, że chcie­li, żeby prze­sta­ła.

Zo­sta­li­śmy po­dzie­le­ni na sze­ścio­oso­bo­we gru­py. Moja skła­da­ła się z trzech roz­po­czy­na­ją­cych na­ukę i trzech uczniów star­szych klas, któ­rzy wła­śnie prze­pro­wa­dzi­li się do mia­sta.

– Je­den z was sta­nie te­raz na po­dium z opa­ską na oczach! – wy­krzyk­nę­ła pani Owens. Wszyst­ko, co mó­wi­ła, koń­czy­ła wy­krzyk­ni­kiem. – Resz­ta skrzy­żu­je ręce na pier­si i bę­dzie uda­wa­ła, że po­dium sta­nę­ło w ogniu! Och nie! – Pani Owens przy­ci­snę­ła dło­nie do po­licz­ków jak ten dzie­ciak z fil­mu Ke­vin sam w domu. – Jest tak go­rą­co, że mu­si­cie się cof­nąć!

Ktoś pod­niósł rękę.

– Dla­cze­go mamy stać ze skrzy­żo­wa­ny­mi rę­ka­mi, je­śli po­dium się pali?

Po­twier­dza­ją­ce po­mru­ki.

Na­ma­lo­wa­ny uśmiech pani Owens nie zmie­nił się, ale mia­łem wra­że­nie, że za­uwa­ży­łem ner­wo­wy tik jej pra­we­go oka.

– Ma­cie zwią­za­ne ręce!

– Co ta­kie­go? Nie, skąd­że.

– Uda­waj­cie, że tak jest!

– Je­śli mamy to uda­wać, to po co opa­ska na oczach? Nie moż­na uda­wać, że się nie wi­dzi?

– Albo za­mknąć oczy?

Pani Owens po­wstrzy­my­wa­ła iry­ta­cję.

– Po­dium jest tak go­rą­ce, że pa­da­cie na ple­cy.

– Pa­da­my?

– Czy nie po­win­ni­śmy ra­czej ze­sko­czyć, pani Owens?

– Na­praw­dę, dla­cze­go mamy pa­dać? No wie pani, je­śli jest ta­kie go­rą­ce.

Pani Owens mia­ła dość.

– Po­nie­waż ja tak mó­wię! Ma­cie pa­dać! A resz­ta gru­py ma was ła­pać! Po­tem bę­dzie­cie za­mie­nia­li się miej­sca­mi, aż wszy­scy po ko­lei upad­ną.

Zro­bi­li­śmy to, cho­ciaż nie­któ­rzy z wa­ha­niem. Mam metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i ważę dzie­więć­dzie­siąt kilo. Moi ko­le­dzy skrzy­wi­li się, pa­trząc na mnie. Jed­na z dziew­cząt w mo­jej gru­pie, pierw­szo­rocz­na cała ubra­na na czar­no, była gru­ba. Wiem, że nie po­wi­nie­nem na­zy­wać jej gru­bą, tyl­ko zna­leźć ja­kieś inne, bar­dziej po­praw­ne po­li­tycz­nie sło­wo, ale nie wiem, ja­kie nie brzmia­ło­by zbyt pro­tek­cjo­nal­nie. Spo­rej tu­szy? Pulch­na? Oty­ła? Uży­wam tych słów, nie oce­nia­jąc, tak samo jak po­wie­dział­bym „mała”, „ko­ści­sta” lub „chu­da”.

Ta duża dziew­czy­na za­wa­ha­ła się, za­nim we­szła na po­dium. Ktoś z gru­py się za­śmiał. Po­tem jesz­cze ktoś.

Nie mam po­ję­cia, w czym to ćwi­cze­nie mia­ło ko­mu­kol­wiek po­móc, poza udo­wod­nie­niem tej dziew­czy­nie, że na­igry­wa­nia się nie skoń­czą, kie­dy za­cznie na­ukę w szko­le śred­niej.

– Da­lej, Emo, zła­pie­my cię – po­wie­dział z drwią­cym uśmie­chem je­den z pierw­szo­rocz­nia­ków, kie­dy dziew­czy­na nie upa­dła od razu.

Ten głos nie do­dał jej otu­chy. Zsu­nę­ła opa­skę z oczu i po­pa­trzy­ła na nas. Na­po­tka­łem jej spoj­rze­nie i ski­ną­łem gło­wą. W koń­cu rzu­ci­ła się z po­dium. Zła­pa­li­śmy ją – nie­któ­rzy dra­ma­tycz­nie po­stę­ku­jąc – ale Ema wca­le nie wy­glą­da­ła na bar­dziej ufną.

Po­tem była głu­pa­wa sy­mu­la­cja roz­gryw­ki pa­int­bal­lu, w któ­rej dwie oso­by zo­sta­ją ran­ne, a na­stęp­nie ćwi­cze­nie pod na­zwą – i chciał­bym, żeby to był żart – „za­tru­te ma­sło orze­cho­we”. W jego ra­mach na­le­ża­ło przejść pię­cio­me­tro­wy pas za­tru­te­go ma­sła orze­cho­we­go, jed­nak, jak wy­ja­śni­ła pani Owens: „Tyl­ko dwo­je z was może no­sić od­por­ne na tru­ci­znę buty!”.

Krót­ko mó­wiąc, trze­ba było prze­nieść po­zo­sta­łych człon­ków dru­ży­ny na ple­cach. Dziew­czy­ny chi­cho­ta­ły, kie­dy je prze­no­szo­no. Był tam fo­to­graf z ga­ze­ty „Star Led­ger” i ro­bił zdję­cia. Re­por­ter za­da­wał roz­pro­mie­nio­nej pani Owens py­ta­nia, a jej od­po­wie­dzi ro­iły się od ta­kich słów, jak „więź”, „po­wi­ta­nie” i „za­ufa­nie”. Trud­no mi było so­bie wy­obra­zić, jaki ar­ty­kuł moż­na na­pi­sać o czymś ta­kim, ale może roz­pacz­li­wie szu­ka­li ja­kie­goś ma­te­ria­łu o dra­ma­tycz­nym wy­dźwię­ku.

Sta­łem z Emą w ko­lej­ce do prze­pra­wy przez za­tru­te ma­sło orze­cho­we. Czar­ny tusz spły­wał jej po twa­rzy wraz z czymś, co mo­gło być łza­mi. Za­sta­na­wia­łem się, czy fo­to­graf to uwiecz­ni.

Gdy na­de­szła jej ko­lej do prze­nie­sie­nia przez za­tru­te ma­sło orze­cho­we, do­słow­nie czu­łem, jak trzę­sie się ze stra­chu.

Po­myśl tyl­ko.

To twój pierw­szy dzień w no­wej szko­le i je­steś dziew­czy­ną, któ­ra waży oko­ło stu ki­lo­gra­mów, a tu zmu­sza­ją cię do wło­że­nia szor­tów i w ra­mach bez­sen­sow­nych ćwi­czeń twoi nowi i mniej­si ko­le­dzy mają cię tasz­czyć jak becz­kę piwa, pod­czas gdy ty masz ocho­tę zwi­nąć się w kłę­bek i umrzeć.

Czy ktoś uwa­ża, że to do­bry po­mysł?

Pani Owens po­de­szła do na­szej gru­py.

– Go­to­wa, Emmo?!

Za­tem Ema albo Emma. Te­raz już nie wie­dzia­łem, jak ma na imię.

Emma/Ema nic nie po­wie­dzia­ła.

– Da­lej, dziew­czy­no! Przez pas za­tru­te­go ma­sła orze­cho­we­go! Mo­żesz to zro­bić!

– Pani Owens? – ode­zwa­łem się.

Prze­nio­sła wzrok na mnie. Nie prze­sta­ła się uśmie­chać, ale lek­ko zmru­ży­ła oczy.

– A ty je­steś…

– Na­zy­wam się Mic­key Bo­li­tar. Je­stem nowo przy­ję­tym dru­go­kla­si­stą. I za­mie­rzam da­ro­wać so­bie to ćwi­cze­nie, je­śli moż­na.

Znów zo­ba­czy­łem ten lek­ki tik jej pra­we­go oka.

– Prze­pra­szam?

– Tak, na­praw­dę nie są­dzę, że­bym chciał być no­szo­ny.

Po­zo­sta­łe dzie­cia­ki po­pa­trzy­ły na mnie, jak­bym miał trze­cią rękę wy­ra­sta­ją­cą z czo­ła.

– Pa­nie Bo­li­tar, jest pan tu nowy. – Pani Owens po raz pierw­szy po­wie­dzia­ła coś bez wy­krzyk­ni­ka. – Są­dzę, że chce pan uczest­ni­czyć.

– Czy to obo­wiąz­ko­we? – za­py­ta­łem.

– Prze­pra­szam?

– Czy udział w tym szcze­gól­nym ćwi­cze­niu jest obo­wiąz­ko­wy?

– Cóż, nie, nie jest obo…

– Za­tem da­ru­ję je so­bie. – Po­pa­trzy­łem na Emę/Emmę. – Ze­chcia­ła­byś do­trzy­mać mi to­wa­rzy­stwa?

I ode­szli­śmy. Za ple­ca­mi sły­sza­łem głu­chą ci­szę. Po­tem pani Owens dmuch­nę­ła w gwiz­dek, koń­cząc ćwi­cze­nia i ogła­sza­jąc prze­rwę na lunch.

– Oo – ode­zwa­ła się Ema/Emma, kie­dy ode­szli­śmy kil­ka kro­ków.

– Co?

Spoj­rza­ła mi w oczy.

– Ura­to­wa­łeś gru­ba­skę. Za­ło­żę się, że je­steś z sie­bie dum­ny.

Po­tem po­krę­ci­ła gło­wą i ode­szła.

Obej­rza­łem się. Pani Owens nas ob­ser­wo­wa­ła. Wciąż się uśmie­cha­ła, lecz gniew­ny błysk w jej oczach do­wo­dził, że już pierw­sze­go dnia uda­ło mi się zro­bić so­bie wro­ga.

Słoń­ce pra­ży­ło. Sta­łem w jego bla­sku. Na mo­ment za­mkną­łem oczy i my­śla­łem o mat­ce, któ­ra wkrót­ce wró­ci z od­wy­ku. I o ojcu, mar­twym i po­grze­ba­nym.

Czu­łem się bar­dzo sa­mot­ny.

Szkol­ny bu­fet był za­mknię­ty, bo do roz­po­czę­cia roku szkol­ne­go było jesz­cze kil­ka ty­go­dni, więc mu­sie­li­śmy przy­no­sić swo­je je­dze­nie. Ku­pi­łem za­pie­kan­kę z kur­cza­kiem w Wil­kes Deli i usia­dłem na tra­wia­stym pa­gór­ku obok bo­iska. Już mia­łem za­cząć jeść, kie­dy ją za­uwa­ży­łem.

Nie była w moim ty­pie, cho­ciaż wła­ści­wie nie mam ulu­bio­ne­go typu. Przez całe ży­cie po­dró­żo­wa­łem. Moi ro­dzi­ce pra­co­wa­li dla or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej w ta­kich miej­scach, jak Laos, Peru czy Sier­ra Le­one. Nie mam ro­dzeń­stwa. Wszyst­ko to było eks­cy­tu­ją­ce i faj­ne, kie­dy by­łem mały, ale z cza­sem sta­ło się mę­czą­ce i trud­ne do znie­sie­nia. Chcia­łem osiąść w jed­nym miej­scu. Chcia­łem mieć przy­ja­ciół i grać w dru­ży­nie ko­szy­ków­ki, spo­ty­kać się z dziew­czy­na­mi i ro­bić to, co ro­bią na­sto­lat­ki. A ra­czej trud­no to ro­bić, kie­dy wę­dru­je się z ple­ca­kiem po Ne­pa­lu.

Ta dziew­czy­na była bar­dzo ład­na, na pew­no, ale tak­że schlud­na, sztyw­na i ubra­na z dys­kret­ną ele­gan­cją. Coś su­ge­ro­wa­ło, że jest wy­nio­sła, cho­ciaż nie po­tra­fił­bym po­wie­dzieć co. Mia­ła ja­sno­blond wło­sy por­ce­la­no­wej lal­ki. No­si­ła praw­dzi­wą spód­nicz­kę, nie ja­kąś tam su­per­mi­ni, oraz wy­wi­nię­te skar­pet­ki do ko­stek, i wy­glą­da­ła, jak­by ze­szła z kar­tek ka­ta­lo­gu Bro­oks Bro­thers mo­ich dziad­ków.

Ugry­złem za­pie­kan­kę, a po­tem za­uwa­ży­łem, że ona nie ma śnia­da­nia. Może była na die­cie, ale z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­wa­ło mi się, że nie.

Nie wiem dla­cze­go, ale po­sta­no­wi­łem do niej po­dejść. Nie mia­łem ocho­ty roz­ma­wiać ani po­zna­wać ko­goś. Jesz­cze nie oswo­iłem się z tymi wszyst­ki­mi oso­ba­mi, któ­re po­ja­wi­ły się w moim ży­ciu, i na­praw­dę nie chcia­łem do­da­wać no­wych.

Może po pro­stu dla­te­go, że była taka ład­na. Może je­stem płyt­ki jak każ­dy fa­cet. A może dla­te­go, że sa­mot­ny za­wsze wy­czu­je sa­mot­ne­go. Może po­cią­ga­ło mnie w niej to, że tak jak ja wy­da­wa­ła się trzy­mać z boku.

Pod­sze­dłem ostroż­nie. Kie­dy zna­la­złem się bli­sko, unio­słem rękę.

– Cześć – po­wie­dzia­łem.

Za­wsze rzu­cam ta­kie su­per­tek­sty.

Po­pa­trzy­ła na mnie, osła­nia­jąc dło­nią szma­rag­do­wo­zie­lo­ne oczy.

– Cześć.

Tak, była bar­dzo ład­na.

Sta­łem tam, czu­jąc się jak ofer­ma. Za­czer­wie­ni­łem się. Na­gle mia­łem wra­że­nie, że moje ręce są za duże w sto­sun­ku do resz­ty cia­ła. Po­tem zno­wu się ode­zwa­łem:

– Mam na imię Mic­key.

Lu­dzie, ale je­stem wy­ga­da­ny, no nie? Co zda­nie, to greps.

– Je­stem Ash­ley Kent.

– Faj­nie.

– Taa…

Gdzieś na świe­cie – może w Chi­nach, In­diach lub ja­kiejś od­lud­nej czę­ści Afry­ki – za­pew­ne żyje więk­szy głu­pek ode mnie. Jed­nak nie po­sta­wił­bym na to na­wet cen­ta.

Wska­za­łem jej pu­ste ręce.

– Przy­nio­słaś dru­gie śnia­da­nie?

– Nie, za­po­mnia­łam.

– Ta za­pie­kan­ka jest ogrom­na. Chcesz pół? – spy­ta­łem.

– Och, nie mo­gła­bym…

Jed­nak na­le­ga­łem, a ona za­pro­si­ła mnie, że­bym koło niej usiadł. Ash­ley też była dru­go­kla­sist­ką i rów­nież nie­daw­no spro­wa­dzi­ła się do mia­stecz­ka. Po­wie­dzia­ła, że jej oj­ciec jest sław­nym chi­rur­giem, a mat­ka praw­nicz­ką.

Gdy­by to był film, w tym mo­men­cie pu­ści­li­by mu­zy­kę, ja­kąś ckli­wą me­lo­dię, po­ka­zu­jąc, jak jemy z Ash­ley dru­gie śnia­da­nie, roz­ma­wia­my, śmie­je­my się, nie­śmia­ło flir­tu­je­my, trzy­ma­my się za ręce – koń­cząc to nie­win­nym pierw­szym po­ca­łun­kiem.

To było trzy ty­go­dnie temu.

Do­tar­łem do kla­sy pana Hil­la tuż przed dzwon­kiem. Za­czął od­czy­ty­wać li­stę obec­no­ści. Po­tem znów za­dzwo­nił dzwo­nek na prze­rwę. Kla­sa Ash­ley znaj­do­wa­ła się po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Cze­ka­łem tam i zo­ba­czy­łem, że Ash­ley zno­wu nie ma.

Wcze­śniej opi­sa­łem ją jako moją dziew­czy­nę. Może prze­sa­dzi­łem. Na­sza zna­jo­mość roz­wi­ja się po­wo­li. Po­ca­ło­wa­li­śmy się dwa razy, nic wię­cej. Tak na­praw­dę nie lu­bi­łem ni­ko­go w tej no­wej szko­le. A ją lu­bi­łem. To nie była mi­łość. Na to jesz­cze za wcze­śnie. Z dru­giej stro­ny ta­kie uczu­cia zwy­kle wy­ga­sa­ją. Taka jest praw­da. Lu­bi­my uda­wać, że wzmac­nia­ją się, w mia­rę jak zbli­ża­my się do sie­bie, jed­nak prze­waż­nie jest wprost prze­ciw­nie. Chło­pak wi­dzi taką cu­dow­ną dziew­czy­nę i tra­ci dla niej gło­wę, za­pie­ra mu dech w pier­si i robi się nie­cier­pli­wy, pra­gnąc jej tak bar­dzo, że w koń­cu wszyst­ko psu­je.

Je­śli uda mu się z nią prze­spać, nie­mal na­tych­miast tra­ci za­in­te­re­so­wa­nie. W moim przy­pad­ku uczu­cie do Ash­ley na­praw­dę się roz­wi­ja­ło. To było tro­chę prze­ra­ża­ją­ce, ale w po­zy­tyw­ny spo­sób.

A po­tem pew­ne­go dnia przy­sze­dłem do szko­ły, a Ash­ley nie było. Pró­bo­wa­łem dzwo­nić na jej ko­mór­kę, ale nie od­bie­ra­ła. Na­stęp­ne­go dnia też nie przy­szła. I na­stęp­ne­go. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić. Nie zna­łem jej ad­re­su. Spraw­dzi­łem w in­ter­ne­cie na­zwi­sko Kent, ale wi­docz­nie mie­li za­strze­żo­ny nu­mer. W rze­czy sa­mej, w sie­ci nie zna­la­złem o niej żad­nych in­for­ma­cji.

Ash­ley po pro­stu znik­nę­ła bez śla­du.

2

Na trze­ciej prze­rwie wpa­dłem na pe­wien po­mysł.

Ash­ley i ja mie­li­śmy tyl­ko jed­ne wspól­ne za­ję­cia – z hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, z pa­nią Fried­man, któ­rą do­tych­czas lu­bi­łem naj­bar­dziej ze wszyst­kich na­uczy­cie­li. Była eg­zal­to­wa­na i peł­na en­tu­zja­zmu. Dzi­siaj mó­wi­ła o tym, jak wszech­stron­ne były nie­któ­re po­sta­cie hi­sto­rycz­ne, na­ma­wia­jąc nas, że­by­śmy sta­li się „ludź­mi re­ne­san­su”.

Jesz­cze z nią nie roz­ma­wia­łem. Nie roz­ma­wia­łem z żad­nym z mo­ich na­uczy­cie­li poza kla­są. Trzy­ma­łem się z boku. Taki już by­łem. Wiem, że przy­glą­da­no mi się jako „temu no­we­mu”. Pew­ne­go dnia grup­ka dziew­czyn chi­cho­ta­ła, pa­trząc na mnie, a jed­na po­de­szła i za­py­ta­ła:

– Może… no… mo­gła­bym do­stać twój nu­mer te­le­fo­nu?

Za­sko­czo­ny po­da­łem go jej.

Pięć mi­nut póź­niej usły­sza­łem chi­chot i mój te­le­fon za­czął wi­bro­wać. Do­sta­łem wia­do­mość tek­sto­wą: Moja przy­ja­ciół­ka uwa­ża, że je­steś przy­stoj­ny. Nie od­po­wie­dzia­łem.

Po lek­cji pod­sze­dłem do pani Fried­man.

– Ach, pan Bo­li­tar – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem, któ­ry roz­pro­mie­nił jej twarz. – Cie­szę się, że cho­dzi pan na moje za­ję­cia.

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć, więc ogra­ni­czy­łem się do chrząk­nię­cia i „dzię­ku­ję”.

– Nie uczy­łam pań­skie­go ojca – cią­gnę­ła – ale pana wu­jek był jed­nym z mo­ich ulu­bio­nych uczniów. Jest pan do nie­go po­dob­ny.

Mój wu­jek. Wiel­ki My­ron Bo­li­tar. Nie lu­bi­łem go i mę­czy­ło mnie wy­słu­chi­wa­nie, jaki to jest wspa­nia­ły. Mój oj­ciec i wu­jek byli so­bie bar­dzo bli­scy, kie­dy do­ra­sta­li, ale po­tem ich dro­gi się ro­ze­szły. Przez ostat­nie pięt­na­ście lat – czy­li w za­sa­dzie od chwi­li mo­je­go po­czę­cia do śmier­ci ojca – bra­cia ze sobą nie roz­ma­wia­li. Pew­nie po­wi­nie­nem wy­ba­czyć wuj­ko­wi My­ro­no­wi, ale ja­koś nie mia­łem ocho­ty.

– Co mogę dla pana zro­bić, pa­nie Bo­li­tar?

Gdy nie­któ­rzy na­uczy­cie­le zwra­ca­ją się do cie­bie per pan lub pani, brzmi to pro­tek­cjo­nal­nie lub zbyt ofi­cjal­nie.

Pani Fried­man jed­nak mó­wi­ła to we wła­ści­wy spo­sób.

– Jak pani za­pew­ne wie – za­czą­łem po­wo­li – Ash­ley Kent jest nie­obec­na.

– Owszem. – Pani Fried­man była ni­ska, więc z pew­nym tru­dem spo­glą­da­ła mi w oczy. – Wy dwo­je je­ste­ście so­bie bli­scy?

– Je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi.

– Niech pan da spo­kój, pa­nie Bo­li­tar. Może je­stem sta­ra, ale wi­dzę, jak pan na nią pa­trzy. Na­wet pan­na Cald­well jest zła, że nie zwra­ca pan na nią uwa­gi.

Po­czer­wie­nia­łem, kie­dy to po­wie­dzia­ła. Ra­chel Cald­well była za­pew­ne naj­go­ręt­szą la­ską w szko­le.

– W każ­dym ra­zie – kon­ty­nu­owa­łem, prze­cią­ga­jąc sło­wa – po­my­śla­łem, że może mógł­bym jej po­móc uzu­peł­nić za­le­gło­ści.

– W jaki spo­sób?

– My­śla­łem, że za­pi­sał­bym te­mat jej pra­cy do­mo­wej i… no cóż… za­niósł jej.

Pani Fried­man ście­ra­ła ta­bli­cę. Więk­szość na­uczy­cie­li uży­wa ta­blic in­te­rak­tyw­nych, ale pani Fried­man lu­bi­ła żar­to­wać, że „ona na­le­ży do sta­rej szko­ły – do­słow­nie”. Prze­sta­ła wy­cie­rać i spoj­rza­ła na mnie.

– Czy Ash­ley pro­si­ła pana o przy­nie­sie­nie jej te­ma­tu pra­cy do­mo­wej?

– No, nie.

– Za­tem sam pan się tego pod­jął?

To był głu­pi po­mysł. Na­wet gdy­by po­da­ła mi ten te­mat, do­kąd miał­bym z nim pójść? Nie wie­dzia­łem, gdzie Ash­ley miesz­ka.

– Nie­waż­ne – po­wie­dzia­łem. – Mimo to dzię­ku­ję. Odło­ży­ła gąb­kę.

– Pa­nie Bo­li­tar?

Od­wró­ci­łem się do niej.

– Czy pan wie, dla­cze­go Ash­ley Kent jest nie­obec­na? Moje ser­ce za­czę­ło bić moc­niej.

– Nie, pro­szę pani.

– Jed­nak się pan nie­po­koi.

Nie wie­dzia­łem, po co miał­bym ją okła­my­wać.

– Tak, pro­szę pani.

– Nie dzwo­ni­ła do pana?

– Nie dzwo­ni­ła.

– Dziw­ne. – Pani Fried­man ścią­gnę­ła brwi. – Mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że do­sta­łam wia­do­mość, iż nie po­win­nam ocze­ki­wać po­wro­tu Ash­ley.

– Nie je­stem pew­ny, czy ro­zu­miem.

– To wszyst­ko, co wiem – od­rze­kła pani Fried­man. – Są­dzę, że się prze­pro­wa­dzi­ła. Jed­nak…

Umil­kła.

– Jed­nak co?

– Nie­waż­ne, pa­nie Bo­li­tar. – Znów za­czę­ła wy­cie­rać ta­bli­cę. – Po pro­stu… niech pan bę­dzie ostroż­ny.

■ ■ ■

Pod­czas prze­rwy śnia­da­nio­wej sta­ną­łem w ko­lej­ce do bu­fe­tu.

Za­wsze są­dzi­łem, że bu­fet w szko­le śred­niej bę­dzie bar­dziej tęt­nił ży­ciem. Owszem, były tu róż­ne pacz­ki. Tu­tej­szych spor­tow­ców na­zy­wa­no Lax Bros (od bra­ci la­cros­se). Wszy­scy mie­li dłu­gie wło­sy, wiel­kie mu­sku­ły i za­czy­na­li każ­de zda­nie od sło­wa „taa”. Był sto­lik mi­ło­śni­ków ani­me – bia­łych dzie­cia­ków uwa­ża­ją­cych się za Azja­tów. Ci uwiel­bia­li ko­mik­sy i gry wi­deo w sty­lu man­gi. Ich dziew­czy­ny były nie tyle ład­ne, ile chu­de, i no­si­ły zbyt wy­so­kie szpil­ki oraz dro­gie ciu­chy. Prze­sia­dy­wa­li tam rów­nież hip­ster­si, skej­ci, ćpu­ny, ma­nia­cy kom­pu­te­ro­wi i ki­no­ma­ni.

Nie było żad­nych ostrych tarć. Te dzie­cia­ki zna­ły się tak dłu­go, że nie zwra­ca­ły uwa­gi na róż­ni­ce. Tak zwa­ni out­si­de­rzy, któ­rzy sie­dzie­li sami, byli sami od tylu lat, że nie było to okru­cień­stwo, ale przy­zwy­cza­je­nie. Nie mia­łem pew­no­ści, czy tak jest le­piej, czy go­rzej.

Ja­kiś dzie­ciak zde­cy­do­wa­nie wy­glą­da­ją­cy na kom­pu­te­row­ca pod­szedł do mnie z tacą w ręku. No­gaw­ki spodni miał ob­cię­te, jak­by w jego piw­ni­cy sta­ła woda. No­sił ide­al­nie bia­łe spor­to­we buty bez żad­ne­go zna­ku fir­mo­we­go.

Po­pra­wił oku­lar­ki Har­ry’ego Pot­te­ra i po­ka­zał mi swo­ją tacę.

– Hej, chcesz moją ły­żecz­kę? – za­py­tał. – Pra­wie jej nie uży­wa­łem.

Spoj­rza­łem na tacę.

– Pra­wie?

– Tak.

Pod­niósł tacę nie­co wy­żej, że­bym mógł zo­ba­czyć. Ły­żecz­ka tkwi­ła w kub­ku z owo­ca­mi w sy­ro­pie.

– Nie – od­par­łem. – Nic mi nie trze­ba.

– Na pew­no?

– Za­bra­kło im ły­że­czek czy co?

– Niee, mają ich mnó­stwo.

No do­brze.

– Więc nie, dzię­ku­ję, nie po­trze­bu­ję jej.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jak chcesz.

Kie­dy ku­pi­łem lunch, Łyż­ka – bo tak na­zwa­łem go w my­ślach – cze­kał na mnie.

– Gdzie za­mie­rzasz usiąść? – za­py­tał.

Od kie­dy Ash­ley zni­kła, ja­da­łem sam, na dwo­rze.

– Jesz­cze nie wiem.

Łyż­ka po­szedł za mną.

– Je­steś duży i trzy­masz się z boku. Jak Shrek.

Co na to moż­na po­wie­dzieć?

– Mógł­bym być two­im Osłem, wiesz?

No, do­brze. Gdy­bym wy­szedł na dwór, ru­szył­by za mną, więc ro­zej­rza­łem się za ja­kimś bez­piecz­nym miej­scem w środ­ku.

– Albo two­im Ro­bi­nem. Jak Bat­man i Ro­bin. Albo San­cho Pan­są. Czy­ta­łeś Don Ki­cho­ta? Ja też nie, ale wi­dzia­łem mu­si­cal Czło­wiek z La Man­chy. Uwiel­biam mu­si­ca­le. Mój oj­ciec też, ale mama nie bar­dzo. Ona lubi wal­ki w klat­kach w sty­lu mie­sza­nym. Po­łą­cze­nie róż­nych sztuk wal­ki. My z oj­cem raz w mie­sią­cu cho­dzi­my na mu­si­ca­le. A ty lu­bisz mu­si­ca­le?

– Pew­nie – mruk­ną­łem, roz­glą­da­jąc się po bu­fe­cie za ja­kimś bez­piecz­nym schro­nie­niem.

– Mój oj­ciec jest su­per. Za­bie­ra mnie na mu­si­ca­le i inne spek­ta­kle. Trzy razy by­li­śmy na Mam­ma mia. Jest nie­sa­mo­wi­ty. Film już nie jest taki do­bry. No wiesz, Pier­ce Bro­snan śpie­wa, jak­by ktoś prze­szył mu gar­dło strza­łą z łuku. Oj­ciec do­sta­je ulgo­we bi­le­ty, po­nie­waż pra­cu­je w szko­le. Jest tu woź­nym. Jed­nak nie proś go, żeby wpu­ścił cię do dam­skiej szat­ni, do­brze? Po­nie­waż ja pro­si­łem, a on po­wie­dział, że nie ma mowy. Oj­ciec po­tra­fi być sta­now­czy, wiesz?

– Taak… Wiem.

W tak zwa­nym ką­ci­ku out­si­de­rów zo­ba­czy­łem pra­wie pu­sty sto­lik. Je­dy­ną sie­dzą­cą przy nim oso­bą była moja nie­wdzięcz­na dama w opa­łach, Ema lub Emma. Nadal nie po­zna­łem jej imie­nia.

– I co ty na to, że­bym był two­im Osłem?

– Wró­cę do cie­bie – po­wie­dzia­łem do Łyż­ki. Po­spie­szy­łem w kąt i po­sta­wi­łem moją tacę obok tacy Emy. Znów mia­ła gru­by czar­ny ma­ki­jaż, wło­sy czar­ne jak pa­sta do bu­tów, czar­ne ubra­nie i buty, bla­dą skó­rę. Była go­tem, emo, czy jak tam te­raz na­zy­wa się taki styl. Mia­ła ta­tu­aże na przed­ra­mio­nach, a je­den wy­ła­niał się z ko­szu­li i wił po kar­ku. Spoj­rza­ła na mnie z miną, któ­ra nie by­ła­by bar­dziej po­nu­ra, gdy­bym ją ude­rzył.

– Och, świet­nie – wy­mam­ro­ta­ła. – Siad ła­ski.

– Siad ła­ski?

– Po­myśl.

Zro­bi­łem to. Nig­dy nie sły­sza­łem tego wy­ra­że­nia.

– Och, ro­zu­miem. Niby że li­tu­ję się, bo sie­dzisz sama, więc sia­dam koło cie­bie?

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– A ja mia­łam cię za głu­pie­go mię­śnia­ka.

– Sta­ram się być czło­wie­kiem re­ne­san­su.

– Wi­dzę, że też masz za­ję­cia z pa­nią Fried­man. – Zer­k­nę­ła na pra­wo i na lewo. – Gdzie two­ja wy­ele­gan­to­wa­na dziew­czy­na?

– Nie wiem.

– Od prze­sia­dy­wa­nia ze ślicz­not­ką do sie­dze­nia ze mną. – Ema/Emma po­krę­ci­ła gło­wą. – Co za upa­dek.

Mę­czy­ło mnie my­śle­nie o niej jako o Emie/Em­mie.

– Jak masz na imię?

– A dla­cze­go chcesz to wie­dzieć?

– Sły­sza­łem, jak ktoś na­zwał cię Emą. Po­tem pani Owens na­zwa­ła cię Emmą.

Pod­nio­sła wi­de­lec i za­czę­ła grze­bać w je­dze­niu. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, że ma prze­kłu­te brwi. O rany.

– Na imię mam Emma. Jed­nak wszy­scy na­zy­wa­ją mnie Ema.

– Dla­cze­go? Chciał­bym po pro­stu wie­dzieć, jak mam cię na­zy­wać.

– Ema – po­wie­dzia­ła nie­chęt­nie.

– Do­brze. Ema.

Znów za­czę­ła grze­bać w je­dze­niu.

– Więc czym się zaj­mu­jesz? No wiesz, kie­dy nie ra­tu­jesz gru­bych dziew­czyn.

– Tro­chę prze­sa­dzasz z tym uda­wa­niem zgorzk­nia­łej.

– Tak uwa­żasz?

– Po­win­naś wy­lu­zo­wać.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Może masz ra­cję. Je­steś tu nowy, zga­dza się?

– Zga­dza.

– Skąd je­steś?

– Dużo po­dró­żo­wa­li­śmy – od­par­łem. – A ty? Skrzy­wi­ła się.

– Ja przez całe ży­cie miesz­kam w tym mia­stecz­ku.

– To chy­ba nie ta­kie złe.

– Nie wi­dzę, że­byś ty się do­pa­so­wał.

– Nie chcę się do­pa­so­wać.

Ta od­po­wiedź spodo­ba­ła się Emie. Po­pa­trzy­łem na moją tacę. Wzią­łem ły­żecz­kę i po­my­śla­łem, no cóż, o Łyż­ce. Po­krę­ci­łem gło­wą i się uśmiech­ną­łem.

– Co? – spy­ta­ła Ema.

– Nic.

Dziw­nie było o tym my­śleć, ale kie­dy mój oj­ciec był w tym sa­mym wie­ku, co ja te­raz, sia­dy­wał tu i jadł lunch. Był mło­dy i miał przed sobą całe ży­cie. Roz­glą­da­łem się i za­sta­na­wia­łem, gdzie sia­dał, z kim roz­ma­wiał i czy śmiał się rów­nie chęt­nie jak wte­dy, gdy go zna­łem.

Te my­śli były jak gi­gan­tycz­na dłoń ści­ska­ją­ca moją pierś. Za­mru­ga­łem i odło­ży­łem ły­żecz­kę.

– Hej, wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła Ema.

– Tak.

My­śla­łem o Nie­to­pe­rzy­cy i o tym, co mi po­wie­dzia­ła. Wy­le­cia­ła z domu jak osza­la­ły nie­to­perz. Może od tego wzię­ło się to prze­zwi­sko? Nie do­sta­je się ta­kiej ksy­wy bez po­wo­du, tyl­ko za sza­lo­ne czy­ny. Ta­kie jak mó­wie­nie chłop­cu, któ­ry wi­dział, jak jego oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, że ten czło­wiek, któ­re­go tak mu bra­ku­je, wciąż żyje.

Wró­ci­łem my­śla­mi do dnia sprzed ośmiu mie­się­cy, kie­dy wy­lą­do­wa­li­śmy w Los An­ge­les – mój oj­ciec, mat­ka i ja. Ro­dzi­ce chcie­li zna­leźć miej­sce, gdzie mógł­bym cho­dzić do szko­ły, grać w praw­dzi­wej dru­ży­nie ko­szy­kar­skiej i może pójść na stu­dia.

Pięk­ne pla­ny, praw­da?

Te­raz oj­ciec nie żyje, a mat­ka się za­ła­ma­ła.

– Emo? – ode­zwa­łem się.

Spoj­rza­ła na mnie czuj­nie.

– Czy wiesz coś o Nie­to­pe­rzy­cy?

Ścią­gnę­ła brwi. Kie­dy to zro­bi­ła, tusz na jej po­wie­kach się po­fał­do­wał, a po­tem roz­chy­lił jak wa­chlarz.

– Te­raz ja­rzę.

– Co?

– Dla­cze­go tu usia­dłeś. Po­my­śla­łeś so­bie, że zwa­rio­wa­na dzie­wu­cha wie pew­nie wszyst­ko o zwa­rio­wa­nej sta­rej ba­bie.

– Co ta­kie­go? Nie.

Ema wsta­ła, za­bie­ra­jąc tacę.

– Zo­staw mnie w spo­ko­ju, do­brze?

– Nie, za­cze­kaj, nie ro­zu­miesz…

– Wszyst­ko ro­zu­miem. Już speł­ni­łeś do­bry uczy­nek.

– Prze­sta­niesz wresz­cie? Emo?

Po­spiesz­nie ode­szła. Ru­szy­łem za nią i za­trzy­ma­łem się. Dwaj mię­śnia­cy w spor­to­wych kurt­kach z em­ble­ma­tem dru­ży­ny fut­bo­lo­wej uśmie­cha­li się szy­der­czo. Je­den stał po mo­jej pra­wej, a dru­gi po le­wej. Ten po pra­wej – z wy­tło­czo­nym na pier­si na­pi­sem BUCK – zbyt moc­no klep­nął mnie w ra­mię.

– Wy­glą­da na to, że cię ola­ła, co?

Dru­gi mię­śniak – z wy­tło­czo­nym imie­niem TROY – ro­ze­śmiał się.

– Tak – po­wie­dział. – Ola­ny. Przez gru­bą la­skę. Zno­wu Buck:

– Gru­bą i brzyd­ką.

Troy:

– I mimo to cię ola­ła.

Buck i Troy przy­bi­li piąt­kę. Po­tem od­wró­ci­li się i pod­nie­śli ręce, że­bym i ja to zro­bił.

– Przy­bij – po­wie­dział Buck.

Ścią­gną­łem brwi.

– Nie mu­si­cie cza­sem spraw­dzić, czy nie za­pcha­ły się wam strzy­kaw­ki ze ste­ry­da­mi?

Obaj otwo­rzy­li usta ze zdzi­wie­nia. Prze­pchną­łem się mię­dzy nimi.

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, tru­pie! – krzyk­nął Buck.

– Tak! – do­dał Troy. – Tru­pie!

– Zim­ny jak głaz.

– Tru­pie!

Lu­dzie, mia­łem na­dzie­ję, że ta ksy­wa do mnie nie przy­lgnie. Kie­dy ru­szy­łem za Emą, pani Owens, któ­ra mia­ła dy­żur w bu­fe­cie, szyb­ko za­stą­pi­ła mi dro­gę. Mia­ła błysk w oku. Nie wy­ba­czy­ła mi fia­ska, ja­kim oka­za­ły się ćwi­cze­nia two­rzą­ce więź. Wciąż ze zbo­la­łym uśmie­chem, tuż przed moim no­sem dmuch­nę­ła w gwiz­dek.

– Nie bie­ga­my w bu­fe­cie – po­wie­dzia­ła – albo do­sta­je­my ty­dzień sie­dze­nia w ko­zie. Czy wy­ra­żam się ja­sno?

Ro­zej­rza­łem się. Buck wy­ce­lo­wał we mnie pa­lec jak lufę i udał, że od­cią­ga kciu­kiem ku­rek. Ema zo­sta­wi­ła tacę i wy­szła z bu­fe­tu. Pani Owens uśmiech­nę­ła się, pro­wo­ku­jąc mnie, że­bym za nią po­biegł. Nie zro­bi­łem tego.

Tak, szyb­ko zdo­by­wa­łem przy­ja­ciół.

3

Moja kłód­ka na za­mek szy­fro­wy nig­dy nie otwie­ra się za pierw­szym ra­zem. Nie wiem dla­cze­go.

Wła­śnie wpro­wa­dzi­łem licz­by: 14, po­wrót do 7, po­tem 28… Nic, nie otwo­rzy­ła się. Już mia­łem spró­bo­wać jesz­cze raz, gdy usły­sza­łem zna­jo­my głos:

– Zbie­ram fi­gur­ki ru­sza­ją­ce gło­wa­mi.

Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem Łyż­kę.

– Do­brze wie­dzieć – mruk­ną­łem.

Łyż­ka dał mi znak, że­bym się od­su­nął. Wy­jął pęk klu­czy, wy­brał je­den z nich i we­tknął go w za­mek, a ten na­tych­miast się otwo­rzył.

– Jaki jest twój szyfr? – spy­tał.

– Hm, a po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć?

– Hej. – Łyż­ka po­ma­chał mi klu­cza­mi przed no­sem. – My­ślisz, że po­trzeb­ny mi twój szyfr, żeby się wła­mać?

– Słusz­na uwa­ga. – Po­da­łem mu licz­by. Po­gme­rał przy kłód­ce i mi ją od­dał. – Te­raz po­win­na dzia­łać bez pro­ble­mów.

Za­mie­rzał odejść.

– Za­cze­kaj, Łyż­ka.

Od­wró­cił się do mnie.

– Jak mnie na­zwa­łeś?

– Prze­pra­szam, nie wiem, jak masz na imię.

– Łyż­ka – po­wie­dział, pod­no­sząc gło­wę i uśmie­cha­jąc się, jak­by po raz pierw­szy sły­szał to sło­wo. – Po­do­ba mi się. Łyż­ka. Taak. Na­zy­waj mnie Łyż­ka, do­brze?

– Ja­sne…

Po­pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co.

– Hm, Łyż­ka. – Roz­pro­mie­nił się. Nie wie­dzia­łem, jak o to po­pro­sić, ale po­my­śla­łem, a co tam, do li­cha. – Masz tu mnó­stwo klu­czy.

– Tyl­ko nie na­zy­waj mnie Klucz, do­brze? Wolę być Łyż­ką.

– Tak, oczy­wi­ście, je­steś Łyż­ka. Mó­wi­łeś wcze­śniej, że twój oj­ciec jest tu­taj woź­nym, praw­da?

– Praw­da. A przy oka­zji, ta Bia­ła Cza­row­ni­ca w Na­rni… uwa­żam, że jest su­per­sek­sow­na.

– Owszem, ja też tak my­ślę – po­wie­dzia­łem, usi­łu­jąc na­pro­wa­dzić go z po­wro­tem na in­te­re­su­ją­cy mnie te­mat. – Czy twój oj­ciec na­praw­dę może wpu­ścić cię do róż­nych za­mknię­tych po­miesz­czeń szko­ły?

Łyż­ka się uśmiech­nął.

– Pew­nie, ale tak na­praw­dę nie mu­szę pro­sić ojca. Mam tu klu­cze. – Po­trzą­snął nimi na wy­pa­dek, gdy­bym nie wie­dział, co to są klu­cze. – Jed­nak nie mo­że­my wejść do dam­skiej szat­ni. Pro­si­łem go…

– Do­brze, nie, nie do dam­skiej szat­ni. Jed­nak mo­żesz się do­stać do in­nych po­miesz­czeń?

Łyż­ka po­pra­wił oku­lar­ki.

– Dla­cze­go py­tasz? Co ci cho­dzi po gło­wie?

– Cóż, za­sta­na­wia­łem się, czy mo­gli­by­śmy do­stać się do se­kre­ta­ria­tu i spraw­dzić akta jed­nej uczen­ni­cy.

– Ja­kiej uczen­ni­cy? – za­py­tał.

– Na­zy­wa się Ash­ley Kent.

■ ■ ■

Za­ję­cia w szko­le koń­czą się o pięt­na­stej, ale Łyż­ka po­wie­dział mi, że ho­ry­zont bę­dzie czy­sty do­pie­ro po dzie­więt­na­stej. Tak więc mia­łem czte­ry go­dzi­ny do za­bi­cia. Było za wcze­śnie na od­wie­dzi­ny u mamy – po­zwa­la­no mi tyl­ko na noc­ne wi­zy­ty, po­nie­waż w cią­gu dnia mama po­win­na mieć za­bie­gi re­ha­bi­li­ta­cyj­ne – więc skie­ro­wa­łem się zno­wu do domu Nie­to­pe­rzy­cy. Kie­dy wy­sze­dłem ze szko­ły, za­uwa­ży­łem, że mam wia­do­mość gło­so­wą. Do­my­śla­łem się, że jest od do­ro­słej oso­by. Dzie­cia­ki przy­sy­ła­ją SMS-y, a do­ro­śli zo­sta­wia­ją wia­do­mo­ści gło­so­we, co jest mę­czą­ce, po­nie­waż trze­ba za­dzwo­nić, przejść przez sys­tem menu, od­słu­chać wia­do­mość, a po­tem ją ska­so­wać.

Tak, mia­łem ra­cję. Wia­do­mość była od wuj­ka My­ro­na.

– Za­re­zer­wo­wa­łem bi­le­ty na sa­mo­lot do Los An­ge­les z sa­me­go rana w so­bo­tę – po­wie­dział swo­im naj­bar­dziej po­nu­rym to­nem. – Po­le­ci­my i wró­ci­my na­stęp­ne­go dnia.

Los An­ge­les. Mie­li­śmy tam po­le­cieć, żeby zo­ba­czyć grób mo­je­go ojca. My­ron nig­dy nie wi­dział miej­sca ostat­nie­go spo­czyn­ku bra­ta, a moi dziad­ko­wie, któ­rzy mie­li się tam z nami spo­tkać, nig­dy nie wi­dzie­li miej­sca po­chów­ku swo­je­go syna.

– Oczy­wi­ście mam bi­let dla two­jej mat­ki – cią­gnął wu­jek My­ron. – Nie moż­na zo­sta­wiać jej sa­mej. Wiem, że wy dwo­je chce­cie ju­tro być sami, ale może po­wi­nie­nem być przy tym, no wiesz, na wszel­ki wy­pa­dek.

Ścią­gną­łem brwi. Nie ma mowy.

– W każ­dym ra­zie mam na­dzie­ję, że u cie­bie wszyst­ko w po­rząd­ku. Będę wie­czo­rem w domu, je­śli masz ocho­tę na piz­zę albo coś.

Nie mia­łem ocho­ty dzwo­nić, więc wy­sła­łem SMS: Nie będę w domu na ko­la­cji. My­ślę, że dla mamy bę­dzie mniej stre­su­ją­ce, je­śli nie bę­dzie cię w po­bli­żu.

My­ro­no­wi to się nie spodo­ba, ale co tam. Nie jest moim praw­nym opie­ku­nem. To część na­szej umo­wy. Kie­dy od­krył, że mój oj­ciec nie żyje, a mat­ka ma pro­ble­my, za­gro­ził, że zło­ży wnio­sek o przy­zna­nie opie­ki. Ja od­pa­ro­wa­łem, że je­śli to zro­bi, uciek­nę – nadal mam kon­tak­ty za oce­anem – albo wnio­sę po­zew o przy­zna­nie sa­mo­dziel­no­ści.

Moja mat­ka ma pro­ble­my, ale nadal jest moją mat­ką.

To nie był przy­jem­ny spór, ale w koń­cu wy­pra­co­wa­li­śmy je­śli nie ugo­dę, to przy­najm­niej za­wie­sze­nie bro­ni. Ja zgo­dzi­łem się za­miesz­kać w jego domu w Kas­sel­ton w New Jer­sey. To był ten sam dom, w któ­rym do­ra­sta­li My­ron i mój tata. Tak, to nie­sa­mo­wi­te. Za­ją­łem po­kój w piw­ni­cy, któ­ry kie­dyś na­le­żał do My­ro­na, i ro­bi­łem, co mo­głem, żeby nie wcho­dzić do po­ko­ju na gó­rze, w któ­rym spę­dził dzie­ciń­stwo mój oj­ciec. Mimo to było to tro­chę dzi­wacz­ne.

W każ­dym ra­zie w za­mian za to, że zgo­dzi­łem się miesz­kać w tym domu, My­ron zgo­dził się, by mat­ka po­zo­sta­ła moim je­dy­nym opie­ku­nem i, no cóż, zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju. Do­trzy­ma­nie tej ostat­niej czę­ści umo­wy przy­cho­dzi­ło mu z tru­dem.

Kie­dy te­raz po­pa­trzy­łem na dom Nie­to­pe­rzy­cy, za­drża­łem. Wiatr się wzmógł, gnąc na­gie drze­wa na po­dwór­ku. Wi­dy­wa­łem róż­ne ro­dza­je prze­są­dów we wszyst­kich czte­rech stro­nach świa­ta. Więk­szość wy­da­wa­ła się bez­den­nie głu­pia, cho­ciaż ro­dzi­ce za­wsze mó­wi­li mi, że po­wi­nie­nem mieć otwar­ty umysł. Nie wie­rzę w na­wie­dzo­ne domy. Nie wie­rzę w zja­wy, du­chy ani stwo­ry stra­szą­ce po nocy.

Jed­nak gdy­bym wie­rzył, lu­dzie, w tym domu było ich mnó­stwo.

Był tak za­nie­dba­ny, że wy­da­wa­ło się, iż się prze­chy­la, jak­by moc­ne pchnię­cie mo­gło go prze­wró­cić. Nie­któ­re de­ski były ob­lu­zo­wa­ne. W kil­ku oknach bra­ko­wa­ło szyb i za­stą­pio­no je de­ska­mi. Po­zo­sta­łe były tak zmęt­nia­łe, jak­by dom wła­śnie wziął go­rą­cy prysz­nic, co – są­dząc po gru­bej war­stwie bru­du – było nie­moż­li­we.

Gdy­bym nie wi­dział tej sta­rej na wła­sne oczy, przy­siągł­bym, że dom jest nie­za­miesz­ka­ny od lat.

Znów pod­sze­dłem i za­pu­ka­łem do drzwi. Żad­nej re­ak­cji. Przy­su­ną­łem ucho do de­sek – nie­zbyt bli­sko, po­nie­waż nie chcia­łem wbić so­bie drza­zgi – i na­słu­chi­wa­łem. Nic. Żad­ne­go dźwię­ku. Jesz­cze raz za­stu­ka­łem. Wciąż żad­nej od­po­wie­dzi.

I co te­raz?

A co wła­ści­wie mo­głem zro­bić? Coś. Co­kol­wiek. Po­sta­no­wi­łem spró­bo­wać tyl­nych drzwi. Prze­sze­dłem po le­wej, po­nie­waż, jak już mó­wi­łem, dom był prze­chy­lo­ny i nie chcia­łem, żeby mnie przy­gniótł, gdy­by na­gle ru­nął. Spoj­rza­łem w górę. Na pię­trze był bal­ko­nik i przez mo­ment wy­obra­zi­łem so­bie, że Nie­to­pe­rzy­ca sie­dzi tam na bu­ja­ku, wciąż ubra­na na bia­ło, i na mnie pa­trzy.

Przy­spie­szy­łem kro­ku, za­sta­na­wia­jąc się, co znaj­dę na ty­łach.

Nic.

Tuż za do­mem był las. To dziw­ne. Jak­by dom zbu­do­wa­no w po­ło­wie na otwar­tej prze­strze­ni, a w po­ło­wie w le­sie, żeby wy­ła­niał się spo­mię­dzy drzew. Z uli­cy wy­glą­da­ło to tak, jak­by drze­wa ro­sły na po­dwó­rzu za do­mem. Jed­nak tam były tyl­ko drze­wa. Wy­da­wa­ło się, że ich ko­rze­nie są zro­śnię­te z fun­da­men­ta­mi. Gru­be pa­skud­ne pędy pię­ły się po tyl­nych ścia­nach. Nie wiem, czy dom zo­stał zbu­do­wa­ny w le­sie, a po­tem wy­cię­to drze­wa od fron­tu, czy do­pie­ro póź­niej las za­czął się pod­kra­dać do domu i go po­chła­niać. Ten dom pa­so­wał do Nie­to­pe­rzy­cy.

– Co ty ro­bisz?