Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni szczegół - Harlan Coben

Odpoczywający na Karaibach Myron Bolitar musi pilnie wracać do Nowego Jorku – jego wspólniczka Esperanza Diaz została aresztowana pod zarzutem zabójstwa znanego bejsbolisty Clu Haida, jego pierwszego klienta. Co gorsza, nie chce składać wyjaśnień, milczy jak zaklęta. Myron nie wierzy w winę przyjaciółki, pomimo iż wskazują na nią liczne poszlaki – krew oraz broń znalezione w biurze i samochodzie, awantura z Clu krótko przed jego śmiercią. Czy śmiertelny wypadek, jaki Clu spowodował przed dwunastoma laty, ma związek z zabójstwem? Dlaczego ktoś celowo wpędzał go w depresję, fałszując wyniki kontroli antydopingowej? Co ma z tym wszystkim wspólnego Esperanza?

Opinie o ebooku Ostatni szczegół - Harlan Coben

Fragment ebooka Ostatni szczegół - Harlan Coben

Tytuł oryginału: THE FINAL DETAIL

Copyright © Harlan Coben 1999 All rights reserved Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2007

Polish translation copyright © Andrzej Grabowski 2007

Redakcja: Zofia Skorupińska

Zdjęcie na okładce: Richard Hamilton Smith/Corbis

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-489-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2012. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Ciotce Evelyn z Revere

z mnóstwem serdeczności

Pamięci Larry’ego Gersona (1962—1998)

Zamykasz oczy i wciąż widzisz uśmiech

1

Myron — z tropikalnym drinkiem bez parasolki w ręku – wylegiwał się u boku powalająco pięknej brunetki w zabójczo skąpym, zachęcającym do gwałtu bikini. Ale choć stopy omywała mu krystaliczna woda Karaibów, drobniutki jak puder piasek olśniewał bielą, niebo błękitniało jak płótno, które Bóg przygotował do malunku, a słońce pieściło rozkosznie niczym szwedzka masażystka, był nad wyraz nieszczęśliwy.

Przebywali we dwoje na tej rajskiej wyspie chyba od trzech tygodni. Nie zawracał sobie głowy liczeniem dni. Terese chyba też nie. Wysepka wydawała się tak odległa od świata jak serialowa wyspa Gilligana: śladu telefonu, żadnych motorówek, trochę świateł — w porównaniu z tą Robinsona Crusoe mnóstwo luksusu — niemniej z pewnością nie prymitywnie. Myron pokręcił głową. Możesz oderwać chłopca od telewizji, lecz nie wybijesz mu jej z głowy.

Pośrodku widnokręgu wyrósł jacht. Pruł w ich kierunku, znacząc niebieską tkaninę morza białym ściegiem. Na jego widok Myrona ścisnęło w dołku.

Nie wiedział, gdzie właściwie się znajdują, choć wyspa nie była bezimienna. Nazywała się Święte Bachanalie. Naprawdę. Część owego skrawka planety, należącego do jednej z wielkich firm wycieczkowych, przeznaczono dla pasażerów statków, aby mogli pływać, biesiadować i zażywać rozkoszy we „własnym osobistym wyspiarskim raju”. Osobistym — do spółki z dwoma tysiącami innych bachicznych turistas, upchniętych jak foki na spłachetku plaży.

Po tej stronie wyspy było jednak całkiem inaczej. Stał tu tylko jeden dom, własność dyrektora oceanicznych linii wycieczkowych, hybryda krytej strzechą chaty i kolonialnej hacjendy na plantacji. W promieniu mili od niej mieszkał tylko służący. Wszyscy ludzie żyjący na wyspie — jakieś trzydzieści dusz — pracowali jako dozorcy w linii wycieczkowej.

Jacht, na którym zgaszono silnik, podpłynął bliżej.

Terese Collins zsunęła z nosa okulary przeciwsłoneczne i zmarszczyła brwi. Od trzech tygodni ich kawałek piasku mijały leniwie tylko olbrzymie liniowce, noszące tak wyrafinowane nazwy, jak Sensacja, Ekstaza, Punkt G.

– Mówiłeś komuś, gdzie jesteśmy? — spytała.

– Nie.

– Może to John.

John był jej przyjacielem, wspomnianym już dyrektorem linii wycieczkowych.

– Nie sądzę.

Terese Collins, bardzo znaną, przebywającą właśnie „na urlopie” spikerkę wiadomości CNN, Myron poznał nieco ponad trzy tygodnie temu na imprezie charytatywnej, na którą w dobrej wierze zabrali ich znajomi. Wspólnota w nieszczęściu i cierpieniu przyciągnęła ich do siebie jak magnes. Zaczęło się od pokusy: a gdyby tak rzucić wszystko i uciec? Zniknąć z kimś, kto pociąga cię fizycznie i kogo ledwie znasz? Oboje podjęli wyzwanie, po dwunastu godzinach znaleźli się na St Marteen, a po dwudziestu czterech tutaj.

Myron, który spał w sumie z czterema kobietami w życiu, który nie doświadczył przygód na jedną noc, nawet w epoce, gdy były one w modzie, wolnej ponoć od chorób wenerycznych, który ani razu nie odbył stosunku z czysto fizycznej potrzeby, bez miłości i zaangażowania, decyzję o ucieczce uznał za nadzwyczaj słuszną.

Nikomu nie powiedział, dokąd jedzie ani na jak długo — przede wszystkim dlatego, że sam nie miał pojęcia. Przez telefon poprosił mamę i tatę, żeby się o niego nie martwili (z równym skutkiem mógł im poradzić, by postarali się o skrzela i oddychali pod wodą). Esperanzy przekazał faksem prowadzenie RepSport MB, ich, od niedawna wspólnej, agencji sportowej. Do Wina nawet nie zadzwonił.

– Wiesz, kto to jest — domyśliła się obserwująca go bacznie Terese.

Nie odpowiedział. Serce zabiło mu mocniej.

Jacht podpłynął bliżej brzegu, drzwi kabiny od strony dziobu otworzyły się i na pokład wyszedł Win. Na jego widok Myrona zatkało. Win nigdy nie wpadał gdzieś przypadkiem. Jeżeli tu przypłynął, z pewnością stało się coś złego.

Myron wstał. Odległość była za duża. Nie zawołał, poprzestając na pozdrowieniu ręką. Win skinął mu głową.

– Zaraz. Czy to nie do jego rodziny należy firma Lock-Horne? — spytała Terese.

– Tak.

– Przeprowadziłam z nim kiedyś wywiad. W związku z bessą na giełdzie. Ma długie, napuszone nazwisko.

– Windsor Horne Lockwood Trzeci.

– Właśnie. Dziwny człowiek.

Gdybyż tylko miała pojęcie, jak bardzo dziwny.

– Diablo przystojny, wygląda na dziedzica rodowej fortuny, członka prywatnych klubów, kogoś, kto urodził się ze srebrnym kijem golfowym w ręku.

W tym momencie Win jakby na dany znak przeczesał dłonią włosy i uśmiechnął się.

– Macie z sobą coś wspólnego — rzekł Myron.

– Co?

– Oboje uważacie, że Win jest diablo przystojny.

– Wracasz — powiedziała z lekką obawą Terese, uważnie przyglądając się jego twarzy.

– Po to przypłynął.

Ujęła jego rękę. Była to ich pierwsza czuła chwila od balu charytatywnego sprzed trzech tygodni. Sami we dwoje na wyspie, stosunek za stosunkiem, a przy tym żadnych tkliwych pocałunków, delikatnych głaśnięć, łagodnych słów. Dziwne? Ale połączyły ich chęć zapomnienia o przeszłości i wola przetrwania — związek dwóch zdesperowanych dusz na ruinach uczuć, niezainteresowanych próbą ich odbudowy.

Większość dni Terese spędzała na długich samotnych spacerach, podczas gdy on przesiadywał na plaży, ćwiczył i niekiedy czytał. Spotykali się, żeby zjeść, kochać się i spać. Poza tym dawali sobie spokój, każde z osobna lizało swoje rany. Myron widział, że Terese — podobnie jak on – głęboko i mocno przeżywa jakąś niedawną tragedię. Nigdy jednak nie spytał jej, co się stało. A ona też go o nic nie pytała.

Taka była niepisana zasada ich małego szaleństwa.

Jacht się zatrzymał, rzucono kotwicę, Win wsiadł do łódki z motorkiem. Myron czekał, przebierał nogami, szykował się na najgorsze. Blisko brzegu Win zgasił silnik.

– Moi rodzice?! — zawołał Myron.

– Cali i zdrowi.

– Esperanza?

Win lekko się zawahał.

– Potrzebuje twojej pomocy.

Zszedł do wody ostrożnie, jakby oczekiwał, że utrzyma jego ciężar. Miał na sobie elegancką koszulę z kołnierzykiem na guziczki oraz szorty od Lilly Pulitzer tak jaskrawe, że spłoszyłby rekiny. Jachtowy japiszon. Był drobnej budowy, lecz na jego przedramionach grały mięśnie niczym stalowe węże.

Kiedy do nich podszedł, Terese wstała. Win podziwiał jej urodę, przyglądając się, lecz nie gapiąc. Niewielu mężczyzn tak potrafi. Ot, dobre wychowanie. Ujął dłoń Terese i uśmiechnął się. Wymienili uprzejmości, a po nich sztuczne uśmiechy i zbyteczne uwagi. Osłupiały Myron tego nie słuchał. Terese przeprosiła ich i wróciła do domu.

– Prima sempiterna — pochwalił Win, bacznie jej się przyglądając.

– Do mnie pijesz? — spytał Myron.

– W telewizji zawsze siedzi za pulpitem — odparł Win, w najlepsze śledząc sokolim wzrokiem… cel. — W życiu bym się nie domyślił, że sempiternę ma pierwsza klasa. — Pokręcił głową. — Wielka szkoda.

– Pewnie. Może podczas każdego wejścia na antenę powinna kilka razy wstać, parę razy się odwrócić, skłonić et cetera.

– Święta słowa! — Win zerknął na Myrona. — Pstryknąłeś jej serię fotek, nagrałeś na wideo?

– Nie, tak byś zrobił ty albo gwiazda rocka kawał zboka.

– Szkoda.

– Dobrze, dobrze, zrozumiałem. — Prima sempiterna?

– No więc, co się dzieje z Esperanzą?

Terese zniknęła w drzwiach wejściowych. Win westchnął cicho i obrócił się do Myrona.

– Zatankowanie paliwa zajmie pół godziny. Potem odpłyniemy. Pozwolisz, że spocznę?

– Co się stało, Win?

Win bez słowa usiadł na leżaku, ułożył się wygodnie, podłożył ręce pod głowę i skrzyżował nogi.

– Muszę przyznać, że jak ci odbija, to z klasą – powiedział.

– Wcale mi nie odbiło. Potrzebowałem odpocząć.

– Uhm.

Win odwrócił wzrok i do Myrona raptem dotarło, że zranił jego uczucia. Dziwne, ale chyba prawdziwe. Ten błękitnokrwisty, arystokratyczny socjopata nie zatracił mimo wszystko ludzkich uczuć. Chociaż od czasu studiów byli nierozłączni, to uciekając z Nowego Jorku, Myron nawet do niego nie zadzwonił. A przecież Win nie miał prócz niego nikogo bliskiego.

– Chciałem do ciebie zadzwonić — zaczął niepewnie Myron.

Win nie zareagował.

– Wiedziałem jednak, że w razie kłopotów mnie znajdziesz.

To prawda. Win odnalazłby igłę w stogu siana.

– Nieważne.

– Więc co się dzieje z Esperanzą?

– Chodzi o Clu Haida.

Haid był pierwszym klientem Myrona, baseballistą u schyłku kariery.

– A co z nim?

– Nie żyje.

Pod Myronem ugięły się nogi. Opadł na leżak.

– Zabity trzema strzałami we własnym mieszkaniu. Myron opuścił głowę.

– Myślałem, że powrócił na właściwą drogę.

Win nie odpowiedział.

– A co ma do tego Esperanza?

– W tej chwili — Win spojrzał na zegarek — wedle wszelkiego prawdopodobieństwa aresztują ją za zamordowanie Haida.

– Co takiego?!

Win znów nie odpowiedział. Nie cierpiał się powtarzać.

– Myślą, że go zabiła?

– Jak dobrze, że wakacje nie stępiły twoich zdolności do dedukcji.

Win wystawił twarz w stronę słońca.

– Jakie mają dowody?

– Na przykład narzędzie zbrodni. Ślady krwi. Włókna. Masz jakiś olejek ochronny?

– Ale jak…? — Myron utkwił wzrok w nieprzeniknioną jak zwykle twarz przyjaciela. — Zrobiła to?

– Nie mam pojęcia.

– Nie spytałeś?

– Nie chciała ze mną rozmawiać.

– Słucham?

– Z tobą również.

– Nie rozumiem — rzekł Myron. — Esperanza nikogo by nie zabiła.

– Jesteś tego pewien?

Myron przełknął ślinę. Przyszło mu na myśl, że świeże przeżycia pomogą mu lepiej zrozumieć przyjaciela. Win również zabijał. I to często. A ponieważ on sam też niedawno zabił, uznał, że połączy ich dodatkowa więź. Ale nie połączyła. Przeciwnie. Wspólne doświadczenie odsunęło ich od siebie.

Win ponownie sprawdził godzinę.

– Może się spakujesz? — zagadnął.

– Nie muszę nic brać.

Win wskazał ręką dom. Stojąca w otwartych drzwiach Terese patrzyła na nich w milczeniu.

– W takim razie pożegnaj się z Madame Sempiterną i ruszajmy w drogę — powiedział.

2

Ubrana w szlafrok, Terese czekała oparta o framugę drzwi.

Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, Myron poprzestał na „dziękuję”.

Skinęła głową.

– Pojedziesz ze mną? — spytał.

– Nie.

– Nie zostaniesz tu na zawsze.

– Dlaczego?

– Nie masz pojęcia o boksie — rzekł po chwili.

– Wyraźnie czuję — powąchała powietrze — że zanosi się na metaforę sportową.

– Niestety.

– Fe! Trudno.

– Między nami toczy się swoisty pojedynek — zaczął Myron. — Uskakujemy, robimy zwody, nurkujemy, unikamy zwarcia. Ale nie możemy tego robić w nieskończoność. W końcu trzeba będzie zadać cios.

Skrzywiła się.

– Kiepskie skojarzenie.

– Pod wpływem impulsu.

– I nieścisłe — dodała. — A co powiesz na to? Poznaliśmy siłę przeciwnika. Powalił nas na matę. Jakoś zdołaliśmy wstać, lecz nogi wciąż mamy jak z waty, a przed oczami mgłę. Jeszcze jeden cios i będzie po walce. Najlepiej potańczyć, nie dać się trafić i utrzymać dystans.

Trudno zaprzeczyć.

Zamilkli.

– Jeśli wpadniesz do Nowego Jorku, zadzwoń, to…

– Dobrze.

Znów zamilkli.

– Wiemy, co się stanie — powiedziała Terese. — Spotkamy się na kilka drinków, zapewne wskoczymy do wyrka, ale nie będzie tak samo. Będziemy skrępowani. Będziemy udawać, że się zeszliśmy, lecz na święta nie wyślemy sobie kartek. Nie jesteśmy kochankami, Myron. Nie jesteśmy nawet przyjaciółmi. Nie wiem, kim właściwie dla siebie jesteśmy, niemniej jestem ci wdzięczna.

Zakrakał ptak. Nuciły cicho małe fale. Przy brzegu, w zatrważająco cierpliwej pozie, stał z założonymi rękami Win.

– Powodzenia, Myron.

– Nawzajem.

Na jacht dopłynęli dingi. Myron chwycił rękę, którą podał mu załogant, wsiadł, ruszyli. Stał na pokładzie wsparty 0 barierkę z drewna tekowego — tekowego! — i patrzył na oddalający się brzeg. Wszystko tutaj było ciemne, kosztowne i z teku.

– Proszę — usłyszał głos Wina i odwrócił się.

Win rzucił mu yoo-hoo — jego ulubiony drink, gazowany czekoladowy koktajl mleczny. Myron uśmiechnął się.

– Nie piłem go od trzech tygodni — powiedział.

– Koniec cierpień. To z pewnością była dla ciebie katorga.

– Zero telewizji i yoo-hoo. Cud, że przeżyłem.

– Właśnie, żyłeś tu prawie jak mnich. — Win obejrzał się na wyspę. — To znaczy, jak mnich, który bzyka co niemiara.

Obaj zwlekali z przejściem do rzeczy.

– Ile zajmie nam powrót? — spytał Myron.

– Osiem godzin jachtem — odparł Win. — W Saint Bart’s czeka na nas odrzutowiec. Lot potrwa ze cztery godziny.

Myron skinął głową. Potrząsnął puszką, otworzył ją, pociągnął duży łyk i obrócił się w stronę wody.

– Przepraszam — powiedział.

Win puścił jego przeprosiny mimo uszu. A może go zadowoliły. Jacht przyspieszył. Myron zamknął oczy, wystawiając twarz na pieszczoty wodnego pyłu. Pomyślał przelotnie o Clu Haidzie. Już na pierwszym roku prawa na Harvardzie Clu, który nie ufał agentom sportowym, uważając ich za „gorszych od pedofili”, poprosił go o wynegocjowanie kontraktu. Myron spełnił prośbę kolegi. Spodobało mu się to i niebawem założył agencję RepSport MB.

Clu był uroczym nicponiem. Niepoprawnym wielbicielem wina, kobiet i śpiewu, nie wspominając o mocniejszych używkach, które wpadły mu w ręce, nos czy żyły. Dla tego potężnie zbudowanego rudowłosego, chłopięco przystojnego, niebywale czarującego, niemal staroświeckiego hulajduszy nie było nieudanych imprez. Wszyscy go kochali. Nawet Bonnie, jego anielsko cierpliwa żona. Ich pożycie przywodziło na myśl rzuty bumerangiem. Bonnie wyrzucała Clu, on jakiś czas wirował w powietrzu, wracał, a ona go łapała.

Tylekroć wydobywany przez Myrona z kłopotów — zawieszany za narkotyki, zatrzymywany za jazdę w stanie nietrzeźwym itp. — Clu w końcu zwolnił nieco obroty, nabrał ciała i stracił na uroku. Sprowadzony w drodze wymiany do zespołu nowojorskich Yankees, trafił pod ścisły nadzór, otrzymując ostatnią szansę poprawy. Po raz pierwszy w życiu pozostał na odwyku i uczęszczał na spotkania Anonimowych Alkoholików. W latach dziewięćdziesiątych odzyskał szybkość rzutu.

– Chcesz usłyszeć, co się stało? — Win wyrwał Myrona z zamyślenia.

– Nie jestem pewien.

– Tak?

– Poprzednim razem nawaliłem. Nie posłuchałem twoich ostrzeżeń i zginęło przeze mnie wiele osób. — Myron powstrzymał napływające łzy. — Pojęcia nie masz, jak źle się to skończyło.

– Myron?

Myron obrócił się w stronę przyjaciela. Ich oczy się spotkały.

– Weź się w garść — rzekł Win.

– Nie znoszę, kiedy mi pobłażasz — odparł Myron, wydając z siebie trójdźwięk złożony ze szlochu i chichotów.

– Wolałbyś porcję pustych frazesów? — Win zakręcił trunkiem w szklaneczce i skosztował. — Wybierz któryś z nich i lećmy dalej: życie jest ciężkie; życie jest okrutne; życiem rządzi przypadek; bywa, że dobrzy ludzie są zmuszeni do złego; niewinni czasem giną; tak, Myronie, nawaliłeś, ale tym razem spiszesz się lepiej; nie, Myronie, nie nawaliłeś, to nie była twoja wina; każdy kiedyś się przełamuje, kolej na ciebie… Mam przestać?

– Bardzo proszę.

– No, to zacznijmy od Clu Haida.

Myron skinął głową, łyknął yoo-hoo i opróżnił puszkę.

– Naszemu koleżce ze studiów wszystko szło jak po maśle. Rzucał dobrze. W domu sielanka. Zaliczał testy antynarkotykowe. Z dużym zapasem przestrzegał „godziny policyjnej”. Lecz dwa tygodnie temu wszystko się zmieniło: niespodziewana kontrola dała wynik pozytywny.

– Co wykryli?

– Heroinę.

– Mediom Clu nic nie powiedział, ale prywatnie stwierdził, że test sfałszowano. Użył bzdurnej wymówki w rodzaju: ktoś dosypał narkotyku do jedzenia.

– Skąd to wiesz?

– Od Esperanzy.

– Spotkał się z Esperanzą?

– Tak. Po wpadce z testem zwrócił się oczywiście o pomoc do swego agenta.

– Aha — rzekł po chwili Myron.

– Pominę milczeniem krach agencji RepSport MB. Powiem tylko, że Esperanza i Wielka Cyndi zrobiły co mogły. Ale to twoja firma. Klienci wynajęli ciebie. Wielu bardzo nie spodobało się twoje nagłe zniknięcie.

Myron wzruszył ramionami. To zmartwienie odłożył na później.

– Clu wpadł na kontroli, i co? — spytał.

– I natychmiast go zawiesili. Media wzięły go pod obcasy. Stracił wszystkie kontrakty reklamowe. Bonnie wyrzuciła go z domu. Jankesi się go wyrzekli. Ponieważ nie miał się do kogo zwrócić, wciąż zachodził do twojego biura. Od Esperanzy słyszał, że jesteś nieosiągalny. Jego złość z każdą wizytą rosła.

Myron zamknął oczy.

– Cztery dni temu Clu dopadł Esperanzę przed agencją. Ściślej, na parkingu w biurowcu Kinneya. Doszło do ostrej, głośnej sprzeczki. Według świadków, Clu uderzył ją w usta.

– Co takiego?!

– Zobaczyłem ją nazajutrz. Z zapuchniętą szczęką. Mimo że ledwo mogła mówić, kazała mi pilnować własnego nosa. Z tego co wiem, gdyby Mario i inni parkingowi nie odciągnęli ich od siebie, na tym by się nie skończyło. Podobno kiedy ich trzymali, Esperanza posłała Clu wiązankę typu: „Dorwę cię za to, kutafonie, sukinsynu, miękki fiucie!”.

Myron pokręcił głową. Nie pojmował, jak to możliwe.

– Następnego dnia po południu znaleziono go martwego w wynajętym mieszkaniu w Fort Lee — ciągnął Win. — Policja dowiedziała się o ich sprzeczce. Wydali nakaz przeszukania i znaleźli narzędzie zbrodni, pistolet, kaliber dziewięć milimetrów, w twoim biurze.

– W moim biurze?!

– Tak, w agencji MB.

Myron ponownie pokręcił głową.

– Ktoś go podrzucił — powiedział.

– Zapewne. Znaleźli również pochodzące z mieszkania Clu włókna z wykładziny dywanowej.

– To bez znaczenia. Clu odwiedzał agencję. Przyniósł je tam na butach.

– Zapewne — powtórzył Win. — Trudniej wytłumaczyć plamki krwi w bagażniku twojego samochodu.

Myron o mało nie upadł.

– W taurusie?

– Tak.

– Policja potwierdziła, że to krew Clu?

– Potwierdziła zgodność grupy. Testy DNA zajmą parę tygodni.

Myron nie wierzył własnym uszom.

– Esperanza jeździła moim wozem?

– Tego dnia tak. Z zapisów z elektronicznej rogatki wynika, że twój taurus wjechał do Nowego Jorku przez most Waszyngtona akurat w godzinie popełnienia morderstwa. Jak wspomniałem, Clu zginął w Fort Lee. Jego mieszkanie jest około dwóch mil od mostu.

– Obłęd.

Win milczał.

– A co z motywem? — spytał Myron.

– Na razie policja nie ma nic konkretnego. Ale wymienili kilka.

– Na przykład?

– Esperanza została niedawno twoją wspólniczką. Oddałeś w jej ręce decyzje. Pierwszy klient twojej agencji postanowił odejść.

Myron zmarszczył brwi.

– I to ma być motyw?

– Poza tym Clu na nią napadł. Niewykluczone, że obwinił ją o wszystkie swoje niepowodzenia. Może postanowiła się zemścić? Kto wie?

– Wspomniałeś, że nie chciała z tobą rozmawiać.

– Tak.

– Spytałeś ją o zarzuty?

– Tak.

– I?

– Oświadczyła, że panuje nad sytuacją — odparł Win.

– Zabrania mi się z tobą kontaktować i nie życzy sobie z tobą rozmawiać.

– Dlaczego? — spytał zaskoczony Myron.

– Nie mam pojęcia.

Myronowi stanęła przed oczami latynoska piękność, którą poznał w czasach, kiedy — wieki temu — jako Mała Pocahontas występowała na zapaśniczym ringu. Pracowała dla RepSport MB od powstania agencji — najpierw jako sekretarka, a obecnie, po skończeniu studiów prawniczych, jako pełnoprawna wspólniczka.

– Jestem jej najlepszym przyjacielem — rzekł.

– Dobrze wiem.

– Więc jak mogła powiedzieć coś takiego?

Win uznał, że pytanie nie wymaga odpowiedzi.

Wyspa już zniknęła za horyzontem. Dookoła rozciągał się spieniony ciepły błękit Atlantyku.

– Gdybym nie uciekł… — zaczął Myron.

– Myron?

– Słucham?

– Znowu jojczysz. Nie znoszę tego.

Myron skinął głową i oparł się o barierkę z teku.

– Masz jakiś pomysł? — spytał Win.

– Ze mną na pewno porozmawia.

– Próbowałem się do niej dodzwonić.

– No i?

– Nie podniosła słuchawki.

– Próbowałeś z Wielką Cyndi?

– Mieszka teraz z Esperanzą.

Żadna niespodzianka.

– Co dziś mamy? — spytał Myron.

– Wtorek.

– Wielka Cyndi nadal stoi na bramce w Skurze i Chóci. Może tam teraz być.

– W dzień?

Myron wzruszył ramionami.

– Dewiacje seksualne nie mają wolnego.

– Dzięki Bogu — rzekł Win.

Zamilkli, jacht lekko ich kołysał. Win zmrużył oczy, patrząc pod słońce.

– Pięknie, co?

Myron skinął głową.

– Po tak długim czasie można mieć tego po uszy.

– Owszem.

– Zejdźmy pod pokład. Mam tam coś miłego.

3

Win zabrał na jacht kasety. Obejrzeli odcinki starego serialu z Batmanem (z Julie Newmar w roli Kocicy i Lesley Gore jako Różowej Kici — podwójne miau!), Facetów do wzięcia (z Oscarem i Feliksem w Haśle), Strefy Zmroku (Służyć człowiekowi), a z nowszych Seinfelda (epizod, w którym Jerry i Elaine odwiedzają jego rodziców na Florydzie). Nie było duszonej wołowiny. Same węglowodany. Na wszelki wypadek zaś, gdyby to nie wystarczyło, meksykańskie chrupki, chrupki z serem, yoo-hoo, a nawet odgrzewana pizza z pizzerii Calabria na Livingston Avenue.

Win mógł sobie być socjopatą, ale cóż to był za gość.

Na Myrona wszystko to podziałało ze wszech miar leczniczo — czas spędzony na morzu i później w powietrzu, w swoistej emocjonalnej komorze wysokociśnieniowej, pozwolił jego duszy przystosować się do powrotu do rzeczywistego świata.

Dwaj przyjaciele niewiele się odzywali, nie licząc westchnień na widok Julie Newmar w roli Kocicy (ilekroć pojawiała się na ekranie w obcisłym czarnym kocim kostiumie, Win powtarzał: „Ffffffantastyczna!”). Kiedy serial ten nadano po raz pierwszy, mieli pięć czy sześć lat, ale w Kocicy Julie Newmar było coś, co rozbijało w puch Freudowskie tezy o okresie dziecięcego utajenia seksualnego. Nie potrafili powiedzieć co. Może jej łotrostwo. A może coś bardziej pierwotnego. Ciekawą opinię na ten temat miałaby na pewno Esperanza. Starał się o niej nie myśleć, bo i po co, skoro w niczym nie mogło to zmienić sytuacji, ale pamiętał, że poprzednio ich trójce zdarzyło się oglądać razem stare seriale w Filadelfii. Brakowało mu jej. Oglądanie kaset bez bieżących komentarzy Esperanzy nie było tym samym.

Jacht przybił do nabrzeża i skierowali się do prywatnego odrzutowca.

– Uratujemy ją — zapewnił Win. — Bądź co bądź służymy dobru.

– Rzecz do dyskusji.

– Uwierz w siebie, przyjacielu.

– Mam na myśli służenie dobru.

– No wiesz!

– Już nic nie wiem.

Win wysunął szczękę z taką miną, jakby przypłynął do Ameryki na pokładzie Mayflower.

– Ach, ten twój kryzys moralny. Fi donc! — powiedział.

W kabinie odrzutowca firmy Lock-Horne powitała ich blond seksbomba o matowym głosie, jakby żywcem wyjęta z burleski. Wśród chichotów i krygów podała im drinki. Win uśmiechnął się do niej, a ona do niego.

– Ciekawe — rzekł Myron.

– Co?

– Zawsze wynajmujesz zmysłową stewardesę.

Win zmarszczył brwi.

– Na litość boską — rzekł. — Ona woli być nazywana asystentką pokładową.

– Wybacz mi prostacki brak taktu.

– Więcej pobłażliwości, Myron. Zgadnij, jak ma na imię.

– Tawny?

– Ciepło. Candi. Z „i” na końcu. W miejsce kropki rysuje serduszko.

Win potrafił bardziej świntuszyć, ale Myron wolał o tym nie myśleć.

Usiadł w fotelu. Przez głośnik powitał ich imiennie pilot i wystartowali. Prywatny odrzutowiec. Jacht. Czasem miło było mieć bogatych przyjaciół.

Kiedy osiągnęli wysokość podróżną, Win z podobnej do pudełka cygar skrzynki wyjął telefon.

– Zadzwoń do rodziców — powiedział.

Myron znieruchomiał. Na krótko znów zalała go fala poczucia winy, różowiąc policzki. Skinął głową, wziął telefon i, trochę za mocno ściskając słuchawkę, wybrał numer. Odebrała mama.

– Mama… — zaczął.

Podniosła raban. Krzyknęła do taty na dole. Podniósł słuchawkę.

– Tata…

Powstał raban stereo. Myron na chwilę odsunął słuchawkę od ucha.

Rodzice wybuchnęli śmiechem. Zapłakali. Myron spojrzał na siedzącego niewzruszenie Wina, przewrócił oczami, ale również się ucieszył. Możesz narzekać, człowieku, ile wlezie, lecz pokaż mi takiego, kto nie chciałby być kochany.

Rodzice wdali się — celowo, jak przypuszczał — w bezsensowną paplaninę. Nie ma co, potrafili zaleźć za skórę, ale posiedli też cudowne wyczucie tego, kiedy należy ustąpić pola. Zdołał więc im wyjaśnić, gdzie się podziewał. Wysłuchali go w milczeniu.

– Skąd dzwonisz? — spytali.

– Z samolotu Wina.

Zareagowali stereofonicznymi westchnieniami.

– Co takiego?!

– Z prywatnego samolotu Wina. Powiedziałem przed chwilką, że po mnie przyjechał…

– Dzwonisz z jego telefonu?

– Tak.

– Masz pojęcie, ile to kosztuje?

– Mamo…

Bezsensowna paplanina raz-dwa dobiegła końca. Kilka chwil potem Myron odłożył słuchawkę i zagłębił się w fotelu. Lodowato zimne poczucie winy powróciło. Rodzice nie byli już młodzi. Nie pomyślał o tym przed ucieczką na Karaiby. Nie pomyślał o wielu rzeczach.

– Nie powinienem im tego robić — rzekł. — Ani tobie.

Win zdobył się na najwyższy przejaw mowy ciała – poruszył się w fotelu. W zasięgu wzroku pojawiła się znów, kołysząc biodrami, Candi. Win opuścił ekran, nacisnął klawisz i rozpoczął się film — Miłość i śmierć Woody’ego Allena. Ambrozja dla ducha. Oglądali w milczeniu. Po projekcji Candi spytała Myrona, czy przed wylądowaniem weźmie prysznic.

– Proszę?

Zachichotała, nazwała go „wielkim głuptasem” i odeszła, cała rozhuśtana.

– Prysznic?

– Z tyłu jest kabina — wyjaśnił Win. — Pozwoliłem też sobie wziąć dla ciebie ubranie na zmianę.

– Prawdziwy z ciebie przyjaciel.

– No pewnie, wielki głuptasie.

Myron wziął prysznic, ubrał się, a potem, przed podejściem do lądowania, wszyscy zapięli pasy. Po bezzwłocznym opadnięciu w dół samolot wylądował tak gładko, jakby choreografię lotu ułożyli mu chłopcy z Temptations. Na czarnej płycie lotniska czekała długaśna limuzyna. Gdy wysiedli z odrzutowca, Myronowi powietrze wydało się dziwne i obce. Miał wrażenie, że znalazł się nie w innym kraju, ale na innej planecie. Poza tym lało. Zbiegli po schodkach i wpadli w otwarte drzwi limuzyny.

Otrząsnęli się z wody.

– Zakładam, że zatrzymasz się u mnie — powiedział Win.

Myron mieszkał z Jessicą w lofcie przy Spring Street. Ale przedtem.

– Jeśli można.

– Można.

– Mogę wrócić do rodziców.

– Powiedziałem: można.

– Znajdę sobie mieszkanie.

– Nie ma pośpiechu.

Limuzyna ruszyła. Win złożył dłonie koniuszkami palców. Zawsze to robił. Pasowało to do niego. Palcami wskazującymi zabębnił w wargi.

– Nie za bardzo nadaję się do komentowania takich spraw — zaczął — ale jeżeli chcesz pomówić o Jessice, Brendzie czy…

Rozłączył dłonie, skinął prawą. Starał się. Sprawy sercowe nie były jego mocną stroną. A jego poglądy na kwestię męsko-damskich związków uczuciowych można było śmiało nazwać „bulwersującymi”.

– Nie przejmuj się tym — wpadł mu w słowo Myron.

– Proszę bardzo.

– Niemniej dziękuję.

Win szybko skinął głową.

Po ponad dziesięciu latach przebojów z Jessicą — latach, w których Myron kochał jedną, tę samą kobietę, zerwał z nią, odnalazł ponownie i powoli, ostrożnie odbudowując uczucia, umocniwszy je, wreszcie z nią zamieszkał – nastąpił koniec.

– Brakuje mi Jessiki — wyznał.

– Myślałem, że do tego nie wrócimy.

– Przepraszam.

Win ponownie poprawił się w fotelu.

– Ależ mów — rzekł z miną świadczącą, że milsza od tego byłaby już nawet sonda doodbytnicza.

– Rzecz w tym… że już nigdy nie wyplączę się na dobre z tego związku.

Win skinął głową.

– Jak, nie przymierzając, z trybów maszynerii.

– Tak. Coś w tym rodzaju — odparł z uśmiechem Myron.

– Więc odetnij kończynę i ją zostaw.

Myron spojrzał na przyjaciela. Win wzruszył ramionami.

– Obejrzałem przypadkiem program Sally Jessy Raphael – wyjaśnił.

– To widać.

– Odcinek pod tytułem „Mamusia zabrała mi pierścionek z sutka”. Śmiało wyznam, że się popłakałem.

– Miło słyszeć, że nie tracisz kontaktu z uczuciową stroną swej natury — zażartował Myron, dobrze wiedząc, że Win takiej strony nie ma. — Co robimy?

Win sprawdził godzinę.

– W areszcie powiatu Bergen znam jednego człowieka.

Powinien już tam być.

Włączył głośnik i wystukał kilka cyfr. Wsłuchali się w sygnał.

– Schwartz — odezwał się po dwóch dzwonkach głos.

– Brian, tu Win Lockwood.

Na dźwięk jego imienia i nazwiska jak zwykle zapadła krótka, pełna rewerencji cisza.

– Hej, Win.

– Mam sprawę.

– Wal.

– Czy jest tam Esperanza Diaz?

– Nie słyszałeś tego ode mnie — uprzedził po małej chwili Schwartz.

– Czego?

– Wszystko gra, jak długo się rozumiemy. Owszem, jest tutaj. Dowieźli ją w kajdankach parę godzin temu. Cichaczem.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– Kiedy postawią jej zarzuty?

– Pewnie jutro rano.

Win spojrzał na Myrona. Esperanza miała spędzić noc w areszcie. Nie wróżyło to nic dobrego.

– Dlaczego aresztowali ją dopiero teraz?

– Nie wiem.

– Widziałeś, jak przywieźli ją w kajdankach?

– Tak.

– Nie zaczekali, aż zgłosi się sama?

– Nie.

Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. Aresztowanie z opóźnieniem. Kajdanki. Zatrzymanie na noc. Ktoś w prokuraturze się wkurzył i próbował to zademonstrować.

Wróżyło to bardzo niedobrze.

– Co jeszcze ci wiadomo? — spytał Win.

– Niewiele. Jak powiedziałem, zachowali dyskrecję. Prokurator jeszcze nie zawiadomił mediów. Ale zrobi to. Pewnie przed dziennikiem o jedenastej. Wyda krótkie oświadczenie, żadnych pytań itd. Kurczę, gdybym nie był kibicem, w ogóle bym jej nie zauważył.

– Kibicem?

– Zawodowych zapasów. Rozpoznałem ją z dawnych występów na ringu. Czy wiesz, że Esperanza Diaz występowała jako Indiańska Księżniczka, Mała Pocahontas?

Win zerknął na Myrona.

– Tak, Brian, wiem.

– Naprawdę? — zdziwił się mocno podekscytowany Schwartz. — Mała Pocahontas była moją faworytką, absolutnie. Niesamowita zapaśniczka. Ekstraklasa. Na ring wchodziła w bardzo skąpym zamszowym bikini, no nie? A potem brała się za bary z innymi kobitkami, babami na schwał, wiła się na macie i co tylko. W mordę jeża, tak mnie rozpalała, że topiły mi się paznokcie.

– Wyobrażam sobie, dzięki. Coś jeszcze, Brian?

– Nie.

– Nie wiesz, kto jest jej adwokatem?

– Nie… Aha, jeszcze jedno. Jest tu ktoś jakoś z nią związany.

– Jakoś?

– Przed budynkiem. Na schodach sądu.

– Nie bardzo rozumiem, Brian — przyznał Win.

– Po prostu siedzi. Na deszczu. Nie do wiary, ale przysiągłbym, że to dawna partnerka Małej Pocahontas z ringu, Wielka Szefowa. Czy wiesz, że Wielka Szefowa i Mała Pocahontas trzy lata z rzędu były międzykontynentalnymi mistrzyniami w walkach parami?

Win westchnął.

– Co ty powiesz.

– Cokolwiek znaczy ten tytuł. No, bo co znaczy „międzykontynentalny”? Nie teraz. Mówię o co najmniej pięciu, sześciu latach wstecz. Ale co tam, były niesamowite. Wspaniałe zapaśniczki. Dzisiejsze walki to już nie ta klasa.

– Kobiety w bikini biorące się za bary? Nie ma już takich jak kiedyś.

– Tak jest. Za dużo napompowanych sztucznych biustów. Ląduje taka na brzuchu i cyc jej strzela jak wytarta opona. Buch! Dlatego przestałem śledzić zapasy. Chyba że przelatuję kanały i coś wpadnie mi w oko, wtedy chwilę się pogapię…

– Wspomniałeś o kobiecie siedzącej na deszczu.

– A tak, tak, Win, przepraszam. Nie wiem, co to za jedna, ale tam jest. Siedzi. Kiedy policjanci podeszli do niej i spytali, co robi, odparła, że czeka na przyjaciółkę.

– I wciąż tam jest?

– Tak.

– Jak wygląda?

– Jak Niesamowity Hulk. Ale groźniej. I jest chyba zieleńsza od niego.

Win i Myron wymienili spojrzenia. Nie było wątpliwości. Schody okupowała Wielka Szefowa alias Wielka Cyndi.

– Coś jeszcze, Brian?

– Nie, nic… A więc znasz Esperanzę Diaz?

– Tak.

– Osobiście?

– Tak.

Zapadła nabożna cisza.

– Jezu, ty to masz życie, Win.

– O tak.

– Załatwiłbyś mi jej autograf?

– Postaram się, Brian.

– A może zdjęcie z autografem? Małej Pocahontas w kostiumie? Naprawdę ją uwielbiam.

– Nie wątpię, Brian. Do widzenia.

Win skończył rozmowę, zagłębił się w fotelu, spojrzał na Myrona, a po jego skinieniu głową przez interkom poinstruował szofera, jak dojechać do sądu.

4

Do sądu w Hackensack dotarli tuż przed dwudziestą drugą. Zgarbiona Wielka Cyndi — gdyż Myron uznał, że to ona — siedziała, moknąc w deszczu. Z oddali wyglądała jak volkswagen garbus zaparkowany na schodach.

Wysiadł z samochodu i podszedł.

– Wielka Cyndi?

Ciemny kopiec wydał cichy pomruk lwicy, która ostrzega niżej od niej stojące w hierarchii, zabłąkane zwierzę.

– To ja, Myron.

Pomruk wzmógł się. Deszcz przylepił Cyndi do czaszki uczesane w szpikulce włosy, przemieniając je w nierówną fryzurę na tytusa. Trudno było rozpoznać ich dzisiejszy kolor, ale nie wyglądał na odcień spotykany w naturze. Wielka Cyndi lubiła zmieniać płukanki, a niekiedy łączyć farby losowo, by zobaczyć, co z tego wyjdzie. Domagała się również, by nazywać ją Wielką Cyndi. Nie Cyndi — Wielką Cyndi! Posunęła się nawet do legalnej zmiany drugiego imienia. W urzędowych dokumentach brzmiało ono Wielka.

– Nie możesz tu siedzieć całą noc — powiedział.

– Pan jedzie do domu — odparła wreszcie.

– Co się stało?

– Pan uciekł — dodała tonem zagubionego dziecka.

– Tak.

– Zostawił nas.

– Bardzo mi przykro. Ale wróciłem.

Zaryzykował następny krok. Gdybyż tylko miał ze sobą coś, co by ją udobruchało — pół wiaderka lodów Haagen-Dazs. Albo kozła ofiarnego.

Wielka Cyndi rozpłakała się. Podszedł wolno, wyciągając przed siebie rękę na wypadek, gdyby chciała ją obwąchać. Lecz pomruki zastąpiło już szlochanie. Myron położył dłoń na jej ramieniu, twardym jak kula do kręgli.

– Co się stało? — spytał ponownie.

Pociągnęła nosem. Głośno. Hałas o mały włos nie wgniótł zderzaka w limuzynie.

– Nie powiem.

– Dlaczego?

– Zakazała.

– Esperanza?

Wielka Cyndi skinęła głową.

– Będzie jej potrzebna pomoc — rzekł Myron.

– Nie chce pańskiej pomocy.

Bolesne słowa. Wciąż lało. Usiadł na schodach obok Cyndi.

– Gniewa się na mnie, że wyjechałem?

– Nic panu nie powiem, panie Bolitar. Przykro mi.

– Dlaczego?

– Nie kazała.

– Esperanza sama sobie z tym nie poradzi. Potrzebuje adwokata.

– Już ma.

– Kogo?

– Hester Crimstein.

Wielka Cyndi sapnęła, jakby zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo, lecz być może wymknęło się to jej celowo.

– Jak ją wynajęła? — spytał.

– Pan się na mnie nie gniewa, panie Bolitar, ale nic więcej nie powiem.

– Ja się nie gniewam, po prostu się martwię.

Na widok jej uśmiechu z trudem powstrzymał krzyk.

– Miło, że pan wrócił — powiedziała.

– Dziękuję.

Położyła mu głowę na ramieniu, tak ciężką, że się zachwiał, ale zdołał jakoś utrzymać pion.

– Wiesz, co do niej czuję — rzekł.

– Tak. Kocha ją pan. A ona pana.

– Więc pozwól mi pomóc.

Wielka Cyndi podniosła głowę. Krew w jego ramieniu znów zaczęła krążyć.

– Nic tu teraz po panu.

Myron wstał.

– Chodź. Podwieziemy cię do domu.

– Zostaję.

– Pada i jest późno. Ktoś może cię napaść. Tu nie jest bezpiecznie.

– Poradzę sobie — odparła.

Zrezygnował z wyjaśnienia, że nie jest tu bezpiecznie dla napastników.

– Nie możesz spędzić tutaj całej nocy.

– Nie zostawię Esperanzy samej.

– Ależ ona nawet nie wie, że tu jesteś.

Wielka Cyndi otarła z twarzy deszcz dłonią wielką jak opona samochodu.

– Wie.

Myron obejrzał się na limuzynę. Oparty w pozie Gene’a Kelly’ego o jej drzwiczki Win — z rękami skrzyżowanymi na piersi i parasolem na ramieniu — skinął mu głową.

– Jesteś pewna?

– Tak, panie Bolitar. Aha, jutro spóźnię się do pracy. Mam nadzieję, że pan rozumie.

Potwierdził skinieniem głowy. Patrzyli na siebie, a po twarzach ściekał im deszcz. Na ryk śmiechu oboje obrócili się w prawo i spojrzeli na przypominający twierdzę gmach, w którym w aresztanckiej celi osadzono osobę im obojgu najbliższą. Myron ruszył do limuzyny, ale po chwili się odwrócił.

– Esperanza nikogo by nie zabiła — powiedział i zaczekał.

Lecz Wielka Cyndi, zamiast potwierdzić to lub przynajmniej skinąć głową, znowu się zgarbiła i zamknęła w sobie.

Myron wsunął się do samochodu. Win, który poszedł w jego ślady, podał mu ręcznik. Kierowca ruszył.

– Jej adwokatką jest Hester Crimstein — poinformował Myron.

– Telewizyjna pani sędzia?

– We własnej osobie.

– Aha — rzekł Win. — Przypomnij, jak się nazywa jej program.

– Kryminały Crimstein.

Win zmarszczył brwi.

– Uroczo.

– Wydała książkę pod tym samym tytułem. Dziwne. — Myron pokręcił głową. — Hester Crimstein rzadko podejmuje się obrony. Jak skłoniła ją do tego Esperanza?

– Nie jestem pewien — Win postukał palcem wskazującym w podbródek — ale parę miesięcy temu chyba miała z nią romans.

– Żartujesz.

– A jakże, już taki ze mnie filut. Dziś to mój najlepszy wic.

Impertynent. Ale mówił do rzeczy. Esperanza była idealną biseksualistką — idealną, gdyż podobała się każdemu, niezależnie od płci i preferencji seksualnych. Kto się udziela na prawo i lewo, posiada uniwersalny seksapil, no nie?

– Wiesz, gdzie mieszka Hester Crimstein? — spytał Myron po chwili zastanowienia.

– Dwa domy ode mnie, na Central Park West.

– Więc złóżmy jej wizytę.

Win zmarszczył brwi.

– Po co?

– Może wprowadzi nas w sprawę.

– Nie zechce z nami rozmawiać.

– Może zechce.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Po pierwsze, jestem czarujący.

– Mój Boże. — Win pochylił się do kierowcy. — Niech pan depnie gaz.

5

Win mieszkał w Dakocie, należącej do najbardziej szpanerskich kamienic na Manhattanie, a Hester Crimstein w San Remo, równie szpanerskim budynku dwie przecznice dalej na północ. Prócz niej mieszkali tam również między innymi Diane Keaton i Dustin Hoffman, ale San Remo zasłynął najbardziej z tego, że nie przyjął pod swój dach Madonny.

Obu wejść do San Remo pilnowali odźwierni wystrojeni jak Breżniew na defiladzie na placu Czerwonym. Breżniew Pierwszy oznajmił lakonicznie, że pani Crimstein jest „nieobecna”. Naprawdę użył tego rzadko spotykanego słowa. Do Wina się uśmiechnął, na Myrona spojrzał z wyższością, co nie przyszło mu łatwo, musiał bowiem odchylić głowę do tyłu tak mocno (Myron był kilkanaście centymetrów wyższy), że dziurki w jego nosie wyglądały jak zachodni wlot do tunelu Lincolna. Dlaczego służba bogatych i sławnych zadziera nosa bardziej niż ich państwo? Z czystego resentymentu? Dlatego, że przez cały dzień ktoś patrzy na nich z góry, więc szukają okazji do rewanżu? A może ludzie, których pociąga taka praca, to po prostu zakompleksieni fagasi?

Ot, sekreciki egzystencji.

– Oczekuje pan, że pani Crimstein wróci przed północą? – spytał Win.

Breżniew otworzył usta, zaniemówił i łypnął na Myrona tak nieufnie, jakby bał się, że narobi mu na perski dywan. Czytając z jego miny jak z brukowca, Win odwiódł go na stronę, dalej od przedstawiciela motłochu.

– Powinna wkrótce wrócić, panie Lockwood. — Aha, Breżniew rozpoznał Wina. Żadna niespodzianka. — O jedenastej pani Crimstein kończy zajęcia z aerobiku.

Ćwiczenia godzinę przed północą? Witamy w latach dziewięćdziesiątych, gdzie czas wolny odsysają ci niczym tłuszcz w trakcie liposukcji.

W San Remo nie było gdzie posiedzieć i poczekać — większość wytwornych kamienic nie zachęcała nawet pożądanych gości do pętania się po holach — więc pętali się po ulicach. Po drugiej stronie jezdni był Central Park. Myron widział, hmm, drzewa, kamienny mur i nic poza tym. Na północ jechało wiele taksówek. Win odprawił długą limuzynę — uznali, że do jego domu dwie przecznice dalej dojdą pieszo — ale w miejscu, gdzie był zakaz parkowania, stały cztery takie. Właśnie podjechała piąta — srebrny długaśny mercedes. Breżniew pomknął do jego drzwiczek tak rączo jak do WC, kiedy pili pęcherz.

Wygramolił się z niej łysy starzec z wianuszkiem siwych włosów na głowie i ustami wykrzywionymi po wylewie. Za nim wysiadła kobieta wysuszona jak śliwka. Oboje, bogato ubrani, mieli pewnie po sto lat, ale w ich wyglądzie było coś niepokojącego. Byli pomarszczeni, a jakże. Starzy, oczywiście. Lecz Myron wyczuwał coś więcej. Ta para była przeciwieństwem wzorcowych miłych staruszków — oczy jak paciorki, ruchy podejrzane, gniewne, groźne. Życie wyssało z nich soki, odarło z dobrodziejstw i nadziei młodości, pozostawiając witalność podszytą czymś brzydkim i odstręczającym. Pozostało w nich tylko rozgoryczenie. Nie potrafił orzec, rozgoryczenie wobec Boga czy bliźnich.

Win szturchnął go łokciem. Myron spojrzał w prawo i zobaczył, że nadchodzi ku nim postać znana z telewizji — Hester Crimstein. Kawał baby — w każdym razie wedle współczesnych wypaczonych norm a la Kate Moss – z pucołowatym obliczem cheruba. Miała na sobie białe reeboki, białe skarpetki, zielone elastyczne spodnie, prawdopodobnie wyszczuplające Kate, bawełnianą bluzę oraz czapeczkę z włóczki, spod której wystawały włosy z pasemkami blond. Na widok adwokatki starzec zamarł, chwycił rękę zasuszonej jak śliwka partnerki i śpiesznie ruszyli do wejścia.

– Małpa! — wyrzucił z siebie sprawną stroną twarzy.

– Sam się wal, Lou! — zawołała za nim Hester.

Starzec zastygł na moment z miną, jakby chciał coś dodać, pokuśtykał dalej.

Myron z Winem wymienili spojrzenia i podeszli.

– Stary wróg — wyjaśniła. — Znacie stare porzekadło, że tylko dobrzy ludzie umierają młodo?

– Pewnie.

Hester Crimstein wskazała parę starców, wyciągając ręce w takim geście, jak Carol Merrill prezentująca nowy samochód.

– Żywy dowód. Dwa lata temu pomogłam dzieciom tego sukinsyna wytoczyć mu proces. W życiu nie widzieliście czegoś takiego. — Przechyliła głowę. — Zauważyliście, że niektórzy ludzie są jak szakale?

– To znaczy?

– Zjadają swoje młode. To cały Lou. A co dopiero mówić o tej wysuszonej jędzy, z którą żyje. Pięciodolarowej dziwce, której trafił się los na loterii. Trudno w to uwierzyć, sądząc z jej obecnego wyglądu.

– Rozumiem — skłamał Myron, chcąc podtrzymać rozmowę. — Pani Crimstein, nazywam się…

– Myron Bolitar — przerwała mu. — Przy okazji, co za straszne imię. Myron! Co sobie myśleli pańscy rodzice?

Świetne pytanie.

– Skoro pani wie, kim jestem, wie pani również, w jakiej sprawie.

– Tak i nie.

– Tak i nie?

– Znam pana, bo mam fioła na punkcie sportu. Oglądałam pana w akcji. Mecz z Indianą o akademickie mistrzostwo Stanów to, kurza stopa, klasyka. Pamiętam też, że trafił pan z pierwszego zaciągu do Celtów. Ile to lat temu? Jedenaście, dwanaście?

– Mniej więcej.

– Jednak szczerze mówiąc… bez obrazy, Myron… nie wiem, czy nie był pan za wolny, żeby zostać wielkim graczem. Strzał, owszem. Miał pan strzał. Grał agresywnie. Ale… ile pan ma wzrostu? Niewiele ponad metr dziewięćdziesiąt.

– W przybliżeniu.

– W NBA nie miałby pan łatwego życia. Babska opinia. Ale oczywiście los zrządził, że rozwalił pan kolano. Prawdę zna jedynie świat równoległy. — Uśmiechnęła się. — Miło się z panem rozmawia. — Spojrzała na Wina. — Z panem również, gaduło. Dobranoc.

– Chwileczkę. Jestem tu w związku z Esperanzą Diaz.

Sapnęła, udając zaskoczenie.

– Naprawdę? To pan nie chciał powspominać kariery sportowej?

Myron spojrzał na Wina.

– Włącz wdzięk — szepnął Win.

– Esperanza jest moją przyjaciółką — rzekł Myron.

– No i?

– Chcę jej pomóc.

– To wspaniale. Zacznę panu przesyłać rachunki. Ta sprawa będzie słono kosztować. Jestem bardzo droga. Nie uwierzy pan, ile płacę za mieszkanie w tym budynku. Odźwierni zażądali nowych liberii. Chyba w kolorze lila.

– Nie to miałem na myśli.

– Nie?

– Chciałbym wiedzieć, co się dzieje w jej sprawie.

Hester Crimstein zacisnęła usta.

– Gdzie pan zniknął na kilka tygodni? — spytała.

– Wyjechałem.

– Dokąd?

– Na Karaiby.

– Ładna opalenizna.

– Dziękuję.

– Tak opalić się można również w kabinie. No a pan wygląda na bywalca kabin do opalania.

– Wdzięk, Luke — szepnął Win, naśladując najlepiej jak umiał głos Aleca Guinnessa w roli Obi-Wana Kenobiego.

– Pamiętaj o wdzięku.

– Pani Crimstein…

– Czy ktoś może potwierdzić, że był pan na Karaibach, Myron?

– Proszę?

– Kłopoty ze słuchem? Powtarzam: czy ktoś może potwierdzić, że w czasie domniemanego morderstwa był pan na Karaibach?

Domniemanego?! Gość obrywa trzy kulki we własnym mieszkaniu, a morderstwo jest tylko „domniemane”? Prawnicy!

– Po co pani ta informacja?

– Domniemane narzędzie zbrodni znaleziono w agencji RepSport MB. To pańska firma, tak?

– Tak.

– Poza tym jeździ pan samochodem, w którym znaleziono domniemaną krew i domniemane włókna z miejsca zbrodni.

– „Domniemany” to słowo najważniejsze — wtrącił Win.

– Znaczące.

Hester Crimstein spojrzała na Wina. Uśmiechnął się.

– W oczach pani jestem podejrzany? — spytał Myron.

– Oczywiście, czemu nie? Nazywa się to uzasadnioną wątpliwością, dziubasku. Jestem adwokatką. Uzasadnione wątpliwości to nasza specjalność.

– Chętnie pomogę, mam zresztą świadka na to, gdzie byłem.

– Kogo?

– Nie pani zmartwienie.

Hester Crimstein wzruszyła ramionami.

– To pan zaofiarował się z pomocą. Dobranoc.

– Spojrzała na Wina. — Przy okazji, jest pan ideałem mężczyzny: nie dość że przystojny, to prawie niemowa.

– Ostrożnie — ostrzegł Win.

– Bo?

– Bo on — Win kciukiem wskazał Myrona — lada moment włączy wdzięk i panią obezwładni.

Hester Crimstein spojrzała na Myrona i zaniosła się śmiechem.

– A zatem co się stało? — spróbował znowu Myron.

– Słucham?

– Jestem jej przyjacielem.

– Już pan to powiedział.

– Jestem jej najlepszym przyjacielem. Martwię się o nią.

– To dobrze. Jutro w rozmównicy powiem jej o tym, przekonamy się, czy ona też pana lubi. A potem możecie się spotkać w barze na lodach.

– Nie to miałem…

Myron urwał, posyłając jej wolny, cokolwiek zgaszony, lecz wyraźnie błagalny uśmiech. Uśmiech numer 18, a la Michael Landon, choć bez zmarszczenia brwi. — Chciałbym się dowiedzieć, co się stało. Z pewnością pani to rozumie.

Twarz jej zmiękła, skinęła głową.

– Studiował pan prawo, zgadza się?

– Tak.

– I to na Harvardzie.

– Tak.

– Więc być może opuścił pan zajęcia poświęcone błahostce zwanej przez nas poufnością zawodową. Mogę panu polecić kilka świetnych książek na ten temat. Może pan też obejrzeć pierwszy z brzegu odcinek W obronie prawa. Zwykle mówią o tym tuż przed tym, nim stary prokurator ofuknie Sama Waterstona, że nie ma podstaw do wszczęcia sprawy, i poradzi mu, żeby dogadał się z obroną.

No i masz babo wdzięk.

– Pani po prostu chroni własny tyłek.

Obejrzała się, spojrzała na Myrona i zmarszczyła czoło.

– Zapewniam, że to wcale nie jest łatwe.

– Podobno jest pani wziętą adwokatką.

Westchnęła, założyła ręce.

– No dobrze, posłuchajmy. Dlaczego to niby chronię własny tyłek? Dlaczego nie jestem wziętą adwokatką?

– Po pierwsze, nie pozwolili Esperanzy samej zgłosić się na policję. Po drugie, przywieźli ją w kajdankach. Po trzecie, zatrzymali ją na noc w areszcie, zamiast przesłuchać tego samego dnia. Dlaczego?

Hester Crimstein opuściła ręce.

– Dobre pytanie. Dlaczego, jak pan myśli?

– Ponieważ ktoś w prokuraturze nie lubi jej powszechnie znanej adwokatki. Ktoś chce pani dołożyć i wyżywa się na klientce.

– Niewykluczone. Ale znam inną możliwość.

– Jaką?

– Być może w prokuraturze nie lubią jej pryncypała.

– Mnie?

Ruszyła do wejścia.

– Niech pan coś dla nas zrobi, Myron — powiedziała.

– Niech pan zostawi tę sprawę. Trzyma się od niej z daleka.

I na wszelki wypadek wynajmie sobie obrońcę.

Hester Crimstein okręciła się wokół własnej osi i zniknęła w kamienicy. Myron spojrzał na Wina, który, zgięty wpół, przyglądał się właśnie jego spodniom w kroku.

– Co ty robisz? — spytał.

– Sprawdzam — rzekł Win, patrząc wciąż na krok spodni — czy zostawiła ci choć ćwiartkę jądra.

– Bardzo śmieszne. Do czego piła, mówiąc, że w prokuraturze nie lubią pryncypała Esperanzy?

– Nie mam pojęcia… Ale się o to nie obwiniaj.

– O co?

– Że twój wdzięk wyraźnie przygasł. Zapomniałeś o najważniejszym.

– O czym?

– O romansie pani Crimstein z Esperanzą.

– No tak — odparł Myron, pojmując, dokąd to zmierza.

– Hester to na pewno lesbijka.

– Właśnie. To jedyne racjonalne wyjaśnienie, dlaczego ci się oparła.

– Albo w grę wchodzi zjawisko paranormalne.

Poszli Central Park West.

– Potwierdza to ponadto słuszność zatrważającej konstatacji — rzekł Win.

– Jakiej?

– Że gros kobiet, z jakimi się stykasz, to lesbijki.

– Prawie wszystkie.

6