Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 626 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mistyfikacja - Harlan Coben

Laura Ayars i David Baskin wydają się być stworzeni dla siebie. Była modelka, obecnie właścicielka domu mody Svengali, i gracz Boston Celtics, gwiazda ligi NBA. Piękni, młodzi, bogaci i zakochani. Tragiczny wypadek przerywa ich miesiąc miodowy w Australii. Okoliczności śmierci są niejasne, ale wszystko wskazuje na to, iż David utonął podczas kąpieli w oceanie. Zrozpaczona dziewczyna nie potrafi pogodzić się z zagadkowym zaginięciem ukochanego. Nieświadoma grożącego jej niebezpieczeństwa, poddaje w wątpliwość oficjalną wersję zdarzeń. Czy rzeczywiście chodzi o wypadek, czy o samobójstwo, czy nawet o morderstwo? A może David żyje, a jego śmierć upozorowano? Kolejno giną osoby, które mogły znać odpowiedź. Komuś wyraźnie zależy na tym, by prawda nie wyszła na jaw.

Opinie o ebooku Mistyfikacja - Harlan Coben

Fragment ebooka Mistyfikacja - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

www.har­lan­co­ben.com

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

PLAY DEAD

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 1990, 1993

In­tro­duc­tion co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2010

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2010

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof So­ko­łow­ski 2010

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Zdję­cie na okład­ce: Jun Mu/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-085-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci ojca,

Car­la Ge­ral­da Co­be­na,

naj­lep­sze­go taty na świe­cie

Wstęp

No tak… je­śli to pierw­sza moja książ­ka, któ­rą trzy­masz w ręku, odłóż ją. Zwróć. Weź inną. Nie ma spra­wy, ja po­cze­kam.

Ale je­śli cią­gle tu je­steś, wiedz, że nie czy­ta­łem Mi­sty­fi­ka­cji od pra­wie dwu­dzie­stu lat. Nie chcia­łem po­pra­wiać tej książ­ki i sprze­da­wać jej jako no­wej. Nie­na­wi­dzę, kie­dy pi­sa­rze to ro­bią. Na do­bre i na złe jest to ta po­wieść, któ­rą na­pi­sa­łem, ma­jąc za­le­d­wie dwa­dzie­ścia parę lat: na­iw­ny dzie­ciak pra­cu­ją­cy w tu­ry­sty­ce i za­sta­na­wia­ją­cy się, czy nie po­wi­nien iść śla­dem ojca i bra­ta do (prze­ra­ża­ją­ce, praw­da?) szko­ły praw­ni­czej.

Je­stem nie­spra­wie­dli­wy, ale czyż wszy­scy nie je­ste­śmy nie­spra­wie­dli­wi dla na­szych pierw­szych prób? Pa­mię­tasz esej, któ­ry na­pi­sa­łeś w szko­le, ten oce­nio­ny na szóst­kę, ten na­zwa­ny przez na­uczy­cie­la „na­tchnio­nym”? Pew­ne­go dnia szpe­rasz w szu­fla­dzie, znaj­du­jesz go, czy­tasz, ser­ce ci za­mie­ra i mó­wisz so­bie: „Jezu, o czym ja wte­dy my­śla­łem!”.

Tak wła­śnie bywa z pierw­szy­mi po­wie­ścia­mi.

Przez lata po­ży­cza­łem stąd to i owo: na­zwi­ska, miej­sca, na­wet kil­ka po­sta­ci. Uważ­ni czy­tel­ni­cy roz­po­zna­ją je. Mam na­dzie­ję, że się uśmiech­ną.

Na ko­niec: mimo wszel­kich jej wad uwiel­biam tę książ­kę. Jest w niej ener­gia i skłon­ność do po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka, któ­rych, być może, już mi brak. Mówi się, że mło­dzi do­sta­ją mło­dość na zmar­no­wa­nie. Nie je­stem już tym czło­wie­kiem co k.ie­dyś, ale to w po­rząd­ku. Wszy­scy się zmie­nia­my, zmie­nia się na­sza pra­ca, zmie­nia­ją za­mi­ło­wa­nia. To do­brze.

Mi­łej lek­tu­ry.

Har­lan Co­ben, luty 2010

Prolog

29 MAJA 1960

Wie­dział, że by­ło­by błę­dem przy­glą­da­nie się jej, kie­dy mó­wi­ła. Sło­wa na nie­go nie dzia­ła­ły, jej twarz i cia­ło – wręcz prze­ciw­nie.

Za­mknę­ła drzwi, a Sinc­la­ir od­wró­cił się i wyj­rzał przez okno. Dzień był cie­pły, stu­den­ci z przy­jem­no­ścią le­niu­cho­wa­li na słoń­cu. Nie­któ­rzy gra­li w re­kre­acyj­ny fut­bol, ale więk­szość le­ża­ła na ko­cach bez ru­chu. Pary tu­li­ły się do sie­bie, za­po­mniaw­szy o roz­rzu­co­nych wo­kół pod­ręcz­ni­kach, wąt­pli­wej war­to­ści do­wo­dach na to, że może kie­dyś za­czną się uczyć.

Blask zło­te­go pa­sma zwró­cił jego uwa­gę na blond głów­kę. Przyj­rzał się jej bli­żej; tak, to ta pięk­ność z dru­gie­go roku, z jego wy­kła­du o czter­na­stej. Ota­cza­ło ją kil­ku chłop­ców, wal­czy­li po­mię­dzy sobą o to, któ­ry zwró­ci jej uwa­gę, a każ­dy miał na­dzie­ję na zdo­by­cie naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce­go uśmie­chu. Ste­reo z jed­ne­go z po­ko­jów za­le­wa­ło zie­lo­ny uni­wer­sy­tec­ki plac ostat­nim sin­glem Bud­dy’ego Hol­ly. Po­że­gnał spoj­rze­niem blon­dyn­kę, na­wet w jed­nej dzie­sią­tej nie tak atrak­cyj­ną jak bru­net­ka, któ­ra sta­ła te­raz tuż za nim.

– I co? – spy­tał.

Osza­ła­mia­ją­ca pięk­ność z jego po­ko­ju ski­nę­ła gło­wą, do­pie­ro po chwi­li uświa­da­mia­jąc so­bie, że go­spo­darz na nią nie pa­trzy.

– Tak.

Sinc­la­ir wes­tchnął cięż­ko. Część chłop­ców zza okna opu­ści­ła blon­dyn­kę. Byli tak za­wie­dze­ni, jak­by prze­gra­li w ja­kichś za­wo­dach. I za­pew­ne prze­gra­li.

– Je­steś pew­na?

– Oczy­wi­ście, że je­stem pew­na.

Ski­nął gło­wą, choć nie po­tra­fił po­wie­dzieć dla­cze­go.

– Co masz za­miar zro­bić?

Pięk­ność spoj­rza­ła na nie­go z nie­do­wie­rza­niem.

– Po­praw mnie, je­śli się mylę – po­wie­dzia­ła, nie kry­jąc iry­ta­cji – ale od­no­szę wra­że­nie, że ty też je­steś w to wmie­sza­ny.

Znów ski­nął gło­wą bez po­wo­du. Ko­lej­ny chło­piec wy­le­ciał z rin­gu, przy boku blon­dyn­ki po­zo­sta­li już tyl­ko dwaj, to­czą­cy po­je­dy­nek o jej wzglę­dy. I nadal gra­no w fut­bol. Wy­da­wa­ło się, że pił­ka leci po­wo­li w wil­got­nym po­wie­trzu. Nagi do pasa chło­pak wy­cią­gnął do niej ręce, już miał ją zła­pać, ale wi­ro­wa­ła szyb­ko i tyl­ko od­bi­ła mu się od pal­ców. Upa­dła na zie­mię.

Sinc­la­ir skon­cen­tro­wał się na grze. Wręcz czuł roz­cza­ro­wa­nie chło­pa­ka. Ro­bił, co mógł, by nie pod­dać się wła­dzy, jaką ko­bie­ta spra­wo­wa­ła nad jego umy­słem. Ma­chi­nal­nie znów zer­k­nął na blon­dyn­kę. Ona wy­bra­ła zwy­cięz­cę. Prze­gra­ny opu­ścił wzrok, wstał i od­szedł po­nu­ry.

– Mógł­byś od­wró­cić się i spoj­rzeć mi w oczy?

Uśmiech­nął się. Nie był aż tak głu­pi, by się od­wró­cić, zdać na ła­skę jej naj­groź­niej­szej bro­ni, po­zwo­lić, by rzu­ci­ła na nie­go zmy­sło­wy czar. Spoj­rzał na chło­pa­ka, któ­re­mu uda­ło się zdo­być blon­dyn­kę. Na­wet z okna na pię­trze wi­dział w jego oczach po­żą­da­nie. Wi­dział, jak przy­tu­la dziew­czy­nę, ca­łu­je ją, prze­su­wa dłoń­mi po jej cie­le.

Zwy­cięz­ca bie­rze wszyst­ko.

Sku­pił uwa­gę na bi­blio­te­ce. Miał wra­że­nie, że na­ru­sza pry­wat­ność mło­dych lu­dzi te­raz, kie­dy ich za­ży­łość sta­wa­ła się co­raz bliż­sza. Wło­żył do ust pa­pie­ro­sa.

– Wyjdź.

– Co?

– Wyjdź. Mo­żesz ro­bić, co ci się po­do­ba, ale tu nie wra­caj. Nig­dy.

– Nie mó­wisz tego po­waż­nie! Nie mo­żesz!

– Mogę. – Za­pa­lił pa­pie­ro­sa. – I mó­wię.

– Ale ja chcia­łam po­wie­dzieć…

– Nie mów nic ni­ko­mu. Spra­wy i tak za­szły za da­le­ko.

Za­pa­dła ci­sza, a kie­dy bru­net­ka znów się ode­zwa­ła, jej bła­gal­ny ton za­grał mu na ner­wach.

– My­śla­łam…

Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem głę­bo­ko, jak­by chciał go wy­pa­lić ca­łe­go, od razu. Usły­szał ostry trzask. Blon­dyn­ka po­wstrzy­ma­ła zwy­cięz­cę, któ­re­mu hor­mo­ny ka­za­ły prze­kro­czyć gra­ni­cę nie­win­nych piesz­czot.

– My­li­łaś się. A te­raz wyjdź.

– Su­kin­syn – wy­szep­ta­ła.

Sinc­la­ir ski­nął gło­wą jesz­cze raz, tym ra­zem jed­nak wie­dział dla­cze­go: w peł­ni zga­dzał się z tym, co wła­śnie usły­szał.

– Wy­noś się z mo­je­go ga­bi­ne­tu.

– Su­kin­syn – po­wtó­rzy­ła.

Usły­szał trza­śnię­cie drzwi i stu­kot wy­so­kich ob­ca­sów na drew­nia­nej pod­ło­dze. Naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta, jaką znał, szła do wyj­ścia ob­ro­śnię­te­go blusz­czem bu­dyn­ku.

Wyj­rzał przez okno, nie sku­pia­jąc uwa­gi na ni­czym szcze­gól­nym; wi­dział tyl­ko zie­lo­ną masę, traw­nik, roz­ma­za­ne czer­wo­ne bu­dyn­ki. Szar­pa­ły nim wąt­pli­wo­ści: „co, je­śli…”, „co, je­śli…”, „co, je­śli…”.

Do­brze zro­bi­łem, do­brze zro­bi­łem, do­brze zro­bi­łem, do­brze…

Otwo­rzył sze­ro­ko oczy. Wpadł w pa­ni­kę. Musi ją zna­leźć, musi po­wie­dzieć jej, że nie to miał na my­śli, tyl­ko tak so­bie po­wie­dział, że… Już miał ob­ró­cić się w krze­śle, po­biec za nią, kie­dy po­czuł, jak coś zim­ne­go do­ty­ka tyłu jego gło­wy.

Coś, co wy­peł­ni­ło go ca­łe­go chło­dem.

– Su­kin­syn.

W ci­chym let­nim po­wie­trzu huk wy­strza­łu za­brzmiał wy­jąt­ko­wo gło­śno.

1

17 CZERW­CA 1989

Lau­ra otwo­rzy­ła okno. Na na­gim cie­le po­czu­ła po­wiew tro­pi­kal­nej bry­zy. Za­mknę­ła oczy; chłod­ny wie­trzyk po­ru­sza­ją­cy czub­ka­mi palm spra­wiał, że na skó­rze czu­ła przy­jem­ne mro­wie­nie. Mię­śnie jej nóg drża­ły. Od­wró­ci­ła się w stro­nę łóż­ka, uśmiech­nę­ła do Da­vi­da, męż­czy­zny, któ­ry wpra­wił je w ten nie­bez­piecz­ny stan.

– Dzień do­bry, pa­nie Ba­skin.

– Dzień? – Da­vid zer­k­nął na sto­ją­cy na noc­nym sto­li­ku ze­ga­rek. – Nie­wie­le nam zo­sta­ło tego dnia, pani Ba­skin. Nie­mal cały spę­dzi­li­śmy w łóż­ku.

– Skar­żysz się?

– Z całą pew­no­ścią nie, pani B.

– Więc nie bę­dziesz miał nic prze­ciw­ko kil­ku do­dat­ko­wym ćwi­cze­niom?

– Co masz na my­śli?

– Po­pły­wasz?

– Je­stem wy­koń­czo­ny. – Da­vid opadł bez­wład­nie na po­dusz­ki. – Nie zdo­łał­bym wstać z łóż­ka, na­wet gdy­by ktoś je pod­pa­lił.

Lau­ra uśmiech­nę­ła się ku­szą­co.

– To do­sko­na­le – po­wie­dzia­ła, po­wo­li od­wra­ca­jąc się od okna.

Da­vid wpa­try­wał się w nią za­chwy­co­ny. Pa­mię­tał, kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czył to cia­ło, kie­dy po raz pierw­szy cały świat zo­ba­czył to cia­ło. Było to nie­mal dzie­sięć lat temu i wię­cej niż osiem przed ich spo­tka­niem. Lau­ra za­de­biu­to­wa­ła jako sie­dem­na­sto­let­nia dziew­czy­na z okład­ki „Co­smo­po­li­tan”, ubra­na w. a kto, do dia­bła, zwra­cał uwa­gę na ciu­chy? Był wte­dy na trze­cim roku Uni­wer­sy­te­tu Mi­chi­gan i nadal pa­mię­tał, jak ca­łej dru­ży­nie ko­szy­ków­ki opa­dły szczę­ki, kie­dy chło­pa­ki zo­ba­czy­ły ten nu­mer w kio­skach w In­dia­nie tuż przed ćwierć­fi­na­ła­mi.

Udał pa­ni­kę.

– Do­kąd idziesz?

Lau­ra uśmiech­nę­ła się jesz­cze dra­pież­niej.

– Do łóż­ka.

– Pro­szę, nie. – Wy­cią­gnął ręce w obron­nym ge­ście. – Przez cie­bie skoń­czę w szpi­ta­lu.

Nie uda­ło mu się jej za­trzy­mać.

– Wi­ta­mi­na E – po­wie­dział bła­gal­nie. – Pro­szę.

Znów mu się nie uda­ło.

– Za­cznę krzy­czeć, że mnie gwał­cą.

– Krzycz.

– Na po­moc – wy­szep­tał.

– Spo­koj­nie, Ba­skin. Nie za­mie­rzam zro­bić ci krzyw­dy.

– Na­praw­dę? – spy­tał, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia.

Lau­ra po­trzą­snę­ła gło­wą i od­wró­ci­ła się.

– Hej, po­cze­kaj, do­kąd idziesz?

– Do ja­cuz­zi. Wzię­ła­bym cię z sobą, ale wiem, jaki je­steś zmę­czo­ny.

– Wła­śnie ła­pię dru­gi od­dech…

– Wra­casz do for­my w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie.

– Dzię­ku­ję, pani B.

– Ale nadal spo­ro ci bra­ku­je.

– Tak? – zdzi­wił się Da­vid. – Prze­cież gra prze­ciw La­ker­som nie jest aż tak wy­czer­pu­ją­ca.

– Mu­sisz wię­cej ćwi­czyć.

– Będę pra­co­wał, tre­ner­ko, obie­cu­ję. Tyl­ko po­wiedz mi, co mam zro­bić.

– Ja­cuz­zi – roz­ka­za­ła Lau­ra.

Na­rzu­ci­ła na ra­mio­na je­dwab­ny szla­fro­czek, czę­ścio­wo okry­wa­jąc nim wspa­nia­łą fi­gu­rę, któ­ra uczy­ni­ła ją naj­le­piej za­ra­bia­ją­cą mo­del­ką, gdy jesz­cze pra­co­wa­ła jako mo­del­ka; prze­szła na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę przed czte­re­ma laty, ma­jąc lat dwa­dzie­ścia trzy. Da­vid od­rzu­cił je­dwab­ną po­ściel. Był wy­so­ki, miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt pięć, co czy­ni­ło go jed­nym z niż­szych za­wo­do­wych ko­szy­ka­rzy.

Lau­ra przyj­rza­ła mu się, nie ukry­wa­jąc po­dzi­wu.

– Mó­wią, że zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­łeś grę. Nic dziw­ne­go.

– To zna­czy?

– Ty­łek, Bia­ła Bły­ska­wi­co. Ko­bie­ty przy­cho­dzą oglą­dać, jak krę­cisz tył­kiem na par­kie­cie.

– Przez cie­bie czu­ję się taki bez­war­to­ścio­wy…

Da­vid wy­peł­nił wodą okrą­głą wan­nę, włą­czył bi­cze wod­ne, otwo­rzył szam­pa­na i po­wo­li za­nu­rzył swe mu­sku­lar­ne cia­ło. Lau­ra nie­śpiesz­nie zdej­mo­wa­ła szla­fro­czek. Tak moż­na wy­obra­zić so­bie raj. Żywa do­sko­na­łość.

Za­dzwo­nił te­le­fon.

Lau­ra prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Le­piej od­bio­rę – po­wie­dzia­ła z nie­chę­cią. Za­wią­za­ła je­dwab­ny pa­sek i wró­ci­ła do sy­pial­ni. Da­vid roz­luź­nił mię­śnie, po­zwa­la­jąc no­gom swo­bod­nie uno­sić się w wo­dzie. Cie­płe prą­dy ob­my­wa­ły jego obo­la­łe cia­ło, mię­śnie miał prze­pra­co­wa­ne po cięż­kich play-of­fach, choć se­zon skoń­czył się nie­mal mie­siąc temu. Uśmiech­nął się. Cel­to­wie zdo­by­li pu­char, więc był to do­bry ból.

– Kto dzwo­nił? – spy­tał Lau­rę, kie­dy po­ja­wi­ła się w ła­zien­ce.

– Nikt.

– Nikt zna­lazł nas aż w Au­stra­lii?

– To tyl­ko Gru­pa Pe­ter­so­na.

– Gru­pa Pe­ter­so­na? – po­wtó­rzył. – Czy to nie ta fir­ma, któ­rą pró­bu­jesz na­mó­wić, żeby za­ję­ła się li­nią Sven­ga­li w re­jo­nie po­łu­dnio­we­go Pa­cy­fi­ku?

– Tra­fi­łeś w dzie­siąt­kę.

– I?

– No i chcą się dziś ze mną spo­tkać.

– O któ­rej?

– Nic z tego. Nie bę­dzie spo­tka­nia.

– Co?

– Oznaj­mi­łam, że nie mogę się z nimi spo­tkać, po­nie­waż spę­dzam tu mój mie­siąc mio­do­wy. Bo ro­zu­miesz, mam bar­dzo za­zdro­sne­go męża.

Da­vid wes­tchnął gło­śno.

– Je­śli zmar­nu­jesz tę szan­sę, twój za­zdro­sny mąż oso­bi­ście złoi ci ty­łek. Poza tym jak masz za­miar utrzy­mać męża na po­zio­mie, do któ­re­go przy­wykł, mar­nu­jąc ta­kie oka­zje?

Lau­ra zrzu­ci­ła szla­frok i cho­ciaż oglą­dał jej na­gie cia­ło wie­lo­krot­nie od dwóch lat, bo za­ko­cha­li się w so­bie wła­śnie dwa lata temu, nadal się na nie ga­pił. Do­łą­czy­ła do nie­go w ką­pie­li, za­mknę­ła oczy i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Pa­trzył, jak jej pier­si giną po­wo­li pod po­wierzch­nią wody. Czar­ne, dłu­gie wło­sy ota­cza­ły nie­zwy­kle eg­zo­tycz­no-eu­ro­pej­ską twarz.

– Nie oba­wiaj się. – Otwo­rzy­ła błysz­czą­ce nie­bie­skie oczy ozdo­bio­ne plam­ka­mi sre­bra i sza­ro­ści. Ob­rzu­ci­ła go twar­dym spoj­rze­niem. – Obie­cu­ję cię, że zo­sta­niesz oto­czo­ny wy­jąt­ko­wą opie­ką.

Da­vid po­trzą­snął gło­wą.

– Co się sta­ło z tą prak­tycz­ną, in­te­re­sow­ną suką, w któ­rej się za­ko­cha­łem?

Lau­ra wsu­nę­ła sto­pę mię­dzy jego nogi. Spraw­dza­ła, co też się tam dzie­je.

– Ko­cha, kie­dy mó­wisz świń­stwa.

– Ale…

– Za­po­mnij, Ba­skin. Nie zo­sta­wię męża na­wet na chwi­lę.

Da­vid jęk­nął.

– Słu­chaj, mamy dla sie­bie całe trzy ty­go­dnie. Je­śli przez trzy ty­go­dnie będę spę­dzał z tobą dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, osza­le­ję. Zrób to dla mnie i idź so­bie… idź na spo­tka­nie. Już za­czy­nasz być utra­pie­niem.

– Słod­kie masz ga­da­ne. To przez nie wpa­dłam. – Lau­ra po­chy­li­ła się, za­czę­ła ma­so­wać jego po­tęż­ne nogi. – Mó­wi­łam ci kie­dyś, jak mi się po­do­ba­ją?

– Czę­sto. A w ogó­le to skąd te wszyst­kie kom­ple­men­ty? Chcesz, żeby mi od nich gło­wa spu­chła?

Sto­pa za­to­czy­ła mały krąg i za­trzy­ma­ła się.

– W każ­dym ra­zie coś spu­chło.

Da­vid prze­ko­nu­ją­co udał wstrzą­śnię­te­go.

– Co? Ta­kie uwa­gi z ust ze­szło­rocz­nej ko­bie­ty in­te­re­sów? Je­stem oszo­ło­mio­ny, za­wsty­dzo­ny… i pod­nie­co­ny. Przede wszyst­kim pod­nie­co­ny.

Lau­ra przy­tu­li­ła się do nie­go, jej peł­ne, twar­de pier­si na­par­ły na jego cia­ło.

– Więc mu­si­my coś z tym zro­bić.

– I zro­bi­my, ale pod wa­run­kiem że po­tem umó­wisz się na spo­tka­nie z gru­pą Pe­ter­so­na.

Mięk­kie usta do­tknę­ły jego ucha.

– Cza­sa­mi cię nie ro­zu­miem – szep­nę­ła. – Po­dob­no męż­czyź­ni czu­ją się za­gro­że­ni przez ko­bie­ty ro­bią­ce ka­rie­rę za­wo­do­wą.

– Od­no­szą­ce wiel­kie suk­ce­sy za­wo­do­we – po­pra­wił ją z dumą. – Gdy­bym był jed­nym z tych two­ich fa­ce­tów, rzu­ci­ła­byś mnie daw­no temu.

– Nig­dy – po­wie­dzia­ła Lau­ra ci­cho. – A je­śli rze­czy­wi­ście się z nimi spo­tkam… jak wy­peł­nisz so­bie wol­ny czas?

Da­vid ujął jej po­ślad­ki moc­ny­mi dłoń­mi, pod­niósł ją i przy­tu­lił; usta­mi nie­mal do­ty­kał jej sut­ków.

– Rzu­cę kil­ka ko­szy. Mia­łaś ra­cję, nie je­stem w for­mie. Obie­cu­jesz czy nie obie­cu­jesz?

Lau­ra czu­ła jego od­dech na skó­rze.

– Ach, wy, męż­czyź­ni! Bez­wstyd­nie uży­wa­cie cia­ła, by po­sta­wić na swo­im.

– Obie­cu­jesz?

Czu­ła go, twar­de­go, tuż pod sobą. Pra­gnę­ła go aż do bólu. Drża­ła. Za­le­d­wie uda­ło się jej ski­nąć gło­wą.

Opu­ścił ją na wzwie­dzio­ne­go człon­ka. Wes­tchnę­ła, krzyk­nę­ła ci­cho. Chwy­ci­ła go za gło­wę. Ko­ły­sa­ła się w przód i w tył, szar­pa­ła go za wło­sy, tu­li­ła jego twarz do pier­si.

■ ■ ■

Lau­ra wsta­ła, de­li­kat­nie po­ca­ło­wa­ła śpią­ce­go jesz­cze Da­vi­da i wzię­ła prysz­nic. Wy­tar­ła dłu­gie, smu­kłe nogi, za­czę­ła się ubie­rać. Nie­mal się nie ma­lo­wa­ła, co naj­wy­żej odro­bi­nę, wo­kół oczu, jej oliw­ko­wa cera nie po­trze­bo­wa­ła ko­sme­ty­ków, sama w so­bie była da­rem bo­żym. Wło­ży­ła sza­ry, bar­dzo pro­fe­sjo­nal­ny ko­stium z met­ką jej fir­my, Sven­ga­li. Za­pię­ła bia­łą bluz­kę.

Mia­ła peł­ne pier­si, nie ta­kie, ja­kie męż­czyź­ni na­zy­wa­ją du­ży­mi, ale kie­dy dzie­sięć lat temu za­czę­ła pra­co­wać jako mo­del­ka, uzna­no je za nie­od­po­wia­da­ją­ce kla­sy­ce, a ją za na­da­ją­cą się do po­ka­zy­wa­nia ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych i, ewen­tu­al­nie, twa­rzy. Agen­cja chcia­ła, żeby ban­da­żo­wa­ła je przed wyj­ściem na wy­bieg. Od­mó­wi­ła, twier­dząc, że to jak po­le­ca­nie męż­czy­znom, żeby przy­kle­ja­li czło­nek do uda. Po­tem po­ja­wi­ła się w „Co­smo”… i nic nie mo­gło po­wstrzy­mać jej ka­rie­ry. Tą twa­rzą i tym cia­łem nie spo­sób było się znu­dzić; to ona, wraz z kil­ko­ma ko­le­żan­ka­mi z bran­ży, przede wszyst­kim Pau­li­ną Po­riz­ko­vą i Elle Mac­pher­son, przy­wró­ci­ła do łask de­kolt… za­ło­żyw­szy, że kie­dyś wy­szedł on z mody.

Da­vid prze­wró­cił się z boku na bok, usiadł, spoj­rzał na swą żonę od czte­rech dni.

– Trans­for­ma­cja za­koń­czo­na.

– Jaka trans­for­ma­cja?

– Z nim­fo­man­ki w re­ki­na biz­ne­su. Aż mi żal tych fa­ce­tów od Pe­ter­so­na.

Ro­ze­śmia­ła się.

– To nie po­trwa dłu­żej niż go­dzi­nę, może dwie – obie­ca­ła. Za­ło­ży­ła kol­czy­ki, po­de­szła, po­ca­ło­wa­ła męża. – Bę­dziesz za mną tę­sk­nił?

– Ani tro­chę.

– Su­kin­syn.

Da­vid od­rzu­cił koc. Wstał.

– Ca­łu­jesz mat­kę tymi usta­mi?

Przyj­rza­ła się kry­tycz­nie jego umię­śnio­ne­mu cia­łu, po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Nie­praw­do­po­dob­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho, jak­by do sie­bie. – Spo­dzie­wasz się, że zo­sta­wię taki skarb choć­by na chwi­lę?

– Oho!

– Co?

– Pro­ble­my z trans­for­ma­cją, ka­pi­ta­nie. Wy­czu­wam kil­ka mo­le­kuł nim­fo­man­ki ukry­tych za tą po­waż­ną, biz­ne­so­wą fa­sa­dą.

– Wy­czu­wasz pra­wi­dło­wo.

– Lau­ro?

– Tak?

Da­vid ujął ją za rękę.

– Ko­cham cię – po­wie­dział i oczy za­szły mu mgłą. – Uczy­ni­łaś mnie naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na świe­cie. Lau­ra przy­tu­li­ła się do nie­go. Opu­ści­ła po­wie­ki.

– Ja też cię ko­cham, Da­vi­dzie. Nie mo­gła­bym bez cie­bie żyć.

– Sta­rzej się ze mną, a obie­cu­ję, że za­wsze bę­dziesz szczę­śli­wa.

– No to umo­wa stoi – po­wie­dzia­ła Lau­ra ła­god­nie – i le­piej dla cie­bie bę­dzie, je­śli jej do­trzy­masz.

– Na za­wsze.

Po­ca­ło­wa­ła go, nie wie­dząc, że ich mie­siąc mio­do­wy wła­śnie się skoń­czył.

– Dzień do­bry pani.

– Dzień do­bry. – Lau­ra uśmiech­nę­ła się do re­cep­cjo­ni­sty. Za­trzy­ma­li się w ho­te­lu Reef Re­sort w Palm’s Cove, nie­speł­na czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od Ca­irns w Au­stra­lii. Ten pry­wat­ny ośro­dek był ni­czym ka­wa­łek raju, był ede­nem z wi­do­kiem na Pa­cy­fik, ukry­tym wśród wie­ko­wych palm i buj­ne­go bu­szu tro­pi­kal­nej pół­noc­nej Au­stra­lii. Wy­star­czy­ło wy­pły­nąć ło­dzią w do­wol­nym kie­run­ku, by za­chwy­co­ne­go czło­wie­ka ocza­ro­wa­ły tę­czo­we ko­lo­ry au­stra­lij­skiej Wiel­kiej Rafy Ko­ra­lo­wej, ar­cy­dzie­ła na­tu­ry po­wsta­łe­go z po­łą­cze­nia ostrych ko­ra­li i eg­zo­tycz­ne­go pod­mor­skie­go ży­cia, pod­wod­ne­go par­ku, któ­ry ludz­kość jed­no­cze­śnie ba­da­ła i chro­ni­ła. Wy­star­czy­ło wyjść na spa­cer w do­wol­nym kie­run­ku, a za­chwy­co­ny czło­wiek prze­mie­rzał zie­lo­ne tro­pi­kal­ne lasy z ich iskrzą­cy­mi się wo­do­spa­da­mi, do­cie­ra­jąc aż do gra­ni­cy słyn­nej au­stra­lij­skiej pu­sty­ni. Nie było ta­kie­go dru­gie­go miej­sca na ca­łym wiel­kim świe­cie.

– Tak­sów­ka bę­dzie za kil­ka mi­nut, pro­szę pani – po­wie­dział re­cep­cjo­ni­sta z cięż­kim au­stra­lij­skim ak­cen­tem. – Mam na­dzie­ję, że do­brze się pań­stwo u nas czu­ją, pani i mąż.

– Bar­dzo do­brze.

– Pięk­nie tu, praw­da? – spy­tał z dumą. Jak więk­szość tu­tej­szych miesz­kań­ców skó­rę miał brą­zo­wą z od­cie­niem czer­wie­ni od cią­głe­go prze­by­wa­nia na słoń­cu.

– Tak, rze­czy­wi­ście.

Re­cep­cjo­ni­sta po­stu­kał ołów­kiem w blat, ro­zej­rzał się po ja­skra­wym wnę­trzu.

– Prze­pra­szam, ale czy wol­no mi za­dać pani ta­kie tro­chę oso­bi­ste py­ta­nie?

– Chy­ba tak.

Mimo to re­cep­cjo­ni­sta po­trze­bo­wał chwi­li, żeby się prze­móc.

– Pani męża roz­po­zna­łem od razu, z te­le­wi­zji. Na­wet tu, na krań­cu świa­ta, mamy te­le­wi­zję i oglą­da­my naj­waż­niej­sze me­cze, zwłasz­cza kie­dy gra Bo­ston Cel­tics. Ale pani też wy­da­je mi się strasz­nie zna­jo­ma. Jak­by ze zdję­cia na okład­ce albo coś… mam ra­cję?

– Je­śli cho­dzi panu o okład­kę, to tak.

Lau­rę zdu­mie­wa­ło za­rów­no to, jak wiel­ki jest za­sięg przy­najm­niej nie­któ­rych środ­ków prze­ka­zu, jak i ludz­ka pa­mięć. Od cza­su, kie­dy jej zdję­cie zdo­bi­ło okład­kę, mi­nę­ły czte­ry lata, oczy­wi­ście je­śli nie li­czyć li­sto­pa­do­we­go nu­me­ru „Bu­si­ness We­ekly”.

– Wie­dzia­łem, że mu­szę skądś pa­nią znać. Ale pro­szę się nie oba­wiać, nic ni­ko­mu nie po­wiem. Nie po­zwo­lę, by ktoś za­kłó­cał spo­kój pani albo panu Ba­ski­no­wi.

– Dzię­ku­ję.

Roz­legł się krót­ki sy­gnał klak­so­nu.

– To z pew­no­ścią pani tak­sów­ka. Ży­czę mi­łe­go dnia.

– Z pew­no­ścią bę­dzie miły.

Wy­szła, przy­wi­ta­ła się z kie­row­cą i usia­dła z tyłu. Usta­wio­na na mak­si­mum kli­ma­ty­za­cja dzia­ła­ła tak spraw­nie, że w sa­mo­cho­dzie było nie­mal za zim­no, ale po krót­kim po­by­cie na słoń­cu tę zmia­nę moż­na było uznać wy­łącz­nie za po­żą­da­ną.

Lau­ra ode­tchnę­ła. Pa­trzy­ła na tro­pi­kal­ne ro­śli­ny sta­ją­ce się jed­ną ścia­ną zie­le­ni, w mia­rę jak tak­sów­ka przy­spie­sza­ła w dro­dze do mia­sta. Od cza­su do cza­su wśród two­rów na­tu­ry po­ja­wiał się nie­wiel­ki bu­dy­nek, ale przez pierw­sze dzie­sięć mi­nut jaz­dy było ich za­le­d­wie kil­ka: lek­kie, małe dom­ki, pocz­ta, ja­kiś skle­pik. Moc­no ści­ska­ła ka­ta­log naj­now­szych pro­duk­tów Sven­ga­li. Pra­wą nogą nie­świa­do­mie przy­tu­py­wa­ła ze zde­ner­wo­wa­nia.

Za­czę­ła pra­co­wać jako mo­del­ka, gdy mia­ła za­le­d­wie sie­dem­na­ście lat. Za de­biu­tem w „Co­smo” po­szły okład­ki w „Ma­de­mo­isel­le” i „Gla­mo­ur” w tym sa­mym mie­sią­cu, po­tem w co­rocz­nym „Sports Il­lu­stra­ted”, po­świę­co­nym ko­stiu­mom ką­pie­lo­wym; to dzię­ki temu ma­ga­zy­no­wi jej na­zwi­sko sta­ło się swe­go ro­dza­ju fir­mą. Fo­to­gra­fię zro­bio­no o za­cho­dzie słoń­ca na au­stra­lij­skim Zło­tym Wy­brze­żu, do­bre osiem­set ki­lo­me­trów od Palm’s Cove. Przed­sta­wia­ła Lau­rę bro­dzą­cą w się­ga­ją­cej ko­lan wo­dzie, pa­trzą­cą w obiek­tyw, scze­su­ją­cą do tyłu ciem­ne wło­sy.

Mia­ła na so­bie czar­ny jed­no­czę­ścio­wy ko­stium bez ra­mią­czek, do­sko­na­le uwy­dat­nia­ją­cy jej cia­ło i nie­okry­wa­ją­cy ple­ców. To wy­da­nie „Sports Il­lu­stra­ted” sprze­da­ło się naj­le­piej w ca­łej hi­sto­rii pi­sma.

Od tego mo­men­tu licz­ba okła­dek, na któ­rych go­ści­ła, i roz­kła­dó­wek ro­sła w tem­pie pro­por­cjo­nal­nym do za­war­to­ści kon­ta ban­ko­we­go. Cza­sa­mi Lau­ra po­ja­wia­ła się na okład­ce ma­ga­zy­nu czte­ry, a na­wet pięć mie­się­cy z rzę­du, ale w od­róż­nie­niu od in­nych nie zda­rzy­ła się jej utra­ta po­pu­lar­no­ści wy­ni­ka­ją­ca ze znu­dze­nia czy­tel­ni­ka. Z nią nie spo­sób było prze­sa­dzić. Ocze­ki­wa­nia pu­blicz­no­ści się nie zmie­ni­ły.

Moż­na to było uznać wy­łącz­nie za bar­dzo dziw­ne. Jako dziec­ko Lau­ra była gru­ba i nie­atrak­cyj­na. Ko­le­żan­ki i ko­le­dzy z kla­sy kpi­li bez­li­to­śnie z jej wagi, wło­sów w strą­kach, gru­bych oku­la­rów, bra­ku ma­ki­ja­żu, spo­so­bu ubie­ra­nia się. Prze­zy­wa­li ją, ubli­ża­li jej i śmia­li się okrut­nie, jak to dzie­ci. Wer­bal­ne ata­ki nie sła­bły, nie koń­czy­ły się. W ka­fe­te­rii, na ko­ry­ta­rzach, na bo­isku, na sali gim­na­stycz­nej trwa­ły, nisz­cząc bez­bron­ną ofia­rę.

Jej dzie­ciń­stwo było praw­dzi­wym pie­kłem.

Cza­sa­mi grup­ka na­praw­dę po­pu­lar­nych dziew­czyn za­cią­ga­ła ją do la­sku za bo­iskiem i biła, ale prze­śla­do­wa­nie fi­zycz­ne nie wy­da­wa­ło się Lau­rze tak okrut­ne jak sło­wa. Ból po kuk­sań­cu czy na­wet kop­nię­ciu od­cho­dził, okrut­ne sło­wa po­zo­sta­wa­ły na za­wsze.

Wte­dy, daw­no temu, Lau­ra z pła­czem wra­ca­ła ze szko­ły do mamy, któ­ra mu­sia­ła być naj­cu­dow­niej­szą isto­tą na świe­cie, ko­bie­tą nie­zdol­ną zro­zu­mieć, dla­cze­go jej có­recz­ka nie jest ulu­bie­ni­cą kla­sy. Mary Sim­mons Ay­ars za­wsze była nie­zwy­kle pięk­na i bar­dzo po­pu­lar­na. Wszyst­kie dziew­czyn­ki chcia­ły być jej przy­ja­ciół­ka­mi, wszy­scy chłop­cy chcie­li no­sić jej książ­ki i może na­wet trzy­mać ją za rękę.

Oj­ciec Lau­ry, jej ko­cha­ny, wspa­nia­ły tata, cięż­ko prze­ży­wał to, co się dzia­ło. Świa­do­mość, że jego cór­ka spę­dza noce, pła­cząc w ką­cie ciem­nej sy­pial­ni, roz­dzie­ra­ła ser­ce dok­to­ra Ja­me­sa Ay­ar­sa. On też pró­bo­wał po­móc, ale co oj­co­wie mogą zro­bić w ta­kiej sy­tu­acji?

Raz, w siód­mej kla­sie, dok­tor Ay­ars ku­pił jej dro­gą bia­łą su­kien­kę z met­ką na­praw­dę do­bre­go pro­jek­tan­ta. Lau­ra po­ko­cha­ła ją od pierw­sze­go wej­rze­nia. Była pew­na, że su­kien­ka zmie­ni całe jej ży­cie. Wy­glą­da­ła w niej ślicz­nie. Tak po­wie­dział tata. Wło­ży ją do szko­ły i te naj­bar­dziej po­pu­lar­ne dziew­czy­ny też uzna­ją ją za ład­ną. Po­lu­bią ją, wszyst­kie, na­wet Lisa Som­mers, naj­ład­niej­sza w kla­sie. Po­pro­szą, żeby zja­dła lunch z nimi, a nie jak zwy­kle w da­le­kim ką­cie ka­fe­te­rii. W cza­sie prze­rwy za­pro­po­nu­ją jej wspól­ną grę w kla­sy i już nie bę­dzie sta­ła­zbo­ku, sama, nie ma­jąc do kogo otwo­rzyć ust. Kto wie, może Lisa Som­mers po lek­cjach za­pro­si ją do sie­bie?

Lau­ra była tak pod­nie­co­na, że nie spa­ła przez całą noc. Wsta­ła bar­dzo wcze­śnie rano, wzię­ła prysz­nic, wło­ży­ła nową su­kien­kę. Star­sza sio­stra, Glo­ria, na­praw­dę po­pu­lar­na wśród chłop­ców, po­mo­gła jej się ubrać, wy­szczot­ko­wa­ła wło­sy, za­krę­ci­ła je i na­wet zro­bi­ła bar­dzo de­li­kat­ny ma­ki­jaż. Kie­dy skoń­czy­ła, cof­nę­ła się i po­zwo­li­ła Lau­rze spoj­rzeć w lu­stro. Dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła być kry­tycz­na wo­bec sie­bie, ale nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że wy­glą­da­ła ślicz­nie.

– Do­brze wy­glą­dam? – spy­ta­ła sio­strę gło­sem peł­nym na­dziei.

Glo­ria przy­tu­li­ła ją, po­gła­dzi­ła po gło­wie.

– Ide­al­nie.

Ze­szły na śnia­da­nie. Oj­ciec po­wi­tał je uśmie­chem.

– No, no, tyl­ko spójrz­cie na moją księż­nicz­kę – po­wie­dział do młod­szej cór­ki.

Lau­ra ro­ze­śmia­ła się szczę­śli­wa.

– Pięk­nie wy­glą­dasz – orze­kła mat­ka.

– Nie do­li­czy­my się dziś bó­jek na bo­isku – za­żar­to­wa­ła tata.

– Chcesz, że­bym od­pro­wa­dzi­ła cię do szko­ły? – spy­ta­ła Glo­ria.

– By­ło­by wspa­nia­le!

Szła do szko­ły w to­wa­rzy­stwie Glo­rii, pro­mie­nie­jąc z ra­do­ści. Za­trzy­ma­ły się przy bo­isku, star­sza sio­stra znów przy­tu­li­ła młod­szą. W jej ra­mio­nach Lau­ra czu­ła się cie­pło, bez­piecz­nie.

– Po szko­le mam tre­ning che­er­le­ade­rek – po­wie­dzia­ła Glo­ria. – Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem, w domu. Zgo­da?

– Zgo­da.

– Opo­wiesz mi, jak ci mi­nął dzień.

Lau­ra od­pro­wa­dzi­ła wzro­kiem sio­strę, scho­dzą­cą zbo­czem pa­gór­ka do bu­dyn­ku szko­ły śred­niej, a po­tem spoj­rza­ła na swo­je gim­na­zjum. Nie mo­gła się do­cze­kać, co po­wie­dzą ko­le­żan­ki, kie­dy zo­ba­czą jej nowe wcie­le­nie. Wresz­cie, wresz­cie mia­ła mieć swój dzień. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko i po­de­szła do gru­py ba­wią­cych się ko­le­ża­nek.

Pierw­sze uwa­gi pa­dły jesz­cze przed dzwon­kiem.

– Hej, pa­trz­cie! Ba­ry­ła przy­kry­ła się no­wym na­mio­tem!

Okrut­nym ko­men­ta­rzom nie było koń­ca.

– Ale wiel­ki bia­ły wie­lo­ryb!

– Hej, czte­ro­oki gru­ba­sie, do­brze, że je­steś bia­ła. Mo­żesz ro­bić za ekran!

Lisa Som­mers po­de­szła, przyj­rza­ła się jej uważ­nie i za­dar­ła nos.

– Je­steś obrzy­dli­wa! – krzyk­nę­ła, nie kry­jąc ra­do­ści.

I ten strasz­ny śmiech, śmiech, któ­re­go okru­cień­stwo ra­ni­ło ser­ce dziew­czyn­ki ni­czym ostre odłam­ki szkła.

Lau­ra po­bie­gła do domu, pła­cząc, łzy cie­kły jej po po­licz­kach. Pró­bo­wa­ła dziel­nie ukryć uczu­cia oraz roz­dar­cia su­kien­ki, owoc star­cia z Lisą na prze­rwie. Ro­dzi­ce do­sko­na­le wy­czu­wa­ją krzyw­dę swych dzie­ci i kie­dy tata zna­lazł po­dar­tą su­kien­kę, roz­gnie­wał się nie na żar­ty. Wpadł do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra jak bu­rza, zło­żył skar­gę. Win­ne zo­sta­ły uka­ra­ne. Co oczy­wi­ście zmie­ni­ło sy­tu­ację na gor­sze: te naj­po­pu­lar­niej­sze znie­na­wi­dzi­ły Lau­rę jesz­cze bar­dziej.

Choć w dzie­ciń­stwie prze­ży­wa­ła kosz­mar, Lau­ra wie­le cza­su po­świę­ca­ła na­uce. Po­sta­no­wi­ła so­bie, że sko­ro nie może być po­pu­lar­na, na­wet lu­bia­na, to przy­najm­niej bę­dzie mą­dra.

No i była jesz­cze Glo­ria. Z per­spek­ty­wy cza­su wie­lo­krot­nie za­sta­na­wia­ła się, czy prze­ży­ła­by te dłu­gie lata bez dwój­ki przy­ja­ciół – pod­ręcz­ni­ków i star­szej sio­stry. Fi­zycz­nie była ona seks­bom­bą, taką, któ­rej po­żą­da­ją wszy­scy do­ra­sta­ją­cy chłop­cy, ale ser­ce mia­ła wiel­kie, aż za wiel­kie. Kie­dy Lau­ra czu­ła, że jej świat się koń­czy, Glo­ria po­cie­sza­ła ją cie­pły­mi sło­wa­mi i uści­ska­mi, po­wta­rza­ła, że wszyst­ko bę­dzie do­brze… i przy­najm­niej przez ja­kiś czas rze­czy­wi­ście było. Cza­sa­mi na­wet od­wo­ły­wa­ła rand­ki tyl­ko po to, by zo­stać w domu i po­cie­szać sio­strzycz­kę. Cho­dzi­ły ra­zem do kina, do skle­pów, do par­ku, jeź­dzi­ły na rol­kach. Lau­ra wie­dzia­ła, że ma naj­wspa­nial­szą sio­strę na świe­cie. I ko­cha­ła ją od­po­wied­nio moc­no.

To dla­te­go omal się nie za­ła­ma­ła na wieść o tym, że Glo­ria ucie­kła z domu i była bli­ska po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa.

Me­ta­mor­fo­zę fi­zycz­ną Lau­ra prze­szła w cza­sie let­nich wa­ka­cji mię­dzy dru­gą i trze­cią kla­są li­ceum. Owszem, ćwi­czy­ła. Owszem, za­czę­ła no­sić szkła kon­tak­to­we, a tak­że sto­so­wa­ła die­tę (prak­tycz­nie w ogó­le prze­sta­ła jeść). Jed­nak to wszyst­ko nie wy­star­cza­ło, by wy­ja­śnić zmia­ny. Mo­gło je przy­spie­szyć, ale za­szły­by tak czy in­a­czej. Po pro­stu nad­szedł wła­ści­wy czas. Roz­kwi­tła, a w szko­le nikt nie po­tra­fił uwie­rzyć w to, co wi­dzi. Wkrót­ce zwró­ci­ła na nią uwa­gę agen­cja mo­de­lek i tak się za­czę­ła jej ka­rie­ra.

Lau­ra nie od razu uwie­rzy­ła, że jest wy­star­cza­ją­co pięk­na, by zo­stać mo­del­ką. Ona, gru­ba i brzyd­ka, mo­del­ką? Wol­ne żar­ty. Nic z tych rze­czy.

Nie była jed­nak ani śle­pa, ani głu­pia. Po­tra­fi­ła roz­po­znać w lu­strze to, o czym wszy­scy mó­wi­li. Wkrót­ce przy­wy­kła do my­śli, że jest atrak­cyj­na. Ja­kimś zwa­rio­wa­nym zrzą­dze­niem losu brzyd­kie dziec­ko zmie­ni­ło się w do­sko­na­le opła­ca­ną su­per­mo­del­kę. Na­raz jej to­wa­rzy­stwo sta­ło się czymś po­żą­da­nym, lu­dzie za­czę­li ubie­rać się jak ona i ko­niecz­nie chcie­li się z nią za­przy­jaź­nić. Tyl­ko dla­te­go, że była fi­zycz­nie atrak­cyj­na, ci, któ­rzy kie­dyś plu­li na nią i kpi­li z niej, za­czę­li ją uwa­żać za ko­goś wy­jąt­ko­we­go. Na­uczy­ło ją to trak­to­wać mo­ty­wy po­stę­po­wa­nia in­nych co naj­mniej po­dejrz­li­wie.

Oka­za­ło się, że dla niej pra­ca mo­del­ki ozna­cza ła­twe pie­nią­dze. W wie­ku osiem­na­stu lat mia­ła na kon­cie po­nad pół mi­lio­na. A jed­nak to za­ję­cie nie­zbyt się jej po­do­ba­ło. Wpraw­dzie prze­dziw­ne go­dzi­ny pra­cy wy­czer­py­wa­ły lub nu­ży­ły, ale poza tym trud­no było uznać pra­cę za wy­ma­ga­ją­cą. Po­zo­wa­nie do se­rii zdjęć to prze­cież nie wy­zwa­nie, jest ra­czej zwy­czaj­nie nud­ne. Lau­ra chcia­ła do­ko­nać cze­goś więk­sze­go, waż­niej­sze­go, ale świat za­cho­wy­wał się tak, jak­by za­po­mniał, że ma mózg. Kom­plet­ny ab­surd. Kie­dy była brzyd­ka i no­si­ła oku­la­ry, uwa­ża­no ją za ku­jo­na, a kie­dy sta­ła się pięk­na, uzna­no, że musi mieć pu­sto w gło­wie.

W owych cza­sach rzad­ko uczest­ni­czy­ła w se­sjach wy­jaz­do­wych. Były tyl­ko trzy: jed­na w Au­stra­lii i dwie na Ri­wie­rze Fran­cu­skiej. A to dla­te­go, że w od­róż­nie­niu od wie­lu ko­le­ża­nek po fa­chu nie rzu­ci­ła szko­ły. Nie było to pro­ste, ale uda­ło jej się skoń­czyć li­ceum, a czte­ry lata póź­niej Uni­wer­sy­tet Tu­ft­sa. Ode­bra­ła dy­plom go­to­wa do wej­ścia w biz­nes mody i ko­sme­ty­ków, jed­nak biz­nes był sła­bo przy­go­to­wa­ny na jej atak. W czerw­cu 1983 roku uka­za­ło się jej ostat­nie zdję­cie okład­ko­we; jako mo­del­ka prze­szła na eme­ry­tu­rę w doj­rza­łym, wręcz po­waż­nym wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat. Po­kaź­ne oszczęd­no­ści za­in­we­sto­wa­ła we wła­sną fir­mę, Sven­ga­li, re­kla­mo­wa­ną jako coś spe­cjal­nie dla ak­tyw­nych ko­biet. Za­kła­da­ła ona po­łą­cze­nie prak­tycz­no­ści, in­te­li­gen­cji i wy­ra­fi­no­wa­nej ele­gan­cji z ko­bie­co­ścią i zmy­sło­wo­ścią. Slo­gan re­kla­mo­wy brzmiał „Bądź swo­ją Sven­ga­li”.

Po­wie­dze­nie, że po­mysł chwy­cił, by­ło­by naj­więk­szym nie­do­mó­wie­niem w świe­cie mody lat osiem­dzie­sią­tych. Kry­ty­cy po­cząt­ko­wo szy­dzi­li z suk­ce­su mo­del­ki-biz­ne­swo­man, twier­dząc, że to tyl­ko je­den wię­cej ka­prys losu i szczę­ście od­wró­ci się od niej po kil­ku mie­sią­cach. Dwa lata po pro­mo­cji dam­skich ubrań i ko­sme­ty­ków Lau­ra roz­sze­rzy­ła dzia­łal­ność na buty i per­fu­my. Ma­jąc dwa­dzie­ścia sześć lat, wpro­wa­dzi­ła Sven­ga­li na gieł­dę, sku­pia­jąc w swo­im ręku więk­szość ak­cji fir­my i bę­dąc dy­rek­to­rem na­czel­nym war­te­go wie­le mi­lio­nów kon­glo­me­ra­tu.

Tak­sów­ka ostro skrę­ci­ła w pra­wo.

– Pe­ter­son ma biu­ra na Espla­na­de, praw­da, pa­nien­ko?

– Pa­nien­ko? – Lau­ra nie była w sta­nie po­wstrzy­mać się od śmie­chu.

– To tyl­ko ta­kie wy­ra­że­nie – wy­ja­śnił tak­sów­karz. – Nie chcia­łem ni­ko­go ob­ra­zić.

– Nie czu­ję się ob­ra­żo­na. Tak, to na Espla­na­de.

Oczy­wi­ście na­tych­miast po­ja­wi­ły się na­śla­dow­nic­twa, jak chwa­sty pró­bu­ją­ce za­ro­snąć jej do­rod­ny kwiat. Kon­ku­ro­wa­ły o od­pa­dy z bo­ga­te­go sto­łu Sven­ga­li, szu­ka­ły re­cep­ty na suk­ces Lau­ry. Jak wie­le po­dob­nych chwa­stów zo­sta­ły wy­rwa­ne, nim zdą­ży­ły się za­ko­rze­nić. Za­ufa­na ka­dra kie­row­ni­cza zna­ła se­kret, któ­re­go kon­ku­ren­cja nie zna­ła, a któ­ry czy­nił fir­mę je­dy­ną w swo­im ro­dza­ju. Tym se­kre­tem była Lau­ra Ay­ars. To jej cięż­ka pra­ca, de­ter­mi­na­cja, mą­drość, styl i – tak! – cie­pło kie­ro­wa­ły dzia­łal­no­ścią Sven­ga­li w każ­dej fa­zie. Ba­nał, owszem, ale jed­nak praw­dzi­wy. Ta ko­bie­ta była swo­ją fir­mą.

Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem… póki nie po­zna­ła Da­vi­da Ba­ski­na.

Tak­sów­ka zwol­ni­ła, za­trzy­ma­ła się.

– Je­ste­śmy na miej­scu, ko­cha­na.

■ ■ ■

Ho­tel Pa­ci­fic In­ter­na­tio­nal w Ca­irns wca­le nie znaj­do­wał się aż tak da­le­ko od biu­ra Pe­ter­so­na. Stał nie­da­le­ko cen­trum, po dru­giej stro­nie uli­cy i na­prze­ciw Mar­lin Jet­ty, gdzie ko­twi­czy­ła więk­szość ło­dzi wy­ciecz­ko­wych i prze­zna­czo­nych dla nur­ków. Jako po­pu­lar­ne miej­sce wa­ka­cyj­ne przy­cią­gał go­ści pra­gną­cych wpraw­dzie po­znać au­stra­lij­skie tro­pi­ki, ale nie­gu­stu­ją­cych w cał­ko­wi­tym od­osob­nie­niu.

Gość z po­ko­ju 607 nie przy­je­chał tu jed­nak na wa­ka­cje.

Wy­glą­dał przez okno, ale nie dla­te­go, że wi­dok za­chwy­cał go swą osza­ła­mia­ją­cą uro­dą. Miał waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Waż­niej­sze i strasz­ne. Ta­kie, któ­re trze­ba za­ła­twić, choć kon­se­kwen­cje będą tra­gicz­ne. Tak tra­gicz­ne, że na­wet gość z po­ko­ju 607 nie miał po­ję­cia o praw­dzi­wym roz­mia­rze tra­ge­dii.

I trze­ba je za­ła­twić te­raz. Już.

Gość ode­rwał wzrok od prze­pięk­ne­go wi­do­ku cie­szą­ce­go oczy jego po­przed­ni­ków, za­chwy­ca­ją­cych się nim przez nie­zli­czo­ne go­dzi­ny. Pod­szedł do te­le­fo­nu. Na pla­no­wa­nie po­zo­sta­ło mu bar­dzo nie­wie­le cza­su. Pod­no­sząc słu­chaw­kę, za­sta­no­wił się jesz­cze prze­lot­nie, czy ist­nie­je ja­kie­kol­wiek inne wyj­ście.

Nie. Nie ist­nia­ło.

Pod­niósł słu­chaw­kę. Wy­brał nu­mer.

– Reef Re­sort. W czym mogę po­móc?

Gość prze­łknął śli­nę, pró­bu­jąc opa­no­wać strach.

– Z pa­nem Da­vi­dem Ba­ski­nem pro­szę.

■ ■ ■

Spo­tka­nie trwa­ło, nud­ne, lecz obie­cu­ją­ce. Pierw­sze dwie go­dzi­ny prze­bie­gły względ­nie gład­ko, umo­wa była już prak­tycz­nie za­war­ta. Po­zo­sta­ły tyl­ko zwy­cza­jo­we dro­bia­zgi, któ­re jed­nak ko­niecz­nie na­le­ża­ło uprząt­nąć z dro­gi. Lau­ra zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Było już ja­sne, że wró­ci póź­niej, niż za­mie­rza­ła. Po­pro­si­ła o po­zwo­le­nie sko­rzy­sta­nia z te­le­fo­nu, prze­pro­si­ła obec­nych i za­dzwo­ni­ła do ho­te­lu. W po­ko­ju nikt nie od­po­wia­dał, po­le­ci­ła więc, by po­łą­czo­no ją z re­cep­cją.

W słu­chaw­ce roz­legł się głos zna­jo­me­go re­cep­cjo­ni­sty.

– Pani mąż wy­szedł kil­ka mi­nut temu. Zo­sta­wił mi in­for­ma­cję do prze­ka­za­nia.

– Mógł­by pan prze­ka­zać mi ją te­raz?

– Oczy­wi­ście. Pro­szę chwi­lę po­cze­kać. – Usły­sza­ła, jak re­cep­cjo­ni­sta rzu­ca słu­chaw­kę na drew­nia­ny blat, roz­le­gło się echo cięż­kich kro­ków i głos. – Już mam. – Za­sze­le­ścił pa­pier.

– To… – po­wie­dział re­cep­cjo­ni­sta z wa­ha­niem – …pani Ba­skin, to ra­czej oso­bi­sta wia­do­mość.

– W po­rząd­ku.

– Mam ją prze­czy­tać?

– Prze­cież już pan ją zna.

– Co praw­da, to praw­da. – Mimo to re­cep­cjo­ni­sta nie­chęt­nie od­czy­ty­wał sło­wa Da­vi­da. – „Wy­sze­dłem na chwi­lę, za­raz wra­cam”. – Chrząk­nię­cie. – „Czar­ny pas do poń­czoch i poń­czo­chy na łóż­ku. Włóż je i cze­kaj na mnie, mój…”. Hmmm… „mój mały sek­sy ko­cia­ku”.

Lau­ra z tru­dem stłu­mi­ła śmiech.

– Bar­dzo panu dzię­ku­ję. Czy mógł­by pan prze­ka­zać mę­żo­wi wia­do­mość ode mnie? Gdy tyl­ko wró­ci?

– Wo­lał­bym nie, pro­szę pani. To jed­nak ra­czej duży gość, chy­ba pani ro­zu­mie?

Tym ra­zem po pro­stu mu­sia­ła się ro­ze­śmiać.

– Nie, nic ta­kie­go… niech pan mu tyl­ko po­wie, że wró­cę póź­niej, niż za­mie­rza­łam.

– To mogę zro­bić. – Re­cep­cjo­ni­sta nie ukry­wał ulgi.

– Tak, oczy­wi­ście, nie ma spra­wy.

Lau­ra odło­ży­ła słu­chaw­kę, ode­tchnę­ła głę­bo­ko i wró­ci­ła do sto­łu ne­go­cja­cyj­ne­go.

■ ■ ■

Dwie go­dzi­ny póź­niej umo­wa zo­sta­ła za­war­ta. Dro­bia­zgi usu­nię­to z dro­gi i już wkrót­ce, być może na­wet przed se­zo­nem bo­żo­na­ro­dze­nio­wym, pro­duk­ty Sven­ga­li mia­ły za­lać domy to­wa­ro­we w Au­stra­lii i No­wej Ze­lan­dii. Lau­ra roz­sia­dła się wy­god­nie na mięk­kim sie­dze­niu tak­sów­ki. Uśmie­cha­ła się.

Ko­niec z in­te­re­sa­mi.

Gdy tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się przed jej ho­te­lem, za­pa­dał zmierzch, ga­sząc ko­lej­ne, nie­licz­ne już pro­mie­nie słoń­ca nadal pa­da­ją­ce na Palm’s Cove. Ale Lau­ra nie czu­ła zmę­cze­nia. In­te­re­sy do­da­wa­ły jej ener­gii… in­te­re­sy i świa­do­mość tego, że od Da­vi­da dzie­li ją za­le­d­wie kil­ka me­trów, że Da­vid na nią cze­ka…

– Pani Ba­skin?

Znów re­cep­cjo­ni­sta. Po­de­szła do nie­go, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

– Mam tu ko­lej­ny li­ścik od pani męża.

– Chce mi go pan prze­czy­tać?

Re­cep­cjo­ni­sta ro­ze­śmiał się i wrę­czył jej ko­per­tę.

– Dzię­kuj ę za za­ufa­nie, ale z tym już po­ra­dzi so­bie pani sama.

– Rze­czy­wi­ście.

Lau­ra roz­dar­ła za­kle­jo­ną ko­per­tę i prze­czy­ta­ła:

Lau­ro, wra­cam wkrót­ce. Po­sze­dłem po­pły­wać w oce­anie.

Za­wsze będę cię ko­chał. Za­wsze, pa­mię­taj.

Da­vid

Nie­co zdzi­wio­na Lau­ra scho­wa­ła kart­kę pa­pie­ru i po­szła do po­ko­ju.

■ ■ ■

Czar­ne poń­czo­chy le­ża­ły na łóż­ku.

Lau­ra wsu­nę­ła w nie sto­py i z wol­na wcią­gnę­ła je na smu­kłe nogi. Roz­pię­ła bluz­kę, zdję­ła ją po­wo­li. Się­gnę­ła ra­mio­na­mi za ple­cy, roz­pię­ła ko­ron­ko­wy sta­nik, po­chy­li­ła się i zsu­nę­ła go z ra­mion.

Wło­ży­ła pas. Przy­pię­ła do nie­go poń­czo­chy, wsta­ła, spoj­rza­ła w lu­stro. A po­tem zro­bi­ła coś, cze­go nie zro­bił­by chy­ba nikt inny po­dzi­wia­ją­cy tak wspa­nia­ły wi­dok.

Ro­ze­śmia­ła się.

Osza­la­łam przez tego męż­czy­znę, po­my­śla­ła, krę­cąc gło­wą. Do­sko­na­le pa­mię­ta­ła, kim była za­le­d­wie dwa lata temu, za­nim Da­vid wkro­czył w jej ży­cie. I pa­mię­ta­ła, że nie od razu przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Już ra­czej moż­na po­wie­dzieć, nie owi­ja­jąc w ba­weł­nę, że ich pierw­sze spo­tka­nie było mniej wię­cej tak ro­man­tycz­ne jak zde­rze­nie dwóch sa­mo­cho­dów.

Było to w Bo­sto­nie, w wil­got­ny czerw­co­wy wie­czór 1986 roku, na balu wy­da­nym dla Bo­ston Pops, jed­nym z tych wy­ma­ga­ją­cych pół­ofi­cjal­nych stro­jów – smo­kin­gu i musz­ki. Tłok był wręcz nie­praw­do­po­dob­ny. Każ­dy, kto na­le­żał do bo­stoń­skiej so­cje­ty, uwa­żał swą obec­ność na tym balu za nie­odzow­ną.

Lau­ra nie­na­wi­dzi­ła po­dob­nych oka­zji, nie­na­wi­dzi­ła po­wo­dów, dla któ­rych w nich uczest­ni­czy­ła (a czu­ła, że musi), nie­na­wi­dzi­ła nie­szcze­rych uśmie­chów i nie­szcze­rych kom­ple­men­tów, któ­rych nie szczę­dzi­li so­bie go­ście. A jesz­cze gor­si byli spo­ty­ka­ni tam męż­czyź­ni: próż­ni, na­tręt­ni, za­ro­zu­mia­li neo­play­boye z ego tak wiel­kim, że prze­wyż­sza­ło wy­łącz­nie skrzęt­nie skry­wa­ny brak pew­no­ści sie­bie. Na po­dob­nych im­pre­zach pró­bo­wa­no ją po­de­rwać tak czę­sto i tak bez­sku­tecz­nie, że sama so­bie za­czy­na­ła się wy­da­wać nie­zdo­by­ta. Z cza­sem re­ago­wa­ła na za­czep­ki co­raz mniej uprzej­mie, aż wresz­cie jej za­cho­wa­nie sta­ło się po pro­stu nie­grzecz­ne. Ale bywa, że tyl­ko ostra ri­po­sta jest w sta­nie po­wstrzy­mać szar­żu­ją­ce­go byka.

Lau­ra oto­czy­ła się wy­so­kim mu­rem, była for­te­cą z fosą, w któ­rej pły­wa­ją głod­ne re­ki­ny. Wie­dzia­ła, że za­ra­bia so­bie na re­pu­ta­cję zim­nej suki, a tak­że ko­bie­ty, któ­ra „wie, że jest na to­pie, i my­śli, że jej gów­no nie śmier­dzi”. Zna­ła te opi­nie, w jej prze­ko­na­niu nie­praw­dzi­we. Nie ro­bi­ła jed­nak nic, by się przed nimi bro­nić, po­nie­waż po­ma­ga­ły utrzy­mać w klat­kach przy­najm­niej nie­któ­re zwie­rzę­ta.

Na tym szcze­gól­nym przy­ję­ciu sta­ła aku­rat kil­ka kro­ków od bu­fe­tu, z nie­do­wie­rza­niem w oczach ob­ser­wu­jąc sza­le­nie ele­ganc­kich go­ści ata­ku­ją­cych wy­kwint­ne da­nia jak gło­du­ją­cy w Ban­gla­de­szu. Od­wró­ci­ła się wte­dy… i wpa­dła na Da­vi­da.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła, na­wet na nie­go nie pa­trząc.

– Po­nu­ry wi­dok – po­wie­dział Da­vid, przy­glą­da­jąc się wy­gło­dzo­nym dzi­ku­som przy bu­fe­cie. – Wi­ta­my w Dniu Sza­rań­czy.

Lau­ra ski­nę­ła gło­wą i od­su­nę­ła się od nie­go. Za­mie­rza­ła odejść jak naj­szyb­ciej.

– Chwi­lecz­kę – za­wo­łał za nią Da­vid. – Nie chcę uda­wać fana, ale… czy pani to Lau­ra Ay­ars?

– Tak, to ja.

– Pro­szę po­zwo­lić mi się przed­sta­wić. Je­stem Da­vid Ba­skin.

– Ten ko­szy­karz?

– Ten sam. Ki­bi­cu­je pani Cel­tom?

– Nie ki­bi­cu­ję, ale nie spo­sób, miesz­ka­jąc w Bo­sto­nie, nie usły­szeć pań­skie­go na­zwi­ska.

– Ru­mie­nię się skrom­nie.

– Oczy­wi­ście. Te­raz pro­szę mi po­zwo­lić…

– Już pani od­cho­dzi? Więc nim się roz­sta­nie­my, czy wol­no mi po­wie­dzieć, że wy­glą­da dziś pani olśnie­wa­ją­co?

– Cóż za ory­gi­nal­na kwe­stia, pa­nie Ba­skin. – Głos Lau­ry ocie­kał ja­dem.

– Pro­szę mi mó­wić po imie­niu – po­wie­dział wte­dy spo­koj­nie. – A tak dla po­rząd­ku… ja nie wy­gła­szam kwe­stii. Moż­na wie­dzieć, dla­cze­go nie lu­bisz ko­szy­ków­ki? – spy­tał po chwi­li.

Ty­po­wy mię­śniak, po­my­śla­ła Lau­ra. My­śli, że Zie­mia prze­sta­ła­by się krę­cić, gdy­by ban­da do­ro­słych w koń­cu fa­ce­tów nie bie­ga­ła bez sen­su naj­pierw w jed­ną, po­tem w dru­gą stro­nę, stę­ka­jąc i tak okrop­nie się po­cąc. Z tym nie po­win­nam mieć kło­po­tów. Pew­nie nie po­tra­fi pod­trzy­mać roz­mo­wy, je­śli mówi się do nie­go peł­ny­mi zda­nia­mi.

– To nie do po­my­śle­nia, praw­da? – roz­po­czę­ła. – Cho­dzi mi głów­nie o to, że nie do po­my­śle­nia jest, przy­najm­niej dla cie­bie, wy­obra­że­nie so­bie my­ślą­ce­go czło­wie­ka, nie­tę­sk­nią­ce­go za wi­do­kiem anal­fa­be­tów o móżdż­kach od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nych do wzro­stu, pró­bu­ją­cych wsa­dzić ku­li­sty przed­miot w me­ta­lo­wy krąg.

Twarz męż­czy­zny po­zo­sta­ła ka­mien­nie spo­koj­na.

– Oho, tra­fi­łem na czyjś kiep­ski na­strój. I ta­kie dłu­gie zda­nie… Im­po­nu­ją­ce. Była pani kie­dyś w Bo­ston Gar­den? Wi­dzia­ła Cel­tów w ak­cji?

Lau­ra po­trzą­snę­ła gło­wą, uda­jąc, że sama się nad sobą li­tu­je.

– Nie. Chy­ba moż­na o mnie po­wie­dzieć, że do­tąd nie ży­łam. – Spoj­rza­ła na ze­ga­rek, ale na­wet nie od­czy­ta­ła go­dzi­ny. – Ojej, jak ten czas leci. Przy­jem­nie się ga­wę­dzi­ło, ale nie­ste­ty, mu­szę już…

– Nie mu­si­my roz­ma­wiać o ko­szy­ków­ce.

– Nie mu­si­my? – zdzi­wi­ła się. Nadal kpi­ła z nie­go w żywe oczy. Ale nie ro­bi­ło to na nim wra­że­nia. Uśmie­chał się sym­pa­tycz­nie.

– Nie, nie mu­si­my. Moż­na mi wie­rzyć lub nie, ale po­tra­fię roz­ma­wiać o spra­wach znacz­nie waż­niej­szych: eko­no­mii, po­li­ty­ce, po­ko­ju na Bli­skim Wscho­dzie… pro­szę wy­mie­nić te­mat. – Pstryk­nął pal­ca­mi, uśmiech­nął się sze­rzej. – Dla­cze­go nie mie­li­by­śmy za­jąć się czymś wy­ma­ga­ją­cym na­praw­dę wiel­kie­go po­ten­cja­łu in­te­lek­tu­al­ne­go, na przy­kład pra­cą mo­del­ki? Ale nie. Cho­dzi mi głów­nie o to, że nie do po­my­śle­nia jest, przy­najm­niej dla cie­bie, wy­obra­że­nie so­bie my­ślą­ce­go czło­wie­ka nie­tę­sk­nią­ce­go za wi­do­kiem ko­biet o móżdż­kach roz­mia­ru wprost pro­por­cjo­nal­ne­go do gru­bo­ści ich tkan­ki tłusz­czo­wej, usi­łu­ją­cych tak bar­dzo upodob­nić się do ma­ne­ki­nów, jak to tyl­ko moż­li­we.

Ich oczy spo­tka­ły się na chwi­lę i to Lau­ra pierw­sza opu­ści­ła gło­wę. Pod­nio­sła ją nie­mal na­tych­miast i zo­ba­czy­ła, że Da­vid uśmie­cha się w spo­sób do­sko­na­le ła­go­dzą­cy uszczy­pli­wość jego słów.

– Roz­pro­mień się, Lau­ro – po­wie­dział ła­god­nie; te sło­wa mia­ła póź­niej sły­szeć wie­lo­krot­nie. – Nie chcia­łem ni­cze­go wię­cej niż chwi­li roz­mo­wy. Dużo czy­ta­łem o to­bie i Sven­ga­li… tak, ist­nie­ją ko­szy­ka­rze umie­ją­cy czy­tać… i uzna­łem, że je­steś in­te­re­su­ją­cą oso­bą, któ­rą war­to po­znać. O ni­czym in­nym nie my­śla­łem, ale z two­ją uro­dą… pew­nie weź­miesz to za ko­lej­ną kwe­stię. Ja cię nie wi­nię, bo może nią jest.

Ukło­nił się lek­ko i od­wró­cił.

– Nie będę już prze­szka­dzał – po­wie­dział. – Mi­łej za­ba­wy.

Lau­ra od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem, nie­na­wi­dząc się za aż tak od­py­cha­ją­ce za­cho­wa­nie i za to, że nie po­tra­fi za­ufać męż­czyź­nie, na­wet jed­ne­mu męż­czyź­nie. A ten przej­rzał ją, jak­by po­tra­fił zaj­rzeć wprost do jej gło­wy, od­czy­tać my­śli. Mimo wszyst­ko… prze­cież do niej nie pa­su­je. Mię­śniak? Też po­mysł. Po­sta­no­wi­ła za­po­mnieć o Da­vi­dzie Ba­ski­nie. Dziw­ne, ale nie mo­gła.

Te­raz, w Au­stra­lii, nie­mal naga Lau­ra po­chy­li­ła się i spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

Pięt­na­ście po dzie­sią­tej.

Od­gło­sy bu­szu prze­ni­ka­ły przez noc po­kry­wa­ją­cą okno ciem­ną za­sło­ną. Gdy­by cho­dzi­ło o ko­go­kol­wiek in­ne­go, już bar­dzo by się bała. Ale Da­vid był wspa­nia­łym pły­wa­kiem, omal nie za­kwa­li­fi­ko­wał się do re­pre­zen­ta­cji olim­pij­skiej i, co waż­niej­sze, po­tra­fił nie­ustan­nie za­ska­ki­wać tych, któ­rzy go zna­li, ro­biąc do­kład­nie to, cze­go spo­dzie­wa­li się naj­mniej. Mię­dzy in­ny­mi za to ko­cha­ły go me­dia spor­to­we. Dzien­ni­ka­rze zbie­ra­li się po me­czu pod jego szaf­ką, bo to on miał za­wsze na po­do­rę­dziu po­wie­dze­nie, któ­re do­sko­na­le nada­wa­ło się do za­cy­to­wa­nia w po­ran­nych wy­da­niach. Był gwiaz­dą aro­ganc­ką, lecz za­wsze uprzej­mą i za­wsze go­to­wą do­wieść, że za­słu­że­nie cie­szy się re­pu­ta­cją nie­prze­wi­dy­wal­ne­go.

Lau­ra przy­kry­ła się ko­cem. Noc­ne po­wie­trze było chłod­ne, pie­ści­ło skó­rę, lecz draż­ni­ło ner­wy.

Mi­ja­ły go­dzi­ny, a wraz z nimi od­cho­dzi­ły w prze­szłość tłu­ma­cze­nia, po­zwa­la­ją­ce Lau­rze opa­no­wać strach i na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę.

■ ■ ■

Ubra­ła się już po pół­no­cy, o wpół do pierw­szej. Ze­szła do holu. Dy­żur peł­nił zna­jo­my re­cep­cjo­ni­sta; za­sta­no­wi­ła się na­wet prze­lot­nie, czy on kie­dy­kol­wiek sy­pia.

– Bar­dzo prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła – ale… wi­dział pan może mo­je­go męża?

– Pana Ba­ski­na? Nie, pro­szę pani. Nie wi­dzia­łem go od cza­su, kie­dy po­szedł po­pły­wać.

– Może po­wie­dział coś, wy­cho­dząc?

– Nic a nic, pro­szę pani. Od­dał mi tyl­ko klucz i tę wia­do­mość, któ­rą prze­ka­za­łem. Na­wet na mnie nie spoj­rzał.

– Re­cep­cjo­ni­sta do­strzegł błysk stra­chu w jej oczach. – Jesz­cze się nie po­ka­zał?

– Nie­ste­ty, nie.

– Cóż, na pani miej­scu bym się tym nie przej­mo­wał. Są­dząc z ga­zet, pani to­wa­rzysz cie­szy się re­pu­ta­cją czło­wie­ka… lu­bią­ce­go przy­go­dy. Do rana wró­ci.

– No tak, z pew­no­ścią ma pan ra­cję. – Lau­ra wes­tchnę­ła bez prze­ko­na­nia. Mia­ła ocho­tę za­cząć szu­kać Da­vi­da, ale szyb­ko uświa­do­mi­ła so­bie, że w ten spo­sób ni­cze­go nie osią­gnie, tyl­ko chwi­lo­wo uspo­koi się tym, że coś jed­nak robi, za­miast sie­dzieć w po­ko­ju. Pro­blem w tym, że sa­mot­na Ame­ry­kan­ka wę­dru­ją­ca po au­stra­lij­skim bu­szu w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach nie jest jed­nak kom­pe­tent­ną eki­pą po­szu­ki­waw­czą. Naj­praw­do­po­dob­niej Da­vid po­ja­wi się w ho­te­lu cały i zdro­wy do­kład­nie wte­dy, kie­dy ona osta­tecz­nie zgu­bi się w dzi­czy.

Wró­ci­ła do po­ko­ju, po­dej­mu­jąc po­sta­no­wie­nie, że nie wpad­nie w pa­ni­kę aż do rana.

■ ■ ■

Ze­ga­rek przy łóż­ku wska­zał siód­mą rano. Lau­ra ofi­cjal­nie wpa­dła w pa­ni­kę.

2

– Musi pani chwi­lecz­kę po­cze­kać na po­łą­cze­nie.

– Dzię­ku­ję, po­cze­kam.

Lau­ra usia­dła i wbi­ła wzrok w te­le­fon. Przy tej róż­ni­cy cza­su w Bo­sto­nie do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta wie­czo­rem wczo­raj­sze­go dnia i .T.C mógł jesz­cze nie wró­cić do domu. For­mal­nie koń­czył pra­cę tro­chę po ósmej, ale nie było dla niej ta­jem­ni­cą, że czę­sto zo­sta­je o wie­le dłu­żej.

Jej dło­nie drża­ły. Twarz mia­ła zmę­czo­ną, spuch­nię­tą, oczy su­che, spoj­rze­nie udrę­czo­ne po po­zor­nie nie­koń­czą­cej się nocy, za­koń­czo­nej tak nie­daw­no. Wyj­rza­ła przez okno. Słoń­ce świe­ci­ło ja­sno, jego pro­mie­nie i ze­ga­rek przy łóż­ku były je­dy­ny­mi wi­docz­ny­mi ozna­ka­mi tego, że wczo­raj prze­szło w dziś i że noc rze­czy­wi­ście ustą­pi­ła po­ran­ko­wi. Ale dla niej trwa­ła ona nadal, tak jak ści­ska­ją­cy jej ser­ce ni­czym ima­dło kosz­mar.

Na chwi­lę za­mknę­ła oczy. Przy­po­mnia­ła so­bie ten dzień, kie­dy Da­vid po raz dru­gi wkro­czył w jej ży­cie. Zda­rzy­ło się to trzy ty­go­dnie po ich pierw­szym spo­tka­niu na balu Bo­ston Pops, a przez te trzy ty­go­dnie ich krót­ka roz­mo­wa draż­ni­ła ją, była jak tępy ból gło­wy, nig­dy nie­pa­ra­li­żu­ją­cy, lecz za­wsze obec­ny, na­si­la­ją­cy się, gdy tyl­ko pró­bo­wa­ła za­po­mnieć.

Bez żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go po­wo­du (tak przy­najm­niej twier­dzi­ła) Lau­ra przej­rza­ła kil­ka po­świę­co­nych mu ar­ty­ku­łów w pra­sie. I choć dzien­ni­ka­rze nie szczę­dzi­li wy­ra­zów po­dzi­wu dla jego ta­len­tu, po­sta­wy na bo­isku i nie­zwy­kle po­zy­tyw­ne­go wpły­wu na grę, dla niej znacz­nie bar­dziej fa­scy­nu­ją­ce (no nie, nie „fa­scy­nu­ją­ce” – po­wta­rza­ła so­bie – naj­wy­żej „in­te­re­su­ją­ce”) były roz­sia­ne tu i ów­dzie in­for­ma­cje na te­mat jego wy­cho­wa­nia, do­sko­na­łych ocen na Uni­wer­sy­te­cie Mi­chi­gan, okre­sie spę­dzo­nym w Eu­ro­pie jako sty­pen­dy­sta Rho­de­sa i bez­in­te­re­sow­nej pra­cy z nie­peł­no­spraw­ny­mi. Ku swe­mu zdu­mie­niu stwier­dzi­ła, że czu­je się dziw­nie win­na temu, jak go po­trak­to­wa­ła, jak­by za­cią­gnę­ła dług i mu­sia­ła go kie­dyś spła­cić lub zo­stać mu coś win­na na za­wsze. Uzna­ła, że miło by­ło­by spo­tkać go zno­wu i prze­pro­sić, żeby nie my­ślał, że jest taka zim­na i bez­dusz­na.

Z tego po­wo­du za­czę­ła ak­cep­to­wać za­pro­sze­nia na te przy­ję­cia i uro­czy­sto­ści to­wa­rzy­skie, na któ­rych miał po­wód się po­ja­wić. Sama oczy­wi­ście za nic nie przy­zna­ła­by, że Da­vid Ba­skin miał co­kol­wiek wspól­ne­go ze spo­so­bem, w jaki or­ga­ni­zo­wa­ła so­bie ży­cie to­wa­rzy­skie. Upie­ra­ła­by się do koń­ca, że to tyl­ko zbieg oko­licz­no­ści. Sven­ga­li wy­ma­ga od niej za­an­ga­żo­wa­nia, musi być wi­docz­na i je­śli przy oka­zji spo­tka tego ko­szy­ka­rza, cóż… ży­cie skła­da się z przy­pad­ków, praw­da?

Ku jej głę­bo­ko ukry­wa­nej kon­ster­na­cji Da­vid uczest­ni­czył w tego ro­dza­ju wy­da­rze­niach w spo­sób, moż­na po­wie­dzieć, sym­bo­licz­ny. Tyle że uśmie­chał się sze­ro­ko do lu­dzi ota­cza­ją­cych go na­tych­miast, po­trzą­sa­ją­cych jego dło­nią i kle­pią­cych go po ra­mie­niu. Lau­ra cza­sa­mi od­no­si­ła wra­że­nie, że za­uwa­ża lek­kie skrzy­wie­nie warg i nie­znacz­ne po­gar­dli­we spoj­rze­nia, kie­dy do­ty­ka­li go ci szar­la­ta­ni, ale rów­nie do­brze mo­gła to so­bie tyl­ko wy­obra­żać.

W każ­dym ra­zie nie pod­cho­dził do niej, na­wet nie pa­trzył w jej stro­nę. W koń­cu Lau­ra po­sta­no­wi­ła zro­bić coś na­praw­dę dzie­cin­ne­go i kie­dy raz za­uwa­ży­ła go przy ba­rze, wy­ko­na­ła ma­newr na­zy­wa­ny przez na­sto­lat­ki „stra­te­gicz­nym spa­cer­kiem”, to zna­czy po­szła w jego stro­nę, ma­new­ru­jąc tak, by się z nim zde­rzyć. I uda­ło się. Tym ra­zem zwró­cił na nią uwa­gę. Uśmiech­nął się ser­decz­nie (a może nie tyl­ko ser­decz­nie? Może w tym uśmie­chu było coś jesz­cze? Kpi­na?) i usu­nął się jej z dro­gi bez sło­wa.

Lau­ra wró­ci­ła do biu­ra, go­tu­jąc się ze zło­ści. Wsty­dzi­ła się za sie­bie, wy­pro­wa­dza­ło ją z rów­no­wa­gi to za­cho­wa­nie li­ce­alist­ki za­ko­cha­nej w ka­pi­ta­nie szkol­nej re­pre­zen­ta­cji fut­bo­lu. Nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, dla­cze­go za­le­ży jej na ko­lej­nej kon­fron­ta­cji z Da­vi­dem. Czy tyl­ko dla­te­go, że z po­przed­niej to on wy­szedł zwy­cię­sko? Że zmu­sił ją, by prze­my­śla­ła so­bie za­cho­wa­nie, któ­re uwa­ża­ła za nor­mal­ne, i dzia­ła­nie wła­snych me­cha­ni­zmów obron­nych? Czy też może rze­czy­wi­ście ją po­cią­gał, choć ra­czej pa­syw­nie, i stąd te elek­trycz­ne bodź­ce w mó­zgu? Nie wy­glą­dał źle, to fakt, był na­wet przy­stoj­ny, choć w nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób. Twarz i cia­ło miał ciem­ne, moc­ne, ni­czym drwal z re­kla­my piwa lite. Zie­lo­ne oczy pa­trzy­ły na świat przy­ja­ciel­sko i te schlud­nie przy­strzy­żo­ne wło­sy… No do­brze, po­wiedz­my so­bie, że rze­czy­wi­ście jest przy­stoj­ny, a jed­no­cze­śnie znacz­nie bar­dziej rze­czy­wi­sty i praw­dzi­wy niż re­kla­mo­wa­ni jako „wspa­nia­li męż­czyź­ni” mo­de­le, z któ­ry­mi zda­rzy­ło się jej pra­co­wać.

Jed­nak­że na­wet je­śli Ba­skin nie pa­so­wał do ste­reo­ty­pu ego­istycz­ne­go, nie­doj­rza­łe­go mię­śnia­ka, to mimo wszyst­ko był mię­śnia­kiem, bo­ha­te­rem uwiel­bia­nym przez nie­doj­rza­łych fa­ce­tów w każ­dym wie­ku, go­ściem gra­ją­cym w dzie­cin­ną grę i ro­bią­cym na bo­isku ka­rie­rę. Był też nie­wąt­pli­wie atle­tą – play­boy­em oto­czo­nym przez pu­sto­gło­we ci­zie ma­rzą­ce o sła­wie i po­ka­za­niu się w te­le­wi­zji wraz z za­sia­da­ją­cy­mi na try­bu­nach żo­na­mi. A Lau­ra nie mia­ła za­mia­ru oka­zać się ci­zią i ko­lej­nym pod­bo­jem nie­śmier­tel­ne­go he­ro­sa Cel­tów. Jej zda­niem Da­vid Ba­skin był an­ty­te­zą praw­dzi­we­go męż­czy­zny, choć Lau­rze aku­rat nie za­le­ża­ło na związ­ku z praw­dzi­wym męż­czy­zną. W tej chwi­li w jej ży­ciu nie było miej­sca dla męż­czy­zny. Mia­ła Sven­ga­li: cel w ży­ciu, ma­rze­nie i part­ne­ra.

Od­chy­li­ła krze­sło, opar­ła sto­py na biur­ku. Jej pra­wa noga drża­ła jak zwy­kle, gdy była spię­ta lub po­grą­żo­na w my­ślach. Oj­ciec miał ten sam de­ner­wu­ją­cy zwy­czaj. Obo­je do­pro­wa­dza­li lu­dzi do sza­łu, bo tak na­praw­dę nie było to zwy­kłe drże­nie, tyl­ko au­ten­tycz­ne po­trzą­sa­nie. Kie­dy ona lub tata na­praw­dę się przy­ło­ży­li, za­czy­na­ło wi­bro­wać krze­sło, biur­ko, w koń­cu cały po­kój, tak nie­ustę­pli­we były te ich nogi. Tych, któ­rzy aku­rat zna­leź­li się bli­sko, wi­do­wi­sko to wy­pro­wa­dza­ło z rów­no­wa­gi, a Lau­ra, choć pró­bo­wa­ła, nie umia­ła się opa­no­wać.

Te­raz uda­ło się jej na­wet zrzu­cić uchwyt na dłu­go­pis. Nie po­fa­ty­go­wa­ła się, by go pod­nieść. Po kil­ku mi­nu­tach drże­nie nogi zdo­ła­ło wy­gnać jej z gło­wy my­śli o ko­szy­ka­rzu, w czym nie­wąt­pli­wie po­mógł Mar­ty Trib­ble, jej dy­rek­tor mar­ke­tin­gu, wcho­dząc do ga­bi­ne­tu z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

– Wła­śnie do­ko­na­li­śmy re­kla­mo­we­go wy­czy­nu roku – oznaj­mił.

Lau­ra nig­dy nie wi­dzia­ła go ta­kie­go. Mar­ty pra­co­wał z nią od po­cząt­ku, od na­ro­dzin Sven­ga­li. Był ty­po­wym me­ne­dże­rem, za­wsze po­waż­nym, prak­tycz­nym kon­ser­wa­ty­stą, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cym do li­be­ral­ne­go i ucho­dzą­ce­go za nie­zbyt po­waż­ny biz­ne­su. W fir­mie sły­nął z po­czu­cia hu­mo­ru tyl­ko dla­te­go, że w ogól­nej opi­nii nie miał go za grosz. Opo­wiedz Mar­ty’emu dow­cip, a do­cze­kasz się re­ak­cji ta­kiej, jak­byś ten dow­cip opo­wie­dział szaf­ce na akta. Był opo­ką biu­ra, a nie czło­wie­kiem, któ­re­go po­ru­sza­ły­by dro­bia­zgi.

– O któ­rym pro­duk­cie mó­wisz?

– O no­wej li­nii.

– Obu­wie co­dzien­ne i spor­to­we?

– Wła­śnie.

Ich oczy się spo­tka­ły. Lau­ra mu­sia­ła się uśmiech­nąć.

– Sia­daj i mów.

Za­ty­ra­ny Mar­ty (chciał, żeby mó­wio­no mu „Mar­tin”, więc na za­wsze zo­stał Mar­tym, wła­śnie z tego po­wo­du) prak­tycz­nie wsko­czył na krze­sło; w tej chwi­li, w śród­miej­skim biu­rze Sven­ga­li, nie było chy­ba dru­gie­go tak żwa­we­go pra­cow­ni­ka.

– Na je­sie­ni za­czy­na­my kra­jo­wą kam­pa­nię te­le­wi­zyj­ną. Przed­sta­wi­my klien­tom całą na­szą nową li­nię.

Lau­ra cze­ka­ła na coś wię­cej, ale Mar­ty umilkł i tyl­ko się uśmie­chał jak pro­wa­dzą­cy te­le­tur­niej, któ­ry nie za­mie­rza zdra­dzić praw­dzi­wej od­po­wie­dzi przed ostat­nią re­kla­mą. Nie wy­trzy­ma­ła.

– Słu­chaj, prze­cież to nie jest coś, co mo­gło­by wstrzą­snąć świa­tem.

Trib­ble po­chy­lił się w krze­śle i prze­mó­wił wol­no, do­bit­nie:

– A wła­śnie że jest… je­śli w two­im imie­niu mówi spor­to­wy idol de­ka­dy. Tym bar­dziej że ten idol nig­dy nie za­chwa­lał żad­ne­go pro­duk­tu.

– Czy­li kto?

– Da­vid Ba­skin, alias Bia­ła Bły­ska­wi­ca, su­per­gwiaz­da Bo­ston Cel­tics, trzy­krot­nie wy­bie­ra­ny na Naj­bar­dziej War­to­ścio­we­go Gra­cza ligi.

Jego sło­wa ude­rzy­ły ją z siłą cio­su.

– Ba­skin?

– Sły­sza­łaś o nim?

– Oczy­wi­ście, że sły­sza­łam, ale sam mó­wi­łeś, że nie robi re­klam.

– Wy­jąw­szy te dla nie­peł­no­spraw­nych dzie­ci.

– Więc cze­mu my?

Trib­ble wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Niech mnie dia­bli, je­śli wiem, ale tyl­ko po­myśl… wy­star­czy, że­by­śmy zmon­to­wa­li re­kla­mo­wy na­lot, kie­dy na je­sie­ni za­cznie się ko­szy­kar­ski se­zon, i Da­vid Ba­skin wy­nie­sie Sven­ga­li na swych sze­ro­kich ra­mio­nach na sam szczyt spor­to­we­go świa­ta. Dzię­ki nie­mu ry­nek roz­po­zna nas bły­ska­wicz­nie i na­tych­miast nam uwie­rzy. To się nie może nie udać. Po­wta­rzam: lu­dzie go ko­cha­ją!

– Jaki jest nasz na­stęp­ny krok?

Mar­ty się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, w któ­rej za­wsze trzy­mał kom­plet: wiecz­ne pió­ro i ołó­wek Cross. Wy­jął z niej dwa bi­le­ty.

– Dziś wie­czo­rem idzie­my do Bo­ston Gar­den.

– Co?

– Idzie­my na mecz Cel­tów z Nug­gets. Po me­czu pod­pi­su­je­my umo­wę.

– Ale… dla­cze­go mamy iść na mecz?

Ko­lej­ne wzru­sze­nie ra­mion.

– Nie mam po­ję­cia, ale Ba­skin na­le­gał na to oso­bi­ście, z ja­kichś so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów. Po­wie­dział, że to wzbo­ga­ci two­ją du­szę czy coś.

– Żar­tu­jesz?

Tym ra­zem Mar­ty po­trzą­snął gło­wą.

– To część ukła­du.

– Hej, chwi­lecz­kę. Chcesz mi po­wie­dzieć, że je­śli nie pój­dę na mecz…

– Nici z umo­wy. Wła­śnie to chcę ci po­wie­dzieć.

Lau­ra znów od­chy­li­ła krze­sło. Opar­ła ra­mio­na na pod­ło­kiet­ni­kach, splo­tła pal­ce, a jej pra­wa noga znów roz­po­czę­ła ten swój de­ner­wu­ją­cy ta­niec. Na­gle nie­ocze­ki­wa­nie uśmiech­nę­ła się, a po chwi­li na­wet za­chi­cho­ta­ła. Mar­ty spoj­rzał na nią za­nie­po­ko­jo­ny.

– No więc, Lau­ro, co na to po­wiesz?

Przez chwi­lę w ga­bi­ne­cie pa­no­wa­ło mil­cze­nie, a po­tem Lau­ra spoj­rza­ła na swe­go dy­rek­to­ra mar­ke­tin­gu.

– No to gra­my.

■ ■ ■

Pierw­sze ze­tknię­cie z Bo­ston Gar­den było, bez prze­sa­dy, szo­ku­ją­ce. Ra­czej scep­tycz­nie na­sta­wio­na Lau­ra we­szła do sta­rej ohyd­nej bu­dow­li sie­dzą­cej okra­kiem na North Sta­tion. Gar­den? Na­zwać ogro­dem sta­rą, sy­pią­cą się ru­inę? Bo­stoń­ski Ogród wy­glą­dał bar­dziej na Bo­stoń­skie Wię­zie­nie. Więk­szość hal spor­to­wych w kra­ju to no­wo­cze­sne wie­że z chro­mu i szkła, lśnią­ce, wy­mu­ska­ne, wy­po­sa­żo­ne w kli­ma­ty­za­cję i wy­ście­ła­ne krze­sła na try­bu­nach, ale nie ta dru­ży­ny Bo­ston Cel­tics: spę­ka­na bry­ła sy­pią­ce­go się be­to­nu, śmier­dzą­ca za­sta­rza­łym piw­skiem, go­rą­ca i dusz­na. Drew­nia­ne, twar­de, nie­wy­god­ne krze­sła na­je­żo­ne były groź­ny­mi drza­zga­mi. Lau­rze wszyst­ko to ra­zem ko­ja­rzy­ło się nie z wy­czy­no­wym spor­tem, lecz ra­czej po­wie­ścią Dic­ken­sa.

A po­tem mia­ła szan­sę obej­rzeć bo­stoń­skich ki­bi­ców wy­peł­nia­ją­cych halę jak wier­ni ko­ściół w bo­żo­na­ro­dze­nio­wy ra­nek. Dla nich pa­nu­ją­ca tu at­mos­fe­ra była ra­jem, aro­mat róż nie był po­trzeb­ny, a wy­god­niej­sze, bar­dziej luk­su­so­we krze­sła po pro­stu nie ist­nia­ły. Mo­gło się wy­da­wać, że wszy­scy ci lu­dzie ucie­ka­ją od tego, co co­dzien­ne i wy­god­ne, bo przy­jem­niej­sze i wy­god­niej­sze jest dla nich to­wa­rzy­stwo ich Cel­tów. To był praw­dzi­wy Bo­ston Gar­den, apo­te­oza mi­lio­nów szkol­nych sal gim­na­stycz­nych, po­dwó­rek i pod­jaz­dów do do­mów na ca­łym świe­cie, miej­sce, któ­re wy­obra­ża­ły so­bie mi­lio­ny dzie­cia­ków; to tu rzu­ca­ły za zwy­cię­skie dwa, to tu przej­mo­wa­ły po­da­nie mo­gą­ce skoń­czyć mecz wy­gra­ną. Pod­nio­sła wzrok na za­rdze­wia­łe bel­ki kon­struk­cyj­ne da­chu, z któ­rych zwie­sza­ły się fla­gi ozna­cza­ją­ce zwy­cię­stwa w se­zo­nie i ko­szul­ki z nu­me­ra­mi za­re­zer­wo­wa­ny­mi dla pa­mięt­nych gra­czy: me­da­le na pier­si ge­ne­ra­ła. Za­pew­ne za­brzmi to dzie­cin­nie, ale to było hi­sto­rycz­ne miej­sce, tak bo­stoń­skie jak obe­lisk na Bun­ker Hill i dom Pau­la Re­ve­re’a. Z jed­ną wiel­ką róż­ni­cą: hi­sto­ria Cel­tów żyła, sta­le się zmie­nia­ła i po­zo­sta­wa­ła nie­prze­wi­dy­wal­na, a dru­ży­na za­wsze była roz­piesz­cza­na i ko­cha­na przez swo­je pięk­ne mia­sto.

Roz­go­rącz­ko­wa­ny tłum ze­rwał się na rów­ne nogi: to gra­cze wy­cho­dzi­li na roz­grzew­kę. Lau­ra na­tych­miast do­strze­gła Da­vi­da. Ze swe­go miej­sca w trze­cim rzę­dzie spró­bo­wa­ła po­chwy­cić jego wzrok, ale nie, mo­gło się wy­da­wać, że jest sam na par­kie­cie, że nie zwra­ca uwa­gi na ota­cza­ją­ce go ty­sią­ce ki­bi­ców. Miał oczy czło­wie­ka opę­ta­ne­go, czło­wie­ka ma­ją­ce­go do speł­nie­nia mi­sję, po­ko­nu­ją­ce­go dro­gę, z któ­rej nikt i nic go nie za­wró­ci. A jed­nak Lau­ra do­zna­ła wra­że­nia, że w ja­snej zie­le­ni jego oczu jest też spo­kój i po­czu­cie pew­no­ści sie­bie ko­goś, kto jest do­kład­nie tam, gdzie pra­gnie być.

I wal­ka o pierw­szą pił­kę oraz po­czą­tek me­czu.

Scep­ty­cyzm Lau­ry ustę­po­wał po­wo­li, jak że­la­zny łań­cuch prze­że­ra­ny kwa­sem. Pod ko­niec pierw­szej kwar­ty za­czę­ła się uśmie­chać. Po­tem się śmia­ła. Póź­niej wi­wa­to­wa­ła. Wresz­cie ule­gła cza­ro­wi i kie­dy od­wró­ci­ła się, by przy­bić piąt­kę sie­dzą­ce­mu za nią fa­ce­to­wi, sta­ła się kon­wer­tyt­ką. Mecz ko­szy­ków­ki przy­po­mniał jej to, co prze­ży­ła, kie­dy pierw­szy raz, jako za­chwy­co­na pię­cio­lat­ka, wi­dzia­ła Ba­let No­wo­jor­ski w Lin­coln Cen­ter. W ru­chach ko­szy­ka­rzy było mi­strzo­stwo, ta­kie jak w skom­pli­ko­wa­nym i do­sko­na­łym pod wzglę­dem cho­re­ogra­ficz­nym tań­cu, w któ­rym tan­ce­rze na­po­ty­ka­li nie­ocze­ki­wa­ne prze­szko­dy, dzię­ki cze­mu spek­takl tym bar­dziej cie­szył oczy.

W tym ba­le­cie so­li­stą był Da­vid Ba­skin.

Nie­trud­no było zro­zu­mieć, za co chwa­lo­no go tak bez opa­mię­ta­nia. Był po­ezją w ru­chu, w uni­kach, wy­sko­kach, zmia­nach kie­run­ku, za­trzy­ma­niach, po­go­niach i uciecz­kach, ob­ro­tach w miej­scu, na jed­nej no­dze i dwóch. Pro­mie­nio­wał czymś, co moż­na na­zwać tyl­ko nie­ustę­pli­wym, wręcz agre­syw­nym wdzię­kiem. W jed­nej chwi­li był opa­no­wa­nym przy­wód­cą, ka­pi­ta­nem dru­ży­ny, w na­stęp­nej na po­zór lek­ko­myśl­nie do­ko­ny­wał nie­moż­li­we­go, jak ja­kiś ko­mik­so­wy bo­ha­ter. Pro­wa­dził szyb­ki atak, a kie­dy tra­fiał na obroń­cę, im­pro­wi­zo­wał jak wiel­ki ar­ty­sta, naj­czę­ściej już uno­sząc się w po­wie­trzu. Kie­dy rzu­cał, wpa­try­wał się w ob­ręcz z ta­kim na­pię­ciem że, zda­niem Lau­ry, ta­bli­ca nie mia­ła pra­wa wy­trzy­mać tego spoj­rze­nia i nie pęk­nąć. Na par­kie­cie od­zy­wał się jego szó­sty zmysł; Da­vid nig­dy nie pa­trzył tam, gdzie po­da­je, ani na trzy­ma­ną w rę­kach pił­kę, a kie­dy ko­zło­wał, wy­da­wa­ło się, że pił­ka jest jego czę­ścią, prze­dłu­że­niem ra­mie­nia, obec­nym za­wsze, od dnia na­ro­dzin.

Mecz koń­czył się, po­zo­sta­ło kil­ka se­kund. Wy­nik był nie­roz­strzy­gnię­ty, uko­cha­ni chłop­cy z Be­an­town prze­gry­wa­li, ale tyl­ko jed­nym punk­tem. Gracz w do­brze zna­nej bie­li i zie­le­ni Cel­tów po­dał do Da­vi­da. Dwaj prze­ciw­ni­cy kry­li go szczel­nie jak ko­cem. Do koń­ca zo­sta­ła se­kun­da i wów­czas wy­ko­nał swój fir­mo­wy rzut z wy­sko­ku, z głę­bo­kie­go od­chy­le­nia. Pił­ka wy­le­cia­ła mu z dło­ni nie­praw­do­po­dob­nie wy­so­kim łu­kiem, zmie­rza­ła do ko­sza nie­praw­do­po­dob­nym lo­tem. Na wi­dow­ni wszy­scy sta­li. Z ser­cem bi­ją­cym w sza­leń­czym ryt­mie Lau­ra ob­ser­wo­wa­ła po­ma­rań­czo­wą kulę spa­da­ją­cą po­wo­li, pro­wa­dzo­ną uczu­ciem i ma­rze­niem wi­dzów. Sy­re­na oznaj­mi­ła ko­niec czwar­tej kwar­ty. Pił­ka mu­snę­ła tyl­ko skraj ta­bli­cy, a po­tem… za­trze­po­ta­ła siat­ka. Dwa punk­ty. Tłum osza­lał, a ona osza­la­ła wraz z nim. Cel­to­wie zno­wu wy­gra­li.

– Mam sy­gnał te­le­fo­nu – po­wie­dział głos z au­stra­lij­skim ak­cen­tem.

– Dzię­ku­ję.

Lau­ra prze­wró­ci­ła się na brzuch. Ści­snę­ła słu­chaw­kę. Czy to pa­trząc na lot pił­ki po zwy­cię­skim rzu­cie, za­ko­cha­ła się w Da­vi­dzie? Usły­sza­ła trzask i sy­gnał cen­tra­li w Bo­sto­nie; prze­wę­dro­wał pół świa­ta, nim tra­fił do mia­stecz­ka Palm’s Cove.

Po trze­cim sy­gna­le ktoś pod­niósł słu­chaw­kę.

– Halo?

– To ty, T.C.?

– Lau­ra? Nie wie­rzę. Jak tam mie­siąc mio­do­wy?

– Słu­chaj mnie uważ­nie, mu­szę ci coś po­wie­dzieć.

– Tak?

Szyb­ko stre­ści­ła mu wy­da­rze­nia ostat­nich dni. T.C. słu­chał, nie prze­ry­wa­jąc jej ani razu, a po­tem, tak jak tego po nim ocze­ki­wa­ła, na­tych­miast prze­jął kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

– Za­wia­do­mi­łaś miej­sco­wą po­li­cję?

– Tak.

– Do­sko­na­le. Przy­le­cę naj­bliż­szym sa­mo­lo­tem. Ka­pi­tan twier­dzi, że i tak mu­szę wy­ko­rzy­stać urlop.

– Dzię­ki, T.C.

– Jed­na rzecz: po­wiedz po­li­cjan­tom, ja­kie to waż­ne, żeby nie na­gła­śniać spra­wy. Ostat­nia rzecz, któ­rej po­trze­bu­jesz, to sa­mo­lot pe­łen dzien­ni­ka­rzy lą­du­ją­cy ci na gło­wie.

– Ja­sne.

– Lau­ro?

– Tak?

Głos T.C. za­brzmiał twar­do, zde­cy­do­wa­nie.

– Nic mu nie bę­dzie.

Lau­ra za­wa­ha­ła się, jak­by za bar­dzo bała się po­wie­dzieć, co my­śli. „Nie je­stem pew­na. A je­śli miał je­den ze swych…”. Mil­cza­ła, jak­by te sło­wa, raz wy­po­wie­dzia­ne, mia­ły stać się jesz­cze przy­krzej­sze. Ale T.C. był jed­nym z nie­wie­lu lu­dzi, któ­rym Da­vid ufał. Zro­zu­mie, o czym ona mówi.

– T.C. to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel – po­wie­dział jej Da­vid w ze­szłym roku. – Wiem, wiem, jest tro­chę szorst­ki, a ty nie­chęt­nie ufasz lu­dziom, ale kie­dy po­ja­wią się praw­dzi­we pro­ble­my, to dzwo­ni się naj­pierw do nie­go.

– A two­ja ro­dzi­na? – spy­ta­ła go Lau­ra.

Da­vid wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mam tyl­ko star­sze­go bra­ta.

– Na­praw­dę? Nig­dy o nim nie wspo­mi­na­łeś.

– Nie roz­ma­wia­my z sobą.

– Ale jest two­im bra­tem.

– Wiem.

– Więc dla­cze­go nie roz­ma­wia­cie?

– To dłu­ga hi­sto­ria. – Da­vid wes­tchnął. – Mie­li­śmy pro­ble­my. Te­raz to już prze­szłość.

– To dla­cze­go do nie­go nie za­dzwo­nisz?

– Za­dzwo­nię. Ale jesz­cze nie te­raz. To nie jest wła­ści­wy czas.

Wła­ści­wy czas? Tego Lau­ra nie zro­zu­mia­ła wów­czas i nie ro­zu­mia­ła nadal.

– Po pro­stu przy­jedź, jak naj szyb­ciej – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem. – Pro­szę.

– Ru­szam w dro­gę.

W Bo­sto­nie, mie­ście wiel­bio­nych Cel­tów, T.C. odło­żył te­le­fon na wi­deł­ki. Spoj­rzał na roz­ło­żo­ne przed nim je­dze­nie: king whop­pe­ra i fryt­ki, któ­re ku­pił po dro­dze do domu, i stwier­dził, że już nie jest głod­ny. Się­gnął po cy­ga­ro, za­pa­lił je za­pal­nicz­ką Bic, zdjął słu­chaw­kę z wi­de­łek i za­dzwo­nił. Po­cze­kał, aż ktoś od­bie­rze te­le­fon, i po­wie­dział dwa sło­wa:

– Wła­śnie dzwo­ni­ła.

■ ■ ■

Mi­nę­ło dwa­dzie­ścia sie­dem go­dzin. Ter­ry Con­roy, wśród przy­ja­ciół zna­ny jako T.C. czy­li tak, jak na­zwał go Da­vid Ba­skin, za­piął pasy. Sa­mo­lot li­nii Qan­tas lot 008 pod­cho­dził do lą­do­wa­nia w Ca­irns w Au­stra­lii. Nie­mal dwa­dzie­ścia go­dzin w po­wie­trzu.

T.C. od­su­nął za­sło­nę na oknie i spoj­rzał w dół. Po­łu­dnio­wy Pa­cy­fik nie przy­po­mi­nał ni­cze­go, co zda­rzy­ło mu się oglą­dać. Jego wody nie były po pro­stu błę­kit­ne. Na­zwa­nie ich błę­kit­ny­mi było jak na­zwa­nie Pie­ty Mi­cha­ła Anio­ła bry­łą mar­mu­ru, o tyle wy­da­wał się wspa­nial­szy i czyst­szy, aż na­zbyt cu­dow­ny. T.C. był pe­wien, że wprost z po­kła­du sa­mo­lo­tu może prze­bić wzro­kiem ki­lo­me­tro­wą głę­bię i do­strzec dno oce­anu. Małe wy­spy, jak krop­ki na płót­nie, wień­czy­ły nie­zwy­kły pej­zaż tę­czo­wej Wiel­kiej Rafy Ko­ra­lo­wej.

Roz­luź­nił pas uci­ska­ją­cy mu ro­sną­cy ostat­nio brzuch. Za wie­le śmie­cio­we­go żar­cia. Spoj­rzał na wy­raź­nie wi­docz­ną fał­dę, po­trzą­snął gło­wą. Ro­bił się gru­by. Co tam, spójrz­my praw­dzie w oczy. Jak na fa­ce­ta przed trzy­dziest­ką je­stem fla­kiem. Może za­cznę ćwi­czyć? Po po­wro­cie do Bo­sto­nu?

Ja­sne, oczy­wi­ście. I jesz­cze spo­tkam uczci­we­go po­li­ty­ka.

Wy­pro­sto­wał się, wci­snął w opar­cie.

Skąd wie­dzia­łeś, Da­vi­dzie? Skąd mo­głeś wie­dzieć na pew­no?

W ze­szłym ty­go­dniu T.C. skoń­czył dwa­dzie­ścia dzie­więć lat; on i Da­vid byli ró­wie­śni­ka­mi. Przez czte­ry lata miesz­ka­li w jed­nym po­ko­ju w aka­de­mi­ku Uni­wer­sy­te­tu Mi­chi­gan, byli naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, ami­gos, part­ne­ra­mi, rów­ny­mi so­bie…

a jed­nak to on za­wsze bał­wo­chwal­czo po­dzi­wiał Da­vi­da. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o jego ko­szy­kar­skie umie­jęt­no­ści, same w so­bie god­ne bał­wo­chwal­cze­go po­dzi­wu, nie, to nie one ich roz­dzie­li­ły. Cho­dzi­ło bar­dziej o jego sa­me­go jako czło­wie­ka, po­zwa­la­ją­ce­go, by pro­ble­my, na­wet nie­szczę­ścia, opły­wa­ły go jak le­d­wie marsz­czą­ca się woda. Więk­szość lu­dzi uwa­ża­ła, że Da­vid jest bez­tro­ski, bo wszyst­ko za­wsze mu się uda­je, bo ży­cie nie na­uczy­ło go, co to kło­po­ty i kon­flik­ty, ale T.C. wie­dział le­piej. Wie­dział, że Da­vid mu­siał przy­jąć wie­le cio­sów, nim zna­lazł się na szczy­cie, że nadal miał swo­je pry­wat­ne pie­kło, któ­re od cza­su do cza­su od­wie­dzał, i sprzy­ja­ją­ca mu for­tu­na nie mia­ła tu nic do po­wie­dze­nia.

– To nie jest rze­czy­wi­ste – po­wie­dział mu w pierw­szym se­zo­nie u Cel­tów.

– Co nie jest rze­czy­wi­ste?

– Sła­wa. Dziew­czy­ny. Fan­ki. Po­chleb­stwa. Lu­dzie, któ­rzy cze­pia­ją się cie­bie, bo je­steś sław­ny. Nie wol­no do­pu­ścić, by to coś dla czło­wie­ka zna­czy­ło.

– A co ma zna­czyć?

– Gra – po­wie­dział Da­vid i oczy mu bły­snę­ły. – To, co czu­jesz na par­kie­cie. Współ­za­wod­nic­two. Chwi­la, gdy wy­nik me­czu wisi na wło­sku. Ide­al­ne po­da­nie. Rzut z od­chy­le­nia. Wsad. Czy­sty blok. O to cho­dzi, T.C., tyl­ko o to.

A te­raz, po­my­ślał T.C., po la­tach, na cze­le tej li­sty zna­la­zła się Lau­ra.

Bo­eing 747 wy­lą­do­wał z ło­mo­tem i za­czął ko­ło­wać do ma­łe­go ter­mi­na­lu. Da­vid! T.C. po­trzą­snął gło­wą. My­ślał, że przez ostat­nie kil­ka lat wi­dział już wszyst­ko, ale to? Do dia­bła, nie jego rze­czą jest za­da­wa­nie py­tań. Ma po­móc, póź­niej przyj­dzie czas na wy­ja­śnie­nia.

Wy­peł­nił for­mu­larz zwol­nie­nia z kwa­ran­tan­ny, zdjął wa­liz­kę z ka­ru­ze­li, prze­szedł kon­tro­lę cel­ną i wszedł do sali przy­lo­tów, gdzie miał spo­tkać się z Lau­rą. Prze­su­nę­ły się elek­tro­nicz­nie ste­ro­wa­ne drzwi i… sta­nął na­prze­ciw oce­anu twa­rzy. Po pra­wej sta­li kie­row­cy, wy­cią­ga­jąc nad gło­wy ta­blicz­ki z wy­pi­sa­ny­mi wiel­ki­mi li­te­ra­mi na­zwi­ska­mi, po le­wej prze­wod­ni­cy w pod­ko­szul­kach i szor­tach, ma­cha­ją­cy ta­blicz­ka­mi z na­zwa­mi ho­te­li lub grup. Roz­pacz­li­wie szu­kał wzro­kiem Lau­ry.

Od­na­lazł ją po mi­nu­cie.

T.C. do­znał wra­że­nia, że oto ostry nóż ugo­dził go wprost w ser­ce. Lau­ra po­zo­sta­ła naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą, jaką wi­dział w ży­ciu, nadal tak olśnie­wa­ją­cą, że każ­dy męż­czy­zna miał ocho­tę na­tych­miast paść przed nią na ko­la­na, ale znik­nię­cie Da­vi­da od­ci­snę­ło na niej swe pięt­no, bar­dzo wy­raź­nie wi­docz­ne. Trud­no było roz­po­znać w niej daw­ną Lau­rę. Wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we wy­da­wa­ły się te­raz za­pad­nię­te, pod­krą­żo­ne oczy pa­trzy­ły na świat nie­pew­nie, ze stra­chem, a ich zie­leń prze­ra­ża­ją­co zbla­dła.

Pod­bie­gła do nie­go, a T.C. ob­jął ją i moc­no przy­tu­lił, pró­bu­jąc do­dać jej w ten spo­sób od­wa­gi.

– Jest coś no­we­go? – spy­tał, ale bez na­dziei, bo od­po­wiedź mógł wy­czy­tać z jej twa­rzy.

Lau­ra po­krę­ci­ła gło­wą.

– To już dwa dni – jęk­nę­ła. – Gdzie on się po­dział? T.C.?

– Znaj­dzie­my go. – T.C. mógł tyl­ko ma­rzyć o tym, by jego głos od­zwier­cie­dlał pew­ność sie­bie. Wziął za rękę żonę przy­ja­cie­la. Nie ma po­wo­du cze­kać ze śledz­twem, le­piej od razu chwy­cić byka za rogi. – Po­zwól, że o coś cię spy­tam, Lau­ro. Czy przed znik­nię­ciem Da­vid…

– Nie – prze­rwa­ła mu. Nie chcia­ła usły­szeć tych strasz­nych słów. – Nie od ośmiu mie­się­cy.

– Do­sko­na­le. A te­raz… gdzie mogę zna­leźć ko­goś od­po­wie­dzial­ne­go za śledz­two?

– W Palm’s Cove są tyl­ko dwaj po­li­cjan­ci. Sze­ryf cze­ka na nas w swym biu­rze.

Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się przed drew­nia­nym bu­dy­necz­kiem, na któ­rym wid­nia­ły dwa szyl­dy: „Ra­tusz” i „Sklep spo­żyw­czo-prze­my­sło­wy”. Był to je­dy­ny dom przy dro­dze i wy­glą­dał jak żyw­cem wy­ję­ty z Pet­ti­co­at Junc­tion, z jed­nym wy­jąt­kiem – ota­cza­ła go buj­na tro­pi­kal­na ro­ślin­ność.

– Lau­ro, po­słu­chaj, chy­ba le­piej bę­dzie, je­śli po­roz­ma­wiam z sze­ry­fem sam na sam.

– Dla­cze­go?

– Ro­zej­rzyj się, pro­szę. Na li­to­ści bo­ską, to miej­sce wy­glą­da jak żyw­cem wy­ję­te z Bo­nan­zy. Ja­koś nie chce mi się wie­rzyć, by tu­tej­szy sze­ryf szedł z po­stę­pem. Ruch Wy­zwo­le­nia Ko­biet to dla miej­sco­wych pieśń da­le­kiej przy­szło­ści. Ze mną po­ga­da chęt­nie, wiesz, jak gli­niarz z gli­nia­rzem.

– Ale…

– Do­wiesz się ode mnie wszyst­kie­go. Na­tych­miast. Kie­dy tyl­ko ja się cze­goś do­wiem.

Lau­ra się za­wa­ha­ła.

– No, je­śli uwa­żasz, że tak bę­dzie le­piej…

– Uwa­żam. Za­cze­kaj tu na mnie, pro­szę.

Sztyw­no ski­nę­ła gło­wą, oczy mia­ła wil­got­ne, szkli­ste. T.C. wy­siadł z tak­sów­ki. Prze­szedł dróż­ką z opusz­czo­ną gło­wą, przy­glą­da­jąc się chwa­stom wy­ra­sta­ją­cym z pęk­nięć w ce­men­cie. Po­tem pod­niósł wzrok na bu­dy­nek, sta­ry, po­kry­ty spę­ka­ną far­bą, wy­glą­da­ją­cy tak, jak­by miał się za­wa­lić od zwy­kłe­go pchnię­cia. Za­sta­no­wił się prze­lot­nie, czy to kli­mat, czy też wiek tak szyb­ko nisz­czy drew­no, i uznał, że praw­do­po­dob­nie i jed­no, i dru­gie.

Drzwi były otwar­te. Wsa­dził gło­wę do środ­ka.

– Mogę wejść? – spy­tał od pro­gu.

Te­raz po raz pierw­szy miał oka­zję usły­szeć au­stra­lij­ski ak­cent.

– Je­steś in­spek­tor Con­roy?

– Tak, to ja.

– Gra­ham Rowe. Sze­ryf tego mia­stecz­ka.

Sze­ryf wstał. Przed­sta­wił się jak w kiep­skim we­ster­nie, ale nie pa­so­wał do kiep­skie­go we­ster­nu ani ak­cen­tem, ani roz­mia­ra­mi. Sze­ryf Rowe był wiel­ki jak góra. Wy­glą­dał jak griz­zly Adam­sa albo za­wo­do­wy za­pa­śnik. Twarz za­ra­sta­ła mu si­wo­blond bro­da. Piw­ne oczy miał by­stre, prze­ni­kli­we. W zie­lo­nym mun­du­rze, któ­re­go czę­ścią były szor­ty, wy­glą­dał jak prze­ro­śnię­ty har­ce­rzyk, ale T.C. nie miał aku­rat ocho­ty na sa­mo­bój­stwo, więc za­trzy­mał tę myśl dla sie­bie. Gło­wę zdo­bił mu cha­rak­te­ry­stycz­ny ka­pe­lusz z ron­dem pod­wi­nię­tym po pra­wej stro­nie, a przy pa­sie miał duży re­wol­wer i rów­nie duży nóż. Gru­ba po­marsz­czo­na skó­ra nie no­si­ła śla­dów za­awan­so­wa­ne­go wie­ku; T.C. uznał, że sze­ryf ma naj­wy­żej czter­dzie­ści parę lat.

– Mów mi Gra­ham – po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc wiel­ką łapę. Gość po­trzą­snął nią i po­czuł się, jak­by ści­skał rę­ka­wi­cę ba­se­bal­li­sty.

– Mnie na­zy­wa­ją T.C.

– Mu­sisz być zmę­czo­ny po tak dłu­giej po­dró­ży, T.C.

– Spa­łem w sa­mo­lo­cie. To co mo­żesz mi po­wie­dzieć o śledz­twie?

– Aż tak ci do nie­go pil­no?

– Da­vid jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

Gra­ham wró­cił za biur­ko. Ge­stem wska­zał go­ścio­wi krze­sło. Je­śli nie li­czyć jesz­cze ob­ra­ca­ją­ce­go się wia­tracz­ka, po­kój był pu­sty, tyl­ko na ścia­nie wi­sia­ło mnó­stwo bro­ni. Je­den z ką­tów zaj­mo­wa­ła mała cela aresz­tu.

– Szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le mogę ci po­wie­dzieć. Da­vid Ba­skin zo­sta­wił żo­nie wia­do­mość, że idzie po­pły­wać, i od tego cza­su nikt go nie wi­dział. Roz­ma­wia­łem z ho­te­lo­wym ra­tow­ni­kiem. Pa­mię­ta, że oko­ło trze­ciej Ba­skin ba­wił się, rzu­ca­jąc do ko­sza, sam. Dwie go­dzi­ny póź­niej znów go zo­ba­czył, idą­ce­go pla­żą na pół­noc.

– A więc Da­vid nie po­szedł jed­nak po­pły­wać?

Sze­ryf wzru­szył ra­mio­na­mi.