Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Świat wciąż kryje opowieści, których nie znasz.
Losy Wybrańców są już zapisane w pieśniach bardów. Ostateczna bitwa została stoczona, a przeznaczenie się wypełniło. Ale czy to na pewno koniec?
Za wielkimi bohaterami zawsze stoją ci, których imiona nie trafiły do legend. To ich historie wypełniają ten zbiór - historie ludzi, którzy w cieniu wojny z demonami mierzyli się z własnymi koszmarami.
W tym zbiorze znajdziesz wszystkie opublikowane dotąd opowiadania, które rozszerzają legendę o walkę, poświęcenie i strach - ten sam, który pozwala ludziom przetrwać.
Oraz Kruche ciasteczka i szpony demona - nigdy wcześniej niepublikowaną opowieść.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 594
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 15 godz. 1 min
Lektor: Kosior FilipFilip Kosior
Każda powieść to wielka lekcja dla pisarza i „Malowany człowiek” potwierdził tę zasadę. Opowiedzenie tej historii tak, by czytelnika nie opuszczało napięcie i by każdej przewróconej stronie towarzyszyło pytanie: „Co się zaraz wydarzy?”, okazało się prawdziwym wyzwaniem, zwłaszcza że książka liczy sobie prawie osiemset dwadzieścia stron i opisuje czternaście lat z życia trojga różnych bohaterów. Ważnym elementem owej lekcji było uczenie się, kiedy dla dobra powieści należy usunąć napisane już sceny (nawet jeśli mi się bardzo podobały). O wiele ważniejszym zadaniem było jednak coś innego – jak przewidzieć rozwój fabuły i ukształtować ją tak, by takie sceny nigdy nie powstały.
„Wielki Bazar” powstał niejako na skutek takich właśnie przemyśleń. Jest to tak naprawdę rozdział szesnasty i pół „Malowanego człowieka”, który opisuje wydarzenia mające miejsce w trzyletniej przerwie między rozdziałami szesnastym i siedemnastym, kiedy Arlen podróżował między Wolnymi Miastami jako Posłaniec.
Był to bardzo ekscytujący, wypełniony przygodami okres w jego życiu, a dla pisarza fantastyczny materiał na serię opowiadań o podróżach bohatera między miastami i kontaktach z różnymi ludami, żyjącymi za własnymi barierami runicznymi.
Zupełnie jak Caine w „Kung Fu”.
Mam mnóstwo pomysłów na historie, które mogły mieć miejsce w owym okresie, ale w „Malowanym człowieku” nie było na nie miejsca. Zresztą, nawet gdyby miejsce się znalazło, taka ilość dodatkowego materiału źle wpłynęłaby na narrację – rozwój Arlena utraciłby dynamikę. Postanowiłem więc zachować epizody na inną okazję, a rozdział siedemnasty pod tytułem „Ruiny” rozpocząłem od pokazania Arlena jako człowieka po przejściach i przygodach. Przebieg jego dotychczasowych doświadczeń naszkicowałem pobieżnie i skupiłem się na ostatnim – odnalezieniu zaginionego miasta Słońce Anocha, wydarzeniu, które stanowiło kolejny ważny punkt zwrotny w życiu mojego bohatera.
Niektóre z jego przygód zostaną przedstawione w kolejnych powieściach, ale historia o odnalezieniu zaginionego miasta była zbyt rozległa oraz zbyt zamknięta, by przedstawić ją w tym formacie, więc z prawdziwą przyjemnością czynię to tu i teraz.
W „Wielkim Bazarze” zawarłem wszystko to, co kocham w Arlenie, a do tego pokazałem jednego z moich ulubionych bohaterów drugiego planu, khaffit Abbana, który po raz pierwszy przedstawia własny punkt widzenia. Bez względu na to, czy jesteś nowym czytelnikiem, chcącym poznać świat Arlena, czy też fanem serii, pragnącym choć na chwilę zaspokoić ciekawość przed lub po przeczytaniu „Pustynnej Włóczni”, sądzę, że „Wielki Bazar” przypadnie ci do gustu.
Peter V. Brettczerwiec 2009www.petervbrett.com
328 ROK PLAGI
Żar słońca na pustyni był trudny do zniesienia. Wydawał się ciężki, przytłaczający, o wiele bardziej dokuczliwy niż upał czy ostre, jaskrawe promienie i Arlen co rusz łapał się na tym, że garbi się, jak gdyby musiał go dźwigać na własnych barkach.
Jechał skrajem pustyni krasjańskiej, gdzie jak okiem sięgnąć ciągnęły się pustkowia spękanej, suchej gliny. Nie widział żadnego schronienia przed gorącem. Nie widział niczego, co mogłoby podtrzymać życie.
Nic nie mogłoby skłonić zdrowego na umyśle człowieka do wędrówki w te strony, zbeształ się w duchu. Wyprostował się w siodle, jakby chciał rzucić wyzwanie słońcu. Na ubranie narzucił cienką, białą szatę, na oczy naciągnął kaptur, zasłonił też usta i nos. Tkanina odbijała częściowo blask słońca, ale w tej okolicy wydawała się mizerną ochroną. Narzucił nawet biały materiał na kark swego konia, gniadosza zwanego Porannym Śmigaczem.
Wierzchowiec zakaszlał sucho, na próżno próbując pozbyć się wszechobecnego pyłu z gardła.
– Mnie też chce się pić, Śmigaczu. – Arlen pogładził jego kark. – Ale zużyliśmy już naszą rację wody dziś rano i nie mamy wyboru. Musimy jakoś dać sobie radę.
Znów sięgnął po mapę Abbana. Kompas zawieszony na szyi wskazywał, że Arlen nadal zmierzał prosto na wschód, ale nigdzie nie było ani śladu kanionu, który powinien pojawić się w zasięgu wzroku już wczoraj. Wędrowiec zdawał sobie sprawę, że bez względu na to, jak skąpo będzie wydzielać wodę, jeśli do jutra nie odnajdzie kanionu i płynącej nim rzeki, będzie musiał zawrócić do Fortu Krasja.
Chyba że chciałbyś zawrócić już teraz i oszczędzić sobie całego dnia męczarni z pragnienia, odezwał się głos w jego głowie.
Ów głos zawsze namawiał go do zawrócenia. Arlen uważał go za głos ojca, nieodstępujące widmo człowieka, którego nie widział od prawie dekady. Głos bowiem zawsze wygłaszał te same surowo brzmiące mądrości, które zwykł powtarzać ojciec. Jeph Bales był dobrym, uczciwym mężczyzną, ale przez swą surową mądrość nigdy w życiu nie oddalił się od domu dalej niż o parę godzin jazdy.
Każdy dzień z dala od schronienia otoczonego runiczną barierą oznaczał noc w towarzystwie otchłańców. Nawet Arlen nie znosił tego łatwo, ale cechowała go nieodparta, paląca potrzeba, by szukać rzeczy, których nikt wcześniej nie widział, i docierać do miejsc, których nikt wcześniej nie odwiedzał. Miał jedenaście lat, kiedy uciekł z domu. Teraz liczył ich sobie dwadzieścia i niewielu znał ludzi, którzy zobaczyli tyle świata co on.
Ów głos w jego głowie, podobnie jak wyschnięte podniebienie, był po prostu kolejną rzeczą, którą Arlen musiał jakoś znieść. Dzięki demonom świat stał się dostatecznie mały. Szkoda by było, gdyby jakiś natarczywy głos jeszcze bardziej go zmniejszył.
Tym razem Arlen poszukiwał Baha kad’Everam, krasjańskiej wioseczki, której nazwa oznaczała „Miskę Everama”. Imieniem tym Krasjanie nazywali Stwórcę. Wedle map Abbana wioska znajdowała się w naturalnej niecce powstałej po wyschnięciu jeziorka, utworzonego przez płynącą kanionem rzekę. Wioska słynęła z wyrobów garncarskich, ale kupcy przestali tam przybywać ponad dwadzieścia lat temu. Ekspedycja dal’Sharum dowiodła, że mieszkańcy wioski zostali pochłonięci przez noc, i od tej chwili nikt już tam nie zaglądał.
– Uczestniczyłem w tej ekspedycji – stwierdził Abban. Arlen spojrzał na niego z powątpiewaniem. – To prawda – utrzymywał Abban. – Byłem dopiero nowicjuszem i moim zadaniem było jedynie noszenie włóczni za dal’Sharum, ale dobrze pamiętam wyprawę. Nigdzie nie było ani śladu mieszkańców, choć wioska wydawała się nietknięta. Wojownikom nie zależało na wyrobach garncarskich, a wywiezienie ich nie licowało z ich honorem. W ruinach nadal znajduje się więc mnóstwo drogich wyrobów, które czekają na odważnych.
Z tymi słowami nachylił się ku Arlenowi.
– Za wyroby garncarskiego mistrza z tej wioski dostaniesz fortunę na bazarze – powiedział znacząco.
I tak oto Arlen znalazł się w samym sercu pustyni, zastanawiając się, czy Abban tego wszystkiego nie zmyślił.
Wędrował jeszcze przez cztery godziny, aż dostrzegł cień biegnący w poprzek gliniastych pustkowi. Serce zabiło mu żywiej w piersi, gdy z grzbietu wolno człapiącego Porannego Śmigacza ujrzał wreszcie kanion. Odetchnął z ulgą i przypomniał sobie, że nie bez powodu zignorował głos ojca. Skierował się na południe i po chwili ujrzał nieckę, w której znajdowała się wymarła wioska.
Poranny Śmigacz z wdzięcznością powitał cień, rzucany przez ściany kanionu. Mieszkańcy wioski najprawdopodobniej podzielali upodobania wierzchowca, gdyż wyryli izby głęboko w ścianie klifu. Na zewnątrz ciągnęły się piętra dobudówek zlewających się kolorem ze ścianami kanionu, z większej odległości całkiem niedostrzegalnych. Był to znakomity kamuflaż, chroniący przed demonami wichrowymi, które zapewne unosiły się nad gliniastymi równinami w poszukiwaniu ofiar.
Mimo takiej ochrony mieszkańcom wioski nie udało się ujść z życiem. Rzeka bowiem wyschła, a choroby i pragnienie sprawiły, że stali się łatwą zdobyczą dla otchłańców. Być może garstka poważyła się na wędrówkę przez pustynię krasjańską, ale nigdy o nich nie słyszano.
Entuzjazm Arlena szybko przygasł, gdy uświadomił sobie, że wjeżdża w cmentarzysko. Znów. Kreśląc runy ochrony w powietrzu, mijał domostwo za domostwem i nawoływał, nadal żywiąc próżną nadzieję, że natrafi na ocalonych.
Jednak młodzieńcowi odpowiadało tylko echo własnych pokrzykiwań. W wielu oknach i drzwiach brakowało już płacht chroniących przed słońcem, a te, które zostały, były brudne i postrzępione. Wycięte w fasadach budynków runy utraciły wyraźne kontury po wielu latach opierania się ostrym pustynnym wiatrom. Ściany nosiły ślady demonich pazurów. W osadzie nie było żywego ducha.
W centrum wioski Arlen odnalazł jednak demonie doły, do których Krasjanie zwabiali otchłańce i gdzie je przetrzymywali do świtu. Natrafił też na barykady ciągnące się zygzakami po stromych kamiennych schodach, łączących piętra wsi. Umocnienia te – imitacja Labiryntu – zostały naprędce wzniesione przez dal’Sharum nie po to, by obronić mieszkańców wioski, lecz po to, by uczcić ich pamięć. Baha kad’Everam była co prawda osadą khaffit – ludzi niezasługujących na zaszczyt dzierżenia włóczni bądź wejścia do Nieba – ale nawet im należał się spoczynek w poświęconej ziemi. Dzięki temu, jeśli okażą się tego godni, ich dusze będą mogły odrodzić się w ciałach ludzi z wyższych kast.
Dal’Sharum znali zaś tylko jeden sposób na poświęcenie ziemi – należało ją zbryzgać czarną juchą płynącą w żyłach otchłańców. Nazywali to alagai’sharak, czyli „wojną z demonami”. Była to bitwa, którą toczyli co noc w Forcie Krasja, niekończące się starcie, które miało trwać do chwili, kiedy wszystkie demony zostaną wytępione lub gdy padnie ostatni obrońca. Tej jednej nocy wojownicy odtańczyli alagai’sharak w wiosce Baha kad’Everam, by poświęcić cmentarzysko, jakim się stała.
Arlen ominął bariery i zjechał na dno rzeki. Niegdyś był to szeroki, potężny kanał, teraz jego środkiem płynęła jedynie brudna, błotnista struga. Jej brzegi nadal porastała skąpa, mizerna roślinność, ale kilka kroków dalej z ziemi sterczały już tylko zwiędłe łodygi, zasypane pyłem i zbyt zeschnięte, by zgnić.
Tu i ówdzie znajdowały się niewielkie kałuże cuchnącej, brązowej wody. Arlen przefiltrował ją przez sukno i węgiel, ale doszedł do wniosku, że wcale nie prezentuje się bardziej zachęcająco. Postanowił więc ją zagotować. Poranny Śmigacz tymczasem skubał wątłe łodyżki i źdźbła trawy.
Robiło się późno i Arlen z niechęcią spojrzał na zachodzące słońce.
– Chodź, mały – odezwał się do konia. – Pora się zamknąć na noc.
Poprowadził wierzchowca w górę na brzeg rzeki i po chwili znaleźli się na głównym placu wsi. Okolice te rzadko nawiedzał deszcz, erozja też postępowała powoli, więc demonie doły, głębokie na dwadzieścia jardów i szerokie na dziesięć, znajdowały się w idealnym stanie. Runy, które wyryto w otaczających je kamieniach, były jednakże przybrudzone i wyblakłe. Demon wrzucony do któregoś z tych dołów najprawdopodobniej bez trudu by się wydostał.
Tak czy owak, jamy stanowiły jakąś formę ochrony. Arlen rozłożył przenośne kręgi między ścianami budowli oraz jedną z dziur, ograniczając w ten sposób dostęp do obozowiska.
Przenośny krąg runiczny, po rozłożeniu mierzący dziesięć stóp średnicy, składał się z lakierowanych drewnianych płytek połączonych mocną liną. Na każdej wymalowano starożytne symbole ochrony, dzięki którym wędrowiec nie musiał się obawiać żadnego znanego gatunku otchłańców. Arlen rozłożył płytki precyzyjnie, dokładając wszelkich starań, by runy połączyły się w niewidzialną barierę.
W środku jednego z kręgów wbił drąg, a potem obwiązał nogi Porannego Śmigacza, pętając go i przywiązując do prowizorycznego słupa za pomocą skomplikowanego węzła. Gdyby koń próbował się zerwać po nadejściu demonów, liny zacisnęłyby się i zatrzymały go, ale Arlen w razie potrzeby mógł uwolnić go w okamgnieniu – wystarczyło odpowiednio szarpnąć pętlę.
Wewnątrz drugiego kręgu urządził własne obozowisko. Ułożył ognisko, ale nie rozniecił go jeszcze – drewno było na wagę złota, a pustynne noce bywały nieprzyjemnie zimne.
Myśli Arlena, zajętego wieczornymi czynnościami, mknęły ku kamiennym schodom i wyżej, ku piętrom ogromnego domu wbudowanego w ścianę klifu. Znajdował się tam warsztat mistrza Dravaziego, którego malowane wyroby garncarskie za życia rzemieślnika były warte swej wagi w złocie, a teraz stały się bezcenne. Za oryginalne naczynie Dravaziego, zapomniane na kole garncarskim, Arlen sfinansowałby całą podróż. Kilka uczyniłoby go bogaczem.
Dzięki mapom Arlen zdołał się nawet domyślić, gdzie znajdował się warsztat mistrza, ale poszukiwania musiały poczekać, gdyż słońce chyliło się już ku horyzontowi. Ledwie znikło, a gorąco natychmiast uszło z gliniastych pustkowi i pomknęło ku niebu, otwierając demonom drogę z Otchłani. Z ziemi wokół kręgów uniosły się kłęby szarej, złowieszczej mgły, z wolna krystalizującej się w demoniczne formy.
Z pojawieniem się pierwszych obłoków Arlen poczuł niespodziewany atak klaustrofobii, jak gdyby kręgi zmieniły się w szklane ściany, odcinając go od świata. Oddychał z trudem, choć runy zatrzymywały tylko magię demonów, a policzki Posłańca chłodziły właśnie podmuchy wiatru. Spojrzał na demony, pojawiające się dookoła niego niczym dozorcy więzienni, i odsłonił zęby.
Jako pierwsze proces materializacji zakończyły demony wichrowe, które stojąc, sięgały wysokiemu mężczyźnie do ramienia. Z ich łbów wyrastały stateczniki, przez co potwory te mierzyły osiem do dziewięciu stóp. Ich wielkie, długie pyski były zakończone ostro niczym dzioby, ale kryły rzędy zębów grubości męskiego palca. Ciała chronił mocny, elastyczny pancerz, który mógł zatrzymać ostrze włóczni i grot strzały. Między bokami a mięśniami ramion rozciągała się twarda błona, jej rozpiętość trzykrotnie przewyższała długość ciała potwora. Skrzydła uzbrojone były w złowieszcze, zakrzywione szpony, które podczas nurkowania mogły odciąć ludzką głowę.
Wichrzaki nie zwróciły na Arlena uwagi, gdyż ten opierał się o ścianę budowli i nie rozpalił jeszcze ognia. Zmaterializowawszy się, pognały do koryta rzeki. Poruszały się niezdarnie na króciutkich nóżkach, lecz gdy tylko, wrzeszcząc, zeskoczyły z krawędzi urwiska i z trzaskiem rozłożyły ogromne skrzydła, ich okrutna, złowroga elegancja ożyła w jednej chwili. Wystarczyło kilka machnięć, by demony znalazły się na wysokim pułapie, skąd mogły polować na zdobycz.
Arlen spodziewał się, że w drugiej kolejności pojawią się piaskowe demony, od których roiło się na wydmach krasjańskich pustyń, lecz obłoki mgły już rzedły w półmroku. Materializowało się jedynie kilka ostatnich wichrowych demonów.
Arlen niespodziewanie się ożywił. Otchłańce zwykły polować na wszystko, co żyło, ale prawdziwą nienawiścią darzyły jedynie ludzkość. Bywało więc, że z niechęcią opuszczały ruiny osad po wymordowaniu mieszkańców, ponieważ miały nadzieję, że ci kiedyś tam powrócą. Demony nie starzały się, ich cierpliwość nie miała granic. Mogły czyhać na przybyszów całe dekady.
W tym, że wichrzaki materializowały się w tej okolicy, nie było nic dziwnego. Klify kanionu stanowiły bowiem idealny pas startowy i wzniósłszy się w powietrze, demony mogły szybować daleko przez noc w poszukiwaniu zdobyczy. Lądowe otchłańce nie miały jednak takich możliwości i Arlen nie widział ani jednego w pobliżu. Demony piaskowe polowały w stadach zwanych burzami i wszystko wskazywało na to, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat zmieniły tereny łowieckie.
Arlen poderwał się i zaczął niespokojnie miotać po kręgu. Patrzył na starty ostatnich wichrowych demonów, zerkał na piętra osady i przez cały czas szacował szanse. Gdyby trzymał się nisko przy ziemi, wichrowe demony raczej by go nie zauważyły, a gdyby miał pecha i któryś z nich go spostrzegł, młodzieniec zdołałby na czas schronić się w zabudowaniach. Okna i drzwi były zbyt wąskie, by udało się tam wlecieć. Demony musiałyby wylądować, a na ziemi łatwo było je przewrócić bądź prześcignąć. Wciąż nie pojawiały się piaskowe demony – rozmiarem i barwą wyróżniałyby się na tle zabudowań.
Pozostawał jeszcze Jednoręki, ale ten miał przybyć dopiero za jakiś czas. Jeśli Arlen się pospieszy...
Nie bądź głupi! Zaczekaj do świtu! – warknął głos ojca, ale Arlen i tak zazwyczaj nie zwracał na niego uwagi. Gdyby chciał wieść spokojne życie, pozostałby w Wolnych Miastach, gdzie większość ludzi od kołyski aż po grób nigdy nie wyszła poza bezpieczną barierę runiczną.
Arlen zaś spędził wiele nocy poza barierą, zwłaszcza w Forcie Krasja, gdzie był jedynym cudzoziemcem, który kiedykolwiek tańczył alagai’sharak. Tym razem jednak nie miał u boku wojowników dal’Sharum, na których pomoc mógłby liczyć w razie niebezpieczeństwa. Był pozostawiony sam sobie.
Nie pierwszy raz i nie ostatni, pomyślał.
W centrum swego kręgu rozpalił ognisko, ułożone tak, by długo płonęło. Miało pomóc mu odnaleźć drogę w ciemnościach. Następnie do włóczni przymocował uchwyt na pochodnię. Do pustego plecaka, który wkrótce miał zamiar wypełnić naczyniami, na razie wrzucił kilka zapasowych żagwi. Uniósł okrągłą tarczę z wymalowanymi symbolami ochronnymi, takimi samymi jak na płytach tworzących krąg, i wyszedł poza barierę.
Miał wrażenie, że po raz pierwszy od zachodu słońca naprawdę zaczerpnął tchu. Wiedział, że to wyobraźnia, ale zawsze wydawało mu się, że powietrze na zewnątrz kręgu smakuje lepiej, że jest chłodniejsze i słodsze. Zawsze czuł satysfakcję, gdy mógł odzyskać choć odrobinę świata zajmowanego co noc przez otchłańce.
Przedostał się w okolice schodów, przyświecając pochodnią to tu, to tam, czujnie wypatrując wszelkich śladów obecności demonów, zawsze gotów do obrony bądź ucieczki.
Droga po schodach okazała się trudnym wyzwaniem. Stopnie były różnej wielkości – niektóre tak wąskie, iż młodzieniec nie mógł postawić na nich stopy, inne ciągnęły się na kilkanaście kroków. Łącząca je ścieżka także raz robiła się łagodna i płaska, raz pięła ostro w górę. Arlen szybko doszedł do wniosku, że mieszkańcy wioski musieli mieć silne nogi.
Co gorsza, na dolnych poziomach dal’Sharum zebrali wszystko, co się udało się wynieść, i spiętrzyli w stosy strzaskane naczynia, połamane meble i resztki ubrań. Wzniesiono w ten sposób labirynt mający na celu spowolnienie otchłańców biegnących do krasjańskich pułapek, które zrzucały je z niskich murków prosto do dołów.
Arlen nie wychylał się zza murku. Piął się ostrożnie i co chwila omiatał niebo czujnym spojrzeniem. Wichrowe demony potrafiły dostrzec zdobycz z wysokości mili i runąć na nią w absolutnej ciszy. Z trzaskiem otwierały skrzydła tuż nad ofiarą, ale wtedy było już za późno. Jednym kłapnięciem dzioba urywały człowiekowi głowę, chwytały go szponami i unosiły w niebo. Bez wątpienia gdyby to otchłaniec dostrzegł go jako pierwszy, dopadłby Arlena bez trudu.
Blokady ułożone przez dal’Sharum kończyły się na piątym poziomie osady i tam domostwa wydawały się już nietknięte. Arlen kontynuował wspinaczkę, choć czuł palący ból w udach. Słyszał, że warsztat mistrza Dravaziego znajdował się na siódmym poziomie, gdyż istniało siedem filarów Nieba oraz siedem poziomów Otchłani Nie.
Gdy dotarł na siódmy poziom i ujrzał imię mistrza wyrzeźbione w łuku nad wejściem do dużego budynku, na jego twarzy pojawił się uśmiech tryumfu. Chłopak spoważniał jednak natychmiast i raz jeszcze uważnie rozejrzał się po otoczeniu. Wciąż nie było śladów piaskowych demonów, a ich wichrowi pobratymcy najwyraźniej odlecieli daleko w noc.
W przejściu wisiała postrzępiona kotara, najprawdopodobniej do ochrony przed wszechobecnym pomarańczowym pyłem, nie do zapewniania mieszkańcom prywatności, w zasadzie zbędnej w tak niewielkiej, daleko położonej wsi jak Baha.
Arlen podkradł się do wejścia, odsunął kotarę krawędzią tarczy i wsunął włócznię do ciemnego pokoju. Płomień pochodni oświetlił rzędy garnków i innych naczyń.
Młodzieniec aż się zachłysnął. Ledwie wierzył własnym oczom. Naczynia, ułożone i powiązane, najwyraźniej przygotowano do wyprawy na targ, do której nigdy nie doszło. Ceramikę pokrył pomarańczowy pył, przez co zlewała się kolorem ze ścianami i podłogą budynku, niemniej wydawała się nietknięta. Arlen wyciągnął na próbę dłoń – jego palce starły nieco pyłu, ukazując gładką, polakierowaną powierzchnię oraz jaskrawy wzór, migoczący w świetle pochodni. W pierwszym pomieszczeniu, do którego zajrzał, znajdowało się więcej bogactw, niż był w stanie udźwignąć!
Przyklęknął i odłożył tarczę oraz włócznię, by zsunąć z ramion pusty plecak. Przyglądał się mniejszym wazonom, lampom i miskom, próbując ustalić, które zabrać w pierwszej kolejności. Miał zamiar zabrać kilka naczyń do swego obozu i oszacować ich wartość, a z nastaniem świtu wrócić po resztę.
Wsuwał właśnie delikatny wazon do plecaka, kiedy usłyszał zgrzyt. Pomyślał najpierw, że przesunął nieopatrznie któreś z naczyń i cały stos zaraz się przewróci. Porwał więc za włócznię i oświetlił pomieszczenie pochodnią.
Stosy naczyń jednakże nawet się nie zachwiały, a zgrzyt rozległ się ponownie. Tym razem zabrzmiał bardziej jak warkot – jakby ktoś w ciemnościach gardłowo artykułował „r”.
Arlen natychmiast zapomniał o naczyniach. Pochwycił tarczę i powoli odwrócił się do źródła dźwięku. Zapewne demon piaskowy przekradł się do pomieszczenia, próbując zachować jak największą ciszę, lecz nie potrafił dłużej stłumić zwierzęcego instynktu.
Arlen powoli obrócił się, trzymając pochodnię z dala od siebie. Nigdzie nie było ani śladu potwora. Młodzieniec zerknął w górę, ale i tam nie ujrzał żadnej bestii, szykującej się do skoku na jego plecy. Zadrżał, lecz zmusił się, by szukać dalej.
Przeoczyłby go, gdy ten nie warknął cicho w momencie, gdy padło nań światło pochodni. W pierwszej chwili Arlen uznał, że ma przed sobą zwykłą ścianę, ale wtedy jej część się poruszyła.
Demon, ale niemalże niewidzialny. Arlen ledwie go dostrzegał, choć patrzył prosto na niego. Jego pancerz był równie pomarańczowy jak glina i miał tę samą szorstką strukturę. Otchłaniec był mały, niewiele większy od średniej wielkości psa, ale za to masywny i muskularny, a jego szpony pozostawiły głębokie bruzdy w ścianach. Arlen nigdy niczego takiego nie widział.
Otchłaniec przeciągnął się lekko i zatupał w miejscu, a potem wydał z siebie ogłuszający ryk i rzucił się na Posłańca.
– Na noc! – wrzasnął Arlen i zasłonił się tarczą, zastanawiając się, czy jego runy zatrzymają ów nowy gatunek otchłańca. Runy nie były uniwersalne i każdy chronił przed innym rodzajem demona. Były i takie, które blokowały również kilka rodzajów przybyszów z Otchłani, ale w tym przypadku młodzieniec nie miał pewności, czy okażą się skuteczne.
Magia rozbłysła przy uderzeniu i Arlen padł na ziemię, przygnieciony ciężarem otchłańca. Już wiedział, że tarcza nie stanowi należytej ochrony. Zdobiące ją symbole były naprawdę potężne i żaden demon nie powinien nawet jej dotknąć, ale ten wpił się w nią i z prawdziwą zaciekłością próbował przebić.
Był też cięższy, niż na to wyglądał, ale Arlen zdołał się podnieść i grzmotnąć otchłańcem o ścianę budynku. Pazury zsunęły się na skutek uderzenia, a magia, nadal częściowo oddziałująca na leżącego demona, odrzuciła Posłańca. Wylądował na stercie bezcennych naczyń, rozbijając część z nich.
– Niech to Otchłań pochłonie! – zaklął, ale nie było czasu na lament, gdyż demon rzucił się w stos glinianych skorup, roztrącając je na wszystkie strony. Nim Arlen zdołał się podnieść, został pokaleczony i pokłuty przez dziesiątki ostrych okruchów.
Demon gliny znów rzucił się do natarcia. Arlen zdołał w porę zasłonić się tarczą, lecz otchłaniec wbił w nią pazury i szarpnął z taką furią, że rzemienie wokół przedramienia Arlena pękły i tarcza odpadła. On sam zatoczył się, usiłując odskoczyć od demona, nim ten uwolni się od tarczy i znów rzuci do ataku. Arlen wiedział, że bez tarczy ucieczka do przenośnych kręgów będzie niebezpieczną przeprawą, a z tego, co zdążył zauważyć, nie było żadnej gwarancji, że runy na płytkach go ochronią.
Demon znów wybił się w powietrze, lecz tym razem Arlen miał już włócznię w pogotowiu i pchnął bestię w klatkę piersiową. Miał zacną broń i wykonał wspaniałe pchnięcie, ale nawet najsłabszy otchłaniec dysponował pancerzem mogącym zatrzymać stalowe ostrze. Młodzieńcowi nie udało się przebić skóry, ale uderzył potwora pochodnią. Żagiew wypadła z uchwytu. Arlen naparł z całej siły i odepchnął napastnika. W dogasającym świetle otchłaniec zaczął się grzebać niezdarnie, oślepiony blaskiem pochodni.
– No chodź! – krzyknął Arlen, wycofując się do drzwi. Otchłaniec skoczył po raz ostatni, nadal oszołomiony i zdezorientowany, lecz tym razem Arlen był już gotów. Złapał kotarę i złowił demona w zakurzone, spękane fałdy, a potem ściągnął mocno. Demon wierzgał z całej siły, próbując się uwolnić, ale Arlen zerwał zasłonę z pręta, wypadł z izby, dobiegł do murku otaczającego ten poziom wsi i przerzucił nad nim demona. Zaplątany w tkaninę otchłaniec runął w dół. Jego ryki stawały się coraz cichsze, aż rąbnął w kamienny dziedziniec.
Arlen wbiegł do środka i pochwycił pochodnię. Pozostawił plecak tam, gdzie leżał, wraz z włócznią i strzaskaną tarczą. Już miał rzucić się ku schodom, gdy powietrze rozdarł ostry wrzask. Młodzieniec spojrzał na zabudowania pnące się w górę klifu i niespodziewanie serce zabiło mu mocniej. Poziomy zaroiły się od demonów gliny.
Jak tak dalej pójdzie, któregoś dnia po prostu cię zabiją – Arlen usłyszał głos ojca, ale w tej chwili nie miał ani czasu, ani ochoty, by się z nim sprzeczać.
Biegł teraz tak szybko, że w migotliwym świetle pochodni ledwie widział swe nogi. Przeskakiwał po kilka stopni, ale to nie wystarczyło. Demony były zarówno przed nim, jak i za nim. Nieświadom ich obecności, musiał je minąć w drodze na górę. Arlen pędził na półpiętro, gdy dwa z nich pojawiły się tuż przed nim, doskoczywszy z niższego poziomu. Ich szpony wbiły się w skałę, a mięśnie naprężyły do kolejnego skoku.
Biegnący w dół, rozpędzony Arlen nie był już w stanie się zatrzymać, więc zrobił jedyną rzecz, która przyszła mu do głowy – przeskoczył przez murek okalający schody.
Przeleciał dobre dziesięć stóp i wylądował ciężko na schodach kolejnego poziomu. Demony natychmiast podjęły pościg, a Arlen opanował ból, zerwał się na równe nogi i znów rzucił do biegu.
Otchłańce były szybkie, ale Arlen miał dłuższe nogi, a desperacja zwielokrotniła jego siły. Polegając zarówno na swej pamięci, jak i na tym, co udawało mu się dostrzec, wymijał krasjańskie blokady. Teraz czuł wdzięczność za to, że dal’Sharum rozebrali niższe poziomy na kawałki.
Jakiś demon skoczył na niego z góry. Jego szpony rozorały plecy Posłańca, a zęby wbiły się w ramię, ale młodzieniec nawet nie zwolnił. Grzmotnął otchłańca pochodnią w pysk i pchnął na klif, pozbawiając stworzenie tchu i zrzucając je ze swoich pleców, po czym pochwycił oszołomionego napastnika i cisnął nim w dwa kolejne stwory, które gnały po schodach w ślad za Arlenem.
Posłaniec pobiegł dalej, odganiając demony płonącą jasno pochodnią. Przewrócił się dwukrotnie, boleśnie wykręciwszy przy tym kostkę, ale za każdym razem zrywał się i rzucał do ucieczki, nim ogarnął go ból. Za plecami Arlena klif roił się od ryczących, ścigających go demonów.
Znów przeskoczył nad murkiem, by uniknąć kolejnego piętra pełnego otchłańców, i pognał do obozowiska. Niespodziewanie ujrzał, że demon, którego zrzucił z klifu, został uwięziony pośrodku jego kręgu. Potwór przebił się przez barierę zapewne dlatego, że spadał z wielkiej wysokości, a do tego owinięty był w kotarę, lecz teraz tłukł wściekle w runy, z determinacją próbując znaleźć drogę na zewnątrz. W powietrzu migrowały srebrzyste pajęczynki magii.
Nie mogąc wykorzystać własnego kręgu, Arlen popędził do kręgu Porannego Śmigacza. Znów na jego drodze pojawił się demon gliny, który odbiwszy się od ziemi, zaatakował. Arlen odrzucił pochodnię i złapał stwora oburącz. Ostre łuski rozorały Posłańcowi skórę rąk, nie uniknął też cuchnącego wyziewu z pyska bestii, ale mimo to wykonał obrót i wykorzystał pęd, by cisnąć gliniaka prosto do jednego z demonich dołów na dziedzińcu.
Rozległ się dziki wrzask, gdy Arlen zanurkował do kręgu swego konia. Runy rozjarzyły się, zatrzymując i odrzucając wichrowego demona. Byłby wpadł do tego samego dołu, gdyby nie rozłożył skrzydeł i nie odzyskał równowagi. Znów wrzasnął wściekle, pokazując rzędy ostrych kłów w świetle runów.
Arlen jednak nie był jeszcze bezpieczny, gdyż w tejże chwili opadła go chmara demonów gliny. Runy rozbłysły jaskrawo, gdy potwory usiłowały pokonać barierę. Symbole zatrzymywały natarcie, ale nie odrzucały stworów, tak jak powinno się to dziać. Magia przeszywała ich pękate ciała, demony wyły z bólu, ale mimo to wbijały szpony głębiej w glinę i parły naprzód, cal za calem. Arlen chodził dookoła kręgu i odpędzał je od bariery, ale wiedział, że długo w ten sposób nie wytrzyma. Prędzej czy później demony się przebiją. Poranny Śmigacz również to wiedział i wił się, próbując zerwać krępujące go więzy.
Wtedy jednak rozległ się ryk, który zagłuszył nawet kakofonię demonów gliny. Na dziedziniec wkroczył Jednoręki. Skalny demon liczył piętnaście stóp wzrostu od nóg aż po rogi, a chronił go gruby, czarny pancerz, który uszkodzić mogły jedynie najpotężniejsze runy.
Jednoręki jak zwykle nie miał zamiaru dopuścić konkurencji w pobliże zdobyczy. Rozpędził demony gliny zdrowym ramieniem równie łatwo, jak człowiek rozrzuca zeschłe liście. Ryczał z furią na każdego otchłańca nieostrożnego na tyle, by się zbliżyć, i ubił sporo swych mniejszych kuzynów, nim ci wzięli sobie jego wiadomość do serca.
Arlen okaleczył Jednorękiego podczas ich pierwszego spotkania, prawie dziesięć lat temu. Był wówczas jedynie wystraszonym małym chłopcem, a odciął rękę demonowi – bardziej przez przypadek niż z rozmysłu, niemniej demon był istotą nieśmiertelną, a do tego nie potrafił ani zapomnieć, ani wybaczyć.
Co noc Jednoręki materializował się w miejscu, gdzie ostatnio widział Arlena, a potem szedł w ślad za nim. Bez względu na to, ile rzek Arlen przepłynął i na ile drzew się wspiął, demon zawsze go doganiał w kilka godzin, biegnąc szybciej od najśmiglejszego rumaka. Odporny na zmęczenie i pragnienie, potrafił myśleć jedynie o zemście.
Popychany pragnieniem odwetu skalny demon tłukł w runy Arlenowej bariery. Magiczne rozbłyski opromieniły koryto wyschniętej rzeki, ale Posłaniec dobrze znał swój krąg oraz wplecione weń skalne runy i wiedział, że otchłaniec nie ma szans się przebić. Arlen usiadł zatem, nadal wpatrzony w rozwścieczone stworzenie, jednak nie odczuł ulgi czy wdzięczności za nieoczekiwane ocalenie przed demonami gliny. Wiedział bowiem, że prędzej czy później potężny otchłaniec złapie go po drugiej stronie bariery, a wtedy będzie żałował, że demony gliny nie dopadły go jako pierwsze.
Na razie jednak pożegnał stwora obscenicznym gestem i zaczął przetrząsać juki Porannego Śmigacza w poszukiwaniu zapasowej torby z ziołami i bandażami.
W szyciu własnej skóry osiągnął mistrzostwo.
Tuż przed świtem, gdy niebo zaczęło się przejaśniać, Arlena niespodziewanie obudził dziki wrzask. Z konieczności już dawno nauczył się spać bardzo lekko i teraz zerwał się, w okamgnieniu otrząsając ze snu. Jednoręki już dawno wniknął do Otchłani, podobnie jak demony wichru i gliny.
Otchłaniec uwięziony wewnątrz głównego kręgu Arlena nadal tłukł o barierę, ale nie mógł się przez nią przedrzeć. Tworzące ją runy nie były może całkowicie przystosowane do odpierana ataków demonów gliny, ale gdy stwór znalazł się wewnątrz, moc kręgu wzrastała kilkakrotnie.
Na horyzoncie było coraz jaśniej i Arlen z wielkim zainteresowaniem przyglądał się ostatnim chwilom życia otchłańca. W blasku dnia stworzenie przypominało nieco pancernika ze względu na podzielony na segmenty, pomarańczowy pancerz oraz potężne, krótkie tylne nogi pokryte grubymi, ostrymi łuskami i uzbrojone w haczykowate pazury. Tępo zakończony łeb przypominał walec, którym demon mógł uderzać z ogromną siłą, co zresztą demonstrował raz za razem, na próżno waląc w ściany swego magicznego więzienia.
Do suchego koryta rzeki dotarły już pierwsze promienie światła i otchłaniec zawył z bólu, choć ściany kanionu nadal skrywały cienie. Arlen wiedział, że chwile potwora są policzone.
Ogarnięty rozpaczą demon utracił swą materialność i przeistoczył się w pomarańczową mgiełkę, która wypełniła krąg. Nawet w tej formie nie był jednak w stanie uciec. W pomarańczowej glebie pod barierą nie było ani jednego skrótu do Otchłani. Iskrząca się magia nie pozwalała mgle wypłynąć dalej i co rusz przeszywała ją srebrnymi refleksami, przypominającymi błyskawice w chmurach.
Mgła falowała w kręgu, nadal usiłując odnaleźć lukę w ciasnej barierze Arlena. Pomimo niematerialnej postaci demona młodzieniec wyczuwał jego rozpacz oraz strach. Sam aż się spiął z podniecenia. Demony były całkowicie odporne na ludzką broń. Jedyny pewny – acz niebezpieczny – sposób na zabicie otchłańca stanowiło uwięzienie w runicznym kręgu i zaczekanie na wschód słońca. Nierzadko ginęło przy tym tyle samo ludzi co demonów.
Nareszcie słońce znalazło się na tyle wysoko, by jego promienie mogły dosięgnąć drugiego brzegu rzeki. Arlen ujrzał iskierki przeszywające pomarańczową mgłę. Nagle mgła stanęła w płomieniach. Powietrze zabłysło i przez koryto rzeki przeszła fala ciepła. Oczy Arlena natychmiast stały się suche, a policzki poczerwieniały od gorąca, ale nie odwróciłby wzroku, nawet gdyby miało go to kosztować życie. Nienawidził demonów za wszystko, co zabrały z tego świata, i nigdy nie nużyło go oglądanie kolejnego, który płacił ostateczną cenę za zło.
Posłaniec przeszukał później obozowisko, ale większość sprzętów została albo zniszczona przez szalejącego demona, albo spłonęła w eksplozji. Oczywiście w jukach Porannego Śmigacza Arlen trzymał zapasowy ekwipunek – a przynajmniej najistotniejsze jego elementy – ale okazało się, że jeden zabity demon pochłonie zapewne niemal cały zysk ze sprzedaży naczyń.
O ile było coś jeszcze do sprzedania. Arlen popędził do pracowni mistrza Dravaziego i przekonał się, że jego obawy miały uzasadnienie. Niemalże wszystkie naczynia zostały stłuczone. Przeszukał pozostałe zabudowania i odnalazł sporo innych naczyń, ale były one proste i przeznaczone do celów użytkowych. Bahaanie, których istnienie zależało od handlu, nie tracili czasu na zdobienie naczyń do własnego użytku. Arlen uznał, że będzie miał szczęście, jeśli uda mu się choć wyrównać straty.
Pomimo bólu młodzieniec wyjechał z kanionu z dumnie uniesioną głową. Widział miejsce, którego nikt nie odwiedził od dwudziestu lat, i stawił czoła mieszkającym tam demonom, a teraz wracał, by opowiedzieć o swych przygodach.
Któregoś dnia twoje szczęście się skończy, napomniał go głos ojca.
Może, odpowiedział mu Arlen. Ale jeszcze nie dzisiaj.
Po głównym bazarze w Forcie Krasja – Pustynnej Włóczni, jak często nazywano miasto – kusztykał Abban ciężko wsparty na lasce. Był opasłym człowiekiem i chora noga nie byłaby w stanie go utrzymać.
Na głowie miał żółty jedwabny turban zakończony brązowym stożkiem. Pod kamizelką z brązowego zamszu nosił luźną koszulę z jasnoniebieskiego jedwabiu, na której wyszyto rozmaite wzory złotą nicią. Jego palce zaś migotały od pierścieni. Pantalony, uszyte z tego samego żółtego jedwabiu co turban, podtrzymywał wysadzany klejnotami pas, a laskę wieńczyła wykonana z kości słoniowej, piękna podobizna pierwszego wielbłąda, jakiego kupił Abban. Pacha mężczyzny mieściła się dokładnie między dwoma garbami.
Bazar ciągnął się przez wiele mil po wewnętrznej stronie murów Pustynnej Włóczni. Na zakurzonych, prażonych upałem ulicach wznosiło się pozornie nieskończone mrowie straganów, namiotów i zagród, można tu było kupić jedzenie, przyprawy, pachnidła, ubrania, biżuterię, trzodę, zwierzęta juczne i wszystko inne, co tylko można sobie wymarzyć.
Między Labiryntem przed murami i bazarem za nimi istniało wielkie podobieństwo. Pierwszy został zbudowany tak, by dal’Sharum mogli łowić i zabijać demony usiłujące dostać się do miasta, a drugi więził kupujących i oszałamiał niekończącymi się nawoływaniami sprzedawców. Nieprawdopodobna, onieśmielająca wprost różnorodność towarów oraz natręctwo kupców kruszyły siłę woli i luzowały rzemienie sakiewek nawet najbardziej wybrednych klientów. Ulice, które na pierwszy rzut oka wydawały się wyjściem z dzielnicy, nierzadko okazywały się ślepymi zaułkami, gdyż stragany, wciąż zmieniające położenie, blokowały wylot. Nawet ludzie doskonale znający zaułki i zakamarki dzielnicy gubili się tu od czasu do czasu.
Abban był wyjątkiem. Bazar był jego domem, a krzyki targujących się – powietrzem, którym oddychał. Nie mógł zgubić się na bazarze, podobnie jak Pierwszy Wojownik nie pomyliłby drogi w Labiryncie.
Abban przyszedł na świat w rodzinnym namiocie w samym centrum bazaru. Jego babka była położną, a ojciec, Chabin, nie zamknął kramu nawet wtedy, gdy z wnętrza dobiegało wycie rodzącej żony. Nie stać go było na to, by choć na chwilę wypaść z interesu, tym bardziej że właśnie przybyła kolejna gęba do wyżywienia.
Z tego, co Abban pamiętał, Chabin był dobrym człowiekiem, ciężko pracującym na utrzymanie rodziny, choć wrodzone tchórzostwo nie pozwoliło mu zostać wojownikiem, a kapłani dowiedli, że jego wiara jest słaba.
Kapłan i wojownik były jedynymi profesjami uznawanymi za godne krasjańskiego mężczyzny. Ojciec Abbana, któremu zamknięto drogę do obu tych karier, musiał więc codziennie pochylać kark i harować jak kobieta. Był khaffit – człowiekiem bez honoru – i bramy raju Everama były dlań zamknięte na zawsze.
Chabin jednakże znosił niedolę bez narzekania i wkrótce zamienił swój malutki straganik, sprzedający kiepskiej jakości świecidełka, w kipiący życiem interes, przyciągający klientów aż z zielonych krajów na dalekiej Północy. Nauczył Abbana matematyki i geografii, pokazał mu, jak kreślić słowa, wpoił też zasady języka ludzi z zielonych krain, by syn mógł targować się z Posłańcami. Nauczył Abbana wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że należy bać się dama. Ta lekcja zresztą kosztowała go życie.
Dama, kapłani Everama, stanowili najwyższą kastę społeczeństwa krasjańskiego. Nosili śnieżnobiałe, widoczne z daleka szaty i stanowili pomost między człowiekiem i Stwórcą. Każdy dama mógł zabić człowieka o niższej pozycji społecznej bez jakichkolwiek konsekwencji – znieważenie kapłana lub świętych praw, które ustalał, było wystarczającym powodem.
Abban miał osiem lat, gdy zabito jego ojca. Cob, Posłaniec z Północy, przybył do ich straganu i kupował zapasy na podróż powrotną. Był cenionym klientem i ważnym ogniwem zapewniającym dopływ towarów z zielonych krajów. Abban wiedział, że należy go traktować jak księcia.
– Uszkodziłem jeden z moich kręgów w drodze do Fortu Krasja – oznajmił Cob. Utykał i wspierał się na złomku włóczni. – Potrzeba mi liny i nieco farby.
Chabin strzelił palcami i Abban natychmiast podał ojcu niewielki garnek z farbą, a potem pobiegł po linę.
– Przeklęty piaskowy demon odgryzł mi pół stopy, nim zdążyłem wskoczyć w zapasowy krąg. – Cob pokazał obandażowaną nogę.
Widok ten zaabsorbował Chabina do tego stopnia, że ani on, ani Cob nie spostrzegli przechodzącego dama.
Kapłan jednakże zwrócił uwagę na nich obu, zwłaszcza na ojca Abbana, który jako khaffit powinien go powitać głębokim, uniżonym ukłonem.
– Kłaniaj się, brudny khaffit! – warknął dal’Sharum eskortujący dama.
Wystraszony Chabin obrócił się gwałtownie i przez przypadek wylał farbę na nieskazitelnie białą szatę kleryka.
Czas zatrzymał się na moment, a potem rozwścieczony dama sięgnął za ladę, złapał Chabina za włosy i podbródek, po czym szarpnął ostro. W namiocie rozległ się trzask, jakby pękła sucha gałąź, i ojciec Abbana osunął się martwy na ziemię.
Od tej chwili upłynęło niemalże ćwierć wieku, ale Abban wciąż doskonale pamiętał ten dźwięk.
Gdy osiągnął odpowiedni wiek, został siłą zaciągnięty do szkoły wojowników, by nie musiał dzielić hańby swego ojca. W społeczeństwie Krasjan pozycja społeczna nie była dziedziczna, ale okazało się, że Abban przejawia tę samą słabość i tchórzostwo co jego ojciec. Był wciąż nowicjuszem, gdy podczas brutalnego treningu uległ wypadkowi i został przegnany jako khaffit.
Abban skinął głową kilku kupcom, mijając stragany. Głównie kobietom, zakutanym od stóp do głów w ciężkie, czarne szaty, choć pracowali tutaj również inni khaffit. Podobnie jak Abbana łatwo ich było dostrzec ze względu na jaskrawe ubrania, choć wszyscy nosili zwykłe brązowe czapki oraz kamizele, oznaki ich kasty. Prócz khaffit jedynie kobiety miały prawo do noszenia jaskrawych, kolorowych strojów, ale tylko w towarzystwie męża lub innych kobiet.
Jeśli handlarki również odczuwały pogardę na widok khaffit, wiedziały, że lepiej jej nie okazywać. Abban odziedziczył bowiem nie tylko słabości swego ojca, ale również jego atuty i gdy przejął kontrolę nad rodzinnym interesem, jego majątek i znaczenie rosły z roku na rok. Urażenie dumy Abbana zawsze wiązało się z utratą dochodów, gdyż gruby khaffit dysponował rozległymi wpływami nie tylko na bazarze, ale i w miastach oddalonych o setki mil na północ. Lwia część handlu z Północą przechodziła właśnie przez niego i wszyscy kupcy, którzy chcieli mieć dostęp do cennych egzotycznych towarów, musieli zachować pogardę dla siebie.
Z jednym wyjątkiem. Gdy Abban podszedł do swojego pawilonu, dobiegło go wołanie z drugiego końca ulicy. Odwrócił się i z niesmakiem spojrzał na konkurenta, kusztykającego w jego kierunku.
– Abban, mój przyjacielu! – wołał, choć stosunków, które ich łączyły, przyjaźnią na pewno nie można było nazwać. – Już z daleka miałem wrażenie, że rozpoznaję twe barwne, kobiece szmatki! Jak dziś idą interesy?
Abban skrzywił się, ale dobrze wiedział, że w rozmowie z tym człowiekiem lepiej wystrzegać się nieuprzejmych słów. Amit asu Samere am’Rajith am’Majah był wojownikiem dal’Sharum i górował nad Abbanem tak, jak on górował nad kobietą. Chociaż teoretycznie dal’Sharum nie miał prawa zabijać khaffit bez powodu, w praktyce taki czyn nie spotkałby się raczej z naganą.
Z tego właśnie powodu Abban musiał udawać, że wozy z towarami, które czasami znikały z jego terenu, tak naprawdę nigdy nie istniały, choć dobrze wiedział, że zabrali je ludzie Amita.
Amit działał na rynku od niedawna. Podczas bitwy piaskowy demon odgryzł mu część łydki i rana zaczęła się jątrzyć, aż w końcu dama’ting nie miały wyboru i musiały nogę amputować. Ułomność oznaczała wielki wstyd, gdyż okaleczony wojownik powinien ginąć w bitwie, a nie za wszelką cenę ratować życie. Na szczęście Amit zdołał wtrącić owego demona do pułapki, gdzie stwora zabiło słońce, czym wojownik zapewnił sobie łaskę Everama i miejsce w raju.
W przeciwieństwie do Abbana Amit był odziany od stóp do głów w czerń, jak przystało na dal’Sharum. Wokół szyi nosił luźno zawieszoną nocną przesłonę. Nadal dzierżył włócznię, choć obecnie częściej służyła mu jako laska niż jako broń. Mimo to wciąż ją ostrzył i był skory do wygrażania nią, kiedy ogarnęła go złość.
Mężczyzna w czarnych szatach wojownika budził zainteresowanie na bazarze, gdyż była to domena niemalże wyłącznie kobiet oraz khaffit. Ludzie mijali go z ostrożnością, bojąc się podejść bliżej, więc Amit obwiązał ostrze jasnopomarańczową wstążką na znak, że jest kupcem.
– Och, Amit, mój drogi przyjacielu! – rzekł Abban, a na jego twarzy pojawiły życzliwość i serdeczność, dopracowane do perfekcji podczas spotkań z tysiącami klientów. – Na Everama, jak dobrze cię widzieć! Słońce natychmiast świeci jaśniej, gdy tylko się pojawiasz. Interesy idą wyśmienicie, w rzeczy samej! Dziękuję, że pytasz. Mam nadzieję, że w twoim pawilonie wszystko również układa się dobrze?
– Oczywiście, oczywiście. – Amit spojrzał na khaffit złowrogo. Już otworzył usta, by dokończyć kwestię, gdy ujrzał dwie kobiety, które stanęły, by przyjrzeć się zawartości jednego z wozów z owocami. – Chodźcie, czcigodne matki, zapraszam! – odezwał się. – W moim pawilonie trzymam o wiele zacniejsze owoce! Wolicie kupować towary od pozbawionego duszy khaffit czy od kogoś, kto w mrokach nocy nie zląkł się hord demonów?
Mało kto był w stanie oprzeć się takiej argumentacji i obie kobiety zawróciły, by skierować się do pawilonu Amita. Ten wyszczerzył szyderczo zęby, patrząc na Abbana. Nie po raz pierwszy w ten sposób podkradł Abbanowi klientów i na pewno nie po raz ostatni.
W otaczającej ich wrzawie targowiska niespodziewanie rozległo się posykiwanie, którym kupcy nawzajem ostrzegali się przed nadchodzącym dama. Wszyscy pospiesznie chowali towary, które były zakazane przez prawa Everama, jak na przykład alkohole bądź instrumenty muzyczne. Nawet Amit przyjrzał się sobie, jakby chciał sprawdzić, czy nie obnosi się z jakąś kontrabandą.
Kilka chwil później wszyscy ujrzeli, co było powodem ostrzeżenia. Pojawił się młody kapłan w białej szacie, a za nim grupa nie’dama, nowicjuszy ubranych w białe przepaski biodrowe, których jeden koniec zarzucali na ramię. Chłopcy zabierali ze straganów chleb, owoce i mięso, nie oferując żadnej zapłaty. Żaden ze sprzedających zresztą nie ośmieliłby się o nią upomnieć. Dama brali to, na co mieli ochotę, i kupiec, który cenił własną skórę, nie mógł nic na to poradzić.
Pamiętając los swego ojca, Abban pokłonił się tak nisko, że zaczął obawiać się, czy się zaraz nie przewróci. Amit zauważył to i uderzył w laskę kupca końcem włóczni. Ryknął głośnym śmiechem, gdy ten zachwiał się i padł. Dama odwrócił się wówczas, a Abban, czując ciężar spojrzenia, przycisnął twarz do ziemi i zaczął pełzać niczym pies. Amit zaś pozdrowił dama ukłonem pełnym szacunku, a kapłan odpowiedział tym samym.
Dama po chwili ruszył dalej, lecz Abban przyciągnął spojrzenie jednego z nie’dama, chudziutkiego chłopca w wieku zaledwie dwunastu lat. Chłopak zerknął na Amita, a potem uśmiechnął się z pogardą, patrząc na klęczącego w pyle Abbana. Mrugnął jednak konspiracyjnie i ruszył w ślad za pozostałymi adeptami.
I wtedy, jak na złość, pojawił się Par’chin.
Pełzanie w pyle drogi rzadko kiedy bywa bowiem dobrym sposobem na rozpoczęcie negocjacji.
Arlen ze smutkiem spojrzał na klęczącego Abbana. Wiedział, że utrata twarzy zadaje jego przyjacielowi o wiele większy ból niż bicz dama. Podziwiał Krasjan za wiele rzeczy, ale na pewno nie za traktowanie kobiet i khaffit. Żaden człowiek nie zasługiwał na takie poniżenie.
Odwrócił wzrok, by nie patrzeć na Abbana, który dźwigał się na lasce. Młodzieniec przyglądał się z udawanym zainteresowaniem wystawionym świecidełkom, które zupełnie go nie obchodziły. Gdy Abban wreszcie stanął i się otrzepał, Arlen pochwycił Porannego Śmigacza i ruszył ku niemu, jakby właśnie przybył.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
COPYRIGHT © BY Peter V. BrettCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2001-2026
WYDANIE I
ISBN 978-83-8375-157-3
Kod produktu: 4000657
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska
TŁUMACZENIEMarcin Mortka Dominika Schimscheiner
REDAKCJAMałgorzata KoczańskaKarolina Kacprzak
KOREKTACelina NikolskaMagdalena ByrskaAgnieszka Pawlikowska
RUNYby Lauren K. Cannon, © Peter V.Brett
ILUSTRACJA ORAZ PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak
GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ ILUSTRACJEDominik Broniek
PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak
SPIS CYKLI ORAZ MAPAPaweł Zaręba
SKŁAD WERSJI [email protected]
PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]
DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/
WYDAWCARobert Łakuta
DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska
MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]
