Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
2/2026 FANTASTYKA
Jerzy Rzymowski
NASZE INKURSJE
Motyw inkursji ‒ w rozumieniu zagrażającej zniszczeniem kolizji światów ‒ ostatnio często pojawia się w popularnej fantastyce. Niedawno przed inwazją Otchłani bronili nas bohaterowie z miasteczka Hawkins w serialu „Stranger Things”; zderzenie alternatywnych rzeczywistości stanowi też kluczowy wątek najnowszych faz Filmowego Uniwersum Marvela. Wszystko sprowadza się do tego, że takie nałożenie się światów nieuchronnie prowadzi do katastrofy, bo przestrzeń zwyczajnie nie pomieści więcej niż jednego naraz.
A co jeśli powiem Wam, że podobnych inkursji doświadczamy każdego dnia? Propaganda, fake newsy, zakłamywanie historii, manipulacja znaczeniami słów ‒ wszystko to buduje równoległą rzeczywistość, która dokonuje inwazji na naszą i usiłuje ją zastąpić. W alternatywnym świecie najeźdźca tytułuje się obrońcą, bandyci – strażnikami cnót i wartości, ignorancja jest cnotą, a powtarzane po stokroć kłamstwa stają się prawdą. Nie jest to proces filmowo gwałtowny ani spektakularny, co wcale nie czyni go mniej katastrofalnym w skutkach. Dodatkowo, w epoce deep fake’ów i farm trolli, agresywnego zacierania granic między prawdą a fikcją, nieraz stajemy przed iście Dickowskim dylematem: w które fragmenty rzeczywistości wierzyć, a które już został podmienione lub sfałszowane w interesie dyktatorów, polityków, lobbystów? Łatwo możemy się znaleźć w sytuacji dzieciaków w „Stranger Things”, karmionych fałszywymi wizjami przez Vecnę, pragnącego wykorzystać je, aby sprowadzić do naszego świata Łupieżcę Umysłów.
I podobnie jak bohaterowie serialu Netflixa, Marvela i wielu innych podobnych opowieści, musimy wspólnymi siłami czynnie dawać odpór inkursji. Zachować kompas moralny i integralność, dementować kłamstwa, nie odwracać wzroku od łajdactw, znaleźć w sobie wrażliwość na otoczenie. Nie chodzi o akty heroizmu, tylko o systematyczne, żmudne dbanie o to, żebyśmy pewnego dnia nie obudzili się w Otchłani.
Zapraszam do lektury!
Publicystyka
Witold Vargas
LICHO
Zdawałoby się, że o tym demonie nie da się już nic więcej napisać. Właściwie wszyscy doskonale wiedzą, co to za jeden. Każdy nieraz je przywoływał ‒ „niech to licho!” lub unicestwiał ‒ „pal licho”. Ale już tu powstaje pytanie, czy takie wcielone zło, jakim jest licho, należy przywołać czy wręcz odwrotnie ‒ przepędzić?
A tak to już jest w kulturze ludowej, że prawda oscyluje pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Człowiek świadomy obecności sił negatywnych musi jednocześnie mieć je na uwadze i trzymać na dystans. Na tym opiera się poczucie panowania nad losem, nad tym, co człowiekowi się przytrafia, co mu grozi i co może stać się cennym sojusznikiem w jakimś przedsięwzięciu. Słowem – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Natura jest od człowieka silniejsza, bardziej nieokiełznana, ale zarazem jest jego „naturalnym” środowiskiem. Geniusz człowieka polega natomiast na umiejętności ujarzmiania tej siły sprytem. Człowiek, dzięki wrodzonemu sprytowi, wie, kiedy płynąć pod prąd, a kiedy dać się mu porwać i takie decyzje musi podejmować nieustannie. Dlatego też wyobraża sobie, w dość praktycznym uproszczeniu, dwie przeciwstawne siły, dwie skrajności oraz „drogę środka”, którą musi podążać, aby przetrwać, nie tracąc jednak tych skrajności z oczu.
Licho jest doskonałym symbolem poszukiwania tej równowagi. Świat to skomplikowany, ale doskonale zrównoważony mechanizm. Poruszając się w nim mamy do czynienia z różnymi jego częściami, które doskonałe nie są. Czasem bywają pomocne, czasem szkodliwe, a my poszukujemy w tym równowagi. Dawniej wyobrażano ją sobie jako liczbę parzystą ‒ w staropolskim „cetno”. Cetne są rzeczy i zdarzenia pełne, doskonałe, bo parzyste. Człowiek spełniony to taki, który ma swoją parę, tak jak parę ma oczu, uszu, rąk i nóg. Bez parzystości staje się lichem koślawym – takim jak inne demony ludowe, którym brakuje symetryczności. Wielu stworom w różnych kulturach nadano pojedyncze kończyny czy organy. Najskrajniejszym przykładem jest hiderigami, którego opisałem w pierwszej części „Bestiariusza japońskiego”. Istniała również u nas gra w Cetno i Licho, która polegała na zgadywaniu, czy przeciwnik ukrywa w pięści parzystą (cetną) czy nieparzystą (lichą) ilość przedmiotów. Ta zabawa miała swoje podłoże wróżebne, w której oczywiście wylosowanie „lichej” liczby zwiastowało pech, a „cetnej” pomyślność.
Licho, Paweł Zych, Bestiariusz Słowiański
W tej całej kosmowizji liczb parzystych i nieparzystych, do której można by przytoczyć wiele przykładów, chodziło o rytualne dążenie do osiągnięcia w życiu równowagi, czyli parzystości. Wszystko, co było niedoskonałe, niedorobione, wybrakowane, było jak liczba parzysta plus jeden, gdzie to „jeden” miało charakter niekompletności; było zbędne i należało się tego pozbyć.
W chwili wprowadzenia religii dualistycznej, nastawionej na pragnienie dobra i odrzucanie zła, rzeczy liche, które szukały swojej pary, stały się rzeczami złymi, które należy odciąć i wyrzucić. Tak stopniowo określenie licha zaczęło się personifikować i upodabniać do diabła, aż stało się jego synonimem. Tym sposobem licho otrzymało ciało ‒ co prawda niedoskonałe, ale jednak. Zaczęło więc grasować po świecie jako intencjonalne zło, czyniąc ludziom szkody daleko gorsze od niekompletności. Zmiana paradygmatu przyczyniła się do powstania najbardziej rozpoznawalnego demona naszej kultury.
W słowniku Brücknera czytamy (streszczam): lichy, nędzny; przybrało znaczenie ujemne: złe,grzech. Pierwotne znaczenie ocalało w lich, licho, liszka, o nieparzystem. W języku cerkiewnym lich,co ponadto, co zbywa, czasem też zły. Lichoradka,febra. Natomiast w książce „Istoty mityczne Serbów łużyckich” znalazłem: W jednej wsi miała matka niemowlę przy piersiach, które płakało bez ustanku. Położyła je do kolebki, mówiąc: „Wrzeszcz sobie ile chcesz. Niech cię licho weźmie!“ Wkrótce ojciec w łóżku słyszy, jakby koło kolebki coś mocno chrapało. Pod kolebką leżał wielki pies czarny i chrapał. Dziecko już więcej nie płakało, ale było odmienione: przemienek całkiem z małpią twarzą. Rozumu ludzkiego w nim nie dostrzeżono wcale. A w innym miejscu: Między ludami słowiańskimi wiara w duchy chorób najlepiej zachowała się u Rosjan i Słowian południowych. Zwłaszcza zimnicę ‒ lichoradkę (propasnyca) Rosjanie przedstawiają sobie jako osobną istotę, mianowicie jako starą, wstrętną, chudą niewiastę z pomarszczonym obliczem, którą wprawdzie nie każdy widzi, ale która choremu często się we snach pokazuje.
Zatem opowieść o naszym lichu jest, jak widać, nielicha.
Publicystyka
Aleksandra Klęczar
PUPIEN NAJWIĘKSZY
Uwaga! Treści dla dorosłych!
Najkrótszy miesiąc roku poświęcimy – zupełnie bez konkretnego powodu – pewnemu rzymskiemu cesarzowi. Ale nie jednemu z tych najbardziej znanych: żaden August czy Hadrian (cenieni przez starożytnych i uznawani za tak zwanych dobrych), ani Neron czy Kaligula, powszechnie nielubiani i oceniani jako źli. O, nie! Dzisiaj przyjrzymy się władcy z tych zdecydowanie mniej rozpoznawalnych.
Naszym dzisiejszym bohaterem będzie mianowicie cesarz Pupien.
Pupien, a konkretnie Marcus Clodius Pupienus Maximus (Największy), bo tak brzmiało jego pełne rzymskie imię, żył mniej więcej w latach 164 – 238 p.n.e. Nie załapał się nawet na swoje własne Sto Dni: rządził jedynie przez dziewięćdziesiąt dziewięć i to, pechowo, w tak zwanym Roku Sześciu Cesarzy, miał więc co najmniej pięciu kontrkandydatów do tytułu, w tym jednego, z którym tym tytułem się oficjalnie dzielił. O nim jednak za moment. Najpierw przyjrzymy się karierze Pupiena.
Według pewnego antycznego źródła, tak zwanej „Historia Augusta”, czyli nieco, przyznajmy, plotkarskiego zbioru biografii rzymskich cesarzy, Pupien doszedł do cesarskiej pozycji jako żołnierz, który karierę rozpoczynał od czynnej służby w legionie. Miał być synem kowala, wcześnie osieroconym i wychowanym przez przybraną matkę. Może jednak „Historia Augusta” się myli? Może, jak twierdzą inne teksty, w rzeczywistości Pupien wywodził się z etruskiej arystokracji? Albo – to już zupełna zabawa, oparta na możliwym imieniu jego matki, Klodii Pulchry – byłby dalekim krewnym słynnego Klodiusza Pulchra, trybuna-awanturnika z czasów Juliusza Cezara?
Kimkolwiek byli jego przodkowie, Pupien zrobił sporą i dość typową karierę. Zdobywał kolejne urzędy, najpierw preturę, potem konsulat. Pełnił funkcję legata w jednej z germańskich prowincji, był też kilkakrotnie gubernatorem w różnych częściach imperium. Lata mijały, Pupien powoli wspinał się na drabince kariery, aż w końcu przyszedł rok 238 n.e. Nasz bohater był już wówczas po siedemdziesiątce. W życiu codziennym często, jak mówią nasze źródła, towarzyszył mu strażnik-ochroniarz, którego przywiózł ze sobą z Germanii.
Choć imię Pupiena nie brzmi dla Polaka specjalnie heroicznie, miał on, przynajmniej zdaniem naszych starożytnych źródeł, twardy i mocny charakter – co zresztą widać w jego zachowanym portrecie, ukazującym mężczyznę o stanowczych, wyrazistych rysach. Do tego sam trzymał się zasad, jakie głosił – ceniono go w Rzymie za skromność i prosty tryb życia, choć niespecjalnie lubiano go za to, że był surowy, bezlitosny i pozbawiony wyrozumiałości. To właśnie ten charakter miał zadecydować o jego wyborze na cesarza u boku znacznie podobno łagodniejszego i mniej zdecydowanego kolegi, Balbina. Senat otóż, po tym, jak poprzedni cesarze, Gordian I i II, zakończyli życie (syn zginął w bitwie, ojciec po jego śmierci popełnił samobójstwo), wskazał dwóch spośród swoich członków, właśnie Pupiena i Balbina, jako nowych władców imperium.
Obaj panowie byli już wówczas w wieku, powiedzmy sobie, mocno średnim (Pupien miał siedemdziesiąt cztery lata, Balbin, sporo młodszy, przekroczył sześćdziesiątkę). Współpraca wychodziła im na początku nieźle, z czasem jednak układała się coraz gorzej: im mocniej komplikowała się sytuacja w imperium i w samym Rzymie – nad którą Balbin nie bardzo umiał zapanować – tym bardziej psuły się relacje między współwładcami. Pupien, który wyruszył z wojskiem do Rawenny i nieźle sobie tam poradził z wojskami kontr-cesarza Maksymina Traka, wrócił do Rzymu i najoględniej mówiąc nie był zachwycony działaniami Balbina. Na dodatek Balbin ewidentnie bał się wojowniczego kolegi, podejrzewał bowiem, że Pupien chce wykorzystać swego zaufanego germańskiego strażnika, by go pozbawić władzy albo wręcz zabić. Panowie zamieszkali więc w odrębnych częściach pałacu, przestali się widywać i porozumiewali jedynie przez pośredników. To, oczywiście, skończyło się marnie: dwaj cesarze znaleźli się na łasce gwardii pretoriańskiej, a pretorianie postanowili się ich pozbyć. Nastąpiła komedia omyłek: Pupien chciał Balbina ostrzec osobiście, ten uznał, że to część spisku i że próba wezwania na pomoc Germanina jest kolejną jego częścią, panowie zaczęli się kłócić, na środek awantury wpadli pretorianie… I tu przestało być śmiesznie. Komedia zmieniła się w krwawy horror, bo obaj cesarze zostali schwytani, zawleczeni do koszar pretoriańskich i po koszmarnych torturach uśmierceni. Po dziewięćdziesięciu dziewięciu dniach skończyło się ich panowanie.
Pupien nie jest, przyznajmy to, najbardziej barwnym z rzymskich cesarzy. Rządził krótko, nie dokonał niczego wielkiego, ot, jeden z pomniejszych aktorów politycznego kryzysu III w. n.e., który dramatycznie osłabił państwo rzymskie. Ale czasem, kiedy człowiek myśli o tych pomniejszych władcach, przegląda ich biografie – czy to te antyczne, czy te we współczesnych pocztach cesarzy – przychodzi mu na myśl, jak wiele mógłby z tej historii wyciągnąć dobry pisarz, jak świetnie czytałoby się taką, powiedzmy, inną „Grę o tron”, opartą dla odmiany o historię Rzymu i jego władców – choćby i takiego Pupiena.
Publicystyka
Paulina Jasik
KREW I BROKAT
albo czego boją się puryści?
Nietypowe romanse, niejednoznaczne postacie, niejasne przekazy – jeszcze rubieże popkultury, czy już jej codzienna odsłona? Dlaczego niektórzy są zafascynowani tymi dziwnościami, a innych one przerażają? I co nam właściwie daje ich eksplorowanie?
Mniej więcej dwa lata temu w fandomie na krótko wybuchła burza z powodu hejtu, jaki wylał się na kilku znanych koreańskich idoli, którzy publicznie przyznali się do bycia fanami mangi/anime „Made in Abyss”. Jest to historia osieroconej dziewczynki, która wyrusza na poszukiwanie matki w towarzystwie chłopca-robota, schodząc coraz głębiej w niebezpieczny system jaskiń zwany Otchłanią. Opowieść, choć nieco stonowana na potrzeby telewizji, wciąż pozostaje jedną z najbardziej brutalnych serii dark fantasy na rynku mang. Z jednej strony „Made in Abyss” faktycznie zawiera sporo przemocy, której ofiarami są dzieci, z drugiej nie ucieka od moralnej oceny tych sytuacji – wszystko, co spotyka bohaterów w Otchłani, jest przedstawione jako jednoznacznie złe, nie ma tu gloryfikacji okrucieństwa. Trzeba też pamiętać o jakim gatunku i grupie odbiorców tu mówimy, bo na okładce mangi jest wyraźnie zaznaczone, że to seria przeznaczona dla dorosłych. Skąd zatem hejt na celebrytów przyznających się do czytania czy oglądania takich treści? Choć tamta awantura szybko ucichła, okazuje się tylko jednym z aspektów większego problemu.
Sytuacje podobne do powyższej wywoływane są najczęściej z kilku różnych powodów. Osłabienie lub zanik umiejętności krytycznego analizowania mediów jest jednym z nich. Chciałabym się jednak skupić na innym aspekcie problemu, a mianowicie tzw. kulturze czystości (purity culture). Skąd się wzięła w fandomie, czym dokładnie jest i, co najważniejsze, jakie powoduje konsekwencje.
Satanic panic, millenialsi i Hello Kitty
Purity culture to koncepcja wywodząca się z religii, głównie chrześcijańskiej, choć w innych zorganizowanych systemach wierzeń również można ją odnaleźć. Zakłada czystość w każdym znaczeniu, ale szczególnie moralnym i seksualnym. I można by przypuszczać, że we współczesnym społeczeństwie niewiele już dla niej miejsca, ale jej wpływy są wciąż bardzo widoczne i rozpoznawalne. Przypomnijcie sobie te wszystkie hasła w stylu „Niech ktoś pomyśli o dzieciach!” w kontekście czegokolwiek, co miałoby zakłócić spokojny porządek rzeczy. A to wszystko ze zwykłego strachu.
Paniki moralne nie są w kulturze niczym nowym. Wybuchały co jakiś czas już od starożytności, ale tą najbardziej znaną współczesną odmianą jest tzw. satanic panic przypadającą na lata 80. i 90. Był to wybuch głęboko zakorzenionego w społeczeństwie strachu przed satanicznymi rytuałami, opętaniami i ogólnie wszystkim, co związane z Szatanem. Skutkował on między innymi licznymi oskarżeniami znanych osób o czczenie szatana, brutalną nagonką na członków rozmaitych subkultur i, oczywiście, rozmaitymi próbami cenzurowania i ograniczania różnego rodzaju twórczości pod pretekstem zgubnego wpływu na młodzież. Media szeroko komentowały rzekome satanistyczne wpływy zawarte w muzyce rockowej i metalowej, grach czy filmach (głównie horrorach).
Po roku 2000 zjawisko nieco się uspokoiło, a przynajmniej nie przybierało już tak gwałtownego oblicza. Choć bezpośrednia nagonka teoretycznie się skończyła, zaniepokojeni rodzice nastolatków wciąż podnosili od czasu do czasu kwestie rzekomej szkodliwości, a to subkultury emo, a to książek o Harrym Potterze, czy jeszcze czegoś innego.
Jeszcze do niedawna rolę fandomowej policji sprawowały głównie osoby z zewnątrz, które o zjawisku usłyszały w telewizji, na szkolnej wywiadówce, czy od zafascynowanego młodszego członka rodziny. Jak chyba każdy millenials przeżyłam swego czasu pogadanki w szkole, zazwyczaj na religii, na temat tego, dlaczego rzekomo Hello Kitty nie ma ust (dobrym źródłem na temat faktycznej historii jest książka Matta Alta „Czysty wymysł” o popkulturze japońskiej).
Od jakiegoś czasu da się jednak zaobserwować coś niepokojącego. Od kiedy fandom, (choć właściwie wypadałoby powiedzieć: fandomy) stał się globalnym zjawiskiem, zostaliśmy policją sami dla siebie. I żebym nie została źle zrozumiana: wcale nie tęsknię za czasami, kiedy zainteresowania takie jak moje były odbierane jako dziwne, a synonimem geeka był w powszechnej wyobraźni piwniczak z awersją do higieny osobistej. Inna sprawa, że niektóre z tych stereotypów wciąż są żywsze, niż nam się zdaje, ale to poza tematem. Zaznaczam tylko, że współczesny fandom, choć bardziej inkluzywny, musi się też mierzyć z nowymi, choć przecież starymi jak świat, problemami.
Dawno, dawno temu… a może nie?
Żeby nie być gołosłowną i pokazać choć po części, jak stare są problemy z dalszych akapitów tego tekstu, postaram się przybliżyć niewielki wycinek historii gatunku. Fantastyka od zawsze romansowała z tematami tabu w taki czy inny sposób. Bywały okresy tematycznego rozpasania, jak w latach 80., kiedy triumfy święciły najbardziej dziś kultowe horrory, a autorzy nie stronili od przemocy i nagości, a także okresy zaostrzenia norm obyczajności, jak choćby lata 40. i 50., kiedy najbardziej dawał się we znaki osławiony Kodeks Haysa. Za każdym razem jednak znajdował się ktoś, kto w mniej lub bardziej wysmakowany sposób starał się przełamywać tabu.
Jedną z takich autorek była Ursula K. Le Guin, wybitna twórczyni science fiction. Jej powieść „Lewa ręka ciemności”, wydana po raz pierwszy w 1969 roku, w piękny sposób, z wielką uważnością i szacunkiem eksploruje tematy płci, seksualności, różnic kulturowych oraz budowania relacji. Akcja rozgrywa się na planecie Gethen, której mieszkańcy, choć podobni do ludzi, mają jednak zupełnie inne pojęcie płci, które wpływa na całą ich kulturę. Są oni androgynicznymi hermafrodytami, mogą więc posiadać cechy zarówno męskie, jak i żeńskie. Cechy te objawiają się jednak tylko w okresie godowym zwanym kemmerem, który Getheńczycy przechodzą co 26 dni. Łączą się wtedy w pary, a u kochanków pojawiają się drugorzędne cechy płciowe. Płeć w tym społeczeństwie nie jest uwarunkowana, co znaczy, że każdy może w ciągu swojego życia wiele razy przyjmować cechy zarówno męskie, jak i żeńskie. Związki tworzące się podczas kemmeru bywają stałe, a nawet wieloletnie, ale nie jest to obowiązującą normą. Historię poznajemy z perspektywy przybysza, Genly’ego Ai, ambasadora mającego za zadanie nakłonić Getheńczyków do przyłączenia się do Ekumeny. Zmaga się on nie tylko z licznymi politycznymi intrygami, ale także z trudnościami w zrozumieniu kultury i norm społecznych rządzących Gethen. W tym ostatnim pomaga mu relacja, jaką nawiązuje z Estraven, politykiem, który/-a zgadza się zostać jego przewodnikiem/-niczką. Powieść Le Guin, zaliczana do najważniejszych w tzw. feministycznej science fiction, jako jedna z pierwszych w tak otwarty i dogłębny sposób eksploruje tematykę tożsamości płciowej, ról płciowych w społeczeństwie, tolerancji oraz budowania relacji opartych na wzajemnym zrozumieniu i zaufaniu. Autorka zmagała się oczywiście z krytyką, tym bardziej, że była kobietą piszącą „po kobiecemu” w gatunku w tamtych czasach kojarzonym głównie z męskim odbiorcą, jednak ostatecznie jej powieść zyskała status kultowej i choć wiele wydawnictw nie chciało mieć z nią wówczas nic wspólnego, dziś można ją przeczytać w wielu językach na całym świecie.
Pierwsze wydanie „Wywiadu z wampirem” Anne Rice pojawiło się w 1976 i choć wiele osób od początku zauważało queerowe wątki w powieści, a dalsze części cyklu tylko potwierdzały takie odczytanie postaci stworzonych przez Rice, to tutaj zajmę się inną jej serią, nieco bardziej kontrowersyjną. Chodzi o wydaną w latach 80. „Trylogię o Śpiącej Królewnie”. Jest to przepisanie klasycznej baśni na opowieść o erotycznej podróży Królewny, którą Książę zabiera w pełną sadomasochizmu seksualną podróż. Z czasem pojawia się więcej męskich bohaterów, którzy, podobnie jak w wampirycznych powieściach Rice, również są silnie nacechowani homoerotyzmem i biseksualnością, choć nie jest to przedstawienie konsekwentne, bo narracja i tak kończy się heteronormatywnym małżeństwem jednego z nich z Królewną.
Cykl o Śpiącej Królewnie jest niewątpliwie najbardziej polaryzującym dziełem Anne Rice. Krytykowano je nawet w ówczesnych kręgach feministycznych, gdzie przeważał pogląd, że pornografia narusza prawa kobiet. Rice jednak wierzyła w wolność kobiet w czytaniu i pisaniu tego, czego chcą. Jak mówiła w wywiadzie udzielonym „Playboyowi” w 1993 roku: Wierzę w prawo kobiet do fantazjowania, kiedy chcą fantazjować i czytania tego, co chcą czytać. Atakowano ją też z innych stron. Dyrektor Biblioteki Metropolitalnej Columbus uznał trylogię za twardą pornografię i w 1996 roku kazał usunąć wszystkie egzemplarze, czemu autorka aktywnie się sprzeciwiała tłumacząc, że książki nie stanowią zagrożenia dla dobrostanu użytkowników biblioteki. Seria ta trafiła także na listę „100 najbardziej kwestionowanych książek” Amerykańskiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy (gdzie widnieje do dziś), co w praktyce oznacza częste „próby usunięcia lub ograniczenia materiałów oparte na sprzeciwach osoby lub grupy”. Choćby to ostatnie dobitnie pokazuje, że żadne czasy nie są wolne od cenzury, a piętno „zakazanej książki” może się ciągnąć za danym dziełem przez dekady, niezależnie od panującego w fandomie i poza nim klimatu.
Na początku XXI wieku pojawiła się kolejna autorka, która zyskała popularność w fandomie dzięki swojej opartej na seksualności wizji świata fantasy. Była to Jacqueline Carey, której „Trylogia Kusziela”, wydawana w Polsce od 2004 roku, zyskała już status kultowej. Jest to opowieść o młodej kurtyzanie imieniem Fedra uwikłanej w polityczne intrygi w świecie, w którym władza, piękno i seksualna przyjemność są ze sobą nierozłącznie związane. Jak to zwykle bywa, pod piękną fasadą ukrywają się jednak niebezpieczne spiski i zawiłe koligacje. Świat powieści Carey jest inspirowany średniowieczną Francją, w której system religijny opiera się na fikcyjnej angelologii. Każdemu z ośmiu aniołów przypisana jest konkretna rola, przy czym niemal wszystkie anioły są opisane jako istoty seksualne, inaczej niż w realnych chrześcijańskich wierzeniach. Przyjemność seksualna jest tu zresztą silnie powiązana z religią i uważana za świętość. Szczególnie jeden z aniołów patronuje intymności, a co za tym idzie wszystkiemu, co związane z tzw. Dworem Nocy. Dwór Nocy jest instytucją dzielącą się na poszczególne domy, a każdy z domów skupia się na innym aspekcie cielesnych rozkoszy. Są więc domy skupione na delikatnej, kojącej intymności i takie, które łączą przyjemność z bólem, domy skupione na romansie i takie, gdzie uwaga skupia się na dominacji i uległości.
Jak widać jest to uniwersum bardzo przemyślane i pełne szczegółów, z silnym akcentem seksualnym wpisanym w budowę świata. Pomimo to powieści Carey nie zawierają szczególnie obrazowych scen seksu ‒ zazwyczaj przedstawiają tylko początek, a potem scena się urywa ‒ zaś język autorki jest daleki od wulgarności, bardzo subtelny, choć wciąż barwny, wręcz kwiecisty i unika obrazowej dosadności. Pokazuje to, że da się zyskać popularność pisząc na intymne tematy w sposób delikatny, a jednocześnie czyniący intymność ważnym aspektem świata przedstawionego.
Podobne znaczenie daje seksualności kolejny podgatunek, choć posługuje się on często znacznie bardziej dosadnym warsztatem niż subtelna Jacqueline Carey. Mowa mianowicie o horrorze erotycznym. Jak sama nazwa wskazuje, miesza on erotykę z grozą. Jego nadrzędną rolę często stanowi eksploracja mrocznych stron ludzkiej pasji w bezpiecznym obrębie fikcji. Łączy w tym celu strach i pożądanie, nierzadko graniczące z obsesją. Często też ukazuje takie tematy jak tożsamość, transformacja, czy ogólnie cielesność w szerszym znaczeniu. W horrorze erotycznym można zauważyć wpływy horroru gotyckiego, choć znacznie częściej silne powiązania z body horrorem, a nawet thrillerem psychologicznym.
Do znanych przykładów filmowych tego podgatunku zaliczyć można cykl „Hellraiser”, film „Ludzie-koty” (1982), „Zbrodnie przyszłości” (2021), a także mniej znane japońskie animacje z lat 80. takie jak „Wicked City”, czy „Digital Devil”. Można także znaleźć wiele interpretacji serii „Obcy” odczytujące znane science fiction w tym duchu, gdzie Gigerowski design ksenomorfów bywa odczytywany jako falliczno-waginalne nawiązanie do tematów gwałtu, wstydu, seksu i porodu.
Fanom japońskiej popkultury z pewnością nie jest obcy rodzaj horroru erotycznego rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, który może być nawet uznany za prekursora całego gatunku, bo pochodzi aż z lat 20. i 30. XX wieku. Jest to oczywiście ruch artystyczny ero-guro, bazujący na połączeniu erotyki z groteską i grozą. Był to głównie ruch manifestujący się w literaturze i sztukach plastycznych, choć nie tylko. Po roku ‘36 z powodu obaw o wpływ tego typu treści na psychikę odbiorców ero-guro coraz częściej mierzyło się z ostrą cenzurą. Nie zniknęło jednak na dobre i powróciło z nową siłą po II wojnie światowej wraz z rozpowszechnieniem się nowego medium – mangi. Japoński horror erotyczny zyskał popularność również na Zachodzie, choć obecnie częściej można go znaleźć pod ogólniejszym terminem hentai.
Omawiany gatunek z początku nie był zbyt dobrze przyjmowany przez środowiska feministyczne ze względu na częste przedstawianie groteskowych scen przymuszania kobiet do seksu, obecnie jednak stał się jednym z chętnie eksplorowanych gatunków pozwalającym przedstawić kobiecą transgresyjność oraz bogatą różnorodność tematów z zachowaniem zgody (consent) i autonomii opisywanych postaci kobiecych. Innymi słowy horror feministyczny, nawet ten erotyczny, kwitnie i może być ciekawym sposobem na eksplorowanie tego, co nas przeraża i ekscytuje oraz seksualności w ogóle, również tej innej niż heteronormatywna. Współczesne przykłady pokazują też, że kobieta w horrorze nie musi ograniczać się tylko do roli pasywnej ofiary, ale z powodzeniem może budować własną narrację, jakkolwiek dziwna i nietypowa by ona była.
Osobną broszką, choć nie poza tematem, jest tzw. monster erotica lub monster porn, czyli forma, najczęściej literacka, której głównym tematem są intymne kontakty ludzi z różnymi istotami mitycznymi i nadprzyrodzonymi (w tym również różnego typu kosmitami). Tego typu erotyka nie zawiera, jak mogłoby się wydawać, motywów obcowania ze zwierzętami, co jest zresztą częstym zarzutem ze strony jej przeciwników. Istoty magiczne są tu przedstawiane jako świadome, posiadające inteligencję osoby o cechach humanoidalnych, a różniących się fizycznie od ludzi używaniem nadprzyrodzonych zdolności, możliwością zmiany formy lub posiadaniem zwierzęcych cech wyglądu takich jak łuski, rogi, ogony, uszy porośnięte futrem, wydłużone kły itp. Również i ten rodzaj fantastyki nie uniknął cenzury. W 2013 roku z wielu internetowych serwisów sprzedających książki zaczęły masowo znikać tego typu tytuły ze względu na powyższy argument o obcowaniu ze zwierzętami, a także inne zarzuty, jak przedstawianie ryzykownych scen seksu. Mimo to gatunek do dziś ma się świetne i nawet zdarza mu się przeniknąć do mainstreamu, żeby wspomnieć choćby film del Toro „Kształt wody” sprzed kilku lat.
Kształt wody
Wszystkie poniższe przykłady pokazują jedno: tematyka seksualności i cielesności w fantastyce była od zawsze i, czy tego chcemy czy nie, wciąż będzie obecna ‒ czasem mniej widoczna, czasem bardziej, czasem piękna, innym razem dziwna i trochę straszna. Fantazje, na których przecież od początku opierają się gatunki takie jak horror, fantasy, czy science fiction, dotyczą w końcu wszystkiego, co ludzkie i wszystkiego, co jest i nie jest nam obce.
Policing fandom spaces
Przykładów takich, jak ten z początku artykułu, jest znacznie więcej. Jedne wynikają bezpośrednio z, czasem internalizowanej, mizoginii. Wszyscy pewnie znają przypadek fanów „Zmierzchu” czy boysbandów, takich jak One Direction. Ten rodzaj wykluczania wynika z faktu, że jesteśmy uczeni przez społeczeństwo spoglądać z większą krytyką na to, co uważane jest za typowo kobiece lub dziewczęce ‒ jeśli coś zawiera za dużo romansu, jest zbyt „różowe” i cukierkowe, nie może przecież być poważną kulturą. To zazębia się z purity culture, choć na pierwszy rzut oka powody odrzucania poszczególnych treści mogą się wydawać odmienne.
Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, jakie tabu stanowiło eksplorowanie przyjemności i kobiecych pragnień przez wieki, połączenie między religijną kulturą czystości, a mizoginią w fandomie szybko stanie się jasne. Jeśli jesteś facetem i, brońcie bogowie, przyznasz się do konsumowania mediów uważanych w powszechnej świadomości za typowo „kobiece”, prawdopodobnie naraziłeś się właśnie na utratę punktów męskości. Ścisły podział na treści skierowane typowo do kobiet i typowo do mężczyzn, choć w niektórych gatunkach powoli zanika, w wielu wciąż ma się dobrze. Dlatego często nawet twórcy wielomilionowych franczyz wolą nie ryzykować mieszania tych dwóch światów ze względu na potencjalną utratę części widowni.
Wzór ten można zauważyć przyglądając się takim markom jak Disney, czy Marvel. Wielu analityków mediów zauważa brak w ostatnich latach wątków romantycznych, z których przecież Disney zawsze był znany. Chociażby pierwsze koncepty z filmu „Życzenie” z 2023 roku pokazują genezę gwiezdnego kompana głównej bohaterki jako chłopca obciążonego klątwą i sugerują pomiędzy nimi wątek romantyczny. Wątek był ciekawy, a grafiki koncepcyjne wyglądają naprawdę porządnie, ale twórcy z niego zrezygnowali. Jeszcze lepiej uwidacznia się to w adaptacjach komiksowych. Materiał źródłowy zawsze pełen był zagmatwanych relacji i związków, ale bardzo niewiele z tego jest adaptowane na ekran ‒ zamiast tego twórcy skupiają się na gagach i akcji, nie można przecież za bardzo wyalienować młodej, głównie męskiej publiczności.
Nie twierdzę, że wszystkie tego typu przypadki mają podłoże seksistowskie, ani też, że każda zaangażowana osoba z premedytacją wyklucza kobiety z grupy odbiorców. Niektóre zachowania są nieuświadomione, wiele ma zupełnie inne podłoże. Zaznaczam tylko, że takie przypadki się zdarzają.
Podejrzane tagi – (nie) omijać z daleka
Inną kwestią jest panika moralna związana z niektórymi mediami, czy postaciami, która przenika do fandomu. Czy zdarzyło się Wam przeczytać lub usłyszeć opinię, że para, którą shippujecie jest toksyczna, albo coś jest nie tak z Waszym gustem dotyczącym fanfików? No właśnie. Dlaczego osoby same spędzające znaczną część czasu wolnego na AO3, czy innej platformie przeznaczonej dla twórców i czytelników, miałyby czuć się urażone czyimś gustem, skoro ten nie krzywdzi nikogo w prawdziwym życiu? Owszem, shippowanie realnie żyjących osób ‒ piosenkarzy, muzyków, aktorów ‒ może mieć nieprzyjemne konsekwencje, jeśli wymknie się spod kontroli, ale pozostałe postacie będące tematami twórczości fanowskiej są bohaterami fikcyjnymi. Reprezentacja ma znaczenie. Archive Of Our Own (AO3) zostało stworzone przez osoby queer dla użytkowników chcących eksplorować wątki, dla jakich w ówczesnym fandomie nie było miejsca. Dlaczego w takim razie przyznanie się do pewnych preferencji czytelniczych wciąż uważamy za stygmatyzujące?
I tu wracamy do panik moralnych i kultury czystości. Normy społeczne i płciowe są niekiedy tak głęboko zakorzenione, że nawet z pozoru niewinna zabawa nimi może narazić na ostracyzm. Sugerowanie odwrócenia ról płciowych lub zupełne ich porzucenie może odrzucić część potencjalnych czytelników/widzów/graczy od danego medium. Czasem dla niektórych to o ten jeden krok za daleko. Fakt, że możemy romansować z kim chcemy niezależnie od płci w „Baldur’s Gate 3” (choć pewnie ma też swoich krytyków) został ogólnie dobrze przyjęty, ale sugerowanie męskiej ciąży w takich serialach jak „American Horror Story”, czy „Tadaima, Okaeri” to już poziom degeneracji godny histerycznych fanek yaoi. Nieważne, jak rodzinnie, cieplutko i bezpiecznie jest przedstawiony temat w drugim z wymienionych przykładów, anime zostało pogrzebane zaraz po emisji ze względu na ten jeden aspekt. Owszem, ktoś powie, że każdy ma swoje limity, rzeczy, które go obrzydzają i których nie tyka pod żadnym pozorem (choćby ze względu na traumy z przeszłości czy inne przykre skojarzenia) i to jest w porządku. Warto jednak w tym miejscu się zastanowić, co nas blokuje przed sięgnięciem po dane treści i czy są to osobiste traumy, czy raczej wpojone nam nieco na siłę normy społeczne, bo strach przed domniemaną „karą” ze strony społeczności często powstrzymuje nas przed poznaniem rzeczy, które mogłyby okazać się dla nas ciekawe. W końcu sztuka po to jest, żeby w bezpiecznej przestrzeni eksplorować emocje, których nie wyrazilibyśmy w prawdziwym życiu. Czy nie dlatego oglądamy horrory i grywamy w brutalne gry, żeby zobaczyć się w świetle, w jakim nie możemy stanąć w prawdziwym życiu? Nie wszystkie pragnienia, o których pomyślimy, należy zaspokajać ‒ tego uczą się już małe dzieci ‒ ale można się nad nimi zastanowić i je analizować nie krzywdząc nikogo, w bezpiecznej przestrzeni ekranu czy kart książki.
Bo to złe ludzie są
Podobnie jest z fascynacją postaciami niemoralnymi lub niejednoznacznymi. Wiele krąży opinii, że zainteresowanie czarnymi charakterami „z pewnością” świadczy o moralności danego fana czy fanki, co jest ewidentnym nieporozumieniem. I nie mówimy tu o fascynacji prawdziwymi zbrodniami prawdziwych ludzi ‒ to byłby temat na osobne przemyślenia. Mam tu na myśli postaci typowo fikcyjne. Antagoniści mogą nas intrygować z wielu powodów. Często są zwyczajnie lepiej napisaną postaciami niż protagoniści. Może to być taki sam powód, jak opisałam wyżej, czyli chęć eksploracji naszej własnej ciemnej strony w bezpieczny, niejako pośredni, sposób. Może przyciąganie, jakie czujemy w stosunku do czarnego charakteru, często piętnowane np. w środowisku fanów fan fiction, czy krytyków gatunku dark romance, ma dla nas znaczenie katartyczne, gdzie to my możemy siebie obsadzić w roli sprawującego/sprawującej kontrolę: mamy przecież władzę nad własną fantazją i tym razem, w tej konkretnej przestrzeni, nic złego nas nie spotka.
Każda świadoma siebie osoba może mieć wiele różnych powodów, a czasem nawet pomimo tej świadomości zwyczajnie nie wiemy, dlaczego coś nas fascynuje. I znów wracam do kwestii bezpiecznego eksplorowania naszych wyobrażeń. Moralna panika dotycząca fikcyjnych niemoralnych postaci wynika często ze strachu przed niebezpiecznymi zachowaniami w prawdziwym życiu. Doświadczenie pokazuje jednak, że przypadków osób popełniających przestępstwa pod wpływem zainteresowań fikcją jest stosunkowo niewiele. Do głowy przychodzą mi dwa przykłady: przypadek dwunastolatki z Wisconsin z 2014 roku, którą dwie koleżanki próbowały zabić, żeby złożyć w ofierze Slendermanowi oraz słynny japoński morderca z lat 80., którego media okrzyknęły „Otaku-Zabójcą”, gdyż w jego mieszkaniu znaleziono mnóstwo materiałów z kobiecymi postaciami anime. Przypadki takie zazwyczaj mają jednak więcej wspólnego z psychiczną niestabilnością oskarżonych, niż z samymi mediami, którymi te osoby się fascynowały. Większość fanów fantastyki, gier, mangi czy anime nie ma skłonności do krzywdzenia innych, a wręcz często cechuje ich wysoka wrażliwość. Eksplorowanie fikcyjnych światów z założenia jest bezpieczną formą poznawania emocji, zachowań i przeżyć z różnych względów nam niedostępnych i o ile mamy w sobie dojrzałość emocjonalną i umiejętność odróżniania fikcji od rzeczywistości, nie stanowi zagrożenia, niezależnie od tego, w jakie tagi klikamy na AO3, kogo shippujemy (tak długo, jak są to osoby fikcyjne) i jak bardzo lub jak mało czarno-białe są nasze ulubione postacie.
Końcowe myśli
Na koniec kilka uwag. Po pierwsze, na pewno ten tekst nie jest wyczerpującym przedstawieniem, a jedynie zarysowaniem tematu. Polecam zajrzeć na media społecznościowe kilku twórców i twórczyń, z inspiracji których powstał ten tekst i którzy też poruszyli temat kultury czystości w fandomie, m.in. EIsSocial, Princess Weekes, czy Coleen’s Manga Recs.
Po drugie, wcale nie mówię, że krytyka czegokolwiek jest zła. Przeciwnie, rozmontowywanie i analizowanie mediów, nie tylko tych, z którymi mamy problem, jest bardzo ważne. Powiedzenie, że coś zostało przedstawione źle, nieprzyjemnie wyeksploatowane, szczególnie w kontekście trudnych tematów, jest jak najbardziej na miejscu. Analiza mediów wymaga jednak konstruktywnej krytyki, a niekoniecznie obrzucania twórców i fanów błotem. Problematyczni twórcy, media, czy wątki istnieją i należy o tym mówić, jednak na ten sam temat mogą też istnieć przedstawienia stworzone z delikatnością i szacunkiem. Nawet najdziwniejsze tabu przedstawione z troską i uważnością może okazać się wartościowym głosem na ważny temat.
Procesy kulturowe, takie jak ten opisany wyżej, mają rozmaite źródła i przybierają różne formy. Czasem nie da się ich ani precyzyjnie wyjaśnić, ani tym bardziej zmienić. I mimo, że ten tekst nie ma nikogo do niczego zachęcać, ani też nikogo na nic nawracać, to jednak na koniec wypada powiedzieć, że jeśli przebywanie w przestrzeniach internetowych może człowieka czegoś nauczyć, to tego, że jeśli czujemy, że coś w nich nie jest dla nas, wystarczy zamknąć kartę w przeglądarce i wyjść odetchnąć świeżym powietrzem.
Paulina Jasik ‒ rocznik ’95. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Opolskim. Miłośniczka horroru, folkloru i muzyki alternatywnej. Debiutowała w 2021 roku na łamach „Imaginarium Opolskiego” opowiadaniem „Zmora”, a w „NF” tekstem „Cyberpunkowa femme fatale” („NF” 03/24).
Publicystyka
Łukasz Czarnecki
UCZNIOWIE HERMESA
Średniowieczna Europa wiele zaczerpnęła z dorobku intelektualnego świata islamu.
Dzięki kontaktom z muzułmanami odnaleziono i przetłumaczono na łacinę zaginione na Zachodzie dzieła greckich filozofów, pisma arabskich lekarzy pchnęły europejską medycynę do przodu, a opracowanych w Lewancie przyrządów astronomicznych używali chrześcijańscy uczeni do śledzenia ruchów gwiazd. Równocześnie Europejczycy właśnie od wyznawców Allaha zarazili się bakcylem ułudy i pseudonauki pchającym kolejne pokolenia do daremnego pościgu za opracowaniem metody przemiany pospolitych metali w złoto. Nie mówiąc już o tym, że gdyby nie arabscy alchemicy, mielibyśmy o wiele mniej przypadków alkoholizmu.
Wyraz alchemia ma pochodzenie arabskie. Dyskusyjna pozostaje jednak jego dokładna etymologia. Jedni sądzą, że termin al-kimija jest zarabizowaną wersją greckiego słowa khymeia, którym określano sztukę topienia metali, inni łączą go z egipskim przymiotnikiem kemi, czyli czarny. Jakkolwiek by było, to właśnie arabscy adepci nauk tajemnych położyli podwaliny pod średniowieczną i nowożytną tradycję alchemiczną. Inna rzecz, że nie oni pierwsi parali się eksperymentami mającymi na celu transmutację metali i uzyskanie kamienia filozoficznego. Arabowie zapoznali się z tą sztuką, podobnie jak z całym dorobkiem nauki greckiej, w trakcie swoich podbojów z VII wieku. Najprawdopodobniej miejscem, gdzie po raz pierwszy wyznawcy Allaha usłyszeli o ezoterycznych praktykach helleńskich uczonych, była egipska Aleksandria, w której wciąż żywe pozostawały starożytne tradycje naukowe, okultystyczne i hermetyczne.
Hermes i jego tablica
W momencie, gdy w mury stolicy greckiego Egiptu wkraczały oddziały kalifów, kraj nad Nilem mógł się poszczycić niezwykle bogatą i długą tradycją ezoteryczną. Nauki tajemne zaczęły kiełkować tu już za Ptolemeuszów, zaś w okresie rzymskim i bizantyńskim nastąpił ich gwałtowny rozkwit. Stanowiąca centrum intelektualne prowincji Aleksandria w naturalny sposób stała się stolicą tego typu praktyk. To właśnie tu w pierwszych czterech wiekach naszej ery narodził się hermetyzm ‒ ruch łączący w sobie wspomnienie starych egipskich bogów, kult bóstw helleńskich i elementy zaczerpnięte z gnostycyzmu oraz wierzeń wschodnich od judaizmu po chaldejską astrologię.
XVII-wieczne wyobrażenie Szmaragdowej Tablicy
