Nocne życie w Londynie - Sharon Kendrick - ebook
Opis

Conall Devlin wiele zawdzięcza Ambrose’owi Carterowi, który w młodości uratował go przed więzieniem. Teraz Conall ma szansę się odwdzięczyć. Carter prosi, by przemówił jego córce Amber do rozsądku. Amber całe noce spędza w nocnych klubach i zdaniem ojca marnuje sobie życie. Tylko Conall będzie w stanie poradzić sobie z tą zbuntowaną dziewczyną…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sharon Kendrick

Nocne życie w Londynie

Tłumaczenie: Jan Kabat

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W rzeczywistości sprawiała wrażenie bardziej niebezpiecznej niż pięknej. Była niezwykła, tak… ale przywiędła. Jak róża w butonierce po całonocnej zabawie.

Spała na białej skórzanej kanapie w obszernym podkoszulku, który sięgał do połowy opalonych i nieprawdopodobnie długich nóg. Obok leżał pusty kieliszek po szampanie. Przez okna wychodzące na balkon wpadał lekki wiaterek, nie mógł jednak stłumić woni dymu papierosowego i kadzidełka. Conall cmoknął z odrazą. Banał… pod postacią wspaniałego ciała Amber Carter, gdy tak leżała z głową wspartą na ramieniu i rozsypanymi włosami.

Gdyby była mężczyzną, obudziłby ją szturchnięciem, ale była kobietą, zepsutą i piękną kobietą, za którą teraz ponosił odpowiedzialność i której z jakiegoś powodu nie chciał tknąć. Nie śmiał.

Niech diabli wezmą Ambrose’a Cartera, pomyślał zapalczywie, przypominając sobie błagalne słowa starszego człowieka. „Musisz ją ocalić przed nią samą, Conall. Ktoś musi jej pokazać, że tak dalej nie można”. Przeklinał swoje głupie sumienie, które kazało mu się zgodzić na tak szalony układ.

Zaczął nasłuchiwać – w mieszkaniu panowała cisza. Pomyślał jednak, że warto sprawdzić, czy nie ma tu nikogo więcej.

Krążył po pokojach, ale nie znalazł żywej duszy pośród tłustych kartonów po pizzy i pustych butelek szampana. Raz tylko zatrzymał się na dłużej – kiedy otworzył drzwi gościnnej sypialni. Dostrzegł za pluszową kanapą obrazy i podszedł bliżej, a instynkt kolekcjonera kazał mu przejrzeć je z zainteresowaniem. Były surowe i gniewne, z tymi zawijasami i plamami farby, gdzieniegdzie podkreślonymi czarnym tuszem tworzącym ostre krawędzie. Przyglądał im się przez chwilę, zanim sobie przypomniał, że jest tu w określonym celu, i wrócił do salonu, gdzie Amber Carter wciąż leżała na kanapie.

‒ Obudź się – warknął. – Powiedziałem: obudź się.

Drgnęła i odsunęła gęste hebanowe włosy sprzed twarzy, odsłaniając profil – mały zgrabny nosek i różane nadąsane wargi. Powieki uniosły się i kiedy obróciła powoli głowę, zauważył, że jej oczy odznaczają się najbardziej zdumiewającym odcieniem zieleni, jaki kiedykolwiek widział. Sprawiły, że natychmiast zapomniał, co tu robi.

‒ Co się dzieje? – spytała chrapliwie. – Kim pan jest, do diabła?

Usiadła i rozejrzała się, ale nie zaczęła sprawiać kłopotów, jakby przywykła do tego, że jest budzona przez obcych mężczyzn wkraczających w środku dnia do jej mieszkania.

‒ Nazywam się Conall Devlin – powiedział, wypatrując w jej twarzy jakichś oznak świadomości, ale dostrzegł jedynie nudę.

‒ Tak? – ziewnęła. – A jak się pan tu dostał, panie Devlin?

Conall był pod wieloma względami człowiekiem staroświeckim – zarzut, z którym często spotykał się w przeszłości ze strony rozczarowanych kobiet – i w tym momencie poczuł narastający gniew, ponieważ potwierdzała wszystko, co o niej dotychczas słyszał. Że jest nieostrożna. Że nikt jej nie obchodzi prócz niej samej. Gniew był bezpieczniejszy niż pożądanie. Nie pozwalał się skupiać na podrygiwaniu jej piersi ani na ruchu pełnym naturalnego wdzięku, kiedy wstała i ruszyła przez pokój.

‒ Drzwi były otwarte – wyjaśnił, nie kryjąc dezaprobaty.

‒ Ktoś zostawił je otwarte, wychodząc. – Obdarzyła go uśmiechem, który zapewne sprawiał, że mężczyźni jedli jej z ręki. – Urządziłam zeszłej nocy przyjęcie.

‒ Nie martwi cię, że ktoś mógł tu wejść i cię okraść… albo gorzej?

Wzruszyła ramionami.

‒ Ochrona przy głównym wejściu jest zazwyczaj czujna. Ale… zdaje się, że poradził pan sobie z nią bez większych trudności. Jakim cudem?

‒ Mam klucz. – Pokazał go jej.

Przemierzała właśnie pokój – jego wzrok powędrował ku jej pośladkom – ale obróciła zaskoczona głowę i zmarszczyła brwi, wyjmując paczkę papierosów z małej torebki na stoliku do kawy.

‒ Jak to… ma pan klucz? – spytała i wyciągnęła z paczki papierosa.

‒ Wolałbym, żebyś tu nie paliła – oznajmił zdecydowanie.

‒ Naprawdę?

‒ Tak, naprawdę – odparł sarkastycznie. – Pomijając ryzyko związane z biernym paleniem, nienawidzę dymu papierosowego.

‒ Więc proszę wyjść. Nikt tu pana siłą nie trzyma.

Zapaliła, ale ledwie zdążyła się zaciągnąć, kiedy Conall podszedł do niej i wyjął papierosa z jej ust, nie zwracając uwagi na spojrzenie zszokowanych oczu Amber.

‒ Co pan sobie wyobraża? – rzuciła z oburzeniem. – Nie możesz tego robić!

‒ Nie? No to zobacz, dziecinko.

Wyszedł na balkon i zgniótł między palcami rozżarzony koniec papierosa, po czym wrzucił peta do pustego kieliszka po szampanie.

Kiedy wrócił do pokoju, wyjęła z wyzywającym wyrazem twarzy drugiego papierosa.

‒ Mam ich jeszcze wiele.

‒ Strata czasu – oznajmił sucho. – Bo będę zabierał ci każdego następnego.

‒ A jeśli wezwę policję i każę pana aresztować za najście?

Conall pokręcił głową.

‒ Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale ten zarzut się nie ostanie. To ty jesteś winna najścia. Pamiętasz, co powiedziałem? Że mam klucz?

Zauważył, że nie jest już taka pewna siebie, i dostrzegł jakiś cień w jej pięknych zielonych oczach. Doznał jakby współczucia, choć nie wiedział dlaczego. Przypomniał sobie, z jaką kobietą ma do czynienia. Zepsutą i zdolną do manipulacji; uosabiała wszystko, czym pogardzał.

‒ Tak, wiem, ale pytam dlaczego, i lepiej, żebym usłyszała konkretne wyjaśnienie – powiedziała to tonem, jakim nikt nie śmiał się do niego zwracać. – Kim pan jest? Dlaczego pan tu wtargnął?

‒ Z radością wszystko wyjaśnię, ale najpierw musisz coś na siebie włożyć.

‒ Z jakiej racji? – Położyła z uśmiechem dłoń na biodrze. – Czy mój wygląd pana niepokoi, panie Devlin?

‒ Nie, w każdym razie nie w sposób, jaki sugerujesz. Nie podniecają mnie kobiety palące papierosy i oferujące ciała obcym mężczyznom – oznajmił, choć to drugie nie było do końca prawdą, czego dowodziło jego podniecenie. – A ponieważ nie mogę tu siedzieć cały dzień, to może zrobisz, o co proszę, i przejdziemy do konkretów.

Przez chwilę Amber kusiło, żeby wprowadzić groźbę w czyn i wezwać policję, pomimo tego, że bawił ją „dramatyzm” tej sytuacji. Bo czyż nie było dobrze odczuwać coś, choćby gniew, kiedy od tak dawna doznawała dość przerażającego odrętwienia? Miała wrażenie, że jest pozbawiona ciała – bezbarwna i niewidoczna.

Przypomniała sobie minioną noc. Czy Conall Devlin był jednym z nieproszonych gości na tym zaimprowizowanym przyjęciu? Nie, zapamiętałaby go. Zaliczał się do mężczyzn, jakich nigdy się nie zapomina, nawet jeśli się ich nie znosi.

Przyjrzała mu się dokładniej. Jego toporne rysy byłyby doskonałe, gdyby nie nos, najwyraźniej kiedyś złamany. Włosy miał ciemne, a oczy koloru nocy. Brodę pokrywał cień zarostu, jakby się nie ogolił tego ranka. No i ciało. Amber przełknęła z wysiłkiem ślinę. Bez trudu rąbałby kilofem kawał twardego betonu, nawet jeśli się domyślała, że jego nieskazitelny szary garnitur musiał kosztować fortunę.

Jednocześnie wnętrze jej ust przypominało papier ścierny, była też pewna, że jej oddech odznacza się koszmarną wonią, bo zasnęła bez umycia zębów. Wczorajszy makijaż wciąż oblepiał jej oczy, a ciało pod obszernym podkoszulkiem było lepkie. Nikt nie chciałby się tak prezentować w obecności równie atrakcyjnego mężczyzny.

‒ Okej – odparła niedbale. – Ubiorę się.

Jego zaskoczenie sprawiło jej satysfakcję – jakby się nie spodziewał jej kapitulacji; lubiła zaskakiwać ludzi. Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy człapała do sypialni, skąd rozciągał się wspaniały widok na atrakcje Londynu.

Patrząc przez okno, próbowała pozbierać myśli. Niektóre kobiety by się wystraszyły, gdyby zostały tak obudzone przez obcego mężczyznę, ale Amber uznała to za interesujący początek dnia; ostatnimi czasy wszystkie poprzednie zlewały się w niewyraźną plamę. Zastanawiała się, czy Conall Devlin ma w zwyczaju dostawać to, co chce. Dostrzegała w nim niezaprzeczalny rys arogancji. Sądził, że zastraszy ją swoją postawą spod znaku macho? Przekona się wkrótce, że nic nie może jej zastraszyć.

Nic.

Nie spieszyła się, choć na wszelki wypadek zamknęła drzwi łazienki. Ożyła pod prysznicem, potem ubrała się i umalowała starannie. Dwadzieścia minut później pokazała mu się w obcisłych dżinsach i wąskim podkoszulku. Siedział na kanapie, pisząc coś na laptopie, jakby to mieszkanie należało do niego. Podniósł wzrok, kiedy weszła do pokoju; dostrzegła w jego oczach coś, co sprawiło, że poczuła się nieswojo. Po chwili zamknął komputer i przyjrzał jej się chłodno.

‒ Siadaj – nakazał.

‒ To moje mieszkanie, nie pańskie, więc proszę mi nie rozkazywać. Nie chcę usiąść.

‒ Myślę, że będzie lepiej, jeśli to zrobisz.

‒ Nie obchodzi mnie, co pan myśli.

Zmrużył oczy.

‒ Niewiele cię obchodzi, co, Amber?

Zesztywniała. Wymówił jej imię tak, jakby miał do tego pełne prawo. Dopiero teraz wyczuła irlandzki akcent w jego głosie. Poczuła przyspieszone bicie serca. Ten niedzielny poranek, początkowo zwariowany, wydał jej się nagle… niepokojący.

Usiadła naprzeciwko niego. Stojąc, czuła się jak niegrzeczna uczennica wezwana przed oblicze dyrektora szkoły. A to, jak ten mężczyzna na nią patrzył, przyprawiało ją o drżenie nóg. I nie miało to nic wspólnego z gniewem.

‒ Kim pan jest?

‒ Powiedziałem ci. Conall Devlin. – Uśmiechnął się. – Jakieś skojarzenia?

Wzruszyła ramionami, jakby coś jej zaświtało.

‒ Może.

‒ Znam twojego brata, Rafe…

‒ Przyrodniego brata – sprostowała z naciskiem. – Nie widziałam go od lat. Mieszka w Australii. Jesteśmy raczej rozczłonkowaną rodziną.

‒ Wiem. Pracowałem także dla twojego ojca.

Zmarszczyła czoło.

‒ O rany. Współczuję.

Zorientowała się po jego spojrzeniu, że jest poirytowany tą uwagą, i z jakiegoś powodu poczuła się zadowolona. Przypomniała sobie, że nie miał prawa wdzierać się tutaj i siadać nieproszony na jej sofie. Albo zadawać pytań. Problem polegał na tym, że emanował pewnością siebie – jak magik, który zostawia najlepszy numer na sam koniec…

‒ W każdym razie nie mam czasu. Przyznaję, nikt mnie tak jeszcze nie obudził, ale jestem już znudzona i wybieram się na lunch z przyjaciółmi. Więc niech pan przejdzie do rzeczy, panie Devlin. Czy mój drogi tata, pod wpływem rzadkich wyrzutów sumienia, zastanawia się, jak radzą sobie jego dzieci? A może jest pan jednym z jego goryli, których czasem na mnie nasyła? Niech mu pan powie, że u mnie wszystko w porządku. A może znudziła mu się żona numer… który to teraz? Szósty? Tak trudno się połapać w jego szalonym życiu miłosnym.

Conall słuchał tych wynurzeń, mówiąc sobie, że ma oczywiście prawo być zdenerwowana i napastliwa, biorąc pod uwagę jej przeszłość i wychowanie. Wiedział jednak, że przeciwności losu nie z każdego robią zepsutego i kapryśnego osobnika. Pomyślał o tym, przez co przechodziła jego własna matka.

Nie wyświadczyłby jej przysługi, gdyby klepał ją po ładnej główce i zapewniał, że wszystko będzie okej. Czy nie robiono tak z nią przez całe życie – z wiadomym rezultatem? Kusiło go, żeby przełożyć ją przez kolano i wbić jej trochę rozumu do głowy, ale poczuł nagle przypływ żądzy. Uznał, że to chyba nie jest dobry pomysł.

‒ Właśnie zawarłem umowę biznesową z twoim ojcem – powiedział.

‒ Brawo – odparła bezczelnie. – Twardo negocjował, co?

‒ Rzeczywiście.

Zastanawiał się, czy Amber uświadamia sobie ironię własnych słów i to, jak bardzo się z nimi zgadzał. Gdyby ktoś inny przedstawił takie warunki jak Ambrose Carter, to nigdy by się na nie nie zgodził. Ale nabycie tego imponującego wieżowca w takiej części Londynu było jego życiowym marzeniem; nie wierzył, że mu się to uda tak wcześnie, przed trzydziestym piątym rokiem życia. Chodziło też o coś więcej. Dużo zawdzięczał starszemu człowiekowi. Bo Ambrose, pomimo klęski własnego życia emocjonalnego, okazał mu kiedyś serdeczność. Uwierzył w niego, choć nikt inny nie chciał tego zrobić.

„Masz wobec mnie dług, Conall – oznajmił, kiedy już przedstawił swoje nieprawdopodobne żądanie. – Zrób dla mnie tę jedną rzecz i jesteśmy kwita”.

Conall buntował się przeciwko temu emocjonalnemu szantażowi, ale jak mógł odmówić? Gdyby nie Ambrose, skończyłby zapewne w więzieniu. Z pewnością dałby radę wpoić jego zagubionej córce kilka podstawowych lekcji zachowania i przetrwania.

Patrzył w jej szmaragdowe oczy i starał się nie dostrzegać zmysłowego kształtu ust; poczuł w skroni bolesny puls.

‒ Nabyłem coś wczoraj od twojego ojca.

Nie zwracała uwagi na to, co mówi, zainteresowana głównie papierosami.

‒ To znaczy?

‒ Jestem właścicielem tego budynku – wyjaśnił.

Teraz nadstawiła uszu. W jej zielonych oczach malował się szok. Po dwóch sekundach jednak znów zaczęła okazywać typową dla siebie arogancję i popatrzyła na niego.

‒ Pan? Ale… to jedna z jego głównych inwestycji. Dlaczego miałby ją sprzedawać, nic mi nie mówiąc? I to panu?

Conall parsknął śmiechem.

‒ Przypuszczalnie dlatego, że lubi robić ze mną interesy. I chce się w jakimś stopniu uwolnić od pieniędzy i zobowiązań, żeby cieszyć się emeryturą.

Zmarszczyła czoło.

‒ Nie sądziłam, że o tym myśli.

Conall miał już na końcu języka, że gdyby częściej kontaktowała się z ojcem, to wiedziałaby, co się dzieje w jego życiu, ale nie zjawił się tu po to, by ją oceniać, tylko zaproponować alternatywę dla jej obecnego stylu życia, nawet wbrew niej samej.

‒ No cóż, owszem. Wycofuje się w sytuacji, kiedy jestem nowym właścicielem tej nieruchomości, co oznacza pewne zmiany. A najważniejsza jest taka, że nie możesz już tu mieszkać za darmo, jak dotychczas.

‒ Słucham?

‒ Zajmujesz obecnie luksusowy apartament w doskonałej lokalizacji. Mogę go wynająć za astronomiczną sumę. W tej chwili nie płacisz nic. Obawiam się, że taki układ zbliża się do końca.

Zrobiła urażoną minę i zadrżała, jakby sama wzmianka o pieniądzach była w jakiś sposób wulgarna, a Conall doznał satysfakcji i uświadomił sobie, że doskonale się bawi. Już dawno żadna kobieta nie okazała mu niczego prócz gorliwej chęci.

‒ Sądzę, że pan nie rozumie, panie… Devlin – oznajmiła, wypowiadając jego nazwisko z niekłamanym obrzydzeniem. – Będę zadowolona, mogąc płacić normalny czynsz. Muszę się tylko skontaktować ze swoim bankiem.

‒ Życzę szczęścia.

Teraz zaczęła okazywać gniew. Dostrzegł to w jej oczach i palcach zaciśniętych niczym szpony na materiale dżinsów. I poczuł coś, czego nie rozumiał. Coś, co próbował stłumić, wpatrując się w gwałtowne drżenie jej warg.

‒ Może pan zna mojego ojca i brata – powiedziała. – Ale nie upoważnia to pana do komentarzy na temat spraw, które nic pana nie powinny obchodzić i o których nic pan nie wie. Chociażby moich finansów.

‒ Och, wiem więcej, niż sobie uświadamiasz.

‒ Nie wierzę panu.

‒ Wierz, w co chcesz, dziecinko. Bo wkrótce dowiesz się prawdy. Zamierzam jednak okazać ci wielkoduszność, Amber, ponieważ od dawna przyjaźnię się z twoim ojcem. Chcę ci złożyć ofertę.

Zmrużyła podejrzliwie te swoje niesamowite oczy.

‒ Jaką ofertę?

‒ Chcę ci zaproponować pracę i szansę rehabilitacji. Jeśli się zgodzisz, pomyślimy o znalezieniu dla ciebie mieszkania odpowiedniego dla przeciętnie zarabiającej kobiety.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby miał jej lada chwila powiedzieć, że tylko żartował.

‒ A jeśli się nie zgodzę?

Wzruszył ramionami.

‒ Sytuacja się skomplikuje. Będę zmuszony dać ci miesięczne wypowiedzenie, a potem wymienić zamki w drzwiach. Obawiam się, że będziesz zdana wyłącznie na siebie.

Zerwała się na równe nogi, jej oczy płonęły zielonym ogniem, jakby chciała się na niego rzucić. I czy nie pragnął pod wpływem jakiegoś prymitywnego instynktu, by to zrobiła? By przejechała tymi czerwonymi paznokciami po jego piersi, a potem sięgnęła krocza?

Ale nie zrobiła tego. Stała tylko, starając się zapanować nad sobą… a on, ulegając erotycznym fantazjom, próbował robić to samo.

‒ Może nie znam się na prawie, panie Devlin, ale nawet ja wiem, że nie wolno wyrzucić lokatora na ulicę.

‒ Nie jesteś lokatorką, Amber, i nigdy nią nie byłaś – powiedział, starając się nie okazywać triumfu. Była zepsuta, ale wkrótce miała się przekonać, jak wygląda prawdziwe życie. – Twój ojciec tylko pozwolił ci tutaj mieszkać. Nie podpisałaś żadnej umowy…

‒ Oczywiście, że nie… bo to mój ojciec!

‒ Co oznacza, że korzystałaś z jego dobroci. A teraz sprzedał mi ten budynek. Obawiam się, że nie rości sobie do niego żadnych praw. Tak jak ty.

Pokręciła głową.

‒ Nie zrobiłby mi czegoś takiego! Uprzedziłby mnie!

‒ Powiedział, że przesłał ci list ze stosowną informacją, tak jak bankowi.

Amber zerknęła na stos korespondencji, która zalegała na biurku. Miała koszmarny zwyczaj – nie otwierała listów. Przekazywały tylko złe wiadomości, a wszystkie rachunki były opłacane na zasadzie zlecenia stałego. Gdyby ktoś chciał się z nią koniecznie skontaktować, to mógł wysłać jej mejla, prawda?

Tymczasem postanowiła nie zwracać uwagi na tego mężczyznę o ironicznym głosie i jego niepokojącą obecność. Musiała porozmawiać z ojcem. Doszło do jakieś pomyłki. Chyba że umysł ojca nie odznaczał się już taką bystrością jak dawniej. Bo czym tłumaczyć fakt, że sprzedał ten klejnot w swojej koronie takiemu… zbirowi?

‒ Chciałabym, żeby już pan sobie poszedł, panie Devlin.

‒ Więc nie jesteś zainteresowana moją ofertą? Pierwszą pracą w swoim uprzywilejowanym życiu? Szansą udowodnienia, że interesują cię nie tylko przyjęcia?

‒ Wolałabym pracować dla samego diabła niż dla pana – odpaliła.

Wstał, przeszedł przez pokój i stanął nad nią groźnie.

‒ Umów się ze mną na spotkanie, kiedy już posłuchasz głosu rozsądku – powiedział, kładąc na stoliku do kawy wizytówkę.

‒ Wykluczone – odparła, wyjmując papierosa z paczki i patrząc na niego wyzywająco. – A teraz niech pan idzie do diabła.

‒ Och, wierz mi, dziecinko, piekło byłoby o wiele lepszą alternatywą w porównaniu z minutą spędzoną w twoim towarzystwie.

Uświadomiła sobie w panice, że mówi poważnie.

Tytuł oryginału: The Billionaire’s Defiant Acquisition

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Sharon Kendrick

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3166-4

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.