Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
26 osób interesuje się tą książką
W okolicach Zalesia zostaje znalezione ciało topielca. Wydaje się, że doszło do wypadku. Wkrótce jednak wychodzi na jaw, że tydzień wcześniej na pobliskim leśnym parkingu komisarz Iwo Wilkowski odkrył brutalnie okaleczone zwłoki dwójki młodych ludzi. Obrażenia pasują do tych zadawanych wcześniej przez seryjnego mordercę zwanego Amorem. Tyle tylko że potwornego zabójcę zakochanych zlikwidowano trzydzieści lat temu. Czyżby pojawił się naśladowca? A może prawdziwy sprawca jest jednak na wolności?
Dzięki dziennikarce śledczej Oliwii Bacewicz podkomisarz Michalina Murawska szybko odkrywa, że przerażające wydarzenia z przeszłości mają związek z jej rodziną, a koleżanka, której zaczęła ufać, zatrudniła się w piaseczyńskiej jednostce po to, by ją aresztować. Jednak wymykająca się wszelkim schematom podkomisarz Kaja Dalke ukrywa w zanadrzu jeszcze więcej. Oliwia Bacewicz także nie wyjawiła całej prawdy.
Prokurator Grzegorz Hala bardzo chciałby pomóc przyjaciółce rozwikłać zagadkę Amora, lecz on również ma problemy. Czy czwórka śledczych zdąży rozwiązać sprawę, nim Amor zaatakuje po raz kolejny? A może ten seryjny… nigdy nie istniał?
„Noc trzydziesta” to kontynuacja bestsellera „Nic takiego”. To seria łącząca elementy thrillera, klasycznego kryminału i powieści z rozbudowanym wątkiem psychologicznym.
Katarzyna Puzyńska – z wykształcenia psycholog. Jest autorką bestsellerowej serii kryminałów, powieści fantasy, horroru oraz książek non-fiction. Z okazji jubileuszu stulecia polskiej Policji za książki „Policjanci. Ulica” i „Policjanci. Bez munduru” otrzymała od Komendanta Głównego nagrodę w kategorii „Policja w literaturze”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 425
Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2026
Projekt okładki
Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce
fot. archiwum M. Banachowicz
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Małgorzata Grudnik-Zwolińska
Korekta
Maciej Korbasiński
ISBN 978-83-8444-553-2
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dla Kasi Michalczyk
w podziękowaniu za wsparcie 34. Finału
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy!
Opisane w tej książce wydarzenia, osoby, funkcjonariusze i grupy przestępcze są całkowicie fikcyjne i stworzone jedynie na potrzeby tej historii. Wszelkie ewentualne podobieństwo do prawdziwych wydarzeń lub osób jest dziełem przypadku.
Prawdą jest natomiast, że na przestrzeni lat polskie służby prowadziły w podwarszawskiej Wólce Kosowskiej różne działania związane z przestępczością zorganizowaną. Ta książka nie ma jednak na celu ich przybliżenia. Jest jedynie fikcją literacką.
W POPRZEDNIM TOMIE
PODKOMISARZ MICHALINA MURAWSKA
Ja o czymś nie wiem? – zapytała podkomisarz Michalina Murawska, kiedy mijali skrzyżowanie Okulickiego i Puławskiej w Piasecznie.
Wolała skupić się na tajemnicy garażu prokuratora Grzegorza Hali niż na tym, co powiedziała jej Oliwia Bacewicz. Policjantka potrzebowała czasu, żeby przetrawić słowa znienawidzonej dziennikarki śledczej.
– To parkowanie na podjeździe zupełnie do naszego Grzesia nie pasowało – wyjaśniła podkomisarz Kaja Dalke. – Czyli coś musi się w tym kryć.
Dalke nazywano również Piggy. Sama wybrała sobie to przezwisko. Tłumaczyła, że pasuje do niej, bo po pierwsze jest korpulentna. Po drugie mianem pig określano w Stanach Zjednoczonych gliniarzy.
– Rozgryzłaś mnie, Kaju – zaśmiał się Hala, ale Michalina czuła, że jego wesołość jest raczej udawana i podszyta sporymi emocjami. Lękiem?
A może tylko tak to odbierała, bo sama miała wrażenie, że kłębiące się w niej uczucia zaraz ją rozsadzą. Oliwia Bacewicz wzięła ją przed chwilą na stronę i powiedziała, że zaczęła zbierać na jej temat materiały. Murawska przez cały czas się tego obawiała. Jednak nie spodziewała się, co celebrytka odkryje. Myślała, że jakąś starą sprawę, którą policjantka prowadziła. Może jeszcze z czasów, kiedy Murawska pracowała w KSP1. A może problemy syna? Ale wcale nie chodziło o jakąś wpadkę zawodową ani o to, że Sebastian zaczął obracać się w kręgach chuligańskich. To było coś zupełnie innego.
– Co powiedziała ci Oliwia? – zapytała Dalke.
Siedziała z przodu. Musiała się więc odwrócić, żeby spojrzeć na Michalinę. Jej pulchna twarz rozszerzyła się w niewinnym uśmiechu, ale policjantka i tak miała wrażenie, że Piggy prześwietla ją na wylot.
Z jednej strony Murawska chciała wszystko z siebie wyrzucić. Z drugiej nie czuła się gotowa. Wiedziała już, jak naprawdę się nazywa i co spotkało jej biologicznych rodziców. Teraz rozumiała, czemu ci adopcyjni milczeli na temat wydarzeń sprzed trzydziestu lat. Oliwia obiecała Michalinie, że opowie jej więcej, jak się następnym razem zobaczą. Dziś nie było na to czasu, bo prokurator chciał pokazać policjantkom coś ważnego. Coś, co najwyraźniej skrywał w swoim garażu.
Hala wydawał się jednym z najbardziej prawych ludzi, jakich Murawska kiedykolwiek poznała. Trudno było jej wyobrazić sobie, żeby mógł popełnić jakiekolwiek przestępstwo. A jednak wyczuwała w nim poczucie winy.
Na pewno chodziło o coś ważnego. Dlatego odpuściła dalszą rozmowę z Oliwią, mimo że bardzo chciała dowiedzieć się więcej. Celebrytka zarzekała się, że nie opublikuje materiału o Murawskiej, jeśli policjantka nie wyrazi zgody.
Tylko czy Michalina mogła jej wierzyć? Oliwia zawodowo zajmowała się przecież oczernianiem środowiska policyjnego. Kolejna nieudana akcja? Brzemienne w skutki błędy? Takie materiały najlepiej się klikały. Ciągle chwaliła się, jak to potrafi rozgryźć najtrudniejsze nawet sprawy, gdy służby bezowocnie się z tym biedzą. Działało to na Murawską jak płachta na byka. Tym bardziej że krążyły plotki, iż celebrytka niektóre swoje śledztwa preparuje, żeby potem spektakularnie je rozwikłać. Była zatem oszustką.
A jednak to właśnie Oliwia i jej ekipa odkryły pochodzenie Murawskiej. I to nie było kłamstwo. Policjantka wiedziała, bo gdzieś głęboko kryły się jakieś resztki wspomnień. Jedna z ostatnich sekcji zwłok, w których uczestniczyła, sprawiła, że niektóre elementy jej przeszłości wróciły. I były to bardzo mroczne wspomnienia.
Wydarzenia z dzieciństwa co prawda majaczyły jej przed oczami, ale ciągle były niepełne. A im bardziej próbowała je sobie przypomnieć, tym bardziej nieuchwytne się stawały. Gdyby Oliwia nie powiedziała jej, co znalazła na temat jej biologicznej rodziny, Michalina pewnie jeszcze długo nie dowiedziałaby się prawdy. Chyba że rodzice adopcyjni wreszcie zdecydowaliby się wyjawić, co zaszło w przeszłości.
Murawska naprawdę nazywała się Li Mei. Obracała to miano w głowie, jakby nagle miało stać się znajome. Całe życie była Michaliną Murawską, Li Mei wydawało jej się więc zupełnie obce. A jednak, jeśli wierzyć ustaleniom celebrytki, należało do niej i, co więcej, nieprzyjemne déjà vu z sekcji zwłok miało makabryczne wyjaśnienie. Policjantka naprawdę coś takiego widziała, kiedy była jeszcze dzieckiem. A nawet gorzej…
Będzie musiała pomówić z rodzicami adopcyjnymi. Potwierdzić to, co ustaliła kobieta, którą przez tak długi czas Michalina uważała za swoją nemezis. To, że razem zdemaskowały mordercę, przecież nie znaczyło, że topór wojenny jest zakopany na dobre.
– Nic takiego – mruknęła więc w stronę Piggy.
Nic takiego. Jak wiele można zmieścić w dwóch słowach, które pozornie znaczą coś dokładnie odwrotnego. Niby Oliwia nie powiedziała wiele, a jednak to, co powiedziała, zmieniało wszystko. „Nic takiego” sugeruje, że nie chce się o tym rozmawiać, a jednak zostawia furtkę, żeby ktoś mógł zapytać o więcej. Bo często jeśli ktoś mówi, że nic się nie dzieje, jednak czeka, żeby ktoś pomógł.
Murawska pogrążyła się w zadumie. O swoim pochodzeniu, o kłopotach syna, o swoich wyborach i pracy. W końcu jednak dojechali pod julianowski bliźniak, w którym mieszkał Hala, i trzeba było wysiąść. Prokurator niemal wyskoczył z samochodu, zostawiając je same. Najwyraźniej spieszno mu było pokazać im, co takiego trzyma w garażu.
– Li Mei to piękne nazwisko i imię – pochwaliła Piggy. – Li to wprawdzie trochę jak Kowalska. Z miliard ludzi się tak nazywa. Ale Mei to cudowne imię. Znaczy bodajże piękno. Pasuje do ciebie, Michasiu.
– Skąd… skąd wiesz?!
– Nie wiem, czy pamiętasz, ale jestem CODA – odparła Piggy z jednym z tych swoich niewinnych uśmiechów.
CODA. Child of Deaf Adults. Koleżanka już im to tłumaczyła. Oboje jej rodzice byli głusi. Stała się więc ich łącznikiem ze światem słyszących. Przy okazji nauczyła się też czytać z ruchu warg.
– Szeptałyście, ale ja też mogłam uczestniczyć w rozmowie, tylko z daleka – dodała. – A teraz chodź, zobaczymy, co przeskrobał nasz Grzesiu.
Piggy wysiadła z Mercedesa, zostawiając Murawską w samochodzie samą. Michalina odetchnęła głębiej. Li Mei. No dobrze. Przyjdzie czas, że stawi temu czoła. Teraz czekał na nie garaż prokuratora. Zrobiła się wokół tego taka tajemnica, że spodziewała się tam co najmniej trupa.
– Wejdźmy przez dom – powiedział Hala cicho, kiedy obie do niego dołączyły.
Z przedpokoju można było od razu przejść do garażu. Zapalił światło. Na honorowym miejscu stał stary Mercedes. Był pięknie odnowiony. Zapewne jakiś kultowy model. Murawska nie znała się na tyle, żeby rozpoznać jaki. Jak na razie nic zaskakującego. Prokurator nie wjeżdżał do garażu, bo trzymał tam inny samochód.
Hala wyciągnął kluczyki z jakiejś skrytki i podszedł do bagażnika. Zajrzały tam obie.
– Co ty zrobiłeś? – zapytała Murawska.
Tym razem nie musiała udawać. Była autentycznie zaskoczona.
1 Komenda Stołeczna Policji.
PROLOG
KOMISARZ IWO WILKOWSKI
Komisarz Iwo Wilkowski przyspieszył. Jesień uderzyła z pełną mocą pluchą i szarością, ale każdy, kto kocha bieganie, wie, że ulubiony sport można uprawiać niezależnie od pogody. Chojnowskie lasy były wręcz idealne, żeby przemierzać je z wiatrem we włosach. Nawet jeśli listopadowa aura nie bardzo sprzyjała. Trzeba tylko uważać na mokre liście i czające się pod nimi korzenie. Coś, czego nie zaznają chodnikowi joggerzy.
Przyspieszył jeszcze kroku, sadząc długie susy. Wokół niego pachniało mokre poszycie. Większość drzew straciła już liście, ale część nadal pyszniła się żółtymi i czerwonymi sukienkami. Oczywiście były jeszcze te, które zielenić się będą nawet zimą. Strzeliste sosny zdawały się spoglądać na swoich pobratymców nieco przekornie. Jakby się przechwalały, że pory roku im niestraszne.
Wilkowski wybrał dziś najpierw główną drogę, a potem skręcił w boczną. W taką pogodę nie spodziewał się nikogo spotkać, ale wolał nie ryzykować. Bieganie było nie tylko formą treningu, ale i odpoczynkiem. Najlepiej się w taki sposób resetował. Ale tylko jeśli nie musiał ścigać się z innymi. Samotność pomagała zapomnieć o tym, czym zajmował się na co dzień i jakie błędy zdarzyło mu się popełnić. Ostatnio miał jeszcze drugą odskocznię, wolontariat, ale bieganie nadal pozostawało priorytetem. Czasem nakładał słuchawki i trenował przy muzyce. Dziś jednak wolał słuchać jesiennego wiatru i stukania deszczu o kaptur. Absolutne szczęście.
Dotarł na kolejne rozwidlenie dróg. Początkowo planował biec środkiem lasu, wąską ścieżką, gdzie co chwilę trzeba było uchylać się przed gałęziami. Dzięki temu trenowało się wszystkie mięśnie, jak przy bokserskich unikach. Nagle jednak opanowała go chęć, żeby wybrać się nad staw i popatrzeć, jak krople deszczu stukają o taflę wody. Stawy w Zalesiu Górnym nie były tak imponujące jak jeziora na Mazurach, ale je lubił. Pachniały wodą i można było wyobrazić sobie, że jest się gdzieś daleko od stolicy.
Wybrał szerszy szlak i popędził pomiędzy drzewami, rozkoszując się paleniem w mięśniach. O to przecież w tym chodziło. Po całym ciele rozchodziły się wtedy endorfiny. Nie dało się z tym niczego porównać. Jeszcze chwila i wybiegnie na główną drogę. Przetnie ją i popędzi leśnym parkingiem w kierunku rozległego stawu rybnego.
Na postoju nie dostrzegł żadnego samochodu. Czyli tak, jak się spodziewał. Okoliczni mieszkańcy zrazili się pogodą. Poza tym był normalny dzień pracy. To, że on zwyczajowo miał dziś wolne, nie znaczyło, że inni mogli cieszyć się tym samym.
Ale zaraz, chyba jednak ktoś przysiadł tam dalej na ławeczce? Zaskoczyło go to, bo przecież deszcz zacinał całkiem mocno i siedzenie bez ruchu raczej nie było przyjemne. Ta dwójka wprawdzie opierała się o siebie, dzieląc się ciepłem, ale chyba nawet największe zakochanie nie pozwalało rozgrzać się tak jak przy uprawianiu sportu. Poza tym mężczyzna i kobieta nie mieli ani parasola, ani nawet peleryn przeciwdeszczowych. Woda spływała po ich czarnych włosach, zmieniając je w strąki.
Iwo zwolnił. Nie podobało mu się to. Nie tylko dlatego, że te włosy przypominały mu Sadako Yamamurę czy też Samarę Morgan z amerykańskiej wersji The Ring. Choć faktycznie widok dziwacznej nieruchomej pary sprawiał, że trochę miał wrażenie, jakby znalazł się w horrorze. Zwłaszcza że byli tu zupełnie sami.
Policjant całym sobą czuł, że coś jest nie tak. Nie umiał jednak jeszcze tego do końca nazwać. Zaklął pod nosem, kiedy niechcący wdepnął w kałużę. Przestał patrzeć pod nogi, bo nie spuszczał wzroku z tych ludzi. Czekał na jakikolwiek ruch. Nic. Siedzieli tak po prostu, jakby ktoś zaklął ich w kamienie. Zdawało się, że patrzą w stronę stawu. Jakby i oni chcieli podziwiać taniec kropli na jego powierzchni.
Leśny parking znajdował się za niskim wałem biegnącym wzdłuż rzeczki przecinającej las. Żeby dostać się nad staw, trzeba było przejść przez metalową tamkę. Z ławki nie widać więc było wody, a tylko błotnistą ziemię nasypu. A skoro tak, czemu ci dwoje tak się przypatrywali?
Szedł przez deszcz, ostrożnie stawiając kroki. Woda w kałużach była szara od białawego piasku i kamieni, którymi wysypano leśne miejsca parkingowe. Buty zupełnie mu przemokły. Chlupało mu nieprzyjemnie między palcami.
Miał ochotę zawołać w stronę nieruchomej dwójki, ale coś go powstrzymywało. Czyżby jakiś ruch? Rozejrzał się wokoło, bo nagle opanowało go nieprzyjemne uczucie, że jednak nie są tu sami. Że gdzieś pomiędzy drzewami ktoś się czai i go obserwuje. Tańczące na wietrze korony sosen, brzóz, dębów i klonów potęgowały niepokój. Omszały jesion zaskrzypiał głośno, jakby ostrzegał Wilkowskiego, żeby nie szedł dalej.
Zignorowanie tego ostrzeżenia z jakiegoś powodu nie było łatwe. Zmusił się jednak, żeby iść dalej. Woda spływała mu po twarzy. Kurtka przeciwdeszczowa też zaczynała się łamać pod naporem nawałnicy, powoli przemakała. Jednak para na ławeczce nadal się nie poruszyła. Nawet wtedy, kiedy był już naprawdę blisko i musieli usłyszeć jego kroki.
– Czy wszystko w porządku? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi.
Właściwie od początku był praktycznie pewny, że oni nie żyją. Przeklinał w duchu, bo przecież miał własne kłopoty i zupełnie nie potrzebował następnych. Wystarczyło, że ukrywa kogoś w swoim domu.
Zrobił jeszcze kilka kroków w stronę nieruchomej pary. Był pewny, że oni nie żyją, to fakt. Nie spodziewał się jednak tego, co zobaczył, kiedy obszedł ławeczkę i spojrzał na nich z przodu. Widział wiele rzeczy w swojej policyjnej karierze, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Z jego ust wyrwał się zduszony okrzyk.
Potem sięgnął po telefon, żeby wezwać wsparcie. Trzeba działać szybko, żeby jak najdłużej nikt nie dowiedział się, co tu zaszło.
PROKURATOR GRZEGORZ HALA
Oczywiście akurat dziś musiała wrócić deszczowa pogoda. Dokładnie tydzień temu też było oberwanie chmury, potem na kilka dni wróciło babie lato, a teraz – kiedy prokurator Grzegorz Hala musiał wybrać się w teren – znowu zaczęło lać. Krople deszczu uderzały wściekle o przednią szybę białego Mercedesa. Teraz już pewnie czarnego od błota. Wzdrygnął się na samą myśl. Nie lubił brudu. Będzie musiał pojechać do myjni, jak tylko skończą czynności tu na miejscu. Wiedział, że to nie ma sensu, bo jesienią samochód i tak będzie znów upaćkany. Jednak to, co mówił rozum, i to, co dyktowały mu obsesyjne myśli, to było coś zupełnie innego. Z biegiem lat nauczył się to rozróżniać. Niewiele to niestety pomagało. Czuł przymus, żeby wytrwale czyścić świat wokół siebie. To go uspokajało. Nawet jeśli było syzyfową pracą.
Włączył kierunkowskaz. Teraz będzie jeszcze gorzej, bo musiał zjechać z szosy na leśną drogę. W powiecie piaseczyńskim było bardzo dużo terenów zielonych. Zazwyczaj zachęcały do ruchu na świeżym powietrzu. Tu w Chojnowskim Parku Krajobrazowym Hala jeździł z córką na rowerze, kiedy Łucja była małą dziewczynką. Pomyśleć, że niedługo ma wyjść za mąż!
Poczekał, aż przeciwnym pasem przemknie rozpędzona ciężarówka, i zjechał ostrożnie w lewo. Leśna droga poprzecinana była wybojami. Teraz wszystkie dziury wypełniły się wodą. Co gorsza, błoto stało się grząskie. Ekipa z komendy dojechała już na miejsce. Radiowozy i van techników doszczętnie rozjeździły drogę. Ciekawe, czy samochód z zakładu pogrzebowego będzie w stanie dojechać po ciało. Może trzeba będzie je tu jakoś przenieść. Hala westchnął na samą myśl.
Powoli manewrował pomiędzy dziurami. Całe szczęście, że jego GLA był podwyższony. Może jakoś przebrnie przez te wyboje. Niemal podskoczył, kiedy na szybę spadła jakaś gałąź. Zupełnie się tego nie spodziewał. Wiatr też się wzmagał, potęgując wrażenie, że świat opanował istny armagedon.
– Za trzysta metrów skręć w lewo – oznajmiła nawigacja.
Mówiła tym swoim beznamiętnym głosem, zupełnie nieporuszona tym, co działo się na zewnątrz. Hala doskonale wiedział, gdzie jest parking przy Szarych Szeregów, i nie musiał korzystać z mapy. Lubił jednak być przygotowany na nieprzewidziane sytuacje. Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne to nie tylko ciągłe czyszczenie rąk czy powierzchni, to też poczucie niepokoju, które rzadko prokuratora opuszczało. Przecież mogło wydarzyć się coś, co zmusi go do zjechania ze szlaku, który zna.
Najczęściej jego lęki były nie w pełni sprecyzowane. Ostatnio jednak było też coś bardzo konkretnego. Zawartość bagażnika zabytkowego Mercedesa 560 SL R107 z 1986, który stał w jego garażu. Hala nie był pewny, czy dobrze zrobił, pokazując to Murawskiej i Dalke. Miał jednak dość zmagania się z tym samemu. Poczuł, że pomiędzy nim a policjantkami zrodziła się nić przyjaźni, i miał nadzieję, że pomogą mu rozwikłać kabałę, w którą najwyraźniej się wplątał. Niestety ostatnie półtora miesiąca byli tak zapracowani, że nie mieli czasu tym się zająć.
Nagle jego czoło pokryło się potem. Nie tylko dlatego, że gałęzie okolicznych drzew zdawały się sięgać po jego samochód w tym szalonym tańcu na wietrze i deszczu. Dopadło go irracjonalne poczucie, że Michalina i Kaja go wydały. Może grupa zdarzeniowa z komendy czeka na tym leśnym parkingu na niego. Skarcił się za te myśli. To było niedorzeczne. Gdyby policjantki zdecydowały się zgłosić sprawę, już dawno by go zatrzymano. Chyba że…
Nie zdążył dokończyć myśli, bo po lewej stronie miał już zjazd na parking. W taką pogodę zapewne był zazwyczaj pusty. Teraz wolne miejsca pozajmowały samochody z komendy. Było też auto z zakładu medycyny sądowej. A więc udało im się przejechać już wcześniej. Tylko czy stąd wyjadą? Hala z trudem pohamował napływające negatywne myśli.
Zajął miejsce pomiędzy karetką pogotowia a nieoznakowanym Hyundaiem, którym zapewne przyjechały Murawska i Dalke. Wiedział, że dziś są na służbie. Cieszył się na spotkanie nie tylko dlatego, że się zaprzyjaźnili. Były profesjonalistkami. Choć oczywiście wygląd podkomisarz Kai Dalke mógł być w tym względzie mylący. Zobaczył ją kawałek dalej. Dziś miała na sobie długą czarną pelerynę przeciwdeszczową. Sztormiak skrywał zapewne pokrytą cekinami bluzę, którą zazwyczaj nosiła. Murawska narzuciła na siebie żółty gumowy płaszcz. Jej czarne azjatyckie włosy kontrastowały z jaskrawym kolorem peleryny.
Dalke od razu go zauważyła. Jej twarz rozszerzyła się w dobrodusznym uśmiechu. Pomachała mu ręką. Uniósł dłoń niechętnie. Pewien był, że koleżanka rzuci się, żeby go wyściskać. Ignorowała uparcie fakt, że nie lubił fizycznego kontaktu. Za wiele zarazków, którymi można się wtedy wymienić. Nigdy nie potrafił pojąć, jak ludzie mogli tak niefrasobliwie dążyć do bliskości.
On kiedyś też miał mniej obaw. Dawno. Zanim jego partner zginął podczas wojskowej akcji. Hala przez długi czas myślał, że Marcin był zdrajcą, który sprzymierzył się z wrogiem. Podczas ostatniego śledztwa okazało się jednak, że towarzysz życia prokuratora został wrobiony i tak naprawdę nie zrobił nic złego. To była wielka ulga. Hala miał nadzieję, że będzie mógł w końcu pożegnać się z przeszłością i, kto wie, może znajdzie innego mężczyznę, z którym będzie dzielić życie.
– Cześć, Grzesiu – przywitała go Dalke, kiedy do nich podszedł. – Dobrze, że jesteś.
Policjantka używała takiego tonu, że trudno było wywnioskować, czy jest zadowolona, że go widzi, czy też wypomina mu spóźnienie.
– Co tu mamy? – zapytał.
Wiedział oczywiście, że wezwano ich do topielca. Miał nadzieję, że policjantki zaczęły już oględziny. Na ogół lubił nadzorować wstępne czynności, ale dzisiejsza aura skutecznie zniechęcała nawet tych z największym powołaniem do swojej pracy.
– Wygląda w porządku – powiedziała podkomisarz Murawska. – Jest sprzęt wędkarski, pusta butelka po wódce i innych takich. Możliwe, że nieszczęśliwy wypadek.
Artykuł dwieście dziewiąty Kodeksu postępowania karnego mówił, że jeśli zachodzi podejrzenie przestępnego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok. A odpowiedzialny za to jest właśnie prokurator. W praktyce utonięcia zazwyczaj uznawane są za śmierć gwałtowną, a więc co do zasady wymagają obecności prokuratora. Nawet jeśli wiele wskazuje, że to tylko nieszczęśliwy wypadek.
– Chodźmy.
Minęli drewnianą ławeczkę i ruszyli w stronę grobli. Pomiędzy parkingiem a stawem wiła się rzeczka. Wał usypano zapewne po to, żeby jej wody się nie przelewały, kiedy ich poziom znacznie się podwyższy. Na drugą stronę można było przejść po metalowej tamie. Jej szczyt był jednocześnie wąskim mostkiem. Musieli iść gęsiego. Poły sztormiaków policjantek powiewały na wietrze, a wielki parasol Hali wyginał się na wszystkie strony. Prokurator miał na sobie swoją wysłużoną kurtkę Barbour. Zawsze sprawowała się doskonale, ale dzisiejsza pogoda być może z nią wygra.
Po drugiej stronie grobli, na niewielkiej plaży, uwijali się technicy. Przy leżącym na piasku ciele kucał doktor Zagórski. Nie czekał na Halę z oględzinami. Nic dziwnego. Każdy chciał skończyć jak najszybciej swoje zadania. Grzegorz uznał więc, że nie będzie tego komentował. W tej sytuacji było mu to na rękę.
Medyk rzucił niechętne spojrzenie podkomisarz Dalke. Walerian Zagórski i Kaja spierali się wielokrotnie podczas poprzedniej sprawy. Lekarz sądowy miał aparycję wampira: jasną skórę i kruczoczarne włosy. Bardzo trudno było określić jego wiek. Z reguły nosił okulary w kolorowych oprawkach. Hala podejrzewał, że robi to po to, żeby ocieplić swój wizerunek. Dziś nie miał żadnych na nosie. W tym deszczu i tak nie miałoby to sensu. Bez kolorowego akcentu jego twarz wydawała się jeszcze posępniejsza.
– Zapraszam do mnie na sekcję jutro rano. Teraz można już zabrać ciało. W tę pogodę i tak nic więcej tu nie znajdziemy – oznajmił lekarz.
Faktycznie aura im nie sprzyjała. Nie tylko dlatego, że było zimno i mokro. Deszcz niszczył wszelkie ślady. Hala widział, że technicy też są niezadowoleni. Zapewne wszyscy modlili się w duchu, żeby to był zwykły wypadek, bo jeśli nie, to morderca miałby naprawdę wielkie szczęście. Nawet jeśli zostawił coś na miejscu zbrodni, woda już się tym zajęła, skutecznie utrudniając pracę policjantów.
Prokurator czekał na jakiś komentarz Dalke. Znała się na wielu aspektach pracy śledczej i zwykle wtrącała swoje trzy grosze do wszystkiego, również spraw związanych z medycyną sądową. Teraz jednak była nieoczekiwanie milcząca. Wyciągnęła tylko kartę ze swojej nieodłącznej talii tarota i spojrzała na nią przelotnie. Hala zerknął w stronę Murawskiej. Policjantka wzruszyła ramionami. Najwyraźniej również niepewna, co spowodowało tę odmianę.
– Kto znalazł ciało? – zapytał prokurator. Skoro nie mogli liczyć na ślady, może chociaż świadek powie im coś więcej.
– Najgorsza osoba, jaka mogła nam się trafić – mruknęła Murawska.
Mówiła tak cicho, że Hala nie był pewny, czy się nie przesłyszał.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
W POPRZEDNIM TOMIE
TOM 2
PROLOG
CZĘŚĆ 1
ROZDZIAŁ 1
Okładka
