Nikt - Adrian Bednarek - ebook
NOWOŚĆ

Nikt ebook

Bednarek Adrian

4,0

94 osoby interesują się tą książką

Opis

Co byś zrobił, gdyby ktoś skrzywdził Twoją żonę? 

Nikt od zawsze przegrywał. Czuł się zbędny. Zagubiony i zniszczony przez życie, winą za swoje porażki obarcza kobiety. Nie pragnie ich śmierci, lecz kontroli, która zostawi po sobie wspomnienia niemożliwe do wymazania. Mają stać się dowodem jego siły. 

Tymczasem życie Kajetana i Kariny Lewickich wygląda idealnie. Wielka miłość, dobra praca, dom na spokojnych przedmieściach. Ten uporządkowany świat pęka w jednej chwili, gdy do ich domu wkracza zamaskowany gwałciciel. Próba ratowania żony kończy się tragedią, a Kajetan trafia do aresztu, oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił. Od tamtej pory ma tylko jeden cel - udowodnić swoją niewinność i dopaść tego, który odebrał mu wszystko.

Podczas gdy Kajetan walczy o wolność, Nikt typuje kolejną ofiarę. 

Bo ten, kto przez lata był nikim, zrobi wszystko, by zostać zapamiętanym.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Dobrze spędzony czas

Dobra książka
00



Adrian Bednarek

Nikt

Dla Darii.

Życiowej kompanki na dobre i złe.

Czułem się jednocześnie Bogiem i robakiem.

Stephen Fry

1

N

Jestem nikim. To nie opinia, tylko fakt, przez który nienawidzę swojego życia. Wypełniają je same porażki, odtrącenie i rozczarowania. Nawet dla ludzi buńczucznie nazywanych bliskimi stanowię zbędny element. Powinni okazywać mi szacunek, a traktują mnie jak popychadło. Nie liczą się z moim zdaniem, nie zależy im na mnie, nie widzą we mnie prawdziwego mężczyzny, bo w żaden sposób nie umiem uczynić ich egzystencji lepszą. Podobno ciągle tylko ją pogarszam. Tak przynajmniej mówi ona, a ona, w przeciwieństwie do mnie, umie radzić sobie ze zmartwieniami. Zwykle poprzez atak. Sprawiła, że gardzę swoim domem i skręca mnie w żołądku, gdy muszę do niego wracać. Z pracą jest podobnie. Właściwie to było.

Od kilku tygodni codziennie wychodzę z domu, oficjalnie do swojej dwuzmianowej roboty, choć tak naprawdę snuję się po mieście, próbując zwalczyć narastające poczucie beznadziei. Rzuciłem pracę, bo nie mogłem już jej znieść. Uwłaczała mi. Przypominała o popełnionych błędach, braku stanowczości, zagubieniu. Była idealną puentą mojej nieudanej egzystencji. Wiem, że nie zasłużyłem na tę niesprawiedliwą, frustrującą rzeczywistość, ale nie potrafię jej zmienić. Każdy mój dzień przypomina mordęgę, męczę się samym sobą i innymi ludźmi. Ważniacy pewnie powiedzieliby, że dopadła mnie depresja. Ale oni gówno wiedzą. Całe moje życie jest jedną, cholerną depresją! Żeby z niej wyjść, musiałbym się zabić. Już nawet to rozważałem…

Po tygodniu bezrobocia, zmęczony brakiem celu, stanąłem na torach w oczekiwaniu, aż przyjedzie pociąg. Serce waliło mocno, myśli stawały się chaotyczne i niewyraźne, pod powiekami widziałem ciemność, która mogła zostać ze mną już na wieki. W oddali usłyszałem zbliżającą się lokomotywę. Kilka sekund, może nawet mniej, i byłoby po wszystkim. Wystarczyło tylko się nie ruszać. Zeskoczyłem z torów w ostatniej chwili, bo zrozumiałem, że umierając, spuentowałbym porażkę, jaką jest moje życie, i dał ludziom satysfakcję.

Tamten dzień stanowił przełom.

Po powrocie do znienawidzonej codzienności mój umysł zaczął tworzyć coraz paskudniejsze myśli. Najpierw były nieśmiałe podszepty, jakby tylko pukały do głowy, szybko weszły głębiej i rozgościły się, przemieniając w fantazje. Docierało do mnie, co tak naprawdę chciałbym zrobić i gdzie leży źródło mojej beznadziejności. Zastanawiałem się, dlaczego nigdy nie przekroczyłem granicy i nie zmierzyłem się z najbardziej wrogim ludzkim bytem. Czemu nie próbowałem go zniszczyć, przecież to takie proste. Tak niewiele potrzeba, żeby doświadczyć poczucia władzy. Wystarczy przełamać strach, a potem wszystko stanie się lżejsze. Zacznę podejmować właściwe decyzje, znajdę pomysł na siebie, poczuję się ważny.

Dzień za dniem rozwijałem w sobie tę niepohamowaną potrzebę przeżycia niezwykłego wydarzenia, które w cudowny sposób skoryguje wszystkie moje problemy. Marzyłem, wizualizowałem, karmiłem frustracje, aż w końcu sterowany niechęcią do bezczynności zacząłem mobilizację.

W jej efekcie stoję teraz pod wielką lipą przy placu zabaw, kończę 7 Upa i przyglądam się małżeństwu, które pojawiło się na chodniku. To państwo Lewiccy zaliczają poranny marszobieg. On, wysoki, dobrze zbudowany brunet z gąszczem bujnych włosów, tygodniowym zarostem i filmowymi mięśniami. Ona, przesadnie zgrabna szatynka z przyjemnie okrągłą twarzą, wydatnymi kośćmi policzkowymi i smukłymi wargami. Truchtają równo obok siebie, trzymając się za ręce. Ona wydaje się szczęśliwa. Jest niezależną kobietą, która ma wszystko pod kontrolą. Jeszcze nie wie, że to jej ostatnie takie chwile. Dziś po zmroku dokonam w niej nieodwracalnych zmian. Już nigdy nie będzie tą samą osobą. Strącę ją z piedestału w sposób najgorszy, jaki mogę zrobić, gorszy nawet od śmierci. Dzięki temu wreszcie stanę się kimś.

2

K

Jestem szczęściarzem, a moje życie układa się zajebiście. Wypełniają je miłość, sukcesy, akceptacja i zadowolenie. Doceniam to i staram się delektować każdym dniem. Dzisiejszy nie stanowi wyjątku. Właśnie wyszedłem z klubu tenisowego. Opieram się o maskę czarnego Lexusa RC F i przyglądam zmęczonemu facetowi, który zmierza w moją stronę. To Arek, mój najlepszy kumpel, choć właściwiej byłoby go nazwać zwierzchnikiem. Przed chwilą spuściłem mu ostry łomot na korcie.

– Przeginasz z tą grą, Kajetan. Jeszcze wali mi pikawa. – Staje obok mnie, zziajany. – Ciekawe, ile niemych zawałów zdążyłem zaliczyć – duma, zaciągając się arbuzowym podem.

– Cóż poradzę, że nic tak nie rozładowuje stresów związanych z pracą jak upokarzanie szefa – odpowiadam zuchwale, bo mogę sobie na to pozwolić.

Mam trzydzieści trzy lata, od dwóch piastuję stanowisko głównego księgowego. Dostałem je, zanim ojciec Arka przeszedł na emeryturę, powierzając mu zarządzanie minikorporacją produkującą rolety. Świadomość, że jestem na tyle skuteczny, że z łatwością znalazłbym zatrudnienie gdzie indziej, pozwala nam zachowywać kumpelską relację, mimo że to on płaci mi pensję.

– Dobra, dobra, czas na najważniejszą potyczkę, barową. – Arek trąca mnie łokciem. Coraz mniej widać po nim zmęczenie. Wizja czekającej nas nocy pobudza jego adrenalinę. – W niej cię pokonam.

– Śmiało, próbuj. Możesz nawet wybrać arenę, na której zostaniesz zniszczony. Bilardzik, kręgle, pub? – składam kolejne propozycje. W odpowiedzi Arek kręci głową. – To może masz ochotę pooglądać młodzież bawiącą się w klubie i poudawać, że nie odstajesz od nich wiekiem?

Czwartkowe manewry są naszą tradycją. Zawsze zaczyna się od sportu, potem jest restauracja, a dalej noc toczy się w zależności od chęci. Często wracam do domu nad ranem, czasami kończę w mieszkaniu w centrum, należącym do rodziny Arka. Wiele zależy od taktyki, jaką obierzemy w trakcie jego zaciągania się glikolem propylenowym i nikotyną.

– Przyznam, że utrudnienie w postaci rozpraszających wzrok, skąpo ubranych dziewczęcych ciał brzmi… – Dźwięk powiadomienia w komórce nie pozwala mu dokończyć. Sięga do kieszeni i zawiesza wzrok na ekranie. Czyta. Marszczy brwi, robi zdegustowaną minę, jakby połykał czyjeś siki. – Kurwa, chuj, w pizdu! – Litania wulgaryzmów nie wróży niczego dobrego.

– Niech zgadnę, Nadia ogłosiła trzecią ciążę? – Arek żalił mi się, że jego lepsza połówka naciska ostatnio na poszerzenie rodziny.

– Sama z siebie by w nią nie zaszła. To stary cep – ma na myśli ojca – wymyślił sobie rodzinne spotkanie. Kit wie po co, ale muszę jechać. Manewry szlag trafił.

– Odkujemy się za tydzień.

– Nie chcę czekać całego tygodnia, żeby wreszcie się wyrwać. – Nasze wypady stanowią dla niego świętość. W ten sposób ucieka od żony oraz dzieciaków, żeby zaznać chwili świętego spokoju podlanego alkoholem. – W piątek Karina cię nie puści?

– Przemyślę temat – rzucam na odczepnego. Piątki, podobnie jak poniedziałki, wtorki i wszystkie inne dni, mam zarezerwowane. – Dam znać jutro w robocie. – Muszę zostawić mu skrawek nadziei, inaczej nie przestanie naciskać.

– O ile pamiętam, panie Lewicki, piątki, ze względu na znakomite efekty wykonywanej pracy, wynegocjowałeś sobie wolne. Sam się na to zgodziłem.

– Zgodziłeś ze względu na czwartkowe manewry – uściślam. – Zrobię wyjątek i specjalnie dla ciebie zajrzę jutro do firmy.

– No to będę czekał na pozytywną odpowiedź.

– Zobaczymy… – kłamię. Nie zamierzam pokazywać się jutro w pracy. Arek nic na to nie poradzi. Będzie musiał przełknąć odwołane manewry, a za tydzień znów zaproponuje kolejne. To jemu na nich zależy, nie mnie.

– Żadne „zobaczymy”. Zgodzisz się albo zaczniesz odrabiać wolne piątki w soboty.

– Uwielbiam groźby bez pokrycia.

– Uważaj, bo znajdą pokrycie.

– Owocnej audiencji u starego… – Podaję mu rękę i wsiadam do auta.

Odwołane manewry ani trochę mi nie przeszkadzają. Mogą być, równie dobrze może ich nie być. Prawdziwe szczęście czeka na mnie w domu.

Nowoczesna parterówka znajduje się na obrzeżach milionowej metropolii i w przeciwieństwie do większości chat zbudowanych tam jedna obok drugiej otoczona jest wolnymi działkami, na które nie dotarła jeszcze deweloperska ciasnota. Wypatrzyłem ją na licytacji komorniczej. W drodze zahaczam o kwiatomat. Kupuję bukiet tulipanów. Chcę zrobić Karinie niespodziankę, dlatego nawet nie dzwonię. Wiem, że nie lubi czwartkowych manewrów, co wywołuje u mnie lekkie wyrzuty. Dziś wprawię ją w dobry nastrój.

Gdy podjeżdżam pod niewielki płot otaczający naszą posesję, widzę tylko opuszczone rolety od frontu. Parkuję Lexusa w garażu i przechodzę do domu. Moje szczęście siedzi przy stoliku barowym między kuchnią a salonem. Ma na sobie krótkie spodenki i luźną koszulkę. Mokre włosy opadają jej na ramiona. Jest świeżo po kąpieli. Na blacie stoi kieliszek czerwonego wina, obok jej telefon.

– Cześć, słoneczko. – Pochodzę do żony, nie odrywając od niej wzroku.

Gdy ją poznałem, szykowałem się do obrony magisterki, ona była na drugim roku stomatologii. Rzuciła na mnie urok, który z czasem ani trochę nie osłabł. Pobraliśmy się pięć lat temu. Jesteśmy partnerami, kochankami i przyjaciółmi w jednym. To dzięki niej moje życie układa się zajebiście. Reszta stanowi jedynie otoczkę.

– Tak wcześnie, i to z kwiatami? Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że coś przeskrobałeś. – Wstaje z krzesła, daje mi całusa. Smakuje winem zmieszanym z żółtym serem. – Czemu nie zadzwoniłeś? – W jej głosie wyczuwam lekką nutę podejrzliwości.

– Nie wiedziałem, jakie masz plany, nie chciałem ci przeszkadzać, mogłaś wyskoczyć gdzieś z koleżankami…

– W przeciwieństwie do ciebie pracuję wyłącznie z ludźmi, takimi realnymi, nie ukrytymi w mailach, cyfrach czy po drugiej stronie Messengera. Koleżanki towarzyszą mi na przerwach. – Odbiera kwiaty, kładzie je na blat. – Bycie jedną z czterech dentystek zatrudnionych w centrum medycznym wyczerpuje potrzebę kontaktów towarzyskich i doskonale o tym wiesz. Wymyśl ciekawszą ściemę.

– Uznałem, że najlepszy atak następuje z zaskoczenia – droczę się, robiąc smutną minkę. – Nie cieszysz się, że wróciłem?

– Cieszę, skarbie. Bez ciebie jest mi źle, przy tobie czuję się bezpieczna. Nikogo więcej nie potrzebuję… – Tuli się do mojego torsu. Koszula momentalnie przesiąka wilgocią jej włosów. – Co sprawiło, że księciunio odwołał wasze alkoholowe zabawy? – Szybko zmienia ton. Jej głos zaczyna emanować pogardą. Standard, gdy mówi o Arku.

– Został wezwany na rodzinne zebranie.

– I poleciał w podskokach?

– Mhm.

– Śmieszny, przerośnięty bachor – prycha lekceważąco. – Niby prezesuje potężnej firmie, a cały czas słucha się tatusia, bo ten w każdej chwili może go odwołać ze stanowiska.

– On widzi to nieco inaczej.

– Nie znoszę go. – Odsuwa się ode mnie, jakbym to ja był Arkiem. – Wyżej sra, niż dupę ma.

– Gdy o nim wspominasz, czuję się, jakby tu był. – Omiatam dłonią przestrzeń powstałą między nami. – Serio chcesz, żeby zepsuł ci wieczór?

– Ani trochę. Wieczór należy do nas, więc idź się przebierz, bo wyglądasz jak goguś przed podrywem. – Nigdy nie lubiła mojego służbowego stroju, spodni w kant i czarnej koszuli. – Zdecydowanie wolę cię w domowym umundurowaniu.

– Ja ciebie preferuję natomiast bez żadnego uniformu… – Przejeżdżam ręką po jej udzie i chwytam ją za tyłek. W jej oczach pojawia się cudowne rozprężenie. – Chyba najwyższa pora go zdjąć…

– Spokojnie, mężusiu. – Uderza mnie w rękę. – Noc jest młoda, a ja głodna. Pozwól, że wstawię kwiaty do wazonu i przygotuję nam kolację.

– Co w menu?

– Same specjały. Resztka wczorajszej ryby odgrzana w mikrofali plus wczorajsze ziemniaki i dzisiejsza sałatka.

– Uwielbiam nasze niedokończone posiłki.

– Na winko też reflektujesz?

– Tylko ze wspólnego kieliszka.

– Da się zrobić.

– Jesteś doskonała. – Daję Karinie całusa i zmierzam do sypialni.

Przesiąknięty znakomitym humorem wkładam domowy mundur: krótkie spodenki i białą koszulkę. Żona twierdzi, że w tym najbardziej ją kręcę. Wyciszam telefon, odkładam go na szafkę nocną i wychodzę z sypialni. Gdy przemierzam korytarz, słyszę charakterystyczne pikanie mikrofalówki. W powietrzu czuć chłodny powiew letniej nocy. Kara uwielbia sączyć wino i oglądać ogród po zmroku, jakby musiała upewniać się, że nasza oaza istnieje naprawdę i sobie jej nie wyśniła. Drzwi na taras są otwarte. Przy nich stoi wazon z tulipanami, na ladzie barowej został telefon, kieliszek zniknął.

– Kara! – wołam żonę. Nie wiem, gdzie dokładnie jest, czarna zasłona skutecznie blokuje widok za oknem. – Jedzonko gotowe!

Zamiast ukochanej odpowiada mi trzask szkła uderzającego o płytki. Zaraz po nim przestrzeń wypełnia przeciągły, gardłowy pisk. Głos wydaje się obcy, ale z całą pewnością należy do mojej żony.

3

N

Zawsze byłem tym gorszym, pomiatanym praktycznie od samego początku. Ojciec faworyzował starszego brata, matka młodszą siostrę. Ja znajdowałem się pomiędzy, przypadkowa zapchajdziura, której nie potrzebowało żadne z rodziców. Ich niechęć zaogniła się, kiedy miałem pięć lat i podejrzałem, jak uprawiają seks. Brat nocował wtedy u kolegi, siostra u dziadków. Będąc sam, cichaczem wszedłem do sypialni zaniepokojony dziwnym hałasem. Nie rozumiałem, co się dzieje, myślałem, że ojciec krzywdzi matkę. Dopychał ją do materaca, wściekle warcząc, a ona cicho jęczała. Oboje zachowywali się inaczej niż zwykle. Na co dzień to matka rozdawała karty w naszym domu, ojciec był jej uległy. Ale tamtego dnia działy się same nietypowe rzeczy.

Godzinę wcześniej ostro się posprzeczali. Nie wiem o co, nie rozumiałem jeszcze takich spraw, widziałem za to puentę, w której ojciec dostał od niej w pysk. Wydawało mi się, że to, co robił w sypialni, to rewanż albo kara. Oboje byli tym tak pochłonięci, że w ogóle mnie nie zauważali. Podszedłem pod samo łóżko, dokładnie widziałem jego kości uderzające w jej krok. Czułem zapach ich ciał, oparów alkoholu unoszących się w powietrzu i smród czegoś gumowego. Gdy ugryzł ją w pierś, wycofałem się do kuchni i wezwałem policję. Oni nawet tego nie słyszeli. Widok funkcjonariuszy mocno ich zaskoczył. Wytłumaczyli się, ale i tak narobiłem im niewygód. Oboje pili tamtej nocy wódkę. Potem już zawsze patrzyli na mnie jak na robaka. Rodzeństwo zachowywało się jeszcze gorzej. Trzymali ze sobą, jednoczyli się przeciwko mnie.

Kilka lat po incydencie wprowadziliśmy się do starego domu odziedziczonego po dziadkach. Miał dwie sypialnie. Jedna przypadła mnie i bratu, matka z siostrą zajmowały sąsiednią, ojciec najczęściej zasypiał w salonie. Podobno czuł się niezręcznie, dzieląc łóżko z dorastającą córką. Mojej siostrze tamten układ też się nie podobał. Któregoś dnia poskarżyła się ojcu, że ją podglądam. Na dowód pokazała dziurę wyżłobioną w ścianie za plakatem przy moim łóżku. Kolejny dowód stanowiły używane dziewczęce majtki, które leżały wciśnięte pod mój materac. Miałem piętnaście lat, ona trzynaście. Ojciec się wkurzył, a matka dostała szału. Zaczęła wyzywać mnie od zboczeńców i kazała mi znieść materac, szkolne przybory oraz ubrania do piwnicy. Nie życzyła sobie, żeby zbereźnik spał blisko jej córki. W efekcie do końca zawodówki mieszkałem przy wielkim piecu, który zimą pracował niemal non stop, wydając uciążliwy klekot. Później długo odbijał się w moich uszach niczym piosenka, która nie chce się odczepić.

Zanim do tego doszło, próbowałem się ratować. Rodzice nie uwierzyli jednak, że padłem ofiarą spisku, choć właśnie wtedy siostra przestała nocować w jednym pomieszczeniu z matką. Przypadło jej moje łóżko, ojciec na stałe wrócił do sypialni i każdy był zadowolony. Każdy oprócz mnie. Żyłem bez namiastki kontroli nad czymkolwiek. Później wjechała dorosłość, a wraz z nią nagromadzenie problemów na niewyobrażalną wcześniej skalę. Praca, wymogi, oczekiwania. To wciąż trwa i jest coraz trudniej.

Jedynie przez krótki okres było mi naprawdę przyjemnie. Wtedy, gdy zdobyłem ją. Nagle poczułem, że panuję nad swoim życiem. Potem nadszedł ślub, po którym ona zdjęła maskę i przejęła panowanie, przypominając mi, że najgorsze są właśnie kobiety, a wszystko, co złe, dzieje się z ich winy. One są potężne i perfidne. Mają szeroki wachlarz umiejętności, których ja nigdy nie zdobędę. Potrafią podejmować niezależne działania, gryzą, kąsają, uwodzą. Jednym gestem umieją skruszyć najtwardszych mężczyzn, śmiejąc im się w twarz. Ta ich uroda, gracja, siła oddziaływania i przewaga już na starcie są przytłaczające. Ich nic nie łamie.

No, prawie nic…

Istnieje pewien zabieg, którym mógłbym zniszczyć kobiecą znakomitość, posiąść nad nią władzę i dzięki temu uwolnić się od narastającego gniewu. Wiem, że to mi pomoże, i jestem na to gotów. Miałem mnóstwo czasu, żeby się odpowiednio przygotować.

Pierwszą z rzeczy niezbędnych do przeprowadzenia zabiegu jest strój. Przebrałem się po zaparkowaniu starego gruchota obok lipy. Nie martwię się, że ktoś mógłby go rozpoznać. O dwudziestej drugiej ta dzielnica smacznie śpi. Nie ma grupek koczujących pod monopolką ani młodzieży szwędającej się z głośnikami. Dominuje błoga cisza. Drugi na liście znajduje się sprzęt. Nie potrzeba go zbyt wiele. Broń, nóż, trok do wiązania, łom, prezerwatywa. Wszystko jest na swoim miejscu. Niczego więcej nie potrzebuję. Mogę ruszać.

Idąc, wciąż zastanawiam się, jak to będzie. Wystraszy się i ulegnie od razu? Z miejsca pojmie, że jej przewaga już nie istnieje? Zacznie się wyrywać? Krzyczeć? Spróbuje podjąć walkę? Czy w trakcie zaznam jakiejkolwiek przyjemności?

Na razie w ogóle nie czuję pożądania, ale też nie o nie mi chodzi. Gdybym chciał sobie ulżyć, wróciłbym do domu. Mnie napędza złość. Pragnę zburzyć doskonały posąg, roztrzaskać go w drobne kawałki, sprawić, że będzie nie do poskładania. Wezmę od niej to, co ma najlepsze, zostawiając w niej to, co ze mnie wyjdzie najgorszego. Po mojej wizycie ona stanie się straumatyzowanym kłębkiem nerwów, pozbawionym wszelkiej kontroli nikim. A ja spojrzę na nią z góry. Już nie mogę się doczekać tego przełomu.

Staję przed furtką. Żeby ją otworzyć, wystarczy wsadzić dłoń między przęsła i nacisnąć na klamkę. Poza kogutami alarmu państwo Lewiccy nie stosują żadnych zabezpieczeń. Muszą czuć się bardzo swobodnie i trudno im się dziwić. W tym miejscu nic złego nigdy się nie działo. Dopiero dziś się zadzieje.

Wchodzę na ich teren, przemieszczam się w stronę tarasu, wizualizując sobie swój atak. Najpierw będę się z nią szarpał, okiełznywał. Ona na pewno się nie podda, jestem już tego pewien. Gorzej, jeśli nie dam sobie z nią rady. Wówczas moje życie straci sens, stanę się niepotrafiącą niczego pluskwą. Obawa przed porażką jest paskudna. Podpowiada, że ciągle mogę się wycofać i wrócić do agresywnych fantazji. Nie słucham jej, udowodnię sobie męskość. Dziś albo nigdy.

Zatrzymuję się przy rogu budynku i zaglądam na taras. Spodziewałem się pustej przestrzeni oraz zamkniętych drzwi, które wyłamię, ale ona już tu jest! Wyszła z domu jak na zaproszenie. Stoi tyłem do mnie. Widzę jej nogi, pupę oraz włosy opadające na plecy. Nie słyszy mnie ani nie wyczuwa mojej obecności. Patrzy na ogródek, zachwycając się wspaniałością własnego życia. Jej widok wypiera ostatnie zalążki strachu. Mam ciarki na plecach, robię się twardy. To moja chwila. Zaraz zgwałcę panią Lewicką.

4

K

Wiele razy słyszałem strach w głosie Kariny. Krzyczała, gdy rozbijałem auto na barierce, ratując nas przed zderzeniem z innym samochodem, podobne ryki wydawała z siebie po tym, jak rozgrzany węgiel od sziszy spadł jej na nogę i gdy osa użarła ją w szyję. Za każdym razem były to dźwięki świadczące o na wpół bezpiecznym strachu. Potężny jazgot, który przed momentem dobiegł z tarasu, był zupełnie inny. Swoją mocą wypełnił całą przestrzeń i niemal od razu zniknął. Po nim nastała jeszcze bardziej przerażająca cisza.

– Kara?! – wykrzykuję jej imię, ruszając biegiem w stronę drzwi tarasowych.

Brak odpowiedzi sprawia, że wyobrażam sobie najgorsze. Karina mogła zemdleć, dostać zawału, wylewu lub czegoś jeszcze gorszego.

Zaniepokojony pokonuję ostatnie metry dzielące mnie od otwartych drzwi. Odsuwam moskitierę, przekraczam próg i zamieram. Widok na tarasie przypomina mroczną fatamorganę. Musi minąć kilka sekund, zanim dociera do mnie, że to nie iluzja. Moja żona jest cała i zdrowa, ale zagrożona. Po jej policzkach ciekną łzy, zęby uderzają o siebie ze strachu, rękami obejmuje swój brzuch. Patrzę na nią, nie wiedząc, co mam robić.

– Ratuj… – Karina mamrocze, a człowiek za jej plecami stara się popchnąć ją do przodu.

W ciemności tarasu rozświetlanej cienką listwą ledową ledwie dostrzegam zarys jego sylwetki. Na pewno jest o głowę niższy ode mnie. Powaliłbym go jednym ciosem, gdyby nie pistolet, który trzyma w prawej ręce, dociskając lufę do głowy mojego szczęścia. Bezradność, której właśnie doświadczam, przypomina kalectwo. Wiem, że potrafię, ale siła wyższa mnie zatrzymuje.

– Skarbie, nic ci nie jest? – Irracjonalne słowa wyskakują ze mnie same. Kara kręci głową, co może oznaczać wszystko. Mężczyzna ociera się o jej plecy, jakby z nią tańczył. – Czego od nas chcesz?

Nie odpowiada, tylko wskazuje moskitierę palcem lewej dłoni odzianej w rękawiczkę. To rozkaz, mam wejść do środka. Cofam się. W ciemności i tak jej nie pomogę.

– Nie róbmy nic pochopnego.

Pierwszy przekraczam próg salonu, oni za mną. W jasnym świetle widzę dokładnie obraz terroru, jaki spadł na nasz dom. Karina jest trupioblada, wzrok ma wlepiony w podłogę. Nieskładnie porusza ustami, chyba próbuje mi coś przekazać bez wydawania dźwięków. Nie rozumiem jej, nie potrafię się skupić, gdy za nią stoi ten osobnik. Jego ciało schowane jest za jednolitym, czarnym kombinezonem. To jakiś militarny gadżet. Ma nawet pas z zaczepami. Po lewej wisi na nim sznur, po prawej łom. Twarz schował za czarną balaklawą zasłaniającą usta i oczy. Na stopach ma czarne cichobiegi. Rozgląda się, szuka czegoś. Cały czas pociera język spustowy, jakby nie mógł się doczekać, aż wreszcie strzeli.

– Celuj we mnie. – Staram się odciągnąć jego uwagę od Kariny. – To ja stanowię zagrożenie.

Po cokolwiek tu przyszedł, powinien bać się właśnie mnie. Drobna, przerażona dziewczyna nic mu nie zrobi. On musi w to uwierzyć. Jeśli skieruje broń w moją stronę, rzucę się na niego i wyrwę mu ją. Może zdąży mnie postrzelić, wszystko mi jedno. Nawet ranny dam sobie z nim radę. Uratuję Karinę, o ile sama wcześniej nie padnie ze strachu. Żona wciąż się trzęsie, wzrok ma wlepiony w podłogę, jakby się czegoś wstydziła. On musiał coś jej powiedzieć, kiedy ją dopadł, i chyba właśnie to napawa ją grozą.

– Zostaw ją… – mamroczę pobożne życzenie.

Mężczyzna wskazuje palcem hoker, który stoi obok wyspy barowej za moimi plecami. Chce, żebym na nim usiadł.

– Nie ma mowy. – Stoję w miejscu. Jeśli znajdę się w pozycji siedzącej, nie zdążę go zaatakować, nawet gdy przestanie do niej mierzyć. – Nie ruszę się, póki nie powiesz, po co tu przyszedłeś.

W odpowiedzi przesuwa palec wskazujący po spuście. Robi to niebezpiecznie szybko, jednocześnie napiera lufą na skroń mojej żony.

– Nie pozwól mu mnie zabić! – Karina wypluwa z siebie histeryczny krzyk.

– Spokojnie, już idę. – Z uniesionymi rękami cofam się do hokera. – Tylko przestań w nią celować.

Jest niewzruszony. Trzyma moje szczęście na muszce, podążając za mną. Karina wreszcie na mnie spogląda. Jej źrenice zrobiły się olbrzymie, niemal wchłaniają tęczówki. Przyglądam się im, próbując coś z nich odczytać, aż docieram do hokera. Nie chcę usiąść, ale on znów głaszcze język spustowy. Broń w każdej chwili może wypalić, choćby przypadkowo. Przecież nawet nie widzi tego jebanego spustu.

– Dobra, rozumiem… – Nie mam wyjścia, siadam. Krzesło jest bardzo wysokie, ledwie muskam czubkiem stóp podłogę. – Szukasz kosztowności? Gotówki? – Muszę nawiązać z nim kontakt, to jedyna szansa, żeby ją zostawił. – Mam forsę, mnóstwo forsy – wyolbrzymiam, próbując choć trochę go zainteresować.

Zamiast odpowiedzieć, prowadzi Karinę pod sam hoker. Żona staje tuż przede mną. Zrobiłbym wszystko, żeby była bezpieczna, poświęciłbym się, gdybym tylko miał pewność, że to coś da. Ale nie mam pewności. Jest tylko gwarancja, że moje nieposłuszeństwo skończy się kulką w jej głowie. On nie przestaje do niej mierzyć. Wolną ręką odpina sznur od swojego paska. Dopiero teraz zauważam, że to nie byle lina, tylko profesjonalny trok z klamrą samozaciskową. Wciska go Karze w dłoń i pokazuje, że ma mnie obwiązać.

– Forsa jest w sejfie, tylko ja mogę go otworzyć. – Brzmię coraz bardziej żałośnie. Mój głos zrobił się cienki i zgrzytliwy, jakby bezradność napierała mi na jaja. – Potrzebny jest skan mojego oka.

Ściemniam. W naszym domu nie ma żadnego sejfu. Niewielką ilość gotówki trzymamy w szufladzie w sypialni, reszta jest na koncie, ale to bez znaczenia. Jeśli mi uwierzy, wyjdziemy stąd obaj i znajdę sposób, żeby go obezwładnić. Tyle że on nadal nie zwraca na mnie uwagi. Coś szepcze Karinie do ucha. Słyszę niewyraźny mamrot. Ona wzdryga się, a potem kiwa głową i oplata sznur wokół mojego torsu oraz rąk. Mężczyzna zaciska końcówkę paska na klamrze, upewniając się, że dobrze trzyma. Zniewolił mnie, ma Karinę i może zrobić z nią, co chce, a ja mu na to pozwoliłem. Właśnie stałem się zwykłym kawałkiem gówna.

– Kajetan, pamiętaj… – Kara spogląda mi głęboko w oczy. Nigdy nie widziałem w nich równie przenikliwego lęku. – Cokolwiek się stanie, ja chcę żyć.

– Co ma się stać?! – Próbuję się podnieść, ale trok trwale złączył mnie z krzesłem. Nie potrafię ocalić żony, to najbardziej niszczycielskie uczucie świata. – Kim on jest? No powiedz wreszcie!

– Przetrwamy, tylko musimy być silni…

Karina przybliża dłoń do mojej twarzy, chce mnie dotknąć, jakby to było pożegnanie, ale on jej nie pozwala. Szarpie ją za włosy i ciągnie w stronę wyspy barowej. Już nie musi trzymać broni przy jej głowie.

5

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Polecamy również:

Nikt

ISBN: 978-83-8423-434-1

© Adrian Bednarek i Wydawnictwo Zaczytani 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Zaczytani.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Zaczytani należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://zaczytani.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek