Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 457
Rok wydania: 1985
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WWW
NIEZWYKŁE PERYPETIE ODKRYĆ I WYNALAZKÓW
o
r
NIEZ WYKŁE PERYPETIE ODKRYĆ I WYNALAZKÓW
J&uęęa<rnia flamzawa
Nustrowala ANNA STYLO-GINTER
Część pierwsza
PRZYPADEK
%22Sdlfc -:'/■'«
Część pierwsza
JEGO KRÓLEWSKA MOŚĆ
PRZYPADEK
przypadek sprzyja tylko temu, kto wie,
jak starać się o jego względy
KAROL N1COLLE
ROZDZIAŁ PIERWSZY,
w którym autor udziela kilku rad na temat tego, jak zostać szczęściarzem,
a także, jak można kierować wydarzeniami zupełnie przypadkowymi
Wszystko zostało kiedyś wynalezione.
Rakiety kosmiczne i agrafki, lasery i widelce, telewizory i ołówki — tysiące, setki tysięcy rzeczy powstawało, doroślało i... starzało się. Tak jak i odkrycia. Na niektóre z nich natrafiano ,,w jednej chwili", inne mają swoją długą, wielowiekową historię. Jedne z nich mogą się poszczycić rodowodem, inne są ,.podrzutkami" niewiadomego pochodzenia, a ich narodziny giną w pomroce dziejów.
Często wynalazki i odkrycia, do których dochodzono, zostawały zapomniane na długie lata. Tak było na przykład z pomysłem helikoptera opracowanym przez Leonarda da Vinci na pięćset lat przedtem, zanim udało się go skonstruować. Ale nierzadko wynalazki przychodzą na świat za późno, kiedy już nikomu nie są potrzebne. Znana jest historia pewnego koczownika mongolskiego. Wynalazł on... rower wtedy, kiedy od dawna już latały samoloty.
Odkrycia rodzą się i mężnieją, walczą o swoje miejsce w życiu z innymi, zwyaiężają lub ponoszą porażkę. Teoria flogisto-nowa została już dawno zapomniana, a przecież aż do końca XVIII wieku panowała niepodzielnie. Żarówka elektryczna z łatwością pokonała lampę naftową i świecę, po czym sama ,,poległa" w walce z oświetleniem gazowym, przy czym wydawało się, że już na zawsze...
Wszystko zostało kiedyś odkryte i wynalezione.
Zastanówmy się jednak nad tym, jak, w jaki sposób się to działo? Kim byli ci wszyscy odkrywcy i wynalazcy? Jak doszli do swoich odkryć, jak dokonali wynalazków?
Kiedyś pewien dziennikarz zapytał twórcę teorii względności,
Alberta Einsteina:
— W jaki sppsób zapisuje pan swoje wspaniałe myśli? Czy ma pan do tego celu jakiś specjalny notatnik, czy też posługuje się pan całą kartoteką?
_ Drogi mój — odparł wielki uczony — prawdziwe myśli
przychodzą człowiekowi do gło\yy tak rzadko, że z łatwością można je zapamiętać.
— A jak powstają takie przełomowe odkrycia?
— Bardzo prosto. Wszyscy wiedzą, że to jest niemożliwe do zrobienia. Przypadkowo znajduje się pewien ignorant, który tego nie wie. To on właśnie staje się odkrywcą.
Zauważyliście? Przypadków o...
Często spotykamy się z opinią, że największym wynalazcą wszystkich czasów jest przypadek. Jego królewska mość Przypadek. Gdyby nie on, nie do pomyślenia byłby obecny rozwój cywilizacji.
Oczywiście takie twierdzenie jest mocno przesadzone, ale ponieważ ,,nie ma dymu bez ognia", więc zobaczmy, jak to jest z tym wszystkim.
Przypadek, zbieg okoliczności to loteria, uśmiech fortuny, łut szczęścia...
Komu więc sprzyja ten kapryśny monarcha? Odpowiedź nasuwa się prawie sama: ludziom, którzy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą.
Zanim więc będziemy mogli odpowiedzieć na pytanie, jak zostać odkrywcą czy wynalazcą, musimy odpowiedzieć na inne:. ' jak zostać szczęściarzem.
Najlepiej byłoby urodzić się w czepku, czyli właśnie pod szczęśliwą gwiazdą. Na pewno każdy z nas zna przynajmniej jednego takiego, któremu w życiu wszystko układa się jak po maśle. Pani wzywa go do tablicy akurat wtedy, kiedy przypadkowo nauczył się lekcji, choć przedtem całymi tygodniami nie zaglądał do książki. Gdy w tramwaju natknie się na kontrolera, z uśmiechem wyciąga z kieszeni bilet, choć przedtem dziesiątki razy jeździł na gapę. Takiemu to dobrze!
A innemu wszystko z rąk leci. Nic mu się nie udaje, niczego nie może osiągnąć. Do tablicy go wywołują, kiedy właśnie przypadkowo nie zdążył poprzedniego dnia odrobić lekcji, choć wszystkie poprzednie ma ślicznie ,,wykute", w tramwaju konteo-lei łapie go, gdy w pośpiechu nie zdążył kupić biletu, choć zdarzyło mu się to po raz pierwszy od dłuższego czasu. Pechowiec!...
I przeważnie jesteśmy przekonani, że tak już musi być. Pechowiec będzie pechowcem do końca życia, a szczęściarz umrze szczęściarzem (co prawda w momencie owej śmierci jego szczęście musi być chyba chwilowo na urlopie?), i nikt nic na to nie poradzii.
Jest to pogląd niesłuszny, gdyż nauka od dawna, zna pewne sposoby, jak sobie radzić z przypadkiem (czyli właśnie ze szczęściem lub pechem). Zajmuje się tym obszerna dziedzina matematyki zwana rachunkiem prawdopodobieństwa, na podstawie którego możemy obliczyć,, jaka jest szansa, by takie czy inne zjawisko zaszło lub nie zaszło.
Może najlepiej wyjaśnimy wszystko na przykładzie. Przypuśćmy, że siedzimy przy otwartym oknie parterowym wychodzącym na cichą uliczkę. Zastanówmy się, jaka jest szansa, by pierwszym człowiekiem, który przedefiluje pod naszym oknem, był mężczyzna, a inie kobieta (jeżeli zaś będzie to dziecko, to chłopczyk, a nie dziewczynka)? Pomyślmy najpierw, ile jest w ogóle wszystkich możliwości. Tylko dwie: albo mężczyzna, albo kobieta. Wobec tego, jaką mamy szansę w przypadku, który nas interesuje (mężczyzna)? Wynosi ona dokładnie połowę, czyli xh>.
A teraz zastanówmy się, jak jest z szansą, by pierwsze dwie osoby, które przejdą pod naszym oknem, były mężczyznami? Jak już wiemy, dla pierwszego mężczyzny prawdopodobieństwo wynosi-^-. Oczywiście dla drugiego, mężczyzny będzie ono takie
samo, czyli także-— . A dla obu łącznie? Trzeba w tym celu
1
pierwszy ułanąek pomnożyć przez drugi, a więc otrzymamy 4
Oznacza to, że istnieje tylko jedna (patrz licznik ułamka) szansa na cztery (mianownik!), aby dwie pierwsze osoby były na pewno mężczyznami. Dla pierwszych trzech otrzymamy
-1---1___L^J-aibo A . Jak sami widzicie, prawdopodobieństwo
2 2 2 8 23 jest już znacznie mniejsze, wynosi bowiem tylko jeden na osiem
możliwych. Z każdym następnym maleje ono w zastraszającym
tempie. Na przykład dla pierwszych dwudziestu mężczyzn wy
niesie 1 ---, a więc tylko jeden na ponad milion!
nleMe 220 1 048 578 1
To bardzo mało, a więc prawdopodobieństwo, że pierwsze dwadzieścia osób będzie mężczyznami, i tylko mężczyznami, jest prawie żadne. Możemy więc z czystym sumieniem przyjąć zakład, że taki wypadek się nie zdarzy. Chociaż...
Może się tak złożyć, że kiedy dokonamy, już wszystkich obli' czeń, pod naszym oknem przedefiluje... kompania honorowa Wojska Polskiego. Stu chłopów na schwał! I ani jednej kobiety. W takim wypadku nasz kolega, który przyjął przed chwilą proponowany przez nas zakład, jest rzeczywiście nie lada szczęściarzem. Jedna szansa na milion, a jednak ją trafił.
Szczęście!... Jest to słowo tak magiczne, że często ulegamy jego urokom i nie zdajemy sobie sprawy, co się za nim kryje.
Na pewno wielu spośród Was słyszało już historyjkę o greckim królu Polikratesie. Był to naprawdę wyjątkowy szczęściarz. Pewnego razu wrzucił do morza drogocenny pierścień. A w kilka godzin później jego kucharz, który czyścił na obiad świeżo złowioną rybę, znalazł ów drogocenny klejnot w jej żołądku i zwrócił go swemu władcy.
Już słyszę, jak ten i ów z moich Czytelników wzdycha sobie głośno: „Ech, żebym to ja miał taki fart!" Dlatego od razu ostrzegam: niech Was ręka boska broni przed takim szczęściem!
Albowiem historyjka, którą przytoczyłem, jest tylko częścią prawdy o Polikratesie. W potocznych opowieściach, świadomie (a może nieświadomie?) pomija się całą resztę. A szkoda, w rzeczywistości bowiem sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
Polikrates jest postacią historyczną, a nie legendarną: żył naprawdę i panował na wyspie Samos w latach 537—522 przed naszą erą. Zbudował ogromną flotę, która kontrolowała całe Morze Egejskie, zagrażając między - innymi zaprzyjaźnionej .z nim Persji. Był rzeczywiście człowiekiem o niezwykłym szczęściu. Jak podaje grecki historyk Herodot, zaprzyjaźniony z Po-likratesem król Egiptu Amazis widząc, jak szczęśliwie układają jeQo losy, radził mu pozbyć się dobrowolnie jakiegoś cennego klejnotu, aby uchronić się w ten sposób przed zawiścią
ogów. Wtedy to właśnie nasz bohater wrzucił do morza swój pierścień.
Kiedy klejnot znaleziono w żołądku ryby, Amazis zerwał przy-jazn z Polikratesem, widząc w tym nieomylny znak, że bogowie są mu nieprzychylni. Rzeczywiście — Polikrates został podstępnie zwabiony przez satrapę perskiego Oroitesa i zamordowany.
Tak więc, jak widać to z tragicznej historii samoskiego wład-cy, pasmo szczęścia może być przerwane niepowodzeniem. I odwrotnie. Zresztą wcale nie dlatego, że tak chcą „zawistni bogowie". Po prostu wynika to niezbicie z obliczeń matematycznych. Albowiem tak królowa nauk nauczyła się już kierować przypadkiem, i to w dodatku — nie uwierzycie! — w sposób zupełnie przypadkowy. Jak Wam się na przykład podoba taka historyjka, zresztą całkowicie autentyczna, którą opisuje w swej książce „Podróże cybernetyczne" Lew Katolin?
Rybacy wypływający na połowy na Ocean Atlantycki stykali się z dziwnym zjawiskiem, .którego absolutnie nie umieli wyjaśnić. Na jednym z łowisk zawsze natrafiano na niewielką ławicę szprot, natomiast na innym łowisku trafiały się czasem ogromne ławice morskich okoni. Ale tylko czasem. Przy czym nikt nie był w stanie określić kiedy.
Wydawało się, że problem jest nie do rozwiązania. Oczywiście ostrożny kapitan zawsze będzie wolał ,,wróbla w garści" i zajmie się odłowem szprot. Natomiast ryzykant, szukający „gołębia na dachu", niekiedy trafiał na ławicę okoni, ale częściej wracał z pustymi ładowniami.
Sprawą zainteresowali się matematycy. Zbadali bardzo dokładnie wszystkie poprzednie przypadki występowania na łowiskach zarówno szprot, jak i okoni, po czym zastosowali do obliczeń specjalną metodę, tak zwaną metodę Monte Carlo. Nie będziemy opisywali, na czym ona polega, .w każdym razie umożliwia przewidywanie przypadków, które zajdą w przyszłości, na podstawie tych przypadków, które już się wydarzyły.
I oto obliczenia wykazały, że najlepsza „strategia" połowów wyraża się stosunkiem 3:1. Oznacza to, że trzeba się zdać na los właśnie w takim stosunku. A więc można na przykład włożyć do czapki trzy kartki z napisem „szproty" i jedną z napisem „okoń", po czym jedną z tych kartek wyciągnąć na ślepo, na chybił-trafił. I w zależności od losowania udać się na odpowiednie łowisko.
Można też zastosować inny sposób losowania, ale w każdym razie musi to być losowanie. Gdybyście chcieli postępować w jakiś systematyczny sposób, natychmiast ponieślibyście fiasko. Nie można więc na przykład popłynąć trzy razy pod rząd po szproty, a po raz czwarty po okonie: nic Wam z tego nie przyjdzie.
Rzecz w tym, że ryby pływają w morzu w sposób przypadkowy (a nawet gdyby pływały w oparciu o jakieś własne ,,rybie" prawa, dla nas są one nie znane i dlatego przypadkowe). A ponieważ samo wydarzenie jest przypadkowe, więc i wybór łowiska musi być również całkowicie przypadkowy.
Rybacy posłuchali matematyków. I wiecie, jaki był rezultat? W ciągu dwóch tygodni uzyskano o sześćdziesiąt ton ryb więcej niż normalnie.
Okazuje się więc, że można przewidzieć, jak należy postępować, aby się nam poszczęściło.
A dlaczego właściwie o tym wszystkim opowiadamy? Dlatego, że od razu na początku chcemy wykazać, że jego królewska mość Przypadek wcale nie jest monarchą absolutnym i swymi łaskami nie obdziela według własnego widzimisię.
ROZDZIAŁ DRUGI,
z którego dowiadujemy się,
jak jego królewska mość odnosił niezwykle sukcesy w różnych dziedzinach v
nauki, techniki i literatury
Historia odkryć i wynalazków zna wiele, bardzo wiele przypadków, w których nie obeszło się bez interwencji jego królewskiej mości.
Francuski chemik Benedictus pewnego razu, zdejmując naczynia laboratoryjne z górnej półki wysokiej szafy, potrącił sporą kolbę z kolodium. Spadła ona na podłogę z wielkim hukiem... nie roztrzaskała się jednak na tysiąc kawałków. Kolodium utworzyło bowiem na "wewnętrznych jej ściankach cieniutką warstewkę, która utrzymała popękane kawałeczki szkła. Dzięki temu Benedictus wpadł na pomysł wytwarzania nietłukącego się szkła!
Natomiast młody chemik szkocki Perkin podczas wakacyjnej przerwy zajął się problemem sztucznej chininy. Po zmieszaniu w kilku kolbach produktów destylacji węgla otrzymał zamiast chininy gęstą, czarną maź, do niczego niezdatną. Doświadczenie się nie udało i Perkin postanowił wymyć kolby. Okazało się to jednak zadaniem niełatwym. Część osadów musiał rozpuścić w spirytusie. I tu właśnie czekała nań niespodzianka: w niektórych kolbach osady nabrały przepięknego purpurowego koloru.
Tak pojawił się pierwszy barwnik syntetyczny — moweina. Dziś nie ma ona już większego znaczenia, ale dzięki odkryciu Perkina zainteresowano się możliwością wytwarzania sztucznych barwników, dotąd bowiem używano tylko surowców naturalnych, z roślin lub zwierząt.
W laboratorium niemieckiego uczonego Willma przeprowadzano w 1909 roku próby z nowymi materiałami, które miaty zastąpić w produkcji łusek do naboi bardzo drogi mosiądz. Właśnie badano nowy stop aluminium z niewielkimi domieszkami miedzi, kiedy jednemu z laborantów przytrafiło się w domu jakieś nieszczęście. Pozostawił więc płytkę z nowego stopu na stole i nie dokończył badań.
Do laboratorium wrócił dopiero po kilku dniach i w kolejnych próbach przeprowadzonych nad materiałem uzyskał doskonałe wyniki. Gdyby jednak badanie stopu zostało dokończone natychmiast po jego otrzymaniu, wynik byłby żałosny. Jak się bowiem później okazało, ów stop ma niezwykłą właściwość: jego wytrzymałość zwiększa się wielokrotnie na skutek samoczynnego starzenia się w temperaturze pokojowej. W innych warunkach jest miękki i do niczego niezdatny.
Ten niezwykły materiał — zwany duraluminium — stał się jednym z najważniejszych materiałów XX wieku. Na przykład nie do pomyślenia byłby bez niego tak ogromny rozwój lotnictwa.
Czasem król Przypadek interweniuje w sposób niezwykły. Pewnego razu, a było to w 1811 roku, przedzierzgnął się w czarnego kota (na pewno czarnego, bo tylko takim zabobonni ludzie przypisują magiczne zdolności), który spacerował sobie po laboratorium francuskiego uczonego Bernarda Courtois.
Uczony zajmował się akurat jakimiś eksperymentami chemicznymi, toteż na stole miał ustawione dwa naczynia: w jednym znajdował się stężony kwas siarkowy, w drugim zaś nastój z popiołu wodorostów morskich.
Ulubiony kot pana Bernarda wdrapał mu się na ramię, po czym zeskoczył na stół, strącając na podłogę oba naczynia. Ciecze zmieszały się i pojawił się obłok fioletowoniebieskiej pary.
Była to ,,wizytówka" nie znanego podówczas pierwiastka — jodu. Czytelnicy będą łaskawi sami stwierdzić, komu właściwie należały się laury za to odkrycie: panu Courtois cży też jego ulubieńcowi?
Na podstawie kilku powyższych przykładów moglibyście sobie wyobrazić, że jego królewska mość darzy szczególną łaską chemików. Nic podobnego — swymi względami obdarza w równym stopniu przedstawicieli wszystkich kierunków.
Pan Ludwik Pasteur, ten wielki Pasteur, któremu ludzkość tak wiele zawdzięcza, przeprowadzał kiedyś badania nad zarazkami kurzej cholery. W trakcie owych badań musiał na kilka dni wyjechać, a gdy wrócił, okazało się, że brak mu nowych kolonii t^ch śmiertelnych bakcyli. „Co za pech! — pomyślał sobie być może wielki uczony. — Będę musiał wyhodować nowe bakterie, a to opóźni doświadczenia. Zresztą... wstrzyknę kurom te stare, zobaczymy, co z tego wyniknie".
I tak też zrobił. O dziwo, kury miały się doskonale i czuły się równie dobrze i wtedy, kiedy otrzymały później absolutnie, wydawałoby się, śmiertelną dawkę świeżutkich zarazków. Natomiast ich towarzyszki, które nie otrzymały poprzedniego zastrzyku, marły jak mUchy.
Tak narodziła się idea szczepień ochronnych. Nie muszę chyba nikomu mówić, ile ludzkich istnień one uratowały.
Podobny ,,pech" przydarzył się pewnemu szkockiemu lekarzowi, który w swej pracowni przy Szpitalu Sw. Marii w Londynie hodował* na pożywnych bulionach kolonie gronkowców. Ponieważ pracownia mieściła się w podziemiu, była bardzo wilgotna i pełno w niej było pleśni.
— Do czego to podobne! — narzekał lekarz. — Nie mogę więcej pracować w takich warunkach. Pełno tu brudu i kurzu, ze ścian osypuje się tynk i wpada do moich preparatów. Nawet bakterie nie są w stanie tego wytrzymać. Chociaż... Może coś w tym jest?
I rzeczywiście było. Okazało się, że bakterie są niszczone przez trującą substancję wydzielaną przez pleśniaka z gatunku Penicilium. Owa substancja została nazwana penicyliną, a. jej odkrywcą stał się właśnie ów narzekający lekarz, Alexander Fleming, człowiek, o którym później powiedziano, że stał się zbawcą ludzkości.
Na wszelki wypadek warto może podkreślić, że swego odkrycia dokonał w 1928 roku, ale dopiero w czternaście lat później dwóm innym uczonym — E. B. Chainowi i H. W. Floreyowi udało się wyodrębnić ten preparat i zastosować w lecznictwie, za co obaj dostali Nagrodę Nobla (w roku 1945).
Przed chwilą mieliśmy przykłady z medycyny, ale jego królewska mość ,.specjalizuje się", również w innych dziedzinach, wśród których ulubioną jest... astronomia. Ma on tutaj zresztą niezwykłe pole do popisu.
W nocy z 13 na 14 marca 1781 roku angielski astronom William Herschel obserwował gwiazdy podwójne w gwiazdozbiorze
Bliźniąt. I oto nagle (uwaga! Jego królewska mość nadchodzi!) w polu widzenia teleskopu pojawia s,ię dziwna maleńka tarczka wcale niepodobna do gwiazdy. Nie mogła zresztą być podobna, ponieważ była planetą. .Tak został odkryty Uran.
Włoski astronom Piazzi opracowywał dokładną mapę jednego z sektorów nieba, kiedy przypadkowo pojawiła się na nim planetoida Cerera, od dawna poszukiwana przez astronomów pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza.
Ktoś mi może zarzucić, że w obu przytoczonych przykładach głównymi bohaterami byli zawodowi astronomowie, więc te przypadki wcale nie musiały być takie przypadkowe.
No, a co powiecie na taką historię?
Pewnego razu słynny amerykański optyk Alvan Clark sprawdzał nowy teleskop. Obecny przy tym jego syn poprosił o nastawienie teleskopu na najjaśniejszą gwiazdę widoczną na naszym niebie — Syriusza. Młody chłopiec spojrzawszy w okular teleskopu dostrzegł obok Syriusza słabo świecącą nieznaną gwiazdkę. Tak został odkryty pierwszy ,,biały karzeł" — towarzysz tej gwiazdy.
Oczywiście przypadek nie tylko pomaga, lecz również płata psikusy.
W 1930 roku już po odnalezieniu na niebie planety Pluton jej odkrywca przeglądał stare negatywy sprzed lat. I oto okazało się, że odkrycia można było dokonać znacznie wcześniej, gdyby nie złośliwy (to chyba niezbyt grzeczne określenie dla monarchy?) przypadek. Na jednym z negatywów mikroskopijny defekt emulsji pokrył się dokładnie z miejscem na firmamencie, w którym w tym momencie znajdował się Pluton.
0 astronomicznych perypetiach mości króla moglibyśmy opowiadać godzinami. Nie chcemy jednak męczyć zbytnio Czytelnika, toteż przytoczymy jeszcze tylko dwie, całkowicie na pozór nieprawdopodobne historyjki.
W czasach Galileusza panował zwyczaj, że po dokonaniu jakiegoś odkrycia publikowano wstępną informację, ale zaszyfrowaną, w postaci tak zwanego anagramu. Tworzono odpowiednie zdanie, w którym powiadamiano o odkryciu, po czym wszystkie litery tego zdania przestawiano dowolnie i całą tę abrakadabrę ogłaszano drukiem. Jeżeli później odkrycie zostało potwierdzone, odkrywca sam rozszyfrowywał ten galimatias, potwierdzając w ten sposób swoje pierwszeństwo.
1 tenże Galileusz obserwował kiedyś Saturna. Jego teleskop był jednak bardzo lichy, toteż uczony nie mógł dostrzec słynnych pierścieni tej planety, tylko jakieś dwie plamy. Ówczesnym zwyczajem swoje odkrycie spisał w jednym zdaniu: „Najwyższą planetę potrójną obserwowałem".
W języku łacińskim zdanie to składa się z 37 liter, przy czym Galileusz dodał do nich jeszcze dwie zbędne, po czym wszystkie starannie „wymieszał". Ilość możliwych kombinacji z tylu liter jest tak astronomiczna, że uczonemu nawet do głowy nie przyszło, iż ktoś może wpaść na jakikolwiek sensowny ich zestaw.
Ale tym razem Galileusz omylił się. Inny wybitny ówczesny astronom, człowiek o mrówczej cierpliwości, stosunkowo szybko znalazł „klucz" do tej abrakadabry. Po odrzuceniu trzech (!) liter ułożył takie oto zdanie (oczywiście również po łacinie):
„Witajcie, bliźniacy, przez Marsa zrodzeni!"
Kepler szalał ze szczęścia. Przecież to właśnie on (zresztą zupełnie błędnie) zakładał, że liczba satelitów poszczególnych planet tworzy postęp geometryczny: Ziemia ma jednego, Mars dwa, Jowisz cztery itd. Toteż opierając się na tym założeniu, był przekonany, że Mars musi mieć dwa księżyce.
Był to rzeczywiście zupełnie nieprawdopodobny, przypadkowy zbieg okoliczności.
No, bo posłuchajcie.
Przypadkowo z anagramu Galileusza udało się ułożyć zdanie o księżycach Marsa, przypadkowo Jowisz miał rzeczywiście cztery duże księżyce, które zostały odkryte przez Galileusza. Dlatego też zupełnie przypadkowo błędne „prawo" Keplera okazało się słuszne dla Marsa, który naprawdę ma właśnie dwa .księżyce.
Tym ostatnim przytrafiła się zresztą jeszcze jedna zabawna historia. W 1726 roku znakomity pisarz angielski Jonathan Swift „opisał w swych „Podróżach Guliwera" owe księżyce, podając przy tym zupełnie, jak to się mówi, „z kapelusza" ich odległości od powierzchni planety.
Oba księżyce zostały jednak odkryte po raz pierwszy dopiero w 150 lat później, w 1877 roku. I wtedy to właśnie okazało się, ze „obliczenia" podane przez Swifta przypadkowo pokry-wają się prawie dokładnie z prawdziwymi odległościami. A żeby
y o jeszcze zabawniej, dodajmy, że odkrywca owych satelitów był z zawodu... cieślą.
Przykłady interwencji przypadku, i to zarówno pozytywne, jak.i negatywne, moglibyśmy mnożyć w nieskończoność. Można by nawet napisać opasłą księcję o samych przypadkach w historii odkryć i wynalazków. Ale jego królewska mość często postępuje w sposób jeszcze bardziej podstępny: niekiedy daje ludziom do ręki klucz do jakiejś zagadki, po czym... odbiera go im.
Tak wyglądała na przykład sprawa z sekretem słynnej stali damasceńskiej: niezwykle trwałej, nierdzewnej i wytrzymałej. Kowale z Damaszku i niektórych innych miast na Bliskim Wschodzie, którzy przypadkowo nauczyli się ją wytwarzać, wykonywali z niej sztylety, szable i miecze tak wspaniałe, .że można było nimi przeciąć jak kostkę masła sztabę żelaza. Za broń z damasceńskiej stali płacono horrendalne sumy, kupowano ją dosłownie na wagę złota!
Ale mistrzowie z czasem wymarli i... zabrali swoje tajemnice do grobu. A dziś hutnicy, odlewnicy, kowale i metalurdzy korzystając z całej potęgi współczesnej nauki daremnie starają się ponownie odkryć sekrety jej wytwarzania.
Podobnie miała się sprawa z niezwykłymi skrzypcami wyrabianymi przez wielkich włoskich lutników: Stradivariusa, Ama-tiego, Guarneriego. Mistrzowie ci wykonywali tak wspaniałe instrumenty lutnicze — skrzypce, altówki, wiolonczele — że cenione były na całym świecie również -na wagę złota. Ale i oni • zabrali swoje tajemnice w zaświaty.
Współcześni lutnicy odtworzyli w najdrobniejszych szczegółach wytwory tych niezwykłych mistrzów. „Kopie" cudownych instrumentów okazały się rzeczywiście znakomite, ale... nie miały jednak takiego dźwięku jak oryginały.
Nikt nie wie dziś, na czym polegała tajemnica starych mistrzów z Cremony. Może byt to szczególny składnik lakieru, którym pokrywano gotowe instrumenty, może specjalny sposób suszenia... Nie wiadomo. I już się chyba nigdy tego nre dowiemy.
A archeologowie, którzy badali ruiny starożytnych rzymskich budowli, zwrócili uwagę na dziwny fakt. Kamienie, z których były wznoszone, z biegiem czasu zwietrzały, wykruszyły się t'J i ówdzie, a zaprawa, którą były łączone, nie została w najmniejszym nawet stopniu tknięta zębem czasu. Nasze dzisiejsze zaprawy murarskie nawet się do niej nie umywają. O jej niezwykłej trwałości zadecydował prawdopodobnie jakiś nieznany składnik, jakaś domieszka. Ale jaka? Niestety — tego też nie wiemy.
Ktoś powie, że to wszystko historia, że dziś takie rzeczy się nie zdarzają. Wobec tego przytoczę przykład jak najbardziej współczesny, rzecz bowiem działa się tuż przed wybuchem wojny
W laboratorium badawczym pewnej wytwórni zegarków w ZSRR poszukiwano nowego elektrolitu do galwanicznego pokrywania kopert błyszczącymi stopami. Wiadomo: takie pokrycie jest znacznie ładniejsze i estetyczniejsze od matowego. Ele-ktrochemicy wiedzieli już wówczas, że czasem znikoma domieszka substancji organicznej umożliwia dokładne „wypolerowanie" wyrobów jeszcze w wannie elektrolitycznej. Pytanie tylko jakiej?
Do tego czasu znano już około miliona (!) różnych związków organicznych. Oczywiście systematyczne wypróbowywanie wszystkich byłoby fizyczną niemożliwością, toteż liczono podczas tych poszukiwań raczej na przypadek. I przypadek nie omieszkał dać o sobie znać.
Pewnego dnia tuż po przyjściu do pracy jeden z laborantów wyjął z wąnny elektrolitycznej płytkę metalu — błyszczącą jak lustro. Całe laboratorium zbiegło się, aby obejrzeć to cacko.
Aby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, do tej samej wanny zanurzono następną płytkę. Po upływie odpowiedniego czasu wyjęto ją. Miała taki sam wspaniały lustrzany połysk.
Kierownik laboratorium# zatarł ręce i polecił kontynuować doświadczenia w dużej, przemysłowej wannie. Sporządzono dokładnie taki sam elektrolit i przystąpiono do galwanicznego, pokrycia pierwszej próbnej partii płytek. Po wyjęciu ich z wanny okazało się, że wszystkie są matowe i porowate. Same braki.
Dlaczego ten sam elektrolit zachowywał się zupełnie inaczej w małej wannie laboranta niż dużej wannie przemysłowej?
Wytłumaczenie mogło być tylko jedno: elektrolit u laboranta był czymś zanieczyszczony. Ale czym? I dlaczego tylko w tej jednej jedynej wannie? v
Wreszcie wezwano ,.delikwenta". Początkowo przestępował z nogi na nogę i wykręcał się, jak mógł. Kiedy jednak został przyparty do muru, powiedział z zakłopotaniem:
— Bo to wszystko przez ten pech. Nic mi wczoraj nie wychodziło, czego bym nie tknął, leciało mi z rąk... Taki byłem zły, że jak wychodziłem do domu, to... to splunąłem do wanny. Może to właśnie dlatego?
Oczywiście laboranta wyśmiano. Ale...
„Eksperyment" został powtórzony w obecności wszystkich pracowników laboratorium. W pół godziny później laborant wyjął z wanny błyszczącą płytkę, w której można się było przeglądać.
Teraz już nikt się nie śmiał. Widocznie jego ślina zawierała jakiś składnik, którego mikroskopijne ilości wywoływały pożądany efekt. I tylko jego, gdyż ślina innych)pracowników nie wpływała na połysk.
Cóż to był za składnik?
Tego się już niestety nie dowiedziano. Wkrótce wybuchła wojna, laborant został powołany do wojska i już nie powrócił z frontu.
ROZDZIAŁ TRZECI,
w którym autor udziela kilku porad,
jak zostać wynalazcą,
a jednocześnie radzi,
aby nikt nie traktował tych rad zbyt poważnie
A jak się właściwie zostaje odkrywcą lub wynalazcą? W pierwszym rozdziale przytoczyliśmy wypowiedź wielkiego Einsteina. Z podobnym zapytaniem zwrócił się pewien dziennikarz do znakomitego fizykochemika amerykańskiego G. Scatcharda.
— Czy mógłby nam pan powiedzieć, panie „profesorze, kiedy miewa pan najlepsze pomysły?
— Z tym nie mam żadnych trudności — odparł uczony. — Przychodzą mi do głowy nad ranem, zaraz po przebudzeniu, pojawiają się przy goleniu, podczas słuchania muzyki i w najprzeróżniejszych innych sytuacjach. A kiedy już mam jakiś gotowy, konkretny pomysł, natychmiast udaję się do pracowni i zaczynam go realizować. I wówczas często okazuje się, że... pomysł jest chybiony.
Proszę zwrócić uwagę na jeden szczegół: pomysły mogą przyjść uczonemu do głowy w każdej dowolnej sytuacji, bez względu na porę dnia. Inna sprawa, czy są one realne, czy też nie. To już jest — jak zgodnie twierdzą wszyscy uczeni — kwestia wiedzy, zamiłowań,,konsekwencji i umiejętności niezraża-nia się w razie niepowodzenia.
Dlaczego jednak w odpowiedzi na pytanie, ,,jak się zostaje odkrywcą czy wynalazcą?", przytoczyliśmy dwie na poły żartobliwe odpowiedzi i ani jednej poważnej, rzeczowej?
Ponieważ... nie wiemy. A raczej jeszcze nie wiemy. Szczegółowo porozmawiamy na ten temat w jednym z następnych rozdziałów. A na razie chciałbym tylko powiedzieć, że teoretycy dopiero próbują znaleźć pewne metody, pewne recepty, dzięki którym wynalazcą mógłby zostać każdy człowiek, który jako tako odróżnia młotek od kowadła.
Czy im się-to uda? Sceptycy twierdzą, że nie. Ich zdaniem żadna metodyka nie zastąpi niezwykłej pracowitości, intuicji, talentu i wiedzy, jakimi legitymują się prawdziwi twórcy nowej techniki, nowej nauki.
Czasami odkrywcy czy wynalazcy łączą w sobie wszystkie te cztery cechy. Do-nich należał genialny uczony Michael Faraday,
0 którym zresztą opowiemy w piątej części naszej książki. Ale na przykład jeden z najpłodniejszych wynalazców wszystkicli czasów, Thomas Alva Edison (o nim też jeszcze będzie mowa), tak ocenia przyczyny swoich sukcesów:
— W moich pracach było 99 procent pracy w pocie czoła. Reszta przypada na talent, natchnienie, intuicję, powodzenie i inne przypadki.
Rzeczywiście — Edison był człowiekiem niezwykle pracowitym. Potrafił spać tylko cztery godziny na dobę, resztę czasu spędzał w swoich laboratoriach. Pewnego razu żona poradziła mu, by udał się gdzieś na jakiś krótkotrwały choćby wypoczynek.
— Dokąd? — spytał Edison.
— Wszystko jedno, dokąd chcesz. Wybierz sobie jakieś miejsce, gdzie mógłbyś porządnie wypocząć.
— Już wybrałem. Udam się tam z samego rana.
Nazajutrz żona bez najmniejszego trudu odnalazła go w... laboratorium.
Tak więc pracowitość... A intuicja?
W jednym z wielkich zakładów oddawano do użytku nowy ogromny oddział produkcyjny, pełen skomplikowanych urządzeń
1 gmatwaniny przewodów, pomp i zbiorników. Próbny rozruch przeszedł sprawnie, nadeszła długo oczekiwana chwila: uroczyste oddanie do produkcji.
Już przecięta została czerwona wstęga i w obecności dostojnych gości naciśnięto guziczek z napisem ,,Rozruch". Strzałki na wskaźnikach zeskoczyły z miejsca, silniki ruszyły na pełnych obrotach i... nic. Aparatura nie działała.
Wśród personelu zapanowała konsternacja. Dziesiątki techników i mechaników rzuciło się na poszukiwanie awarii i... znowu nic. Wszystkie urządzenia — każde osobno — działały bez zarzutu. Ale całość ani rusz nie chciała funkcjonować. A przecież w czasie próbnego rozruchu wszystko było w porządku.
Wówczas wezwano na pomoc jednego z majstrów, o .którym mówiono, że ma jakiś ,.szósty zmysł". Stary spec w milczeniu ruszył przez długą halę, przyglądając się skomplikowanej plątaninie pomp, filtrów, odstojników. W pewnym momencie wezwał ślusarzy i kazał odkręcić jeden z zaworów. Po zdjęciu osłony zobaczono we wnętrzu... zdechłego szczura, który swym ciałem zatkał otwór. Gdy go usunięto, aparatura ruszyła.
Dlaczego właśnie ten jeden jedyny zawór spośród dziesiątków innych przykuł uwagę starego majstra? Niestety — nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć.
— Nie wiem — oświadczył. — Po prostu „nos" mi podpowiedział, że to musi być tu. Ale dlaczego?...
Tak więc intuicja... Ale w podobnych sytuacjach równie dobrze radzą sobie talent i wiedza.
W swoim czasie za jednego z najwybitniejszych na świecie^ specjalistów z dziedziny techniki prądów zmiennych uchodził amerykański inżynier Steinmetz. Niezwykły talent i ogromna wiedza tego człowieka spowodowały, że ubiegały się o niego przodujące firmy elektryczne Stanów Zjednoczonych, między Innymi największy koncern „General Electric". Niestety — Steinmetz był związany długoletnim kontraktem z niewielką wytwórnią sprzętu elektrotechnicznego. Wówczas „General Electric" wykupił wszystkie akcje owej wcale do szczęścia mu niepotrzebnej fabryczki tylko po to, aby wraz z nią przejąć kontrakt Steinmetz?..
Pewnego razu tenże Steinmetz został zaproszony jako konsultant do wielkiej elektrowni, w której właśnie uruchamiano ogromny generator (prądnicę) prądu zmiennego, a raczej chciano uruchomić. Agregat ów mimo wszelakich wysiłków specjalistów wykazywał podczas pracy niebezpieczne drgania. Wzmacniano jego fundamenty, sprawdzano ułożyskowanie wirnika i jego wyważenie... Wszystko na nic. Generator po uruchomieni^ wibrował nadal, co mogło w każdej chwili wywołać nieobliczalną w skutkach awarię.
Steinmetz obejrzał spokojnie/ogromne urządzenie i wydał dyspozycje, które dyrekcję elektrowni wprawiły w niejakie osłupienie:
^roszę mi tu przynieść składane łóżko, wysoką drabinę, a awałków kredy i parę pism ilustrowanych. Potem proszę
urucnoimć generator i kazać wszystkim wyjść z hali. Jak będ<^ czegoś, potrzebował, dam znać.
Zaintrygowani pracownicy elektrowni bardzo byli ciekawi, jak. Steinmetz usunie wibrację. Ci nieliczni, którym udało się przedostać do hali, zobaczyli, żć przez cały -prawie czas leży na łóżku, wertuje kartki tygodników i nie zwraca, zdawałoby sic;, żadnej uwagi na pracujący generator. Od czasu do czasu jednak wstawał, przystawiał do obudowy drabinę i rysował na grubych płytach agregatu niewielkie krzyżyki.
Trwało to dwa dni, po czym Steinmetz kazał zatrzymać' maszynę i oświadczył:
— Proszę skrócić uzwojenie wirnika o trzynaście zwojów.
Polecenie oczywiście natychrńiast wykonano i... generator odżył. Ani cienia wibracji. Maszyna funkcjonowała bez zarzutu.
W kilka dni później Steinmetz przysłał rachunek za konsultację opiewający na sumę tysiąca dolarów. Firma w nadziei, że dówie się szczegółów dotyczących metody zastosowanej przez niego, zaproponowała mu szczegółowe opisanie w rachunku czynności związanych z konsultacją.
— Proszę bardzo — oświadczył Steinmetz i po chwili położył na biurku dyrektora nowy egzemplarz rachunku:
Tak więc wiedza... A co z metodyką?
Na początek proponujemy metodę popełniania rozmyślnych błędów. W pierwszych latach naszego wieku w jednej z niewielkich fabryczek produkujących papier majster, który rozzłościł się o coś na, swego szefa, ,,zapomniał" dodać do masy papiero wej kleju. W efekcie otrzymano papier bardzo porowaty, na którym w żaden sposób nie można było pisać, ale który doskonale wchłaniał atrament.
Tak pojawiła się bibuła. ^
Sposób drugi, tak zwany „do gory nogami". Już przed wielu laty znany czeski pisarz Karol Capek zauważył, że wyjście najczęściej ~ bywa tam, gdzie znajdowało się wejście. W oparciu o to stwierdzenie można na przykład poprzez zwykle przełączę-nie przewodów zamienić odkurzacz w rozpylacz. Na tej samej zasadzie dokonywano nieraz poważnych wynalazków. Ktoś obserwował koło młyńskie: na jego łopatki spadała woda i obracała je, zastanowił się więc, co by się stało, gdyby postąpić odwrotnie — napędzać koło? Czy wówczas zdoła ono wytworzyć strumień wody?
Okazało się, że tak, dzięki czemu stworzona została pompa ssąco-tłocząca. A w czterdziestych latach naszego stulecia, kiedy w większości fabryk zaczęto instalować przewody sprężonego powietrza, naszą pompę jeszcze raz podłączono „odwrotnie". Do rury wylotowej doprowadzono sprężone powietrze, które zaczęło napędzać wirnik... i w ten sposób powstał nowy rodzaj silnika — pneumatyczny, który okazał się niezastąpiony wszędzie tam, gdzie z pewnych względów nie można było stosować silników elektrycznych.
Ktoś powiedział kiedyś półżartem, że przynajmniej połowa wszystkich wynalazków powstała na skutek notorycznego lenistwa ich twórców. W tym stwierdzeniu jest na pewno ziarno prawdy i moglibyśmy tu podać wiele przykładów. Nie chcąc jednak zbytnio nużyć Czytelników nie kończącymi się opowieściami, przytoczymy na dowód jedynie znaną historyjkę z furtką Edisona.
Pewnego razu któryś z jego znajomych zwrócił mu uwagę, że owa nieszczęsna furtka otwiera się bardzo ciężko i że taki genialny wynalazca mógłby coś na to poradzić.
A mnie się wydaje, że ona jest skonstruowana bardzo dobrze — odparł Edison. — Każdy, kto ją otwiera, pompuje do zbiornika na .dachu mojego domu trzydzieści litrów wody ze studni.
Tak więc lenistwo... Okazuje się jednak, że do epokowego odkrycia mogą się czasem przyczynić jeszcze gorsze przywary. Na przykład zwyczaj picia wódki. .
Wszyscy wiecie, że lampę naftową wynalazł nasz rodak Ignacy Łukasiew-icz. Mało jednak wie, że o tym wynalazku zadecydował właśnie ów zgubny nałóg. Nie, nie — sam Łukasiewicz nie brał do ust ani kropli alkoholu. Pewnego razu zjawił się jednak u niego znajomy szynkarz spod Krosna, który przyniósł mu w konewce jakiś gęsty ciemny płyn. Był to ,,olej skalny", czyli ropa naftowa. Karczmarz poprosił Łukasiewicza, aby zbadał, czy przypadkiem z tego płynu nie da się wydestylować wódki, co na pewno przyczyniłoby się do zwiększenia zysków jego knajpy.
Łukasiewicz obiecał, że się tym zajmie, ale już podczas pierwszej analizy stwierdził, że o żadnej wódce nie może być mowy, udało mu się natomiast z ropy naftowej wyodrębnić naftę, która nadawała się do oświetlenia.
Wkrótce też w jednej z lwowskich aptek, w której pracował podówczas Łukasiewicz, zajaśniała jasnym blaskiem pierwsza na świecie lampa naftowa.
ROZDZIAŁ CZWARTY,
w którym jest mowa o tym,
jak należy p a t r.z e ć, aby widzieć, a także o tym,
co ma wspólnego osa z papierem, pajęczyna z mostem,
a- mucha z kopalnią węgla
Najkrótszą, ale chyba i najtrafniejszą definicję odkrycia podał kiedyś jeden z wybitnych współczesnych biochemików:
— Odkrycie powstaje wtedy, kiedy patrzysz" na to samo, na co patrzą wszyscy, a przy tym dostrzegasz to, czego oprócz ciebie nie dostrzega nikt.
W 1973 roku cały świat uroczyście obchodził pod protektoratem Organizacji Narodów Zjednoczonych pięćsetną rocznicę urodzin wielkiego polskiego astronoma Mikołaja Kopernika, tego, który „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię".
Jego odkrycie było czymś^ rewolucyjnym, czymś, co całkowicie zmieniało poglądy na budowę wszechświata, jakie obowiązywały od wielu tysiącleci. A przecież Kopernik opracował swoją niezwykłą teorię w oparciu o obserwacje tego samego nieba, na które patrzyli razem z nim inni astronomowie. Ale tylko on, tylko .on. jeden dostrzegł w zawiłych trajektoriach ciał niebieskich wielką prawdę: to nie Ziemia "jest środkiem wszechświata, wokół którego obracają się gwiazdy, planety i Słońce. Ziemia jest tylko jedną z planet i tak jak wszystkie obraca się wokół naszej gwiazdy dziennej.
Pamiętajmy przy tym, że w czasach Kopernika nie znane były żadne optyczne przyrządy astronomiczne. Nie było lunet i teleskopów, niebo badano gołym okiem. Ale nasz wielki astronom odkrył to, czego oprócz niego nie dostrzegł nikt.
Umiejętność widzenia niedostrzegalnych pozornie związków pomiędzy zjawiskbrai jest niezbędnym warunkiem powodzenia. Ani jedno wielkie odkrycie, a^i jeden przełomowy wynalazek nie mogły się bez tego obejść.
Ale nie tylko one.
Owa niezwykła zdolność równie dobrze „zdaje egzamin" w życiu codziennym, w sprawach pozornie prostych i nieskomplikowanych, z którymi często stykamy się na każdym nieomal kroku.
Rzecz działa się w pierwszych latach wojny. W jednej z niewielkich fabryk położonej o kilka zaledwie kilometrów ód linii frontu zetknięto się z takim oto problemem. Wytapiano tam żeliwo w specjalnym piecu, tak zwanym żeliwiaku, z którego ótwar-tej gardzieli dniami i nocami buchały płomienie. W dzień sprawa wyglądała jeszcze dość znośnie, kłopoi zaczynał się w nocy. Widoczny z daleka odblask bijący z pieca mógł w każdej chwili zwabić hitlerowskie bombowce, które w jednym nalocie mogły zrównać fabrykę z ziemią.
Trzeba było za wszelką cenę znaleźć jakąś radę. Tylko jaką?
Takiego pieca nie można wygasić pod wieczór, by rozpalić go ponownie rano, samo rozpalanie trwa bowiem kilkanaście godzin. Nie można go też było wygasić „na amen", ponieważ bez żeliwa stanęłaby produkcja całej fabryki. Zbudowanie nad żeliwiakiem osłony też nie na wiele by się zdało: piec miałby wówczas słabszy „ciąg", jego wydajność bardzo by zmalała. A przy tym wszystkim odblask, choć oczywiście znacznie mniejszy, też byłby w nocy widoczny z daleka.
Wydawało się, że sprawa jest beznadziejna: ani jedno z rozwiązań zaproponowanych przez pracowników fabryki nie było rozwiązaniem radykalnym.
Znakomite wyjście z sytuacji zaproponował... czternastoletni syn jednego z majstrów. -
— Ależ to bardzo proste, tato — powiedział, kiedy zmartwiony ojciec zwierzył się przy kolacji z kłopotów, jakie nastręcza fabryce żeliwiak. -— Trzeba zafarbować płomień na czarno.
Rozumiecie, jakie to wspaniałe rozwiązanie?
Zauważyliście na pewno nieraz, że płomienie mają różne barwy, w zależności od tego, c o się w danym momencie pali. Inną barwę ma świeca, inną żarówka, jeszcze inną dogasające szczątki ogniska... Różne substancje — czasem nawet niewielkie ich ilości — barwią płomień na różne kolory. Na przykład sód (składnik najzwyklejszej soli kuchennej) wywołuje barwę żółtą, wapń — ceglastą, potas — fioletową i tak dalej.
Wystarczyło więc do płomienia w żeliwiaku dodać niewielką ilość mieszanki paru substancji, aby płomień zabarwił się na czarno i stał się niedostrzegalny dla nieprzyjacielskich bombowców.
Nie sądźcie jednak, że wszyscy pracownicy owej fabryki byli ludźmi niekompetentnymi, skoro nie potrafili znaleźć tak prostego rozwiązania, na które wpadło czternastoletnie dziecko. Nic podobnego — byli to wszystko fachowcy, i to wybitni. Dlatego też ich rozwiązania były rozwiązaniami fachowymi, takimi, jakie zastosowano by w normalnych warunkach. A chłopiec nie był specjalistą, ale za to (a może właśnie dlatego) potrafił spojrzeć na całą sprawę zupełnie inaczej. Nie darmo mówi przysłowie: ,,To jest tak proste, że tylko dziecko mogło na to wpaść".
Oto jeszcze jeden przykład, jak należy patrzeć, aby w i-d z i e ć.
Jest stop zwany babbitem, niezastąpiony jako materiał prze-ciwcierny, z którego odlewa się powierzchnie łożysk szczególnie narażone na ścieranie. Składa się on w 83% z cyny, metalu dość właściwie pospolitego. Ale w pierwszych latach budowania państwa radzieckiego był to w ZSRR materiał ,,deficytowy", na którego brak szczególnie narzekał rozwijający się przemysł. Dlatego też grupa radzieckich specjalistów pracujących pod kierunkiem Iwana Odinga, późniejszego członka-korespondenta Akademii Nauk -ZSRR, starała się opracować taki stop, w którym cyny byłoby możliwie jak najmniej.
Po długich staraniach wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Nowy stop zawierał tylko 20°/o cyny, a pod względem właściwości w niczym nie ustępował normalnemu babbitowi.
Kiedy jednak przystąp-ono do odlewania pierwszej partii łożysk, okazało się, że nowy stop jest bardzo... kapryśny. W dziewięćdziesięciu pięciu wypadkach, na sto metal był porowaty jak ser szwajcarski i nie nadawał się do niczego. Natomiast w pozostałych pięciu stop był doskonały, a łożyska wykonane z niego spisywały się wspaniale.
Dlaczego tak się działo? Dlaczego pięć łożysk było dobrych, a pozostałych dziewięćdziesiąt pięć nadawało się tylko na złom?
Cały zespół ślęczał nad rozwiązaniem dniami i nocami, wysuwano najprzeróżniejsze hipotezy i... nic. Nadal na kilka dobrych łożysk przypadało kilkadziesiąt braków.
W grupie pracował młody inżynier, który niedawno skończył studia i odbywał w fabryce swoją pierwszą praktykę. Pewnego dnia wszedł do gabinetu Odinga akurat w momencie, kiedy debatowano tam nad tym „przeklętym" stopem, i oświadczył:
— Już wiem, kiedy otrzymuje się dobre łożyska.
Ciekawe mruknął Oding, nie przypuszczając ani na
chwilę, aby ten „żółtodziób" mógł znaleźć rozwiązanie, nad którym bezskutecznie biedzili się fachowcy. — Kiedy?
— Wtedy, kiedy podczas wlewania metalu do form w kuźni pracuje wielki młot pneumatyczny.
Homeryczny śmiech wstrząsnął ścianami gabinetu. No bo rzeczywiście — co ma piernik do wiatraka, a młot do odlewów?
Ale Oding był prawdziwym uczonym. Spojrzał uważnie na młodego inżyniera i oświadczył:
— Ciekawe... No cóż, sprawdzimy.
Sprawdzono i okazało się, że młody inżynier rzeczywiście miał rację. Rzecz w tym, że podczas pracy młota wytwarzane były ledwo dostrzegalne drgania, które powodowały dokładne zapełnianie formy.
Oczywiście nazajutrz zastąpiono młot niewielkim wibratorem przymocowanym do stołu, na którym ustawiane były formy dp odlewów. Od tej pory nie było już ani jednego braku.
Nie sądźcie jednak, że sama umiejętność patrzenia i dostrzegania może zastąpić odkrywcy czy wynalazcy wszystkie inne cechy. Żadne z wielkich odkryć nie było przecież dziełem jednej chwili. Kopernik badał niebo długie lata, zanim opracował swoją teorię heliocentrycznego układu wszechświata, Kepler strawił wiele lat, zanim podał swoje słynne prawa ruchu planet. Kiedy spytano Newtona, czy potrzebował wiele czasu na sformułowanie swoich słynnych praw, wielki uczony odpowiedział:
— Odkryte przeze mnie prawa są bardzo proste. Sformułowałem je szybko, ale przedtem bardzo długo myślałem.
I to jest prawda. Ludziom niewtajemniczonym, którzy dowiadują się tylko o końcowym efekcie badań, wydaje się, że wszystko jest proste, że odkrycia dokonywane są nieomal w „mgnieniu oka".
Niezwykle pod tym względem pouczająca jest historia wyprodukowania pewnego związku chemicznego o dość skomplikowanej nazwie — 4,4-dichlordifeniltrichloretan. Jeżeli jednak ta nazwa jest dla Was zbyt trudna, proponuję łatwiejszą, a przy tym powszechnie znaną: proszek DDT.
Wszystko zaczęło się w'1935 roku, kiedy to pewien chemik szwajcarski Paul Muller zabrał się do poszukiwania nowych środków owadobójczych.
Należy od razu. powiedzieć, że tego typu badania mają jedną szczególną cechę: ich wynik może być całkowicie negatywny. Po prostu ani jeden zsyntetyzowany związek nie będzie się do tego celu nadawał.
A może być i tak, że wśród setek tysięcy połączeń znajdzie się tylko jedno, które będzie spełniało wszelki^ niezbędne warunki. Toteż uczony, który go poszukuje, musi bardzo pedantycznie i systematycznie je badać, aby przypadkiem nie ,.przegapić" tego jednego.
W ciągu czterech lat Muller zbadał kilkaset różnych preparatów. Bez skutku. Wreszcie jesienią 1939 roku przyszła kolej na związki, w skład których wchodziły różne kombinacje chloru, węglowodorów i fenoli.
Muller nie był zresztą pierwszym człowiekiem, który dokonał syntezy tych połączeń. Chemicy znali je dość dobrze, a niektóre spośród nich zostały nawet zbadane jako środki owadobójcze. Ponieważ nie zabijały one owadów natychmiast, biologowie wywnioskowali, że nie nadają się do tego celu.
Dziwnym zbiegiem okoliczności odkryty przez Mullera słynny DDT został po raz pierwszy zsyntetyzowany znacznie wcześniej, bo już w 1873 roku przez pewnego studenta chemii z Wiednia, który nawet nie podejrzewał, jaki skarb znalazł się w jego rękach.
Na szczęście Muller, który odkrył ten związek po raz drugi, był człowiekiem niezwykle pedantycznym. Nie dowierzając nikomu, sam osobiście kontrolował biologiczne oddziaływanie otrzymanych preparatów. Wtedy to właśnie przekonał się, że wprawdzie DDT nie zabija owadów natychmiast, ale za to zabija je zawsze. Okazało się również, że biały proszek jest nieszkodliwy dla ludzi i wszystkich zwierząt, z wyjątkiem właśnie owadow, że ma silny zapach i że jest tani. Był to więc niemal idealny środek owadobójczy.
Jak wiemy, DDT stał się preparatem, który oddał ludzkości nieocenione usługi w walce z owadami, a jego twórca Paul Muller otrzymał w 1948 roku Nagrodę Nobla.
Sława i zaszczyty w niczym nie zmieniły jego usposobienia i nawyków. Tak jak dawniej zjawiał się w laboratorium codziennie o tej samej porze i pracował systematycznie przez określoną ilość godzin. Nadal poszukiwał nowych związków owadobójczych, ale choć otrzymał jeszcze kilka zupełnie niezłych, ani jeden nie mógł się równać ze słynnym DDT. Fortuna rzadko obdarza swą łaską po raz drugi.
Przed chwilą napisaliśmy, że wyprodukowany przez Mullera biały proszek był ,,nieszkodliwy dla ludzi i wszystkich zwierząt, z wyjątkiem właśnie owadów". Otóż z biegiem czasu okazało się niestety, że sprawa wygląda nieco inaczej. A nawet zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał Muller i jego współpracownicy. Ow rewelacyjny preparat okazał się bronią obosieczną, choć trudno za to winić jego twórcę, sumiennego i rzetelnego chemika. Raczej winę za ten stan rzeczy, o którym zaraz powiemy, ponosimy wszyscy, nie umiejąc posługiwać się pożytecznymi preparatami w sposób umiarkowany.
Wspominaliśmy poprzednio o całkowicie niezawodnym działaniu DDT na owady. Ludzie, którzy przekonali się o tym doświadczalnie, byli tak uradowani wynikami'eksperymentów, że co prędzej obsypali tym proszkiem całą naszą planetę Ziemię w błogiej nadziei, że nareszcie pozbędziemy się raz na zawsze wszystkich szkodliwych owadów (pożytecznych zresztą też). Rachuby te okazały się jednak zawodne. Owady nie wyginęły całkowicie, ale za to skaziliśmy tym owadobójczym środkiem prawie całą glebę na Ziemi.. DDT został skrupulatnie wchłonięty z owej gleby przez rośliny, a ponieważ nie daje się łatwo rozłożyć, toteż nadal zachowywał swoje właściwości toksyczne. Potem nasze krowy, owce, kozy, konie i inne zwierzęta roślinożerne gromadziły ten środek w swych własnych organizmach, pożywiając się soczystą trawą i nie zdając sobie sprawy (no bo niby jakim cudem?) z grożącego im niebezpieczeństwa. Wraz z owocami, jarzynami i mięsem DDT przedostał się do organizmów ludzkich, wywołując w nich groźne niekiedy schorzenia. Ta podstępna trucizna paraliżuje bowiem system nerwowy człowieka równie skutecznie, jak i owadów, choć oczywiście jej dawka musi być w tym przypadku znacznie większa.
Teraz dopiero zaczęto bić na alarm i wzywać do odwrotu, zwłaszcza że stężenie tego środka w rośjinach i organizmach zwierzęcych zwiększa się z każdym rokiem, albowiem mimo poważnej groźby nie zaprzestano stosowania białego proszku. I oto nagle znowu okazało się, po raz nie wiadomo który, że ludzkość znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem. Zabronić używania DDT? Bardzo dobrze, tylko że w tym przypadku zostaniemy zniszczeni przez owady. Stosować ten środek nadal? Ale wtedy stajemy się swymi własnymi trucicielami, niejako samobójcami, choć oczywiście rozkładamy to samobójstwo na raty.
Czy więc jest jakieś wyjście z tej paradoksalnej sytuacji? Z pewnością tak, choć... na razie nie bardzo się jeszcze orientujemy, gdzie go należy szukać. Nie zastanawiajmy się więc chwilowo nad rozwiązaniem tego problemu, zwłaszcza ze nie wiąże się on bezpośrednio z głównym tematem naszej opowieści. W niczym też nie podważa zasług Paula Mullera, twórcy owego znakomitego, lecz — jak już mówiliśmy — groźnego środka owadobójczego.
Wspominaliśmy poprzednio o umiejętności dostrzegania rzeczy niezwykłych. Warto więc chyba powiedzieć również kilka słów
0 niełatwej, lecz nader pożytecznej sztuce podpatrywania... przyrody.
Matka natura doskonaliła swoje dzieła w ciągu wielu milionów lat. Toteż żywe organizmy przystosowywały się w ciągu tego długiego czasu do otaczającego ich środowiska, wyrabiając
1 kształtując w sobie wiele takich cech, które umożliwiają im przetrwanie w ciężkiej walce o byt.
Uczonych i techników ogromnie dziś interesują wszystkie żywe -.mechanizmy", których przydatność została dokładnie spraw-zona w trakcie długotrwałej ewolucji organizmów, tej najbardziej obiektywnej „kontroli technicznej".
naVamv8jętn°SC podPatrYwa^a żywej przyrody wcale nie jest wynalazkiem ostatnich lat, ludzie od dawna już korzystali z „prototypowych" usług roślin i zwierząt
Jak na pewno wiecie, papier jest wynalazkiem chińskim i powstał w tym kraju przed wielu, wielu wiekami. Sekret jego wyrabiania musiał jednak przebyć daleką i długą drogę, zanim dotarł do Europy, przy czym aż do końca XVIII wieku papier wytwarzano ze starych szmat, był to więc sposób dość drogi.
W tym właśnie wieku bardzo rozwinęło się piśmiennictwo, zapotrzebowanie na papier wzrosło ogromnie, toteż zaczęto poszukiwać nowych, tańszych metod jego wytwarzania.
Wtedy to właśnie tkacz o nazwisku Friedrich Keller zaobserwował przypadkowo (właśnie: jakoś ostatnio nie wspominaliśmy nic o jego królewskiej mości, teraz więc zaczniemy odrabiać te zaległości), że osy budują swoje gniazda z materiału ogromnie przypominającego papier. Zaczął je obserwować i wkrótce zauważył, że używają one do tego celu sproszkowanej mączki drzewnej. Mączka drzewna po zwilżeniu jej wydzieliną z gruczołów os przekształcała się w delikatną papkę, która po stwardnieniu stawała się podobna do papieru.
Keller postanowił naśladować osy i po wielu próbach udci'o mu się rzeczywiście otrzymać doskonały papier z mączki drzewnej. "
W podobny .sposób natura ,,pomogła" angielskiemu konstruktorowi Samuelowi Brownowi w bardzo trudnym zadaniu zbudowania mostu przez bystrą i rwącą szkocką rżekę Tweed. A rzeka była rzeczywiście tak ,.szalona", że o wbiciu podpór w jej dno nie mogło być mowy.
Brown rozmyślał nad tym zadaniem, obserwując przez całą noc jej bieg, a nad ranem zdrzemnął się pod rozłożystym drzewem. Kiedy się obudził, słońce stało już wysoko. Błękitne niebo nad jego głową przecięte było srebrzystą niteczką pajęczyny przeciągniętą pomiędzy dwiema gałęziami. Gałęzie kołysały się na wietrze, pajęczynka jednak nadal trzymała się mocno, rozcią gając się chwilami lub kurcząc.
W tym momencie Brown doznał olśnienia. To był właśnie jego most. Wiszący most, bez podpór, bez konieczności wbijania w dno rzeki pali czy budowania na nim podpór.
Umiejętność „podpatrywania przyrody i korzystania z jej po mocy w urządzeniach technicznych nabrała szczególnego zna czenia w ostatnich latach. Powstała nawet nowa nauka łącząca biologię z techniką, istniejąca jak gdyby na pograniczu tych dwóch, tak wydawałoby się odmiennych dziedzin wiedzy. Jest to b i o n i k a.
'Na pewno wszyscy wiecie, co to jest radar i jak on działa. Otóż to wspaniałe urządzenie, ten rewelacyjny wynalazek, który oddał nieocenione usługi wojskom sprzymierzonym w czasie drugiej wojny światowej, został prawie dokładnie skopiowany z... najpospolitszego nietoperza.
Uczeni wiedzieli już od dawna, że to niewielkie zwierzątko, które gnieździ się w ciemnych pieczarach i poluje na drobne owady tylko w nocy, kiedy oczy na nic mu się nie mogą przydać, posługuje się specjalnym „lokalizatorem". Nietoperz wydaje w czasie lotu króciutkie piski (człowiek nie słyszy ich). Po odbiciu się od ewentualnych przeszkód fale głosowe trafiają do jego ucha. Na podstawie czasu, jaki upływa od chwili wysłania dźwięku do chwili jego powrotu, nietoperz ustala dokładną odległość od przedmiotu, który ten dźwięk odbił. A nawet potrafi rozróżnić, co to za przedmiot: czy jest to ściana, czy też ,,smakowity" owad.
Takimi samymi ,,urządzeniami" posługują się również inne zwierzęta. Delfiny, podobnie jak nietoperze, również wysyłają specjalne sygnały dźwiękowe. Jedyna różnica pomiędzy lokali-zatorami zwierzęcymi a radarem polega na zastąpieniu sygnałów dźwiękowych falami elektromagnetycznymi.
Już dawno uczeni zauważyli, że większość zwierząt ma zmysły znacznie bardziej wyczulone niż ludzie. Na przykład najpospolitszy kundel bije na głowę każdego człowieka, jeżeli chodzi o umiejętność rozróżniania zapachów. Podobnie rzecz się ma z myszami. Od niepamiętnych czasów pełniły one funkcje żywych „czujników" w kopalniach, zwłaszcza w kopalniach węgla, gdzie często wydobywa się niezwykle niebezpieczny gaz metan. Człowiek potrafi go wyczuć dopiero w takim stężeniu, które w każdej chwili może grozić niebezpiecznym wybuchem od lada iskierki, natomiast myszy umieszczone w klatce na dnie szybu „wyłapywały" ten gaz nawet w znikomych ilościach, uprzedzając o nadchodzącym niebezpieczeństwie górników Ostatnie badania wykazały, że istnieją owady o'tak niezwykłej wrażliwości powonienia, iż nie dorównują im zarówno psyr jak i myszy. Tymi owadami są... najpospolitsze muchy.
Tę właśnie niezwykłą cechę much postanowił wykorzystać amerykański uczony, doktor Robert Kay, przy czym zrobił to w sposób iście niezwykły, albowiem zbudowany przez niego czujnik do wykrywania metanu łączy w sobie aparaturę elektroniczną z... żywym elementem.
Do zwojów nerwowych żywej muchy, tak zwanych ganglio-nów, zostały podłączone cieniuteńkie elektrody ze sporym wzmacniaczem. W zwojach nerwowych muchy wytwarzane były bioprądy rejestrowane na ekranie przyrządu. W stanie normalnym, kiedy mucha zachowywała się spokojnie, czujnik milczał. Wystarczyło jednak, aby zmysł powonienia owada wyczuł znikome choćby ilości metanu, a bioprądy natychmiast się zmieniały. Wzmacniacz przekazywał te reakcje odpowiednio wzmocnione do czujnika, który od razu uruchamiał sygnał alarmowy.
Przykładów podpatrywania i wykorzystywania żywych organizmów moglibyśmy przytoczyć setki. Co prawda bionika jest nauką młodą, ale ma już na swym koncie sporo poważnych sukcesów. I miejmy nadzieję, że będzie ich miała coraz więcej.
ROZDZIAŁ PIĄTY,
w którym jest między innymi mowa
0 pożytku płynącym z kąpieli,
pewnym historycznym fałszerstwie, natchnieniu, proroczych snach
1 wielu innych nie mniej dziwnych sprawach
Czy znacie historię o Archimedesie, który pewnego razu wyskoczył z wanny podczas kąpieli i nago wybiegł na ulicę w Sy-rakuzach? Znacie? No to posłuchajcie.
Kiedyś jednemu z moich młodocianych przyjaciół zadano na lekcji fizyki takie oto pytanie:
— Dlaczego właściwie Archimedes wyskoczył z tej wanny i z ciałem namaszczonym oliwą i twarzą umazaną popiołem wybiegł nago na miasto, wykrzykując: ,,Heureka! Heureka!"?
Na to chłopiec odparł natychmiast, nie mrugnąwszy nawet powieką:
— Ponieważ w czasach Archimedesa nie znano jeszcze mydła. Wyobrażam sobie, jak taka odpowiedź ,,zamurowała" nauczyciela. A przecież... uczeń miał rację. Rzeczywiście — mydło jest wynalazkiem znacznie późniejszym. Toteż w czasie, kiedy żył Archimedes, radzono sobie inaczej. Całe ciało nacierano oliwą, którą później starannie zeskrobywano razem z cząstkami brudu, lub też stosowano do mycia popiół wulkaniczny,.
Oczywiście Wam taka odpowfedź wydaje się najzupełniej błędna. Wszyscy przecież wiedzą — powiecie na pewno — że Archimedes odkrył podczas kąpieli swoje słynne prawo, zwane zresztą po dziś dzień prawem Archimedesa. I to go tak ucieszyło — dodacie — że z radości wyskoczył z wanny i... Zresztą wszyscy znamy dalszy ciąg tej historii.
Otóż muszę Was zmartwić. Jeżeli tak sądzicie, jesteście w błędzie.
Rzecz w tym, że Archimedes wcale nie odkrył swego prawa w kąpieli. Prawo Archimedesa było doskonale znane na długo prze tem, zanim sam Archimedes pojawił się na świecie. Wiemy
na przykład z całą pewnością, że już starożytni Egipcjanie wykorzystywali to prawo do celów jak najbardziej praktycznych.
Kiedy budowano wielkie piramidy, budulec, czyli ogromne, wielotonowe bloki kamienne, sprowadzano z odległych kamieniołomów, które na domiar wszystkiego znajdowały się po drugiej stronie Nilu. Chcąc je dostarczyć na plac budowy, trzeba je było przewieźć przez rzekę.
Ale żadne ówczesne łodzie egipskie nie wytrzymałyby takiego ciężaru. Radzono więc sobie inaczej. Blok kamienny podciągano pod sam brzeg, po czym na nim (zwróćcie uwagę: na nim, a nie pod nim) umocowywano tratwę i całość spychano na wodę. Ponieważ ciało zanurzone w wodzie trac,i na ciężarze, więc i owa skała stawała się lżejsza, dzięki czemu tratwa mogła ją utrzymać na powierzchni wody.
Starożytni Egipcjanie znali już tę właściwość cieczy i z pożytkiem ją wykorzystywali dla swych własnych celów. Na wszelki wypadek przypominam, że piramidy były budowane w trzecim tysiącleciu przed naszą erą, natomiast Archimedes urodził się mniej więcej 2500 lat później.
Ale wobec tego — zapytacie — co odkrył Archimedes podczas owej słynnej kąpieli?
Otóż wpadł wtedy na doskonałe rozwiązanie bardzo skomplikowanego zadania, nad którym się podówczas hiedził.
Jak wiemy, Archimedes mieszkał w Syrakuzach/ Tamtejszy władca, tyran Hieron, ,,obstalował" sobie u swego nadwornego jubilera nową koronę, całą ze złota. Kiedy już to ,,nakrycie głowy" było gotowe, Hieron powziął podejrzenie, że został przez swego złotnika oszukany. Toteż zawezwał Archimedesa i odbył z nim taką mniej więcej rozmowę:
— Muszę z tobą porozmawiać — zaczął Hieron. — Chodzi mi o pewną naukową kwestię, którą ty jeden potrafisz rozwiązać.
— Uczynię, co w mej mocy — odparł Archimedes.
— Zaraz się dowiesz, o co chodzi. Kazałem sobie zrobić koronę, tę, którą mam w tej chwili na głowie.
— Bardzo piękna złotnicza robota, czyste złoto.
— Właśnie tego nie jestem pewien. Chciałbym wiedzieć, czy istotnie jest z czystego złota. Czy złotnik nie domieszał srebra? Jeżeli jest w niej srebro, to ile. Jutro ci ją przyślę.
— Mam zbadać złoto korony? W gotowym wyrobie?
_ Nie wiem, jak to zrobisz — odparł z uśmiechem Hieron. —
Gdybym wiedział, sam bym się tym zajął.
— Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.
— Nic nie szkodzi. Jak sobie trochę połamiesz głowę, z pewnością coś wymyślisz.
I Archimedes zaczął sobie łamać głowę.
Oczywiście ciężar korony to ciężar zawartego w niej złota i ewentualnie domieszanego srebra. To samo odnosi się nie tylko do wagu lecz i do objętości: objętość korony to łączna objętość zawartego w niej złota i srebra. Ponieważ jednak srebro ma mniej więcej półtora raza większą objętość niż złoto o tym samym ciężarze, ewentualne fałszerstwo można by łatwo wykryć, gdyby udało się obliczyć objętość korony.
Tylko jak to zrobić? Gdyby korona składała się z regularnych brył geometrycznych, na przykład sześcianów, kul czy ostrosłupów, sprawa byłaby prosta. Tymczasem miała niezwykle skonv plikowany kształt, pełen liści, łodyg, wgłębień i wypukłości...
Długo zastanawiał się Archimedes nad tym pozornie nieroz-wiązalnym zadaniem i wtedy to właśnie służebna zawołała, że kąpiel już czeka. .
Istotnie — wanna była pełna po sam brzeg. Toteż kiedy Archimedes się "w niej zanurzył, woda przepełniła wannę i rozlała się po podłodze, przy czym zamoczyły się zostawione tam przez Archimedesa sandały.
— Och ta Pejto — powiedział do siebie wielki uczony. — Wciąż mnie popędzała... Tyle wody się wylało!...
Tyle wody... ,,Ciekawe, ile?" — zastanowił się Archimedes. Kiedy się zanurzył, sięgała samego brzegu. To znaczy, że wylało się jej tyle, ile jego własne ciało jej wyparło. W ten sposób można by wymierzyć objętość ludzkiego ciała. Zaraz... Czy tylko ludzkiego? Nie — każdego. A więc także korony Hierona. Po prostu trzeba wziąć jakieś naczynie, napełnić je wodą po sam brzeg, wstawić do większego, pustego, w wodzie zanurzyć koronę, a objętość wody, która wypłynie, będzie równa objętości korony.
To właśnie była owa ,,heureka"!
Swoje słynne prawo sformułował Archimedes później, kiedy
Archimedes
zajmował się rozwiązywaniem zadania zleconego mu przez Hierona. Ponieważ wszyscy je na pewno znacie, nie będę go przytaczał. Na wszelki wypadek — choć jest to oczywiście sprawa zupełnie uboczna — podam jeszcze tylko, że złotnik okazał się rzeczywiście fałszerzem: korona została wykonana nie z czystego złota, lecz z domieszką srebra.
A czy wiecie, dlaczego przytoczyliśmy tę, zresztą najzupełniej prawdziwą, anegdotę?
Na to pytanie odpowiemy innym pytaniem. Dlaczego tysiące ludzi, którzy zażywali kąpieli przed i po Archimedesie, niczego w wannie nie odkryli, a Archimedes odkrył? Jak, w jaki sposób myślał i rozumował, jakie skojarzenia mu się nasuwały, kiedy szukał rozwiązania zleconego mu trudnego problemu? Jakimi torami idzie ludzka myśl w chwili dokonywania odkryć, wpadania na pomysł nowego wynalazku?
" Nie myślcie przypadkiem, że kieruje nami pusta ciekawość. Przecież gdybyśmy się mogli dowiedzieć, w jaki sposób Newton ,,wpadł" na prawo powszechnego ciążenia, a Kopernik doszedł do wniosku, że Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie odwrotnio, i gdybyśmy mogli nauczyć każdego człowieka myśleć w podobny sposób, mielibyśmy na świecie krocie odkrywców i wynalazców.
Nad tym zagadnieniem ludzie głowią się już od wieluset lat, ale dopiero niedawno stworzono nową naukę zajmującą się badaniem twórczego, odkrywczego myślenia. Ta nauka nazywa się heurystyka.
Heurystyka nie tylko bada twórcze sposoby myślenia, ale interesuje się również opracowywaniem metod, sposobów kierowania odkrywczymi procesami myślowymi. Zajmują się tym psychologowie i fizjologowie, inżynierowie i matematycy, specjaliści z różnych dziedzin nauki i techniki. Dokonywanie odkryć naukowych, opracowywanie planu bitwy w sztabie wojskowym, projektowanie nowych maszyn i urządzeń, prowadzenie śledztwa w skomplikowanych sprawach kryminalnych — to właśnie przykłady twórczego, odkrywczego myślenia. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, ile korzyści przyniosłoby nam zbadanie takich przypadków i opracowanie odpowiedniej metodyki.
Tylko że... jak tu mówić o metodyce, skoro sam proces twórczego myślenia jest dla nas czymś zagadkowym, niepojętym?
Czy pamiętacie jeszcze definicję odkrycia, którą podaliśmy w jednym z poprzednich rozdziałów? Dlaczego właściwie jeden człowiek umie dostrzec to, czego oprócz niego nie dostrzegł nikt? Przecież nasze mózgi są skonstruowane" w taki sam sposób. A jednak myślą inaczej.
Jak więc ,,robi się" odkrycie?
Z tym właśnie pytaniem zwracano się niejednokrotnie do wielu wybitnych uczonych i wynalazców, i nie była to tylko pusta ciekawość. W pierwszym rozdziale podaliśmy na przykład na wpół żartobliwe „wyjaśnienie" Einsteina. Czy jednak jest ono rzeczywiście tak żartobliwe? Pomyślmy — przecież zgodnie z opinią tego wielkiego uczonego odkrywca to człowiek, który potrafi wyjść poza ciasne ramki ustalonych poprzednio prawd. Jednym słowem, potrafi dostrzec to, czego inni nie byli w stanie zauważyć.
Niewątpliwie więc odkrywca czy wynalazca musi się odznaczać wyobraźnią, umiejętnością wyszukiwania nowych prawd Zgodzicie się chyba ze mną, że człowiek, który święcie wierzy
wwiryT™523 ł!°"Ć ^akichŚ teorii czy poglądów, na pewno „nie
y ysh prochu . Pewien wybitny matematyk, kiedy spytano g . co się dzieje z jego młodym asystentem, odpowiedział:
— Ach, wie pan, został poetą. Zawsze zresztą sądziłem, że jaw na matematyka ma za małą wyobraźnię.
A przeciaz z reguły wydaje się nam, że to właśnie poeci powinni mieć fantazję, natomiast matematyków traktujemy jak zasuszonych pedantów.
Tak więc wyobraźnia...
Dla nikogo nie jest dziś tajemnicą, że w badaniach naukowych szczęście sprzyja tym tylko, którzy potrafią myśleć w sposób niezależny, którzy nie trzymają się ślepo tradycyjnych metod, którzy nie powołują się na uznane autorytety. W historii odkryć i wynalazków wiele jest przykładów na to, że stare poglądy naukowe wywierały zdecydowanie szkodliwy wpływ podczas rozwiązywania nowych problemów. I tyleż samo przykładów, że całkowicie nowe rozwiązania, nowe odkrycia i wynalazki spotykały się ze zdecydowanie negatywnymi ocenami, natrafiały na mur obojętności i szykany starej lub zrutynizowanej kadry naukowej. Przekonacie się o tym nieraz, czytając dalsze części książki.
Wróćmy jednak do naszej heurystyki.
Uczeni od dawna zwrócili uwagę na jeden bardzo ciekawy fakt. Niezwykle często odkrycie lub rozwiązanie jakiegoś trudnego problemu pojawia się nagle, niespodziewanie, jak gdyby pod wpływem objawienia, pewnych tajemniczych, zupełnie nie znanych sił.
Olśnienie!... Objawienie!...
Pamiętacie kąpiel Archimedesa? To właśnie było olśnienie — nagłe, zaskakujące rozwiązanie, którego uczony daremnie poszukiwał przez dłuższy czas.
Wielu wybitnych uczonych, odkrywców i wynalazców przyznaje, że takie właśnie długo i bezskutecznie poszukiwane rozwiązanie pojawia się w chwili najmniej stosownej: na spacerze, w teatrze, na przyjęciu u znajomych... I to w dodatku bez najmniejszego wysiłku.
Rozumiecie, na czym polega cały paradoks? Najpierw człowiek męczy się, głowi i poci — bez żadnego efektu. A potem nagle następuje rozwiązanie, które spada mu jak z nieba, a prz> tym akurat wtedy, kiedy wcale o nim nie myśli.
Przed chwilą użyliśmy dwóch bardzo gromkich słów. ,,olsn.i nie" i „objawienie". Bardzo bym jednak nie chciał, aby te słowa wprowadziły Was w błąd. Moglibyście sobie bowiem pomyśleć tak: „Po co mam się głowić nad jakimś rozwiązaniem, po co mam go szukać przez długi czas, skoro i tak — wcześniej czy później — ono mnie odszuka. A więc precz z wszelkim wysiłkiem myślowym. Niech żyje natchnienie!"
Przykro mi, ale na tym koniku daleko byście nie zajechali. Sprawa — niestety — wygląda zupełnie inaczej.
Rzecz polega na tym( że myślimy nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że... wcale nie myślimy. Nie, nie — to nie paradoks. Uczeni dawno już stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że istnieje tak zwane myślenie podświadome. Póki się zajmujemy różnymi sprawami nie mającymi żadnego związku z problemem, nad którym głowiliśmy się od dłuższego czasu — gramy w karty, pływamy lub jemy obiad — pewne grupy szarych komórek w naszym mózgu funkcjonują nadal. Kombinują, „głowią się" i wreszcie dochodzą do właściwego rozwiązania, często właśnie w chwili najmniej do tego odpowiedniej.
Ale aby mogły się one „głowić" w sposób produktywny, muszą mieć odpowiednią pożywkę. Pożywkę zaś stanowią właśnie wszelkie wstępne badania, próby i doświadczenia, bez których nie moglibyśmy zrobić ani kroku w kierunku nowego odkrycia czy wynalazku. A to, że odkrycie pojawia się nagle, wtedy kiedy uczony nie skupia świadomie swojej uwagi na danym zagadnieniu, wcale nie oznacza, że odkrycie jest tylko, dziełem przypadku, uśmiechu fortuny, natchnienia.
Ciekawa rzecz wytężona, żmudna praca nad jakimś problemem, praca prowadzona bez chwili wytchnienia rzadko daje dobre efekty. Odpoczynek jest więc w każdej pracy — a iym bardziej w twórczej czymś absolutnie niezbędnym, niezastąpionym jak... jak na przykład sen.
Sen...
Czy śnią się Wam sny? Czy rano, kiedy się obudzicie, pamiętane, co się Wam śniło w nocy? A może... może zaglądacie do sennika egipskiego, aby sprawdzić, co też ten sen „oznacza"? e macie sennika* A to szkoda! Jest to bowiem wspaniałe,
huTnn^T- WrąCZ ŻrÓdł° ~ nie' nie wiedzY tajemnej, lecz humoru. Boki można zrywać! Jak Wam się podobają takie na
przykład przepowiednie: „Wąsy golić tępą brzytwą — nieprzyjemności w szkole" (może dwójka z matematyki?). Albo:'„Łysego widzieć — wygrasz w Toto-lotka".
Dziś już żaden rozsądny człowiek nie wierzy w prorocze sny. A jednak...
