Nieszczęścia chodzą czwórkami - Małgorzata Starosta - ebook + audiobook

Nieszczęścia chodzą czwórkami ebook i audiobook

Małgorzata Starosta

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Babibór Podlaski powoli wraca do równowagi po polowaniu na czarownice, a Alutka, Basia, Julia i Lilka szykują się na przyjazd pierwszych gości do swojego wymarzonego pensjonatu. Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko Marlena Maślankiewicz nie sięgnęła po karty tarota.

Gość w dom, Bóg w dom? Nie tym razem. Czworo letników natychmiast zaburza spokój Szczęśliwego Losu, a wśród nich prym wiedzie zarozumiały etnograf zakochany w słowiańskich legendach o rusałkach i zatopionych skarbach. Kiedy jego ciało zostaje wyłowione z jeziora, Babibór nie ma wątpliwości: prawdziwa zabawa właśnie się zaczęła. Czterem właścicielkom siedliska pozostaje tylko jedno: rozwiązać zagadkę, zanim spełni się dalszy ciąg przepowiedni. Wiadomo wszak, że w Babiborze o gusłach się nie dyskutuje, a klątwy, uroki i czary są tak samo rzeczywiste jak ciasto z wiśniami Sabiny Szymczakowej.

Czwarty tom zabójczo zabawnej serii „W siedlisku” zaprasza czytelników do rozwikłania prawdopodobnie najmroczniejszej i najgroźniejszej tajemnicy podlaskiej wsi – bynajmniej nie spokojnej, ale bardzo wesołej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 272

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Krzysztof Korzeniowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



RedakcjaBarbara Kaszubowska

KorektaMonika Ratajczak

WspółpracaRobert Ratajczak

Grafika na okładceAgnieszka Śliwka

Projekt okładki, skład i łamanieNatalia Jargieło

Przygotowanie wersji elektronicznejArtur Kaczor, KompART

© Copyright by Małgorzata Starosta© Copyright by Wydawnictwo „Vectra”

ISBN e-book 978-83-68293-71-5(wydanie elektroniczne e-book)

ISBN 978-83-68293-70-8(wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo VectraCzerwionka-Leszczyny 2026www.arw-vectra.pl

Moim kochanym Czytelnikom,którzy czekali na tę książkę stanowczo zbyt długo

OD TEGO SIĘ ZACZĘŁO

„W siedlisku”, tom 1.: Szczęśliwy los autor: Danuta Chodkowska zredagowała: Małgorzata Starosta

 

Alicję Adamczyk, Barbarę Bilską, Julię Jędrzejak i Liliannę Laskowską połączyła w szkole przyjaźń tak silna, że tuż przed maturą zamarzyły o wspólnej przyszłości – a miało nią być otworzenie pensjonatu, który będą razem prowadziły w niedalekiej, oczywiście, przyszłości.

Marne dziesięć lat później, dzięki przedsiębiorczości Alutki, funduszowi na odchamianie oraz datom swych urodzin, przyjaciółki stały się posiadaczkami niebagatelnej sumy jednego miliona stu siedemdziesięciu tysięcy złotych (z groszami). Cztery dziewczyny składające się na milionerkę chwyciły życie za rogi i w sposób niemalże uczciwy nabyły drogą kupna siedlisko we wsi Babibór Podlaski – wsi nie byle jakiej, bo szczycącej się posiadaniem przez mieszkańców genu wspólnego z Mickiewiczem.

Niedługo dane im było nacieszyć się ekskluzywną nieruchomością. Tuż po załatwieniu formalności na znajdującej się w dobrodziejstwie inwentarza sofie zastały Kornelię, byłą właścicielkę uroczego siedliska, zabitą na śmierć, o czym świadczył nóż wystający z jej piersi.

Starszy aspirant Szelest i reszta mieszkańców wsi, a zwłaszcza sołtysowa Malwina Maślankiewicz, z miejsca uznali „obce” za zbrodniarki. No bo kto mógł to zrobić, jeśli nie one, skoro nikogo innego tam nie było?

We wsi wrzało. Atmosferę podkręcał dziennikarz Karol Książek, postać tyleż ciekawa, co tajemnicza. Oliwy do ognia dolało odnalezienie zwłok pośrednika biorącego udział w sprzedaży siedliska, a na domiar złego wynik sekcji zwłok Kornelii zaskoczył wszystkich – starsza pani nie zginęła od ciosów nożem, lecz została otruta lekiem na nadciśnienie.

Sołtysowa, zdenerwowana tym, że jakaś swołocz robi masakrę we wsi, którą ona (!) rządzi, zdecydowała się na rozmowę z babką męża, Marleną Maślankiewicz, dawną szeptuchą.

Gdy już się wydawało, że sprawa jest nie do rozwiązania, prokurator Pieprzyca przypomniał historię sprzed lat. Siostra Kornelii, Karolina, była w niechcianej ciąży; urodziła syna i kilka dni po porodzie znikła. Dzieckiem musiał zająć się ojciec, którym był osiemnastoletni Polikarp Piasecki, a pomogły mu Kornelia i Marlena. Wszystko szczęśliwie się ułożyło, lata mijały. Niespodzianie do Kornelii przyszła paczka z zagranicy, z herbatą, a w niej zdjęcie i list od dalekiej kuzynki. Krewna opowiedziała w nim o szczęśliwym życiu i śmierci Karoliny na obczyźnie, fotografia zaś przedstawiała siostrę Kornelii z mężem, córką i kilkuletnim wnukiem. Równolegle amerykański wnuk zmarłej Karoliny – Karol Książek – dowiedział się o żyjącej w Polsce siostrze babki i postanowił ją odszukać.

Ostatecznie śmierć Kornelii uznano za skutek zatrucia bez udziału osób trzecich, a cztery przyjaciółki zdecydowały się na realizację przedmaturalnego marzenia, czyli otwarcie pensjonatu Szczęśliwy Los – skoro siedlisko było ich, a wieś chciała, by zostały.

I tylko Szelest, ku wielkiej uciesze współpracowników, nie mógł uwierzyć, że przyszłe babiborzanki naprawdę nazywają się Alicja Adamczyk, Barbara Bilska, Julia Jędrzejak i Lilianna Laskowska, gdyż – jak głosi legenda… A nie, o tym już trzeba przeczytać.

A PÓŹNIEJ BYŁO JESZCZE LEPIEJ...

„W siedlisku”, tom 2.: Miłość i inne klątwy autor: Danuta Chodkowska zredagowała: Małgorzata Starosta

 

W sklepie Szymczakowej pojawiła się obca – dziewczyna w zielonej kurtce, z kapturem na głowie, skryta i małomówna. Sebastian Sierżant wyszedł na spacer i zauważył w przejeżdżającym samochodzie jasnowłosą nimfę w zielonym kapturze – choć nie był pewien czy to wyobraźnia nie płata mu figla… Ala także tak pomyślała, gdy ujrzała w siedlisku swoją kuzynkę Olę Morwę, która przyjechała do Babiboru bez uprzedzenia. I bez manier, należy dodać, więc bardzo szybko narobiła sobie we wsi wrogów. Malwina zdecydowała, że poprosi o pomoc Marlenę, by wstrętne dziewuszysko ukarać, ale żeby przy okazji dziewczynom z siedliska nie zaszkodzić…

Na domiar złego jakiś obcy zaczął kobiety we wsi straszyć, kilka zgłosiło, że widziały upiora.

Na zebranie w oborze Maślankiewiczów, a właściwie na ostatnią próbę tegorocznego spektaklu „Dziadów”, stawiło się tylu ludzi, że zabrakło krzeseł. Szymczakowa opowiadała o osobie nazwanej Zielonym Kapturkiem i jej napaści na Sandrę. Z miejsca rozbrzmiały głosy o wypędzeniu monstrum ze wsi, a nawet wywiezieniu do lasu. Ksiądz Antoni zażądał wysłuchania drugiej strony, a z tyłu rozległ się głos recytujący stosowny fragment… „Balladyny”. Dziewczyna w zielonym płaszczu oznajmiła, że przyszła, bo jest to zebranie mieszkańców, a ona do nich należy; nazywa się Rita Roszak i jest cioteczną wnuczką i jedyną spadkobierczynią Olgi Olszewskiej. Biedny Sebastian Sierżant, który rozpoznał w niej nimfę z samochodu i był pod wielkim wrażeniem jej urody, zakochał się na mur-beton. Omówiono także zniknięcie Karola Książka, podejrzewanego o spłodzenie dziecka Natalii Nadworskiej i tchórzliwe wzięcie nóg za pas.

Wspomniany upiór, w którego nikt specjalnie nie uwierzył, wdarł się do sklepu Szymczakowej, gdy liczyła utarg, narobił bałaganu, ale uciekł na dźwięk wyjącego alarmu.

Ala planowała złożenie wizyty Ricie Roszak, żeby jej było miło, z własnoręcznie wykonaną babką ziemniaczaną w prezencie. Tadeusz Tarnacki akurat pojawił się z listem, a Sebastian Sierżant wpadł pod pozorem sprawdzania bezpieczeństwa i przypomnienia o zamykaniu drzwi.

Dziady świętowano na rozstaju dróg, wieczerzając przy stołach ustawionych w podkowę, przy płonących ogniskach, które miały oświetlać drogę przodkom i odstraszać demony. Nie brakowało tradycyjnych potraw, okowity i ziołowej herbaty przygotowanej przez Marlenę Maślankiewicz, babkę sołtysa – z racji wieku mistrzyni dzisiejszej ceremonii. Jak to zwykle bywa, bez awantur się nie obeszło. Gdy w powietrzu zawisła groźba bijatyki, powiał wiatr porywający kapelusze i przewracający butelki, co z miejsca uspokoiło kłócących się, gdyż musieli ratować spadające ze stołów naczynia. Nieliczni tylko zauważyli na wierzbie zjawę, z którą Marlena próbowała rozmawiać, lecz nagły dźwięk świątynnych dzwonów spłoszył wszystkich i zjawa znikła.

W tym samym czasie obaj duchowni – przyjaźniący się ze sobą proboszcz i batiuszka – szli na rozstaje. Niedaleko chatki Olszewskiej zobaczyli leżącego na łące człowieka. Gdy sprawdzili, że nieszczęsna młoda kobieta nie żyje, pobiegli do swoich kościołów bić w dzwony, te, które wystraszyły zjawę na wierzbie. Martwą dziewczyną okazała się Aleksandra Morwa, a do jej zabicia przyznała się Rita Roszak.

O poranku na posterunku stawiły się Ala z przyjaciółkami, Marlena i Malwina Maślankiewiczowe oraz pani Szymczakowa – wszystkie twierdziły, że śmierć Aleksandry Morwy to ich sprawka, a Rita jest niewinna.

W trakcie przesłuchania do prokuratora zadzwonił jego serdeczny przyjaciel i jednocześnie kuzyn księdza Antoniego, Henryk Grabski. Poprosił, by Patrycjusz sprawdził, dlaczego Antoni nie odbiera telefonu. Przeczucia Grabskiego okazały się słuszne – duchowny został zamordowany.

Tymczasem nikt nie wierzył w winę Rity Roszak, za to posterunkowi byli już pewni, że dziewczyna musiała znać Aleks. W dodatku z plebanii zniknęły zwłoki Antoniego. A może wcale ich tam nie było?

Ala zastanawiała się, jak działać, od czego zacząć, a Lilka zaproponowała zajrzenie do laptopa Morwy. Wśród szpargałów na podłodze Marlena znalazła wycinek gazety z artykułem o Oldze Olszewskiej. Na domiar złego hasłem do komputera Morwy było „Rita Roszak” – a więc musiały się znać.

Rita w końcu zgodziła się powiedzieć, co wie i czego się domyśliła, poczynając od bardzo dawna: od rzucenia klątwy na jej rodzinę. W odnalezieniu prawdy pomagał jej Karol Książek, który przypadkiem dowiedział się o klątwie ciążącej nad rodziną Olszewskich. Zaciekawiony szukał ludzi z tej rodziny i tak trafił na Ritę, a w końcu dotarł do listu z klątwą.

Tymczasem Basia z lektury artykułu Morwy dowiedziała się, że gwiazdą spektaklu „Balladyna” była Sonia Iwaszuk. Po spektaklu jubileuszowym aktorka zeszła ze sceny i nikt jej więcej nie zobaczył. Zaraz wygooglały zdjęcie Soni i wtedy zamurowało je dokumentnie. Tajemnice posypały się z rękawa, a było o czym mówić.

O miłości pewnego żołnierza do grającej Alinę Marzeny Baryczko. O śmierci Aliny, która utopiła się w Bzurze, bo przypadkiem wpadła do wody, a nie umiała pływać. O szaleństwie żołnierza, który uznał, że to Sonia, czyli Balladyna, jest winna śmierci jego Aliny, i próbował ją zabić. Uciekła przed nim aż do Babiboru, ale trafił tu za nią przez nieostrożność i głupotę Aleksandry Morwy, która drążąc temat, pchała się wszędzie, dużo pytała i sama sporo mówiła. A zginęła, bo była tak bardzo podobna do niej – morderca się pomylił…

Szelest, zupełnym przypadkiem, zabłąkał się do centrali. Zapalił światło i zobaczył w pomieszczeniu śpiącego, czarno odzianego człowieka. Ostrożnie podszedł, walnął go latarką i w ten sposób unieszkodliwił upiora. I kiedy wydawało się, że w Babiborze powrócił status quo, do domu Maślankiewiczów zapukał Szelest i aresztował Malwinę pod zarzutem zamordowania Moniki Melskiej i pierwszego męża, Augusta Arciszewskiego.

I ROZPĘDZIŁO SIĘ NA DOBRE!

„W siedlisku”, tom 3.: O gusłach się nie dyskutuje autor: Danuta Chodkowska zredagowała: Małgorzata Starosta

 

Wyjątkowo tragiczny przebieg inscenizacji Dziadów i aresztowanie sołtysowej Malwiny Maślankiewicz zaburzyły od lat ustalony porządek. Zamiast przygotowywać się do Szczodrych Godów, Babibór czekał: na wyjaśnienie, kto zabił Monikę Melską, na pewność, że jest już bezpiecznie, i na nowego proboszcza.

Malwina, oskarżona o zamordowanie Melskiej i swego pierwszego męża, Augusta Arciszewskiego, przebywa w areszcie, gdzie ćwiczy starszego aspiranta Szelesta w cnocie cierpliwości. W siedlisku zastanawiają się, jak zdążyć z remontem przed Świętami Bożego Narodzenia – czasu mało, dom się sypie, a mają być goście.

Znudzona i rozgniewana sołtysowa prosi posterunkowego, by posłał po Marlenę Maślankiewicz, bo jej zdaniem tylko ona jest w stanie dać Malwinie alibi. Tymczasem w mieszkaniu otrutej akonityną Melskiej znaleziono ołtarz, magiczne atrybuty i książki poświęcone magii, bóstwom i demonom.

W domu Soni Iwaszuk z kolei Basia odkryła tajne zejście do piwnicy. W schowku (prawdopodobnie księżej kryjówce) Olgi Olszewskiej mieszkanki siedliska trafiły na wiekowe księgi i bruliony. Jeden z nich był ściśle związany z okrutnym inkwizytorem.

Na pierwszą mszę nowego proboszcza Radosława Robaka zeszła się cała wieś, zjawili się nawet Ksantypa i Rokita jako gawron i myszołów. Ksiądz okazał się piękny nad wyraz, ale już pierwsze jego słowa zmroziły i oszołomiły obecnych. Nowy kapłan potępił księdza Antoniego, wiarę w zabobony, czarownice – jako najgorszą postać zła, którą Babiborzanie „wpuścili między siebie i z ich piekielnych mocy korzystają!”.

Po mszy ksiądz Robak, niczym Marcin Luter, wywiesił na drzwiach kościoła swoje tezy. Zaniepokojeni mieszkańcy wsi zasięgnęli języka u Henryka Grabskiego i dowiedzieli się, że ksiądz Robak to misjonarz redemptorysta; ostatnie trzy lata spędził w Patagonii, a wrócił do Polski na własne życzenie, wnioskując do samego biskupa o mianowanie proboszczem w Babiborze.

A batiuszka pamiętał, że w księgach kościelnych jest zapis o Robaku, dominikaninie, który był tu inkwizytorem i wydał wyrok na kilka kobiet, które spłonęły na stosie. Joachim Robak, sędzia Świętej Inkwizycji, opisywał w 1925 roku sprawę Anny Arciszewskiej, oskarżonej o czary.

Tymczasem Sylwia Sierżant zdawała się zgadzać z nowym proboszczem, twierdząc, że karanie śmiercią za czary nie jest przestępstwem, bo prawo ludzkie nigdy nie powinno stać ponad boskim.

Marlena zgodnie z obietnicą złożoną Malwinie przyzwała ducha Augusta, by się dowiedzieć, kto go otruł. Kiedy zmarły miał wyjawić ten sekret, nagle znikł, spłoszony dzwonkiem u drzwi.

Batiuszka zaprosił Sebastiana Sierżanta na nalewkę. Obu im nowy ksiądz się nie podobał. Mikołaj opowiedział też posterunkowemu o „sprawie czterech”, w której sędzią kościelnym był inkwizytor Joachim Robak.

Marlena poinformowała Malwinę, że zgodnie z jej prośbą rozmawiała z duchem Arciszewskiego, a on wskazał ją samą, Mieczysława, Malwinę i Sylwię Sierżant jako tych, co go truli. Wspólnie analizowali każde słowo tej rozmowy, by nie przeoczyć czegoś istotnego. Trochę potrwało, zanim zrozumieli, w jaki sposób Augusta mogli truć żona, szeptucha i jej wnuk. Sebastian w tym momencie pozbył się wątpliwości co do udziału matki w śmierci Melskiej, a zapewne także Arciszewskiego.

Ksantypa i Rokita postanowili wkroczyć do akcji, by zakończyć trwającą wieki niesprawiedliwość dziejową. Tej nocy w Babiborze wiele osób spało źle lub wcale nie mogło zasnąć. Na dodatek rankiem znaleziono księdza Robaka leżącego na drodze – martwego.

W siedlisku wciąż studiowano dziennik Joachima Robaka. Na podstawie tych zapisków – Z pomocą Grabskiego – ustalono, że Joachim miał dwoje dzieci: syna – czyli dziadka Radosława Robaka, obecnego kapłana w Babiborze, i córkę. Dziewczynkę, Marię Melską, adoptowano. Miała syna i wnuczkę.

Przekonana o winie bibliotekarki Marlena postanowiła ją sprowokować. Oślepiona trucizną, której chciała użyć przeciwko staruszce, Sylwia została aresztowana i skończyło się ostatecznie polowanie na czarownice w Babiborze Podlaskim.

ZŁOTY KLUCZYK

Pewnego poranka zimowego, gdy ziemia pokryta była grubym całunem śniegu, ubogi chłopiec musiał pójść do lasu, aby nazbierać drewna na opał. Kiedy już załadował drewno na sanie, chciał dla rozgrzania rozpalić sobie jeszcze ogień, zanim wróci do domu. Odgarnął więc śnieg, żeby oczyścić kawałek ziemi, i ujrzał nagle pod śniegiem mały złoty kluczyk. Chłopiec pomyślał, że skoro jest kluczyk, musi być także i zamek. Począł więc kopać w tym miejscu ziemię i po pewnym czasie znalazł żelazną skrzynkę. „Jeśli tylko ten klucz pasuje – rozmyślał na głos – są z pewnością kosztowne rzeczy w tej skrzynce”. Szukał i szukał, ale nie mógł znaleźć dziurki od klucza, w końcu jednak ją dostrzegł, lecz była tak mała, że ledwo było ją widać. Spróbował mimo to i przekonał się, że klucz szczęśliwie pasuje zupełnie dobrze. Przekręcił raz…

A teraz musimy poczekać, aż podniesie pokrywę. Wówczas dowiemy się, jakie to cudowne rzeczy znalazł chłopiec w skrzynce1.

1  Przekład bajki: Marcel Tarnowski (1924). Złoty kluczyk pochodzi z VI wydania Baśni braci Grimmów z 1860 roku. Wszystkie przywołane tutaj bajki są zapisane zgodnie z oryginałem – bez zmian językowych, ortograficznych i interpunkcyjnych.

Rozdział 1

Do pokoju Marleny Maślankiewicz nie wchodziło się przypadkiem, choć wiele osób lubiło twierdzić, że właśnie tak było: akurat przechodziły (ciekawe dokąd, skoro jej królestwo znajdowało się na końcu korytarza), tak jakoś się złożyło, właściwie to nic ważnego, tylko chciały sprawdzić, czy wszystko w porządku, a skoro już się znalazły w progu, to głupio zawracać, zwłaszcza że drzwi i tak były otwarte, a ona siedziała przy stole, jakby czekała.

Owszem, czekała, jak zawsze, bo w przeciwieństwie do swoich gości doskonale wiedziała, kiedy coś się święci, a duchy przodków i inne istoty służebne zsyłały jej wiadomość do przekazania. Komu, od kogo i co to za wiadomość okazywało się dopiero we właściwej chwili. Miała więc w zwyczaju czekać na ludzi, którzy sami jeszcze nie wiedzieli, po co przychodzą.

W pokoju jak zwykle panował półmrok. Bynajmniej nie dlatego, że babcia Maślankiewiczowa unikała słońca – przeciwnie. Jako ascendentalny Lew sama była ucieleśnieniem słonecznej energii, ale nieszczególnie lubiła, kiedy niewielka klitka w ośrodku opieki nad osobami starszymi, nazywanym domem spokojnej starości, nagrzewała się niczym sauna. Okna były więc uchylone, firanki lekko poruszały się na wietrze, który niósł ze sobą zapach lipca: ciepły, z domieszką trawy i kurzu, dziwnie ciężki, jakby świat już wiedział, że to będzie długi i trudny dzień. Marlena także to czuła, choć jeszcze nie potrafiła uchwycić właściwego przekazu od wszechświata. Swędziały ją opuszki palców, kark wydawał się nienaturalnie spięty, a tępy ucisk w mostku zwiastował niedobre wieści.

Na stole przed staruszką leżała talia kart ułożonych w równy stos, jak coś, co może zostać użyte, ale równie dobrze może zostać nietknięte, jeśli nie będzie potrzeby. Karty były stare, miękkie na brzegach, z lekko startym nadrukiem, który nie przeszkadzał w czytaniu, bo Marlena i tak nie patrzyła na nie w ten sposób, w jaki patrzą ludzie uczący się ich znaczeń z książek. Obok kart paliła się biała świeca, wokół niej kobieta rozłożyła kolorowe kryształy. Pozostawało więc jedynie wezwać duchy i skupić się na wiadomości.

– Zaczynamy – powiedziała do siebie, a może do kogoś innego.

Strząsnęła niechcianą energię z dłoni, odchrząknęła trzy razy, zamruczała jakąś mantrę i klasnęła. Zawsze tak robiła, choć sztuka wcale tego nie wymagała. Marlena Maślankiewicz lubiła robić wszystko po swojemu. Mądra kobieta.

Wyciągnęła rękę po talię kart i w tym samym momencie zastygła w tej dziwacznej pozie. Przez moment nawet nie oddychała. Wpatrywała się błyszczącymi oczami w drzwi, które cicho skrzypnęły i uchyliły się na kilka centymetrów. W wąskiej szparze pojawiła się głowa.

– Dzień dobry, Basiu – przywitała właścicielkę głowy Marlena.

Dziewczyna zawahała się na moment w progu, jakby chciała się upewnić, że to do niej, chociaż w pomieszczeniu nie było nikogo więcej, a już na pewno nikogo o imieniu Basia.

– Dzień dobry – odpowiedziała cicho.

– Dzień dobry – powtórzyła seniorka rodu Maślankiewiczów, już nie patrząc w stronę przybyłej. – Pytanie masz?

Barbara Bilska skinęła głową, cichutko weszła do pokoju, zamknęła drzwi, po czym usiadła ostrożnie naprzeciwko Marleny, jakby krzesło mogło się pod nią załamać albo jakby to, co zamierzała powiedzieć, wymagało szczególnego ustawienia ciała.

– Mam.

– To dobrze – odparła Marlena. – Bez konkretnego pytania jedynie się zgaduje.

Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Staruszka trzymała karty w dłoniach i szeptała do nich coś, co nie brzmiało jak żaden znany Basi ludzki język. Zwierzęcy zresztą też nie, ewentualnie przywodziło na myśl mruczenie niezadowolonego bawoła. Marlena miała zamknięte oczy i wydawała się zupełnie niewzruszona tym, że siedząca naprzeciwko niej młoda kobieta prawdopodobnie uważa ją za wariatkę.

– Chciałabym zapytać o nasz biznes – wypaliła w końcu Basia. – To znaczy o przyszłość siedliska. Naszego hotelu i w ogóle…

Marlena otworzyła jedno oko, które błysnęło, gdy skierowała je na bladą twarz czarnowłosej kobiety. Zanim uchyliła drugą powiekę, przyglądała się przez chwilę swojej gościni, jakby szukała czegoś, co nie miało nic wspólnego ze słowami.

– Może być – powiedziała w końcu.

Nie zabrzmiało to jednak jak zgoda, raczej jak zaakceptowanie cudzej opinii, która nie zmieniała niczego istotnego w jej własnej. Wzięła karty do ręki i zaczęła je tasować. Robiła to z wprawą godną krupierów zatrudnionych w najbardziej prestiżowych kasynach. Karty płynnie przesuwały się między palcami Marleny w rytmie, który nie był ani za szybki, ani zbyt wolny. Dziewczyna patrzyła na to z podziwem, jakby poziom sprawności dziewięćdziesięciolatki nie mieścił jej się w głowie.

– Przełóż – poleciła jej Marlena.

Basia ostrożnie przełożyła połowę talii, oddając kartom niemal nabożną cześć. Staruszka energicznie ułożyła je na stole w skomplikowany wzór. Trzy kolumny, cztery rzędy i jedna dodatkowa karta na środku. Przez chwilę, która Basi wydała się tak długa jak egzamin z rachunku prawdopodobieństwa, patrzyła na nie bez słowa. Przestała nawet mrugać, co dawało upiorne wrażenie obcowania z kimś nieżywym.

Dziewczyna pochyliła się lekko do przodu.

– Coś jest… nie w porządku? – zapytała ściszonym głosem.

Marlena nie odpowiedziała. Sięgnęła po leżące na stosie pozostałe karty i wyjęła tę ze spodu. Ściągnęła usta w wyrazie niezadowolenia. Zaraz też wyciągnęła kolejną kartę. Zatrzymała się na niej spojrzeniem moment dłużej niż na poprzedniej, a jej czoło zyskało dodatkową głęboką zmarszczkę.

Dziewczyna gwałtownie nabrała powietrza.

– Ja tylko chciałam wiedzieć, czy…

– Wiem, dziecko, wiem – przerwała jej spokojnie Marlena i odwróciła trzecią kartę.

Teraz spojrzała na cały układ, który zaczynał nabierać sensu. Może niekoniecznie wróżył dobrze, ale z pewnością opowiadał jakąś historię. Stara szeptucha zamknęła oczy i znów wymruczała jakąś mantrę czy inne zaklęcie. Basia zaczęła podejrzewać, że medium nie tylko komunikuje się z wszechświatem, bogami, duszami czy w co tam kto wierzy, ale też z kosmitami. Chyba słyszała coś podobnie brzmiącego jak to mruczenie w którejś części Gwiezdnych wojen.

– Ta wiadomość nie dotyczy biznesu, Basiu – powiedziała w końcu Marlena.

– A… czego?

Marlena nie odpowiedziała. Sięgnęła po pierwszą kartę leżącą w górnym rzędzie. Jej twarz nie zmieniła się wyraźnie, ale w spojrzeniu było coś, co bardzo zaniepokoiło Barbarę, choć nie potrafiła sprecyzować, co dojrzała w oczach szeptuchy.

– Ludzi – oznajmiła staruszka.

– A może pani konkretniej? – zirytowała się Basia, która nade wszystko nie znosiła niejasności.

– Jeszcze ich nie znasz – mruknęła staruszka. – Tych ludzi. Spodziewasz się gości.

To nie było pytanie. Dziewczyna głośno przełknęła ślinę i przesunęła dłońmi po stole, jakby chciała je gdzieś położyć, ale nie mogła znaleźć miejsca. Z nieznanego powodu czuła dziwne napięcie, jakby powietrze w pokoju Marleny zgęstniało.

– A nawet jeśli… – zawahała się – …to co w tym złego?

– Wszystko zależy od tego, kiedy się zorientujesz, że to oni są źródłem nieszczęścia – odparła tarocistka.

Basia spojrzała na karty. Potem na Marlenę. I znów na karty. Zupełnie nie znała się na tych wszystkich astrologicznych i ezoterycznych bzdurach, ale odkąd zamieszkała w Babiborze Podlaskim, widziała rzeczy, które nie śniły się żadnym filozofom ani nawet psychiatrom, co spowodowało pęknięcia w jej systemie przekonań. Może i nie szukała kwiatu paproci w noc Kupały, ale co do nieistnienia klątw nie miała już takiej pewności.

– No dobrze, niech pani mówi – zdecydowała w końcu. – Co ma być, to będzie, a lepiej być przygotowanym. Chyba…

– Święte słowa, widzę, że służy ci życie pod skrzydłami Ksantypy. Nie unikniesz nieuniknionego, a to, co mówią karty, już dawno zostało zapisane. Najmądrzejsze, co możesz zrobić, to przygotować się na nadchodzące wydarzenia. Ale ostrzegam: łatwo nie będzie.

– Naprawdę? – mruknęła Basia. – Bo do tej pory to same spokojne wywczasy nad jeziorem… Jeśli mogę być szczera, to gorzej już raczej nie będzie. Niech pani wali. Jestem gotowa.

– Cieszy mnie twój optymizm – skwitowała Marlena – chociaż on nie zawsze wystarcza. O wiele bardziej przydałyby się osikowy kołek, woda święcona, metalowe naboje…

– Karty przewidziały wampira albo wilkołaka?!

– Nie, ale wtedy byłoby pewnie zabawniej. Widzisz tę kartę? – Wskazała na środek stołu. – To Śmierć. Spokojnie, nie twoja. Niestety, raczej też nie Malwiny. Niemniej jednak wyraźnie widać, że nadchodzi coś mrocznego. Ktoś niebawem zginie i nie będzie to łagodne odejście we śnie.

– A czy przypadkiem nie powinniśmy tego odczytywać jakoś tak bardziej… symbolicznie? No wie pani: przemiana, nowe początki…

Marlena spojrzała na nią jak na kogoś o wyjątkowo małym rozumku i prychnęła:

– Przemiana? Dziecko, przemiana to jest wtedy, gdy krowa w rzeźni przemienia się w hamburgera. Tu będzie najzwyklejszy trup. – Szeptucha cmoknęła głośno, po czym ujęła dwoma palcami kolejną kartę. – Wieża. Coś runie, i to z hukiem. Może być, że wasze plany na agroturystykę, ale równie dobrze może to być dach tego ceglanego składzika, w którym nikt nie sprzątał, odkąd Kornelia przestała tam zaglądać. No i bardzo dużo w tych kartach wody… – dodała.

Basia poczuła nieprzyjemne mrowienie w karku i nie wiadomo dlaczego pomyślała o zmurszałym pomoście nad jeziorem. Dotychczas go nie wyremontowały, bo wiecznie brakowało czasu albo pieniędzy, a najczęściej jednego i drugiego.

Marlena przesunęła karty jedną ręką i złożyła ponownie w równiutki stosik.

– Wystarczy, niczego innego się dziś nie dowiesz – oznajmiła.

– Ale nie przeczytała pani wszystkiego! – zaprotestowała Basia.

– Uwierz mi, dziecko, niczego więcej nie muszę wiedzieć. A ty musisz na siebie uważać i przygotować się na najgorsze scenariusze. I liczyć na szczęście – dodała z zaskakującą powagą. – Szczęście będzie wam bardzo potrzebne. Wygląda na to, że nieszczęścia przyjdą do was czwórkami. – Postukała chudym palcem w leżącą na wierzchu kartę.

Czwórka mieczy.

Barbara Bilska ostatni raz zerknęła na talię tarota, następnie wróciła wzrokiem do twarzy staruszki i skinęła głową. Czy uwierzyła babce Maślankiewiczowej? Tego jeszcze nie wiedziała, choć jej napięte jak struna ciało zdawało się o tym świadczyć. Niewątpliwie aura bijąca od staruszki budziła w Basi odczucia dalekie od pozytywnych, dlatego też kobieta chciała jak najszybciej znaleźć się z dala od medium. Odsunęła krzesło i spojrzała ponownie na stół, na miejsce, gdzie przed chwilą leżały karty.

– Dziękuję, pani Marleno – powiedziała odrobinę zachrypniętym głosem.

– Nie ma za co. Ja też wolałabym móc przekazać ci inną wiadomość.

Kiedy drzwi zamknęły się cicho za Basią, staruszka głośno wypuściła powietrze z płuc. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc na stół. Potem wstała i podeszła do okna.

Ulica była pusta, tylko kurz unosił się jeszcze chwilę po tym, jak samochód Barbary Bilskiej odjechał w stronę Babiboru. Myśli Marleny podążyły w ślad za kobietą aż do siedliska, które wiele rzeczy już widziało. Staruszka miała nadzieję, że cztery młode właścicielki poradzą sobie z wyzwaniem, jakie szykował dla nich los. Wierzyła, a przynajmniej bardzo chciała wierzyć, że życie zsyła ludziom tylko takie próby, które mogą przejść.

Westchnęła głośno, zasunęła firankę i wzniosła oczy ku niebu.

– Nie pozwolicie mi się nudzić, prawda? – zapytała z przekąsem, po czym ruszyła do stojącej w przeciwległym rogu szafy i wytargała z niej walizę. Nagle, tknięta niespodziewaną myślą, uśmiechnęła się złośliwie. – Przynajmniej zepsuję Malwinie humor, dobre i to.

Rozdział 2

W siedlisku od rana panował ruch, który – gdyby spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, najlepiej pozwalającej dostrzec zarówno szczegóły, jak i ogólny sens działań – można by uznać za dobrze zaplanowany, a nawet imponująco sprawny. Każda z czterech kobiet uczestniczących w tym przedsięwzięciu doskonale jednak wiedziała, iż ów ruch wynika nie tyle z organizacji, ile z bardzo ludzkiej i całkowicie zrozumiałej potrzeby zajęcia się czymkolwiek, byle tylko nie zatrzymać się na chwilę i nie pomyśleć o tym, że za kilka godzin w tym domu pojawią się obcy ludzie. Na domiar złego owi ludzie – co w tym wszystkim najbardziej kłopotliwe – z pewnością mieli własne oczekiwania.

Ala stała w kuchni przy blacie i z niezwykłą starannością ustawiała liczne kubki w równym rzędzie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że żadne dwa nie są do siebie podobne. To jednak – w jej odczuciu, a także pozostałych właścicielek siedliska – nie stanowiło problemu, dopóki każdy był czysty, nieuszkodzony i nadawał się do nalania kawy, bo doświadczenie uczyło, że ludzie przyjeżdżający na wieś rzadko oczekują zastawy z Wersalu, a znacznie częściej czegoś, co można by nazwać „klimatem”, choć nikt nigdy nie potrafił do końca wyjaśnić, co to właściwie znaczy.

– Ja tylko chcę powiedzieć – zaczęła powoli filigranowa blondynka, przyglądając się wystawce na blacie z miną osoby, która właśnie podjęła ważną decyzję estetyczną – że jeśli ktoś się przyczepi do kubków, to znaczy, że mamy pecha do ludzi, a nie zły gust.

Basia, która od kilku minut przestawiała krzesła przy stole, jakby ich ustawienie miało większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać, zatrzymała się na chwilę i uważnie spojrzała na przyjaciółkę, jak gdyby rozważała, czy warto wchodzić w tę dyskusję.

– Ludzie zawsze się do czegoś przyczepią, Alutka. Taka już ich natura – odparła w końcu spokojnie. – Kubki to akurat najmniejszy problem.

– A jaki jest większy? – zapytała Julka, nie podnosząc wzroku znad notesu, w którym od rana zapisywała kolejne punkty na liście rzeczy do zrobienia.

Lista ta miała niepokojącą właściwość, że im więcej pozycji z niej znikało, tym więcej nowych się pojawiało.

– O wiele większym problemem są pytania, na które nie mamy odpowiedzi – powiedziała Basia. – Na przykład o to, czy na pewno wszystko działa.

– Tak – odparła natychmiast Ala.

– A sprawdziłaś naprawdę wszystko? – zapytała Basia z naciskiem.

Ala zawahała się przez ułamek sekundy, co dla stojącej w progu kuchni Lilki było równoznaczne z przyznaniem się do winy.

– To była bardzo konkretna pauza – zauważyła kopia Lindy Evangelisty. – Krótka, ale znamiennie treściwa.

– Sprawdziłam większość rzeczy – poprawiła się Alutka, a jej piegowate policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem, jakby została przyłapana na paskudnym kłamstwie.

– Większość to zdecydowanie za mało – prychnęła Basia. – Goście mają dziwną tendencję do korzystania właśnie z tej części, której się nie sprawdziło. Co będzie, jeśli przepalą się wszystkie żarówki? Albo odpływ w brodziku okaże się zapchany kudłami?

Julka uniosła głowę.

– Łazienki są sprawdzone – oznajmiła z przyganą i natychmiast skreśliła jedną pozycję z długaśnej listy.

– Okna w całym domu umyte, sprawdziłam też, czy żadne się nie rozszczelniło. Czujki dymu włączone – dodała Lila.

– Ręczniki są, pościel jest, w szafach wieszaki, szlafroki i te wszystkie pierdoły do szycia, w łazienkach kosmetyki – wymieniała Basia.

– Czajniki w pokojach działają, szklanki błyszczące jak bombki na choince – potwierdziła Julka, z zadowoleniem kreśląc po kartce.

– Regulamin wisi – zakończyła Ala.

– Krzywo – zauważyła Lilka.

– Tylko trochę – żachnęła się Alutka. – Wiszący na baczność regulamin wygląda jak groźba, a groźba zawsze robi gorsze wrażenie niż prośba. Mają się tu czuć jak w domu – przypomniała.

– Idealnie – podsumowała Lilka, wzdychając.

Na chwilę zapadła cisza, która nie była ani niezręczna, ani szczególnie znacząca, dopóki Basia nie wyszeptała tego jednego słowa. Jak się okazało, wystarczyło ono, żeby wszystkie spojrzenia skierowały się w jej stronę.

– Pomost.

Ala zamknęła oczy na moment i wzięła głęboki wdech.

– Pomost stoi, tak jak stał – powiedziała.

– Pytanie brzmi, czy dalej będzie chciał stać.

– Drewno nie ma woli – zauważyła Julka.

– Wszystko ma wolę, jeśli stoi wystarczająco długo – wtrąciła Lilka.

– Ale przecież on tu jest od wielu lat – powtórzyła Ala, jakby to kończyło sprawę.

– Właśnie dlatego o niego pytam – podsumowała Basia. – To dziwne, ale gdy tylko Marlena powiedziała o wodzie, pomyślałam o naszym pomoście.

– Może dlatego, że woda kojarzy ci się z naszym jeziorem, a nad nim stoi pomost – zasugerowała Lila. – To chyba całkiem logiczne wyjaśnienie.

– Niby tak, ale… – Basia przygryzła wargę i zmarszczyła nos. – Nie zdążyłyśmy go odnowić. Co będzie, jeśli pod kimś się zapadnie?

– Postawimy tabliczkę „Nie wchodź, jeśli nie umiesz pływać” i po kłopocie – zadecydowała Jula.

– Bo ludzie zawsze przestrzegają zakazów – zakpiła Lila. – Po prostu powiemy, że pomost jest wyłączony z ruchu pieszego jako zabytek.

Przez chwilę żadna z kobiet się nie odzywała, co w ich przypadku oznaczało, że każda doskonale rozumie sytuację, ale żadna nie zamierza zrobić pierwszego kroku, jeśli nie musi. Niestety, ktoś w końcu musiał, więc Ala westchnęła i sięgnęła po klucze.

– Dobrze – powiedziała ze stanowczością. – Idziemy.

– Kto? I gdzie? – zdumiała się Basia.

– My. Ty i ja. Nad jezioro.

– A my? – zapytała Lilka.

– Wy ogarniacie resztę – odparła Ala.

– Czyli wszystko… – uściśliła Julka.

– Czyli to, co najważniejsze – poprawiła Basia.

*

Powietrze nad jeziorem było nagrzane od słońca i jasne od kurzu, który unosił się lekko przy każdym kroku. Miało w sobie tę specyficzną ciężkość lipcowego przedpołudnia, kiedy dzień dopiero się rozkręca, ale już zdążył zapowiedzieć, że łatwo nie będzie.

Basia i Ala szły obok siebie, nie spiesząc się szczególnie, choć obie miały świadomość, że czas zaczyna mieć znaczenie, a to uczucie – dobrze znane wszystkim, którzy choć raz przygotowywali się na przyjęcie gości – potrafiło być bardziej męczące niż sama praca.

– Myślisz, że będą normalni? – zapytała Basia.

– Goście? – upewniła się Ala.

– Goście.

Alutka wzruszyła ramionami i zdmuchnęła grzywkę z oczu.

– Ludzie w ogóle nie są normalni. Módlmy się, żebyśmy trafiły na tych najmniej szalonych.

Basia chwilę zastanawiała się nad słowami przyjaciółki, po czym zapytała:

– Uważasz, że my też jesteśmy nienormalne?

– My jesteśmy z tej najgorszej grupy – odparła bez wahania filigranowa blondynka. – Tylko pomyśl: nie dość, że hazardzistki, to jeszcze zamieszkały w zabitej dechami dziurze, w której ludzie mają obsesję na punkcie Mickiewicza, wierzą w czarownice, mordują księży i żyją w cieniu klątw. A w dodatku – spojrzała na przyjaciółkę z błyskiem w oku – my też zaczynamy ulegać temu obłędowi. Gdyby nie słowa Marleny, nie szłybyśmy teraz sprawdzać, czy przypadkiem nie narażamy naszych gości na śmierć.

– Myślisz, że przesadzam? – zmartwiła się Basia.

– Nie. Myślę, że kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Babiborzanie wierzą w istnienie świata nadprzyrodzonego, więc i my musimy.

Roziskrzona milionem drobinek tafla jeziora pojawiła się między gęstymi krzewami nagle, jak zawsze, choć obie wiedziały dokładnie, gdzie się znajduje. Widziały je setki razy, lecz za każdym razem wyglądało trochę inaczej, jakby zmieniało się w zależności od tego, kto na nie patrzy. Woda była spokojna i nieruchoma, jakby ktoś ją wygładził i posypał brokatem.

– No dobrze – powiedziała Basia i weszła na pomost.

Deski skrzypnęły, ale nie w sposób alarmujący.

– Na razie jest w porządku, powinien wytrzymać – oceniła po kilku krokach.

– To zabrzmiało jak przypuszczenie – zauważyła Ala.

– Bo to jest przypuszczenie. I afirmacja równocześnie. Naprawdę wolałabym, żeby nikomu nie stała się tu krzywda tylko dlatego, że cztery wariatki zapomniały wymienić stare deski.

Alicja spojrzała na wodę i przez moment poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać – coś na granicy wspomnienia i przeczucia. Pojawiło się i zniknęło tak szybko, że równie dobrze mogło jej się tylko wydawać.

– Trzeba będzie je jak najszybciej naprawić – powiedziała.

– Oczywiście – zgodziła się Basia. – Ale nie zdążymy przed przyjazdem gości. Poproszę Piotra, żeby zabezpieczył dziury, i będziemy się modlić, aby to zapobiegło nieszczęściu.

– Ewentualnemu nieszczęściu – poprawiła ją Alutka. – Afirmuj pozytywnie. Powiesimy oko proroka przy drzwiach, żeby nas chroniło.

Barbara Bilska zerknęła na o pół głowy niższą przyjaciółkę i skrzywiła się z niezadowoleniem. Oko proroka i co jeszcze? Czerwona kokardka? Sól rozsypana przy progu? Naprawdę wariowały na tej wsi spokojnej i wesołej. Chociaż spokojna to ona była tylko w ich naiwnych wyobrażeniach, kiedy postanowiły wydać milion złotych na zakup siedliska.

– Umówmy się, że jeśli po drugiej rundce spaceru pomost nadal będzie stał, uznajemy to za dobrą wróżbę – skwitowała. – Skoro wytrzymał tyle, to da radę jeszcze tydzień.

Pomost, który słyszał każde słowo przyjaciółek, owszem – wytrzymał. Pozwolił im bezpiecznie zejść na trawiasty brzeg i zniknąć za bryłą domu. Dopiero wtedy pękł w połowie. Cztery deski wpadły do wody, zaburzając gładką taflę. Trwało to zaledwie kilka sekund – zbyt krótko, by zaalarmować właścicielki siedliska, ale wystarczająco długo, by zauważyły to obserwujące wszystko istoty.

Rozdział 3

W sklepie Sabiny Szymczakowej panował umiarkowany ruch, co w praktyce oznaczało, że każdy, kto tam wszedł, miał czas nie tylko na zakupy, ale i na rozmowę, a pogawędki w tym miejscu miały tę szczególną właściwość, że rzadko dotyczyły tego, po co się przyszło.

– Słyszała już pani? – zapytała konspiracyjnym szeptem Teresa Tarnacka, wykładając na ladę ziemniaki, cukier, trzy opakowania ciastek i środek do czyszczenia toalety.

– Słyszałam – odparła spokojnie Sabina tonem kogoś, kogo niczym nie można zaskoczyć, i sięgnęła po pierwszy produkt do zeskanowania.

– I co pani na to?

– Ale na co, pani Tereniu?

– No na to, że ludzie będą przyjeżdżać.

– Wolałaby pani, żeby przyjeżdżały zwierzęta?

– No co też pani! – prychnęła oburzona siostra listonosza. – Chodzi mi o to, że znowu obcy! Będą się tu kręcić, węszyć i Ksantypa wie, co jeszcze… Albo nie dajcie bogowie, zostaną tu na zawsze!

Pani Szymczakowa mechanicznym ruchem przesuwała kolejne produkty po okienku sczytującym kody, nie patrząc na coraz bardziej zdenerwowaną klientkę.

– Zobaczymy – powiedziała. – Nie wpadajmy w panikę. Ostatnim razem też się martwiliśmy, a nasze dziewczyny okazały się wspaniałe.

– Mówię pani, pani Szymczakowa, coś się kroi…

W tej samej chwili drzwi sklepu otworzyły się z hukiem i do środka wpadła Malwina Maślankiewicz. Misternie ułożone loki podskakiwały przy każdym energicznym kroku sołtysowej, która raczej nie przyszła po sprawunki. Skierowała się prosto do lady i syknęła:

– Dobijcie mnie, bo nie wytrzymam!

– Dzień dobry – odpowiedziała właścicielka tym samym tonem, którym rozmawiała z Tarnacką. – Cóż to za dramat się wydarzył?

– Dramat?! – ryknęła Malwina. – To nie dramat, tylko katastrofa! Koszmar! Horror! Potrzebuję czegoś na uspokojenie, pani Sabinko.

– Meliskę? Podwójną pani zaparzę – odparła sklepowa.

– Liczyłam raczej na coś mocniejszego: wiśniówkę, koniaczek, numer do płatnego zabójcy… Ostatecznie może być meliska, ale z odrobiną pieprzówki pani małżonka.

Sabina skinęła głową, skończyła kasować zakupy Teresy Tarnackiej i zawołała synową, żeby zastąpiła ją za kasą.

– Idziemy – rzuciła do Maślankiewiczowej. – Pani też, Tereniu, przynajmniej nie trzeba będzie powtarzać.

Trzy kobiety, jedna okrutnie tupiąc, druga lekko kulejąc, bo wciąż dokuczało jej lumbago, i trzecia z dumnie wypiętą piersią powędrowały na zaplecze, gdzie Sabina Szymczakowa przyjmowała interesantów. Najczęściej omawiała tam interesy zupełnie innej natury aniżeli te dotyczące zaopatrzenia sklepu. Jako właścicielka przybytku to ona ustanawiała prawa i nikomu nic do tego.

Kobiety usiadły na wygodnych fotelach ustawionych wokół okrągłego stolika pamiętającego jeszcze poprzedni ustrój i dopiero wtedy Sabina głośno westchnęła, jakby tym oznajmiała wyjście z roli profesjonalnej przedsiębiorczyni.

– No to co tam się wydarzyło, pani Malwino? – zapytała sołtysową.

Maślankiewiczowa umościła się na fotelu, wyciągnęła przed siebie nogi i położyła pulchną rękę na czole, jakby chciała ulżyć męczonej migreną głowie.