55,90 zł
Gdy Filipińczycy wybrali Rodriga Dutertego na prezydenta, wszyscy, których uznał za „narkomanów, handlarzy, ćpunów, dilerów, potwory, szaleńców”, stracili prawo do życia. Od 2016 do 2022 roku na archipelagu trwała obłąkańcza rzeź, która pochłonęła tysiące ofiar, często tylko podejrzewanych o związki z narkotykami. Zabijano bez sądu, bez wyroku, bez litości.
Patricia Evangelista dokumentowała działania Dutertego od początku jego prezydentury. Jeździła na miejsca zbrodni, przesłuchiwała świadków, rekonstruowała trajektorie lotu pocisków, wyszukiwała informatorów w policji. Tak powstała wybitna reporterska opowieść o świecie, który oszalał, o zabitych i ich bliskich, którzy przeżyli, ale nigdy nie zapomną. A także historia wielkiego złudzenia i fałszywej nadziei na to, że silny mężczyzna i przemoc państwa rozwiążą każdy problem społeczny.
Reportaż Evangelisty otrzymał Nagrodę im. Helen Bernstein przyznawaną przez Nowojorską Bibliotekę Publiczną, trafił do w finału Nagrody Chautauqua i nagrody przyznawanej przez Fundację Moore’a najlepszym książkom dotyczącym praw człowieka; był też nominowany do Women’s Prize for Non-Fiction. Znalazł się wśród najlepszych książek roku w rankingach wielu pism, m.in. „The New York Times”, „The New Yorker” czy „The Economist”.
„Przenikliwe i głęboko poruszające świadectwo Patricii Evangelisty to nie tylko najpełniejsza kronika epoki terroru na Filipinach, lecz również ostrzeżenie dla całego świata przed zagrożeniem, jakie niesie despotyzm – jego koszmarnymi skutkami i potwornym ludzkim kosztem.” Patrick Radden Keefe
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 583
Data ważności licencji: 7/23/2029
W serii ukazały się ostatnio:
Anna Sawińska Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej(wyd. 2 zmienione)
Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (wyd. 2 rozszerzone)
Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru (wyd. 2)
Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 3)
Maciej Czarnecki Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Bartosz Józefiak Wszyscy tak jeżdżą (wyd. 2)
Aleksandra Boćkowska Gdynia. Pierwsza w Polsce
Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce (wyd. 2)
Anna Bikont Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów
John McPhee Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria
Marta Grzywacz Radość Soboty. Archiwum życia i śmierci
Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 5)
Paweł Smoleński Trędowate kobiety czyszczą ryż
Marta Wroniszewska Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci
Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)
François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu
Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci
Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)
Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)
Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet
Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach
Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)
Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy
Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów
Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry
Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardessach w PRL-u (wyd. 3)
W serii ukaże się m. in.:
Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego Some People Need Killing. A Memoir of Murder in My Country
Projekt okładki Liza Korolova na podstawie projektu serii Agnieszki Pasierskiej
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © Ezra Acayan / NurPhoto / Getty Images
Copyright © 2023 by Patricia Maria Susanah Chanco Evangelista
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.
This edition published by arrangement with Random House, an imprint and division of Penguin Random House LLC
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Gądek, 2026
Opieka redakcyjna Jakub Bożek
Redakcja Małgorzata Tarnowska
Korekta Edyta Chrzanowska / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-274-0
Książkę poświęcam tym, którzy przeżyli wojnę narkotykową, osobom anonimowym oraz występującym pod swoim imieniem, które zdecydowały się opowiedzieć o tamtych wydarzeniach. Bez ich odwagi ta relacja nigdy by nie powstała.
Moim celem jest wzbudzać strach1.
Burmistrz Rodrigo Roa Duterte
Na łamach „Philippine Daily Inquirer”, poczynając od 2016 roku, przez nieco ponad siedem miesięcy ukazywała się codziennie tak zwana Lista zabitych[1]. Był to publiczny wykaz ofiar powstały na podstawie doniesień nadsyłanych przez korespondentów z całego kraju. Okoliczności śmierci opisywano zwięźle. Kolejne pozycje były ponumerowane i chronologicznie ułożone. Jeśli chodzi o miejsca zabójstw, ograniczano się do nazw miejscowości i prowincji, bez podawania dokładnych adresów czy ulic. Nazwiska ofiar wymieniano tylko wówczas, gdy były znane, w pozostałych przypadkach odnotowywano jedynie ich liczbę.
Na przykład pierwszy „niezidentyfikowany człowiek podejrzewany o handel narkotykami” został zabity 1 lipca, w dniu, gdy rządy rozpoczął Rodrigo Duterte, tego samego ranka, kiedy Jimmy Reformado, piąty na liście najbardziej poszukiwanych dilerów narkotykowych w mieście Tiaong, został zastrzelony przez „nieznanego sprawcę”. Nazajutrz, 2 lipca, Victorio Abutal, najbardziej poszukiwany handlarz narkotyków w Lucban, „zginął na oczach własnej żony z rąk nieznanego sprawcy”, godzinę i dziesięć minut później śmierć poniósł Marvin Cuadra, drugi najbardziej poszukiwany na tej liście, a niespełna czternaście godzin później zajmujący na niej siódmą pozycję Constancio Forbes został „zabity z bliskiej odległości pod punktem zakładów bukmacherskich”. Następnego dnia, 3 lipca, Arnel Gapacaspan, najbardziej poszukiwany diler narkotykowy w San Antonio, zginął z rąk „nieznanego sprawcy, który wtargnął do jego domu” dokładnie w tym samym czasie, kiedy Orlana Untalana, dziesiątego na liście najbardziej poszukiwanych dilerów w Dolores, „znaleziono w kanale, z ciałem podziurawionym kulami”.
Określenie „nieznani sprawcy” występowało wtedy często, ale to charakter ich ofiar – osób podejrzewanych o handel narkotykami (z zarzutami o ich posiadanie), znajdujących się na liście najbardziej poszukiwanych dilerów narkotykowych – sprawiał, że zabójstwa te nie były wcale przypadkowe. Był to rodzaj selektywnej eliminacji wymierzonej przeciw – jak powiedział prezydent Duterte – „ludziom, którzy grożą zniszczeniem mojego kraju”1.
Metody tej eliminacji ograniczała jedynie wyobraźnia samych zabójców. Na liście ofiar znajdował się więc człowiek „zamordowany po tym, jak uprowadzono go z domu”. Byli na niej trzej ludzie, „oślepieni i związani, których ciała znaleziono w kanale”. Byli też człowiek „zabity strzałem w głowę we własnej sypialni” i mężczyzna zastrzelony o siódmej rano „przed szkołą podstawową swojej córki”. Dzienna liczba ofiar stawała się niekiedy dwucyfrowa, jak chociażby 9 lipca, gdy tuż po północy Danilo Enopia Morsiquillo, podejrzewany o współpracę z handlarzem narkotyków, został zastrzelony, gdy spał obok swojej dziewczyny. Dwanaście pozostałych zabójstw różniło się między sobą pod względem metod i przebiegu. Jeden z zabitych, mężczyzna, który wrócił z pracy za granicą, został zastrzelony, gdy jechał autostradą. Dwóch innych uduszono i umieszczono nad nimi kartony z napisami oznajmiającymi, że są przestępcami. Trzech kolejnych znaleziono „z ranami postrzałowymi głowy i ustami zaklejonymi taśmą”. Reszta to podejrzani o handel narkotykami, „zabici przez nieznanych sprawców”.
Oficjalnie żaden z powyższych ludzi nie zginął z rąk policji. O ile wierzyć rządowi, zabójstw tych dopuścili się prywatni obywatele oraz członkowie karteli narkotykowych, którzy wykorzystywali sytuację do uciszenia potencjalnych informatorów2.
Ale regularność, z jaką dokonywano owych zabójstw, oraz sama ich liczba domagały się osobnego nazewnictwa. Mówiono więc o zabójstwach związanych z handlem narkotykami. Mówiono o samosądach. O egzekucjach, porzuconych zwłokach, strzałach oddawanych z przejeżdżających pojazdów. Mówiono, że to „ofiary wojny wydanej przestępczości przez administrację Dutertego” albo – jak ujęła to stacja ABS-CBN – „ci, którzy zniknęli”3. Nawet filipińskie władze nie potrafiły się zgodzić co do terminologii. Jedna z senatorek mówiła o „egzekucjach ulicznych”4. Sekretarz spraw wewnętrznych zaś określał je mianem „zabójstw osób związanych z rynkiem narkotykowym, dokonywanych w stylu samozwańczych straży obywatelskich”5.
Istnieje jednak określenie na to zjawisko: zabójstwa pozasądowe (ang. extrajudicial killings). Termin ten był tak często spotykany na ulicach i w telewizji, że Senat zwołał nawet posiedzenie w celu zbadania „niedawnej wzmożonej fali zabójstw pozasądowych oraz egzekucji ulicznych przestępców”6. Częstotliwość, z jaką powtarzano tę frazę, wymusiła w końcu stosowanie skrótu: EJK. Prasa używała go jako definicji. Bliscy ofiar jako czasownika. Krytycy władz jako aktu oskarżenia.
Od początku rządów Dutertego moim zadaniem stało się dokumentowanie tych zabójstw. Jako korespondentka serwisu internetowego Rappler w Manili należałam do grupy dziennikarzy relacjonujących skutki polityki prezydenta Filipin, który przyrzekł zniszczyć każdego – bez postawienia zarzutów oraz procesu sądowego – kogo on sam, policja lub którykolwiek z samozwańczych stróżów prawa podejrzewa o zażywanie bądź sprzedaż narkotyków. Liczba ofiar rządów Dutertego była tak duża, że niekiedy relacjonowanie kolejnych zabójstw przekraczało nasze siły, podobnie zresztą jak pisanie o ludziach władzy w kraju, w którym władza nie zamierza dopuścić, by pociągnięto ją do odpowiedzialności.
Dlatego w połowie wojny uciekłam stamtąd.
W tamtym czasie prowadziłam dochodzenie w sprawie serii zabójstw w stolicy kraju. Praca szła powoli. Próbowałam dotrzeć do świadków. Studiowałam oficjalne raporty. Spotykałam się z ludźmi, którzy w najdrobniejszych szczegółach opisywali, jak na polecenie władz zabijali swoich sąsiadów, po czym wysyłałam prośby o wywiad do funkcjonariuszy policji, których moi rozmówcy oskarżali. Moi przełożeni z Rapplera uznali, że nie jestem już bezpieczna w Manili. Zgodziłam się z nimi. Należało liczyć się z tym, że gdy jakiś członek samozwańczych bojówek zobaczy mnie na ulicy, raczej nic nie powstrzyma go przed zastrzeleniem mnie na miejscu. Redakcja poczekała więc z publikacją mojego materiału do czasu, aż samolot, którym miałam lecieć, wzbije się w powietrze.
Dlatego właśnie na początku października 2018 roku znalazłam się po drugiej stronie Pacyfiku. Skoro dobrzy ludzie z programu stypendialnego Jonathana Logana dla autorów literatury faktu uważali, że jestem w stanie napisać coś wartościowego, to nie zamierzałam wyprowadzać ich z błędu. Na trwające trzy miesiące stypendium zaproszono mnie do posiadłości położonej w lesistej okolicy w północnej części stanu Nowy Jork. Pobyt tam powinien przynieść mi wytchnienie, ale długi czas spędzony na relacjonowaniu rzezi dokonywanej przy pełnej aprobacie państwa dziwnie wpływa na stan umysłu. Nauczyłam się doprecyzowywać każde stwierdzenie i palić na balkonie wszystkie notatki. Nie spałam po nocach, przekonana, że za postawiony w złym miejscu przecinek mogę zostać oskarżona o zniesławienie. W przypadku kogoś obdarzonego taką jak moja pełną obsesji wyobraźnią, jakiej wymaga się od reportera relacjonującego wojnę narkotykową, ostrożność zamieniła się w niemal paraliżującą paranoję. Niczego nie byłam pewna. Wszyscy naokoło kłamali. Mężczyzna z kijkiem do selfie był albo policyjnym szpiclem, albo zabójcą, albo fanatycznym zwolennikiem prezydenta gotowym umieścić na Twitterze zdjęcie, na którym widać, jak spotykam się z informatorem.
A to, że od czasu do czasu miałam rację, jeszcze bardziej utwierdzało mnie w szaleństwie. Wszystko wydawało się podejrzane: białe furgonetki, migające światła, spam w skrzynce mailowej, mężczyźni na motocyklach, automatyczne płatności kartą kredytową, kelner w kawiarni, recepcjonista w hotelu pytający o adres do wystawienia faktury, dzwoniący telefon, przerwane połączenie telefoniczne, dzwonek do drzwi. Czytałam wciąż na nowo swoje teksty, szukając w nich nieścisłości, mozoląc się nad konstrukcją zdań, przeświadczona, że umknął mi gdzieś błąd, przez który może zginąć jakiś świadek. Gdy więc wylądowałam na lotnisku JFK i trzymałam w ręce pustą kartę przyjazdu, nie ufałam swojej pamięci nawet na tyle, żeby zapisać poprawnie własne nazwisko. Musiałam najpierw zajrzeć do paszportu. Pamiętam wyraźnie, że ogarnęło mnie przemożne pragnienie, by na wszelki wypadek zweryfikować pisownię nazwiska w drugim źródle – na szczęście miałam przy sobie swój akt urodzenia.
Wiejskie okolice Albany były ładnym miejscem, nawet jeśli paczka papierosów kosztowała trzynaście dolarów. Panował ziąb. Ale ludzie przyjęli mnie ciepło. Na deser podawano mus czekoladowy, a czasami jagody. W pierwszych tygodniach przez większość czasu próbowałam zagubić się w świecie Star Treka i kryminałów Agathy Christie, ale zgodnie z warunkami rezydencji musiałam podjąć uczciwą próbę przedstawienia projektu książki. Więc to zrobiłam. Napisałam o tym, kim jestem, skąd pochodzę i jakie to uczucie stać o drugiej w nocy nad zwłokami człowieka.
Na koniec pobytu stypendialnego zawarłam umowę z jednym z wydawców, zobowiązując się do napisania pierwszoosobowej relacji z filipińskiej wojny z narkotykami. Wszystko potoczyło się szybko. Nie miałam zamiaru kłamać. Ta obietnica intymnej opowieści była dla mnie czymś odległym, kwestią, o której w pewien zimowy poranek dyskutowałam w sali konferencyjnej o przeszklonych ścianach, tysiące kilometrów od dławionej upałem i strachem Manili.
Wróciłam do domu. I zaczęłam pisać. Pierwsza wersja, licząca siedemdziesiąt trzy tysiące słów, stanowiła skrupulatny, szczegółowy opis okoliczności kolejnych zabójstw, a na każdej stronie było tak gęsto od następujących po sobie scen mordów, że nie sposób było odróżnić jednego ciała od drugiego. Powstał chłodny i drobiazgowy reportaż. W ogóle nie pisałam w nim o tym, kim jestem, skąd pochodzę ani jakie to uczucie stać o drugiej w nocy nad zwłokami człowieka.
Dziennikarzy uczy się, że nigdy nie powinni być częścią opowieści, którą piszą. Im dłużej pracowałam jako dziennikarka, tym coraz bardziej odpowiadało mi, że mogę się ukryć za profesjonalnym głosem wszechwiedzącego trzecioosobowego narratora, który przynależy wszędzie i nigdzie, który tylko zadaje pytania i na żadne nie odpowiada. Każde stwierdzenie, jakie opublikowałam, zostało sprawdzone w dwóch źródłach, zweryfikowane i podlinkowane. Wprawdzie pod nagłówkami artykułów widniało moje nazwisko, ale opisywane w nich historie należały do innych ludzi, żyjących w innych miejscach, do rodzin, których ból i rozpacz były tak olbrzymie, że to, co sama czułam, całkiem przy nich bladło.
Wszystko to prawda, ale prawdą jest również, że się bałam. Moja niezdolność do wzięcia odpowiedzialności za własne słowa nie wynikała jedynie z błędnego przywiązania do obiektywności. Zawiodła mnie po prostu odwaga.
To książka o zabitych i o ludziach, którzy przeżyli. To również historia osobista, napisana moim własnym głosem jako obywatelki kraju, którego nie rozpoznaję już jako swojego. Tysiące zabitych tu osób zginęło za przyzwoleniem moich rodaków. Piszę tę książkę, ponieważ sama nie chcę wyrazić na to zgody.
Manila, czerwiec 2023 roku
[1] Poczynając od 7 lipca 2016 roku, dziennik „Philippine Daily Inquirer” publikował tak zwaną Listę zabitych. Była ona aktualizowana dwa razy w tygodniu. Ostatnią aktualizację opublikowano 16 lutego 2017 roku, tuż po tym, jak filipińska policja (PNP) została po raz pierwszy odsunięta od prowadzenia wojny z narkotykami. Lista zawiera w sumie 2127 nazwisk, z czego 104 osoby zostały zabite przez policję, a 1022 zginęły z rąk nieznanych sprawców.
– Mam na imię Lady Love – mówi dziewczynka[1].
Ma jedenaście lat. Jest drobna jak na swój wiek, same tylko chude brązowe nogi i duże ciemne oczy. Lady Love to imię, które zapisuje na górze swoich prac szkolnych, poza tym nigdzie go nie używa. To babcia tak ją nazwała. Ale wszyscy wołają na nią Love-Love. Tak zwracała się do niej mama, gdy posyłała ją na targ. Ubierz dzieci, Love-Love. Nie przeszkadzaj mi, jak gram w karty, Love-Love. Przestań mnie pouczać, Love-Love.
Nikt nie nazywa jej Lady, a tylko Dee nazywał ją Love. Po prostu Love.
– Love – mawiał –uściskaj staruszka.
Dee to skrót od daddy. Czasem wprawiało to Love-Love w zakłopotanie – nie sam uścisk, bo Dee umiał porządnie przytulać, ale fakt, że ona tak go nazywała. Bo tylko bogate dziewczynki nazywają swoich ojców tatusiami. Dziewczynce mieszkającej w slumsach Manili zwykłe „tato” w zupełności by wystarczyło. Ale oto oboje, Dee i Love, Love i Dee, idą wczesnym wieczorem ulicą, a mała dziewczynka wyciąga do góry chude ramię, by objąć nim w pasie wysokiego mężczyznę.
Love-Love powinna być trzecim z ośmiorga dzieci, ale najstarsze zmarło na wściekliznę, a drugie w kolejności rzadko w ogóle bywało w domu. Dlatego to Love-Love musiała powiedzieć Ma, jak nazywała swoją mamę, żeby przestała pić, a ojcu, żeby rzucił palenie. Znowu jesteś pijana, mówiła jej, a Ma odpowiadała Love-Love, by dała jej spokój.
Love-Love martwiła się, że rodzice zachorują. Martwiła się plotkami o tym, że ojciec zażywa narkotyki. Martwiła się, że żyją w miejscu, w którym co drugi człowiek może być policyjnym szpiclem.
Ma i Dee powtarzali, że wszystko gra. Dee miał odzyskać prawo jazdy. Ma zarabiała jako manikiurzystka. Skapitulowali przed nowym rządem i przyrzekli, że już nigdy więcej nie tkną narkotyków.
– Wyprowadźmy się – namawiała ojca Love-Love, ale Dee zbywał ją śmiechem.
– Wyprowadźmy się –przekonywała matkę, lecz Ma odparła, że dzieci muszą chodzić do szkoły. – Do szkoły możemy przecież chodzić gdziekolwiek – stwierdziła Love-Love.
Ma pokręciła głową. Najpierw muszą odłożyć trochę pieniędzy.
– Nie martw się tyle – powiedziała Ma.
Ale Love-Love dalej się martwiła i miała rację.
– Love –zwrócił się do niej ojciec pewnej sierpniowej nocy. – Love – powiedział tuż przed tym, jak kula roztrzaskała mu głowę.
Spotykam ją w domu jej ciotki. Siedzi na mocno wytartym fotelu. Kucam przed nią i wyciągam rękę na powitanie. Rozmowa to w końcu nic innego jak rodzaj wymiany. Podaj mi swoje imię, a ja podam ci moje.
– Mam na imię Pat – mówię do Love-Love. – Jestem dziennikarką.
Urodziłam się w 1985 roku, pięć miesięcy przed tym, jak rewolucja uliczna przywróciła Filipinom demokrację. Wydawało się, że w tamtym roku co druga matka z klasy średniej dawała swojej córce na imię Patricia. Evangelista, nazwisko popularne w moim kraju, pochodzi od greckiego euángelos oznaczającego „głosiciela dobrej nowiny”. Często słyszę, że w odniesieniu do mnie to dość ironiczne.
Moja praca polega na jeżdżeniu w miejsca, w których ludzie umierają. Pakuję rzeczy, rozmawiam z tymi, którzy przeżyli, spisuję ich relacje, po czym wracam do domu i czekam na następną katastrofę. Zwykle nie trwa to zbyt długo.
Mogę wam opowiedzieć o tych miejscach. Przez ostatnich dziesięć lat odwiedziłam ich niemało. Na przykład wioski leżące na wybrzeżu, tak zwane barangay[2], przez które przeszedł tajfun – a gdy skończyły się w nich worki na zwłoki, ciała niemowląt trzeba było pakować do plecaków. Albo górskie zbocza na południu, gdzie dziennikarze zostali pogrzebani żywcem pod kolejnymi warstwami samochodów i trupów. Albo pola kukurydzy na prowincji ogarniętej rebelią, albo miasteczka namiotowe wokół spalonych wiosek, albo pomieszczenia na zapleczu, gdzie matki szeptem opowiadają o dzieciach, które z desperacji musiały usunąć1.
W moim zawodzie dobrze mieć ograniczony zasób słownictwa. Najpierw podajesz nazwiska, potem liczbę ofiar. Kolory przydają się, żeby nieco uporządkować opis. Wzgórze było zielone. Niebo czarne. A plecak fioletowy, podobnie jak siniak na lewym policzku kobiety.
Krótkie słowa są precyzyjne. Znaczą dokładnie tyle, ile znaczą, i dają się szybciej zapisać, gdy pada ci bateria w laptopie.
Najbardziej lubię czasowniki. Dzielą opowieść na logicznie uporządkowane ruchy, jak palec na spuście, nóż przystawiony do brzucha: „czaić się”, „biec”, „uderzyć”, „tonąć”, „strzelać”, „rozrywać”, „pękać”, „wybuchać”.
Od czasu wyboru Jego Ekscelencji Rodriga Dutertego na urząd prezydenta zgromadziłam nową kolekcję słów, które ciągle wirują, zamieniają się miejscami, powtarzają z głuchym stukotem.
Na przykład „zabić”. Prezydent mojego kraju często używa tego słowa. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy swoich rządów powtórzył je co najmniej tysiąc dwieście pięćdziesiąt cztery razy w rozmaitych kontekstach i w stosunku do całej gamy wrogów[3]. Użył go w odniesieniu do grupy czteroletnich skautów, obiecując zabić każdego, kto stanie na drodze do ich przyszłości2. Użył go, wygłaszając do osób pracujących za granicą apel o tym, że w kraju też czeka na nich praca: trzeba w końcu zabić wszystkich narkomanów3. Burmistrzom oskarżanym o handel narkotykami polecił okazać skruchę, podać się do dymisji lub umrzeć4. Groził zabiciem obrońców praw człowieka, w razie gdyby problem z narkotykami się nasilił5. Policjantom za zabijanie ludzi obiecał medale6. Dziennikarzy uprzedzał, że mogą zostać zabici i sami będą sobie winni7.
„Nie żartuję – oznajmił podczas wiecu wyborczego w 2016 roku. – Jeśli zostanę prezydentem, przekażę wojsku i policji, że taki jest mój rozkaz: znaleźć tych ludzi i ich zabić, koniec kropka”8.
Sama znam jedynie kilkadziesiąt nazwisk zabitych. Ale prezydent miał dla tych ludzi wiele różnych określeń. Według niego byli to narkomani, handlarze, ćpuny, dilerzy, potwory, szaleńcy.
Love-Love znała tylko dwoje z nich. Ma i Dee.
Wszystko zaczęło się od walenia w niewłaściwe drzwi, w głębi korytarza. Zrobiło się zamieszanie, słychać było łomot pięści o drewno, protesty lokatorów i trzask kolejno otwieranych drzwi przerywany głosem mężczyzny.
– To nie tu – mówił. – Nie tu, nie tu, nie tu.
Wkrótce dotarł do drzwi mieszkania Love-Love.
– Otwierać – krzyknął.
W środku Love-Love siedziała przyczajona obok matki. Była trzecia nad ranem. Dee szybko zasnął tej nocy, z jednym z maluchów przytulonym do piersi. Pozostałe dzieci spały rozłożone po całym pokoju. Mężczyzna kopnął drzwi.
Love-Love przeszło przez myśl, że właśnie tak zginą jej rodzice.
Matka otworzyła drzwi, bojąc się, że mężczyźni na zewnątrz wybiją w oknie szybę i zasypią ich wszystkich gradem kul. Dwaj ludzie wpadli do środka. Obaj mieli maski na twarzach z otworami wyciętymi na oczy, nos i usta.
– To tutaj – oznajmił jeden z nich, pochylając się nad Dee. – Wstawaj – rzucił do niego.
Dee drgnął, obudzony. Próbował usiąść, ale na jego piersi leżało zwinięte małe dziecko. Opadł więc z powrotem na łóżko.
– Love –powiedział tylko, zanim jeden z mężczyzn do niego strzelił. Kula roztrzaskała mu prawą skroń. Krew ochlapała dziecko.
– Dee! – wrzasnęła Love-Love.
Dziecko się rozwyło. Ma zaczęła płakać. Rzuciła papierami w człowieka, który zabił jej męża. Oto dowód, że jesteśmy czyści, łkała.
Ma upadła na kolana. Love-Love próbowała ją dźwignąć, aż w końcu Ma się podniosła. Potem Love-Love wsunęła się pomiędzy uzbrojonego bandytę a mamę. Stała na chudych brązowych nogach z lufą pistoletu oddaloną o zaledwie kilka centymetrów od swojego czoła oraz ciemnych wielkich oczu, przeklinała napastnika i żądała, żeby to ją zastrzelił najpierw.
– Zabij mnie – mówiła – nie moją mamę.
Drugi z bandytów odciągnął kolegę do tyłu.
– Zostaw ją – powiedział – to jeszcze dziecko.
Wyszli. Ale nie na długo. Gdy wrócili, pierwszy stanął przed mamą Love-Love i uniósł broń.
– Jesteśmy Duterte – oświadczył, po czym opróżnił magazynek.
Ma umarła na kolanach.
Love-Love obrzuciła zabójców przekleństwami.
– Wy skurwysyny. Nie dość, że zabiliście Dee, to jeszcze teraz zastrzeliliście mi mamę.
Bandyta wycelował pistolet w twarz Love-Love.
– Zamknij się – rzucił – albo ciebie też zabijemy.
Gdy wyszli, Love-Love znalazła dziurę w głowie Ma. Krew wypływała pomiędzy palcami dziewczynki. Dee leżał tam, gdzie upadł. Oczy miał wywrócone. Love-Love chciała go objąć, ale się bała. Nie przypominał już tego Dee, którego znała.
– Dee – odezwała się dziewczynka zwana Love. – Zostawiasz mnie, Dee?
W 1945 roku Wilfred Burchett jako pierwszy dziennikarz przesłał relację z Hiroszimy zniszczonej po zrzuceniu bomby atomowej. W artykule opublikowanym w londyńskim „Daily Express” pisał o „najstraszliwszym i napełniającym największą trwogą spustoszeniu, jakie widział w ciągu czterech lat wojny”. Burchett przyjechał do Hiroszimy, mając ze sobą jedynie pistolet, maszynę do pisania i egzemplarz rozmówek angielsko-japońskich. „Notuję te fakty na tyle beznamiętnie, na ile potrafię – pisał – w nadziei, że posłużą one jako przestroga dla świata”9.
Podobnie jak Burchett, jestem dziennikarką. Ale w przeciwieństwie do niego nie pracuję jako korespondentka zagraniczna. Ostatnia dekada upłynęła mi na objeżdżaniu zniszczonych miast, liczeniu worków na zwłoki i opisywaniu katastrof, zarówno naturalnych, jak i spowodowanych przez człowieka, które ciągle nawiedzają mój kraj. Od sześciu lat natomiast dokumentuję zabójstwa popełniane za przyzwoleniem administracji prezydenta Rodriga Dutertego.
To, że jestem Filipinką mieszkającą na Filipinach, oznacza, że nie mogę wrócić z misji w terenie do domu. Nie ma mowy o siedmiodniowym zleceniu z zarezerwowanym wcześniej lotem powrotnym i możliwością przedłużenia pobytu; tylko więcej trupów, każdego dnia. Nie potrzebuję tłumacza, żeby wyjaśnił mi, że słowa putang ina, które mężczyzna wykrzykuje nad ciałem zabitego brata, oznaczają nie „łajdaka”, ale „skurwysyna”. Rozumiem, dlaczego ludzie nieraz tygodniami trzymają w salonie trumny z bliskimi, a podczas czuwania przy zwłokach mam na podorędziu cały zestaw wykrętów, by odmówić kanapki, którą zaproponuje mi wdowa tak rozpaczliwie biedna, że nie ma nawet dwudziestu dolarów na zastrzyk z formaldehydu potrzebny do zakonserwowania rozkładającego się ciała męża.
W kulminacyjnym okresie zabójstw nie było dnia, żeby nie pojawił się nowy trup. Niekiedy było ich siedem, dwanaście, dwadzieścia sześć, a okrucieństwo każdej śmierci było zredukowane w prasie do akapitu, czasami tylko do jednego zdania10. W miarę jak rosła liczba zabitych, język coraz bardziej nas zawodził. Nie ma synonimu dla takich słów jak „krew” czy „krwawić”. Gdy zjawiam się na miejscu zabójstwa, krew już nie płynie. Nie tryska ani nie chlusta z ran. Stoi w kałuży pod drzwiami albo jak w przypadku tego naganiacza taksówek zastrzelonego pod 7-Eleven, sączy się strużkami z ust.
„Śmierć” to dla dziennikarzy za rządów Dutertego przydatne słowo. Śmierć nie negocjuje, nie wymaga też większej weryfikacji. Śmierć to coś pewnego, ma kości, skórę, ciało, można jej dotknąć, można ją zobaczyć, sfotografować i zamazać jej obraz na potrzeby transmisji. Śmierć, bez względu na liczbę zabitych – czterdziestu czterech czy pięćdziesięciu ośmiu, dwudziestu siedmiu tysięcy czy jednego – to zawsze śmierć.
Zapisuję te fakty tak uczciwie, jak tylko potrafię, ale gdy je gromadzę, nie mogę pozostać całkiem obojętna. To, że jestem Filipinką, oznacza też, że doskonale rozumiem poczucie winy, tak jak potrafią je pojmować jedynie katolicy wychowani w kolonialnych Filipinach. Rozumiem, dlaczego ojciec klęka, żeby zmyć z linoleum krew trzydziestoletniego syna, i z opuszczoną głową mamrocze pod nosem słowa przeprosin. Wiem, że czuje się odpowiedzialny za to, że nie zatrzymał tych czterech kul, które trafiły w jego ciało: w czoło, pierś i chude ramiona, jakby zabójca próbować wykonać znak krzyża – w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen. Wiem to wszystko, ponieważ jestem nieodrodną córką tego kraju i rozumiem, że choć moje życie należy traktować jako przywilej, mój ojciec też nie przestaje się za mnie modlić.
Prezydent Duterte powiedział, żeby zabijać narkomanów, i narkomani zaczęli ginąć11. Powiedział, żeby zabijać burmistrzów, i zaczęli ginąć burmistrzowie12. Powiedział, żeby zabijać adwokatów, i adwokaci też zaczęli ginąć13. Ale czasami zabici wcale nie byli narkomanami ani skorumpowanymi burmistrzami, ani obrońcami praw człowieka. Czasem były wśród nich dzieci14, ale i tak zginęły, prezydent zaś powiedział, że to straty, których nie dało się uniknąć15.
W pierwszych miesiącach wojny widziałam wiele małych dziewczynek. Nie wszystkie z nich przeżyły, by móc opowiedzieć swoje historie. W tym samym tygodniu, w którym zastrzelono rodziców Love-Love, pięcioletnia Danica Mae zginęła od kuli przeznaczonej dla jej dziadka.
Rozmawiałam z nim w ciasnym pokoju o gołych murach, w którym z kalendarza ściennego łagodnie spoglądała twarz Jezusa Chrystusa. Miał na imię Maximo i był nieobecny na pogrzebie swojej wnuczki16. Bliscy powiedzieli mu, żeby nie przychodził. Córki obiecały nagrać uroczystość telefonami.
– Poczekaj, aż wrzucimy nagrania z pogrzebu na Facebook – powiedziały. – Poczekaj, a wszystko będziesz mógł obejrzeć.
Maximo rozumiał, dlaczego nie może być na pogrzebie i dlaczego prosto ze szpitala rodzina zabrała go w miejsce położone z dala od domu, w którym spędził większość swojego dorosłego życia. Zamaskowani mężczyźni mogli bowiem tam wrócić i dokończyć zadanie. A wtedy nikt nie odwiedzałby grobu jego Daniki Mae. Maximo chciał, żeby Danica była otoczona opłakującymi ją bliskimi. Zasługiwała na to i na wiele więcej.
Maximo popierał kandydaturę Dutertego. Wciąż nosił na nadgarstku czerwono-niebieską opaskę z nadrukowanym na biało nazwiskiem prezydenta. Głosował na niego, ponieważ Duterte był silnym człowiekiem. Mało ważne było to, że Maximo sam brał narkotyki. Zresztą może Danica zginęłaby i tak, nawet gdyby Duterte nie urzędował w pałacu prezydenckim. A może nie. Maximo wiedział tylko, że zginęło już wiele osób, a część z nich znajdowała się na tej samej liście, na której widniało również jego nazwisko. Według tej listy Maximo był dilerem narkotyków.
– Niech przyjdą i mnie zabiją, jeśli zdołają – powiedział. – Pozostawiam to Bogu. On wie, kto jest grzesznikiem, a kto mówi prawdę.
A więc czekał w samotności, duży mężczyzna z ciężkim, grubym brzuchem i zaczerwienionymi oczami. Trochę płakał, trochę się modlił i opatrywał te rany po kulach, których mógł dosięgnąć. Zadzwonił do rodziców Daniki i poprosił, by pochylili się nad trumną i szepnęli zmarłej, że dziadek ją kocha.
Kazał im przekazać, że nie przyszedł na pogrzeb dla jej dobra.
Aż do wyboru Rodriga Dutertego na prezydenta uważałam się za najbardziej pragmatyczny typ cyniczki. Zdawałam sobie sprawę, że dobrym ludziom przytrafiają się straszne rzeczy. Czerpałam niezdrową dumę z przynależności do szczególnej kategorii dziennikarzy, którzy potrafią stanąć nad zwłokami zanurzonymi w wodzie i stwierdzić, że należą zapewne do kobiety, a pod spłowiałą żółtą koszulą widać resztki piersi, choć na twarzy powyżej nie zostało już zbyt wiele skóry oraz ciała.
Jeśli moje dziennikarstwo opierało się na jakiejś hierarchii moralnej, to najważniejsze w niej było ludzkie życie, a jego utraty należało unikać za wszelką cenę. Nie było w tym nic rewolucyjnego. Wychowałam się w najstarszej demokracji Azji Południowo-Wschodniej17 i wierzyłam – podobnie jak większość mojego pokolenia, a przynajmniej tak mi się wydawało – w wolność słowa, prawa człowieka i prawo do rozliczania rządu z jego poczynań. Wierzyłam w demokrację w 2009 roku, kiedy pisałam o zamordowaniu trzydziestu dwóch dziennikarzy. Wierzyłam w nią w 2013 roku, kiedy relacjonowałam bombardowanie Zamboangi. Wierzyłam w nią w 2015 roku, kiedy pełne arogancji władze wysłały czterdziestu czterech niczego niepodejrzewających policjantów na pola kukurydzy, gdzie zginęli oni z rąk rebeliantów[4]. Wierzyłam w demokrację mniej więcej z takim samym przekonaniem jak w krótkie słowa i zdania.
„Demokracja”, podobnie jak „zabójstwo”, to proste słowo. Postrzegałam ją jako rodzaj powszechnego dobra w opozycji do ogólnego zła. Ale pod pojęciem demokracji nie miałam na myśli wybranych członków rządu. Rząd, jak każda władza, często zawodzi, bywa zamieszany w różne ciemne sprawy i ogólnie rzecz biorąc, jest niekompetentny, pełen hipokryzji i oderwany od rzeczywistości. Demokrację, w którą wierzyłam, tworzył naród, wielomilionowa społeczność ludzi uważających okrucieństwo za rodzaj aberracji, którą należy potępiać tak często i stanowczo, jak wymaga tego konieczność.
Gdy zaczęłam liczyć kolejne ofiary prezydenta Dutertego, w dalszym ciągu wierzyłam jeszcze w demokrację. Nie rozumiałam, że demokracja, na której opierało się moje pojmowanie dziennikarstwa, ograniczała się w zasadzie do mnie i będących w mniejszości podobnych mi osób. W innych częściach kraju ludzie ginęli, głodowali, kobiety zostawały wdowami, a dzieci sierotami. W świecie z wyobrażeń Rodriga Dutertego społeczeństwo składało się z tłumu idiotów i ludzi niewinnych, wykorzystywanych przez oszustów i bandytów. Według niego Filipiny były dziką, pogrążoną w chaosie krainą, w której żaden obywatel nie mógł czuć się bezpieczny, a każdy narkoman był uzbrojony i gotowy zabijać.
Ale Duterte wziął ludzi w obronę i oświadczył, że walka kończy się tu i teraz. Pieprzyć liberałów o miękkich serduszkach. Do diabła z biurokracją. Nie będzie przebaczenia ani szansy na odkupienie win, zostanie wyraźnie nakreślona granica, a po jednej jej stronie stanie Duterte z naładowaną bronią. Prawo można traktować dowolnie, a bandyci mogą być u steru, ale Duterte był człowiekiem, który to, co mówił, mówił na poważnie, który mógł dać ci ostrzeżenie, po czym policzyć do trzech.
Rodrigo Duterte przyrzekł ocalić Republikę Filipin. Dajcie mu pół roku, a położy kres przestępczości i korupcji. Dajcie mu pół roku, a nastąpi koniec z narkotykami18. Dutertego oklaskiwano, wielbiono, aż w końcu wprowadzono go na urząd prezydenta.
„Hitler wymordował trzy miliony Żydów – powiedział. – Teraz mamy trzy miliony narkomanów. Z radością wyrżnę ich wszystkich co do nogi”19.
W grudniu, po pięciu miesiącach od rozpoczęcia wojny, inna mała dziewczynka widziała, jak umiera jej ojciec. Na imię jej było Christine i miała czternaście lat20.
Któregoś dnia, opowiadała, po jej tatę przyszła policja. Ale zastali tylko mamę, będącą w ósmym miesiącu ciąży. Nazwali ją narkomanką i zapakowali do białej furgonetki. Kiedy tata wrócił do domu, wszyscy mówili mu, żeby uciekał. Policja, ostrzegali sąsiedzi, zabije cię, jeśli cię znajdzie.
Ale kilka miesięcy później, ciemną nocą, tata wrócił do domu. Mówił, że stęsknił się za dziećmi. Ugotował spaghetti. Śpiewał im piosenki. Mniejsze dzieci sam nakarmił. Christine pozwolił wypić połowę swojej kawy. Powiedział, że wszystkie je kocha i że trochę potrwa, zanim znów będzie mógł się z nimi zobaczyć.
W pewnym momencie usłyszeli na zewnątrz krzyki. Trzy pistolety pojawiły się w oknie, ich lufy zalśniły w porannym słońcu. Drzwi otwarły się z hukiem. Do środka wpadło pięciu policjantów. Kazali tacie klęknąć na fotelu, a twarz wepchnęli mu w poduszkę na oparciu. Ściskał w dłoni swoje dokumenty. Powtarzał, że jest czysty.
– Proszę – powiedział – aresztujcie mnie. Mam przecież dzieci.
Policjanci kazali dzieciom wyjść. Christine objęła tatę rękami. Jeden z policjantów rzucił ją o ścianę.
– Wynoś się –powiedział.
Ale Christine nie wyszła, a przynajmniej nie od razu. Była przy tym, jak policjant zabił jej ojca strzałem w tył głowy, po czym poprawił w pierś. Zastrzelił go z tak bliskiej odległości, że na drugi dzień jej mały braciszek wsunął palec przez dziurę w kanapie i wydobył z niej kulę.
Policjanci mówili, że tata stawiał opór. Mówili, że był dilerem narkotyków. Że zastrzelili go w obronie własnej.
Po śmierci taty Christine długo nie mówiła. Gdy w końcu się odezwała, jej pierwsze słowo brzmiało „przepraszam”. Powiedziała „przepraszam” swojej babci i rodzeństwu. Powiedziała „przepraszam”, ponieważ tamtego ranka wypuściła tatę z ramion. Gdyby trzymała go mocniej, może tata wciąż by żył.
Serwis informacyjny, dla którego pracuję, ma zabawną nazwę: „Rappler”. Wpadli na nią moi szefowie, łącząc słowa rap – w znaczeniu „dyskutować” – i ripple, które oznacza zmarszczkę na powierzchni wody lub oddźwięk21. Opowiedzieli mi o tym w dniu, kiedy zostałam przyjęta do pracy na trzecim piętrze budynku przy ulicy, którą latem często zalewała woda. Niewiele brakowało, by serwis nazywał się „Rippler”, ale ktoś zwrócił uwagę, że brzmi to zbyt podobnie do słowa nipple, sutek. Zaśmiałam się rozbawiona. Ale przez kilka pierwszych miesięcy przed każdym wywiadem musiałam po kilka razy powtarzać nazwę serwisu skołowanym rozmówcom, którzy byli przyzwyczajeni do symboli głównych stacji telewizyjnych: „Mówi pani Raffler? Raper? Rapeler?”. Rappler, odpowiadałam. Rappler, przez dwa „p”. Tak, można nas znaleźć na YouTubie. Ale nie, nie pracuję dla YouTube’a. W końcu dałam sobie spokój z szybkim wymawianiem nazwy, a potem tylko przesyłałam nastoletnim krewnym moich rozmówców link do naszego profilu na Facebooku.
Do Rapplera dołączyłam późnym latem 2011 roku. Miałam dwadzieścia sześć lat i – choć w przeciwieństwie do ludzi z serwisu nie wierzyłam, że media społecznościowe zmienią świat na lepsze – uważałam, że jeśli dostatecznie się postaramy, dziennikarstwo może się kiedyś stać motorem takich zmian. W Rapplerze panowało przekonanie, że da się stworzyć nowy rodzaj korespondenta lub korespondentki ery cyfrowej, jednoosobową ekipę, która będzie robić zdjęcia, kręcić filmy, zadawać pytania, tweetować na bieżąco, publikować teksty, tworzyć relacje wideo i zostawi w tyle całą konkurencję, mając do dyspozycji jedynie łącze internetowe i iPhone’a na statywie. Ten eksperyment był skazany na porażkę, przynajmniej jeśli chodziło o mnie. Byłam typem dziennikarki, która gubi się w drodze do redakcji, a sformułowanie jednego zdania zabierało mi pół godziny. Mogłabym dla rozruszania pamięci napisać o dyskusjach dotyczących liczby słów w artykułach, o programach do edycji tekstu i pomarańczowym kolorze, którego redakcja Rapplera postanowiła użyć w swoim logo. Mogłabym napisać o dniu, w którym kierownictwo serwisu postanowiło wreszcie kupić kanapę, gdy okazało się, że część reporterów sypia pod biurkami. Mogłabym wreszcie napisać o tym dniu, w którym doprowadziłam przyszłą laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla do płaczu. Przyznaję, zawaliłam, ale w dalszym ciągu uważam, że to ona zaczęła22.
Wszystkie te historie są prawdziwe, ale prawdą jest również, że Rappler wysyłał mnie w wiele miejsc, w których to, co zwyczajne, kończyło się wraz z widokiem pierwszego ciała leżącego na ziemi. Spytajcie mnie o jakąś historię związaną z serwisem, a powiem wam, że każda jest zarazem opowieścią o ludziach, którzy powierzyli nam swoje historie. Jestem reporterką traumy. Ludzie tacy jak ja pracują w niespokojnej przestrzeni pomiędzy tym, jak wygląda rzeczywistość, a tym, jak powinna wyglądać. Moje teksty nie proponowały żadnych rozwiązań, nie przynosiły ocalenia. Nie szafowałam w nich nadzieją. Czasami, jeśli dopisało nam szczęście, jakiś czytelnik zapłacił za trumnę albo za nowy fotel fryzjerski dla barbera z Guiuan, który stracił swój salon podczas huraganu.
Każda opowieść zaczyna się od tego, co zwyczajne, ponieważ pozwala to uwypuklić mające nastąpić wydarzenia. Błękitne niebo przed falą ludzkich zwłok. Pożegnalny pocałunek poprzedzający grad pocisków. Po tym, jak supertajfun Haiyan obrócił w gruzy miasto Tacloban, usiadłam z kamerą przed człowiekiem, który zapytał, czy mogę nadać wiadomość dla jego syna. Ustawiłam ostrość i włączyłam nagrywanie.
– Proszę, wróć do domu – powiedział Edgardo – bo tata szykuje spaghetti na świąteczny obiad.
Jego syn zaginął, prawdopodobnie utonął, ale pomimo tego Edgardo próbował nawiązać z nim kontakt, mając nadzieję, że może coś tak zwyczajnego jak świąteczny obiad pozwoli sprowadzić go do domu.
Pisałam o straszliwych wydarzeniach, ponieważ nigdy nie powinny się przydarzyć i już nigdy więcej nie powinny się powtórzyć. Aż pewnego dnia człowiek, który miał zostać prezydentem, przyrzekł śmierć własnym obywatelom. Coś straszliwego stało się czymś zwyczajnym, w dodatku przy ogłuszającym aplauzie publiczności.
Potem noc w noc po slumsach niosło się echo strzałów. Zebrane tu opowieści również zaczynały się od czegoś zwyczajnego. Obudziłam się, mówiła czyjaś kochanka, a jego nie było koło mnie. Brałam właśnie kąpiel, mówiła czyjaś matka, gdy usłyszałam krzyki. Byłam w domu, mówiła czyjaś córka, gdy policjanci wyważyli drzwi i zastrzelili mojego ojca. Zapisywałam wszystko, co tylko mogłam, i choć wiele osób było pogrążonych w rozpaczy, nie brakowało też takich, którzy czytali o zabitych i mówili, że powinno zginąć znacznie więcej ludzi.
Gdy Duterte został prezydentem, Rappler działał już od czterech lat. Redakcja liczyła niewiele osób, ale staraliśmy się jak najlepiej opisywać przypadki korupcji i nadużyć władzy, a także walkę z narkotykami. Prezydent Duterte nadał serwisowi własną nazwę. Mówił, że rozsiewamy fake newsy23. Że jesteśmy opłacanymi pismakami24. Postawiono nam zarzuty uchylania się od płacenia podatków, zniesławienia za pośrednictwem internetu i naruszeń prawa własności25. Rapplerowi cofnięto koncesję na działalność26. Kierownictwo serwisu złożyło odwołanie od tej decyzji. Naszym dziennikarzom zabroniono wstępu do pałacu prezydenta27. Codziennie grożono nam w mediach społecznościowych. A jako że wśród nas było wiele kobiet, często grożono też gwałtem.
Opublikowałam mnóstwo tekstów, a każdy z nich dotyczył kogoś, kto kiedyś miał imię, choć wystarczyłoby napisać „niezidentyfikowane zwłoki numer cztery”. Napisałam więc, że pięcioletnia Danica została zastrzelona, zanim zdążyła założyć nowy płaszcz przeciwdeszczowy w różowym kolorze. Napisałam, że Jhaylord był ulubieńcem swojej matki, a Angel w nocy, w którą zginęła, trzymała w ręce lalkę Barbie28. Podawałam szczegół za szczegółem, wszystko: kolor buta, ton krzyku, fakt, że zabity miał na sobie czerwono-białe slipy, gdy rozebrano go na ulicy.
„Będę z wami szczery – oznajmił prezydent. – Czy to w ogóle są ludzie? Jaka jest wasza definicja człowieka?”29.
To Danica Mae Garcia, wnuczka Maxima.
To Constantino de Juan, ojciec Christine.
To Dee i Ma, rodzice Love-Love.
A to człowiek, który ich zabił.
„Jesteśmy Duterte”, powiedział zamaskowany bandyta.
Urodziłam się w roku, w którym demokracja wróciła na Filipiny. Jestem tu po to, by relacjonować jej śmierć.
[1] Historia Love-Love opiera się na serii rozmów przeprowadzonych z nią przez autorkę. Pierwsza rozmowa odbyła się w 2016 roku w obecności opiekunki prawnej dziewczynki. Następna została przeprowadzona w 2023 roku, gdy Love-Love osiągnęła pełnoletność. Za jej zgodą w relacji wykorzystano zarówno jej pierwsze imię, jak i przydomek.
[2]Barangay to najmniejsza jednostka administracyjna w Filipinach. Według Filipińskiego Urzędu Statystycznego (psa.gov.ph) jest ona mniejsza niż miasto. Choć w zależności od kontekstu termin ten ma różne znaczenia, w całej książce barangay tłumaczone jest jako wioska, gmina lub dzielnica. Przewodniczący barangay (barangay kapitan) to oficjalny urząd wyłaniany w wyborach co trzy lata.
[3] Liczba ta obejmuje wszystkie przypadki użycia słowa „zabić” ze znajdujących się w archiwum autorki zapisów wypowiedzi prezydenta Dutertego z okresu pomiędzy 1 lipca 2016 a 30 czerwca 2017 roku. Rzeczywista ich liczba jest zapewne znacznie wyższa.
[4] Wyliczenie to odnosi się do: masakry w Maguindanao w 2009 roku, w której zginęło pięćdziesiąt osiem osób, w tym trzydzieścioro dwoje dziennikarzy; oblężenia przez siły rebelianckie miasta Zamboanga w 2013 roku oraz starcia w Mamasapano, podczas którego śmierć poniosło czterdziestu czterech funkcjonariuszy z jednostki policji do zadań specjalnych.
W historii opowiadanej przez mojego dziadka pierwsi biali przybyli z flotą pięciu okrętów, którym przewodził statek o nazwie Trinidad.
Był rok 1521. Wyprawa od nieco ponad roku zmagała się z przeciwnościami losu i buntami załogi. Kapitan Trinidadu, brodaty podróżnik Ferdynand Magellan, ujrzał porośniętą lasami wyspę, która rozciągała się wzdłuż horyzontu. Marynarze padli na kolana, chwaląc Pana, a jako że skończył im się rum, wznieśli toast oranżadą Bireley’s oraz winem ryżowym Siu Hoc Tong i całkowicie się upili.
Magellan kazał rzucić kotwicę i pozdrowił tubylców przepływających łódką.
„Aby pokazać, że serce ma po właściwej stronie – snuł swą opowieść dziadek – Magellan polecił stewardowi, żeby przyniósł trochę czerwonych czapek, lusterka, grzebienie, dzwonki i szesnastowieczny odpowiednik dzisiejszego garnituru z długą marynarką. Następnie podarował to wszystko wodzowi tubylców, mówiąc: »Nie znajdziesz tego w żadnym katalogu Sears, Roebuck. To najnowszy krzyk mody wśród łowców głów chcących zadać szyku, więc przyjmij ten dar z pozdrowieniami ode mnie i od króla. A przy okazji, nie masz gdzieś tu paru zbędnych sztabek złota?«”1.
Gdy piszę, że dziadek opowiadał historię Magellana, nie mam na myśli, że opowiadał ją mnie, tylko ludziom, którzy kupili jego książkę, wydaną w 1951 roku przez Philippine Book Company. How To Become a Father autorstwa Maria P. Chanco była zbiorem podań ludowych, który dziadek opublikował, gdy zajmował się dziennikarstwem. Mój dziadek, jak z czułością napisał jeden z jego przyjaciół, „zdecydowanie zbyt często pozwalał sobie na niepoważne komentarze i prześmiewcze uwagi, zwłaszcza na marginesie poważnego pisarstwa”2.
Wyobraził więc sobie, że Magellan pożeglował dalej w głąb archipelagu, który później zasłynie jako Filipiny. Spotkał tam kolejnych tubylców, z którymi wymieniał przywieziony towar na złoto i przyprawy, aż napotkał Lapulapu, słynącego z okrucieństwa wodza z wyspy Mactan. Odmówił on zapłacenia Magellanowi daniny oraz złożenia przysięgi wierności hiszpańskiemu królowi.
„To oczywiście wprawiło Magellana w przygnębienie – tłumaczył dziadek – bo czyż nie głosił on dobrej woli i błogosławieństw swojego monarchy dla oświecenia i korzyści niewiernych z całego świata? I czy miało jakieś znaczenie to, że owa dobra wola była im okazywana pod strzelbami muszkietów? Czy to nie na jedno wychodzi?”
Konkwistadorzy zeszli na brzeg „pod potężnym ostrzałem z plaży”. Naprzeciwko nich znaleźli się dzierżący włócznie wojownicy Mactanu, którzy „spadli na nich niczym anioły zemsty”. Magellan padł martwy, ugodzony zaostrzonym kijem z bambusa. Jego rozbita załoga odpłynęła, a z wielkiej floty przetrwały jedynie dwa statki.
„Jeśli chodzi o Magellana – kończył swą opowieść dziadek – to pozostał tam, gdzie dopadli go mactańscy wyspiarze. A morał z tej historii jest taki: następnym razem, gdy czegoś zechcesz, najpierw ładnie poproś”.
Żaden czytelnik nie powinien mylić mojego dziadka z historykiem, ale jego wersja opowieści o przybyciu pierwszych konkwistadorów na Filipiny zachowuje powierzchowną zgodność z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Lapulapu z Mactanu, którego wojownicy wystrzelili zatrute strzały w stronę ludzi Ferdynanda Magellana, opóźnił hiszpańską inwazję na Filipiny o blisko pół wieku. Nie powiodła się również kolejna próba podboju tego terytorium, którą w 1544 roku podjął Ruy López de Villalobos. Jego jedynym sukcesem było nadanie nazwy wyspom, z których jego ludzie zostali wyparci – Las Islas Filipinas – na cześć przyszłego króla Hiszpanii, Filipa II3.
Dopiero wraz z przybyciem w 1565 roku Miguela Lópeza de Legazpiego wyspy w końcu zostały włączone do imperium hiszpańskiego[1]4. Następnie przez dziesięciolecia hiszpańskie galeony przywoziły tu kolejnych żołnierzy, gubernatorów i mnichów z tonsurami. Moich przodków uczono klękać przed katolickim Bogiem i cierpieć z rąk jego ziemskich posłańców, ale Hiszpanie niebawem przekonali się, że ich nowa kolonia w Azji Południowo-Wschodniej nie ma ochoty znosić gwałtów i mąk zadawanych z różańcem w dłoni5. Rozkwitały tam tajne stowarzyszenia, wybuchały zbrojne bunty, prowadzono walkę partyzancką i dokonywano publicznych egzekucji. W końcu Hiszpanie próbowali stosować na przemian siłę i działania pojednawcze, w jednym miejscu rozstrzeliwując dziennikarza, w innym zaś skazując na wygnanie przywódcę powstania.
Pod koniec XIX wieku już nie tylko Filipiny buntowały się przeciwko Matce Hiszpanii6. Rewolta ogarnęła również Meksyk, Portoryko i Kubę, a tymczasem Theodore Roosevelt, wówczas wicesekretarz Departamentu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, domagał się poszerzenia amerykańskich granic. W 1898 roku Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Hiszpanii w imię obrony swoich interesów na Kubie[2]7. Wrogość do metropolii rozlała się po same granice słabnącego imperium hiszpańskiego.
Tak wyglądała wypisana wielkimi literami koncepcja objawionego przeznaczenia Ameryki8. Studwudziestopięciotysięczna armia ochotników wmaszerowała do Santiago de Cuba. Kawalerzyści z Rough Riders odnieśli pod wodzą Roosevelta zwycięstwa pod Las Guasimas i wzgórzem San Juan. Armada wioząca eskadrę azjatycką Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych została zaś skierowana do stolicy hiszpańskiego przyczółku w Azji, czyli do Manili9.
Nie wygraliśmy wojny z Hiszpanią, ponieważ to Ameryka przypisała sobie zwycięstwo.
Bitwa w Zatoce Manilskiej zakończyła się pogromem. Hiszpańskie okręty poszły na dno. Ci, którzy przeżyli, zostali pojmani. Straty wśród Amerykanów były minimalne.
O ile na morzu panował komandor George Dewey, o tyle na lądzie walczyli sami Filipińczycy, wyzwalający miasto za miastem kosztem tysięcy zabitych. Był to ostatni akt ciągnącego się od dawna zbrojnego powstania miejscowej ludności. Generał Emilio Aguinaldo po powrocie z wygnania w Hongkongu polecił swoim ludziom, by gromadzili się tłumnie wszędzie tam, gdzie zobaczą amerykańską flagę. Amerykanie, jak powiedział, „dla dobra ludzkości i chęci ulżenia tak wielu prześladowanym ludom” rozpostarli „swą ochronną opończę nad naszym ukochanym krajem”[3]10.
Filipińskie oddziały powstańcze weszły w sojusz z wojskiem Stanów Zjednoczonych. Generał Aguinaldo ogłosił niepodległość. Hiszpania odmówiła jednak kapitulacji przed Filipińczykami, co skwapliwie wykorzystali Amerykanie. Stany Zjednoczone i Hiszpania zawarły tajne porozumienie i przeprowadziły pozorowaną bitwę, trzymając oddziały Filipińczyków na dystans. Hiszpańska flaga została ściągnięta z masztu. Po chwili załopotał na nim gwiaździsty sztandar. Wojska filipińskie otoczyły Manilę, ale sojusznicze siły nie pozwoliły im wejść do miasta11.
Cztery miesiące później prezydent William McKinley zażądał, żeby Filipińczycy „uznali okupację wojskową oraz władzę Stanów Zjednoczonych”. Na mocy podpisanego w Paryżu traktatu pokojowego Królestwo Hiszpanii sprzedało Stanom Zjednoczonym całą kolonię za okazyjną cenę dwudziestu milionów dolarów[4]12.
Rudyard Kipling napisał wówczas wiersz ze słowami zachęty dla panów nowego imperium amerykańskiego, by „ponieśli brzemię białego człowieka”:
Nakażcie synom iść precz na wygnanie,
Niech świadczą na rzecz waszych jeńców!
Niech służą, gnąc karki, w mozole i trudzie,
Tym trwożnym i dzikim plemionom,
Tym zniewolonym, niechętnym wam ludziom –
Pół dzieciom, a pół demonom!13.
Na wpół dziecięcy, na wpół diabelscy obywatele istniejącej od niedawna Republiki Filipin domagali się wolności obiecanej im przez synów kraju będącego tej wolności symbolem. Ameryka odpowiedziała jednak żelazną pięścią14. Powstańcy zostali zmasakrowani. Miasta zrównano z ziemią. William Howard Taft mógł sobie nazywać Filipińczyków „małymi brązowymi braćmi” Ameryki, ale żołnierze maszerujący po filipińskiej ziemi śpiewali całkiem inną pieśń. Zdarzały się od czasu do czasu ucieczki na stronę filipińską, ale dla złapanych żołnierzy afroamerykańskich, którzy zmienili front ze względu na zasady, kończyło się to rozstrzelaniem15.
Tak oto rozpoczęło się panowanie nowej potęgi światowej, której terytoria biały prezydent Nowego Świata kupił od białego króla Starego Świata.
Najpierw byliśmy Hiszpanią, by potem na czterdzieści osiem lat stać się Ameryką.
Mój dziadek urodził się w 1922 roku, dwadzieścia cztery lata po rozpoczęciu amerykańskiej okupacji. Był praprawnukiem chińskiego kupca o nazwisku San Chang Co, który przypłynął do Manili w połowie XIX wieku i osiadł tu, żeniąc się z Filipinką. W chwili przyjścia na świat dziadka, którego rodzicami byli urzędnik zatrudniony na uniwersytecie i spadkobierczyni domu towarowego, jego nazwisko brzmiało już Chanco. Potomkowie San Chang Co dorastali zaś jako mówiący po angielsku obywatele Stanów Zjednoczonych.
Mario Chanco był szóstym z siedmiorga rodzeństwa. Rodzina mieszkała przy San Antonio Street w okazałym domu z ciężkimi meblami i ciągnącymi się wzdłuż ścian regałami książek. Większa część rodzinnego majątku szła na wykształcenie młodszego pokolenia. Dzieci uczyły się w domu hiszpańskiego, w szkole angielskiego, a wszędzie indziej filipińskiego16.
Gdy dziadek miał dwanaście lat, 73. Kongres Stanów Zjednoczonych uchwalił ustawę Tydingsa–McDuffiego, która określała drogę Filipin do niepodległości17. Przekształcono je z kolonii we wspólnotę, z obietnicą uzyskania pełnej suwerenności po dziesięciu latach.
II wojna światowa przerwała zarówno edukację dziadka, jak i ostatnie lata Wspólnoty Filipin. Mój pradziadek stracił pracę na uniwersytecie, gdy Japończycy odkryli, że jeden z jego starszych synów, pułkownik wykształcony w West Point, wysadzał mosty, żeby spowolnić marsz japońskich wojsk18. Część rodziny przyczaiła się w stolicy – wyprzedawali wszystko, co zostało z ich ziemi, i dorabiali sprzedażą biletów na nielegalne walki bokserskie. Pozostali rozproszyli się po kraju.
Nasza rodzina przetrwała. Wiele innych nie miało tyle szczęścia – szacuje się, że w stolicy zginęło ponad sto tysięcy ludzi19. „Raport o zbrodniach wojennych” przedstawiony 15 lutego 1945 roku przez majora amerykańskiej armii w Manili pokazywał całą skalę barbarzyństwa ostatnich miesięcy japońskiej okupacji. Major wraz ze swoimi ludźmi odkrył między innymi osiem rozkładających się ciał w domu na przedmieściach Manili. Pięcioro dorosłych, w tym dwie kobiety, zostało rozstrzelanych z rękami związanymi na plecach. Niemowlę przebito bagnetem. W ramach śledztwa przeprowadzonego w najbliższej okolicy „przesłuchano Filipińczyka o imieniu i nazwisku Mario Chanco, sąsiada zamordowanych”, który w raporcie został opisany jako dziennikarz prasowy.
„Widzieliśmy, jak [Japończycy] wchodzą do środka – relacjonował dziadek Amerykanom. – Wkrótce potem usłyszeliśmy pięć strzałów. Nic więcej nie mogę powiedzieć, bo zaraz po tym uciekłem stąd wraz z innymi świadkami”20.
Japończycy znajdowali się już wtedy w odwrocie. Starszy brat mojego dziadka przeżył bataański marsz śmierci i wrócił do walki partyzanckiej, zostając dowódcą 91 Batalionu Inżynieryjnego Armii Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie.
Niebawem po kapitulacji Japonii Stany Zjednoczone zakończyły swoją „doniosłą misję” określaną mianem „życzliwej asymilacji”21. Po blisko czterystu latach kolonialnych rządów Republika Filipin została ogłoszona niepodległym państwem z konstytucją opisywaną jako „wierna kopia konstytucji Stanów Zjednoczonych”, kraju będącego „podręcznikowym przykładem demokracji liberalnej”22. Amerykanie zdążyli się już zorientować, że światowa hegemonia nie wymaga wcale kosztownego utrzymywania całego archipelagu z milionami kłopotliwych, niepełnoprawnych obywateli, zwłaszcza jeśli władze tego kraju są skłonne zgodzić się na preferencyjne warunki handlu i obecność baz wojskowych na swoim terenie.
Dziadek miał dwadzieścia cztery lata, kiedy Stany Zjednoczone zrzekły się kolonialnych posiadłości na Filipinach. Nie chciał jednak wracać na uniwersytet, poświęcił się więc dziennikarstwu. Pisał o filipińsko-amerykańskich relacjach gospodarczych i sponsorowanych przez firmę Studebaker muzycznych audycjach radiowych, odnotowując napływ „nowiuteńkich samochodów i najnowszych trendów w modzie męskiej i damskiej, dziesiątków odcieni szminek i kolorowych tkanin wszelkiego rodzaju”23. Był gospodarzem programu radiowego, w którym pod przydomkiem „Mao” prowadził żartobliwe wywiady z politykami, mówiąc ze sztucznym chińskim akcentem. Na pierwszym piętrze domu przy San Antonio Street zaczął wydawać lokalną gazetę, a w wolnych chwilach pisał prozę. Jako korespondent z ratusza miejskiego zawarł wiele znajomości z pracującymi tam urzędnikami, w tym z pewną „szczupłą, młodą dziewczyną o intrygującym uśmiechu”. Styl pisarski dziadka, który – co muszę przyznać – charakteryzował się nadmiernym stosowaniem przysłówków, określano jako „zwodniczo lekki” i „bezwstydnie dowcipny”. Dziadek był współzałożycielem filipińskiego National Press Club24 i pierwszym gospodarzem programu Meet the Press, podczas którego jego „dowcip i ironiczne komentarze na stronie pozwoliły rozluźnić panującą wśród polityków pełną zadęcia atmosferę”25. Nazwisko dziadka pojawiało się w kolejnych gazetach i czasopismach, publikował w „The Philippines Herald”, „This Week”, „Sunday Times”, „Literary Song-Movie”, „Women’s Magazine”, aż w końcu został awansowany na samodzielnego reportera w „Manila Daily Bulletin”.
Według wszystkich, którzy go pamiętali, dziadek był zasadniczo sympatycznym człowiekiem. „Zawsze pogodny i szczery, nigdy zaś dramatyczny, marudny ani zezowaty, jak to zwykle bywa u humorystów – pisała historyczka Carmen Guerrero Nakpil. – Był dobry dla błąkających się jak bezdomne koty dziennikarzy z ostatnich szeregów manilskich gazet, czuły dla ładnych, młodych kobiet i pełen szacunku wobec redaktorów. Regularnie chodził do kościoła Paco, gdzie redagował dla swojej parafii z lekka religijne, na poły zaś utrzymane w duchu rotariańskim wydawnictwo »Paco Town Crier«. Nosił się z pełnym polotu stylem, jakiego po wyzwoleniu oczekiwano od filipińskich mężczyzn. Był również przedsiębiorczym młodym człowiekiem, zawsze gotowym iść naprzód i nieustająco pracującym nad jakimś śmiałym projektem wydawniczym”.
W 1955 roku dziadek otrzymał tytuł „najbardziej wyróżniającego się młodego dziennikarza”26. W Stanach Zjednoczonych przyznano mu stypendium Fulbrighta27. Wydawał przegląd prasowy zatytułowany „The Orient”28. A „szczupła, młoda dziewczyna”, którą poznał w ratuszu, została matką czworga jego dzieci, dziadek zaś w swoich felietonach zawsze nazywał ją swoją „Piękną Żoną”, niezmiennie zapisując to wyrażenie wielkimi literami.
„Chanco bardziej niż którykolwiek inny znany mi dziennikarz odpowiada powstałemu za sprawą Hollywoodu powszechnemu wyobrażeniu tego, jak wygląda reporter prasowy – pisał Felix Bautista dla »Sunday Times Magazine«. – Jest pełen energii, żywiołowy, niepoprawnie ekstrawertyczny. Zawsze ma na podorędziu ciętą ripostę, zgrabną odpowiedź i cechują go typowy dla dziennikarza dowcip oraz talent do karkołomnych gier słownych. Jego ręce, jeśli nie są akurat zajęte bębnieniem w maszynę do pisania, albo wykonują serdeczne gesty wobec osób, z którymi wylewnie się wita, albo wskazują na coś z oskarżycielsko wyciągniętym palcem, zazwyczaj na rządowe machlojki”.
Przez następnych kilkadziesiąt lat przez parę godzin każdego ranka dziadek wystukiwał na maszynie IBM Selectric swoją, jak sam żartobliwie mówił, „nieśmiertelną prozę”. Uruchomił własną maszynę drukarską, dzięki czemu sam mógł zaopatrywać się w notatniki o wymiarach dopasowanych do tylnej kieszeni jego znoszonych spodni. Po posiłku palił Rothmansy, a jeśli mu się skończyły, to Dunhille, za to gdy pisał, zawsze miał przy sobie otwartą paczkę Marlboro Red i strzepywał popiół, gdzie popadnie, jeśli akurat nie miał pod ręką popielniczki. Wychowywał swoje dzieci w sposób, który moja matka – najstarsza z całej czwórki – zapamiętała jako w dużej mierze wygodny dla niego samego. Jak mi powiedziano, to przedsiębiorcza „Piękna Żona”, dyplomowana pielęgniarka, stanowiła główną oś jego gwałtownie obracającego się świata. To ona inwestowała w ziemię, prowadziła różne interesy i gościła zastępy przyjaciół, których dziadek spraszał do domu. Znajdowali się wśród nich dziennikarze, politycy i działacze ekologiczni, a także były korespondent wojenny Benigno Aquino Jr.
W 1965 roku senator, który podawał się za „udekorowanego największą liczbą odznaczeń bohatera wojennego Filipin”, został wybrany na dziesiątego prezydenta w historii naszego kraju. Nazywał się Ferdinand Edralin Marcos. Nie miał jednak żadnych odznaczeń wojskowych ani nie był wcale bohaterem wojennym, ale wyszło to na jaw dopiero po latach29. W 1972 roku, na koniec drugiej dozwolonej przez konstytucję kadencji, Marcos pod pretekstem szerzącej się przemocy i zagrożenia komunistycznego ogłosił wprowadzenie stanu wyjątkowego30. Ustanowił również nową konstytucję, na mocy której miał dożywotnio sprawować urząd prezydenta, a do tego systematycznie uciszał swoich krytyków i wolną prasę.
Dyktatura małżeńska Ferdinanda i Imeldy Marcosów trwała czternaście lat, zresztą przy gorącym poparciu Stanów Zjednoczonych[5]31. Imelda tańczyła z prezydentem Ronaldem Reaganem32, zgromadziła kilka tysięcy par szpilek w rozmiarze osiem i pół33, a także nabyła cały katalog jednej z aukcji Sotheby’s wraz z kamienicą z piaskowca, w której mieściła się kolekcja[6]34. Okres stanu wyjątkowego to lata korupcji, kolesiostwa i represji politycznych35. Szacuje się, że w tym czasie ze skarbu państwa skradziono od pięciu do dziesięciu miliardów dolarów, w więzieniach znalazło się siedemdziesiąt tysięcy ludzi, trzydzieści cztery tysiące poddano torturom, a zamordowano trzy tysiące dwustu czterdziestu aktywistów politycznych36. W rzeczywistości liczby te były zapewne wyższe.
W tym okresie, jak głosi rodzinna legenda, mój dziadek trafił do więzienia wraz z dziesiątkami innych przeciwników politycznych Marcosa. Kuzyn mojej matki, wujek Boo, który był wówczas dwudziestodwuletnim reporterem, widział, jak aresztują wszystkich jego przyjaciół, i czym prędzej porzucił dziennikarstwo: „Udało mi się uniknąć aresztowania i co, miałem sam im się wystawić na strzał? Niedoczekanie”.
Stan wyjątkowy zakończył się – przynajmniej na papierze – w 1981 roku za sprawą międzynarodowych nacisków na reżim Marcosa37. W praktyce niewiele się zmieniło. Po zniesieniu stanu wyjątkowego wiceprezydent Stanów Zjednoczonych George H. W. Bush wzniósł na cześć Marcosa toast: „Podziwiamy pańskie przywiązanie do reguł demokracji”38.
Prawda o tym przywiązaniu została obnażona już dwa lata później, gdy do kraju powrócił jeden z najważniejszych liderów filipińskiej opozycji39. Benigno Aquino Jr., zwany Ninoy, najpierw pracował jako korespondent wojenny, po czym wybrano go na gubernatora, a w końcu został najmłodszym senatorem w historii Filipin. Objęła go pierwsza fala aresztowań po wprowadzeniu stanu wyjątkowego i spędził w więzieniu siedem lat. W 1980 roku pozwolono mu wyjechać do Stanów Zjednoczonych na zabieg wszczepienia by-passów, pod warunkiem że obieca zakończyć swoją krucjatę przeciwko rządom Marcosa.
Tej obietnicy Aquino nie zdołał jednak dotrzymać. Przez kolejne trzy lata wykładał na Harvardzie i działał na rzecz międzynarodowego wsparcia dla opozycji na Filipinach, aż w końcu postanowił wrócić do kraju. Jak powiedział w jednym z ostatnich przemówień, dla Filipińczyków gotów jest nawet umrzeć40.
Wczesnym rankiem 21 sierpnia 1983 roku Aquino włożył ten sam biały garnitur, który miał na sobie, gdy udawał się na emigrację, i z fałszywym paszportem udał się na lot 811 obsługiwany przez China Airlines41. Gdy samolot zbliżał się do Manili, Aquina otoczyła grupa dziennikarzy. „Trzymajcie aparaty w gotowości – oznajmił dzień wcześniej reporterom – bo cała akcja może się rozegrać w mgnieniu oka. Wystarczą trzy, cztery minuty, żeby było po wszystkim, i niewykluczone, że już nigdy więcej nie będę mógł z wami porozmawiać”.
Na lotnisku międzynarodowym w Manili czekał wielotysięczny tłum. Drzewa opasano żółtymi wstążkami. Było to nawiązanie do piosenki Tony’ego Orlanda i grupy Dawn o więźniu wracającym do domu: „Sto żółtych wstążek wokół pnia starego dębu / Wracam do domu. / Zawiąż żółtą wstążkę wokół starego dębu”42.
Oddział żołnierzy pojawił się w samolocie, gdy tylko podjechał on pod bramkę wyjściową. Aquino wszedł w ich eskorcie do rękawa prowadzącego do terminala. Wszystkim pozostałym pasażerom nakazano pozostać na miejscach, choć dziennikarze wykłócali się z żołnierzami, by ich przepuścić. Po chwili rozległy się strzały. Młoda kobieta, która patrzyła na zewnątrz przez okno, zaczęła krzyczeć. Gdy po latach zeznawała przed Sandiganbayanem, filipińskim sądem apelacyjnym, i amerykańskim Kongresem, powiedziała: „Wysoki Sądzie, nawet gdybym miała okazać się najgorszym człowiekiem na świecie, nic nie zmieni faktu, że Ninoya zastrzelił żołnierz”43.
Ubrany na biało Ninoy Aquino, nadzieja filipińskiej opozycji, wykrwawił się, leżąc na płycie lotniska, zanim zdążył wygłosić przemówienie, nad którym tak starannie pracował w Bostonie: „Powracam z emigracji, choć nie wiem, co mnie tu czeka, a do zaoferowania mam jedynie wiarę i determinację”44.
Pomimo ulewnych deszczy monsunowych co najmniej cztery miliony ludzi szło za trumną z jego zmasakrowanymi zwłokami. Nieśli ze sobą tablice i transparenty z napisem: „Nie jesteś sam”. Kondukt pogrzebowy przemierzał ulice Manili przez jedenaście godzin. Zabójstwo Aquina było dla wielu osób ostatecznym aktem zniewagi po latach brutalnego łamania praw człowieka.
W roku, w którym przyszłam na świat, dwa lata po zamachu, presja międzynarodowa zmusiła Ferdinanda Marcosa do rozpisania wyborów prezydenckich. Główną rywalką dyktatora była wdowa po Ninoyu Aquinie, elokwentna gospodyni domowa, która nosiła duże okulary i żółte sukienki. Miała na imię Corazon, co znaczy „serce”. Ale wszyscy w kraju nazywali ją Cory.
Kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi trwała czterdzieści pięć dni. 7 lutego 1986 roku o siódmej rano otworzono osiemdziesiąt pięć tysięcy lokali wyborczych. Z oszustwami nawet się nie kryto, dopuszczając się ich na oczach międzynarodowych obserwatorów, przedstawicieli filipińskiej prasy i ponad tysiąca korespondentów zagranicznych45. W całym kraju zginęło co najmniej osiemdziesiąt osób46. Wielu wolontariuszy zostało pobitych. Do lokali wyborczych wdzierały się grupy mężczyzn uzbrojonych w karabiny i granaty. W prowincji Antique, tuż przed wejściem do siedziby lokalnych władz, morderca wpakował dwadzieścia cztery kule w Evelia Javiera, miejscowego szefa kampanii wyborczej Corazon Aquino47. W Manili pocisk snajpera przebił na wylot trzymaną przez jednego z demonstrantów tablicę z napisem: „Marcos, odejdź”. Trafiony w klatkę piersiową dwudziestotrzyletni mężczyzna zginął na miejscu48.
Według wyników podawanych przez niezależne instytucje Cory Aquino prowadziła, ale Zgromadzenie Narodowe ogłosiło Marcosa prezydentem Filipin na czwartą kadencję49. Co najmniej trzydziestu młodych programistów komputerowych, którzy odpowiadali za liczenie głosów, w ramach protestu zrezygnowało z pracy. Ich zdaniem rząd manipulował wynikami50.
Kościół katolicki opublikował niemające precedensu oświadczenie, w którym uznał wybory za sfałszowane51. Władze innych państw wstrzymały się z gratulacjami. Prezydent Reagan, który początkowo utrzymywał, że do oszustw dochodziło po obu stronach, w końcu ugiął się pod presją ze strony własnej administracji oraz amerykańskiej prasy i potępił „szeroko zakrojone fałszerstwa, a także akty przemocy, jakich dopuściła się głównie partia rządząca”52. Na Filipinach tymczasem coraz bardziej wrzało.
W trzecim tygodniu lutego 1986 roku sekretarz obrony Juan Ponce Enrile oraz Fidel Ramos, wiceszef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych, zabarykadowali się wraz z niewielką grupą zbuntowanych żołnierzy w kwaterze głównej wojska i policji53. Prowadzona przez kobietę i dwóch nastoletnich chłopców nielegalna stacja radiowa, Radio Veritas, nadała apel arcybiskupa Manili: „Chrońcie demonstrantów”.
„Księżyc w pełni wzeszedł wczorajszej nocy nad Filipinami rozrywanymi od środka przez siły rewolucji – pisał Phil Bronstein dla »San Francisco Chronicle«. – Pod bramami dwóch baz wojskowych w Manili stoją ludzie, którzy strzegą żołnierzy”54.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Proces kolonizacji podczas ekspedycji Legazpiego sprytnie łączył w sobie kampanie pokojowe i bardziej agresywne działania, angażując w nie przedstawicieli tubylczych elit. Krzewiono również, z coraz większą mocą i w coraz bardziej zorganizowany sposób, religię chrześcijańską, na którą nawracano miejscową ludność. Współdziałanie miecza i krzyża trwało aż do 1571 roku, kiedy to Manila znalazła się pod hiszpańskim władaniem i stała się stolicą nowej kolonii.
[2] Stany Zjednoczone musiały zmagać się z sytuacją polityczną, w której kolonie zaczęły wyrywać się spod jarzma imperiów. Pod koniec XIX wieku USA same ustawiły się w pozycji potęgi kolonialnej i przyjęły dyskurs własnego szczególnego posłannictwa, kreując się na prawdziwego orędownika misji cywilizacyjnej. W przeciwieństwie do wcześniejszych imperiów Stany Zjednoczone angażowały się w politykę kolonialną jako przedsięwzięcie o charakterze opiekuńczym, które miało rzekomo przygotować kolonie do pełnej autonomii.
[3] W następstwie tego, że Filipiny, które wówczas były hiszpańską kolonią, zostały wplątane w wojnę hiszpańsko-amerykańską, Stany Zjednoczone zaangażowały się w trwające powstanie filipińskie mające na celu obalenie kolonialnych rządów Hiszpanii. W trakcie negocjacji z siłami hiszpańskimi w Manili Amerykanie uzgodnili zainscenizowanie „pozorowanej bitwy”, żeby zapewnić „pokojową” kapitulację wojsk hiszpańskich. W tle toczyły się pertraktacje na szczeblu rządowym, a poddanie się oddziałów hiszpańskich miało stanowić sygnał do zakończenia całej wojny. Do „pozorowanej bitwy o Manilę” doszło 13 sierpnia 1898 roku, a w jej efekcie podpisano akt kapitulacji, który umożliwił Amerykanom ustanowienie na Filipinach władzy wojskowej.
[4] Po podpisaniu traktatu paryskiego Stany Zjednoczone opublikowały proklamację życzliwej asymilacji. Dokument ten stanowił wykładnię retoryki amerykańskiego ekscepcjonalizmu, która uzasadniała zagarnięcie filipińskiej kolonii.
[5] Określenie „dyktatura małżeńska” zaczęło być powszechnie stosowane po tym, jak Primitivo Mijares, były sekretarz prasowy Marcosa i jego zaufany współpracownik, wykorzystał je w tytule swoich wspomnień. Książka, która pierwotnie ukazała się w 1976 roku, a także zeznania złożone przed amerykańskim Kongresem kosztowały życie zarówno samego Mijaresa, jak i jego najmłodszego syna Boyeta.
[6] 22 marca 1986 roku były pracownik sieci domów aukcyjnych Sotheby’s ujawnił w „Los Angeles Times”, że ówczesna pierwsza dama Imelda Marcos wykupiła całą zawartość apartamentu filantropa Lesliego R. Samuelsa tuż przed wystawieniem jej na licytację. Obejmowała ona wartą pięć milionów dolarów kolekcję siedemnasto- i osiemnastowiecznych obrazów angielskich, mebli i ceramiki.
