68,00 zł
Wielokrotnie nagradzany cykl opowieści magii i miecza, słynący z duetu nietuzinkowych bohaterów, stworzony przez jednego z klasyków literatury fantasy.
Na długo przed tym, jak George R.R. Martin napisał Grę o tron,światem powieści fantastycznych rządził Fritz Leiber, laureat SFWA Grand Masters. Niniejszy tom zawiera pierwsze dwa zbiory jego kultowych opowieści o sympatycznym barbarzyńcy Fafhrdzie i byłym uczniu czarodzieja Szarym Myszołapie.
W pierwszej części przystojny Fafhrd ulega urokowi pięknej kobiety – i równie oszałamiającego miasta, podczas gdy Szarego Myszołapa wabi pokusa mrocznych sztuk. Obaj spotykają się pewnej nocy, gdy dokonano wielu kradzieży, a przypadkowe spotkanie przeradza się w trwałą przyjaźń.
W drugiej części dwaj łotrzykowie szukają szczęścia w Lankhmarze i poza nim. Na swojej drodze spotykają dwóch czarodziejów – Sheelbę o Twarzy Bez Oczu oraz Ningauble’a o Siedmiu Oczach. Choć początkowo dochodzi między nimi do napięć, z czasem Fafhrd i Szary Myszołap wplątują się w ich sprawy, stając się nieoczywistymi sojusznikami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 557
Starożytny świat Nehwonu, z jego wieżami, czaszkami i klejnotami, jego magią i mieczami, śni oddzielony od nas otchłanią czasu oraz niezwykłych wymiarów. Jego znane krainy leżą wokół Morza Wewnętrznego — na północy zielone lasy i groźna Kraina Ośmiu Miast, na wschodzie stepy zamieszkane przez mingolskich jeźdźców oraz pustynie, przez które pełzną karawany z bogatych Krain Wschodnich i znad Rzeki Rolniczej. Natomiast na południu, połączone z pustynią jedynie przez Wynurzający się Ląd, a w innych miejscach osłonięte przez Wielki Wał oraz Góry Głodu, znajdują się żyzne pola i otoczone murami miasta Lankhmaru, najstarszej i najbogatszej z krain Nehwonu. Blisko mulistego ujścia Hlalu, w bezpiecznym zakamarku między polami uprawnymi, Wielkim Słonym Bagnem oraz Morzem Wewnętrznym, wznosi się stolica krainy, Lankhmar, ze swymi potężnymi murami i labiryntem zaułków. Roi się tam od złodziei, ogolonych kapłanów, chudych magów i brzuchatych kupców. Lankhmar Niezniszczalny, Miasto Czarnej Togi.
Jeśli wierzyć runicznym księgom Sheelby o Twarzy Bez Oczu, tam właśnie pewnej ciemnej nocy po raz pierwszy spotkało się dwóch bohaterów o podejrzanej reputacji, czy raczej chimerycznych łotrzyków — Fafhrd i Szary Myszołap. Pochodzenie Fafhrda nie budziło wątpliwości. Miał blisko siedem stóp wzrostu, a jego długie kończyny, kute ozdoby i wielki dwuręczny miecz świadczyły, że jest barbarzyńcą z Zimnego Pustkowia, leżącego daleko na północy, za Ośmioma Miastami i Górami Trollowych Schodów. Rodowód Myszołapa trudniej było ustalić. Był drobny jak dziecko, ubierał się na szaro, pod kapturem z mysich skórek kryła się płaska, smagła twarz, a jego miecz robił wrażenie dziwnie delikatnego. Coś w nim jednak kojarzyło się z miastami i południem, z pogrążonymi w mroku ulicami, lecz zarazem z pustymi przestrzeniami, skąpanymi w blasku słońca. Dwaj mężczyźni obrzucili się wyzywającymi spojrzeniami w mrocznej mgle, rozświetlanej jedynie przez płonące w oddali pochodnie. Uświadamiali już sobie niejasno, że są dwiema przez długi czas rozdzielonymi połowami większego bohatera. Obaj właśnie znaleźli przyjaciela na całe życie wypełnione tysiącem przygód. A może nawet na sto żyć.
Nikt nie potrafiłby w owej chwili odgadnąć, że Szarego Myszołapa zwano kiedyś Myszkiem ani że Fafhrd całkiem niedawno był młodzieńcem o szkolonym, wysokim głosie, ubierał się wyłącznie w białe futra i ciągle spał w namiocie matki, choć miał już osiemnaście lat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W Zimnym Zakątku, w samym środku zimy, kobiety ze Śnieżnego Klanu toczyły zimną wojnę z mężczyznami. Krążyły po okolicy niczym duchy, odziane w swe najbielsze futra i niemal niewidoczne na świeżo spadłym śniegu. Zawsze trzymały się razem, milcząc bądź co najwyżej sycząc niczym rozgniewane cienie. Omijały Bożydom, gdzie kolumnami były drzewa, ścianami wyszywane skóry, a wszystko to przykrywał dach z porośniętych igliwiem gałęzi sosen.
Zebrały się w wielkim, owalnym Namiocie Kobiet, usytuowanym przed mniejszymi namiotami mieszkalnymi. Śpiewały tam, jęczały złowrogo i oddawały się rozmaitym bezgłośnym praktykom, mającym stworzyć zaklęcia, które przywiążą ich mężów do Zimnego Zakątka, spętają ich lędźwie bądź sprawią, że mężczyźni przeziębią się tak mocno, że ciągle będzie im ciekło z nosa. W rezerwie miały jeszcze groźbę Potężnego Kaszlu i Zimowej Gorączki. Każdego mężczyznę, który lekkomyślnie sam wychodził na dwór za dnia, obrzucano śnieżkami, a jeśli dał się złapać, również bito, choćby nawet był skaldem albo wielkimmyśliwym.
A śnieżki rzucane przez kobiety ze Śnieżnego Klanu to nie był drobiazg. Co prawda ciskały nimi znad głowy, ale ich mięśnie wzmocniło rąbanie drewna, ucinanie wysoko rosnących gałęzi oraz wgniatanie tłuszczu w skóry zwierząt — w tym również w twarde jak żelazo skóry śnieżnych behemotów. Czasami też kobiety zamrażały swoje śnieżki.
Żylaści, zahartowani przez zimę mężczyźni znosili to wszystko z niezwykłą godnością. Paradowali niczym królowie w swych wspaniałych odświętnych futrach — czarnych, rdzawych bądź zabarwionych na kolory tęczy. Pili dużo, ale robili to dyskretnie, i — targując się niczym Ilthmarczycy — wymieniali swe kawałki bursztynu i ambry, śnieżne diamenty, widoczne tylko nocą błyszczące niewyprawione skóry oraz lodowe zioła na tkaniny, ostre przyprawy, szmelcowane na niebiesko bądź oksydowane żelazo, woskowe świece, ognisty proch, który z głośnym hukiem rozpalał się barwnym płomieniem, oraz inne wyroby z cywilizowanego południa. Niemniej mężczyźni trzymali się razem i wielu z nich ciekło z nosa.
To nie handel miały im za złe kobiety. Ich mężczyźni byli w nim dobrzy, i to one najbardziej na tym korzystały. Wolały go od piractwa, któremu niekiedy się oddawali, gdyż prowadziło ono ich pełnych wigoru mężów daleko na południe wzdłuż brzegów Morza Zewnętrznego — ku miejscom znajdującym się poza zasięgiem ich matriarchalnego nadzoru, a czasami obawiały się, że również ich potężnej kobiecej magii. Zimny Zakątek był najdalej położonym na południe miejscem, do którego zapuszczał się Śnieżny Klan jako całość. Jego członkowie większość czasu spędzali na Zimnym Pustkowiu i u podstaw wyniosłych Gór Olbrzymów, a nawet dalej na północy, wśród Kości Pradawnych. Ten zimowy obóz był dla nich jedyną szansą na pokojowy handel z rzutkimi Mingolami, Sarheenmarczykami, Lankhmarczykami, a czasami nawet ludźmi z Pustyni Wschodniej, noszącymi turbany, chusty zasłaniające twarze aż do oczu oraz gigantyczne rękawice i buciory.
Nie przeszkadzało im też pijaństwo. Ich mężczyźni zawsze bez opamiętania żłopali miód oraz ale, a także gorzałkę pędzoną z miejscowych ziemniaków śnieżnych, uderzającą do głowy znacznie mocniej niż większość win i innych trunków optymistycznie oferowanych przez kupców.
Tym, do czego Śnieżne Kobiety pałały tak gorącą nienawiścią i co rokrocznie popychało je do zimnej wojny, w której dozwolone były niemal wszystkie sposoby, czy to materialne, czy magiczne, była trupa aktorów, która zawsze przybywała z kupcami na zimną północ. Śmiali mężczyźni i kobiety o spierzchniętych ustach i poodmrażanych nogach, ale o sercach przepojonych sympatią do miękkiego północnego złota oraz łatwej, choć skłonnej do burd publiczności. Ich przedstawienia były tak bluźniercze i obsceniczne, że mężczyźni zagarniali na nie Bożydom (jako że Boga nic nie szokuje) i zabraniali tam wstępu kobietom oraz młodzikom. Według kobiet grały w nich jedynie stare sprośne dziady i jeszcze bardziej występne chude dziewuchy z południa o obyczajach tak lekkich, jak ich skąpe stroje — w chwilach gdy w ogóle je wkładały. Śnieżnym Kobietom nie przychodziło na myśl, że chuda, brudna dziewka o ciele sinym i pokrytym gęsią skórką z zimna raczej nie wzbudza erotycznego pożądania, pomijając już fakt, że nieustannie naraża się na odmrożenie wszystkich części ciała.
Ten na pierwszy rzut oka komiczny konflikt miał złowrogie podteksty. Śnieżne Kobiety, zwłaszcza gdy współpracowały ze sobą, władały potężną magią, szczególnie gdy chodziło o zimno i jego konsekwencje — ślizgawicę, ziąb nagle wypełniający ciało, klejenie się skóry do metalu, łamliwość przedmiotów, groźne masy śniegu na drzewach i konarach oraz jego nieporównanie większa ilość spadająca z lawinami. Nie było też mężczyzny, który nie bałby się hipnotycznej mocy ich jasnoniebieskich, zimnych niczym lód oczu.
Każda Śnieżna Kobieta — z reguły przy pomocy całej reszty — starała się zachować pełną kontrolę nad swoim mężczyzną. Z pozoru zostawiała mu całkowitą swobodę, szeptano jednak, że nieustępliwi mężowie często odnosili obrażenia, a nawet ginęli z powodów z reguły związanych z zimnem. Poszczególne czarownice, a także ich koterie, toczyły grę, w której najsilniejsi i najśmielsi mężczyźni — nawet wodzowie i kapłani — byli jedynie pionkami.
Przez całe dwa tygodnie targów i dwa dni występów staruchy i wyrośnięte, muskularne dziewczyny strzegły Namiotu Kobiet ze wszystkich stron, podczas gdy ze środka dobiegała silna woń perfum, dziwaczne fetory, słychać też było postukiwania i pobrzękiwania, trzaski, odgłosy połykania oraz czarodziejskie inkantacje i szepty, a od czasu do czasu noc rozświetlała łuna. Wszystko to ciągnęło się bardzo długo.
Rankiem można było sobie wyobrazić, że czary Śnieżnych Kobiet dotarły wszędzie. Nie było wiatru, niebo zasnuły chmury, a w przepojonym zamarzającą wilgocią powietrzu unosiły się kosmyki mgły. Kryształki lodu szybko tworzyły się na każdym krzaku, konarze, na każdej gałązce i na wszystkich koniuszkach, w tym również na czubkach wąsów mężczyzn albo pędzelkach uszu oswojonych rysiów. Kryształy lśniły jasnoniebieskim blaskiem jak oczy Śnieżnych Kobiet, a osobom obdarzonym bujną wyobraźnią mogły się również kojarzyć z ich zakapturzonymi, obleczonymi w białe futra sylwetkami, rosły bowiem ku górze niczym diamentowe płomienie.
Tego ranka Śnieżnym Kobietom przytrafiła się okazja dorwania wręcz wymarzonej ofiary. Jedna z dziewczyn z trupy, czy to z głupoty, czy z lekkomyślnej brawury — a może skuszona stosunkowo łagodną, rodzącą klejnoty pogodą — opuściła bezpieczne namioty aktorów i wybrała się na spacer po pokrytym lodową skorupą śniegu. Ruszyła za Bożydom, po stronie urwiska, przeszła między dwoma zagajnikami wysokich, uginających się pod ciężarem śniegu drzew iglastych i dotarła do naturalnego mostu skalnego, również pokrytego warstwą śniegu. Był on ongiś początkiem Starego Traktu prowadzącego na południe, do Gnampf Nar, ale jakieś sześćdziesiąt lat temu zawaliła się jego środkowa część, długa na mniej więcej pięć wzrostów mężczyzny.
Zatrzymała się tuż przed niebezpiecznym końcem łuku i przez długi czas spoglądała na południe. W oddali pasemka unoszącej się w powietrzu mgły robiły się rzadkie niczym strzępki wełny o długim włosiu. Ośnieżone sosny w Kanionie Trollowych Schodów na dole wydawały się maleńkie niczym białe namioty armii lodowych gnomów. Przesunęła powoli spojrzeniem wzdłuż kanionu, od jego początku daleko na wschodzie aż do miejsca, gdzie zwężał się pod jej stopami, a następnie zakręcał na południe, rozszerzając się powoli w stronę, gdzie skalna wyniosłość naprzeciwko niej, od której odchodziła druga odnoga byłego mostu, zasłaniała widok. Przeniosła spojrzenie na Nowy Trakt, który opadał w dół za namiotami aktorów i trzymał się ściany kanionu, aż wreszcie po wielu serpentynach, zejściach w dół i powrotach na górę — w odróżnieniu od znacznie prostszego i łatwiejszego Starego Traktu — docierał do dna wąwozu, niknął wśród rosnących tam sosen i zmierzał pomiędzy nimi na południe.
Dziewczyna gapiła się nieustannie w tamtą stronę. Można by ją wziąć za głupiutką subretkę, żałującą wyprawy na mroźną północ i stęsknioną za jakimś gorącym, zapchlonym zaułkiem aktorów gdzieś za Krainą Ośmiu Miast i Morzem Wewnętrznym. Kłam jednak zadawała temu spokojna pewność jej ruchów, dumnie wyprostowane ramiona oraz niebezpieczne miejsce, w którym postanowiła podziwiać widoki. Zagrożeniem była nie tylko przepaść, lecz również namiot Śnieżnych Kobiet, znajdujący się równie blisko jak Bożydom. Co więcej — to miejsce było tabu, ponieważ wódz i jego dzieci zginęli tu, gdy centralna część mostu runęła w przepaść przed sześćdziesięciu laty, a drewniana konstrukcja, którą ją zastąpiono, zawaliła się pod ciężarem wozu handlarza gorzałką jakieś czterdzieści lat później. A był to bardzo mocny trunek i jego strata stanowiła tragedię usprawiedliwiającą nałożenie wyjątkowo silnego tabu, zabraniającego nawet odbudowy mostu.
Jakby te nieszczęścia nie wystarczyły, by nasycić zawistnych bogów i legitymizować absolutne tabu, zaledwie dwa lata później niejaki Skif, najzdolniejszy narciarz, jakiego Śnieżny Klan wydał od dziesięcioleci, urżnął się śnieżną gorzałką i wypełniony zimną jak lód dumą postanowił przeskoczyć nad luką od strony Zimnego Zakątka. Wziął długi rozbieg i wymachując szaleńczo kijkami, wzbił się w powietrze niczym jastrząb, ale zabrakło mu długości ramienia, by osiągnąć drugi koniec ośnieżonego mostu. Dzioby jego nart złamały się o krawędź, a on runął w przepaść.
Pogrążona w zadumie aktorka miała na sobie długie futro z lisów o kasztanowej barwie, przepasane cienkim, pozłacanym, mosiężnym łańcuszkiem. Na jej wysoko upiętych, ciemnobrązowych włosach tworzyły się kryształki lodu. Obcisłe futro sugerowało, że jest chuda, a przynajmniej słabo umięśniona, co zgadzało się z wyobrażeniami Śnieżnych Kobiet na temat kobiet występujących na scenie. Miała jednak prawie sześć stóp wzrostu, co z pewnością z tymi wyobrażeniami się nie zgadzało i stanowiło afront dla wysokich Śnieżnych Kobiet, nadciągających tu teraz w milczącym, białym szeregu.
But z białego futra zapiszczał na lodowej pokrywie z nadmiernego pośpiechu.
Aktorka odwróciła się błyskawicznie i bez chwili zastanowienia popędziła z powrotem drogą, którą tu przybyła. Po pierwszych trzech krokach lodowa skorupa pękała pod jej stopami, ale potem dziewczyna opanowała sztukę ślizgania się po lodzie, bez odrywania stóp od powierzchni.
Podkasała futro, odsłaniając czarne futrzane buty i szkarłatne pończochy. Śnieżne Kobiety ślizgały się szybko za nią, ciskając zamarzniętymi śnieżkami. Jedna z nich uderzyła uciekinierkę w ramię. Popełniła błąd, oglądając się za siebie.
Pech zrządził, że jeden pocisk trafił ją w żuchwę tuż poniżej umalowanych ust, a drugi w uniesioną nad okiem brew. Odwróciła się w ich stronę. Kolejna kula śniegowa uderzyła ją w brzuch z siłą pocisku z procy. Zgięła się wpół. Powietrze wypłynęło z jej płuc z głośnym uchchch.
Padła na śnieg. Obleczone w biel kobiety popędziły ku niej z błyskiem w niebieskich oczach.
Wysoki, chudawy mężczyzna o czarnych wąsach, odziany w szarą, pikowaną kurtkę i mający na głowie płaski, czarny turban, przyglądający się temu zza żywej kolumny Bożydomu, o korze pokrytej kryształkami lodu, pobiegł ku leżącej na ziemi kobiecie. Pokrywająca śnieg skorupa pękała pod jego stopami, ale silne nogi pewnie niosły go naprzód.
Nagle zatrzymał się zdumiony. Z łatwością wyprzedziła go wysoka, szczupła, obleczona w biel postać ślizgająca się po lodzie tak szybko, że przez moment pomyślał, iż sunie na nartach. W następnej chwili przyszło mu na myśl, że to kolejna Śnieżna Kobieta, ale postać miała na sobie tylko krótką futrzaną kurtkę zamiast długiej szuby, więc zapewne była Śnieżnym Mężczyzną albo Młodzieńcem, choć człowiek w turbanie nigdy nie widział mężczyzny ze Śnieżnego Klanu odzianego w biel.
Niezwykły przybysz mknął błyskawicznie przed siebie. Pochylał głowę i odwracał wzrok od Śnieżnych Kobiet, jakby obawiał się spojrzeć w ich gniewne, niebieskie oczy. Przyklęknął przy leżącej na śniegu aktorce i spod kaptura wysunęły się jego długie rudoblond włosy. Mężczyznę w czarnym turbanie na moment przepełnił lęk, że intruz jest bardzo wysoką Śnieżną Dziewczyną, pragnącą zadać pierwszy cios z bliska.
Zobaczył jednak fragment pokrytego zarostem tej samej barwy co włosy podbródka oraz dwie masywne srebrne bransolety, jakie można było zdobyć jedynie dzięki piractwu. Młodzieniec podniósł aktorkę i zaczął się oddalać od kobiet, widzących teraz jedynie szkarłatne pończochy na nogach ofiary. Na plecy nieznajomego posypała się lawina śnieżnych kul. Zachwiał się lekko, ale uparcie pędził przed siebie, nadal pochylając głowę.
Najwyższa z kobiet, o dumnej postawie królowej i wychudłej, lecz nadal atrakcyjnej twarzy, choć jej opadające luźno włosy były białe, zatrzymała się nagle.
— Wracaj, synu! — zawołała niskim głosem. — Słyszysz mnie, Fafhrd? Wracaj natychmiast!
Młodzieniec pokiwał lekko głową, ale się nie zatrzymał.
— Wrócę, czcigodna Mor, moja matko! — zawołał dziwnie wysokim głosem. — Wrócę… później.
Pozostałe kobiety podjęły jej okrzyk.
— Wracaj natychmiast! — Niektóre dodawały też epitety, takie jak: — Rozwiązły szczeniak! Nieszczęście swej dobrej matki Mor! Kurwiarz!
Mor uciszyła je, wykonując szeroki gest dłońmi skierowanymi wewnętrzną powierzchnią ku dołowi.
— Zaczekamy tutaj! — oznajmiła władczo.
Mężczyzna w czarnym turbanie stał jeszcze przez chwilę, po czym podążył za uciekającą parą, czujnie przyglądając się Śnieżnym Kobietom. Rzekomo nie atakowały kupców, ale u barbarzyńców kobiety były równie nieprzewidywalne jak mężczyźni.
Fafhrd dotarł do namiotów dla aktorów, rozbitych w kręgu wokół udeptanej połaci śniegu nieopodal ołtarza Bożydomu. Najdalej od urwiska ulokowano namiot Mistrza Przedstawień, pośrodku zaś znajdował się ten, w którym mieszkali zwyczajni aktorzy. Kształtem przypominał nieco rybę. Jedną trzecią przeznaczono dla dziewcząt, a dwie trzecie dla mężczyzn. Najbliżej Kanionu Trollowych Schodów stał namiot o średniej wielkości, w kształcie połowy cylindra wspartej na półobręczach. Zwisał nad nim potężny konar wiecznie zielonego jaworu, równoważony przez dwie mniejsze gałęzie po drugiej stronie drzewa. Wszystkie pokrywały kryształki lodu. Półkoliste wejście do namiotu zamykały zasznurowane poły. Fafhrdowi trudno było je rozwiązać, bo brzemię w jego ramionach nadal zwisałobezwładnie.
Niski staruszek z wielkim brzuszyskiem ruszył ku niemu dumnym i dziarskim krokiem młodzieńca. Miał na sobie elegancki, choć wystrzępiony strój, tu i ówdzie obszyty złotą nicią. Nawet jego siwe wąsy i kozia bródka błyszczały od złotych ozdóbek. Jego zęby były brudne, a podkrążone oczy zaczerwienione i zaropiałe. Jednakże źrenice pozostały ciemne i ruchliwe. Na głowie miał fioletowy turban podtrzymujący pozłacaną koronę wysadzaną poobtłukiwanymi kryształami górskimi nieudolnie imitującymi diamenty.
Za nim podążali chudy, jednoręki Mingol, gruby człowiek ze wschodu z bujną czarną brodą cuchnącą spalenizną oraz dwie wychudzone dziewczyny. Ciągle ziewały i opatulały się grubymi kocami, ale sprawiały wrażenie czujnych i gotowych do ucieczki niczym uliczne koty.
— Co znowu? — zapytał przywódca, z uwagą przyglądając się Fafhrdowi oraz jego brzemieniu. — Zabiłeś Vlanę? Zgwałciłeś ją i zabiłeś, tak? Dowiedz się, zbrodniczy młodzieńcze, że drogo zapłacisz za swoją rozrywkę. Być może nie wiesz, kim jestem, ale się dowiesz. Wyciągnę odszkodowanie od waszych wodzów! Żebyś wiedział, wyciągnę! Sowite odszkodowanie! Mam wpływy, żebyś wiedział, że mam! Stracisz te pirackie bransolety! I srebrny łańcuch, wysuwający ci się spod kołnierza. Twoja rodzina popadnie w nędzę i twoi krewni też. A jeśli pytasz, co zrobią z tobą…
— Jesteś Essedinex, Mistrz Przedstawień — przerwał mu z tonem wyższości Fafhrd. Jego wysoki tenor przebił się niczym dźwięk trąbki przez ochrypły baryton tamtego. — Jestem Fafhrd, syn Mor i Nalgrona Legendoburcy. Tancerki kulturowej Vlany nie zamordowano ani nie zgwałcono. Tylko ogłuszono ją śnieżkami. To jest jej namiot. Otwieraj go.
— Zadbamy o nią, barbarzyńco — zapewnił Essedinex, choć już nieco cichszym głosem. Sprawiał wrażenie zaskoczonego i cokolwiek onieśmielonego niemalże pedantyczną precyzją, z jaką młodzieniec opisywał sytuację. — Oddaj ją nam i odejdź.
— Położę ją na posłaniu — nie ustępował Fafhrd. — Otwieraj namiot!
Essedinex wzruszył ramionami i skinął na Mingola, który z ironicznym uśmieszkiem rozwiązał rzemienie i uniósł połę, posługując się jedyną dłonią i kikutem drugiej ręki. Ze środka dobiegła woń drewna sandałowego oraz trociczki. Fafhrd pochylił się i wszedł do środka. W połowie długości namiotu zauważył posłanie z futer oraz niski stolik ze srebrnym lusterkiem, wspartym o słoiki i pękate buteleczki. Z tyłu znajdowały się wieszaki z kostiumami.
Okrążył piecyk, od którego unosiły się smużki bladego dymu, uklęknął i ostrożnie ułożył brzemię na posłaniu. Następnie sprawdził puls Vlany na szyi i w nadgarstku, zajrzał w oboje oczu, unosząc ciemne powieki, po czym delikatnie obmacał koniuszkami palców spore guzy tworzące się na żuchwie i na czole. Później pociągnął za płatek lewego ucha, a kiedy nie zareagowała, potrząsnął głową, rozchylił rdzawe futro i zaczął rozpinać czerwoną suknię znajdującą się pod spodem.
— Co to ma znaczyć?! — zawołał Essedinex, do tej chwili razem z innym przyglądający się ze zdziwieniem jego poczynaniom. — Stój, lubieżny młodzieńcze!
— Cicho — warknął Fafhrd i nadal rozpinał suknię.
Dwie opatulone w koce dziewczyny zachichotały, a potem uniosły dłonie do ust, kierując rozbawione spojrzenia na Mistrza Przedstawień i pozostałych.
Fafhrd odgarnął długie włosy z prawego ucha i przyłożył twarz bokiem do klatki piersiowej Vlany, między piersiami małymi jak połówki owoców granatu. Ich sutki miały różowobrązową barwę. Cały czas zachowywał poważną minę. Dziewczyny znowu musiały tłumić chichot. Essedinex odchrząknął z wysiłkiem, przygotowując się do dłuższej reprymendy.
Fafhrd usiadł prosto.
— Jej duch wkrótce powróci — zapewnił. — Siniaki trzeba owiązać śniegowymi bandażami i zmieniać je, gdy tylko zaczną topnieć. Teraz potrzebuję kubeczka twojej najlepszej gorzałki.
— Mojej najlepszej gorzałki! — zawołał z oburzeniem Mistrz Przedstawień. — Tego już za wiele. Najpierw za darmo bawisz się w podglądacza, a potem chcesz się jeszcze napić! Odejdź natychmiast, bezczelny smarkaczu!
— Chciałem tylko… — zaczął Fafhrd spokojnym głosem, w którym wreszcie pojawiła się nuta groźby.
Pacjentka przerwała tę dyskusję. Otworzyła oczy, potrząsnęła głową, skrzywiła się, a potem usiadła z determinacją. Nagle pobladła i jej oczy zmętniały. Fafhrd pomógł jej się położyć i włożył jej poduszki pod stopy. Następnie przyjrzał się twarzy kobiety. Oczy nadal miała otwarte i gapiła się na niego z wyraźną ciekawością.
Twarz miała drobną, a policzki zapadnięte. Nie była już młodym dziewczątkiem, lecz mimo guzów było to oblicze dojrzałej, kociej piękności. Wielkie oczy o brązowych tęczówkach i długich rzęsach powinny mieć rzewny wyraz, ale tak nie było. Dostrzegał w nich samotność, determinację oraz namysł nad tym, co widzą.
A widziały przystojnego młodzieńca o jasnej cerze. Mógł mieć jakieś osiemnaście lat. Szerokie czoło i wystająca żuchwa sugerowały, że nie przestał jeszcze rosnąć. Rudoblond włosy opadały mu na policzki, a zielone, czujne jak u kota oczy miały tajemniczy wyraz. Usta miał szerokie, lecz lekko zaciśnięte, jakby były powstrzymującymi słowa wrotami, otwierającymi się jedynie na rozkaz oczu.
Jedna z dziewcząt napełniła w połowie kubek stojącą na stole gorzałką. Fafhrd przyjął naczynie, uniósł głowę Vlany i pomógł jej pić drobnymi łyczkami. Druga dziewczyna przyniosła sypki śnieg, owinięty w wełniane ubrania. Uklękła po drugiej stronie posłania i owinęła bandaże wokół siniaków. Vlana zapytała Fafhrda, jak ma na imię, i upewniła się, że to on uratował ją przed Śnieżnymi Kobietami.
— Dlaczego mówisz takim cienkim głosem? — zapytała potem.
— Uczę się u śpiewającego skalda — wyjaśnił. — Oni posługują się takim głosem i dlatego są prawdziwymi skaldami, w przeciwieństwie do ryczących skaldów, których głosy są niskie.
— Jakiej nagrody oczekujesz za uratowanie mi życia? — zapytała śmiało.
— Żadnej — odparł młodzieniec.
Obie dziewczyny znowu zachichotały, ale spojrzenie Vlany szybko je uciszyło.
— Miałem obowiązek cię uratować, ponieważ atakiem kierowała moja matka. Muszę spełniać jej życzenia, lecz jednocześnie powstrzymywać ją przed czynieniem zła.
— Aha. Czy dlatego wykonujesz zadania kapłana albo uzdrowiciela? — kontynuowała przepytywanie Vlana. — Czy to również życzenie twojej matki?
Nie zawracała sobie głowy zakrywaniem piersi, ale Fafhrd patrzył tylko na jej usta i oczy.
— Uzdrawianie jest częścią sztuki śpiewającego skalda — wyjaśnił. — Jeśli chodzi o moją matkę, spełniam tylko obowiązki wobec niej. Ani mniej, ani więcej.
— Vlana, to nieuprzejme wdawać się w rozmowy z tym młodzieńcem — przerwał jej Essedinex z nerwowością w głosie. — Musi…
— Zamknij się! — warknęła aktorka. — Dlaczego ubierasz się na biało? — zapytała Fafhrda.
— Taki strój noszą wszyscy Śnieżni Ludzie. Nie uznaję nowej mody, nakazującej mężczyznom nosić ciemne albo farbowane futra. Mój ojciec zawsze ubierał się nabiało.
— Czy on umarł?
— Tak. Zginął, wspinając się na zakazaną górę zwaną Białym Kłem.
— A twoja matka chce, żebyś ubierał się na biało, jakbyś był ojcem, który wrócił?
Fafhrd nie odpowiedział na to pytanie ani nawet nie zmarszczył brwi.
— Ile znasz języków, poza tym lankhmarskim pidżynem?
Wreszcie się uśmiechnęła.
— Cóż za pytanie! No więc, mówię, choć niezbyt dobrze, po mingolsku, kvarchijsku, wysoko- i niskolankhmarsku, quarmalsku, staroghulsku, a także w języku pustynnym i trzech językach wschodnich.
Fafhrd pokiwał głową.
— To dobrze.
— Dlaczego, do licha?
— To znaczy, że jesteś bardzo cywilizowana.
— Co w tym tak wielkiego? — zapytała z gorzkim śmiechem.
— Powinnaś to wiedzieć. W końcu jesteś tancerką kulturową. Tak czy inaczej, cywilizacja mnie interesuje.
— Ktoś się zbliża! — wysyczał stojący u wejścia do namiotu Essedinex. — Vlana, ten młody człowiek musi już…
— Nie!
— Tak się składa, że rzeczywiście muszę już odejść — odpowiedział Fafhrd, wstając. — Nie zdejmuj śniegowych bandaży — poinstruował Vlanę. — Odpoczywaj do zachodu słońca, a potem wypij jeszcze trochę gorzałki i zjedz gorącą zupę.
— Dlaczego musisz iść? — zapytała kobieta, wspierając się na łokciu.
— Obiecałem matce — odpowiedział Fafhrd, nie oglądając się za siebie.
— Matce!
Młodzieniec zatrzymał się w wyjściu i wreszcie się odwrócił.
— Jestem jej winny bardzo wiele — odpowiedział. — A tobie na razie nie jestem winny nic.
— Vlana, on naprawdę musi iść. Tamten zaraz nadejdzie — odezwał się Essedinex ochrypłym scenicznym szeptem. Popchnął Fafhrda, ale choć młodzieniec był szczupły, równie dobrze mógłby próbować wyrwać drzewo z korzeniami.
— Boisz się tego, kto się zbliża? — zapytała Vlana, pośpiesznie zapinając suknię.
Młodzieniec przyjrzał się jej z namysłem. Potem pochylił się i opuścił namiot, nie odpowiedziawszy na jej pytanie, czekając na zbliżającego się przez utrzymującą się uporczywie mgłę mężczyznę, którego gniew wyraźnienarastał.
Mężczyzna dorównywał wzrostem Fafhrdowi, ale był o połowę szerszy od niego. Miał na sobie brązowe focze skóry i nosił mnóstwo srebrnych ozdób wysadzanych ametystami. Nosił też dwie masywne złote bransolety na nadgarstkach, a także złoty łańcuch na szyi, świadczący, że jest wodzem piratów.
Fafhrd poczuł dotyk strachu — nie z powodu zbliżającego się mężczyzny, lecz kryształów lodu na tkaninie namiotu. Były teraz znacznie większe niż w chwili, gdy przyniósł tu Vlanę. Żywiołem, nad którym miały władzę Mor i inne czarownice,było zimno — czy to w zupie przyrządzonej dla mężczyzny, w jego lędźwiach, czy w linie, po której się wspinał, co sprawiało, że pękała. Często zadawał sobie pytanie, czy to magia Mor wypełniła jego serce tak wielkim chłodem. A teraz to zimno zamknie się wokół tancerki. Powinien ją ostrzec, ale ona była cywilizowana i zbyłaby go śmiechem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
