Niebo. Pięć lat w sekcie - Keller Sebastian - ebook + audiobook + książka

Niebo. Pięć lat w sekcie ebook

Keller Sebastian

5,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szukając ulgi w cierpieniu, trafił do piekła.

Sebastian Keller dołączył do sekty Niebo, wierząc, że znajdzie w niej uzdrowienie, spokój i sens życia. W zborze stopniowo tracił własną tożsamość. Charyzmatyczny guru Bogdan Kacmajor nadawał mu kolejne imiona: Zawsze, Zawsze Pana, Wulkanizacja Przestrzeni Kosmicznej, Windą Do Nieba, Ekstra Mocne. Odizolował go od rodziny i przyjaciół, narzucił restrykcyjne zasady życia. W zamian za bezwzględne posłuszeństwo obiecywał ulgę w cierpieniu, bogactwo, a nawet… wskrzeszanie zmarłych.

Brutalnie szczera opowieść Sebastiana Kellera nie kończy się w chwili jego ucieczki z sekty. Autor opisuje traumę, która odcisnęła piętno na całym jego życiu, i trwającą latami walkę o siebie. Jego historia stała się inspiracją dla twórców serialu „Niebo. Rok w piekle”, dostępnego na platformie HBO Max.

Niniejsza książka to nowe wydanie wspomnień Sebastiana Kellera – uzupełnione o refleksje i fakty, które okazały się ważne dla rzetelnej oceny wydarzeń sprzed lat, oraz przedmowę doktor Agnieszki Bukowskiej, socjolożki i badaczki sekt.

Poznaj wstrząsającą relację człowieka, który spędził kilka lat w sekcie. Ucieczka z Nieba była dopiero początkiem jego trudnej drogi do odzyskania wolności i własnej tożsamości.

Historia ta nie jest ani przyjemna, ani łatwo przyswajalna, ale zgłębianie jej może dać – w jakimś dziwnym sensie – szansę dowiedzenia się czegoś więcej o człowieku, o jego mrocznych stronach i potrzebach. Niesamowite jest to, że wchodząc do Nieba, przekracza się próg piekła. Praca nad serialem „Niebo. Rok w piekle” inspirowanym książką Sebastiana Kellera była niezwykłym wyzwaniem. Zbliżyłem się do świata, który był mi kompletnie obcy.

Tomasz Kot, aktor

„Niebo. Pięć lat w sekcie” to opowieść o tym, jak łatwo można zatrzeć granice między dobrem a złem. Odsłania to, co w człowieku najprawdziwsze – potrzebę wiary, bliskości, sensu. Pokazuje, jak łatwo ktoś może wykorzystać te pragnienia przeciwko nam. Ta książka to nie tylko historia sekty. To opowieść o każdym, kto choć raz szukał światła, a trafił w ciemność. Pracując nad serialem na jej podstawie, dotknęłam miejsca, w którym miłość mieszała się ze strachem, a wiara z bólem.

Zofia Jastrzębska, aktorka

Ta opowieść „wierci się” w czytelniku. Odbiera mu racjonalną interpretację zdarzeń. I dobrze, bo istotą odczuwania tej historii nie może być racjonalizm, tylko odwaga, by przyznać się do tego, że się boimy. Wyblakłe już słowo „wolność” – do której wszyscy żyjący w strachu dążymy – nabiera dzięki tej książce rumieńców.

Stanisław Linowski, aktor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 163

Data ważności licencji: 11/26/2030

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
WhiteGandalf

Nie oderwiesz się od lektury

Prosty, a zarazem przerażający opis procesów działających w sekcie. Aż trudno uwierzyć, że w XX wieku człowiek pozwala się tak zmanipulować. Spodziewałem się nieco więcej szczegółów nt. relacji między poszczególnymi członkami sekty, choć nie dziwię się ostatecznie, że autor nie opisuje ich szczegółowo.
00



Książkę po raz pierwszy wydano w 2011 roku. Obecne wydanie zostało poprawione i uzupełnione o niepublikowane wcześniej fragmenty wspomnień oraz wiersze autora, które powstały w późniejszym czasie. Imiona i nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

Copyright © by Sebastian Keller

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2025

Opieka wydawnicza: Michał Misiorek

Redakcja tekstu: Maja Strzeżek

Przedmowa: dr Agnieszka Bukowska

Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Pracownia 12A

Adiustacja i korekta: Pracownia 12A

Promocja i marketing: Ewa Koczwara, Dominika Szczerek

Projekt okładki: Darek Pepłoński (front), Małgorzata Drabina Yellow Room

ISBN 978-83-8399-522-9

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.

ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Wydanie I, 2025

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Przedmowa

Niebo. Pięć lat w sekcie jest książką, która wymyka się prostym klasyfikacjom. To zapis ludzkiego doświadczenia, głęboko poruszający i aktualny. Opowieść o człowieku, który szukał dobra, a został wykorzystany przez tych, którzy pod owo dobro się podszywali. To książka o współczesnym świecie, w którym nie trzeba jechać do zamkniętej wspólnoty w lesie, by stracić kontrolę nad swoim życiem. Wystarczy jedna zła decyzja, jeden raz, gdy zaufamy nie temu, komu trzeba.

Ale zanim zaczniesz ją czytać, zatrzymaj się na chwilę przy tej przedmowie. Stanowi ona ważny kontekst opowieści Sebastiana Kellera, bo choć jego historia wydarzyła się wiele lat temu, jej echo rozbrzmiewa dziś z nową siłą. Sekty zmieniły język i narzędzia, ale mechanizmy pozostały te same. Ta książka może poruszyć więcej, niż się spodziewasz. Może postawić pytania, zmusić do zatrzymania się nad tym, co czasem próbujemy zignorować: nad podatnością człowieka na wpływ, nad jego doświadczeniem samotności, potrzebą poczucia sensu, przynależności i uzdrowienia.

Kiedy w 2011 roku ukazało się Niebo. Pięć lat w sekcie, wielu czytelników po raz pierwszy zetknęło się z tematem działalności sekt. To nie był komentarz eksperta ani próba zdefiniowania zjawiska językiem naukowym, lecz świadectwo kogoś, kto opowiadał o własnym doświadczeniu, kto w takiej rzeczywistości żył. Poczułam wtedy, że trzymam w rękach opowieść nie tylko o jednym człowieku, ale o wielu osobach, o ich tęsknocie za sensem, zrozumieniem, akceptacją, wspólnotą, bezpieczeństwem. I o tym, jak łatwo można zostać wykorzystanym.

Od pierwszych stron książki uderzała jej autentyczność i bezkompromisowa szczerość. To było wyznanie. Dramatyczne, bolesne, momentami brutalne. Sebastian Keller opowiadał o swojej młodości, marzeniach, o bólu, który popchnął go w ramiona samozwańczego „apostoła”. O tym, jak pozwolił innym decydować, co może myśleć, czuć, o czym marzyć. Pisał o miłości, nadziei, zdradzie i walce o siebie. O tym, jak się gubił i jak po latach próbował się odnaleźć.

Nowe wydanie, który trzymasz w rękach, zostało uzupełnione o kilka faktów i refleksji, których znaczenie z perspektywy czasu nabrało nieco innej wagi. Autor dał nam pogłębioną, dojrzalszą wersję opowieści. I bardzo potrzebną. Bo choć zmienia się świat, w jakim funkcjonują sekty, choć inne są narzędzia i etykiety, mechanizmy zniewolenia pozostały te same. Takie grupy nadal działają, a nasza czujność, uśpiona często przez codzienny pośpiech, bagatelizowanie problemu oraz przekonanie, że nas i naszych najbliższych nigdy nie będzie to dotyczyło, może okazać się zgubna. A tymczasem świat, w którym ludzie teoretycznie są bardziej świadomi i lepiej wyedukowani, nadal jest zadziwiająco bezbronny wobec tych samych, powtarzających się schematów. Nadal wierzymy w „cudotwórców”, ślepo podążamy za „przywódcami duchowymi”, nadal szukamy prostych odpowiedzi w skomplikowanej rzeczywistości. Wciąż, jak pisze Keller, chcemy wierzyć, że ktoś inny weźmie odpowiedzialność za nasze życie. Ta książka powinna być ostrzeżeniem, ponieważ pokazuje, jak zło może przyjść z uśmiechem i z cytatem z Pisma Świętego na ustach. I choć świat sekty Niebo może się obecnie wydawać czymś odległym, ekstremalnym, to jego echo jest niepokojąco blisko.

Historia Sebastiana Kellera i historie innych osób będących członkami toksycznych grup parareligijnych, o których dowiadujemy się na przykład z mediów, często są do siebie podobne bez względu na miejsce, czas, nazwiska. Wszystkie zaczynają się niewinnie: „Chciałem poczuć się lepiej”, „Szukaliśmy sensu”, „Oni obiecywali mi uzdrowienie”. Potem pojawiają się izolacja, uzależnienie emocjonalne, stopniowe łamanie granic. I właśnie tu książka Niebo. Pięć lat w sekcie staje się bezcenna, bo pokazuje nie tylko mechanizmy zniewolenia, ale również intymną, kruchą, heroiczną próbę odzyskania własnego głosu. Opowiada o tym, co dzieje się „po”. Po upadku. Po wyjściu. Po ucieczce. Mówi o traumie, która nie znika z dnia na dzień. Staje się ważnym głosem o wolności, odpowiedzialności i granicach wpływu. W świecie, w którym mnożą się różne formy „alternatywnej duchowości”, a internet stał się platformą dla domorosłych proroków i uzdrowicieli, książka Sebastiana Kellera jest niezmiernie potrzebna, ponieważ unaocznia nam, jak bardzo brakuje edukacji w zakresie psychologii, religii, świadomości społecznej. Młody chłopak, pełen pasji, wrażliwości, otwarty na świat, trafia w sidła człowieka, który wykorzystuje jego słabość, chorobę, samotność. I nikt wokół nie potrafi mu pomóc. A przecież takich chłopaków i dziewczyn są tysiące. Nadal. Dziś.

Mam nadzieję, że ta książka trafi nie tylko do osób, które interesują się tematyką sekt, ale także do nauczycieli, psychologów, rodziców. Wprawdzie nie daje ona prostych odpowiedzi, ale stawia pytania, których nie wolno ignorować. O to, jak łatwo można kogoś złamać. Jak niewiele trzeba, by w imię dobra przestać widzieć zło. Dlatego warto tę książkę przeczytać. Z nową świadomością. Z nową ostrożnością. I być może z większą wrażliwością i uwagą.

Sekty w Polsce – tło problemu

Upadek komunizmu w 1989 roku przyniósł nam nie tylko upragnioną wolność, ale również chaos w wielu obszarach. Do Polski zaczęły przybywać organizacje religijne, nowe wspólnoty, powstawały szkoły uzdrawiania, duchowe kursy. Jedne były nieszkodliwe, inne stawały się pułapką. Pojawiały się grupy, których działalność w innych krajach była uznawana za kontrowersyjną i szkodliwą dla ich członków, ale także dla całego społeczeństwa. Staliśmy się podatnym gruntem dla rozwoju wielu nieznanych u nas wcześniej organizacji i wspólnot religijnych. Media nie miały narzędzi, by o tym mówić mądrze, a instytucje państwowe dopiero uczyły się rozpoznawać problem. Wiele tych grup działało na granicy prawa, wykorzystując emocjonalne deficyty i niezaspokojone potrzeby ludzi. Ich liczba i zasięg wpływów w latach dziewięćdziesiątych XX wieku mogły być trudne do oszacowania, ponieważ wiele z nich działało nieformalnie, zmieniając nazwy i siedziby, przebudowując swoje struktury, oficjalny cel statutowy, często maskując swoją tożsamość. Wszystko po to, aby unikać rozpoznania i sankcji. Dodatkowo brak wyraźnych ram prawnych sprawiał, że organa ścigania często nie miały narzędzi, by skutecznie reagować na zgłoszenia ofiar.

W debacie publicznej słowo „sekta” bywało nadużywane, czasem jako obelga, czasem jako etykieta na wszystko, co mniejsze, inne, nieznane. A jednak wiele z tych grup dało się precyzyjnie opisać: to wspólnoty o strukturze podporządkowanej charyzmatycznemu przywódcy, w których stopniowo wprowadza się izolację od świata, a język, rytuały i system kar tworzą zamknięty krąg „jedynie słusznej prawdy”. Ich znaki rozpoznawcze były zaskakująco powtarzalne: idealna obietnica na początku (leczenie, wspólnota, sens), a potem coraz ciaśniejszy gorset wymagań (czas, pieniądze, lojalność). Na końcu oddanie władzy nad sobą. Mechanizmy działania takich grup nie są magiczne. Są psychologicznie proste i właśnie dlatego skuteczne. Najpierw pojawia się chwila ulgi: ktoś nas rozumie, nazywa nasze cierpienie, oferuje odpowiedź. Potem drobne zobowiązanie: przyjdź, pomóż, zostań na dłużej. Później nowe słowa na stare rzeczy: to nie „krytyczne myślenie”, lecz „wątpliwość podsycana przez wrogów”, to nie „rodzina”, lecz „więzy, które trzeba przeciąć, by wzrastać”. Krok po kroku człowiek przestaje ufać sobie, a zaczyna ufać wyłącznie liderowi i grupie. I nawet jeśli wszystko w nim krzyczy, że coś jest nie tak, to właśnie wtedy działa wstyd, lojalność i strach przed utratą świata, który zdążył stać się „jedynym”.

To wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, powstało Niebo – wspólnota, której historię trzymasz w rękach.

Niebo

Niebo narodziło się z połączenia obietnicy uzdrowienia, pseudoreligii i charyzmy jednego człowieka. W Majdanie Kozłowieckim powstał zamknięty dom i zamknięty świat.

Opowieść Sebastiana Kellera, byłego członka tej grupy, odsłania kulisy funkcjonowania zorganizowanej wspólnoty religijnej, która pod płaszczykiem czynienia dobra i uzdrawiania niszczyła ludziom życie, rozbijała rodziny i łamała psychikę. Na czele sekty stał Bogdan Kacmajor – bioenergoterapeuta, który zyskał rozgłos jako „uzdrowiciel”. Był charyzmatyczny, pewny siebie, w kontaktach osobistych dawał się poznać jako człowiek serdeczny i opiekuńczy. Mimo braku formalnego wykształcenia medycznego sprawiał wrażenie, że umie trafnie diagnozować dolegliwości ludzi, co budowało wiarę w jego niezwykłe moce. Z czasem przestał jednak być tylko „znachorem” – zaczął sam siebie nazywać apostołem, a wśród wyznawców krążyło przekonanie, że ma kontakt z Bogiem, a nawet że sam jest jego wcieleniem. Właśnie ta aura mistyczności i „duchowej siły” uczyniła z niego guru dla kilkudziesięcioosobowej wspólnoty.

Codzienne życie w sekcie obracało się wokół rytua­łów i duchowych praktyk. Każdego wieczoru odbywały się tak zwane wieczerze – rytualne spożywanie chleba i wina, które miało symbolizować ciało i krew Chrys­tusa. Nie była to jednak zwykła modlitwa. Członkowie zboru otrzymywali „dary Ducha Świętego”, które miały potwierdzać, że zostali wybrani. Widzieli „duchy” w postaci kolorowych świateł i symboli, a każdy kolor miał znaczenie: złość, zdrada, prawda, fałsz. Pojawiały się także widzenia obrazów, napisów i postaci, które interpretowano jako prorocze wizje. Życie zredukowano do ciągłego odczytywania znaków, analizowania „duchów” i podporządkowania wszystkiego temu, co mówił Kacmajor.

Z biegiem czasu wspólnota tworzyła swoją mitologię: nowe imiona, własny kalendarz, teorię wyjątkowego posłannictwa. Nadawanie nowych imion stanowiło jeden z elementów duchowej inicjacji, symbol odcięcia się od dawnego życia i narodzin w „nowej rzeczywistości”. Kacmajor jako samozwańczy „apostoł” twierdził, że otrzymuje te imiona bezpośrednio od Boga, że są one odbiciem duchowej tożsamości, przeznaczenia i wewnętrznych cech danej osoby. W praktyce jednak stawały się narzędziem kontroli. Zmieniały tożsamość człowieka nie tylko symbolicznie, ale i psychicznie, odcinając go od dotychczasowych relacji, wspomnień i samoświadomości. Odrzucenie własnego imienia nadanego przez rodzinę stawało się aktem zerwania z przeszłością, dowodem lojalności wobec wspólnoty. Nikt już nie był „Karoliną”, „Jarkiem” czy „Sebastianem”, stawali się „nowymi stworzeniami”, wybranymi do spełnienia misji. Nowe imiona były narzędziem budowania zależności i oddania. Kto próbował wracać do starego, ten zdradzał. Kto wypowiadał „światowe” imiona, ten żył jeszcze w starym, skażonym systemie. Dla wielu byłych członków sekty powrót do prawdziwego imienia po opuszczeniu grupy okazywał się trudnym procesem, niemal jak powrót do siebie samego po latach duchowego „przebrania”.

Im bardziej niezwykłe było życie w sekcie, tym silniejsza stawała się kontrola. Cudowność, którą karmiono wyobraźnię wyznawców, stanowiła starannie skonstruowaną iluzję, narzędzie, które służyło podporządkowaniu. Przekonanie o byciu w duchowym centrum świata sprawiało, że członkowie grupy bez trudu wyrzekali się swojego zdania. Mechanizmem trzymającym ludzi w tej wspólnocie była między innymi manipulacja – subtelna, ale potężna. Pod przykrywką troski o zbawienie kryła się struktura opresji. Obietnica życia wiecznego, uniknięcia apokalipsy, zmartwychwstania – wszystko to brzmiało jak ewangelia, ale było narzędziem kontroli.

Kacmajor nie tylko przedstawiał się jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem. On sam siebie pozycjonował jako jedyne źródło objawienia, prawdy i sensu. Jego słowa stawały się prawem. Przekonywał, że tylko mieszkańcy Majdanu Kozłowieckiego są prawdziwym, wybranym ludem Bożym. Cała reszta świata, w tym również rodziny, przyjaciele, dawni znajomi, została uznana za „skażonych”, „duchowo martwych” i „skazanych na zagładę”. Kto odszedł ze wspólnoty, automatycznie zostawał potępiony. Jego imię, jak twierdzono, było wymazywane z Księgi Życia. Lęk przed duchową śmiercią, potępieniem, utratą „zbawienia” był ogromny. I skuteczny. Ci, którzy zostali, musieli przejść „oczyszczenie duchowe”.

Wspólnota operowała swoim własnym językiem i kodem, zamkniętym i niedostępnym dla świata zewnętrznego. Kto nie widział duchów, był „ślepy”, „niedojrzały”, „jeszcze niegotowy”. To duchowe niewidzenie stawało się stygmatem i obciążeniem, z którym należało „walczyć”. Tak tworzono wewnętrzny podział: ci, którzy „widzą”, są bliżej Boga, ci, którzy „nie widzą”, muszą się podporządkować. Powstawała atmosfera rywalizacji, napięcia, duchowej zazdrości. Każdy chciał „wzrastać”, „widzieć więcej”, „odczytywać znaki”. W tym wyścigu nie było miejsca na zwątpienie. Codzienne życie członków wspólnoty zostało całkowicie uzależnione od „duchowego porządku”. Młodzi ludzie zrywali kontakt z rodzinami, porzucali szkoły, przerywali studia, rezygnowali z pracy. Nie działali pod przymusem – robili to z przekonaniem, że to akt duchowego oczyszczenia. Palono przedmioty związane z dawnym życiem: kasety z muzyką, zdjęcia z dzieciństwa, książki, listy. Kacmajor nazywał to „rytuałem odcięcia”. Każdy ślad tożsamości sprzed dołączenia do wspólnoty był potencjalnym zagrożeniem, „duchowym zaczynem starego człowieka”. Zamiast przyszłości mieli jedynie niekończącą się teraźniejszość w służbie guru.

Dni wypełniała praca fizyczna, modlitwy, wspólne rytuały, odczytywanie znaków. Życie podporządkowano cyklom duchowym, których sens znał tylko przywódca. Nawet choroby miały przypisane znaczenia duchowe: ból głowy oznaczał pychę, ból żołądka – karę za obżarstwo, brak współczucia, ból zębów – plotkowanie, ból wątroby – przywiązanie do dóbr materialnych. Wszystko było symbolem, wszystko wymagało pokuty. W imię duchowego wybraństwa członkowie wspólnoty rezygnowali z miłości, wolności, ambicji, planów na przyszłość. Niektórzy trwali w celibacie, inni zrywali zaręczyny, a małżeństwa zawierane w ramach wspólnoty często aranżował Kacmajor. Nawet emocje nie były do końca „ich”. Nie można było się złościć, smucić, tęsknić, bo wszystko to było interpretowane jako brak zaufania do Boga lub opór wobec „duchowego porządku”. Psychiczne napięcie, w jakim żyli członkowie grupy, prowadziło do wewnętrznego wypalenia. Wielu z nich przeżyło głębokie załamanie psychiczne, popadło w stany depresyjne, niektórzy podejmowali próby samobójcze.

Życie w sekcie to nieustanna walka z samym sobą, z własnymi emocjami, z pytaniami, które nie mogły zostać wypowiedziane na głos. To codzienność, w której najbardziej niebezpieczne było nie to, co robisz, ale to, co myślisz. I właśnie ten poziom kontroli – myśli, tożsamości, emocji – sprawił, że Niebo dla wielu stało się piekłem. Autor książki wspomina, że znał osoby, które pobyt w sekcie przypłaciły życiem.

Z czasem sekta Niebo przekształciła się w pełnowymiarowy system przemocy. Kacmajor wykorzystywał swoje „dary”, by sprawować pełną kontrolę nad członkami grupy. Decydował o ich pracy, modlitwie, relacjach, małżeństwach, a nawet o tym, o czym mają myśleć. Ci, którzy nie poddawali się wystarczająco gorliwie, byli publicznie zawstydzani, izolowani lub karani, często poprzez fizyczne cierpienie. Dla wielu z nich był to nie tylko czas utraconej młodości, ale również trauma, która pozostała na całe życie.

Sebastian Keller trafił do sekty Niebo jako dwudziestoletni chłopak. Młody, wrażliwy, z artystycznymi aspiracjami, uczeń studium teatralnego, szukał sensu, bezpieczeństwa i co najważniejsze ratunku w związku z poważnymi problemami zdrowotnymi. Jak sam pisze, jego cierpienie było na tyle duże, że gotów był uwierzyć każdemu, kto obieca mu ulgę i uzdrowienie. Tym kimś okazał się charyzmatyczny bioenergoterapeuta Bogdan Kacmajor. Początkowo Keller był tylko pacjentem i odwiedzał Kacmajora w Majdanie Kozłowieckim, brał udział w seansach, słuchał o duchowych wizjach. Z czasem uwierzył, że właśnie tam, wśród tych ludzi i pod okiem tego przywódcy odnajdzie sens życia oraz uzdrowienie duszy i ciała. Tak jak inni zrezygnował z nauki, związków, pasji, znajomych, spalił swoje rzeczy osobiste i całkowicie odciął się od dotychczasowego świata. Wierzył, że rezygnuje z doczesnego „brudu”, by służyć wyższej idei. I właśnie to pragnienie poświęcenia, poczucia przynależności i duchowej misji Kacmajor i jego najbliżsi pomocnicy skutecznie wykorzystywali.

Keller spędził w sekcie Niebo pięć lat, od 1991 do 1996 roku. Przez ten czas przeszedł całą drogę członka wspólnoty: od osoby świeżej, z zewnątrz, przez zafascynowanego ucznia, aż po jednego z „apostołów”, proroków i uzdrowicieli. W niektórych fragmentach książki wyraźna jest euforia nowego początku: praca, wspólne modlitwy, poczucie sensu. Potem pojawia się narastająca presja: „nie kwestionuj”, „zaufaj”, „poświęć więcej”. Na koniec dramatyczna walka o wyjście i o ocalenie tych, których się kocha.

Keller uczył się widzieć „duchy” w kolorach, „strzelać” chorobami w ludzi, prorokować poprzez napisy „pojawiające się” najczęściej na ścianie. Leczył chorych przez nakładanie rąk, głosił „nowinę” po wsiach i miastach. Wszedł głęboko w system sekty, przyswajając sobie mechanizmy przemocy, manipulacji i duchowej dominacji, które stosowano wewnątrz wspólnoty. Jedno­cześnie coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością i z samym sobą. Dziś mówi o tamtym czasie wprost: był duchowym więźniem. Życie w sekcie okazało się codziennością pełną lęku, podejrzliwości, kar, absurdalnych zakazów, fałszywych proroctw i pogłębiającej się paranoi. Wizje i „dary duchowe” zamieniły się w udrękę. Keller zaczął doświadczać stanów lękowych, przemęczenia, a jego psychika była coraz bardziej wyniszczona.

Jego historia porusza również dlatego, że pokazuje, iż ofiara sekty to wcale nie musi być człowiek naiwny, jak często myśli wiele osób, ale człowiek głęboko wrażliwy, szukający pomocy, marzący o świecie sensu i sprawiedliwości. I że to pragnienie może zostać bardzo łatwo wykorzystane przez manipulanta, charyzmatycznego lidera, przez wspólnotę, która składa wiele obietnic w zamian za całkowitą uległość.

To, co dla mnie jest w tej opowieści najcenniejsze, to szczerość bez okrucieństwa. Książka Niebo. Pięć lat w sekcie jest świadectwem z pierwszej ręki – poruszającym, autentycznym. Autor nie wybiela siebie, nie ukrywa błędów, które doprowadziły go do podjęcia dramatycznych decyzji. Przedstawia całą skalę uwikłania, ale też stopniowy proces budzenia się z iluzji i wychodzenia z pułapki. Nie ucieka w sensację. Pokazuje świat, w którym dobro i zło mieszają się z chęcią zaspokojenia ludzkich potrzeb. Dzięki temu rozumiemy nie tylko, „jak to możliwe”, ale też „dlaczego to możliwe”. I widzimy, że demaskowanie sekt zaczyna się nie od krzyku, lecz od cierpliwej pracy nad zrozumieniem mechanizmów: idealizacja lidera, izolacja, nowomowa, spirala poczucia winy i nagród, odcięcie od rodziny, tabuizacja wątpliwości.

Historia sekty Niebo unaocznia, jak bardzo jesteśmy podatni na wpływ autorytetów, gdy szukamy sensu, ukojenia w cierpieniu lub zwykłej bliskości. Pokazuje, że pod pozorem szczytnych haseł można stworzyć system niewolnictwa, w którym człowiek traci nie tylko swoją wolność, ale i tożsamość. Choć autor opuścił sektę i w znacznym stopniu odzyskał swoje życie, trauma i pytania pozostały.

Współczesne działanie sekt

Dzisiejsza rzeczywistość bardzo się różni od tamtej sprzed lat, ale my nie staliśmy się mniej podatni na wpływy. Obecnie rekrutacja do sekt i podobnych im kontrowersyjnych wspólnot rzadko ma początek na ulicy. Zaczyna się w cyfrowym świecie, w mediach społecznościowych. W reklamie obiecującej „szybką transformację”, „energetyczny reset”, „kurs przebudzenia”. W zamkniętych czatach i grupach, w których buduje się język nowej tożsamości. Rzadziej słyszymy o „proroku”, częściej o „mentorze” czy „coachu”. Rzadziej mówi się o „końcu świata”, częściej o „wychodzeniu z matrixa”. Nowe formy sekt działają w przestrzeni wirtualnej, gdzie tworzą zamknięte grupy, społeczności i narracje, mówiące o „energetycznych zablokowaniach”, „piątym wymiarze”, „misji duszy”. Rzadziej noszą nazwę „wspólnota” czy „ruch religijny”. Częściej ukrywają się pod hasłami „samorozwoju”, „uzdrawiania duchowego”, „terapii alternatywnej” albo „przebudzenia energetycznego”. To nie są już zamknięte domy w lasach. To konta na TikToku, kanały na YouTubie, grupy na Telegramie i luksusowe retreaty w odciętych ośrodkach. Współczesna sekta nie musi głosić apokalipsy, wystarczy, że przekonuje o istnieniu „prawdy ukrytej przed światem”. Nie potrzebuje proroka, wystarczy charyzmatyczna influencerka z Instagrama, która oferuje duchowe prowadzenie w „wyższy wymiar świadomości”, cytując ezoteryczne źródła albo własne „przekazy energetyczne”.

W tej pozornej różnorodności i otwartości kryje się często ta sama logika: izolacja, ekskluzywność, manipulacja lękiem i nadzieją, bez względu na to, czy są to niewielkie grupy, większe wspólnoty czy inne nowe formy, czasem oficjalnie zarejestrowane, czasem funkcjonujące w szarej strefie. Z pozoru oferują rozwój, wsparcie, terapię, a w praktyce przejmują kontrolę nad czasem, pieniędzmi, relacjami. Uczą nieufności wobec wszystkiego poza własnym światem. Nagrodę stanowi poczucie wyjątkowości, karę ostracyzm, upokorzenie, groźba utraty „zbawienia”. Ale cel jest identyczny: zbudować zależność. Uczynić człowieka uległym nie przez przemoc, lecz przez wdzięczność, poczucie winy i strach przed utratą „jedynej drogi”. Manipulacja nie znika, tylko zmienia maski. Przemoc duchowa nie zawsze używa religijnych słów. Zamknięty dom na wsi można przenieść do aplikacji w telefonie. Tak jak wtedy, tak i teraz ludzie wchodzą do takich światów z dobrymi intencjami. Zagrożenie nie zniknęło, ono tylko zmieniło język, medium, formę.

W tym kontekście książka Kellera nabiera nowego znaczenia. Nie jako zamknięty rozdział historii, ale jako zwierciadło obecnych zagrożeń. Mechanizmy w niej opisane – izolacja, manipulacja emocjami, duchowa dominacja, wypaczony język – nie tylko przetrwały, ale zostały udoskonalone. Słowa takie jak „oświecenie”, „pole energetyczne”, „wysoka wibracja” brzmią nowocześnie, ale skrywają stare techniki kontroli. Dlatego musimy mówić o tym głośno: sekty nie zawsze wyglądają jak sekty. Nie noszą tego szyldu. Często są modne, pięknie opakowane, pełne „miłości i światła”.

Niebo. Rok w piekle

Niemal równolegle z ukazaniem się nowego wydania książki swoją premierę ma serial Niebo. Rok w piekle na platformie HBO Max. To nie przypadek. Serial inspirowany jest książką Sebastiana Kellera i w interesujący sposób ją dopełnia. Pozwala zobaczyć dynamikę grupy – emocje, o których w książce czytamy, na ekranie odczuwamy niemal fizycznie. To także artystyczny komentarz, który pozwala spojrzeć na zjawisko sekt z szerszej, bardziej uniwersalnej perspektywy. W czasach, gdy popkultura często trywializuje zło, ten projekt idzie w inną stronę, bo przedstawia mechanizmy uwikłania, iluzji, manipulacji emocjonalnej. I robi to z wielką wrażliwością. Twórcy serialu nie uciekają się do prostych kontrastów dobra i zła. Pokazują świat wspólnoty od środka, jej intymność, ciepło, chwile nadziei, które czynią późniejszy upadek jeszcze bardziej bolesnym. Snują opowieść o zniewoleniu, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. Widzimy, jak pod wpływem grupy człowiek przestaje być sobą i nawet tego nie zauważa.

Serial nie wpisuje się w łatwe schematy narracyjne. Nie ma tu szybkich diagnoz. Zamiast tego mamy proces powolny, pełen wątpliwości, zmienności, emocjonalnych pęknięć. Dzięki temu widz może nie tylko „zrozumieć”, ale też realnie „poczuć”, jak działa mechanizm wciągania do sekty. Jak drobne gesty, potrzeby, słabości mogą zostać wykorzystane. Jak człowiek zaczyna ufać komuś, kto wydaje się mieć odpowiedzi. I jak trudno jest potem z tych więzów się wyrwać. Książka z kolei daje głębię: wyjaśnia, osadza, buduje sens. Keller jako autor i świadek rekonstruuje rzeczywistość wspólnoty z precyzją i szczerością, jakiej film nigdy do końca nie odda. Przytacza słowa, które zostały wypowiedziane. Przywołuje modlitwy, które miały przynieść uzdrowienie, a stały się narzędziem władzy. Chwile euforii, ale i wewnętrzne załamania. Wspomnienia te, zestawione z warstwą wizualną serialu, tworzą silny kontrapunkt. To dwie formy prawdy: cielesna i intelektualna, emocjonalna i analityczna. Razem książka i serial stanowią ważne „podwójne świadectwo”, które może dotrzeć i do tych, którzy czytają, i do tych, którzy głównie oglądają. Owa dwoistość przekazu ma obecnie ogromną wartość, bo świat nie komunikuje się już wyłącznie za pomocą słowa pisanego. Aby poruszyć wyobraźnię, trzeba mówić także obrazem. I ten obraz musi być uczciwy. A Niebo. Rok w piekle taki jest. Bez taniej sensacji. Bez łatwych oskarżeń. Z empatią wobec tych, którzy zostali zmanipulowani, i z uczciwością wobec widza.

Mam nadzieję, że zarówno książka, jak i serial staną się impulsem do rozmowy o granicach zaufania, o sile autorytetu, o tym, jak często szukamy duchowego przywództwa i jak łatwo oddać wtedy swoje życie w nieodpowiednie ręce.

Na koniec wróćmy do początku

W 2011 roku, gdy ukazało się pierwsze wydanie książki Niebo. Pięć lat w sekcie, była ona jednym z pionierskich świadectw osoby, która przeszła przez polską sektę i opowiedziała o tym własnym głosem. I wtedy, i teraz wartość tej historii wynika nie tylko z faktów, które zostały ujawnione, ale także z emocjonalnej siły przekazu, literackiego języka i bezkompromisowego tonu. Ta książka otwiera oczy i zmusza do refleksji. Pokazuje, że sekty nie są odległym problemem – mogą dotknąć każdego, niezależnie od wykształcenia, wrażliwości czy dobrych intencji. Głos Kellera, choć osobisty, jest także głosem tych, którzy nigdy nie opowiedzieli swojej historii. Autor wyraźnie sygnalizuje, że nie chodzi wyłącznie o jego doświadczenie. Ostrzega nas, pokazując mechanizmy działania sekty.

Ale jeszcze ważniejsze jest przesłanie ogólne: „To może spotkać każdego”. Sebastian Keller nie był człowiekiem naiwnym czy słabym. Był inteligentny, wrażliwy, zdolny, miał plany i ambicje. Jego historia ma tak dużą moc, bo burzy stereotyp, że do sekty trafiają tylko „inni”. Keller apeluje do czytelnika, do społeczeństwa, do rodziców, nauczycieli, duszpasterzy: „Bądźcie czujni. Rozmawiajcie z bliskimi. Słuchajcie. Zainteresujcie się tym, co dzieje się z człowiekiem, który nagle odcina się od świata, porzuca plany, radykalnie zmienia sposób myślenia. Może nie trafił do sekty. Ale może trafił na kogoś, kto go wykorzysta”. Bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli wykorzystać ludzką tęsknotę za sensem. Nad tym nie mamy kontroli. Ale mamy wpływ na jedno: na własną czujność. Niech lektura książki Niebo. Pięć lat w sekcie będzie lustrem i kompasem. Lustrem, w którym zobaczymy, jak działa manipulacja subtelna, często pozbawiona przemocy fizycznej, ale głęboko wnikająca w psychikę. Kompasem, który pomoże zachować kierunek, kiedy usłyszymy obietnice zbyt piękne, by były prawdziwe. Najgroźniejsze są nie te kłamstwa, które krzyczą, ale te, które szepczą. Te, które obiecują ratunek w chwili największej słabości.

I jeszcze jedno przesłanie, równie ważne: z sekty można wyjść. Autor nie udaje, że to jest łatwe. Ale pokazuje dzień po dniu, krok po kroku, że da się odbudować, odzyskać siebie. I że pisanie, dzielenie się swoją historią, jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na odzyskanie wolności.

Ta książka to przestrzeń do rozmowy o zaufaniu, które może stać się początkiem więzi albo początkiem zniewolenia. O potrzebie duchowości, która jest ludzka i zrozumiała, ale jeśli zabraknie nam wiedzy i krytycznej oceny, może prowadzić w stronę iluzji. O tym, jak łatwo zagubić siebie, gdy człowiek trafia na kogoś, kto „wie lepiej”. I o tym, że nawet wtedy można się odnaleźć. Na nowo. Powoli, z trudem, ale prawdziwie.

Jeśli znasz kogoś, kto potrzebuje tej książki, podaj ją dalej. Czasem jeden tekst, jedno zdanie lub jedna rozmowa mogą zatrzymać kogoś przed krokiem, którego nie da się cofnąć. Nie musisz być psychologiem ani ekspertem. Wystarczy obecność, to, że słuchasz. Że nie odwracasz wzroku, gdy ktoś z twojego otoczenia zaczyna mówić: „Oni mnie rozumieją lepiej niż rodzina, która ma wobec mnie tylko wrogie nastawienie”, „Mam wreszcie odpowiedzi”, „Tu jest prawdziwa prawda”. Nie oceniaj. Ale pytaj. I bądź. Bo obecność prawdziwa, bliska to najlepsze antidotum na samotność, która bywa pierwszym krokiem do zależności. W świecie, w którym tak łatwo mówi się: „Rób to, co czujesz”, warto dodać: „I sprawdzaj, kto mówi ci, co masz czuć”. To drobne, ale zbawienne rozróżnienie. Tak samo jak zastanowienie się, czy ten, kto prowadzi, sam siebie rozlicza. Czy pozwala na pytania, wątpliwości, niezgodę? Bo prawda nie boi się pytań. Manipulacja – tak.

Dobrze, że ta książka wraca. Dobrze, że ma także dopełnienie w serialu Niebo. Rok w piekle. Dzięki temu trafia do kolejnych osób. Do tych, które zagubione, pełne nadziei, głodne sensu być może dziś są tam, gdzie Sebastian Keller był w 1991 roku.

Im więcej uważnych oczu, tym mniej ciemnych miejsc. Im więcej świadectw, tym mniej iluzji. Im więcej prawdy, tym mniej władzy mają ci, którzy chcą rządzić cudzym życiem. Ale tylko wtedy, gdy te oczy nie będą zamknięte, gdy te świadectwa będą czytane, gdy ta prawda zostanie przyjęta. Z rozwagą, empatią i z przekonaniem, że każdy ma prawo do wolności. Nawet jeśli wcześniej tę wolność komuś oddał.

dr Agnieszka Bukowska,

socjolożka, pedagożka, badaczka sekt, terapeutka, adiunktka w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Civitas, dyrektorka Centrum Badań nad Ryzykami Społecznymi i Gospodarczymi Uniwersytetu Civitas

Niebo (1991–1996)

„Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.

Ewangelia według Świętego Mateusza 7, 26

Książkę tę poświęcam swoim przyjaciołom, którzy pobyt w sekcie Niebo przypłacili życiem. Jest ona także próbą przeproszenia wszystkich skrzywdzonych przez sektę. Przede wszystkim naszych rodzin, bliskich, znajomych oraz pozostałych osób, którym my i Bogdan Kacmajor przepowiadaliśmy śmierć, choroby lub zadaliśmy inne cierpienie.

Poświęcam ją także pamięci ojca Benedykta Borkowskiego, werbisty, egzorcysty, który jako pierwszy pokazał mi kłamstwa Kacmajora, a w 2001 roku odprawił nade mną egzorcyzmy. Ojciec Borkowski pomógł mi, kiedy najbardziej cierpiałem. Bez niego nie byłoby tej książki ani serialu.

PROLOG11 września 2001 roku

Dzień ten przeszedł do historii z powodu ataku terro­rystycznego na Nowy Jork. Siedziałem wieczorem, oglądając ze swoją matką wieczorne wiadomości, i po raz kolejny widziałem walące się wieże World Trade Center oraz wbijające się w nie samoloty.

– Jak można być tak okrutnym, żeby zrobić coś takiego? – komentowałem na gorąco wydarzenia. – Jak można komuś tak wyprać mózg, aby uwierzył, że w imię Boga może zabijać innych ludzi?

Matka bardzo się zdenerwowała i powiedziała:

– To są biedni ludzie, którym trzeba współczuć, to nie ich wina, że tak ich wykrzywiono psychicznie, oni także są ofiarami.

Wtedy nie wytrzymałem:

– Co ty opowiadasz? Przecież to terroryści!

– Teraz jesteś taki mądry – odparła matka – a gdy byłeś w sekcie, miałeś tak samo wyprany mózg. Przypomnij sobie, kim byłeś parę lat temu.

Nie potrafiłem nic powiedzieć, poczułem się bezsilny. Matka miała rację. Kim ja jestem, aby oceniać innych, nawet morderców? Uświadomiłem sobie tę pełną wstydu prawdę. Gdyby Bogdan Kacmajor siedem czy osiem lat temu powiedział mi: „Skocz z mostu!”, zrobiłbym to, „Okradnij ten sklep, tych ludzi!” – zrobiłbym to, „Zdetonuj bombę w środku miasta!” – nie wiem sam… Nie wiem, co wtedy bym zrobił…

Początki

Zadaję sobie dziś pytanie: jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie trafił do sekty? Ile zła wyrządziła ona w moim życiu? Czy musiałem tam trafić?

Byłem młodym chłopakiem, miałem dziewiętnaście lat, gdy matka zawiozła mnie na leczenie do bioenergo­terapeuty Bogdana Kacmajora. To była okazja, bo przyjechał właśnie leczyć do miejscowości oddalonej od nas o kilkanaście kilometrów.

Pojechaliśmy we trójkę: ja, mama i mój młodszy o dziewięć lat brat. Kolejka do domu, w którym przyjmował Bogdan, była ogromna. Ustawiliśmy się i czekaliśmy. Moja mama nie pierwszy raz była z wizytą u znachora z Morąga. Wreszcie nadeszła moja kolej. Oprócz Bogdana na ganku, na którym przyjmował, był jego pomocnik, Andrzej.

– Cześć, zawałowiec – powiedział do mnie na powitanie Bogdan. – Ale masz bóle zawałowe, w takim młodym wieku. Niedługo pójdziesz do piachu – zażartował.

Miał rację. Rzeczywiście z sercem miałem największe kłopoty, ciągłe bóle z lewej strony klatki piersiowej i duszności.

– O, a jakie lęki – dodał.

Rzeczywiście lęki też miałem, i to dosyć duże.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Przedmowa

Prolog. 11 września 2001 roku

Początki

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści