Nie odeszli. Eseje o niewygasłej obecności - Marian Sworzeń - ebook

Nie odeszli. Eseje o niewygasłej obecności ebook

Sworzeń Marian

0,0

Opis

Pisałem wyłącznie o ludziach, których życiowe drogi przecięły się z moją – to stanowiło jedyne kryterium doboru. Nasze spotkania były możliwe dzięki temu, że ślady egzystencji każdego człowieka są niezatarte. Wszyscy jesteśmy wpisani w przeogromny węzeł wydarzeń, nie mający żadnych granic czasowych. Ta książka opisuje kilkadziesiąt włókien tego splotu. 

 

Oto lista przedstawionych osób:
Andrzej Bobkowski (1913–1961)
Stanisław Bukowiecki (1867–1944)
Piotr Czaadajew (1794–1856)
Julia Danzas (1879–1942)
Roman Dyboski (1883–1945)
Max Ehrmann (1872–1945)
Kurt Eisner (1867–1919)
Juliusz German (1880–1953)
Maria Goeppert-Mayer (1906–1972)
Jiři Haas (1876–1945)
Józef Herzog (1901–1983)
Viktor Klemperer (1881–1960)
Dušan Makovický (1866–1921)
Tomasz Masaryk (1850–1937)
Carl von Ossietzky (1889–1938)
Jakub Pielok (1882–1944)
Richard Pipes (1923–2018)
Ezra Pound (1885–1972)
Tadeusz Pragłowski (1903–1983)
John Reed (1887–1920)
W. G. Sebald (1944–2001)
Henryk Sławik (1894–1944 )
Hermann Staub (1856–1904)
Dmitrij Swiatopołk-Mirski (1890–1939)
Antal Szerb (1901–1945)
Ernst Toller (1893–1939)
Karl Thielmann (1802–1872)
Michael Unterguggenberger (1884–1936)
Ignatz Wechselmann (1828–1903)
Jerzy Węgierski (1915–2012)
Stanisław Wilczewski (1886–1980)
Henryk Woliński (1901–1986)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 615

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozłożyłem wokół siebie papiery i notatki i przeprowadzałem linie komunikacyjne między mocno odległymi wydarzeniami, które, jak mi się zdawało, należały do tego samego porządku.

W. G. Sebald

Od autora

Pisałem wyłącznie o ludziach, których życiowe drogi przecięły się z moją – to stanowiło jedyne kryterium doboru. Nasze spotkania były możliwe dzięki temu, że ślady egzystencji każdego człowieka są niezatarte. Wszyscy jesteśmy wpisani w przeogromny węzeł wydarzeń, nie mający żadnych granic czasowych. Ta książka opisuje kilkadziesiąt włókien tego splotu.

Oto lista przedstawionych osób:

Andrzej Bobkowski (1913–1961 / pisarz emigracyjny, współpracownik paryskiej „Kultury”, autor Dziennika pisanego piórkiem; mieszkał ponad dwa lata (do wiosny 1939 r.) w moich rodzinnych Katowicach;

Stanisław Bukowiecki (1867–1944 / prawnik, szef Prokuratorii Generalnej w latach 1919–1939; byłem w Będzinie-Warpiu – miejscu jego dzieciństwa i w Dąbrowie Górniczej, gdzie przez sześć lat pracował;

Piotr Czaadajew (1794–1856 / autor Listu filozoficznego; pierwszy Rosjanin „urzędowo” uznany za psychicznie chorego; byłem w czeskiej Opavie, do której w 1820 r. – jako oficer gwardii – wiózł list dla cara Aleksandra I);

Julia Danzas (1879–1942 / rosyjska arystokratka, publicystka i pisarka, dama dworu ostatniej carycy, autorka m.in. wspomnień Czerwona katorga – byłem w Miedwieżjegorsku w rosyjskiej Karelii, gdzie do 1932 r. była uwięziona w łagrze);

Roman Dyboski (1883–1945 / profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórca polskiej anglistyki, autor m.in. książek Siedem lat na Syberii, Sto lat literatury angielskiej i Wielcy pisarze amerykańscy; rodem z pobliskiego Cieszyna);

Max Ehrmann (1872–1945 / amerykański dramaturg i poeta, autor wiersza Desiderata; byłem w Baltimore, gdzie – wedle legendy – ten utwór powstał);

Kurt Eisner (1867–1919 / premier Republiki Bawarskiej, zamordowany w 1919 r.; byłem w czeskim miasteczku Husinec, skąd wywodziła się jego rodzina);

Juliusz German (1880–1953 / dramaturg, pisarz, tłumacz; autor m.in. dramatu Lilith, powieści Iwonka, wspomnień Od Zapolskiej do Solskiego; po Powstaniu Warszawskim zamieszkał blisko mojego rodzinnego domu w Katowicach);

Maria Goeppert-Mayer (1906–1972 / urodzona w Katowicach w pobliżu Rynku; fizyk atomowy, laureatka Nagrody Nobla; w USA mieszkała m.in. w znanym mi mieście Baltimore);

Jiři Haas (1876–1945 / Czech, właściciel zamku Bitov; zginął samobójczo po nakazie opuszczenia kraju; byłem dwukrotnie na Morawach w Bitovie);

Józef Herzog (1901–1983 / mój krewny, jeden z najmłodszych legionistów I Brygady, oficer WP, więzień polityczny, autor wspomnień Krzyż Niepodległości; odwiedzałem go w Krakowie, byłem w jego rodzinnym Osieku);

Viktor Klemperer (1881–1960 / profesor literatury romańskiej w Dreźnie; autor LTI oraz dzienników 1933–1945; byłem w wiosce Dölzschen, gdzie mieszkał i pisał swój dziennik);

Dušan Makovický (1866–1921 / Słowak, lekarz Tołstoja, autor wielotomowego zbioru zapisków o pisarzu; urodzony i zmarły w znanym mi Rużomberku na Słowacji);

Tomasz Masaryk (1850–1937 / byłem w morawskich Čejkovicach, gdzie był gorliwym ministrantem, acz – jako naukowiec i prezydent Czechosłowacji – był znany ze swego agnostycyzmu);

Carl von Ossietzky (1889–1938 / niemiecki pacyfista, więzień polityczny, laureat Nagrody Nobla; byłem w Kostrzyniu nad Odrą, gdzie był więziony);

Jakub Pielok (1882–1944 / rolnik, brat mojego dziadka – znam dobrze Kościeliska, jego rodzinną wieś; poeta ludowy, działacz Związku Polaków na Opolszczyźnie, więzień KL Buchenwald);

Richard Pipes (1923–2018 / historyk Rosji, autor książek: Rosja bolszewików, Czerwone imperium, Rosja carów, doradca prezydenta Reagana; rodem z Cieszyna, odległego od mojego Mikołowa o kilkadziesiąt kilometrów);

Ezra Pound (1885–1972 / poeta, krytyk, tłumacz, autor poematu The Cantos, patron twórczości T. S. Eliota; jako fanatyczny antysemita uwięziony przez armię USA we Włoszech w 1945; byłem w Metato pod Pizą, gdzie był trzymany pół roku);

Tadeusz Pragłowski (1903–1983 / lekarz; był w pierwszej grupie Polaków, która dotarła do grobów katyńskich; po wojnie zamieszkał w Katowicach blisko mojego domu rodzinnego; twórca medycyny sądowej na Śląsku);

John Reed (1887–1920 / amerykański dziennikarz; autor Dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem; byłem w Chełmie Lubelskim, gdzie w 1915 r. został internowany);

W. G. Sebald (1944–2001 / pisarz niemiecki, autor m.in. książek Austerlitz, Wyjechali, Pierścienie Saturna; byłem w jego rodzinnej wiosce Wertach w Alpach Bawarskich);

Henryk Sławik (1894–1944 / powstaniec śląski, socjalista, radny miasta Katowice z lat 1928–1930, dziennikarz; pomagał Żydom na Węgrzech; zginął w KL Mauthausen – ilekroć jestem w Katowicach, mijam jego dawne mieszkanie przy Rynku);

Hermann Staub (1856–1904 / urodzony w Mikołowie; po aplikacji w Raciborzu był adwokatem i notariuszem w Berlinie; autor szeregu komentarzy prawa cywilnego i gospodarczego);

Dmitrij Swiatopołk-Mirski (1890–1939 / potomek jednego z najstarszych rodów rosyjskich, oficer Białej Armii, twórca slawistyki w Londynie; uczestnik rejsu po Kanale Białomorskim, rozpoczętego w znanym mi Miedwieżjegorsku w Karelii);

Antal Szerb (1901–1945 / pisarz węgierski, tłumacz, historyk literatury, pedagog, autor m.in. książek Podróżny i światło księżyca, Legenda Pendragonów; byłem w wiosce Balf, miejscu jego uwięzienia i śmierci);

Ernst Toller (1893–1939 / niemiecki działacz polityczny, autor dramatów m.in. Niszczyciele maszyn, Przebudzenie, Kaleki, A jednak żyjemy!; dzieciństwo spędził w Szamocinie – byłem w tym wielkopolskim miasteczku; zmarł na emigracji);

Karl Thielmann (1802–1872 / urodzony w sercu Mikołowa, blisko Rynku; naczelny lekarz Szpitala Pietropawłowskiego w Petersburgu);

Michael Unterguggenberger (1884–1936 / Austriak, socjaldemokratyczny burmistrz Wörgl, autor ekonomicznego pomysłu, który zafascynował Ezrę Pounda; odwiedziłem to tyrolskie miasteczko);

Ignatz Wechselmann (1828–1903 / urodzony w Mikołowie; budowniczy na Węgrzech, sprawował kierownictwo budowy największej europejskiej synagogi – Wielkiej Synagogi w Budapeszcie; filantrop);

Jerzy Węgierski (1915–2012 / profesor Politechniki Śląskiej; historyk lwowskiej AK; podczas zsyłki był w jednej brygadzie z Sołżenicynem; mieszkał na znanym mi Osiedlu 1000-lecia w Katowicach);

Stanisław Wilczewski (1886–1980 / ksiądz, światowej sławy foniatra; od 1922 r. do śmierci nieprzerwanie mieszkał i prowadził swój gabinet przy ulicy Poniatowskiej w Katowicach w pobliżu mojego domu rodzinnego);

Henryk Woliński (1901–1986 / prawnik, w czasie okupacji szef referatu żydowskiego w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, współautor raportu wywiezionego do Londynu przez kuriera Jana Karskiego; od 1945 r. do śmierci mieszkał w moich rodzinnych Katowicach).

Na tym kończę, zostawiając otwarte drzwi do książki. Moi bohaterowie nie odeszli – czekają. Słychać ich rozmowy...

Marian Sworzeń

Mikołów, w grudniu 2025 roku

Pielgrzymowanie

To wszystko jest gdzieś zapisane.

Antal Szerb

Niezwykła to przygoda – przebywanie wśród ludzi, których portrety zarysował Marian Sworzeń, autor tej książki. Są oni (i dwie one) niezmiennie interesujący, każdy ich biogram zostawia w nas głód. To pisarze, którzy są jednocześnie działaczami, naukowcami, politykami, to pacyfiści i wojacy, ofiary politycznych katastrof dwudziestego wieku. Poświęcone im mini-eseje są różne, tak jak odmienne są ich losy. Dowiadujemy się skąd pochodzili, jak toczyło się ich życie i co dla autora było w nim najważniejsze. W biogramie Ernesta Tollera (1893–1939), niemieckiego pisarza, dramaturga i rewolucjonisty, autora interesuje przede wszystkim przyjaźń młodego Ernesta z jego polskim równolatkiem i ważna działalność polityczna podczas rewolucji bawarskiej 1919 roku. Z nawet bardziej dramatycznego biogramu pacyfisty Carla von Ossietzky’ego (1889–1938) dowiadujemy się dużo o jego aktywności politycznej, ale jeszcze więcej o jego więziennych i obozowych cierpieniach. Victor Klemperer (1881–1960) imponuje czytelnikowi uporczywą antyhitlerowską pracą, dziennikami uratowanymi przed zniszczeniem przez skromną znajomą żony. Życie Antala Szerba (1901–1945), „Żyda, którego językiem ojczystym był węgierski” (jak sam o sobie mówił), to dramatyczna historia jego pisarstwa i brutalnej, tragicznej śmierci.

Spośród wielu wymieniam te cztery biogramy, bo są między nimi powiązania – ich bohaterowie walczą z niemieckim nacjonalizmem. Inne portretowane osoby także mają za sobą wielkie starcia: można te eseje nazwać biografiami katastroficznymi. Postaci, wśród których poruszamy się w tej książce wystawione były, poza nielicznymi, na wojny i totalitaryzmy dwudziestego wieku. Większość z nich odnajdujemy w środkowo europejskim obszarze niemieckojęzycznym. Ale mamy tu także osoby z Rosji, jak Julia Danzas, najpierw frejlina carycy Aleksandry, potem teolożka i autorka opisu swego uwięzienia w łagrze na Wyspach Sołowieckich. Czy Piotra Czaadajewa, ofiarę caryzmu; historyka Dmitrija Swiatopołka-Mirskiego, który zginął na Kołymie; czy kronikarza rewolucji rosyjskiej Johna Reeda. Jest tu także Tomasz Masaryk, którego nie trzeba przedstawiać; Słowak Duszan Makovický, lekarz Lwa Tołstoja; ksiądz Stanisław Wilczewski i inni. Zupełnie niezwykły zestaw osobowości.

Sporo z nich zmarło śmiercią samobójczą, życie każdej z nich było trudne i tragiczne. Nie tylko dlatego, że, jak pisał Stanisław Brzozowski, „w każdym człowieku jest potencyalnie pełny cykl ludzkiego istnienia, (…) każdy ma w sobie Boga – stworzenie świata – upadek – odkupienie – całą tragedyę bytu”1. Za ich życia świat wariował – wojny, rewolucje, kryzysy – tak zresztą jak wariuje i dzisiaj. I nie sposób go opisać jak tylko właśnie przez indywidualne żywoty. To dlatego Brzozowski stwierdza w tym samym fragmencie swojego pamiętnika „Co nie jest biografią – nie jest wogóle.” Bo historia, jak dziś myślimy, nie jest pisana przez Boga. I nie rządzi się ogólnymi regułami. To my, wespół z innymi, piszemy historię, w niej żyjemy i giniemy. Nie jesteśmy, jak pisała Hannah Arendt w Kondycji ludzkiej, jej autorami – rodząc się wchodzimy w sieć działań innych ludzi. Ale jesteśmy jej aktorami, uczestniczymy w niej przez czyny i słowa. A także cierpiąc.

Historia jest przez nas pisana także w dosłowny sposób. Intencją Mariana Sworzenia jest zatrzymanie czasu, skierowanie naszej uwagi na ludzi, których czas już się zamknął. Te mini-biografie są jakby migawkami, w których przywołane są fragmenty czyichś egzystencji. Przebija przez nie wiara w uważność, w skupienie wzroku na wysiłkach, najczęściej nieskutecznych, zwalczania niesprawiedliwości. Autor nie uprawia teorii historii. Nie pisze także historii powszechnej, odgórnej, która bywa zapatrzona w samą siebie. Wręcz przeciwnie, pochyla się nad poszczególnym losem, wyciąga z niego to co nas łączy. Posługuje się więc biografią jako najszlachetniejszym chyba rodzajem historii, bo podstawą jej jest skromność autora i uwaga wobec bliźnich.

Eseje historyczne zawarte w tej książce dotyczą niedawnej przeszłości. Jak już pisałam, długość i szczegółowość tych biogramów jest za każdym razem inna. Są tu scenki rodzajowe, cytaty, dane biograficzne, tło historyczne. Każdy z esejów zaskakuje, pokazuje coś i kogoś nowego, lub w nowym świetle, jeśli ich podmiot jest nam znany. Te mini-biografie są bardzo oryginalne. Można się z nich nauczyć wiele o opisywanej postaci, ale nie można pominąć narratora. Jest jakby mistrzem, który nam opowiada o innych, odsłania przed naszymi oczami historię czasu, którego nie doświadczyliśmy. Wiemy o nim tylko tyle, ile chce nam o sobie powiedzieć. Widzimy go w ciągłym ruchu, czujemy jego ciekawość i uwagę.

Na pierwszy rzut oka wybór postaci nie jest oczywisty: autor jest podróżnikiem i pisze tylko o tych postaciach, które w jakiś sposób „odwiedził” – był w miejscu, w którym kiedyś przebywały. Ale jego pobyt w tych miejscach nie był przypadkowy, podążał za tym, co go interesowało. Posługuje się tekstami i dokumentacją, ale przemawia własnym głosem. Czujemy jego obecność, opowiada o swoich poszukiwaniach, wyraża opinie, sympatie, rozumiemy na czym mu zależy. Wiemy, że dla niego nie tylko czas się liczy, czas życia jego bohaterów, ale też ich materialność sprawdzana przez niego zwiedzaniem miejsc, w których żyli. Miejsca te czasem mają wielkie znaczenie: są tłem przedstawianych biografii albo ich fragmentów. Niekiedy jednak są tylko drobną wskazówką, bo prawie wszystkie opisywane postaci rzucane były z miejsca na miejsce. Nikt z nich nie mógł spokojnie zostać w domu, w domu, którego by nie zburzyła wojna czy pożoga. Na mapie poszukiwań autor zaznacza zmiany – miejsce inaczej się nazywa, ludzie mówią innym językiem, nie ma już starych cmentarzy. A więc ta wędrówka po miejscach, w których stanęła ich stopa jest rodzajem pielgrzymki, sposobem zapalania świeczki upamiętniającej ich życie. Ich życie jedyne. I niezapomniane.

prof. Irena Grudzińska-Gross

Nowy Jork, w grudniu 2025

1

Stanisław Brzozowski, zapis z 12.II.1911, [w:] Pamiętnik, Kraków, 1913.

Bobkowski

Niedawno, w księgarni przy sali koncertowej blisko katowickiego Spodka, przystanęła obok mnie nieznajoma kobieta. Zobaczyłem, że bierze do ręki Szkice piórkiem Bobkowskiego. Powiedziałem do niej: „Niech się pani nie zastanawia, warto to mieć. Czytałem to po raz pierwszy w stanie wojennym. On mieszkał przez kilka lat w Katowicach”. Spojrzała na mnie, ale właśnie wtedy rozległ się pierwszy dzwonek – odłożyła książkę i szybko wyszła. Gdy skończyła się II symfonia Yvesa, podszedłem znowu do półek z książkami. Wtedy zobaczyłem, że nieznajoma stoi przy kasie, płaci i wychodzi ze Szkicami.

Przez kilkanaście lat odwiedzałem przyjaciela mieszkającego w bloku z drugiej strony Spodka. Stałą częścią spotkań z Jurkiem Otroszkiewiczem było słuchanie jego gry na gitarze i wspólne śpiewy. Prócz piosenek rajdowych o górskich wędrówkach i – obowiązkowo – „O, Marianno!”, żelaznym punktem była „Telewizja” kabaretu Salon Niezależnych, w której pojawia się Gwatemala, z jej „masami pracującymi” stratnymi na spadku „realnej płacy” i „elitami” grabiącymi państwo. Po tej zwrotce zazwyczaj dopowiadałem, że tam właśnie Bobkowski mieszkał aż do śmierci. Dzięki tej piosence nie mylę wybranego przez Bobkowskiego kraju z Panamą czy Wenezuelą. Po zmarłym koledze została mi w spadku jego gitara.

To, że Bobkowski wyemigrował do Ameryki Południowej, powszechnie wiadomo, ale o tym, że przez kilka lat był mieszkańcem Katowic, wiedzą nieliczni. Sądzę nadto, że nie zajmują się tym humaniści z Uniwersytetu Śląskiego, gdyż w przeciwnym wypadku już dawno temu odbyłaby się stosowna sesja naukowa na uczelni. Nie mówię o tym z żalem, stwierdzam jedynie niewiedzę, a nie – obojętność. Być może to moje pisanie przyniesie zmianę – Bobkowskiemu to się należy. Kiedy jesienią 2024 roku kończono prace nad wydaniem monografii Kolonii Urzędniczej w katowickiej dzielnicy Ligota, zapytałem w redakcji oficyny „Śląsk” czy w indeksie nazwisk jest Bobkowski – kiedy usłyszałem, że nie, odetchnąłem. Gdyby było inaczej, pewno ten rozdział by nie powstał.

Pokusa systematycznego przedstawienia postaci Andrzeja Bobkowskiego – chronologicznie, z opisem związków rodzinnych, listą dzieł i tematyką artykułów, podziałem na istotne okresy życia (nauka, studia, praca, emigracja) – jest wielka na tyle, że… postanowiłem z niej zrezygnować. Powód? Istnieje obszerna i rzetelna literatura jemu poświęcona pióra wybitnych badaczy, pośród których wymienię Krzysztofa Ćwiklińskiego, Andrzeja Stanisława Kowalczyka, Joannę Podolską, Macieja Nowaka i Macieja Urbanowskiego. Nikt z tej profesorskiej listy nie pochodzi z Katowic. Zakładam, że wszyscy i tak tu przybędą, kiedy uniwersytet wspólnie z miastem zorganizuje sympozjum poświęcone pisarzowi. Jako nazwę spotkania już teraz proponuję „Andrzej wraca” – po śląsku będzie to Anyjwroco. To drugie słowo dźwięcznie współgra z hiszpańskim tytułem zbioru opowiadań i szkiców Bobkowskiego CocodeOro. Pasuje również do niego słowo Querido z tytułupożegnalnego tekstu Czapskiego napisanego dla „Kultury” po śmierci Bobkowskiego w 1961 roku. QueridoBob – tak zwykli mówić o nim jego mali podopieczni, amatorzy modelarstwa. Skoro Bobkowski jako emigrant – rzecz przyziemna – żył z uczenia innych sztuki unoszenia się nad ziemią, przyfrunie i do Katowic. Tak samo jak w 1954 roku przyleciał z swoją grupą na zawody modelarskie do Stanów. W tym samym roku w USA zmarł kompozytor Charles Yves, którego dzieła wysłuchałem w Katowicach. W tymże roku przyszedłem na świat w domu położonym w pobliżu pierwszego katowickiego adresu Bobkowskiego. Mój był na ulicy Poniatowskiego, jego – na Powstańców. Odstęp między nimi, jeśli liczyć w krokach, odpowiadał kilkuminutowemu spacerowi, zaś wedle kart kalendarza – kilkunastu latom.

Jak to się stało, że Bobkowski tu trafił? Ukończył studia ekonomiczne w Warszawie, rodzice mieszkali wtedy w Krakowie, dlaczegóż więc Śląsk? Odpowiedź jest nie tyle prosta, co przekonująca: tutaj, gdzie było wiele spółek o mieszanym kapitale, ale z udziałem Skarbu Państwa, mógł dostać pracę. Oczywiście nie jako taką pracę biurową, ale porządnie płatny etat. Tak samo jak w czasie studiów, gdy – jak sam pisał – za „protegą” odbył praktykę w warszawskim banku („Rydz przez Koca wkręcił mnie do Banku Polskiego na praktykę. Były dobrze płatne i trudno było się dostać”). W uzupełnieniu: Rydz i Koc to czołowi politycy sanacji, zaś jego stryj, Aleksander Bobkowski, był nie tylko wiceministrem komunikacji, ale i zięciem prezydenta Mościckiego. Co by nie mówić, rodzinne umocowanie otwierało drzwi. Uprzedzając fakty już teraz dodam, że w przyszłości to ono stanie się źródłem kłopotów.

Oddajmy teraz głos naszemu bohaterowi, magistrowi ekonomii po obronie pracy dyplomowej poświęconej samowystarczalności żywnościowej Niemiec. W jednym z listów napisał, że po ukończeniu Szkoły Głównej Handlowej dostał posadę w Syndykacie Hut Żelaza z pensją 250 złotych. Wcześniej jednak musiał odbyć praktykę „[...] pracowałem w Hucie Pokój w Nowym Bytomiu trzy miesiące za 150 zł. Przetyrałem na wszystkich działach, na wielkich piecach, na wsypie, zatrułem się siarką, ale potem wiedziałem, co to jest stal, jakie są stale, jaki skład chemiczny”. Dodaję niewielkie sprostowanie – nie trzy, ale dwa miesiące. To żaden błąd, gdyż Bobkowski pisał o tym po wielu latach, a moje uściślenie opiera się na archiwaliach.

Po wstępie („W okresie tym zatrudniony był p. mgr. Bobkowski w następujących wydziałach, zapoznając się ogólnie z ich pracami”) biegnie spis dni i przydziałów. Najpierw wrzesień 1937 roku: 1–2 („ogólne zapoznanie się z hutą”), 3–9 („wielkie piece”), 10–16 („stalownia”), 17–22 („koksownia”), 23–29 („walcownia blachy cienkiej”). Potem październik 1937 roku: do 6 („walcownia blachy grubej”), 7–13 („walcownie bruzdowe”), 14–16 („wykończalnia walcowni bruzdowych”), 17–20 („młotownia”), 21–23 („dział odbiorczy”), 23–29 („zarząd wytworów i ekspedycja”). I podsumowanie: „P. mgr. Bobkowski powierzone mu prace wykonywał zawsze sumiennie, wykazując dużo zainteresowania i pilności”.

Zarząd huty mieścił się w Katowicach przy ulicy Zamkowej numer 3 – to również okolice przywołanego na wstępie Spodka. Wymieniam tę ulicę, gdyż Bobkowski musiał tam często bywać. Tę starą nazwą nosiła jeszcze czas jakiś po wojnie (potem została Armii Czerwonej), zaś resztki zamku (dokładniej dworu) przetrwały do roku 1970 roku. Może to być pomocne przy tworzeniu przyszłej ścieżki Bobkowskiego w Katowicach, która bez wątpienia kiedyś tu powstanie. Zadba o to – nie ma wszak innego wyjścia – uniwersytecki Wydział Humanistyczny, którego budynki stoją nie dalej niż pół kilometra od nieistniejącego numeru 3 nieistniejącej ulicy Zamkowej.

Powróćmy do kariery zawodowej Bobkowskiego. Wiemy od niego, że jako praktykant w hucie „Pokój” zarabiał 150 zł miesięcznie. Dużo to czy mało? Mam przed sobą przedwojenny słownik statystyczny. Wedle jednej z tabel stawka godzinowa hutnika na Śląsku w 1937 roku wynosiła około 1,40 złotego, co w przeliczeniu na dniówkę daje circa 11 złotych, miesięcznie zaś – blisko 230 złotych. Były to jednak najwyższe stawki robotniczych płac w ówczesnej Polsce, inni pracownicy fizyczni otrzymywali pobory ledwo w granicach połowy tej kwoty.

Kolejnym adresem Bobkowskiego była ulica Lompy. To środek Katowic – w pobliżu wznoszą się wielkie budynki Urzędu Wojewódzkiego, które powstały dekadę przed przybyciem naszego bohatera. Ktoś, kto dzisiaj obejrzy to miejsce, zobaczy dokładnie to samo, co Bobkowski za swoich czasów. Jest tylko jedna różnica – dziś stoją tam, i to dość blisko siebie, pomniki dwóch ludzi, których wówczas wiele od siebie dzieliło. Pierwszy to pomnik Korfantego, drugi – Piłsudskiego. Nie miejsce tu, by wchodzić w opis dawnych historycznych sporów, i tego nie uczynię. Wskażę jednak na pewien architektoniczny konkret, który musiał przemawiać do Bobkowskiego jako obywatela przedwojennej Polski – i to bardziej niż do nas, w Polsce XXI wieku.

Mowa o domu Wojciecha Korfantego na ulicy Powstańców, blisko biura Bobkowskiego. Otóż referent prasowy hutniczego syndykatu Andrzej Bobkowski, ilekroć spieszył do roboty tąż ulicą, przy której początku mieszkał, musiał zawsze mijać dom Korfantego. I cóż z tego? Ano to, że w tym czasie szef śląskiej chadecji był od kilku lat na emigracji – rzecz była powszechnie znana i nieukrywana. Również to, że w 1938 zmarł w Katowicach syn Korfantego, na którego pogrzeb nie pozwolono ojcu przyjechać mimo obietnicy wydania listu żelaznego. Bobkowski musiał o tym wszystkim doskonale wiedzieć (pewno w ramach obowiązków służbowych czytał katowicką „Polonię”). Nic nam jednak nie wiadomo, by te śląskie sprawy wspominał. Był to dla niego czas szykowania się do ślubu, częstych pobytów w Krakowie, także szukania nowego mieszkania.

Starania o nowe lokum powiodły się bez większego trudu – wtedy również byli odpowiednicy dzisiejszych deweloperów. Otóż na początku lat trzydziestych, w dobrze mi znanej dzielnicy Ligota – stamtąd pochodzi moja żona, tam mieszkaliśmy kilka lat po ślubie – wydzielony został teren do zabudowy. Wedle początkowych zamiarów inwestorem miało być województwo śląskie, ale kryzys gospodarczy wymusił zmianę planów – rola władz sprowadziła się do planistyki i robót przygotowawczych, natomiast wznoszenie willi odbywało się na koszt zainteresowanych. W sierpniu 1938 roku do jednego z nowych budynków, w oparciu o umowę najmu części domu (zapewne tylko pokoju), przeprowadził się Bobkowski. Nie znamy wysokości jego czynszu, ale wiemy, że młody urzędnik, już wtedy z porządnymi poborami 350 złotych, mógł sobie na to pozwolić. Udało mi się przynajmniej dotrzeć do tej willi przy ulicy Huculskiej, wówczas – z racji niezakończenia jeszcze osiedla – noszącej prowizoryczną nazwę Aleja nr 3. Bobkowski wymienił ją w służbowym zawiadomieniu skierowanym do „Wydziału person. przez Referat personalny” („Donoszę, że dnia 1 sierpnia 1938…”). Ten papier pomógł mi w rozmowie z rodziną budowniczego, która na wstępie zapytała, skąd wiem o lokatorze w przedwojennym domu ich dziadka. Potem obiecali szukać u siebie. Pewno szukają po dziś dzień.

Nowa dzielnica, w której Bobkowskiemu przyszło mieszkać niespełna osiem miesięcy, była jedną z kilku powstałych z inicjatywy władz autonomicznego polskiego Śląska. Na początku był pomysł wojewody Grażyńskiego, datowany na rok 1927, będący propagandową reakcją na podobne działania po niemieckiej stronie Śląska. Potem pojawiły się najróżniejsze mutacje tej idei, które łączył zamiar stworzenie „kolonii wojewódzkich”.

Ten termin wcale nie jest mi obcy, wprost przeciwnie – wyjątkowo bliski, i to dosłownie. Primo: graniczy z nim nasza parcela, secundo: zaraz za naszym domem w Mikołowie przebiega ulica o tej właśnie nazwie. Wzdłuż Kolonii Wojewódzkiej w regularnej zabudowie stoi kilkadziesiąt dwurodzinnych domów wzniesionych w latach trzydziestych, o regularnych kształtach i spadzistych dachach. Ich dzisiejszy wygląd (rozmaitość dobudówek i detali, kontrast tynków) odpowiada – wymyślonej przez mnie, laika – zasadzie „Nic podobnego!”, polegającej na prymacie odmienności nad wspólnością, indywidualności nad harmonią. Zamierzałem podzielić się tym moim „wkładem” w teorię architektury z Marcinem Wichą, ale nie zdążyłem – Marcin zmarł przed trzema tygodniami. Teraz, kiedy to piszę, na moim biurku leżą jego Kawałki o projektowaniu z serdeczną dedykacją i wzmianką o „wspólnocie zainteresowań”.

Gdyby więc nie sąsiednia ulica i wiedza o podobnych inwestycjach, nie umiałbym pomóc profesorowi Nowakowi w poszukiwaniach adresów Bobkowskiego w Katowicach. Mój pierwszy mail do niego kończył się słowami: „A ja chciałbym pod taki dom najzwyklej pójść, posiedzieć, pooglądać. Może jest to ulica, którą dobrze znam (urodziłem się w Katowicach, moja żona też)”. Owo „może” było szczere, gdyż wtedy nie przypuszczałem, że mogłem tam wstawić „na pewno”. Do ustalenie adresu doszło dzięki – do dziś dnia trwającym – kontaktom z profesorem, jego radom, wskazaniom i uwagom. Szczegóły owych badań „w terenie” postaram się zreferować.

We wstępie odpowiedzi profesora Nowaka pojawiła się wzmianka o „kolonii wojskowej” w Ligocie przy ulicy Powstańców. Pomyślałem, że skoro ojciec Andrzeja był emerytowanym generałem, zaś jego ojciec chrzestny dowódcą polskiej armii, to przydzielenie Bobkowskiemu kwatery w „kolonii wojskowej” winno się odbyć bez trudu. Uznałem też, że łatwo znajdę ulicę Powstańców na przedwojennych mapach dzielnicy. Cóż, kiedy takiej tam nigdy nie było! Ten pierwszy sygnał ostrzegawczy zaprowadził mnie do pobliskich Panewnik. Tam, owszem, ulica o tej nazwie przez krótki czas istniała, ale jej zabudowę stanowiły stare domy z czerwonej cegły, powstałe na początku XX wieku. Nic nie pasowało! Obszedłem więc na nowo całą Ligotę od dworca kolejowego do brzegów Ślepiotki, pytałem znawców historii lokalnej, czytałem monografie, ale nic pomocnego się nie pojawiło. Doszło do tego zamieszanie w nazwach, gdyż miejsce budowy osiedla raz zwano Panewnikami, a raz Nową Ligotą. Pewne jest jednak podsumowanie: nigdy, ani „za Niemca”, ani za „starej Polski” (tak się do dziś mówi na Śląsku o przedwojniu) nie było tutaj ani koszar, ani domów dla oficerów, co więcej – Ligota cieszyła się nawet sławą podmiejskiego kurortu. Skoro nie było garnizonu, musiałem się rozstać z tropem wojskowym i wycofać na pozycje cywilne. Kolonia – tak, ale wojewódzka.

Nim Bobkowski tutaj się zameldował, inwestycja miała już za sobą kilka lat. Zaczęło się w 1930 roku od zakupu terenu od księcia pszczyńskiego i wykarczowania lasu. Potem, po powołaniu kierownictwa budowy w 1933 roku, wykonano kanalizację, poprowadzono drogi dojazdowe i wytyczono parcele. Część prac wykonano jako roboty publiczne dla zatrudnienia bezrobotnych. Pozyskane dotacje okazały się jednak niewystarczające, zaś skutki kryzysu gospodarczego ugodziły w początkowy zamysł – zamiast osiedla dla robotników i urzędników powstała dzielnica willowa dla ludzi zamożnych. Ta klasyka polskiego stylu modernistycznego zwana jest w fachowej literaturze „kolonią urzędniczą”, taki też tytuł ma jej monografia. Zgadując bez jej lektury, mogę powiedzieć, że pośród właścicieli mogli się zdarzyć urzędnicy, ale nie oni stanowili większość. Jaki był ich procent, to już zadanie dla nieskomplikowanej ankiety socjologicznej. My zajmujemy się tylko jednym z lokatorów, notabene urzędnikiem. Niech nas nie zraża to zdanie z życiorysu: „1937 do marca 1939 starał się bez powodzenia być urzędnikiem w przemyśle”. To własne słowa Bobkowskiego.

W jednym z maili profesor Nowak napisał: „Czy spotkał się Pan kiedyś z jakąś informacją o Związku Kopań Górnośląskich »Robur«? Szwagier i szwagierka Bobkowskiego wykonali dla tej instytucji prace plastyczne w Katowicach”. Na jego pytanie odpowiedziałem natychmiast, że tak. „Roburu” już nie ma, ale jego dawny gmach stoi przy ulicy Powstańców – w czasie wojny było tam gestapo, zaraz potem UB, a teraz jest tam wielka przychodnia. Miejsce to znam bardzo dobrze, bo ilekroć szedłem na rozprawy w katowickich sądach, musiałem je minąć (to samo zrobiłem na trzy dni przed napisaniem tego zdania, zmierzając do Biblioteki Śląskiej). Dla Andrzeja Bobkowskiego był to zaś budynek bliski jego biura, w dodatku położony na tej samej ulicy, przy której mieszkał. Innymi słowy, pomogliśmy sobie wzajem – bez zapytania profesora nigdy nie łączyłbym Bobkowskiego z „Roburem”, on zaś by nie wiedział o ich adresowo-topograficznej bliskości. Otrzymałem potem od niego skany dzieł stworzonych w „Roburze” przez Franciszka i Annę Seifertów (Anna to szwagierka Bobkowskiego) – jako wybitni graficy dzieł użytkowych wykonali freski zdobiące czytelnię i pokój rekreacyjny. Istnieją do dziś, ale... wyłącznie na fotograficznych kliszach – nie ma po nich śladu. Kto je usunął przy zamianie czytelni na więzienne cele – gestapo czy bezpieka – do dziś nie wiadomo. Pisałem w tej sprawie do przychodni, korespondowałem z konserwatorami – może zostały jakieś szczątki? Z odpowiedzi wynikało, że nie. Nie traćmy jednak nadziei. Oto zdanie z artykułu profesora Nowaka: „Spodziewać się zatem wolno, że coś z tego ocalało do naszych dni – najtrwalsze mogłyby być elementy architektoniczne »np. owe ceglane portale widoczne na zdjęciach«”. Ufajmy więc, że znajdzie się młody adept architektury wnętrz, który – metr po metrze – obejdzie cały budynek przychodni i odkryje choć kilka nieuszkodzonych centymetrów tamtego dzieła z „ładnej” sali. Jej nazwanie cytuję za jednym z powojennych listów Bobkowskiego, w którym czytamy: „Jak dziś pamiętam, jak oni tam w Roburze we dwoje drapali po ścianach. Ciekawy jestem, czy ta sala zachowała się – była taka ładna”. Listy – a ten z całą pewnością – bywają czułymi kliszami pamięci, zaś potoczne „jak dziś” – ich najlepszym utrwalaczem.

Powoli zbliżamy się do zakończenia katowickiego okresu życia Bobkowskiego. Dopiero po nim nastąpi etap francuski (do 1948 roku), a po nim, aż do śmierci w 1961 roku – ostatni, gwatemalski. Skupimy się na tym, który – jak i szczegóły jego zakończenia – pozostaje najmniej znany. To, że kiedyś je poznamy, jest pewne – archiwistyka w dobie internetu zyskała narzędzie porównywalne z wynalazkiem mikroskopu: widać więcej, głębiej i dokładniej. Jednym z niewielkich „odkryć” było dowiedzenie się, że Bobkowski, wbrew powtarzaniu w wielu tekstach, nie pracował w Hucie „Laura” w Siemianowicach. To moja mama przez lata pracowała w tym mieście, ale nie Bobkowski. A teraz spójrzmy z uwagą na to, co znawcy pisali o jego rozstaniu ze Śląskiem.

Zaczynam od słów jego znajomego, Jacka Stwory, znanego polskiego reportażysty: „Andrzej wyemigrował, a raczej pojechał do Francji w podróż poślubną w 1939 roku”. Zgadza się tylko rok i kierunek wyjazdu.

Przechodzę do ważnego tekstu profesor Janiny Podolskiej, opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym”: „Wydarzyło się coś, co zmusiło go do szybkiego wyjazdu z Polski. Krewni milczą o rodzinnym skandalu”. Tamże: „Podobno wplątał się w jakieś nieczyste interesy i groziła mu odpowiedzialność karna”. Wszystko pasuje, lecz nadal niewiele wiemy.

Teraz przypis w jednym ze zbiorów korespondencji Bobkowskiego: „[…] wpadł w tarapaty na Śląsku i musiał szybko opuścić Polskę, by nie wybuchł skandal kompromitujący rodzinę. Chodziło o jakiś głupi żart wobec kolegi z pracy, który obrócił się przeciwko Andrzejowi. By afera ucichła, Bobkowscy mieli wyjechać na placówkę handlową do Argentyny”. Mamy szybkość, mamy skandal, mamy też „głupi żart”, ale wciąż nie wiemy, na czym polegał. Nie wyjaśnił go ani ów tajemniczy i nieznany kolega, ani Bobkowski.

Sam zainteresowany o sobie: „W marcu 1939 roku wyjechał do Francji nie mogąc wytrzymać w rodzimym środowisku i zrobiwszy wszystko, co w jego mocy, aby środowisko nie mogło wytrzymać z nim, co mu się absolutnie udało”. Początkowo odczytałem te słowa jako ironię. Teraz czytam je jako oddające prawdziwy, choć ogólny, stan rzeczy.

Powtarzają się też wzmianki o wyjątkowym zaangażowaniu krewniaka w ukrycie prawdy. Cytat: „Sprawa została na tyle zręcznie zatuszowana, że w Katowicach nie zachowały się nawet ślady dokumentów świadczących o pracy Andrzeja w Hucie Laura i zameldowaniu na Śląsku”. Błąd ad „Laura” już przedstawiłem, sprawa meldunku nie potwierdziła się – dokumenty archiwalne są dostępne. Nie wiem też, w jaki sposób wiceminister Aleksander Bobkowski mógłby wpłynąć na zniszczenie dokumentów personalnych bratanka. Wątpię również, aby ktoś w Katowicach zrobił to na telefon z Warszawy. Że tak się nie stało, dowodzi archiwalny byt rozlicznych (choć nie wszystkich) papierów – od meldunkowych przez wojskowe po urzędową korespondencję sygnowaną przez Bobkowskiego lub jego przełożonych. Można więc uznać, że opowieść o niszczeniu dokumentów jest podrasowana. Jako godząca w sanacyjne porządki – brzmi całkiem dobrze, ale nie ma potwierdzenia.

Teraz zmiana perspektywy. Spójrzmy na fragment listu Bobkowskiego do Jerzego Giedroycia z 1960 roku: „Niedawno mój stryj napisał mi, że widział się w Paryżu z Pobóg-Malinowskim, który mu opowiadał, że grzebiąc w dokumentach londyńskich spotkał się z informacjami o mnie. A mianowicie, że ja na Śląsku utrzymywałem przyjazne stosunki i popijałem z urzędnikami konsulatu niemieckiego i wtedy Beck przestraszony moimi bliskim stosunkami rodzinnymi na szczytach, co mogłoby spowodować przesiąkania informacji do moich przyjaciół Niemców, zażądał natychmiastowego usunięcia mnie z kraju. Niezła historia – co?”. W dalszym ciągu listu Bobkowski konkluduje, że teraz już wie, czemu nie został przyjęty w szeregi armii na emigracji we wrześniu 1939 roku. Czy cierpkość zakończenia („Niezła historia – co?”) nas przekonuje? Przyznajmy, że ta gorycz ma moc, choć to nie my jesteśmy adresatami listu. Z lokaliów – faktycznie, w Katowicach był konsulat niemiecki (w innej części miasta niż „teren” Bobkowskiego). Dziw, że nie powstał drugi zarzut – skoro w budynku na Lompy nr 14 znajdowała się też siedziba poselstwa Finlandii, równie dobrze można było przylepić Bobkowskiemu popijawy z Finami, którzy w trakcie wojny zostali sojusznikami hitlerowskich Niemiec.

Zmierzając do podsumowania, przedstawiam słowa samego Bobkowskiego: „A i do dziś zostało coś, co mnie może najbardziej boli i co było dla mnie może najgorszą karą, to płacz ojca. Ja go nigdy nie widziałem płaczącego. Każda myśl o nim i każde wspomnienie mnie dławi. Strasznego bigosu narobiłem sobie i innym”. Ostatnie zdanie to nie obrona, ale przyznanie – ogólnikowe i bez konkretów. Ale to przecież list, a nie urzędowy protokół.

Próbę sformułowania owej wciąż nieznanej kwestii, której ramy najpewniej mógłby nadać tylko kodeks karny, znajdujemy w książce profesora Nowaka: „Otóż w wyniku zamieszania Andrzeja, ambitnego urzędnika niezadowolonego ze zbyt wolno rozwijającej się kariery, w aferę najpewniej o charakterze finansowym (defraudacja), obydwoje zostali zmuszeni do nagłego opuszczenia kraju”. Causafinita? Bynajmniej, choć – zachowując wszelką ostrożność – wiemy teraz znacznie więcej (we wspomnianej książce jest nawet mowa o młodzieńcu „uciekającym w marcu 1939 roku przed wymiarem sprawiedliwości”). Nie wiem natomiast, jaką moc można przypisać pismu, które Bobkowski – już w drodze do Francji, z dworca w Berlinie – wysłał do prokuratury w Polsce. Nie znamy jego adresata (Warszawa? Katowice?) ani treści, ale wiemy, że do tego urzędu nie pisze się ot tak – każda sprawa ma tam swój przedmiot i swego referenta, spis zarzutów, sygnaturę. Załóżmy, że napisał, iż się przyznaje, ale chwilowo wyjeżdża i potem się stawi. Równie dobrze mógł pisać, że się nie przyznaje. Albo też etc., etc. Bez trudu umiałbym jeszcze mnożyć możliwości.

Przed opuszczeniem Polski Bobkowski – jak pamiętamy – ożenił się z Barbarą z domu Birtus. Po grudniowych zaślubinach w krakowskim kościele świętego Szczepana młoda para zamieszkała w wynajętym pokoju (pokojach?) w Ligocie. W jednym z listów do Giedroycia Bobkowski, opisując początki w Gwatemaili, wspomniał tamte chwile: „Od tygodnia wydaje się nam, że jeszcze raz przeżywamy naszą młodość, kiedy to po ślubie sprowadziliśmy się do skromnego mieszkanka w Ligocie pod Katowicami i urządziliśmy się »na swoim«”.

To nowe miejsce zostało również opisane w opowiadaniu Pożegnanie, wydrukowanym w numerze „Kultury” z miesiąca, w którym Bobkowscy opuszczali na zawsze Europę – z czerwca 1948 roku. Czytałem je wielokrotnie – jest stale dostępne w sieci. Zacznę od cytatu: „Ostatni raz widzieliśmy się u mnie w domu, w lutym 1939 r. Był mróz, mała osada podmiejska zapadła głęboko w śnieżnym puchu. Stałem w drzwiach i patrzyłem jak szedł na swoich długich nogach w stronę lasu. Spod jego obcasów wyskakiwały w górę brązowe grudki śniegu. Niedługo potem straciłem go z oczu”. Musimy na wstępie znaleźć las, w kierunku którego podążył gość autora zwany Gandhim – wiemy, że szedł na stację kolejową. Cóż, kiedy obecnie między ulicą Huculską a dworcem w Ligocie stoją jeden za drugim wielkie bloki – nie ma tam nawet skrawka lasu. Skąd więc to „w stronę lasu”? Popytałem starszych ode mnie. Wszystko się zgadza – był tam las, i to gęsty, jeszcze do połowy lat pięćdziesiątych. Tak więc opis Ligoty, choć zimowo-bajkowy, był topograficznie bez zarzutu. Jeśli zaś idzie o treść samego opowiadania, to jest ono – ujmując w skrócie – spisem grzechów powojennej Europy. Nie wypowiada ich autor – jest ich słuchaczem. O tym, że kwestie tam podniesione były ważne, świadczy choćby to, że natychmiast (w kolejnym numerze „Kultury”) odniósł się do nich Józef Czapski w obszernym artykule Za słowo. Oto jego znamienny fragment: „Nowelka ta wywołała gwałtowne komentarze i nawet zgorszenie niektórych czytelników”. I podsumowanie: „Jeśli czytać »Pożegnanie« Bobkowskiego nie na tle łatwych, propagandowych i pokrzepiających wypisów dla młodzieży, ale na tle dzisiejszej literatury Zachodu, [...], wnosi ta nowela do naszej literatury akcent tylu dzisiejszym pisarzom Zachodu bliski, bolesnej krytyki nas samych i zmusza do zastanowienia, dlaczego wbrew wszystkiemu jesteśmy z Zachodem”. Przypuszczam, że poloniści z ligockiego liceum mogą na tym zbudować konspekty interesujących lekcji. By nie sądzić, że opowiadanie Bobowskiego znane było wyłącznie na emigracji, warto wiedzieć, że ukazało się latem 1948 roku w warszawskim tygodniku „Dziś i Jutro”. Wiemy o tym z pisma Bobkowskiego do redakcji z zarzutem, że z jego tekstu usunięto kilka zdań, w tym jedno „o ucieczkach Rosjan do strefy amerykańskiej”. To już przedkładam pod uwagę nauczycieli historii w Ligocie, gdy przyjdzie im omawiać początki stalinizmu.

Datą graniczną była środa 15 marca 1939 roku – dzień wyjazdu Bobkowskiego z żoną z Polski. Za to, że nie stawił się w pracy, został zwolniony. W dokumencie z dnia 17 marca czytamy: „Z ważnych powodów rozwiązujemy z WPanem stosunek służbowy z dniem dzisiejszym”. Także później: „Prosimy o wstrzymanie obliczenia poborów p. Andrzeja Bobkowskiego przyjmując, iż do wypłaty zostałaby jeszcze ewentualnie należność za 15 dni t.j. do 15.3.39 r. Pan Bobkowski wyjechał na urlop do 15 bm, po którym nie zgłosił się – i obecnie – jak nam wiadomo – przebywa za granicą”. Dyspozycja sucha, konkretna, ale i oczywista – dziś podobnie wyglądają skutki porzucenia pracy.

Ów czas był politycznie niezwykły. 15 marca Wehrmacht wkroczył do Czechosłowacji, a Hitler pojawił się w Pradze – równo rok po witaniu go w Wiedniu. Dzień wcześniej ogłoszono niepodległość Słowacji pod protektoratem III Rzeszy. Od trzech dni w Watykanie był nowy papież – Pius XII. Pół roku wcześniej odbyło się wrześniowe Monachium, które miało być pewną gwarancją uniknięcia wojny (piszę to nazajutrz po zakończeniu lutowego Monachium AD 2025).

Tymczasem państwo Bobkowscy zmierzali do Paryża. Za rok zacznie powstawać dziennik Andrzeja. Szkice piórkiem – największe z dzieł Bobkowskiego – zaniosą go na wyżyny polskiej literatury XX wieku. Czy wymażą wszystko, o co można było mieć do niego pretensje? Tak.

Bibliografia

Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Warszawa 2007

Andrzej Bobkowski, Ikkos i Sotion oraz inne szkice, Warszawa 2009

Andrzej Bobkowski, Aniela Mieczysławska, Listy 1951–1961, Warszawa 2010

Andrzej Bobkowski, Aleksander Bobkowski, Listy, Warszawa 2013

Andrzej Bobkowski, Listy do różnych adresatów, Kraków 2013

Andrzej Bobkowski, Czarny piasek. Dramat w trzech aktach, Lublin 2019

Andrzej Bobkowski wielokrotnie, red. Andrzej Stanisław Kowalczyk, Krzysztof Ćwikliński, Maciej Urbanowski, Warszawa 2014

Józef Czapski, Rozproszone, Warszawa 2005

Maria Danilewicz Zielińska, Szkice o literaturze emigracyjnej, Wrocław–Warszawa–Kraków 1999

W tym domu jest Polska. Z Marią Danilewicz Zielińską rozmawia Stanisław Bereś, „Kultura” nr 10, 637, 2000

Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946–1961, Warszawa 1997

Maciej Nowak, O pisaniu Andrzeja Bobkowskiego, Warszawa 2014

Maciej Nowak, Inaczej przeżyta nowoczesność. O pisarstwie Andrzeja Bobkowskiego, Warszawa 2020

Maciej Urbanowski, Szczęście pod wulkanem. O Andrzeju Bobkowskim, Łomianki 2013

Bukowiecki

Przede mną kartka z zapisem rozmowy ze Stanisławem Strzemiecznym w Warszawie. Z datą 30 czerwca 1986 roku. Był przed wojną osobistym sekretarzem prezesa Prokuratorii Generalnej. Bez tego spotkania nic bym nie wiedział o Stanisławie Bukowieckim. I nigdy nie napisałbym do redakcji „Encyklopedii powszechnej”, by w tomie z uzupełnieniami ujęli jego postać. Mój argument: dali Bieruta, Bermana i Berię, więc niech dodadzą tego pięknego człowieka. Udało się. Jedyną społecznością, która o nim pamiętała, była adwokatura. W piśmie „Palestra” trzy lata przed naszą rozmową mecenas Strzemieczny zamieścił obszerne omówienie postaci swego dawnego przełożonego. To najrzetelniejsze i najpełniejsze ze znanych mi opracowań. Mając je teraz przed oczami, zaczynam wątpić w sens mego zamiaru pisania o Bukowieckim. Ale przecież gdy układałem i wielokrotnie zmieniałem listę bohaterów tej książki, zawsze na niej był. Niech to mnie broni. Również to, że ilekroć jeździłem na rozprawy w Dąbrowie Górniczej i patrzyłem na stare fabryczne mury, zawsze o nim myślałem. O młodym prawniku, który trafił tu z Warszawy i przez sześć lat, do 1897 roku, odpowiadał za obsługę tutejszej francusko-włoskiej spółki kopalnianej. Była z nim matka, gdyż powoli zaczął tracić wzrok. Szkoda, że fragmenty jego pamiętników zachowane w Bibliotece Narodowej urywają się przed wyjazdem do Zagłębia. Jest Berlin i Paryż, nie ma Dąbrowy. Nie muszę dodawać, że brak tam ulicy jego imienia. Jest za to ulica Gagarina w dzielnicy Gołonóg. Znam tę nazwę, bo pod koniec 1982 roku musiałem tam pojechać po bibułę. Nie byłem pierwszy – wpisałem się w kolporterską tradycję, vide „Bibuła” Piłsudskiego.

Z dąbrowskich spraw pamiętać trzeba, że matka Bukowieckiego, Zofia, wpisała miasto i jego okolice do swojej książki dla dzieci Historya o Janku górniku. Powieść zaczyna się od tego, że osierocony Janek jedzie do ciotki w Dąbrowie, tam przykłada się do nauki, potem udaje się na Śląsk do szkoły sztygarów. Ten Śląsk, choć kilka kilometrów dalej, to było już inne państwo. Nie muszę opowiadać o trójkącie trzech cesarzy, o zbiegu granic, bo o tym każdy wie. Albo nie wie. Ja nie mam wyjścia – wiedzieć muszę, gdyż tam właśnie, blisko kordonu, ale już po niemieckiej stronie, w Słupnej mieszkali moi pradziadkowie. Bo do dzisiaj – choć bez mojego udziału – toczy się sądowy spór z miastem Mysłowice o rodzinny majątek… Wiem też, że w tej sprawie prezes Bukowiecki byłby zasadniczy. Żadnych indywidualnych procesów, ma być ustawa sejmowa! Takie było jego urzędowe stanowisko wobec tysięcznych wniosków o oddanie przez przedwojenną Polskę mienia zagrabionego uprzednio przez Imperium Rosyjskie. Tak uważał jako syn powstańca 1863 roku. Jego ojciec Ludwik, rodem z Wielopolski, absolwent medycyny w Berlinie i Wrocławiu, organizował polowe lazarety oddziałów Langiewicza i Czachowskiego. Zmarł młodo na tyfus – spoczywa w podsandomierskim Opatowie. Zostawił kilkuletniego syna.

Zachowałem zapiski z lektury – książka o Janku, co oczywiste, jest w zbiorach Biblioteki Śląskiej; w tamtejszej czytelni spędziłem nad nią kilka godzin. Czytałem nie całość, ale w miarę dokładnie. Znalazłem w niej coś, o czym nigdy nie zdążyłem powiedzieć Feliksowi Netzowi, tłumaczowi Sándora Máraiego. Otóż ulubioną lekturą piętnastoletniego bohatera były Czarne diamenty Móra Jókaiego. Węgierski pisarz (piszę to sto dwadzieścia lat po jego śmierci) był twórcą, o którym Márai wielokrotnie – zawsze z najwyższym podziwem – pisał. Jedno z takich odniesień przytaczam: „W Jókaim cudowne jest to, że można otworzyć na chybił trafił którąkolwiek z jego powieści i od razu czytamy całe dzieło Jókaiego, całe sto tomów”. Kiedy myślę o Bukowieckim, przenika mnie piękno jego życia – niezmiennie je podziwiam. Również gdy piszę to – i następne – zdania…

Po śmierci męża, Zofia stała się podporą syna. Nieugiętą i niezłomną. Pilnowała jego nauki. Najpierw było gimnazjum w Radomiu. Potem przenieśli się do Warszawy, gdzie Stanisław poszedł na studia prawnicze. Ona zaś, wtedy współpracowniczka kilku pism, pracowała nad powieściami przeznaczonymi dla młodych. To, że przenikały ją idee tamtego czasu, nie wymaga rozwijania. Warto spojrzeć na tytuły: Jak się dusza budziła w Józiu, Historia o Antku rolniku i Młotem i kielnią. Późniejsze lata zaowocowały opracowaniem pamiętników Beniowskiego.

Kiedyś, przy czytaniu wspomnień Janusza Pajewskiego, cenionego historyka, znalazłem u niego niezwykłe fragmenty. Znał doskonale matkę Bukowieckiego i jego rodzinę – córka Bukowieckiego, też Zofia, była uczestniczką jego dziecięcych zabaw. „W domu przy ulicy Żurawiej widywałem często ociemniałego Stanisława Bukowieckiego, znanego adwokata i działacza społecznego. Fascynująca i piękna była to postać – pozostawałem długo pod jej wielkim urokiem”. I zdanie najważniejsze: „Pani Zofia Bukowiecka mówiła kiedyś mojej Matce, że syna swego wychowała tak, aby w czasach niewoli zasłużył nie na order, lecz na szubienicę”.

Wspomnienia te, wydane w 1983 roku, zbiegły się z początkiem powolnego słabnięcia komuny. Kiedy kilka lat później przyszło mi rozmawiać z dawnymi współpracownikami Bukowieckiego – adwokatami Strzemiecznym i Wolińskim – oświeciło mnie, że przecież o nim czytałem. Także o poranku 1 maja 1918 roku, na kilka miesięcy przez niepodległością. Przenieśmy się na kilka chwil do Warszawy tamtego czasu: „Pani Bukowiecka zebrała w tym dniu sporą gromadkę dzieci i w piękny, przystępny sposób mówiła nam, niedorostkom, o przypadającym właśnie święcie [...]. Mówiła, mimo iż sama daleka była raczej od przekonań socjalistycznych, […] a jednak na tak szczególny dla siebie temat dała nam lekcję głęboką i mądrą: lekcję tolerancji i zrozumienia wobec idei i poglądów, których się nie podziela – sztuki w życiu może najtrudniejszej”. Czytałem to pierwszy raz, gdy PRL, oczekując maszerowania w pochodach, nie miał już sił na karanie opornych. Dzieło praktycznej kompromitacji socjalizmu właśnie dobiegało końca...

Podczas studiów prawniczych Bukowiecki związał się z „Zetem”. Była to młodzież z ruchu niepodległościowego – pełna konspiracja, pseudonimy, nielegalne książki, odczyty. Ukończył prawo z dyplomem kandydata – w porządku rosyjskim był to odpowiednik naszego magistra. Po doktorat wyjechał do Heidelbergu. Za granicą utrzymywał kontakty z zetowcami, których było pełno na zachodnich uczelniach. Powróciwszy do Warszawy, rozpoczął aplikację sądową, łącząc ją z pracą w kancelariach adwokackich. Pośród tych zajęć znalazł czas na prowadzenie biblioteki społecznej. Również później doszły sprawy najróżniejszej wagi, którym bezinteresownie się poświęcił. Wybiegając do przodu, podam kilka z nich: Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, Biuro Pracy Społecznej, seniorat Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej, Instytut Oświaty i Kultury im. Żeromskiego. Żadne z nich nie było miejscem, gdzie z łaski i honorowo „zasiadał”. Nic z tego. Każdemu dawał cząstkę swej niebywałej wiedzy i doświadczenia. Nic dziwnego, że Laski istnieją po dziś dzień…

Samodzielną pracę jako adwokat zaczął po powrocie z Dąbrowy. Jak pisze Strzemieczny, „ograniczał się do doradztwa prawnego, sporządzania pisemnych opinii prawnych oraz opracowywania środków odwoławczych do wyższych instancji. Tracony stopniowo wzrok zastępował wybitnymi uzdolnieniami, znakomitą pamięcią i umiejętnością koncentracji”. Wiosną roku 1905, gdy w Cesarstwie Rosyjskim zaczęły się zmiany, pojechał do Sankt-Petersburga na Wszechrosyjski Zjazd Adwokatów. Tam, jako delegat z Warszawy, być może zetknął się z Vladimirem Nabokowem, ojcem autora Lolity. Kilka lat później, w 1912 roku, wydał dwie książki. Ich tytuły – Prawo górnicze na ziemiach polskich i Naród jako podmiot gospodarstwa społecznego – tylko pozornie odnoszą się do odmiennych dziedzin. Za niespełna dekadę oba zagadnienia będą częścią jego obowiązków...

Polityczne związki Bukowieckiego z następcą „Zetu”, Ligą Narodową osłabły. Nie straciło na tym jego przekonanie o sprawczej roli państwa, szanującego prawa obywateli. Tym zasadom będzie wierny do końca życia. Jesienią 1915 roku należy do komitetu obywatelskiego witającego Legiony Polskie wkraczające do Warszawy. Wykłada prawo państwowe jako profesor Wolnej Wszechnicy Polskiej. Kiedy powstały szanse na autonomiczne zawiadywanie Królestwem Polskim, został dyrektorem resortu sprawiedliwości. W tym miejscu warto przypomnieć, że polski Sąd Najwyższy powstał w 1917 roku, a więc jeszcze przed listopadem 1918 roku. Dzięki Bukowieckiemu i jego ówczesnym współpracownikom Polska niepodległa miała już wyszkolony aparat sądowniczy. Jedną z pierwszych decyzji Naczelnika Państwa był dekret z dnia 7 lutego 1919 roku powołujący Prokuratorię Generalną, rozwinięty ustawą z 31 lipca tegoż roku.

Obowiązki urzędowe wykluczały Bukowieckiego z czynnej działalności politycznej. Zdarzały się jednak sytuacje, które to wymuszały. Kiedy jesienią 1923 roku doszło w Krakowie do starć wojska z robotnikami i padły ofiary po obu stronach, zaproponował swoje mieszkanie na miejsce spotkania przywódców stronnictw opozycyjnych, z Dmowskim włącznie. Pisał o tym Stanisław Thugutt: „Nie wierzyłem w celowość tej rozmowy, ale ze względu na powszechny szacunek, jakim cieszył się p. Bukowiecki, zgodziłem się na te próbę”.

Prezesem Prokuratorii został Bukowiecki. I był nim przez cały czas trwania II Rzeczypospolitej. Zmieniały się rządy, był zamach majowy, przyszła sanacja. Dochodziło do sejmowych kłótni, do partyjnych sporów... Jednak nikt nigdy nie domagał się jego dymisji. Niewiarygodne to, ale i znamienne. Rolą Prokuratorii było – używając najprostszych wyjaśnień – reprezentowanie Skarbu Państwa i państwowych instytucji w procesach sądowych i innych postępowaniach. Tyle i aż tyle. Polska, od niedawna wolna, odziedziczyła po zaborach trzy rozmaite porządki prawne. Rodziło to mnóstwo problemów prawnych, dotykających zwykłych ludzi, jak i instytucji państwowych. Ilość spraw szła w dziesiątki tysięcy – w 1935 było ich około 70 tysięcy. Kadra, którą kierował Bukowiecki, była dobrze dobrana i kompetentna. Strukturę Prokuratorii cechowała prostota: prezydium w stolicy i dziesięć oddziałów w kraju. Podobnie wyglądał rozdział funkcji: prezes, prezesi oddziałów, radcy i referendarze. Bukowieckiemu w jego codziennym, osobistym podpisywaniu dokumentów asystowali zawsze dwaj urzędnicy, z których jeden referował sprawę. Narady były krótkie i rzeczowe, zawsze punktualnie rozpoczynane. Rozmawiałem kiedyś z adwokatem reprezentującym przed wojną dobra książąt Sanguszków. Codziennością mecenasa Antoniego Sanowskiego były spory związane z własnością gruntów, lasów, etc. To od niego usłyszałem w Tarnowie: „Proszę pana, gdy w sprawie pojawiał się prawnik z Prokuratorii, to nie mieliśmy tam już czego szukać”. Kapitulacja połączona z szacunkiem dla fachowości przeciwnika. Będąc świadkiem, zapisałem jej treść. I przekazuję dalej.

Prócz prezesury, była również wiceprezydentura. Bukowiecki należał do grona czterdziestu czterech wybitnych prawników powołanych do Komisji Kodyfikacyjnej RP. Czytający to nieprawnik może się zdziwić, że dopiero w połowie lat trzydziestych udało się, acz nie w całości, ujednolicić polskie ustawodawstwo. Ktoś to musiał przygotować… W Komisji powstały wydziały zajmujące się różnymi dziedzinami prawa. Od karnego, przez cywilne, po przepisy proceduralne. Bukowiecki był w wydziale cywilnym. Zachowało się wspomnienie z tego czasu: „Posiedzenia pod jego przewodnictwem rozpoczynały się z żelazną punktualnością, trwały z reguły trzy i pół godziny i nie były ani na chwilę przerywane. Kiedyś prof. Fryderyk Zoll, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wszedł w jakieś dwie minuty po rozpoczęciu posiedzenia. Zarumieniony, tłumaczył się jak student”.

Kiedy po klęsce wrześniowej podziemne władze zaczęły tworzyć sądy, Stefan Korboński, związany z Delegaturą Rządu na Kraj, udał się do Bukowieckiego. Wiedział, do kogo idzie, bo przed wojną pracował w Prokuratorii. „I z tego okresu zachowałem dla Bukowieckiego wprost uwielbienie, które – jestem pewien – dzieli ze mną większość osób znających tego czystego jak łza człowieka, bardzo wybitnego prawnika, przede wszystkim wielki autorytet moralny, którego nadzwyczajnych właściwości duszy i charakteru – ślepota, jaką był od dłuższego czasu dotknięty, nie tylko nie osłabiła, ale wręcz przeciwnie – rozwinęła”. Przedmiotem rozmowy była propozycja, by został przewodniczącym sądu w Warszawie. Odmówił. „Bóg mi świadkiem, że nie chodzi mi o te nędzne resztki życia, jakie mi zostały. Z radością bym je oddał krajowi. Ale jestem ślepy i wobec tego nawet w normalnych warunkach nie mógłbym sądzić człowieka, a cóż dopiero w takich, gdzie na osobie sędziego spoczywać będą kilkakrotnie większe obowiązki”. Uznał jednak potrzebę powstania tych sądów. Prosił, by sędziów dobierano „bardzo starannie”. „Jacy to będą ludzie, takie będą te sądy”. Korboński opuszczał mieszkanie bez poczucia zawodu. „Pozostał jednak jeden wielki zysk – błogosławieństwo Bukowieckiego dla podziemnego wymiaru sprawiedliwości”. Nie tylko w tej sprawie jego zdanie traktowano z atencją. Podobnie było wcześniej, pod koniec 1939 roku. Było już wiadomym, że Niemcy w GG zezwolą zwykłym polskim sądom na działanie w ograniczonym zakresie. Zrodziły się oczywiste wątpliwości, i prawne, i etyczne. W rozmowie z wysłannikami adwokatury Bukowiecki miał powiedzieć, że nie ma innego wyjścia. Że polscy sędziowie mają wrócić do swoich sądów. Lepiej oni, niż obcy… Sprawie tego sądownictwa poświęciłem kilka lat, odbywając dziesiątki rozmów, czytając tyleż książek. Moja kilkunastostronicowa rozprawka została opublikowana w Paryżu u Jerzego Giedroycia. W polskiej prasie, z najróżniejszych przyczyn, nie było miejsca dla Sędziów w podbitym kraju. Teraz tekst jest powszechnie dostępny, wisi w internetowej chmurze. Pozwolę sobie na autocytat: „Radzono się osób, które były niekwestionowanymi autorytetami środowiska – należał do nich m. in. Stanisław Bukowiecki, ociemniały prezes Prokuratorii Generalnej – jednej z najwspanialszych instytucji publicznych międzywojnia (do dziś dnia nie odtworzonej, a będącej stale elementem żenującego sporu w łonie koalicji i parlamentu)”. Uzupełniam zapis z roku 1998: Prokuratoria powstała na nowo w 2006 roku. Istnieje nadal. I nie zapomniała o pierwszym szefie, poświęcając mu nie tylko rozbudowany biogram, ale i szereg załączników. Są widoczne na stronie www, można je bez trudu otworzyć. Tamże znajdziemy treść jego przysięgi z 27 sierpnia 1917 roku, w której przyrzeka „Ojczyźnie i Narodowi Polskiemu z całej duszy wiernie służyć, pożytek Państwa Polskiego i dobro publiczne, według najlepszego rozumienia, zawsze mieć przed oczyma”. Jest tam również dokument, którego odczytanie zmusza do ponownej lektury. Otóż premier rzędu Ignacy Jan Paderewski w piśmie z datą 31 marca 1919 roku powiadamia Bukowieckiego o nominacji na szefa Prokuratorii na papierze z nagłówkiem... „Prezydent Ministrów Królestwa Polskiego”.

Przedwojenny leksykon biograficzny Stanisława Łozy zawierający biogram Bukowieckiego podaje, że urodził się „we Włonicach, woj. kieleckie”. Postanowiłem to sprawdzić, bo w większości opracowań jest Opatów. Tym bardziej, że byłem w tym miasteczku kilka razy, a o Włonicach nigdy nie słyszałem. Pierwsze wieści były podwójnie zachęcające: są dwie takie wioski, i to blisko siebie. Ta „nasza” należy do powiatu opatowskiego, nazywa się dzisiaj Wlonice, stamtąd do Opatowa jest kilkanaście kilometrów, najbliższy kościół jest w Bidzinach. Rozmawiałem z wlonickim sołtysem: wioska liczy około dwustu mieszkańców, dawny dworek – od czasów powojennych – jest blokiem mieszkalnym. Posłałem też natychmiast zapytanie o metryki chrztu do Bidzin i z ostrożności też do Opatowa. Nie czekając na odpowiedź, skontaktowałem się z Maciejem Gemrą, odpowiedzialnym za historię Prokuratorii. Oto jego pomocna wiadomość: „Na studiach uczono mnie, że częstokroć staramy się dostrzec w krytyce źródła coś nadzwyczajnego, gdy tymczasem proste, logiczne wytłumaczenia nam umykają. Ab ovo,matką Stanisława Bukowieckiego była Zofia zd. Jaxa-Konarska, żona dr Ludwika Bukowieckiego. Siostrą Zofii była Helena, która w roku 1860 wyszła za mąż za Władysława Gerarda Świeżyńskiego. Małżeństwo zamieszkało początkowo w Górach Wysokich (pow. sandomierski), następnie zaś w Wlonicach (pow. opatowski). Najpewniej więc mały Staś urodził się w domu swojej ciotki Heleny”. To nie koniec… Rok po Stanisławie rodzi się w tychże Włonicach Józef Świeżyński, po latach ostatni premier rządu powołanego przez Radę Regencyjną. Obaj panowie byli więc kuzynami! Pozostaje mi czekać na wiadomości z parafii. O ile nadejdą…

Zastanawiałem się nad przedstawieniem prywatnego życia Bukowieckiego. Nie umiałbym opisać jego domowych dramatów. Uznałem – szczerze, najzwyklej – że nie podołam. Pomogły mi archiwalia Prokuratorii. W „Wykazie stanu służby”, w rubryce „stan rodzinny” czytamy, że ożenił się z Heleną z domu Słąnka (tak zapisane) w roku 1904 roku, ślub był w Goworowie koło Ostrołęki. Po dwóch latach urodziła im się córka, Zofia. Owdowiał po sześciu latach. W opiece nad dzieckiem miał niezastąpiona pomoc ze strony swojej matki. Córka zmarła młodo, w 1929 roku. Ożenił się ponownie. Druga żona, Zofia dedomo Piasecka, zmarła krótko przed wybuchem wojny. Mówimy, że rękopisy nie płoną. Wiemy, że dokumenty naznaczone smutkiem nie giną...

We wrześniu 1939 roku jego mieszkanie na Żurawiej uległo zniszczeniu podczas nalotów. Przeniósł się na Mokotów, tam, gdzie dotarł Korboński, i został przyjęty w „skromnie umeblowanym pokoju, zastawionym bibliotecznymi szafami”. Dokumentacja archiwalna na tym się kończy – podczas okupacji Prokuratoria nie działała. W gestapowskiej księdze osób poszukiwanych Bukowiecki jest imiennie wpisany, z niewielkim błędem (Bukowieckie), z podobną niedokładnością w podaniu funkcji (PresesderGeneralprokuratur). Samo umieszczenie na liście nie przesądzało natychmiastowego aresztowania, aparat terroru dopiero się sposobił do okrucieństw na pełną skalę.

Pod koniec czerwca 1940 roku skapitulowała Francja. Jej klęska była ciosem dla liczących na załamanie Niemiec – dla rządu na emigracji, społeczeństwa, zwykłych ludzi. Koniec, dramat, sama Anglia nic nie poradzi, nikt nam nie pomoże... Bukowiecki zdecydował. Poprosił o zdobycie trucizny. Prośbę spełnił jeden z dawnych współpracowników, Henryk Woliński. Jego nazwisko poznałem latem 1986 roku z ust mecenasa Strzemiecznego, gdy Woliński nie żył już od paru miesięcy. Moja z nim rozmowa odbyła się jesienią 1985 roku – nie było w niej słowa o ampułce. Pisze Strzemieczny o Bukowieckim: „Podjętą przez siebie, po załamaniu się Francji, próbę samobójstwa tłumaczył obawą, że wobec przeciągającej się wojny i złego stanu zdrowia mógłby być ciężarem dla najbliższego otoczenia”. Wiemy, że przeżył. Nie znamy szczegółów. Ktoś musiał znaleźć otrutego, pomóc, wezwać lekarza, czuwać przy odratowanym... Woliński nie zostawił wspomnień, Strzemieczny – jako dowódca placówki AK w Końskich – był poza stolicą, dwaj najbliżsi pomocnicy Bukowieckiego i zarazem jego sekretarze – Czesław Święcicki i Zbisław Dudek – zostali zamordowani przez Niemców. Nie przeżył też nikt z rodziny Szymona Rundsteina, której Bukowiecki pomagał do czasu przesiedlenia ich do getta. Próbowałem odszukać Czesława Święcickiego na liście więźniów KL Auschwitz. Nie było nikogo o tych personaliach. Znalazłem natomiast Andrzeja Święcickiego. Student z Warszawy, rocznik 1920, nr obozowy 5130, przywieziony we wrześniu 1940, zmarł po trzech miesiącach. Czy to był sekretarz Bukowieckiego? Tylko sam Bukowiecki mógłby to rozsądzić. Wiemy, że próbował ratować swego pomocnika, uruchomił wszystkie możliwe kontakty, ale bez skutku. Chłopak nie wrócił. Jak tysiące innych...

Bukowiecki zmarł 9 lutego 1944 roku. W tym samym dniu generał de Gaulle stanął na czele armii Francji Walczącej. Kraj, którego klęska pchnęła kiedyś Bukowieckiego do próby samobójczej, odrodził się w dniu jego zgonu. Tak samo jak dzień jego narodzin – 27 kwietnia – przypadł w rocznicę wymarszu Joanny d’Arc na pomoc oblężonemu Orleanowi.

Bibliografia

Zofia Bukowiecka, Historyja o Janku górniku, Kraków 1907

Marta Bolińska, Kobiet 3 portrety. Pisarki z regionu świętokrzyskiego, Kraków 2009

Leon Chajn, Kiedy Lublin był Warszawą, Warszawa 1964

Czy wiesz kto to jest?, red. Stanisław Łoza, Warszawa 1938

Maciej Gemra, Pracownicy przedwojennej Prokuratorii Generalnej RP i ich dalsze losy, „Głos Prawa. Przegląd Prawniczy Allerhanda” t. 5, nr 2, 2022

Stefan Korboński, W imieniu Rzeczypospolitej, Warszawa 1991

Kamil Niewiński, Problem zastępstwa procesowego Skarbu Państwa w pierwszej dekadzie Polski Ludowej, „Z Dziejów Prawa” t. 11, nr 2, 2018

Janusz Pajewski, Przeszłość z bliska, Warszawa 1983

Krzysztof Pol, Stanisław Bukowiecki, [w:] tegoż, Poczet prawników polskich, Warszawa 2000

Krzysztof Pol, Stworzyła prawo nowoczesne do dziś (O Komisji Kodyfikacyjnej), „Rzeczpospolita” z 3–5.4.1999

Stanisław Strzemieczny, Stanisław Bukowiecki, „Palestra” nr 1–2, 1983

Marian Sworzeń, O Bukowieckim, „Nowe Zagłębie” nr 5, 2011

Marian Sworzeń, Prywatny dziennik ustaw, Radzionków 2004

Stanisław Thugutt, Autobiografia, Warszawa 1984

Sonderfahndungsbuch Polen, Berlin 1939, reprint, opr. Grzegorz Bębnik, Katowice 2019

Jan Zakrzewski, Stanisław Bukowiecki, Internetowy Miesięcznik Tyflospołeczny „Wiedza i Myśl” nr 11, 2009

portal Prokuratorii Generalnej: www.prokuratoria.gov.pl

Czaadajew

O Piotrze Jakowlewiczu Czaadajewie nic nowego napisać nie można. Ma swoje szczegółowe biografie, jego poglądom poświęcono dokładne opracowania, w Rosji wydano wszystkie jego pisma – polski czytelnik ma dostęp do większości z nich. Nie znaczy to bynajmniej, bym zrezygnował w tym tekście z nawiązań do jego żywota, dzieł i przemyśleń – wprost przeciwnie: uczynię to kilka razy. To jednak, co napiszę na samym początku, przydarzyło się tylko mnie. Także Czaadajewowi, tyle że dwa wieki wcześniej. Nasze – nie baczące na upływ czasu – drogi przecięły się ponownie. Pierwszy raz zdarzyło się to w Rosji, kiedy latem 2013 roku byłem w Petersburgu. Po kilku latach sytuacja powtórzyła się, ale w innej scenerii i w innym miejscu…

Jesienią 2019 roku, dokładnie 22 października, pojechałem samochodem z Mikołowa do Opawy, czeskiego miasta leżącego blisko granicy, około trzydziestu kilometrów od Raciborza. Rozpoczynając drogę, przejechałem blisko mikołowskiego kościoła świętego Wojciecha, zaś u celu podróży, kiedy postawiłem auto na parkingu, w pobliżu zobaczyłem kostelsvatogoVojtecha.

Jesienią 1820 roku, dokładnie: 21 października, Czaadajew wyruszył krytą kolaską z Petersburga do Troppau – tak wtedy nazywało się to miasto, położone wówczas w Cesarstwie Austrii. Jechałem sam, miałem przed sobą około stu kilometrów i półtorej godziny jazdy. Czaadajew jechał z lokajem, miał przed sobą dwa tygodnie podróży. Wróciłem do domu tego samego dnia, pod wieczór. Powrót Czaadajewa do stolicy Imperium nastąpił w połowie listopada. Celem mojego prywatnego wyjazdu było zobaczenie miasta, które zamierzałem opisać. Przedmiotem misji Czaadajewa była sprawa urzędowa, o której należało milczeć. Obszedłem Opawę w zwykły, powszedni dzień. Czaadajew był tam wtedy, gdy miasto żyło przybyciem koronowanych głów. W okresie mojej rajzy Polską od pięciu lat rządził PiS, prezydentem Rosji był Władimir Putin. Podczas drogi Czaadajewa Polski od dwudziestu pięciu lat nie było, carem Rosji był Aleksander I.

Teraz kilka słów o okolicznościach, które sprawiły, że nasz bohater odbył tak długą drogę. Zacznijmy jednak od samej trasy…Nie była to bynajmniej najdłuższa z jego życiowych wypraw – w 1814 roku, razem z armią rosyjską, przeszedł od Wilna przez Prusy do Paryża, w 1823 roku wyruszył na trwający kilka lat objazd Europy, rozpoczęty ośmiodniowym rejsem z Petersburga do Anglii. Te dane o morskiej podróży podałem dla porównania jego drogi z 1820 roku. Odległość w prostej linii do Opawy to około tysiąc czterysta kilometrów, zaś – gdyby spojrzeć na dzisiejsze drogi lądowe – to około tysiąc sześćset kilometrów. Głównymi punktami jego drogi były następujące miasta: Psków, Wilno, Warszawa, potem zagranica: Kraków (lub jego okolice) i cel: Troppau. To, że nie było wówczas bitych i prostych dróg, to oczywiste, ale był system podróżowania, który pozwalał na orientację i dotarcie na miejsce. Otóż Imperium Rosyjskie miało sieć kuriersko-pocztową, która umożliwiała przejazd metodą przesiadek lub inaczej – rozstawnymi końmi. Kurier pocztowy lub wojskowy, zwany feldjegrem, pędził konno kilkadziesiąt kilometrów i gdy wierzchowiec ledwo dychał, zmieniał go na stacji, by gnać dalej. Dysponujemy opisem takiego katalogu, liczącego prawie pięćset stron, z mapami i odległościami między stacjami – jest tam wzmianka, że zwykli pocztowcy mają jechać cały dzień z prędkością około dziesięciu wiorst na godzinę, natomiast kurierzy mają pędzić tak szybko i długo, skolkosijebudietwozmożno. Wiemy, że Czaadajew nie musiał się nadmiernie spieszyć – wiózł wiadomość o tym, co już się zdarzyło i miało swój finał, ale też nie mógł zwlekać – był wojskowym, wykonywał rozkaz. Załóżmy więc, że jechał z prędkością ówczesnych listonoszy, przyjmijmy też, że – była już jesień, więc krótsze dni – jechał codziennie od ósmej rano do szóstej po południu, czyli odliczając na przerwę w drodze, dziewięć godzin. Daje to dziennie około stu kilometrów. Wobec tego wychodzi nam na to, że dotarł na miejsce około piątego listopada. Tam się oporządził, spotkał z carem, obejrzał miasto i ruszył z powrotem. W historiografii można znaleźć informację, że szybciej od Czaadajewa gnał posłaniec ambasady Austrii z wiadomością dla Metternicha i zdążył do Troppau wcześniej od naszego bohatera. Skutkiem tego car dowiedział się o sprawie (o niej za chwilę) od austriackiego kanclerza, który w swoich zapiskach odnotował rozmowę z rosyjskim monarchą odbytą 3 listopada. Nie wpływa to na nasze obliczenia, a co więcej – wcale ich nie przekreśla.

Jaką wiadomość wiózł Czaadajew? Dlaczego właśnie on? Co takiego stało się w Petersburgu jesienią 1820 roku, skoro do powstania dekabrystów było jeszcze dobrych pięć lat? Postaram się odpowiedzieć, to sprawa bowiem mało znana i gdyby nie jej powiązanie z Czaadajewem, pewno by mnie nie zainteresowała. Nie dziwię się też jej nieobecności w popularnych opisach historii Imperium. Wszyscy wiemy o grudniowym buncie w 1825 roku i losie jego uczestników, lecz o niepokojach w gwardyjskim Pułku Siemionowskim w 1820 – nic (i nie musimy się tego wstydzić).

Pułk powstał za czasów Piotra I. Jego oficerami byli wyłącznie członkowie najważniejszych rodzin szlacheckich w Rosji, w tym przodkowie Czaadajewa. Piotr Jakowlewicz wstąpił w pułkowe szeregi w grudniu 1811 roku, po studiach na uniwersytecie moskiewskim. Jednostka miała tytuł lejbgwardii, co znaczyło, że jest pod bezpośrednią pieczą cara lub któregoś z wielkich książąt. Po kampanii 1812 roku, po wejściu do Paryża wiosną 1814 roku pułk powrócił do koszar nad Newą (w tym czasie Czaadajew był już w innej jednostce, u huzarów w Nowym Siole). Czasy były spokojne, pokonany Napoleon mieszkał na wyspie św. Heleny, Europą rządziło Święte Przymierze – na wojskową codzienność składało się czyszczenie broni, musztra i to co w armii najważniejsze: wykonywanie rozkazów przełożonych. I oto wiosną 1820 roku wielki książę Michał wyznaczył nowego dowódcę pułku. Tenże, stary frontowiec nazwiskiem Szwarc, wprowadził rządy odpowiadające jego doświadczeniu z niedawnej wojny – marsze, strzelanie, a po ćwiczeniach, parady równo „noga w nogę”. Nie spodobało się to żołnierzom, z niechęcią patrzyli na to oficerowie – Czaadajew w liście do brata nazwał nominację nowego dowódcy „złym żartem”. Szemranie narastało, i choć głos prostego sołdata pozostawał bez znaczenia, to jednak inaczej wyglądało, kiedy poczęli narzekać starzy żołnierze-weterani, służący od dziesiątek lat. Wydarzenie inicjujące bunt nastąpiło w połowie października, kiedy to Szwarc kazał wybatożyć kilkunastu wojaków za to, że nie opuścili szeregu. Nie zrobili tego mimo rozkazu Szwarca. Tenże, widząc, że jeden z szeregowców wpadł do szeregu z niedopiętym mundurze, opluł go i kazał mu wystąpić. Polecił to też innym. Nie posłuchali. Wieczorem pozostali żołnierze zwrócili się do oficerów, by wnieśli do przełożonych o zmianę dowódcy. To już był bunt! Nie padł ani jeden strzał, ale było jawne nieposłuszeństwo. Przyjechała komisja śledcza, generałowie przesłuchiwali żołnierzy. Szło o znalezienie przywódców. Niepokój rósł, o pułku zaczęto mówić na mieście, sprawą interesowali się wojskowi z innych oddziałów. Na domiar złego wybito szyby w kwaterze dowódcy. Generał-gubernator Petersburga Miłoradowicz zażądał raportowania na bieżąco. Sprawę trzeba było szybko załatwić, i to własnymi siłami – najważniejszej osoby nie było na miejscu. Car przebywał wtedy w Austrii na zebraniu Świętego Przymierza (radzono nad niepokojami, które wybuchły w Neapolu). Zdecydowano co następuje: najprostszym sposobem izolacji starego i znanego pułku będzie wyprowadzenie go za mury miasta. Było gdzie – od niespełna dziesięciu lat Rosja miała zdobytą na Szwedach Finlandię. Tam też postanowiono rozlokować trzytysięczny pułk. Ale nie w całości – każdy batalion w innym miejscu. Prawosławne, rosyjskie wojsko miało mieć wokół siebie obcojęzyczną, luterańską ludność.

Tak się przedstawiała decyzja władz wojskowych. Co na to sprawca całego zamieszania? W jednej z biografii Czaadajewa czytamy, że pułkownik Szwarc, bezkrytyczny wobec swojego zachowania, zarzucał oficerom, że nie wykazali odpowiedniej twierdosti. Z tej przyczyny postanowił przekazać władcy detale za pośrednictwem swego adiutanta. Na jego decyzję wpłynęło i to, że dowiedział się, iż armia zamierza powiadomić cara Aleksandra o przyczynie niepokoju. Miało nią być niebłogorodnoje inieostorożnoje powiedienje Szwarca.

Podczas wieczornego spotkania z carem Czaadajew wypełnił swoją misję, opowiadając o tym, co się przydarzyło. Po latach opowiedział przyjacielowi o pytaniu, które na początku audiencji padło z ust władcy. Zapytał mianowicie, czy wymarsz ukaranej jednostki był widziany z balkonów przez zagraniczny korpus dyplomatyczny. Odpowiedź była zadowalająca: „Wasza Wysokość, oni nie mieszkają przy Nadbrzeżu Newskim”. Można powiedzieć, że było to zapytanie symboliczne. Szło o tajemnicę. Niech się dzieje co chce, byle inni o tym nie wiedzieli… Kilkanaście lat później de Custine, odwiedzając Rosję już po rządami następcy Aleksandra – Mikołaja, napisze o nieustannych napomnieniach zachowania tajemnicy. Nie dyskrecji, ale tajemnicy właśnie.

Czaadajew wrócił do Rosji z carskim rozkazem rozformowania pułku oraz wcielenia żołnierzy i oficerów do innych jednostek, sam zaś złożył podanie o dymisję. Jej powody są przyczyną sporów, które trwają do dziś. Jedni mówią, że odebrał argumenty tym, co rozpowiadali, że sam się zgłosił na wyjazd, by zyskać pochwałę przełożonego i pokazać się carowi, inni zaś – że zawczasu to zaplanował. Odejście ze służby nie oznaczało przejścia na emeryturę (takowe wtedy nie istniały), lecz na własne utrzymanie. Z tym nie było problemów, jako że Piotr Jakowlewicz był właścicielem wioski Bolszyje Lichaczi w powiecie arzamaskim, gdzie pracowali na niego kriepostnyje (wedle spisu samych mężczyzn było czterystu sześćdziesięciu jeden). Majątkiem się nie zajmował, zarząd zostawił bratu, który co jakiś czas posyłał mu pieniądze na koszty kilkuletniej podróży po Zachodniej Europie. Po prawie czterech latach dostatniej włóczęgi zdecydował się na powrót do domu. Po kuracji w Karlsbadzie i pobycie w Dreźnie, spędził – z powodu choroby – dwa tygodnie w Warszawie, o czym wielki książę Konstanty, na podstawie o raportów swych szpiegów, powiadomił pisemnie stolicę. Na granicy Cesarstwa, w Brześciu Litewskim, musiał odczekać prawie miesiąc, bo sprawdzano jego papiery, a na koniec przeprowadzono formalne przesłuchanie (znamy jego datę – 26 sierpnia 1826 roku). Nikt się temu nie dziwił ani nie oponował, każdy bowiem poddany Imperium był z natury podejrzewany o nielojalność. Śledczy upewniał się, czy aby Czaadajew nie ma jakiś związków z masonerią. To, że kiedyś do niej należał, było wiadomo, ale teraz, jak zapewnił, nie ma z lożami żadnego związku. Dodam tu wzmiankę, która winna polskiego czytelnika zainteresować: otóż masońska inicjacja Piotra Czaadajewa miała się odbyć w… Krakowie. Dlaczego tam właśnie, kiedy dokładnie, czy przyjęto jego samego czy również innych Rosjan? – to robota dla badaczy. Przypuszczam, że stało się to podczas powrotu zwycięskiej armii, kroczącej niespiesznie z Francji do Rosji.

Ominęło go powstanie dekabrystów, nie widział kaźni jego przywódców – był więc poza podejrzeniami. Żył samotnie, jeśli wychodził – to do Klubu Angielskiego. Wolny od obowiązków – myślał, czytał, notował, pisał. Rozważał nad chrześcijaństwem – skierował niejedno gorzkie słowo wobec prawosławia i Cerkwi, a wiele dobrych wobec katolicyzmu (z tego powodu zostanie wymieniony przez Jana Pawła II w encyklice „Fides et ratio”). Ciesząc się sławą niezależnego umysłu, zaczął pisywać do periodyku „Teleskop”, skupiającego czołowe pióra literackiej Rosji. Pisał po francusku – wszak był to język elit (kilka dziesiątków lat później, podczas powstania styczniowego w Polsce, korespondencja cara z generałami odbywała się w tym właśnie języku). I wtedy wydarzyło się coś, co po dziś dzień zna każdy zajmujący się historia tego państwa w XIX wieku. Oddajmy głos Aleksandrowi Hercenowi: „Mówić było niebezpiecznie, ale też nie miano jeszcze nic do powiedzenia; nagle po cichu podniosła się jakaś postać i poprosiła o głos”. To rok 1836. Owa postać to nasz bohater, po cichu – bo nie publicznie, ale w piśmie – czytanym przez kilka tysięcy ludzi, a z przejęciem – przez kilkuset. Rzecz w tym, że pośród tych ostatnich byli również carscy urzędnicy, także z III Oddziału zajmującego się zawartością ludzkich głów.

To, co napisał Czaadajew o swojej ojczyźnie, było – w swej surowości – osądem apokaliptycznym. Apokaliptycznym w pełnym znaczeniu tego słowa. Czyli – objawieniem prawdy. Z jedną różnicą, że nie wygłoszonym na wyspie Patmos, ale w Moskwie, nazwanej miastem umarłych – Nekropolis. Wynikało z niego, że Rosja to państwo, które nic nie wniosło do światowej wspólnoty. Że Rosjanie jako społeczność zawsze izolują się od innych narodów. Że fundamenty ich politycznej struktury są zanurzone w przeszłości sięgającej do panowania Tatarów. Że w jego ojczyźnie z trudem odkrywa się prawdy, znane gdzie indziej od wieków. Że znane są tam cnoty narodów nowych, ale nie ma żadnej z zalet, które są udziałem starych nacji. Że nie ma tam żadnych trwałych zasad poza płynnością wszelkich osądów i pesymistycznym zwątpieniem. Że Ruś – nazywająca się Świętą – wydała Cerkiew, która nigdy nie podjęła walki z poniżeniem i niewolą chłopskich mas. I tak przez dziesiątki stron...

Wszystkie urzędnicze instancje obu stolic, starej i nowej, ożyły. Wszystkie! Bodaj pierwszym resortem, który się tym zajął, było ministerstwo kierowane przez Uwarowa, zwane popularnie ministerstwem oświaty, ale takim być nie mogło, bo ogromne państwo miało kilka lichutkich uniwersytetów, zaś przysłowiowe dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności nie wiedziało, co to szkoła – ludzi przeznaczonych do wykształcenia wysyłano po naukę do Europy Zachodniej. W każdym razie to hrabia Uwarow miał przekazać carowi pierwsze informacje o tym, co się czyta w salonach Moskwy i Petersburga. Monarcha podsumował swoją lekturę diagnozą natury polityczno-medycznej: „Przeczytawszy artykuł, znajduję, iż jego treść stanowi mieszaninę zuchwałych niedorzeczności, godnych wariata”. Sprawa się skomplikowała. Jakże to? Wariat, a czytany, słuchany, w dodatku – poważany… Ale cóż, trzeba się tego trzymać. Jeśli więc chory, trzeba jego przypadłość leczyć – zesłanie odpada, skoro nie było jasno zalecone. W tej sytuacji hrabia Benkendorff, ówczesny szef spraw wewnętrznych, skierował do generał-gubernatora Moskwy pismo, w którym zaleca udzielenie Czaadajewowi „wszelkiej pomocy i opieki medycznej”. Gubernator sformował dwójkę w składzie lekarz i policjant, która udała się do chorego. Nie tyle stwierdziła chorobę (tę wykrył już wcześniej imperator), co ją potwierdziła. I zapowiedziała jej regularne potwierdzanie – co tydzień, w mieszkaniu „chorego”. Jak te badania wyglądały, jak gęste były opary idiotyzmu i absurdu? Zadawałem sobie wielokrotnie te pytania i z nich powstała moja sztuka o Czaadajewie, którą w 2007 roku wystawił Teatr Polskiego Radia. Jego kierownikiem literackim był wówczas Wacław Tkaczuk. Kiedy piszę te słowa, na moim biurku leży rosyjska rzecz o Czaadajewie podarowana mi przez Wacława. Mówił mi wtedy o rozdawaniu swoich książek w przeczuciu bliskiej śmierci. Chciał, żeby żyły... Również ta, autorstwa Borysa Tarasowa, wydana w Moskwie w 1986 roku w nakładzie stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Dziękuję, Wacławie, muszę wrócić do czytania Twoich wierszy. By żyły...