Nie mów, że się boisz - Giuseppe Catozzella - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Nie mów, że się boisz ebook i audiobook

Giuseppe Catozzella

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Samia, mała dziewczynka z Somalii, pragnie spełnić swoje marzenia w kraju, gdzie coraz głośniej przemawiają broń i język gwałtu. Dlatego trenuje bieganie na pustym stadionie – po zmroku, w obawie przed oskarżycielskim wzrokiem fundamentalistów.

Pierwsze sportowe sukcesy przynoszą jej kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Ma wtedy zaledwie siedemnaście lat. Choć dobiega do mety jako ostatnia, dla muzułmańskich kobiet na całym świecie staje się symbolem. I nabiera apetytu na więcej.

W ojczyźnie jednak nie może się dalej rozwijać, dlatego pewnej nocy, w pogoni za wolnością i marzeniem olimpijskiego zwycięstwa, wyrusza samotnie w długą podróż. Przemierza osiem tysięcy kilometrów, aby przez Saharę dotrzeć do Libii, a stamtąd drogą morską przedostać się do Włoch…

Giuseppe Catozzella poświęcił wiele miesięcy, by odkryć życie prawdziwej Samii i pozwolił dziewczynie przemówić jej własnym głosem na kartach tej niezwykłej powieści. W tym głosie – w tym zwiewnym „ja”, pełnym mocy i niezwykłej czystości – splatają się wstrząsające doświadczenia Samii, jej najskrytsze marzenia i przeznaczenie, jakie zgotował jej los.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 53 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Natalia Stachyra

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Non dirmi che hai paura

Prze­kład z ję­zyka wło­skiego: To­masz Kwie­cień

Co­py­ri­ght © Giu­seppe Ca­toz­zella, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

Re­dak­cja: Pa­weł Cie­śla­rek

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-851-1

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

1.

Tego ranka, kiedy Ali i ja zo­sta­li­śmy bra­tem i sio­strą, pa­no­wał nie­zno­śny upał. Schro­ni­li­śmy się przed nim w ską­pym cie­niu drzewa aka­cjo­wego.

Był pią­tek, dzień świą­teczny.

Bieg był długi i mę­czący, oboje ocie­ka­li­śmy po­tem. Z dziel­nicy Bo­on­dhe­ere, gdzie miesz­ka­li­śmy, prze­bie­gli­śmy pro­sto na sta­dion Ko­onis, nie za­trzy­mu­jąc się ani razu. Sie­dem ki­lo­me­trów wą­skimi ulicz­kami, które Ali znał jak wła­sną kie­szeń, w pro­mie­niach słońca tak pa­lą­cych, że mo­gły roz­ta­piać ka­mie­nie.

Mie­li­śmy w su­mie szes­na­ście lat, po osiem na głowę, a uro­dzi­li­śmy się w od­stę­pie trzech dni. Ali miał ra­cję – mu­sie­li­śmy być ro­dzeń­stwem, choć na­le­że­li­śmy do ro­dzin, które nie po­winny się do sie­bie od­zy­wać na­wet sło­wem, ale mimo to miesz­kały wspól­nie w jed­nym domu i dzie­liły się wszyst­kim.

Sie­dzie­li­śmy pod tą aka­cją, żeby zła­pać od­dech i choć tro­chę się orzeź­wić, uty­tłani po sam ty­łek drob­nym bia­łym py­łem, który pod­no­sił się z ulic przy naj­lżej­szym po­wie­wie wia­tru, kiedy ni stąd, ni zo­wąd Ali wy­sko­czył z tym po­my­słem o aba­ayo.

– Chcesz być moją aba­ayo? – za­py­tał, wciąż jesz­cze dy­sząc, z rę­kami na pro­stych, ko­ści­stych bio­drach ukry­tych pod nie­bie­skimi spoden­kami, które no­sili po ko­lei wszy­scy jego bra­cia, za­nim wresz­cie tra­fiły do niego. – Chcesz być moją sio­strą?

Znasz ko­goś przez całe ży­cie i je­śli to dla cie­bie ważna osoba, to przy­cho­dzi taka chwila, od któ­rej ten ktoś bę­dzie już na za­wsze twoją sio­strą albo bra­tem.

Zwią­zani na całe ży­cie przez jedno słowo – tym się sta­jemy.

Po­pa­trzy­łam na niego z ukosa, nie da­jąc po so­bie po­znać, co my­ślę.

– Pod wa­run­kiem, że mnie zła­piesz – po­wie­dzia­łam na­gle i rzu­ci­łam się bie­giem, tym ra­zem w stronę na­szego domu.

Ali mu­siał dać z sie­bie na­prawdę wszystko, bo po kilku kro­kach udało się mu chwy­cić mnie za ko­szulkę i po­wa­lić. Oboje zna­leź­li­śmy się na ziemi: on na mnie, w pyle, który le­pił się do wszyst­kiego, do potu na­szych ciał i do lek­kich ubrań.

Była już nie­mal pora obia­dowa, wo­kół ży­wej du­szy. Nie pró­bo­wa­łam się uwol­nić, nie opie­ra­łam się. To była za­bawa.

– A więc? – za­py­tał, na­gle po­waż­nie­jąc. Czu­łam na twa­rzy jego go­rący od­dech.

Na­wet na niego nie spoj­rza­łam, je­dy­nie zmru­ży­łam oczy, zde­gu­sto­wana.

– Mu­sisz mnie po­ca­ło­wać, je­śli chcesz być moim bra­tem. No wiesz, są za­sady.

Ali wy­cią­gnął się jak jasz­czurka i wy­ci­snął mi na po­liczku mo­kry po­ca­łu­nek.

– Aba­ayo – po­wie­dział. Sio­stro.

– Abo­owe – od­po­wie­dzia­łam. Bra­cie.

Ze­rwa­li­śmy się i po­pę­dzi­li­śmy na­przód.

By­li­śmy wolni, znów wolni, by biec.

Przy­naj­mniej do domu.

Nasz dom nie był na­wet do­mem w nor­mal­nym zna­cze­niu tego słowa, w ni­czym nie przy­po­mi­nał pięk­nych bu­dyn­ków wy­po­sa­żo­nych we wszyst­kie wy­gody. Był mały, bar­dzo mały. I miesz­kały w nim dwie ro­dziny – na­sza i Alego. Miesz­ka­nia znaj­do­wały się do­kład­nie na­prze­ciwko sie­bie, na dwóch prze­ciw­le­głych krań­cach po­dwó­rza oto­czo­nego gli­nia­nym mur­kiem.

My miesz­ka­li­śmy po pra­wej i zaj­mo­wa­li­śmy dwie izby. Jedna była prze­zna­czona dla mnie i sze­ściu mo­ich braci, druga dla mamy i taty. Ściany wy­ko­nano z mie­sza­niny błota i ga­łęzi, która na słońcu tward­niała na ka­mień. Ale po­mię­dzy na­szymi izbami, jakby spe­cjal­nie po to, by od­dzie­lić nas od ro­dzi­ców, znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie wła­ści­cieli domu – ro­dziny wiel­kiego gru­basa Omara She­ikha i jego jesz­cze grub­szej żony. Nie mieli dzieci. Miesz­kali nie­da­leko wy­brzeża, ale od czasu do czasu przy­jeż­dżali tu­taj na noc, i wtedy na­sze dni od razu ro­biły się mniej ra­do­sne.

– Żarty i psi­kusy za­cho­waj­cie na po­ju­trze – mó­wił nam Said, mój naj­star­szy brat, za każ­dym ra­zem, kiedy wi­dział, że wła­ści­ciele nad­cho­dzą. Miał na my­śli dzień ich wy­jazdu.

Ali ra­zem z oj­cem i trzema braćmi miesz­kał w jed­nej izbie, przy­le­ga­ją­cej do muru po le­wej stro­nie.

Naj­pięk­niej­szym miej­scem domu było po­dwó­rze: wiel­kie, na­prawdę wiel­kie, z ogrom­nym, sa­mot­nym eu­ka­lip­tu­sem ro­sną­cym w głębi. Ta­kie było wiel­kie, że wszy­scy ko­le­dzy chcieli się u nas ba­wić. Za pod­łogę w domu i wszę­dzie in­dziej słu­żyła ta sama biała zie­mia, która w Mo­ga­di­szu wci­ska się w każdy kąt. W na­szej izbie na przy­kład pod­kła­da­li­śmy pod ma­te­race sło­miane maty, ale i to nie po­ma­gało: co dwa ty­go­dnie Said i Abdi – moi starsi bra­cia – mu­sieli wy­no­sić ma­te­race na ze­wnątrz i z ca­łych sił je wy­trze­py­wać, żeby po­zbyć się na­wet naj­drob­niej­szego zia­renka pia­sku.

To wła­śnie gruby Omar She­ikh przed laty zbu­do­wał ten dom. Chciał, żeby sta­nął wła­śnie w tym miej­scu, wo­kół ma­je­sta­tycz­nego eu­ka­lip­tusa. W nie­skoń­czo­ność, tym swoim śmiesz­nym gło­si­kiem wię­zną­cym mu gdzieś w gar­dle, opo­wia­dał nam, że w dzie­ciń­stwie prze­cho­dził co­dzien­nie obok tego drzewa i za­ko­chał się w nim. Już wtedy eu­ka­lip­tus był wielki i silny, a on po­my­ślał: „Chcę, żeby mój dom sta­nął wła­śnie tu­taj”. Póź­niej, w cza­sach dyk­ta­turyMo­ham­meda Siada Bar­rego, za­częły się kło­poty w in­te­re­sach i wy­glą­dało na to, że wy­buch­nie wojna; Omar uznał wtedy, że le­piej prze­nieść się w spo­koj­niej­sze oko­lice, i wy­na­jął trzy po­koje na­szym dwóm ro­dzi­nom.

Cał­kiem w głębi stał sza­łas skry­wa­jący wspólną ubi­ka­cję. Była to ma­leńka kwa­dra­towa prze­strzeń ogra­ni­czona gę­stymi pę­dami bam­busa z cuch­nącą dziurą w środku, gdzie cho­dzi­li­śmy za po­trzebą.

Parę kro­ków przed la­tryną, po le­wej stro­nie, była izba Alego. Po pra­wej, na­prze­ciwko, na­sza: cztery me­try na cztery i sie­dem ma­te­ra­ców roz­ło­żo­nych na ziemi.

Na środku spali bra­cia, a po bo­kach my, cztery dziew­czynki: Ubah i Hamdi przy le­wej ścia­nie, ja i Ho­dan – moja naj­uko­chań­sza sio­stra – przy pra­wej. W cen­trum, ni­czym czu­wa­jący nad nami wieczny pło­mień, kró­lo­wał nie­od­zowny fey­nus, lampa naf­towa, bez któ­rej Ho­dan nie mo­głaby do późna w nocy czy­tać ani pi­sać swo­ich pio­se­nek, a Sha­afici – naj­młod­szy bra­ci­szek – nie mógłby ro­bić przed­sta­wień swo­jego te­atrzyku cieni. Jego fi­gury były po­kraczne, a ru­chy nie­po­radne, ale i tak ko­na­li­śmy ze śmie­chu.

– Z cieni i buj­nej wy­ob­raźni two­rzysz piękne przed­sta­wie­nia – mó­wił mu Said.

Co wie­czór przed snem cała na­sza sió­demka świet­nie się ba­wiła w tym ma­łym po­miesz­cze­niu. Sta­ra­li­śmy się tylko, żeby nie sły­szeli nas za bar­dzo mama i tata oraz Yas­sin, oj­ciec Alego, który z nim i trzema jego braćmi spał na­prze­ciwko. Ali i ja. Uro­dzeni w od­stę­pie trzech dni i od­da­leni od sie­bie o za­le­d­wie parę kro­ków.

Od­kąd przy­szli­śmy na świat, co­dzien­nie dzie­li­li­śmy z Alim je­dze­nie i ła­zienkę. No i rzecz ja­sna ma­rze­nia oraz na­dzieje, bo one ro­dzą się za­wsze przy je­dze­niu i ro­bie­niu kupy. Tak ma­wia mój aabe, to zna­czy oj­ciec.

Łą­czyło nas wszystko, nie dzie­liło nic. Ali był dla mnie jak druga Ho­dan, a Ho­dan jak ład­niej­sza wer­sja Alego. Za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem, tylko my troje, a nasz świat był do­sko­nały i nic nas nie mo­gło roz­dzie­lić. I nie prze­szka­dzało nam wcale, że on jest Da­ro­dem, a ja Ab­galką – że na­le­żymy do dwóch kla­nów po­zo­sta­ją­cych w sta­nie wojny, która wy­bu­chła krótko przed na­szym na­ro­dze­niem. Przy­szli­śmy na świat w marcu 1991 roku, a walki za­częły się w stycz­niu.

Ali i ja by­li­śmy naj­młodsi z ro­dzeń­stwa, na­sze matki pie­lę­gno­wały nas, a klany pie­lę­gno­wały wojnę – na­szą star­szą sio­strę, jak ją za­wsze na­zy­wali mama i tato. To zła sio­stra, ale też ktoś, kto cię do­sko­nale zna, kto bar­dzo do­brze wie, jak ła­two uczy­nić cię szczę­śli­wym lub smut­nym.

Miesz­ka­nie w jed­nym domu, tak jak ja miesz­ka­łam z Alim, było za­bro­nione. Mie­li­śmy się nie­na­wi­dzić, tak jak się nie­na­wi­dzili inni Ab­ga­lo­wie iDa­ro­do­wie. A my nie. My za­wsze ro­bi­li­śmy wszystko tak, jak nam się po­do­bało, włącz­nie z je­dze­niem i cho­dze­niem za po­trzebą.

Tego ranka, kiedy Ali i ja zo­sta­li­śmy bra­tem i sio­strą, tre­no­wa­li­śmy przed do­rocz­nym wy­ści­giem lek­ko­atle­tycz­nym po dziel­ni­cach Mo­ga­di­szu. Miał się od­być za dwa ty­go­dnie, a mnie się wy­da­wało, że to cała wiecz­ność. Był dla mnie naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem w ca­łym roku. A po­nie­waż był pią­tek, dzień świą­teczny, i obo­wią­zy­wało za­wie­sze­nie broni, to mo­gli­śmy spo­koj­nie się wa­łę­sać i bie­gać uli­cami mia­sta po­śród wszech­obec­nej bieli.

Bo w Mo­ga­di­szu wszystko jest białe.

Ściany bu­dyn­ków, po­dziu­ra­wione ku­lami lub chwie­jące się od eks­plo­zji gra­na­tów, są pra­wie za­wsze białe albo szare, cza­sem jesz­cze albo w ko­lo­rze ochry, albo żół­tawe – w każ­dym ra­zie za­wsze ja­sne. Naj­uboż­sze domy, ta­kie jak nasz, skle­cone z błota i ga­łęzi, też szybko ro­bią się białe jak uliczny pył, który osiada na fa­sa­dach i na wszyst­kim in­nym.

Gdy bie­gasz po Mo­ga­di­szu, unosi się za tobą chmura drob­nego pyłu. Ali i ja zo­sta­wia­li­śmy za sobą dwie białe smugi – wzno­siły się i po­woli roz­wie­wały w po­wie­trzu. Bie­ga­li­śmy za­wsze tą samą trasą, ulice były na­szym oso­bi­stym pla­cem ćwi­czeń.

Kiedy mi­ja­li­śmy bary, przed któ­rymi sie­dzieli starcy gra­jący w karty i pi­jący shaah, czyli tra­dy­cyjną tu­tej­szą her­batę, wznie­siony przez nas pył tra­fiał im do szkla­nek. Za­wsze. Ro­bi­li­śmy to ce­lowo. Wtedy oni uda­wali, że wstają, by nas zła­pać, a my przy­spie­sza­li­śmy, wzno­si­li­śmy wię­cej pyłu i w jed­nej se­kun­dzie ob­sy­py­wa­li­śmy ich jesz­cze bar­dziej. Ro­biła się z tego za­bawa, śmia­li­śmy się, oni tro­chę też. Mu­sie­li­śmy jed­nak uwa­żać, gdzie sta­wiamy stopy, bo wie­czo­rami pa­lono śmieci i na­stęp­nego ranka ulice po­kry­wały nad­pa­lone resztki. Ka­ni­stry po ben­zy­nie, puszki po oleju, resztki opa­ko­wań, skórki od ba­na­nów, ka­wałki bu­te­lek, było tam wszystko. Pod­czas bie­ga­nia w od­dali wi­dzie­li­śmy mnó­stwo sto­sów, z któ­rych kop­ciło się ni­czym z ma­łych wul­ka­nów.

Za­nim wpa­dli­śmy w wą­skie uliczki pro­wa­dzące do wiel­kiej ulicy bie­gną­cej rów­no­le­gle do wy­brzeża, na­sza trasa wio­dła wzdłuż Jidka Ja­na­raal Daud – sze­ro­kiej, dwu­pa­smo­wej alei, ob­sa­dzo­nej po obu stro­nach rzę­dami aka­cji i jak wszystko inne po­kry­tej wszech­obec­nym py­łem.

Lu­bi­li­śmy pa­trzeć, jak prze­su­wają się obok nas Po­mnik Nie­zna­nego Żoł­nie­rza, bu­dy­nek Par­la­mentu, Bi­blio­teka Na­ro­dowa, Sąd Naj­wyż­szy. Przed nimi roz­kła­dali swe kramy wę­drowni sprze­dawcy. Roz­cią­gali na ziemi ko­lo­rowe płachty i wy­kła­dali swoje to­wary: od po­mi­do­rów i mar­chwi po wy­cie­raczki sa­mo­cho­dowe. Drze­mali pod drze­wami alei, póki nie po­ja­wił się ja­kiś klient, a kiedy prze­bie­ga­li­śmy, pa­trzyli na nas jak na Mar­sjan. Śmiali się z nas.

– Gdzie się tak spie­szy­cie, smar­ka­cze? Jest dzień świą­teczny, uspo­kój­cie się – wo­łali, kiedy prze­bie­ga­li­śmy obok.

– Bie­gniemy do two­jej żony, stary śpio­chu – od­po­wia­dał Ali.

Cza­sami rzu­cili w nas ba­na­nem, po­mi­do­rem albo jabł­kiem.

Ali za­trzy­my­wał się, pod­no­sił owoc, a po­tem ści­skał go w dło­niach i bry­zgał miąż­szem.

Wy­ścig był wiel­kim wy­da­rze­niem, dla mnie waż­niej­szym na­wet od pierw­szego lipca – dnia upa­mięt­nia­ją­cego wy­zwo­le­nie od wło­skich ko­lo­ni­za­to­rów i na­szego święta na­ro­do­wego.

Od za­wsze chcia­łam go wy­grać, ale mia­łam tylko osiem lat, a uczest­ni­czyli w nim wszy­scy, rów­nież do­ro­śli. Rok wcze­śniej do­bie­głam jako osiem­na­sta i tym ra­zem chcia­łam zna­leźć się na me­cie w pierw­szej piątce.

Oj­ciec i matka wi­dzieli mnie tak zde­ter­mi­no­waną już od naj­młod­szych lat i sta­rali się zro­zu­mieć, co też sie­dzi mi w gło­wie.

– Sa­mia, tym ra­zem też wy­grasz? – py­tał iro­nicz­nie aabe Yusuf, mój tato. Sie­dział na po­dwó­rzu na wy­pla­ta­nym słomą krze­śle, przy­cią­gał mnie do sie­bie i mierz­wił mi włosy swo­imi ogrom­nymi dłońmi. Lu­bi­łam ro­bić mu to samo: prze­su­wać chu­dymi, krót­kimi pal­cami po jego czar­nej i gę­stej czu­pry­nie, albo ude­rzać go w pierś, którą okry­wała biała płó­cienna ko­szula. Wtedy mnie chwy­tał – wielki, po­tęż­nie zbu­do­wany – i pod­no­sił jedną ręką, a po­tem sa­dzał so­bie na ko­lana.

– Jesz­cze ni­gdy nie wy­gra­łam, aabe, ale nie­długo będę pierw­sza.

– Wiesz Sa­mia, że przy­po­mi­nasz je­lonka? Je­steś moim uko­cha­nym je­lon­kiem. – Na sam dźwięk jego głę­bo­kiego, prze­peł­nio­nego czu­ło­ścią głosu drżały mi nogi w ko­la­nach.

– Aabe, je­stem prędka jakje­lo­nek, a nie je­stemje­lon­kiem.

– No to po­słu­chajmy… Jak za­mie­rzasz wy­grać z tymi du­żymi chło­pa­kami?

– Bie­gnąc szyb­ciej od nich, aabe! Może jesz­cze nie te­raz, ale pew­nego dnia będę naj­szyb­sza w ca­łym Mo­ga­di­szu.

Oj­ciec wy­bu­chał śmie­chem, a je­śli była gdzieś bli­sko moja matka, ho­oyo Da­habo, rów­nież ona śmiała się gło­śno.

Za­raz po­tem jed­nak, kiedy mój aabe wciąż trzy­mał mnie przy so­bie, ogar­niała go me­lan­cho­lia.

– Pew­nego dnia na pewno, ma­leńka. Pew­nego dnia…

– Ale, aabe, pewne rze­czy się wie. Jesz­cze nie po­tra­fi­łam do­brze mó­wić, a już wie­dzia­łam, że któ­re­goś dnia zo­stanę mi­strzy­nią. Mia­łam dwa lata i już to wie­dzia­łam – sta­ra­łam się go prze­ko­nać.

– I bar­dzo do­brze, ma­leńka. A ja za to chciał­bym wie­dzieć, kiedy skoń­czy się ta prze­klęta wojna.

Po­tem sta­wiał mnie na zie­mię i po­sęp­nie pa­trzył przed sie­bie.

2.

Je­śli cho­dzi o wojnę, to Alego i mnie zu­peł­nie ona nie ob­cho­dziła. Mo­gli so­bie strze­lać na uli­cach, nas to nie do­ty­czyło. Wojna nie mo­gła nas po­zba­wić je­dy­nej na­prawdę waż­nej rze­czy: tego, kim by­li­śmy dla sie­bie na­wza­jem.

Tej jed­nej rze­czy wojna nie może na­wet tknąć, ale po­trafi za­brać inne. Mnie na przy­kład za­brała mo­rze. Pierw­szą rze­czą, którą po­czu­łam za­raz po na­ro­dze­niu, był za­pach mo­rza bie­gnący wprost z wy­brzeża na po­dwó­rze na­szego domu – sól (wciąż mam ją we wło­sach i na skó­rze) i wil­goć prze­sy­ca­jąca każdą cząstkę po­wie­trza.

A jed­nak do­tknę­łam mo­rza tylko je­den raz. Wiem, że to woda, że je­śli rzu­cisz się w nią, zmo­czysz się tak samo, jak­byś wszedł do stawu, ale już taka je­stem, że do­póki nie do­świad­czę, nie uwie­rzę.

Parę razy do­tknę­łam pia­sku na plaży, cho­ciaż nie po­win­nam była tego ro­bić. Kilka razy, po­po­łu­dniami, prze­my­ka­li­śmy z Alim tylko jemu zna­nymi ulicz­kami i bar­dzo ostroż­nie zbli­ża­li­śmy się do mor­skiego bez­kresu. Zo­sta­wa­li­śmy na skraju sze­ro­kiej ulicy bie­gną­cej wzdłuż plaży z po­łu­dnia na pół­noc, cho­wa­li­śmy się za cię­ża­rówką albo za czoł­giem i go­dzi­nami po­dzi­wia­li­śmy bie­gnące do przodu i co­fa­jące się fale i re­fleksy słońca na po­marsz­czo­nej wo­dzie. Umie­ra­li­śmy z pra­gnie­nia, by sko­czyć mię­dzy fale. Cały ten ogrom był tuż przed nami, a nie mo­gli­śmy się w nim za­nu­rzyć.

Dwa albo trzy razy Ali był jed­nak za­nie­po­ko­jony. Po­zna­łam to po tym, jak ner­wowo po­cie­rał ręce. Roz­glą­dał się do­okoła, chwy­tał mnie za rękę i ka­zał biec. Tylko tyle:

– Bie­giem!

To było wtedy, kiedy prze­bie­ga­li­śmy drogę i sia­da­li­śmy na plaży. Wa­riaci. Mo­gli nas prze­cież za­strze­lić, plaża była jed­nym z ulu­bio­nych miejsc dla bo­jó­wek: na otwar­tej prze­strzeni kule z ka­ra­bi­nów śmi­gają bez prze­szkód.

Ale my uda­wa­li­śmy nor­malne dzieci – bez­myślne i bez­tro­skie.

Wo­kół nie było ży­wej du­szy, a pia­sek był go­rący i drobny ni­czym złoty pył. Za­czę­li­śmy się ta­rzać, si­ło­wać i wpy­chać go so­bie na­wza­jem gdzie tylko się dało – w gę­ste czarne włosy, za ubra­nia, wszę­dzie. Po tym, jak dwa albo trzy razy wy­wi­nę­łam ko­zła, Ali śmiał się jak sza­lony, wy­da­wało się, że zu­peł­nie zbzi­ko­wał. Ta­kiego ni­gdy go jesz­cze nie wi­dzia­łam. Otwie­rał usta i od­sła­niał śnież­no­białe zęby.

– Wy­glą­dasz jak klop­sik ob­to­czony w mące ku­ku­ry­dzia­nej – mó­wił i śmiał się da­lej, cały on, z tą swoją śmieszną twa­rzą, pła­skim no­sem, ogrom­nymi mię­si­stymi ustami i ma­łymi oczami, tuż przy mo­ich. – Ku­ku­ry­dziany klop­sik – po­wta­rzał.

Pró­bo­wa­łam uwol­nić się z jego uści­sku, ale nie da­wa­łam rady, był znacz­nie sil­niej­szy ode mnie, choć nie tyle umię­śniony, ile ra­czej wy­soki i ży­la­sty. Wy­ry­wa­łam się, a on przy­gważ­dżał mnie do ziemi i uda­wał, że chce mnie po­ca­ło­wać w usta, wy­cią­gał na­przód tę swoją żół­wio­watą łe­pe­tynę. Ja z obrzy­dze­niem krę­ci­łam głową na prawo i lewo, ale kiedy był już bli­sko, za­miast mnie po­ca­ło­wać, ro­bił „buch” i dmu­chał mi pia­skiem w oczy.

Nie­na­wi­dzi­łam go.

Je­den raz, tylko je­den, przy­cią­gani ja­kąś po­tęż­niej­szą od nas siłą, po­de­szli­śmy do wody. Po­woli, kro­czek za krocz­kiem, nie­mal nie­świa­do­mie.

Przede mną roz­cią­gała się gi­gan­tyczna, wspa­niała prze­strzeń, jak słoń, który śpi i głę­boko od­dy­cha. Dłu­gie fale wy­da­wały za­chwy­ca­jący dźwięk, przy­wo­dziły na myśl ja­kiś głos, przy­po­mi­nały mu­szelki za­mknięte w szkla­nym sło­iku, które tato po­da­ro­wał ma­mie, kiedy się za­rę­czyli, i które trzy­mała w szu­fla­dzie drew­nia­nej ko­mody w ich sy­pialni. Cho­dzi­li­śmy tam do nich, bra­li­śmy słoik w ręce i po­woli ob­ra­ca­li­śmy go na boki, żeby usły­szeć głos mo­rza.

Szszszszsz. Szszszszsz.

Po­de­szli­śmy jesz­cze bli­żej i za­mo­czy­li­śmy stopy i ręce. Pod­nio­słam palce do ust. Sól.

Na­stęp­nej nocy przy­śniły mi się fale. Śni­łam, że gu­bię się w tym bez­mia­rze, że po­zwa­lam się ko­ły­sać, uno­sić w górę i w dół zgod­nie z na­stro­jami wody.

Wojna za­brała mi mo­rze. Ale w za­mian spra­wiła, że obu­dziło się we mnie wiel­kie pra­gnie­nie, by pu­ścić się na­przód. Pra­gnie­nie, by biec. Bie­ga­nie stało się moim mo­rzem.

Je­śli mo­gli­śmy z Alim igno­ro­wać ota­cza­jącą nas wojnę, to tylko dla­tego, że ja by­łam córką Yusufa Omara, a on sy­nem Yas­sina Ah­meda. Oni też byli przy­ja­ciółmi od uro­dze­nia i wy­cho­wy­wali się ra­zem we wsi Ja­ze­era, po­ło­żo­nej na po­łu­dnie od mia­sta. Cho­dzili do tej sa­mej szkoły, a ich oj­co­wie, jesz­cze w cza­sach wło­skiej ko­lo­ni­za­cji, ra­zem pra­co­wali, przez co na­uczyli swo­ich sy­nów kilku wło­skich po­wie­dzeń, ta­kich jak: Non fare oggi qu­ello che puoi fare do­mani, czyli „Co się od­wle­cze, to nie ucie­cze”, Tutto il mondo è pa­ese, czyli „Świat jest mały”, a także Aiu­tati che Dio t’aiuta – „Po­móż sam so­bie, a i Bóg ci po­może”.

Za­pa­mię­tali też ulu­biony tekst swo­jego wło­skiego bry­ga­dzi­sty z cza­sów, gdy pra­co­wali przy roz­ła­dunku kon­te­ne­rów: Ca­scas­sero sulla tua te­sta mille chili di merda molle molle, co zna­czy: „A żeby ci spa­dło na głowę ty­siąc kilo naj­rzad­szego gówna”. Otóż pew­nego dnia kon­te­ner wy­peł­niony obor­ni­kiem na­gle się otwo­rzył, a jego za­war­tość spły­nęła na szefa jak deszcz i nie­mal cał­kiem go za­kryła. Od tam­tej pory męż­czy­zna za­czął mieć po­wo­dze­nie w in­te­re­sach, ale wspo­mnia­nego po­wie­dzonka uży­wał jako zło­rze­cze­nia.

Inne wło­skie zda­nie brzmiało: Siamo tutti fi­gli della stessa pa­tria, czyli „Wszy­scy je­ste­śmy dziećmi tej sa­mej oj­czy­zny”. To było ich ulu­bione. Przy­ja­ciele na śmierć i ży­cie, któ­rych nic nie może roz­dzie­lić.

Tak jak nas.

– Czy jest coś, co może nas roz­dzie­lić? – za­da­wa­li­śmy so­bie z Alim to py­ta­nie w nie­mi­ło­sier­nie skwarne po­po­łu­dnia, kiedy on po­ma­gał mi wdra­py­wać się na ga­łę­zie eu­ka­lip­tusa, a po­tem sia­da­li­śmy oto­czeni rześką zie­le­nią drzewa i ca­łymi go­dzi­nami roz­ma­wia­li­śmy o przy­szło­ści. Wspa­niale było tak sie­dzieć na eu­ka­lip­tu­sie: zo­sta­wia­li­śmy re­alny świat i two­rzy­li­śmy so­bie nasz wła­sny, w któ­rym ist­nie­li­śmy tylko my dwoje i na­sze ma­rze­nia.

– Nie – od­po­wia­da­li­śmy so­bie. I ro­bi­li­śmy gest bra­ter­stwa na śmierć i ży­cie, czyli ca­ło­wa­li­śmy so­bie palce wska­zu­jące skrzy­żo­wane na wy­so­ko­ści twa­rzy, dwu­krot­nie, naj­pierw prawy, po­tem lewy. Za­ło­ży­li­by­śmy się o co­kol­wiek, na­wet o wła­sne ży­cie, że tak wła­śnie bę­dzie.

Eu­ka­lip­tus był też ulu­bio­nym miej­scem, w któ­rym Ali sam ukry­wał się przed in­nymi. Na przy­kład wtedy, kiedy po po­łu­dniu nie chciał się uczyć czy­tać.

Choć Ho­dan była ode mnie pięć lat star­sza, co­dzien­nie rano szły­śmy ra­zem do szkoły gro­ma­dzą­cej klasy pod­sta­wowe, gim­na­zjalne i li­ce­alne. Ali nie cho­dził do szkoły, jego oj­ciec nie miał ni­gdy dość pie­nię­dzy, by opła­cić mu na­ukę. Uczęsz­czał tylko do pierw­szej klasy pod­sta­wówki w szkole pu­blicz­nej. Po tym, gdy jej bu­dy­nek znisz­czył wy­buch gra­natu, Ali nie wró­cił już do na­uki. Od tam­tego fe­ral­nego dnia lek­cje od­by­wały się pod go­łym nie­bem i nie­ła­two było zna­leźć na­uczy­cieli go­to­wych na­ra­zić się na to, że znowu spad­nie im na głowę ja­kaś bomba.

Je­dy­nym spo­so­bem na kon­ty­nu­ację na­uki było za­pi­sa­nie się do szkoły pry­wat­nej. Nasz oj­ciec przez kilka lat mógł so­bie na to po­zwo­lić, choć za cenę wiel­kich wy­rze­czeń, Yas­sin na­to­miast od sa­mego po­czątku wojny miał ogromne trud­no­ści ze sprze­da­wa­niem swo­ich owo­ców i wa­rzyw.

Więk­szość lu­dzi nie chciała ku­po­wać od brud­nego Da­roda, jak mó­wiono w Mo­ga­di­szu.

Ali za­wsze cier­piał z tego po­wodu, że my umiemy czy­tać i pi­sać, a on nie. Czuł, jakby był gor­szy, do­kład­nie taki, jaki w oczach więk­szo­ści miesz­kań­ców na­szej dziel­nicy był jego klan. Nie­umie­jęt­ność czy­ta­nia i pi­sa­nia była jesz­cze jedną z wielu rze­czy, które mu o tym przy­po­mi­nały.

Cza­sem sia­da­ły­śmy z nim przy sto­liku, przy któ­rym aabe i Yas­sin gry­wali w karty, i pró­bo­wa­ły­śmy na­uczyć go li­ter al­fa­betu, ale szybko da­wa­ły­śmy za wy­graną.

– Ali, spró­buj się skon­cen­tro­wać – mó­wiła Ho­dan, która za­wsze miała skłon­ność do mat­ko­wa­nia i na­uczy­ciel­skich za­cho­wań.

Sta­rał się, ale to było za trudne. Na­uka czy­ta­nia to długi pro­ces, nie dało się tego za­ła­twić na po­dwó­rzu w jedno po­po­łu­dnie, kiedy go­rące słońce za­chęca do szu­ka­nia roz­ry­wek. I je­śli dla ko­goś była to roz­rywka, to tylko dla Ho­dan, która ba­wiła się w na­uczy­cielkę, a mnie i Alemu wy­zna­czała role uczniów. Ja by­łam za­wsze do­brą uczen­nicą, a on tym, który do ni­czego się nie nada­wał.

– Nie umiem – mó­wił Ali. – To za trudne. A poza tym nie chcę się uczyć. Czy­ta­nie nie jest wcale po­trzebne!

Mu­sia­łam od­gry­wać rolę ko­le­żanki go­to­wej do po­mocy, ina­czej Ho­dan się zło­ściła.

– Nie znie­chę­caj się, Ali, to nie jest ta­kie trudne, na­wet ja się na­uczy­łam. Zo­bacz: to są sa­mo­gło­ski: a, e, i, o… – sta­ra­łam się go za­chę­cić.

Ucie­kał. Nic nie można było po­ra­dzić. Wy­trzy­my­wał pierw­sze dzie­sięć mi­nut, kiedy Ho­dan czy­tała frag­ment z książki. Kiedy przy­cho­dziła jego ko­lej, wy­my­ślał co się dało, żeby tylko wy­mi­gać się od czy­ta­nia. A kiedy ona na­ci­skała, zło­ścił się, wła­ził na eu­ka­lip­tus i już tam zo­sta­wał.

Jego eu­ka­lip­tus. Ulu­bione miej­sce.

Pew­nego po­po­łu­dnia po­kłó­cił się ze swym bra­tem Na­ssi­rem, a po­tem wspiął się na sam szczyt i sie­dział tam pra­wie dwa dni. Nikt nie był w sta­nie ścią­gnąć go na dół, nikt inny nie umiał wspiąć się tak wy­soko. Na­ssir na prze­różne spo­soby pró­bo­wał prze­ko­nać go do zej­ścia, ale wszystko na nic. Ali zszedł do­piero dru­giej nocy. Zwy­cię­żył go głód.

Po tych wy­da­rze­niach cza­sem wo­ła­li­śmy na niego „małpa”. Tylko małpa by­łaby zdolna wejść tak jak on na sam czu­bek drzewa. A on wo­lał zno­sić to prze­zwi­sko, niż uczyć się czy­tać.

Ali strasz­nie za­dzie­rał nosa, ale cho­ciaż był chło­pa­kiem, bie­gał wol­niej ode mnie. Był sil­niej­szy i kiedy wal­czy­li­śmy, za­wsze zwy­cię­żał, ale bie­gał wol­niej.

Kiedy chciał mnie roz­zło­ścić, po­wta­rzał, że je­stem wiil, chłop­czycą, i tylko dla­tego szybko bie­gam. Twier­dził, że je­stem chło­pa­kiem, który uro­dził się w ciele dziew­czyny, i mó­wił, że mam smarki pod no­sem jak chło­pak i że kiedy będę duża, uro­sną mi wąsy i będę wy­glą­dać tak samo jak jego tata. Nie mu­siał wy­my­ślać tych rze­czy. Sama do­brze wie­dzia­łam, że je­stem chłop­czycą i że kiedy lu­dzie wi­dzą, jak bie­gnę bez za­słon – bez chi­maru czy hi­dżabu, je­dy­nie w za du­żej ko­szulce i w spoden­kach, chuda jak ga­łązka oliwna – to z pew­no­ścią uwa­żają, że nie na­leżę do do­sko­na­łych có­rek Ko­ranu.

Ale wie­czo­rem, po ko­la­cji, kiedy do­ro­śli za­ba­wiali się or­ga­ni­zo­wa­niem dla nas za­wo­dów o kulkę se­za­mo­wego ciastka albo o na­le­śnik can­je­ero z cze­ko­ladą, wtedy mo­głam im po­ka­zać, co po­tra­fię. Po­dwó­rze było cen­trum ży­cia wszyst­kich ro­dzin: przez wojnę le­piej było sie­dzieć w domu i wy­cho­dzić jak naj­rza­dziej.

Kiedy już ho­oyo Da­habo z po­mocą mo­ich sióstr ugo­to­wała na bur­jiko – wiel­kim jak krowa kok­so­wym pie­cyku – ko­la­cję dla wszyst­kich i kiedy zje­dli­śmy to, co było, naj­czę­ściej chleb i wa­rzywa albo ryż i ziem­niaki, od czasu do czasu tro­chę mięsa, aabe Yusuf i aabe Yas­sin przy­go­to­wy­wali dla nas bież­nię.

Star­sze ro­dzeń­stwo ki­bi­co­wało, a ja i Ali klę­ka­li­śmy w po­zy­cji star­to­wej, z dłońmi opar­tymi na ziemi, jak praw­dziwi za­wod­nicy. Mie­li­śmy też bloki star­towe, które mój aabe wy­ko­nał z dwóch drew­nia­nych skrzy­nek po ar­bu­zach.

Za­zna­cze­nie li­nii od­dzie­la­ją­cych tory bieżni było obo­wiąz­kiem Sa­ida i Na­ssira, na­szych naj­star­szych braci. Szu­rali no­gami przez całe po­dwó­rze od domu do gli­nia­nego muru, ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów, i za­zna­czali łuk bieżni oraz trasę po­wrotną do punktu wyj­ścia.

Za­wsze zwy­cię­ża­łam.

Ali mnie wtedy nie­na­wi­dził, ale już po wszyst­kim, kiedy do­sta­łam w na­grodę ciastko se­za­mowe – uwiel­biam je bar­dziej od cze­go­kol­wiek na świe­cie, po pro­stu nic mi nie sma­kuje tak bar­dzo, jak ciastko se­za­mowe – pra­wie za­wsze się z nim dzie­li­łam. Naj­pierw jed­nak ka­za­łam mu obie­cać, że już ni­gdy nie na­zwie mnie wiil. Je­śli się zga­dzał, do­sta­wał po­łowę.

W te let­nie wie­czory, gdy na­resz­cie ro­biło się nieco chłod­niej, za­raz po bie­ga­niu gra­łam z Ho­dan w shen­tral. To były piękne, spo­kojne dni, kiedy wszy­scy za­po­mi­na­li­śmy o woj­nie. Żeby grać w shen­tral, trzeba było naj­pierw na­ry­so­wać na ziemi kształt po­do­bny do dzwonu, po­dzie­lić go na pola i wpi­sać w nie liczby od je­den do dzie­wię­ciu. A po­tem rzu­cało się ka­my­kiem i trzeba było do­trzeć sko­kami na szczyt wy­ry­so­wa­nego dzwonu. Bra­cia zaś sie­dzieli na ziemi i ćwi­czyli swoją zręcz­ność, gra­jąc ka­my­kami w ga­riir.

Cza­sami w te dłu­gie wietrzne wie­czory do­łą­czał do nas Ah­med, przy­ja­ciel Na­ssira, star­szego brata Alego. Miał sie­dem­na­ście lat, tyle samo co Na­ssir i Said. Alemu i mnie wy­da­wał się bar­dzo do­ro­sły, a Ho­dan – przy­stojny i nie­do­stępny. Miał oliw­kową cerę i bar­dzo rzad­kie w So­ma­lii ja­sne, zie­lone oczy, które błysz­czały w świe­tle księ­życa i spra­wiały, że jego spoj­rze­nie ro­biło się bar­dzo dzi­kie.

Kie­dyś za­py­ta­li­śmy go, dla­czego ma oczy inne niż wszy­scy. On, wy­ko­nu­jąc dłońmi sek­su­alny gest – kółko i po­ru­sza­jący się w nim pa­lec wska­zu­jący – po­wie­dział, że jego dziad­kiem mu­siał być je­den z tych Wło­chów, któ­rzy się za­ba­wiali z czar­nymi dziew­czy­nami. Na­ssir i Ali wy­buch­nęli śmie­chem. Mój brat Said nie przy­łą­czył się do nich, tylko su­rowo po­pa­trzył na Ah­meda i po­krę­cił głową.

Said nie­zbyt do­brze do­ga­dy­wał się z Ah­me­dem, w prze­ci­wień­stwie do Na­ssira, który go uwiel­biał. Może wi­dział w nim za­gro­że­nie dla swej przy­jaźni ze star­szym bra­tem Alego, a może po pro­stu go nie lu­bił – nie wiem, ale za­wsze trak­to­wał chło­paka z nie­uf­no­ścią i mó­wił, że na dnie tych ja­snych oczu jest coś, co go nie prze­ko­nuje. Ali także nie zbli­żał się zbyt­nio do Ah­meda. Czę­sto się mu przy­glą­dał, ba­dał go wzro­kiem, ale za­cho­wy­wał dy­stans. Kiedy Ho­dan i ja gra­ły­śmy w shen­tral, Ali zwy­kle trzy­mał się swo­jego ojca i mo­jego aabe, któ­rzy co wie­czór grali w karty, i z tej od­le­gło­ści ostroż­nie przy­pa­try­wał się Ah­me­dowi.

Nie­kiedy gra w ga­riir albo w piłkę koń­czyła się prze­py­chanką mię­dzy Ah­me­dem a Sa­idem, cza­sem dla żartu, a cza­sem na po­waż­nie. Wtedy aabe i Yas­sin mu­sieli ich roz­dzie­lać. Pew­nego razu Said wy­pro­wa­dził tak mocny cios, że Ah­me­dowi krew po­cie­kła z nosa i po­bru­dziła białą ko­szulę. Wy­glą­dało to na­prawdę po­waż­nie.

Po ja­kimś cza­sie aabe zmu­sił ich, by po­dali so­bie ręce. Na­stęp­nego wie­czoru za­cho­wy­wali się tak, jak gdyby nic się nie stało.

Naj­pięk­niej­szą chwilą na­szych let­nich wie­czo­rów były jed­nak pio­senki Ho­dan.

Kiedy już ho­oyo z sio­strami wy­szo­ro­wały garnki, sia­da­li­śmy wszy­scy ra­zem w kręgu i go­dzi­nami słu­cha­li­śmy jej ak­sa­mit­nego głosu, któ­rym wy­śpie­wy­wała swoje pie­śni do zna­nych me­lo­dii.

Mój aabe i Yas­sin pa­lili pa­pie­rosy i pa­trzyli w niebo, a ja się za­sta­na­wia­łam, o co taki wielki i przy­stojny męż­czy­zna jak mój aabe może py­tać gwiazd. Ho­oyo i moje sio­stry cza­sami wzru­szały się sło­wami Ho­dan i chu­s­tecz­kami ocie­rały so­bie oczy i nos. Starsi bra­cia i Ah­med sie­dzieli z ko­la­nami pod brodą i wzro­kiem utkwio­nym w ziemi.

Od czasu do czasu Ah­med pod­no­sił wzrok i wtedy jego zimne oczy błysz­czały, jakby chciał rzu­cić wy­zwa­nie księ­ży­cowi. Kiedy tak pa­trzył, ja od­wra­ca­łam głowę i kie­ro­wa­łam uwagę na twarz Ho­dan, która sie­działa po­środku i z przy­mknię­tymi oczami śpie­wała pie­śni o po­koju i wol­no­ści.

3.

W przed­dzień do­rocz­nego wy­ścigu, za­nim nasi oj­co­wie wró­cili z pracy, zro­bi­łam z Alim coś, co było za­ka­zane: wy­szli­śmy z domu, żeby po­bie­gać.

Była szó­sta wie­czo­rem, słońce chy­liło się nad ho­ry­zon­tem i na na­sze po­dwó­rze za­wę­dro­wał za­pach mo­rza. Wci­snął się na nie, gnany świe­żym wia­trem, przy­pra­wiony aro­ma­tem po­traw przy­rzą­dza­nych na kok­so­wych kuch­niach w są­siedz­twie, i sku­sił nas. Do za­wo­dów zo­stało już nie­wiele czasu i uzna­li­śmy, że do­brze bę­dzie po­roz­cią­gać mię­śnie i wy­dłu­żyć krok, jak to ro­bią praw­dziwi spor­towcy.

Zgod­nie z tra­dy­cją mu­zuł­mań­ską dzień koń­czy się o zmierz­chu. Dla­tego piąt­kowe za­wie­sze­nie broni for­mal­nie roz­po­czy­nało się w czwar­tek wraz z za­cho­dem słońca, ale wro­gie bo­jówki czę­sto roz­cią­gały je na ostat­nie po­po­łu­dniowe go­dziny. Rów­nież tego dnia strzały uci­chły wcze­śniej. Poza tym była peł­nia i ja­sna księ­ży­cowa po­świata zwięk­szała po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Nie za­mie­rza­li­śmy zresztą za­nadto się od­da­lać.

Plan był taki, żeby po­bie­gać tylko po na­szym osie­dlu, do­trzeć do jego gra­nicy, wy­zna­cza­nej przez Jidka Ja­na­raal Daud, okrą­żyć Po­mnik Nie­zna­nego Żoł­nie­rza i wró­cić do domu.

Dwa­dzie­ścia, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć mi­nut.

Ali po­wie­dział mi, że­bym na­ło­żyła coś na głowę, ale nie chcia­łam go słu­chać. Na­wet ho­oyo, cała w ja­snych za­sło­nach, które zwy­kła no­sić po domu, po­chy­lona wła­śnie nad dy­miącą pa­tel­nią, nie za­uwa­żyła, że się gdzieś wy­bie­ramy. Ani Ho­dan, za­mknięta w izbie ze star­szymi sio­strami.

Naj­ci­szej jak się dało prze­mknę­li­śmy pod czer­woną za­słoną, która za­kry­wała otwór w mu­rze oka­la­ją­cym nasz dom i po­dwórko, pewni, że nikt ni­czego nie za­uwa­żył.

Nie ba­li­śmy się wojny, była prze­cież na­szą star­szą sio­strą.

Czę­sto, kiedy w po­bliżu od­zy­wał się huk po­ci­sków moź­dzie­rza albo ter­kot broni ma­szy­no­wej, Ali i jego ko­le­dzy Amir i Nu­rud pod­cho­dzili bli­żej do bo­jów­ka­rzy, by zo­ba­czyć, jak strze­lają. Skra­dali się po­woli i ostroż­nie, cho­wali za ja­kimś sa­mo­cho­dem albo za ro­giem domu i pa­trzyli. Pod­nie­cał ich głos ka­ra­bi­nów, ter­kot wy­strze­li­wa­nych po­ci­sków. Wra­cali na po­dwórko i za­czy­nali opo­wia­dać, a ja słu­cha­łam ich cała oszo­ło­miona: mó­wili bar­dzo szybko, je­den przez dru­giego, każdy z nich chciał prze­ka­zać mi ja­kiś szcze­gół, który, jak są­dził, tylko on za­uwa­żył. W ich oczach dziko bły­skał ogień, ni­czym w wy­lo­tach luf ka­ra­bi­no­wych.

Tego wie­czoru bie­ga­li­śmy przez ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­wie­trze było świeże i nie po­ci­li­śmy się tak, jak za dnia. To była moja ulu­biona pora: wszystko zwal­niało, dzień chy­lił się ku koń­cowi, na nie­bie ja­śniało ła­godne, już nie tak ośle­pia­jące świa­tło, a pro­mie­nie opa­da­ją­cego za ho­ry­zont słońca miękko i ła­god­nie po­bły­ski­wały w każ­dym zia­renku pia­sku.

By­li­śmy już w dro­dze po­wrot­nej, nie­da­leko domu, kiedy nas za­trzy­mali. Nie­spo­dzie­wa­nie, w głębi opu­sto­sza­łej uliczki, po­ja­wił się jeep fun­da­men­ta­li­stycz­nej bo­jówki.

Nie byli ani z Ha­wiye, z Ab­gal, ani z Da­rod. Na­le­żeli do Asz-Sza­bab.

Przy­na­leż­ność do klanu w tym wy­padku nie grała żad­nej roli. Było to ugru­po­wa­nie mi­li­tarne wspie­rane przez Al-Ka­idę, które dą­żyło do zdo­by­cia wła­dzy i wy­ko­rzy­sty­wało w tym celu rów­nież po­działy et­niczne.

Lu­dzi z Asz-Sza­bab można było po­znać z da­leka po dłu­gich bro­dach i ciem­nych ka­fta­nach, od­róż­nia­ją­cych ich od człon­ków bo­jó­wek kla­no­wych, któ­rzy no­sili mun­dury w ma­sku­ją­cych bar­wach zdo­byte nie wie­dzieć gdzie – na ja­kimś targu albo ku­pione z dru­giej ręki, od etiop­skich żoł­nie­rzy. A bo­jów­ka­rze Asz-Sza­bab no­sili praw­dziwe mun­dury, zu­peł­nie nowe, w któ­rych wy­glą­dali jak wo­jenna elita.

Na pace sie­działo ośmiu męż­czyzn, lufy ka­ra­bi­nów wy­sta­wały im zza pla­ców ni­czym me­ta­lowe rurki.

Sa­mo­chód je­chał bar­dzo po­woli. W pew­nej chwili je­den z bro­da­czy od­wró­cił się w na­szą stronę i zo­ba­czył, jak bie­gniemy.

Dwa nie­szko­dliwe, prze­po­cone i zmę­czone punk­ciki.

Pół­naga ab­gal­ska dziew­czynka i chło­piec, któ­rego da­rodz­kie po­cho­dze­nie z da­leka zdra­dzały pła­ski nos i smo­li­ście czarna skóra.

Bro­dacz za­stu­kał w dach szo­ferki i jeep się za­trzy­mał. Wszystko wy­da­rzyło się w ciągu kilku se­kund. Dwaj bo­jów­ka­rze ze­sko­czyli z paki i ru­szyli w na­szym kie­runku.

Byli nie­wy­socy i nie no­sili za­ro­stu.

Do­piero kiedy po­de­szli bli­żej, zro­zu­mie­li­śmy dla­czego: to byli chłopcy, dwu­na­sto- lub trzy­na­sto­letni. Z ka­ra­bi­nami więk­szymi od nich, prze­wie­szo­nymi na ukos przez plecy. W tam­tych mie­sią­cach krą­żyła wieść, że lu­dzie z Asz-Sza­bab za­częli re­kru­to­wać dzieci, by przy­uczać ich do świę­tej wojny. W za­mian gwa­ran­to­wali ro­dzi­com, że ich po­cie­chy otrzy­mają edu­ka­cję, na­uczą się arab­skiego i praw Ko­ranu, będą jeść trzy razy dzien­nie i spać w god­nym miej­scu, na praw­dzi­wych łóż­kach, z wszyst­kimi wy­go­dami, na które pra­wie nikt już nie mógł so­bie po­zwo­lić. Ci dwaj mu­sieli być no­wymi re­kru­tami.

Im bar­dziej się zbli­żali, przy­glą­da­jąc mi się z nie­sma­kiem, tym sil­niej uświa­da­mia­łam so­bie, jak je­stem ubrana: tylko spodenki i ko­szulka. Prze­klęte za­słony. Na do­da­tek Ali na­le­żał do Da­ro­dów – klanu, któ­rego fun­da­men­ta­li­ści nie­na­wi­dzili naj­bar­dziej, bo uwa­żali go za sto­jący naj­ni­żej, za klan „czar­nu­chów”, jak mó­wili. My, Ab­ga­lo­wie, mie­li­śmy ja­śniej­szą, bursz­ty­nową skórę i rysy twa­rzy po­do­bne do arab­skich. A fun­da­men­ta­li­ści z Asz-Sza­bab wma­wiali so­bie, że po­cho­dzą wła­śnie od Ara­bów.

Re­kruci za­trzy­mali się ja­kieś dwa­dzie­ścia kro­ków przed nami.

– Co tu ro­bią o tej po­rze ta­kie dwa eg­zem­pla­rze? – po­wie­dział niż­szy i grub­szy, ubrany w czarną, od­pra­so­waną ko­szulę i ciemne spodnie z kan­tem. To nie­mal do­sko­nałe ubra­nie ko­ja­rzyło nam się je­dy­nie z Eu­ropą albo Ame­ryką Pół­nocną. Przy­zwy­cza­ili­śmy się ubie­rać w to, co było do­stępne, czyli w uży­wane rze­czy. Tylko nie­któ­rzy do­ro­śli po­ka­zy­wali się w pią­tek na placu przed par­la­men­tem albo na wy­brzeżu w tych sa­mych spodniach i ma­ry­narce, które no­sili w la­tach po­koju.

– Tre­nu­jemy przed ju­trzej­szym wy­ści­giem – od­po­wie­dział Ali, pa­trząc na niego od­waż­nie i dum­nie. To były ru­ty­nowe py­ta­nia. Choć nam to się jesz­cze nie zda­rzyło, krą­żyły opo­wie­ści o po­dob­nych epi­zo­dach. W tym prze­słu­cha­niu nie było jesz­cze nic, czego można się było oba­wiać.

Obaj wy­buch­nęli śmie­chem. Ten grub­szy dra­pał się po tyłku. Po­de­szli bli­żej i je­dyna lampa w oko­licy oświe­tliła ich twa­rze. Mieli wod­ni­ste, prze­krwione oczy.

– A więc je­ste­ście lek­ko­atle­tami… – z wy­raźną kpiną w gło­sie ode­zwał się po chwili ten grub­szy i znów wy­buch­nął śmie­chem.

– Tak – od­po­wie­dział Ali – tre­nu­jemy przed do­rocz­nym bie…

W tym mo­men­cie ten drugi, szczu­pły, z długą bli­zną na czole i ja­kimś obłę­dem w oczach, krzyk­nął:

– Milcz, Da­ro­dzie! Ty nie po­wi­nie­neś na­wet ust otwie­rać. Wiesz, że mo­żemy cię za­brać i nikt nie bę­dzie miał nic do ga­da­nia? Może na­wet twój oj­ciec się ucie­szy, jak z nami pój­dziesz, przy­naj­mniej bę­dziesz przy­zwo­icie ubrany.

Znów wy­buch­nęli dzie­cin­nym śmie­chem, a gru­bas cią­gle dra­pał się po tyłku.

Ali spu­ścił wzrok i po­pa­trzył na swój dziu­rawy i po­pla­miony je­dze­niem pod­ko­szu­lek, który wcze­śniej na­le­żał do jego brata Na­ssira, na sze­ro­kie spodenki, ścią­gnięte w pa­sie ka­wał­kiem sznurka. Na stare dziu­rawe mo­ka­syny, które jego oj­ciec zdo­był nie wia­domo gdzie i ile lat temu.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łam ruch.

Ali drżał jak mem­brana bębna. Szlo­chał w mil­cze­niu z wście­kło­ści i wstydu. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, jak łza, jedna je­dyna, spływa mu po­woli po po­liczku.

Chudy bo­jów­karz, ni­czym dra­pież­nik, który po­czuł zra­nione zwie­rzę, zbli­żył się jesz­cze bar­dziej, na pięć, sześć kro­ków. Pach­niał mę­skimi per­fu­mami, ja­kąś wodą ko­loń­ską, któ­rej użył zbyt wiele i za­pach był du­szący.

– Je­steś tylko ma­łym, brud­nym Da­ro­dem – po­wie­dział do Alego. – Pa­mię­taj. Je­steś tylko brud­nym Da­ro­dem.

Ali nie od­po­wie­dział. Za­czę­łam się bać.

Po­tem ten chudy pod­szedł do mnie i chwy­cił za ra­mię.

– To może za­bie­rzemy twoją ko­le­żankę. Od­uczy się wresz­cie ubie­rać jak wiil. Ty my­ślisz, że kim je­steś, co? Chło­pa­kiem?

Pró­bo­wa­łam się uwol­nić, ale trzy­mał mnie mocno jak w ima­dle. Chciał mnie po­cią­gnąć, ale przy­gwoź­dzi­łam się no­gami do ziemi.

W tej sa­mej chwili Ali rzu­cił się na niego jak kot i ugryzł go w rękę. Chudy pu­ścił moje ra­mię, a Ali po­pchnął mnie, krzy­cząc, że­bym ucie­kała do domu.

Spoj­rza­łam na niego, nie­pewna co ro­bić. Nie chcia­łam zo­sta­wiać go sa­mego, ale wie­dzia­łam, że po­trze­bu­jemy po­mocy.

Za­miast zre­wan­żo­wać się Alemu, chudy ma­chał w po­wie­trzu ręką, jakby chciał osu­szyć ślady po ugry­zie­niu, i zło­śli­wie się uśmie­chał. Po­tem po­wie­dział:

– No no, nie­zły jest ten Da­rod.

Gruby prze­stał się dra­pać, przy­tak­nął dru­giemu i tą samą ręką za­czął za­krę­cać so­bie lok we wło­sach.

– Masz jaja, Da­ro­dzie – stwier­dził. – Kim jest twój oj­ciec?

– Nie twoja sprawa, kto jest moim oj­cem, gru­ba­sie – od­po­wie­dział Ali.

– Skoro nie mo­żemy roz­ma­wiać z tym, kto po­wi­nien na­uczyć cię do­brych ma­nier, mu­simy za­brać cię do je­epa…

Chwy­cili go pod ręce. Pró­bo­wał się wy­rwać, ale we dwóch byli znacz­nie sil­niejsi od niego.

– Może któ­ryś z do­ro­słych bę­dzie miał ochotę na­uczyć cię do­brych ma­nier, Da­ro­dzie. I odro­biny roz­sądku. To nie­mą­dre, gryźć ko­goś, kto nosi ka­ra­bin…

Kiedy Ali sta­rał się oswo­bo­dzić, a ja sta­łam jak słup soli, ktoś trzeci zszedł z paki je­epa.

W pół­mroku zo­ba­czy­łam, że jest dużo wyż­szy od nich, mu­siał być star­szy, choć i on nie no­sił brody. Może był jesz­cze młody. Może roz­sądny.

Zbli­żył się i po­wie­dział tym dwóm, żeby pu­ścili Alego.

– Zo­staw­cie go. I właź­cie na je­epa. Ja się nim zajmę.

Ra­zem z Alim od­wró­ci­li­śmy się w stronę ukry­tej w pół­mroku syl­we­tki. Roz­po­zna­li­śmy ten głos.

Stał może pięć me­trów od nas. Uliczna lampa nie da­wała wiele świa­tła, ale po­zna­li­śmy te lo­do­wate, świe­cące oczy, choć i one były po­dob­nie wod­ni­ste, jak oczy dwóch młod­szych.

Ah­med.

Przy­ja­ciel Na­ssira. Chło­pak, w któ­rym Ho­dan po kry­jomu się pod­ko­chi­wała.

Chłopcy wy­mam­ro­tali coś pod no­sem i nie­chęt­nie pu­ścili Alego.

Kiedy wdra­pali się z po­wro­tem na pakę, Ah­med sta­now­czo i tak ci­cho, by nie usły­szeli go to­wa­rzy­sze, po­wie­dział:

– Słu­chaj­cie oboje. To nie­bez­pieczne wy­cho­dzić sa­memu.

Po­tem od­wró­cił się na pię­cie i dał znak kie­rowcy, żeby za­pu­ścił sil­nik.

Za­nim jed­nym sko­kiem zna­lazł się znowu na pace, jesz­cze zło­wrogo po­pa­trzył na Alego. Nie­skoń­cze­nie długa se­kunda.

Zie­lone oczy błysz­czały w świe­tle księ­życa. To spoj­rze­nie zmro­ziło mi krew w ży­łach. Mie­sza­nina żą­dzy i obiet­nicy. Nie było w tym wy­zwa­nia, ra­czej ja­kiś pod­stępny sy­gnał.

Po­tem – tak samo wolno, jak się po­ja­wił – sa­mo­chód z bo­jów­ka­rzami od­je­chał.

Drża­łam jak liść na wie­trze. Za to Ali otrzą­snął się na­tych­miast.

– Cho­lerni fun­da­men­ta­li­ści. Jesz­cze tylko ich bra­ko­wało w tym mie­ście, jak­by­śmy nie dość mieli tych wszyst­kich bo­jó­wek! – wy­buch­nął.

Tego typu kon­trole oczy­wi­ście się zda­rzały, ale le­piej było słu­chać, jak inni o nich mó­wią. Po­de­szłam do Alego, żeby go ob­jąć i uspo­koić, ale mnie ode­pchnął.

– Nic mi nie jest, daj mi spo­kój, te gnoje nic mi nie zro­bili – burk­nął, na­wet na mnie nie pa­trząc, ze wzro­kiem wciąż utkwio­nym w zie­mię.

– Ci dwaj mieli coś dziw­nego w oczach… – za­czę­łam.

– No pew­nie, że mieli, byli na­ćpani. Dali im khat – od­parł Ali.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza.

– Co to jest khat?

– To ten syf, który Asz-Sza­bab daje swoim bo­jów­ka­rzom.

– Ćpają, a po­tem wy­cho­dzą na mia­sto, żeby strze­lać?

– Nie. Po to im dają to świń­stwo, żeby póź­niej wy­szli i strze­lali. Naj­młod­szym za darmo, żeby się uza­leż­nili.

– Wy­da­wali się nie­obecni, jakby ich dia­beł opę­tał – po­wie­dzia­łam do sie­bie z na­dzieją, że to uczu­cie szybko prze­mi­nie.

Ali, wciąż chyba jesz­cze po­grą­żony w swo­ich my­ślach, kon­ty­nu­ował:

– Ten gruby cały czas dra­pał się po du­pie.

– Mu­siał mieć klesz­cze w ga­ciach, pod tymi no­wymi ciu­chami – stwier­dzi­łam z uśmie­chem.

– Z pew­no­ścią! Miał w tym obe­sra­nym tyłku pełno klesz­czy – od­parł, śmie­jąc się i pa­trząc w miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed chwilą stał jeep, jakby chciał się upew­nić, że na pewno od­je­chali.

Chwy­ci­łam go za rękę, tym ra­zem nie za­pro­te­sto­wał.

Wol­nym kro­kiem wró­ci­li­śmy do domu, opo­wia­da­jąc so­bie głu­poty. Prze­szli­śmy całą drogę, ani sło­wem nie wspo­mi­na­jąc o Ah­me­dzie.

Na po­dwó­rzu ho­oyo wciąż jesz­cze przy­go­to­wy­wała ko­la­cję. Sie­działa na ta­bo­re­cie przy bur­jiko, na­chy­lona nad dy­miącą pa­tel­nią. Włosy za­kry­wał jej biały szal, który no­siła tylko wtedy, gdy go­to­wała.

Skóra jej twa­rzy, wi­dziana od wej­ścia, per­ląca się od pary z pa­telni i oświe­tlona bla­skiem księ­życa, wy­da­wała się ide­al­nie gładka. Na­pięta i błysz­cząca jak skórka ar­buza w po­łu­dnie.

Tego wie­czoru, dla od­miany, mie­li­śmy ryż z wa­rzy­wami.

4.

Na­stęp­nego dnia po­bie­gli­śmy w za­wo­dach.

Miej­scem startu był Po­mnik Nie­zna­nego Żoł­nie­rza. Mie­limy się tam sta­wić na je­de­na­stą. Słońce stało nie­mal w ze­ni­cie, pa­no­wał upał nie do wy­trzy­ma­nia.

Trasa pro­wa­dziła uli­cami mia­sta aż do sta­dionu Ko­onis, gdzie na­le­żało jesz­cze prze­biec pełne krą­że­nie, by do­trzeć do mety.

Do za­wo­dów sta­nęło trzy­sta osób. Od dwu­na­stu mie­sięcy nie cze­ka­łam na nic in­nego. Ty­dzień po ty­go­dniu, dzień po dniu prze­bie­ga­łam w my­ślach każdy metr trasy, każdy za­kręt, oczami wy­ob­raźni wi­dzia­łam sie­bie na każ­dym eta­pie wy­ścigu, w bra­mie sta­dionu, na me­cie.

A jed­nak spo­tka­nie z Ah­me­dem po­przed­niego wie­czoru i zły hu­mor Alego miały wpływ i na mnie.

Nie po­tra­fi­łam dać z sie­bie wszyst­kiego. Sta­ra­łam się trzy­mać na skraju grupy, zro­bi­łam wszystko, co so­bie za­pla­no­wa­łam, ale coś we­wnątrz mnie nie od­po­wie­działo tak, jak tego ocze­ki­wa­łam. Część mo­jego umy­słu wciąż za­przą­tał błysk tam­tych lo­do­wa­tych oczu pa­trzą­cych na Alego.

Rok! Mi­nął cały rok przy­go­to­wań i nie po­tra­fi­łam dać z sie­bie wszyst­kiego. Ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czę.

Trasa była taka jak zwy­kle, bie­ga­li­śmy nią ty­siąc razy. Ulice za­mknięto dla i tak nie­licz­nych sa­mo­cho­dów, a wzdłuż ca­łej Jidka Ja­na­raal Daud sta­nęły stra­gany, gdzie za kilka szy­lin­gów można było ku­pić wodę albo od­świe­ża­jące soki, ba­nany i cze­ko­ladę w ta­blicz­kach. Wy­sprzą­tana ze śmieci aleja zmie­niła się nie do po­zna­nia.

Gdyby to był inny dzień, mo­gła­bym wy­grać.

A jed­nak się nie udało. Przy­bie­głam jako ósma.

Ali był sto czter­dzie­sty dzie­wiąty.

– Le­piej ci idzie gry­zie­nie niż bie­ga­nie – śmia­łam się z niego póź­niej. Na do­da­tek wpadł do ka­łuży peł­nej eks­kre­men­tów, cze­goś w ro­dzaju szamba pod go­łym nie­bem. Kiedy się zo­rien­to­wał, że zo­stał z tyłu, po­sta­no­wił skró­cić so­bie trasę, bie­gnąc prze­cznicą, na którą od czasu, gdy wy­buch bomby prze­rwał sieć ka­na­li­za­cyjną wy­bu­do­waną jesz­cze przez Wło­chów, lu­dzie no­cami wy­rzu­cali od­padki i fe­ka­lia. Tego dnia ka­łuża nie­czy­sto­ści zaj­mo­wała całą jej sze­ro­kość. Ali, są­dząc, że jest płytka, wpadł do środka po łydki. Ale dzięki temu wiele nad­ro­bił.

Tego dnia mie­li­śmy w domu święto.

Ho­oyo przy­go­to­wała szasz­łyki z po­dro­bów ja­gnię­cych, za któ­rymi prze­pa­da­łam. Ki­ri­sho mi­rish, obok cia­stek se­za­mo­wych, były moim ulu­bio­nym da­niem. By­li­śmy szczę­śliwi, aabe opo­wia­dał mnó­stwo żar­tów i roz­śmie­szał wszyst­kich.

Tylko Ali wsty­dził się smrodu, który się do niego przy­kleił, i nie chciał wyjść z izby. Jego brat Na­ssir ka­zał mu się umyć przed wej­ściem do środka, ale i po­tem Ali nie chciał sły­szeć o wyj­ściu na ze­wnątrz.

Od czasu do czasu Said i Na­ssir żar­to­wali z niego na głos z po­wodu za­pa­chów, które przy­niósł. Ali płacz­li­wym gło­sem od­krzy­ki­wał coś ze środka. A wtedy wszy­scy mu jesz­cze do­kła­da­li­śmy.

– Daj­cie mi spo­kój – wo­łał ze swego do­bro­wol­nego od­osob­nie­nia.

– Chodźże coś zjeść, śmier­dziu­chu – do­ga­dy­wał mu Na­ssir, wie­dząc, że roz­wście­czy go jesz­cze bar­dziej.

– Nie, z tobą już ni­gdy nie będę jadł – krzy­czał Ali.

– A żeby ci spa­dło na głowę ty­siąc kilo rzad­kiego gówna – wy­pa­ro­wał Said, a my re­cho­ta­li­śmy do roz­puku. Ali już nie od­po­wia­dał.

Coś go drę­czyło.

To, że Ah­med do­łą­czył do fun­da­men­ta­li­stycz­nej bo­jówki, wstrzą­snęło nim głę­boko.

Po­wie­dzia­łam mu, że ra­cję miał mój brat Said, kiedy mó­wił, by nie ufać Ah­me­dowi, jed­nak Ali od­parł, że skoro Na­ssir jest z nim tak bar­dzo zwią­zany, to Ah­med nie może być złym czło­wie­kiem.

Od tam­tej pory zda­rzało się, że jego oczy za­snu­wała mgła na­głego smutku.

Sta­ra­łam się wów­czas czymś go roz­ba­wić, lecz już po chwili po­now­nie się w so­bie za­my­kał.

Nie wie­dzia­łam, co ro­bić.

Przez wiele ko­lej­nych ty­go­dni Ali spę­dzał co­raz wię­cej czasu wśród ga­łęzi eu­ka­lip­tusa. Kiedy gra­li­śmy w ga­riir, gu­bił się w li­cze­niu ka­my­ków i prze­gry­wał, i to on, który wcze­śniej zwy­cię­żał z wszyst­kimi. Kiedy ba­wi­li­śmy się w cho­wa­nego, szedł za­wsze w swoje zwy­kłe miej­sca i nie przej­mo­wał się, gdy ktoś zwra­cał mu na to uwagę. Wy­grana go nie in­te­re­so­wała.

Sie­dział okra­kiem na ga­łęzi eu­ka­lip­tusa i my­ślał nie wia­domo o czym.

Nie po­zna­wa­łam go.

Któ­re­goś po­po­łu­dnia, nie stąd ni zo­wąd, po­wie­dział mi, że już wię­cej nie bę­dzie bie­gać i że zo­sta­nie moim tre­ne­rem.

– A cze­muż to miał­byś zo­stać moim tre­ne­rem? – za­py­ta­łam, sznu­ru­jąc buty.

– Je­steś ode mnie lep­sza, nie ma sensu, że­bym się wy­si­lał. Nie mam ta­lentu do bie­ga­nia, taka jest prawda. Ale ty go masz. – Ob­gry­zał kolbę ku­ku­ry­dzy, którą ho­oyo ugo­to­wała po­przed­niego wie­czoru.

– I dla­tego po­sta­no­wi­łeś zo­stać moim tre­ne­rem?

– Każdy lek­ko­atleta ma tre­nera, skoro nie mogę być spor­tow­cem, chcę być tre­ne­rem.

– A więc je­śli wy­gram, będę to za­wdzię­czała to­bie – za­żar­to­wa­łam.

– Nie – od­po­wie­dział z po­wagą. – Cho­dzi o to, że po­trze­bu­jesz ko­goś, kto cię bę­dzie tre­no­wać. Sama nie dasz rady.

Po chwili ci­szy pod­nio­słam głowę i po­pa­trzy­łam na niego.

– Nie dam rady czego? – za­py­ta­łam.

– Nie dasz rady zo­stać mi­strzy­nią.

Mie­li­śmy po osiem lat.

Swoim zwy­cza­jem nic nie od­po­wie­dzia­łam. Tego dnia po­ja­wił się jed­nak przy mnie tre­ner.

Być może z winy Ah­meda stra­ci­łam to­wa­rzy­sza za­baw, na­wet je­śli nie chcia­łam się do tego przy­znać. Ale zna­la­złam samą sie­bie.

Za­czę­łam się prze­obra­żać w ko­goś, kim za­wsze pra­gnę­łam zo­stać – w lek­ko­atletkę.

Wszystko to dzięki Alemu, który na­wet nie zda­wał so­bie z tego sprawy.

Uści­snę­łam go mocno i wy­szli­śmy na ze­wnątrz, by po­bie­gać. Dmu­chał wiatr, było po­po­łu­dnie, a my mie­li­śmy ochotę świę­to­wać ten dzień bez końca.

5.

To był dzień jak co dzień. Nic nie zwia­sto­wało tego, co miało się wy­da­rzyć. Ho­dan i ja jesz­cze spa­ły­śmy, gdy aabe jak za­wsze wy­szedł z Yas­si­nem do pracy w dziel­nicy Ha­mar Weyne.

Mieli tam da­leko, ale miej­sce było bar­dzo uczęsz­czane, pełne lu­dzi, ide­alne do ro­bie­nia in­te­re­sów. Całe setki sprze­daw­ców przy wie­lo­barw­nych stra­ga­nach ma­łych i du­żych wy­chwa­lały ja­kość ofe­ro­wa­nych przez sie­bie pro­duk­tów, by zwró­cić uwagę licz­nych prze­chod­niów. Taki wła­śnie był targ na Ha­mar Weyne – je­den wielki har­mi­der, sprze­da­ją­cych nie­mal tylu, ilu ku­pu­ją­cych. Ba­wełna, len, bie­li­zna, wę­giel, ame­ry­kań­skie dżinsy, buty, owoce, san­dały, wa­rzywa, ka­dzi­dła, przy­prawy, cze­ko­lada… każdy ofe­ro­wał swoją spe­cjal­ność.

Yas­sin był dwa lata młod­szy od mo­jego aabe i wyż­szy niż on, mie­rzył pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt. Wy­da­wał się jed­nak star­szy, miał wię­cej zmarsz­czek na czole i wo­kół oczu i za­wsze smutne spoj­rze­nie. Ho­oyo mó­wiła, że wy­gląda, jak wy­gląda, bo na­cier­piał się z po­wodu swo­jej żony, prze­pięk­nej Yasmin, matki Alego, która zmarła na raka, kiedy mie­li­śmy dwa lata. Na ko­mo­dzie w ich izbie stała jej fo­to­gra­fia i za każ­dym ra­zem, kiedy tam wcho­dzi­łam, zdu­mie­wało mnie, jak piękną była ko­bietą. Wy­so­kie czoło, wiel­kie, mig­da­łowe oczy, pełne usta, ta­kie same, ja­kie miał Ali.

Co­dzien­nie o pią­tej rano aabe i Yas­sin wy­cho­dzili z domu i wra­cali do­piero o za­cho­dzie słońca, około szó­stej. Mieli dwa duże stra­gany: aabe z ubra­niami, Yas­sin z wa­rzy­wami.

– Mam na­dzieję, że ni­gdy nie bę­dziesz mu­siała pra­co­wać tak ciężko, jak ja, ma­leńka. – Kiedy by­łam młod­sza, zmę­czony aabe po­wta­rzał mi to za­wsze na do­bra­noc. Uwiel­bia­łam być tak bli­sko niego, to były dla mnie ma­giczne chwile. Wdy­cha­łam aro­mat jego wody po go­le­niu i czu­łam się szczę­śliwa i bez­pieczna. A za­pach ubrań aabe po dniu pracy roz­po­zna­ła­bym wśród ty­siąca in­nych.

– Skoro ty mo­żesz, to i ja mogę – od­po­wia­da­łam.

– Ale ja to ro­bię po to, że­byś ty nie mu­siała.

– Aabe – po­wie­dzia­łam pew­nego razu po dłuż­szej chwili za­sta­no­wie­nia – dla­czego ni­gdy nie na­rze­kasz na to, co ro­bisz? A Omar She­ikh wciąż na wszystko uty­skuje, kiedy tu przy­cho­dzi, ca­łymi dniami opo­wiada o swo­ich nie­szczę­ściach.

– Od na­rze­ka­nia nic się nie zmie­nia, tylko da­lej ro­bisz to, czego nie lu­bisz – od­po­wie­dział aabe swoim głę­bo­kim gło­sem, gła­dząc się po miękko opa­da­ją­cych czar­nych wło­sach. Za­wsze miał nieco dłuż­sze włosy. Ho­oyo śmiała się z niego, mó­wiąc, że nosi się jak ko­bieta i że dla­tego nie za­pusz­cza brody. Od­po­wia­dał jej, że broda jest dla fun­da­men­ta­li­stów.

– Je­śli coś na­prawdę ci się nie po­doba, mu­sisz tylko to zmie­nić, Sa­mio. Ko­cham swoją pracę, a ko­cham ją dla­tego, że wy­ko­nuję ją dla was. I to spra­wia, że je­stem szczę­śliwy.

Po­my­śla­łam przez chwilę, a po­tem za­py­ta­łam:

– Tato, a ty nie bo­isz się wojny?

Spo­waż­niał.

– Nie mo­żesz ni­gdy mó­wić, że się bo­isz, ma­leńka. Ni­gdy. Bo wtedy rze­czy, któ­rych się bo­isz, uwie­rzą, że są wiel­kie, i po­my­ślą, że mogą cię zwy­cię­żyć.

A więc tam­tego ranka, jak zwy­kle, aabe wraz z Yas­si­nem wy­szli do pracy. Prze­szli na drugą stronę Jidka Ja­na­raal Daud za­raz za bu­dyn­kiem par­la­mentu i jak co dzień za­trzy­mali się na szklankę shaah i po­ga­wędkę w ba­rze ich przy­ja­ciela Ta­age­erego, miesz­czą­cym się w drew­nia­nym ba­raku po­sta­wio­nym w bocz­nej uliczce.

Na­gle usły­szeli strzały.

Ja­kieś sto me­trów da­lej, zza wę­gła sze­ścio­pię­tro­wej ka­mie­nicy wy­sko­czyło czte­rech czy pię­ciu bo­jów­ka­rzy z klanu Ha­wiye, w skład któ­rego wcho­dzili też Ab­ga­lo­wie, czyli my. Szu­kali ja­kie­goś Da­roda, który we­dług nich coś ukradł, i krzy­czeli, że mu­siał uciec w kie­runku baru.

Je­den z nich do­strzegł Yas­sina, sto­ją­cego ra­zem z moim aabe przed kon­tu­arem, wska­zał go po­zo­sta­łym i za­częli biec w ich stronę.

Nie było czasu, by się za­sta­na­wiać.

Kiedy bo­jów­ka­rze byli tuż obok, Yas­sin zro­zu­miał, co może się stać, i rzu­cił się do ucieczki.

Wszystko wy­da­rzyło się w jed­nej chwili.

Kiedy tylko oj­ciec Alego się od­wró­cił, je­den z bo­jów­ka­rzy otwo­rzył ogień, a za­raz za nim za­częli strze­lać po­zo­stali.

Aabe rzu­cił się na Yas­sina, by po­wa­lić go na zie­mię i za­brać spod ognia. Po­ci­ski po­dziu­ra­wiły mur kilka cen­ty­me­trów nad nimi.

Opo­wia­dali po­tem, że Ta­age­ere przez cały ten czas stał nie­ru­chomo w pół kroku, z dwiema szklan­kami shaah w ręku, jakby go ściął na­gły mróz.

Bo­jów­ka­rze coś po­krzy­czeli i za­do­wo­leni z sie­bie znik­nęli za ro­giem tak szybko, jak się po­ja­wili.

Aabe i Yas­sin ode­tchnęli z ulgą, my­śląc, że się im udało.

Kiedy jed­nak chcieli wstać z ziemi, oka­zało się, że aabe do­stał w prawą stopę.

Nic na­wet nie po­czuł.

Ta­age­ere był biały ni­czym prze­ście­ra­dło.

Krew utwo­rzyła już małą ka­łużę.

Kulę miał do­stać Da­rod, tym­cza­sem od po­bra­tym­czego ognia ucier­piał Ab­gal.

Ho­dan sama ukła­dała słowa swo­ich pio­se­nek, a po­tem je dla nas śpie­wała.

Miała piękny, ak­sa­mitny głos. Nieco chra­pliwy i ni­ski, a jed­no­cze­śnie prze­ni­kliwy i zdolny wcho­dzić na bar­dzo wy­so­kie re­je­stry. Kiedy śpie­wała, jej krą­gła i gładka twarz, przy­wo­dząca na myśl ob­li­cze por­ce­la­no­wej lalki, za­sty­gała w wy­ra­zie zdu­mie­nia, jakby już za chwilę miała ob­ja­wić coś waż­nego. Uwiel­bia­łam ją. Chcia­łam być jak ona, mieć jej urodę i głos. Poza tym żadna dziew­czyna nie wy­glą­dała w ko­bie­cych za­sło­nach tak do­brze jak ona. Ich wy­ra­zi­ste ko­lory – żółć, czer­wień i po­ma­rańcz – roz­świe­tlały jej twarz jak na­gły ogień w gę­stym le­sie.

Żeby utrzy­mać rytm, łą­czyła dło­nie i ude­rzała pal­cami, ni­czym muszla z Oce­anu In­dyj­skiego, która mia­rowo otwiera się i za­myka.

Wy­ko­ny­wała tra­dy­cyjną pieśń ko­biecą zwaną bu­ra­an­bur, ale mie­szała ją z mu­zyką bar­dziej współ­cze­sną, w stylu Sham­su­diin Band – ze­społu, w któ­rym wy­stę­po­wała.

Two­rzyła swoje pio­senki w na­szej izbie, kiedy była sama, albo wtedy, gdy już wszy­scy le­że­li­śmy w łóż­kach, po­środku ja­rzył się fey­nus, a my żar­to­wa­li­śmy jesz­cze tro­chę i cze­ka­li­śmy na sen.

W pew­nym mo­men­cie, tak było każ­dego wie­czoru, Ho­dan się wy­łą­czała, wy­cią­gała swój no­te­sik i za­czy­nała pi­sać. O wszyst­kim: o tym, co bo­lało, i o tym, co przy­no­siło ra­dość.

Pa­trzy­łam na nią z bli­ska, stu­dio­wa­łam jej naj­drob­niej­sze ge­sty. Za­wsze spa­ły­śmy bli­sko sie­bie, od kiedy się uro­dzi­łam, a ona skoń­czyła pięć lat. Na­sze ma­te­race były uło­żone pod ką­tem pro­stym do sie­bie przy ścia­nie, w któ­rej znaj­do­wały się drzwi, za­raz przy wej­ściu. Od uro­dze­nia przy­zwy­cza­iłam się za­sy­piać, słu­cha­jąc jej głosu, cich­ną­cego po­woli, aż sta­wał się szep­tem.

Może dla­tego za­wsze do­brze śpię i jak wszy­scy mi mó­wią, ufam temu, co wy­da­rzy się na­stęp­nego dnia, wie­rzę, że ju­tro bę­dzie lep­sze niż dziś. To dzięki gło­sowi Ho­dan, który od sa­mego po­czątku ży­cia to­wa­rzy­szył mi przy za­sy­pia­niu.

– Po­da­ro­wa­łam ci cały swój opty­mizm – mó­wiła mi.

W prze­ci­wień­stwie do mnie Ho­dan była za­wsze za­my­ślona, wciąż coś jej cho­dziło po gło­wie. Do­piero wie­czo­rem, kiedy fey­nus do­ga­sał, od­naj­dy­wała spo­kój i mo­gła szep­tać mi do ucha swoje pie­śni o woj­nie, o na­szej ro­dzi­nie, o przy­szło­ści, o bie­ga­niu, o Alim, o ra­nie w sto­pie na­szego ojca, o dzie­ciach, które kie­dyś bę­dziemy miały.

Za­sy­pia­ły­śmy, trzy­ma­jąc się za ręce i sty­ka­jąc gło­wami. Kiedy tak jej do­ty­ka­łam, czu­łam, jak jej uścisk się roz­luź­nia, staje się bar­dziej miękki. Wie­dzia­łam, że w śpie­wie znaj­do­wała od­prę­że­nie.

Wie­dzia­łam też, że je­stem jej pierw­szą pu­blicz­no­ścią, i to prze­peł­niało mnie dumą. Czu­łam, że sze­ro­ko­ścią mo­jego uśmie­chu oce­niała swoje pio­senki, które – choć ich te­ma­tyka była bar­dzo zróż­ni­co­wana – bez wy­jątku opo­wia­dały o jed­nej, je­dy­nej rze­czy: o tym, jak ważna jest wol­ność i wielka siła ma­rzeń.

Wie­czo­rem tego dnia, kiedy po­strze­lono aabe i kiedy za­brano go na ope­ra­cję do szpi­tala, Ho­dan uło­żyła pio­senkę, w któ­rej po­rów­ny­wała go do wiel­kiego skrzy­dla­tego ko­nia.

Śpie­wała ją na środku izby, sie­dząc ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami na ma­te­racu Ab­diego.

Także ho­oyo była z nami, nie po­zwo­lono jej zo­stać na noc w szpi­talu, człon­ko­wie ro­dzin nie mo­gli zaj­mo­wać łó­żek, bo wciąż przy­wo­żono no­wych cho­rych albo ra­nio­nych odłam­kami moź­dzie­rza czy po­ci­skami z broni ma­szy­no­wej. Ma­leńka i skromna, sie­działa na ma­te­racu na­szej sio­stry Ubah, do­kład­nie na­prze­ciwko mnie, opie­ra­jąc stopy o zie­mię, a nie po tu­recku, jak my. Pod­parła głowę dłońmi i wpa­try­wała się w Ho­dan. Była za­gu­biona we wła­snych my­ślach, oczyma wo­dziła tu i tam.

Ubah za­pa­liła ka­dzi­dełko. Jego silny, słodki za­pach roz­szedł się po ca­łym po­miesz­cze­niu.

Pio­senka opo­wia­dała, że nasz oj­ciec bę­dzie na­dal wzla­ty­wał w po­wie­trze, jak do tej pory, i że tak le­cąc, bę­dzie nas wiózł do do­ro­sło­ści. Że jego ra­miona są wiel­kie jak skrzy­dła ogrom­nego ptaka, a jego nogi silne jak pnie ty­siąc­let­nich drzew.

Z tam­tego wie­czoru za­cho­wa­łam jesz­cze w pa­mięci wspo­mnie­nie łez, które w mil­cze­niu na­brzmie­wały w oczach Sa­ida, na­szego naj­star­szego brata, kiedy na po­zór bez­na­mięt­nie pa­trzył gdzieś przed sie­bie.

Wsta­łam i po­de­szłam na pal­cach, żeby mu je otrzeć.

6.

Już tam­tego fe­ral­nego dnia stało się ja­sne, że aabe nie bę­dzie mógł wię­cej cho­dzić do pracy. Stra­cił wła­dzę w sto­pie, z któ­rej nie­wiele dało się ura­to­wać. Mu­siał cho­dzić oparty o la­skę.

Nie mógł już pchać wózka z ubra­niami. Dom i po­dwó­rze: to była jego przy­szłość.

Po wszyst­kich tych la­tach, kiedy każdy dzień prze­ży­wali wspól­nie, od­tąd Yas­sin mu­siał sam wsta­wać wcze­snym ran­kiem i przez go­dzinę sa­mot­nie zmie­rzać do Ha­mar Weyne.

Pierw­szy okres był bar­dzo ciężki.

Aabe za­mknął się w głu­chej nie­mo­cie na­brzmia­łej tłu­mioną zło­ścią. Pod­czas cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność go­dzin spę­dza­nych w po­dwó­rzu na wy­pla­ta­nym krze­śle, cza­sem chwy­tała go taka złość, że z ca­łej siły ci­skał la­ską, jakby była oszcze­pem. Od­bi­jała się od muru i zo­sta­wała na ziemi, da­leko. Do­póki ho­oyo nie przy­nio­sła jej z po­wro­tem.

W tych strasz­nych dniach aabe cały czas mil­czał, udrę­czony i bez­radny. Nie dało się z nim roz­ma­wiać, od­rzu­cał na­wet nas, na­wet mnie, swoją ma­leńką có­reczkę.

Tylko je­den raz wy­rwało mu się zda­nie, które wy­wo­łało łzy ho­oyo.

– Je­stem bez­u­ży­tecz­nym przed­mio­tem, nie­ru­cho­mym jak sa­mo­chód bez kół.

Yas­sin był zroz­pa­czony. Na po­czątku ro­bił, co mógł, by po­móc przy­ja­cie­lowi, pro­po­no­wał na­wet, że bę­dzie co­dzien­nie ro­bić dwa kursy na targ: je­den ze swoim wóz­kiem, a drugi z wóz­kiem na­le­żą­cym do aabe. Po­tem się pod­dał, wie­dział, że po­trzeba czasu. Wiele czasu, nie­skoń­cze­nie wiele.

Po­trzeba było trzech mie­sięcy.

Pew­nego wie­czoru po ko­la­cji, kiedy my, dziew­częta, gra­ły­śmy w shen­tral, aabe po­pro­sił Yas­sina, żeby przy­niósł karty do gry – miał ochotę na par­tyjkę.

Pierw­szy raz, od kiedy to wszystko się stało, oj­ciec ode­zwał się do ko­go­kol­wiek.

Yas­sin jak za­wsze sie­dział przy bur­jiko, wpa­tru­jąc się w błysk i trzask ognia pod gril­lem.

Kiedy usły­szał, co po­wie­dział aabe, wstał i nie otwie­ra­jąc ust, po­szedł po karty i sto­lik i przy­niósł je tam, gdzie sie­dział jego przy­ja­ciel.

Za­grali trzy par­tyjki w scopa. Na­uczyli się tej gry od Wło­chów. Wciąż jesz­cze znali ją nie­któ­rzy So­ma­lij­czycy. Grali bez słowa.

Aabe wy­grał – a może Yas­sin po­zwo­lił mu wy­grać, tego nikt z nas nie mógł wie­dzieć – i ude­rzył pię­ścią w sto­lik, wo­ła­jąc tym swoim głę­bo­kim gło­sem:

– Na zdro­wie! Twoje zwy­kłe ze­zo­wate szczę­ście. Tracę stopę i wy­gry­wam w karty. A żeby ci spa­dło na głowę ty­siąc li­trów wrzą­cego shaah.

Od tam­tej chwili, choć po­woli, wszystko za­częło wra­cać do stanu pier­wot­nego.

Aabe i Yas­sin znów byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, a wraz z ich przy­jaź­nią wszystko inne zna­la­zło się na swoim miej­scu.

Pew­nego wie­czoru, kiedy aabe za­czął znowu wy­cho­dzić z domu i po­ka­zy­wać się w dziel­nicy z la­ską (któ­rej ni­gdy nie prze­stał nie­na­wi­dzić), Yas­sin wszedł do izby na­szych ro­dzi­ców.

Po chwili za­wo­łali nas wszyst­kich. Chciał, by­śmy go wy­słu­chali.

Ła­mią­cym się gło­sem po­wie­dział, że na całe ży­cie po­zo­sta­nie dłuż­ni­kiem na­szej ro­dziny, że chciałby za­trosz­czyć się o nas, ale nie wie, co może zro­bić, skoro środki, któ­rymi dys­po­nuje, z le­d­wo­ścią star­czają dla jego sy­nów.

Po­tem wy­cią­gnął z torby ko­pertę i po­dał ją ho­oyo.

Po­pa­trzyła na aabe, a on ski­nął głową, więc ją otwo­rzyła. W środku były pie­nią­dze.

– To wszystko, co mam – po­wie­dział Yas­sin – ale pro­szę, że­byś to przy­jął w obec­no­ści ca­łej two­jej ro­dziny na znak mo­jej wdzięcz­no­ści za to, że mnie ura­to­wa­łeś, bra­cie Yusu­fie.

Aabe po­pa­trzył na niego w mil­cze­niu, z lek­kim uśmie­chem na ustach.

– Za­wo­łaj swo­ich sy­nów, ale naj­pierw otrzyj te łzy z oczu – od­po­wie­dział, po­pra­wia­jąc się na wy­pla­ta­nym krze­śle.

Kiedy Yusuf wró­cił ze swo­imi sy­nami, aabe od­chrząk­nął.

– To dzięki to­bie, przy­ja­cielu – roz­po­czął – żyję ze świa­do­mo­ścią, że ta wojna nie może być spra­wie­dliwa.

No­wo­przy­byli po­pa­trzyli po so­bie.

Na­ssir roz­siadł się na ziemi, a Ali za­jął miej­sce mię­dzy jego no­gami, pa­trząc na aabe i nie cał­kiem ro­zu­mie­jąc, co się dzieje.

– Jak to moż­liwe, że moi bra­cia mo­gli nie­omal za­bić jed­nego ze swo­ich, ta­kiego sa­mego Ab­gala, jak oni? – kon­ty­nu­ował aabe, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę Alego. – Ten ki­kut jest świa­dec­twem, że wojna nie może być spra­wie­dliwa.

Po­tem tato we­zwał mnie i Alego na śro­dek.

Ka­zał nam po­dać so­bie ręce i się uści­skać.

Za­mu­ro­wało nas.

Ali, jak za­wsze wy­co­fany, nie od­ry­wał wzroku od swo­ich bo­sych stóp.

Po­tem usłu­chał. Wy­cią­gnął ra­mię, nie pa­trząc na mnie.

Uści­snę­łam jego dłoń.

– A te­raz obie­caj­cie – cią­gnął aabe – że ty, Ab­galka i ty, Da­rod, bę­dzie­cie za­wsze żyć w po­koju. Że się nie znie­na­wi­dzi­cie i nie bę­dzie­cie nie­na­wi­dzić in­nych kla­nów.

Na­sze ręce wciąż były złą­czone i obie­ca­li­śmy.

Na­stęp­nie aabe za­py­tał, czy wiemy, że wojna jest skut­kiem nie­na­wi­ści, która za­śle­pia lu­dzi i za­spo­kaja ich je­dy­nie prze­le­wem krwi.

Od­po­wie­dzie­li­śmy jed­no­cze­śnie, że tak.

Na ko­niec do­dał:

– Wie­cie, że wszy­scy je­ste­śmy So­ma­lij­czy­kami, braćmi i sio­strami, bez roz­róż­nia­nia na ple­miona i klany? Sa­mio? Ali? – Pod­niósł głos, jak gdyby był zły. – Wie­cie?

– Tak – po­wie­dział Ali ci­chutko, nie prze­sta­jąc pa­trzeć w pod­łogę.

– Tak – wy­brzmia­łam jak echo.

Póź­niej aabe po­pro­sił Ho­dan, żeby za­śpie­wała nam pio­senkę, tam, w ich sy­pialni.

Sie­dzie­li­śmy cia­sno obok sie­bie. Czter­na­ście osób za­mknię­tych w ma­łej izbie le­pianki z dwoma ma­te­ra­cami na ziemi, ze­bra­nych, by mó­wić o po­koju i na­dziei, kiedy na ze­wnątrz sza­lała wojna.

To też było ty­powe dla na­szego aabe.

Moja matka rów­nież pod­jęła de­cy­zję, nie miała zresztą wiel­kiego wy­boru.

Nie chciała sprze­da­wać mę­skich ubrań, mó­wiła, że to nie jest wła­ściwa praca dla ko­biety. Po wielu na­ci­skach ze strony Yas­sina po­sta­no­wiła za­jąć się sprze­dażą wa­rzyw i owo­ców.

Na po­czątku oj­ciec Alego da­wał jej na sprze­daż swoje.

Z cza­sem się usa­mo­dziel­niła, wie­czo­rem szła ku­po­wać to­war od oko­licz­nych rol­ni­ków, pła­cąc tę samą cenę co Yas­sin po dwu­dzie­stu la­tach pracy.

Kilka ty­go­dni póź­niej ho­oyo po­szła za przy­kła­dem ko­le­żanki, która miała stra­gan w in­nej dziel­nicy – Abde Aziz, do któ­rej nie mo­gli wcho­dzić Da­ro­do­wie, na tar­go­wi­sku jesz­cze bar­dziej po­pu­lar­nym niż to w Ha­mar Weyne.

Tak prze­ży­li­śmy po­nad rok, biedni jak ni­gdy do­tąd, aż na­stą­piły wiel­kie zmiany w ży­ciu moim i Ho­dan.

Ja wy­gra­łam swoje pierw­sze za­wody, a ona za­rę­czyła się z Hus­se­inem, chło­pa­kiem po­cho­dzą­cym z do­brej ro­dziny z klanu Da­rod. Wy­stę­po­wali ra­zem w tym sa­mym ze­spole mu­zycz­nym.

7.

Moje dzie­siąte uro­dziny wy­pa­dły tego sa­mego dnia co do­roczny bieg uliczny po mie­ście. Wojna była co­raz bar­dziej okrutna i wszystko sta­wało się co­raz trud­niej­sze, na­wet zor­ga­ni­zo­wa­nie wy­ścigu, który dla mnie był naj­waż­niej­szą rze­czą na świe­cie: od po­przed­niego mi­nęło nie dwa­na­ście, lecz sie­dem­na­ście mie­sięcy. Na woj­nie na­wet lata zmie­niały dłu­gość, czas ule­gał pa­no­szą­cej się prze­mocy.

Przez cały ten okres Ali był moim dziel­nym tre­ne­rem.

Wie­dział, jak zmu­sić mnie do kon­ty­nu­owa­nia ćwi­czeń na­wet wtedy, kiedy już nie mo­głam wię­cej, a jed­no­cze­śnie po­tra­fił mnie chwa­lić.

W ciągu tych mie­sięcy ciężko tre­no­wa­łam, za wszelką cenę chcia­łam zwy­cię­żyć.

Zwy­cię­żyć dla sie­bie. Zwy­cię­żyć, żeby so­bie i wszyst­kim in­nym udo­wod­nić, że choć wojna po­trafi za­trzy­mać bieg nie­któ­rych rze­czy, to jed­nak nie wszystko jest jej pod­dane. Zwy­cię­żyć, by uszczę­śli­wić aabe i ho­oyo.

Tam­tego ranka aabe mu­siał do­strzec moje pod­eks­cy­to­wa­nie, bo przy­wo­łał mnie do sie­bie i po­wie­dział, że wie, iż pew­nego dnia zo­stanę mi­strzy­nią. Ni­gdy wcze­śniej nie mó­wił mi cze­goś ta­kiego. By­wał czuły, ale ni­gdy nie po­su­nął się aż tak da­leko, by mnie za­chę­cać.

Z kie­szeni ba­weł­nia­nych spodni wy­cią­gnął białą opa­skę frotte z logo Nike – taką, którą nosi się na czole, by wchła­niała pot. Mu­siała za­plą­tać się gdzieś mię­dzy ubra­niami, któ­rych nie udało się mu sprze­dać, za­le­ga­ją­cymi ra­zem z resztą tan­dety w gra­ciarni obok izby Alego i jego braci.

Rzu­ci­łam się mu na szyję. Jego la­ska, za­wie­szona na opar­ciu wy­pla­ta­nego krze­sła, mało co nie upa­dła na zie­mię.

– Sa­mia, je­śli dziś wy­grasz, obie­cuję ci, że na na­stęp­nych za­wo­dach po­bie­gniesz w no­wych te­ni­sów­kach – po­wie­dział, za­kła­da­jąc mi na głowę opa­skę, jakby to była ko­rona.

Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom.

Nowe buty to była jedna z tych rze­czy, o któ­rych na­wet nie ma­rzy­łam. Bie­ga­łam w te­ni­sów­kach, z któ­rych wy­rósł Said, a po nim no­sili je Abdi i Sha­afici. Prawy but miał dziurę z przodu, a po­de­szwa le­wego była tak zdarta, że prak­tycz­nie bie­ga­łam boso. Czu­łam wszystko, na co na­dep­nę­łam – ka­myki, na­siona, ga­łązki, ko­rze­nie, wszystko. I tra­ci­łam kon­cen­tra­cję, bo mu­sia­łam uwa­żać i uni­kać ko­ści zwie­rząt, wa­la­ją­cych się na uli­cach pu­szek po oleju na­pę­do­wym, szcze­lin w ziemi i trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wych dziur, w które mo­głam wpaść.

– Obie­cuję ci, że zro­bię wszystko, by za­słu­żyć na te buty, aabe – od­po­wie­dzia­łam, do­ty­ka­jąc jed­no­cze­śnie czoła, by się upew­nić, że frotka na mo­jej gło­wie jest praw­dziwa.

– A wła­ści­wie to co ty chcesz w ży­ciu osią­gnąć, co? – za­py­tał, ści­ska­jąc mi po­liczki swoim ogrom­nym łap­skiem i ob­ra­ca­jąc moją głowę to w jedną, to w drugą stronę. Żar­to­wał, ale ja wzię­łam py­ta­nie na po­waż­nie, jak za­wsze, kiedy była mowa o bie­ga­niu.

– Aabe, dzi­siaj koń­czę dzie­sięć lat.

– Tak, i rów­nież dla­tego, je­śli zwy­cię­żysz…

Nie da­łam mu skoń­czyć:

– Mam dzie­sięć lat i zo­ba­czysz, że kiedy będę miała sie­dem­na­ście, wy­star­tuję na olim­pia­dzie. Oto, co chcę osią­gnąć.

Za­czął się śmiać.

– Aabe, w dwa ty­siące ósmym roku będę miała sie­dem­na­ście lat i we­zmę udział w olim­pia­dzie. Oto, co osią­gnę – po­wtó­rzy­łam. – Zo­ba­czysz. – Prze­rwa­łam na chwilę. – A na­wet wię­cej: pew­nego dnia na olim­pia­dzie zwy­ciężę.

– No to po­słu­chajmy… Gdzie bę­dzie olim­piada w dwa ty­siące ósmym? Tu, w So­ma­lii? – Py­ta­nie było sar­ka­styczne, do­sko­nale wie­dział, że to nie­moż­liwe.

– Nie. W Chi­nach – od­po­wie­dzia­łam, wciąż jesz­cze pal­cami do­ty­ka­jąc frotki.

– Aa, w Chi­nach. I ty po­je­dziesz do Chin, tak?

– Oczy­wi­ście, prze­cież nie da się star­to­wać w chiń­skiej olim­pia­dzie, nie wy­jeż­dża­jąc do Chin, aabe.

Spoj­rzał na mnie z po­wagą, wresz­cie zro­zu­miał, że nie żar­tuję.

– Do­brze, Sa­mio, wie­rzę ci – po­wie­dział, gła­dząc mnie po wło­sach. – Je­śli je­steś tak mocno o tym prze­ko­nana, to zna­czy, że na pewno tam po­je­dziesz. – Po­tem po­pra­wił się na krze­śle, jakby chciał mnie le­piej wi­dzieć, po raz pierw­szy spoj­rzeć na mnie in­nymi oczami. – Je­steś małą wo­jow­niczką, która bie­gnie w imię wol­no­ści – do­dał. – Tak, je­steś wła­śnie małą wo­jow­niczką. – Gdy wciąż jesz­cze mó­wił, za­czął po­pra­wiać mi opa­skę na gło­wie. Na­sze palce ze­tknęły się. – Je­śli na­prawdę w to wie­rzysz, pew­nego dnia po­pro­wa­dzisz so­ma­lij­skie ko­biety do wy­zwo­le­nia z nie­woli, w którą wpę­dzili je męż­czyźni. Po­ka­żesz im drogę, moja mała wo­jow­niczko.

Po raz pierw­szy w ży­ciu wspo­mnia­łam wtedy o olim­pia­dzie, zresztą po raz pierw­szy przy­szła mi ona do głowy. Ni­gdy wcze­śniej o niej nie my­śla­łam. A jed­nak, kiedy tylko po­wie­dzia­łam to na głos, po­czu­łam, że na­zy­wam swoje naj­praw­dziw­sze pra­gnie­nie.

Obiet­nica pre­zentu, którą zło­żył mi aabe, mu­siała naj­wy­raź­niej wy­do­być na ze­wnątrz coś, co kryło się we mnie tak głę­boko, że sama nie mia­łam po­ję­cia o jego ist­nie­niu. Słowa aabe przy­pie­czę­to­wały coś w moim sercu.