Wydawca: Prozami Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 538 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie chodź po lesie nocą - Danka Braun

Czy istnieje jakieś usprawiedliwienie dla zbrodni?

Rodzina Orłowskich spędza urlop w leśnym domku pod Olkuszem. Podczas festynu w Żuradzie zostaje zabity Jacek Wąsowski – zamożny biznesmen, a zarazem mąż kuzynki Renaty Orłowskiej. Podczas śledztwa, które prowadzą Mark Biegler i komisarz Bieda, wychodzą na jaw rodzinne tajemnice skrzętnie skrywane przez Wąsowskich.

Kto chciał śmierci Wąsowskiego? Czy prawdę mówi popularna maksyma, że prawdziwa miłość nie zagląda do metryki? A może jednak powinna zaglądać?

Opinie o ebooku Nie chodź po lesie nocą - Danka Braun

Fragment ebooka Nie chodź po lesie nocą - Danka Braun

Copyright ‌© by Danka Braun

Copyright © 2018 ‌by Grupa Wydawnicza ‌Literatura Inspiruje ‌Sp. z o.o.

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone

All ‌rights reserved

Książka ‌ani żadna jej część ‌nie mogą być ‌publikowane ‌ani ‌w jakikolwiek inny sposób ‌powielane w formie ‌elektronicznej ‌oraz mechanicznej bez zgody ‌wydawcy.

‌ ‌

Redakcja: ‌Jolanta Chrostowska-Sufa

Korekta: ‌Justyna ‌Jakubczyk, Agnieszka Brach

Projekt ‌graficzny okładki: ‌Marek Kuźnicki, Studio ‌1

Obraz ‌na okładce licencjonowany ‌przez Depositphotos.com/ Drukarnia ‌Chroma, ‌Copyright © ‌by ‌Vadymvdrobot

DTP: Justyna ‌Jakubczyk

ISBN: 978-83-65897-35-0

Słupsk/Warszawa 2018

Wydawnictwo Prozami

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

‌ ‌

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Basi i Małgosi ‌Kluczewskim – ‌moim ‌krewniaczkom ‌z Żurady

Ściągawka ‌dla czytelników

Mark Biegler– ‌austriacki dziennikarz o polskich korzeniach

Marta Kruczkowska-Biegler– ‌żona Marka

Ryszard ‌Bieda– ‌komisarz policji

Robert Orłowski– neurochirurg, ojciec ‌biologiczny Marty

Renata ‌Orłowska– bizneswoman, ‌żona Roberta

Iza ‌Orłowska– córka Roberta ‌i Renaty

Wisława Sawicka– matka ‌Renaty

Mariola Wąsowska– kuzynka ‌Renaty

Jacek Wąsowski – biznesmen, mąż Marioli

Justyna Wąsowska – córka Wąsowskich

Szymek – syn Wąsowskich

Jaś – synek Wąsowskich

Edward Pietrzyk – wspólnik Wąsowskiego

Alina Pietrzyk – żona Edwarda

Łukasz Pietrzyk – informatyk, syn Pietrzyków

Andżelika Socha – księgowa firmy JacEd

Sasza Iwanow – Ukrainiec, pracownik firmy JacEd

Tania Iwanow – żona Saszy

Stefan Wardęga – człowiek z Warszawy

Aldona Krupa – bizneswoman z Warszawy

Wasyl Sokołow – Ukrainiec, turysta

Prolog

Wieczór był wyjątkowo ciepły. Kalendarzowa wiosna chyliła się ku końcowi i szybkim krokiem nadchodziło lato, mimo to przez cały maj i początek czerwca było chłodno i deszczowo. Dopiero przed kilkoma dniami pogoda się poprawiła.

Tego wieczoru kolację w domu Orłowskich zjedzono na tarasie. Przy stole siedziało tylko pięć osób. Oprócz Renaty, Roberta i ich córki Izy byli obecni jedynie Bieglerowie. Syn Orłowskich, Krzysiek, nadal przebywał z rodziną w Bostonie, a Barbara Orłowska-Johannson i Jon polecieli do Ystad do Petera, syna Jona.

– Malutka, co robimy w najbliższy weekend? Zbliża się Boże Ciało i znowu szykuje się nam kilka dni do świętowania. Tylu świąt co Polacy nie ma żaden inny naród – mruknął Robert. – Każdy pretekst jest dobry, by nie iść do pracy. Albo Pierwszy Maja, albo Święto Narodowe Trzeciego Maja, albo Boże Ciało, albo…

– Nie marudź. Narzekasz i narzekasz jak stary tetryk – przerwała mu żona. – Tobie to dobrze, bo jesteś sam sobie szefem i kiedy tylko chcesz, możesz mieć urlop na żądanie, ale gdybyś był pracownikiem najemnym, inaczej byś śpiewał – burknęła. – Możesz sobie robić, co ci się podoba, ale ja jadę do Żurady.

– Przecież byliśmy tam tydzień temu – przypomniał żonie Robert. – I dlaczego jesteś taka naburmuszona?

– Dobrze wiesz, że po śmierci taty nie chcę, żeby mama była sama w domu.

– Po pierwsze, nie jest sama, bo na piętrze mieszka jej syn, a po drugie, kilkakrotnie proponowaliśmy jej, żeby przyjechała do nas.

– Po pierwsze, jej syn, jak zauważyłeś, mieszka na piętrze, a ona na parterze, więc jest sama. A po drugie, woli przebywać w swoim domu, a nie w domu zięcia.

– Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego jesteś dziś taka kłótliwa? Co cię ugryzło, do cholery?!

– Tatku, nie wyrażaj się przy dzieciach – burknęła Iza, nie podnosząc oczu znad książki.

– Dlaczego dziecko nie może zapamiętać, że przy stole się nie czyta? – mówiąc to, Robert groźnie zmarszczył brwi. – Proszę natychmiast odłożyć tę książkę.

– Ratuję się książką, żeby nie umrzeć z nudów – mruknęła, z ociąganiem zamykając najnowszy kryminał Camilli Läckberg.

– Hmm, Izabelo, czy to czasami nam nie uwłacza? – wtrącił Mark Biegler. – Robert, maniery twojej młodszej córki pozostawiają wiele do życzenia. Jak to dobrze, że nie miałeś wpływu na wychowywanie starszej – powiedział, całując Martę w policzek.

– Zażalenia proszę składać pod właściwy adres. Od wychowywania jest matka, nie ojciec – odparł Robert, dokładając sobie na talerz dodatkową porcję sałatki meksykańskiej. – Iza, jedz, bo ostatnio jesteś chuda jak czarna nitka na spacerze. Malutka, źle się spisałaś, wychowując swoją córkę.

– Właśnie! Zamiast liczyć sprzedane podkoszulki, powinnaś, mamcik, przywiązywać większą wagę do tego, jak mnie wychowujesz. Tatku, wcale nie jestem chuda, tylko rosnę i ciągnie mnie w górę. – Iza nałożyła na talerz odrobinę sałatki z tuńczyka. – Nie mam ochoty na kuchnię meksykańską. Tato, tobie też radzę nie przesadzać z fasolą. Możesz mieć problemy w nocy. To znaczy mama może mieć problemy z powodu twojego przewodu pokarmowego. Problemy zapachowe.

– Iza, ty bezczelna smarkulo, proszę o więcej szacunku dla ojca. – Robert wzruszył ramionami. I dodał: – I większe zaufanie do jego przewodu pokarmowego.

– Rzeczywiście, ktoś tak doskonały jak profesor zwyczajny doktor habilitowany nauk medycznych Robert Orłowski nigdy nie pierdzi – powiedziała najmłodsza latorośl Orłowskich.

Robert zmarszczył brwi. Jego mina wskazywała, że córka przeholowała. Rzucił jej gniewne spojrzenie.

– Iza, chyba już skończyłaś kolację. Proszę wstać od stołu! – powiedział ostro.

– Tatku, przepraszam.

– Słyszałaś, co powiedziałem? Idź do swojego pokoju. Natychmiast!

– Tatku… – Widząc minę ojca, nie dokończyła, tylko wstała od stołu i odeszła z ociąganiem. Doszła do drzwi i się odwróciła. – Przepraszam… Ciebie, tatku, i wszystkich przy stole przepraszam za swoje zachowanie – powiedziała potulnie.

Kiedy zostali w czwórkę, Robert powrócił do tematu weekendu.

– W takim razie jedziemy do Żurady. – Zwrócił się w stronę Bieglerów. – A wy z nami. W domku Świętej Zośki jest dużo miejsca. Mark, zagramy w marynarza o to, kto będzie spał w głównej sypialni, a kto w gościnnej.

– Nam wystarczy sypialnia gościnna, nie musimy grać w marynarza – odparł Biegler i spojrzał na żonę. – Mein Schatz, co z twoją pracą? Kiedy możemy jechać?

– W poniedziałek i we wtorek do południa mam lekcje. Możemy wyjechać we wtorek po południu.

– Okej.

Rozdział 1

Domek letniskowy Orłowskich w Żuradzie Leśnej znajdował się prawie trzy kilometry od innych zabudowań, w samym lesie. Robert i jego teściowa dostali go w testamencie od nieżyjącej Zofii Florek, pacjentki Orłowskiego, a klientki i koleżanki Wisławy Sawickiej. Kiedy przyjechali tam po raz pierwszy, była to rudera, ale Robert zrobił z niej prawdziwe cacuszko. Teraz dom prezentował się znakomicie. W środku lasu, w odosobnieniu, ale ze wszystkimi cywilizacyjnymi wygodami, stał się doskonałym miejscem na wypoczynek. Cisza i spokój. Z dala od miejskiego hałasu, smogu i zaduchu. Zamiast tego ćwierkanie ptaków, cykanie świerszczy i miłe dla ucha bzyczenie leśnych owadów. I monotonny szum strumyka przepływającego tuż obok domu. Same kojące odgłosy natury, tak odmienne od miejskiego harmideru. Tutaj, wśród sosen i świerków, człowiek wspaniale odpoczywał, regenerując zmęczony organizm.

Dwoma samochodami zajechali leśnym traktem pod posesję Orłowskich. Robert otworzył pilotem bramę, by mogli wjechać na teren parceli.

Mężczyźni wnieśli bagaże do pokojów i od razu się ulotnili, zostawiając kobietom rozpakowywanie walizek.

– To ja teraz szybko odświeżę pokoje. Odkurzę dywany i zmyję podłogi – zaproponowała Iza.

Od tamtej feralnej kolacji stała się idealną szesnastolatką. Grzeczną, układną i zawsze chętną do pomocy. Starała się bardzo, by udobruchać ojca, który nadal zachowywał się w stosunku do niej dość chłodno. Tak to już było z Robertem Orłowskim. Potrafił być wyrozumiały i często pozwalał na spoufalanie się, ale nie można było przekroczyć pewnej granicy. Tę ustalał sam i czasami trudno było innym wyczuć, gdzie się ona znajduje.

– Nie trzeba sprzątać, wystarczy przewietrzyć pokoje. Ukrainka Marioli już posprzątała dom – powiedziała Orłowska.

– Ukrainka Marioli? – zdziwiła się Marta.

– Tania, kobieta z Ukrainy, która pracuje w salonie fryzjerskim mojej kuzynki Marioli. Przed naszym przyjazdem zadzwoniłam do Marioli, by poleciła mi kogoś do odświeżenia domu. Kobieta, która wcześniej tu sprzątała, wyjechała do Włoch za pracą.

– Nie boisz się dawać kluczy nieznanej osobie?

– Mariola ręczy za nią. Podobno to bardzo uczciwa i pracowita osoba. I bardzo dokładnie sprząta. Przyjechała tu z mężem. U siebie w kraju była pracownikiem uniwersyteckim, wykładała matematykę, a teraz sprząta. Jej mąż pracuje u Jacka, męża mojej kuzynki.

– Co robi ten Jacek? – zapytała Marta. – Wcześniej nic mi nie wspominałaś ani o Marioli, ani o Jacku.

– Nie wspominałam o Marioli, bo nie utrzymywałam z nią bliższych kontaktów. Chociaż jest moją niedaleką kuzynką, bo nasi ojcowie byli braćmi, słabo się znałyśmy. Mariola jest ode mnie młodsza o osiem lat. Kiedy ja mieszkałam w Żuradzie, ona była jeszcze dzieckiem. Teraz różnica wieku się zatarła, ale gdy się ma dziewiętnaście lat, jedenastolatka jest dla ciebie smarkulą. Zbliżyłyśmy się do siebie dopiero po śmierci mojego taty. Chociaż nie przyjechała na jego pogrzeb, bo akurat nie było jej wtedy w Polsce, później bardzo wspierała psychicznie moją mamę. Odwiedzała ją, przynosiła ciasta, zawoziła ją na cmentarz, gdy mój brat był zajęty. Pomagała im również w czasie choroby taty. Jest bardzo uczynna. Przez ten czas, gdy mieszkałam u mamy zaraz po pogrzebie, często do niej przychodziła. Można powiedzieć, że się nawet zaprzyjaźniłyśmy.

– Jest fryzjerką?

– Z zawodu tak, ale z wykształcenia historykiem. Jakiś czas uczyła w szkole, później ją zredukowano. Zawsze miała smykałkę do układania włosów. Od początku chciała być fryzjerką, ale rodzice uważali, że to zajęcie niezbyt stosowne dla ich córki. Skończyła studia tylko ze względu na nich. Dla własnego kaprysu ukończyła szkolenie fryzjerskie i nawet zdobyła papiery mistrzowskie. Kiedy wyszła za mąż, pracowała w szkole, ale nie zrezygnowała z drugiego zawodu i robiła fryzury wszystkim swoim koleżankom. Nawet gdy urodziły się dzieci, czesała klientki. Przestała, bo mąż jej zabronił. – Na wspomnienie męża kuzynki mina Renaty sposępniała. – Zrobił się z niego wielki pan biznesmen. Cóż, żona prezesa Wąsowskiego nie powinna czesać cudzych głów. Dwa lata temu zostawił ją dla kochanki. Wtedy otworzyła salon w Olkuszu.

– Rozwiodła się z mężem?

– Nie. Wybaczyła mu i pozwoliła wrócić. Za względu na dzieci. Ma ich trójkę. Oprócz dorosłej Justyny jest jeszcze dwunastoletni Szymek i pięcioletni Jaś. Ale nie wiem, czy dobrze zrobiła, przyjmując z powrotem Jacka do domu – mruknęła Orłowska.

– Czasami warto wybaczyć – odparła Marta, która kiedyś również zdradziła męża. – Ty wybaczyłaś i chyba tego nie żałujesz. Każdy powinien dostać drugą szansę – dodała cicho.

Orłowska wzruszyła ramionami.

– Czasami tak. Ale nie w ich przypadku. Jacek należy do mężczyzn, którzy się nie zmieniają… – Przerwała, ponieważ w tym momencie nadszedł Robert.

Spojrzał na wciąż zapakowane torby.

– Malutka, zamiast gadać, trzeba wziąć się do rozpakowywania bagaży.

– No to proszę wziąć się do rozpakowywania. Też masz rączki – mruknęła gniewnie. – Jak zwykle zamieniasz się w szefa. Wydawać polecenia możesz swoim pracownikom i córce, a nie mnie – burknęła.

Robert, niezadowolony, najpierw zmarszczył brwi, ale szybko zmienił taktykę. Podszedł do żony i ją objął.

– Malutka, nawet na moment nie zapominam, że również mam nad sobą szefa. Swoją żonę. Co do bagaży, to ty najlepiej umiesz to zrobić. Wiesz, gdzie co powiesić i położyć. – Pocałował ją w policzek. – Przecież musimy przywitać się z twoją mamą.

Renata westchnęła i otworzyła neseser.

Rozpakowywanie zajęło kobietom prawie pół godziny, a zanim odświeżyły się i opanowały mały rozgardiasz, minęło następne pół. Marta i Mark postanowili również pojechać do Wisławy Sawickiej. Mieli do pokonania prawie trzy kilometry, jak na spacer dość daleko, dlatego musieli skorzystać z samochodu.

– Tatku, czy mogę nocować u babci? – zapytała Iza. – Chciałabym spotkać się z Justyną.

– Zapytaj mamę – mruknął, wciąż oschły w stosunku do córki. – Co to za Justyna?

– Córka cioci Marioli – odpowiedziała.

– Nie rozumiem, o czym ona może rozmawiać z taką smarkulą. Przecież ta dziewczyna ma dwadzieścia dwa lata. – Wzruszył ramionami.

– Tatku, nie wszyscy uważają mnie za smarkulę. Są tacy, którzy twierdzą, że jestem nad wiek dojrzała.

– Ty dojrzała? Nie rozśmieszaj mnie. – Prychnął z lekceważeniem.

– W każdym razie tak uważa Justyna. I Łukasz.

– Jaki Łukasz? – zainteresował się nagle Robert. – Kto to taki? Ile ma lat? Co robi?

– Tatku, nie martw się. On nie zagraża mojej cnocie. – Widząc minę ojca, szybko dodała: – Tatusiu, to chłopak Justyny. Jest stary jak węgiel kamienny, ma dwadzieścia dziewięć lat.

– Aha. – Orłowski odetchnął. – Ale chyba z nim jest coś nie tak, jeśli ma dwadzieścia dziewięć lat i uważa cię za dojrzałą?

– Tatku, pozę bezczelnej smarkuli przybieram tylko od czasu do czasu. Na co dzień jestem mądrą, oczytaną, dobrze wychowaną panienką, taką jak jej tatuś.

Robert spojrzał na Izę trochę niepewny, jak ma potraktować słowa córki.

– Jedźmy wreszcie – mruknął.

– Czy mogę więc zostać u babci na noc? – zapytała.

– Możesz – odparł. – Tylko się pospiesz, nie guzdraj przy pakowaniu jak twoja matka.

– Jestem już gotowa. Spakowałam koszulę nocną. Tatku, ja się nie maluję jak mama, nie muszę mieć przy sobie tak jak ona całego wyposażenia salonu kosmetycznego. – Widząc, jak Renata marszczy brwi, szybko dodała: – Jestem jeszcze za młoda na malowanie się i strojenie, prawda, mamusiu?

Kilka minut później zajechali pod dom matki Renaty. Wisława Sawicka była jak zwykle na swoim posterunku – siedziała na krześle w kąciku za ladą. Oprócz niej stała tam również ekspedientka. To ona zajmowała się sprzedawaniem towaru, szefowa jedynie dozorowała jej czynności w myśl powiedzenia, że pańskie oko konia tuczy. Z drugiej strony przy ladzie stała młoda kobieta i i prowadziła konwersację z grupką przybyłych. Renata najpierw wycałowała matkę, a później podeszła do klientki i ją również pocałowała w policzek.

– Cześć, Mariola. Nie wiedziałam, że cię tu zastanę.

– Przyszłam do cioci zrobić zakupy – odpowiedziała.

Mariola Wąsowska była typem kobiety, u której trudno jest określić wiek. Chociaż miała czterdzieści pięć lat, wyglądała na dużo młodszą. Szczupła, dość wysoka, z ładną twarzą i długimi, starannie wymodelowanymi blond włosami sprawiała wrażenie młodej dziewczyny. Mimo smukłej sylwetki wszystkie atrybuty jej kobiecości były przyjemnie zaokrąglone – spore piersi, ładnie zarysowane biodra i wąska talia, co podkreślało jej ubranie: obcisłe niebieskie dżinsy z modnymi dziurami i dopasowany T-shirt w kolorze indygo.

– Mariolko, poznaj Martę i jej męża. Dużo ci o nich opowiadałam. Mojego męża już znasz.

– Hm, nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedyś spotkali – zauważył Robert, całując kobietę w rękę. – Mam pamięć do pięknych kobiet, na pewno bym zapamiętał tak ładną kuzynkę mojej żony. – Uśmiechnął się szarmancko.

– Byliśmy na weselu Iwony. Nawet ze mną tańczyłeś. – Uśmiechnęła się kobieta.

– To niemożliwe. Wszystkie kuzynki mojej żony miały duże nosy, a ty nie masz – palnął. – Renata zawsze puchła z dumy, że jest jedyną z córek Sawickich, które nie odziedziczyły orlich nosów po swoich ojcach.

Renata poczerwieniała ze zmieszania.

– Ja też kiedyś miałam duży nos, ale go sobie zoperowałam – odparła kobieta bez grama zażenowania, uśmiechając się do Roberta.

Orłowski jakby nie wyczuł swojego nietaktu, tylko zaczął z zainteresowaniem oglądać jej nos.

– Znakomita robota. Ten chirurg ma doskonałą rękę. Nic nie widać – stwierdził. – Gdzie ci to robiono? Mógłbym dostać adres kliniki?

– Robiłam operację ponad dwadzieścia lat temu, w Warszawie. Wątpię, czy ta lekarka jeszcze żyje, już wtedy była niezbyt młoda.

– Malutka, może zaprosimy Mariolę do nas na grilla?

– Mariola ma męża – zauważyła z naciskiem Renata.

– Oczywiście męża również zapraszamy. I dzieci. Podobno Iza się zaprzyjaźniła z twoją córką?

– Mam lepszy pomysł. Wy przyjdźcie do nas. Oczywiście państwo Bieglerowie również. Najlepiej jutro, pojutrze jest Boże Ciało, dzień wolny od pracy. Potem my przyjdziemy z rewizytą. Ciocię również zapraszam.

Rozdział 2

– Wstawajcie, śpiochy. Słońce wzeszło na trzy grabie – zawołał wesoło Robert, stojąc w drzwiach sypialni Bieglerów.

Mark z trudem otworzył oczy. Spojrzał na zegarek.

– Robert, oszalałeś, jeszcze nie ma ósmej. Daj nam trochę pospać.

– Spać możesz w Krakowie. W Żuradzie Leśnej to grzech wylegiwać się w łóżku przy tak pięknej pogodzie. Nie bądź gnuśny. Posłuchaj, jak ptaszki pięknie śpiewają, jak świerszczyki cykają. – Zbliżył się do uchylonego okna i otworzył je na oścież.

– Ja słyszę tylko brzęczenie much i komarów – mruknął Mark. – Mein Schatz, wstajemy czy śpimy?

– Optymista z ciebie, jeśli myślisz, że Robert nam pozwoli na tę drugą opcję – odparła Marta.

– Swoją drogą, to nieelegancko włazić rano bez zaproszenia do sypialni młodego małżeństwa. Mogliśmy właśnie się kochać – zauważył Mark.

– Pukałem. Drzwi nie były zamknięte na klucz, co oznaczało, że w środku nic ciekawego się nie dzieje. My z Renatą, gdy mamy zamiar to robić, zawsze przekręcamy klucz.

Biegler wygrzebał się z pościeli i mocno przeciągnął. Nie był przyzwyczajony do wczesnego wstawania. Nie musiał zrywać się co świt do pracy, ponieważ nie pracował. Był beneficjentem spadku, który zostawiła mu jego macocha, właścicielka sieci dobrze prosperujących hoteli i moteli w Austrii. Do schedy po Gretchen Biegler pretendowali również jej siostrzeńcy – Berta i Greg Schmidtowie – ale było się czym dzielić. Mark, z zawodu dziennikarz, żeby nie zgnuśnieć, pisał regularnie felietony i artykuły do gazet wydawanych przez rodzeństwo Schmidtów, a w wolnym czasie również powieści kryminalne. Wydano dotąd trzy jego książki, a Mark przymierzał się do czwartej.

Bieglerowie szybko umyli się i ubrali. Pół godziny później siedzieli już przy stole na tarasie. Marta była biologiczną córką Roberta Orłowskiego, o czym dowiedzieli się oboje dopiero po śmierci jej matki z listów, które zostawiła u notariusza. Chociaż od tej pory minęło zaledwie pięć lat, Marta i jej mąż wtopili się w rodzinę Orłowskich, a więź, która między nimi powstała, była tak silna, jakby znali się zawsze.

Marta Kruczkowska-Biegler była piękną trzydziestolatką z rewelacyjną figurą oraz długimi, sięgającymi do pasa czarnymi włosami i ogromnymi czarnymi oczami – takimi jak u Roberta i jego dzieci. Mark natomiast był przystojnym blondynem. Wysoki prawie jak Robert, który mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt, miał wysportowaną sylwetkę zaprawioną ćwiczeniami w siłowni i na bieżni. Był starszy od Marty o siedem lat.

Bieglerowie nie doczekali się dzieci. Niestety nie zapowiadało się, żeby w ogóle je kiedyś mieli. W związku z wypadkiem, jakiemu uległa Marta, spadając ze schodów, i przedwczesnym porodem stracili nie tylko dziecko, lecz także szansę na następne, co bardzo oboje przeżywali.

– Śpiochy nareszcie zwlekły się z łóżek – zauważył jowialnie Robert. – Po śniadaniu idziemy na spacer, później lekki posiłek, a wieczorem grill u pięknej kuzyneczki. Malutka, kim jest jej mąż? Co robi?

– Jego zawód to „pan biznesmen”. Nie przepadam za nim. Szkoda mi Marioli, że wyszła za takiego typka. Teraz bidulka z trójką dzieci nie ma zbyt dużego wyboru. Sama mówi mało na jego temat, ale Żurada to nie Kraków. Tu wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. A jak nie wiedzą, to dowiedzą się od Grzesia.

– Od Grzesia? O czym ty mówisz, Malutka? – zdziwił się Robert.

– Grześ Wszystkowiedzący to żuradzka osobliwość. Niektórzy posądzają go o pewien rodzaj autyzmu. Lekko upośledzony psychicznie, objęty stałym leczeniem psychiatrycznym, zdołał skończyć zaledwie szkołę podstawową, ale zarazem jest człowiekiem o wręcz genialnej pamięci. Zna daty urodzenia i ślubów wszystkich mieszkańców Żurady. Wie nawet, kto był świadkiem na danym ślubie! Zna wszystkie koligacje rodzinne, także ludzi, którzy wyprowadzili się z Żurady. Wie, co kto robi zawodowo. O nas też dużo wie. Pamiętasz, kiedy wzięliśmy ślub?

– Który ślub? Cywilny czy kościelny? Oczywiście, że wiem – obruszył się Robert.

– Gdybyś zapomniał, to zapytaj Grzesia.

– Cooo? On zna daty naszego ślubu?

– Tak. Datę ślubu Marty i Marka również.

– Jak to? Skąd? – zdziwił się Mark. – Twoja mama mu powiedziała? Czy Iza?

– Sama się tym zdziwiłam. I mama, i Iza zaprzeczają. Musiał się od kogoś dowiedzieć, że moja rodzina pojechała na wasz ślub, i to zapamiętał. Kiedyś podobno dzwonił w tej sprawie w nocy do Marioli i pytał ją, czy tego nie wie. Grześ to żuradzki kronikarz. – Uśmiechnęła się. – Zbiera informacje z różnych źródeł. – Orłowska dołożyła na talerz dodatkową porcję sałatki.

– Nie powiedziałaś nam nic na temat gospodarza dzisiejszego przyjęcia. Jaki biznes prowadzi? – Robert przeszedł do właściwego tematu.

– Ma dwie stacje benzynowe, oprócz tego spółkę motoryzacyjną. Sprowadzają ze Stanów auta i motocykle oraz części do nich. Jego wspólnikiem jest Edek Pietrzyk, mój kolega z podstawówki. Razem chodziliśmy do klasy. – Wsunęła do ust kawałek pieczeni. – Teraz Żurada stała się sypialnią Olkusza i jest dużo przyjezdnych, ale wszyscy starzy żuradzianie się znają. Żona Edka, Alina, też jest z Żurady. Jest młodsza ode mnie, chodziła do klasy z Jackiem Wąsowskim. Mają tylko jednego syna, Łukasza, o którym wspominała Iza. O ile wiem, ten ich biznes samochodowy kręci się całkiem nieźle. Widać to po domach, które wystawili. Tutaj, w Żuradzie, mają dwa zakłady, a trzeci w Olkuszu. – Renata ziewnęła. – Muszę się napić kawy, bo zaraz zasnę. Mój mąż zrobił mi pobudkę przed siódmą.

Mark przyglądał się, jak Marta nakłada makijaż. Miała urodę, która nie potrzebowała retuszu. Była wyjątkowo ładną kobietą, ale kilka muśnięć pędzelkiem i kredką czyniło z niej prawdziwą piękność.

– Nie chce mi się iść na tego grilla – mruknął Mark.

– Musimy tam pójść. Kuzynka Renaty by się obraziła. – Uśmiechnęła się znad lusterka. – Będziemy świadkami, jak Renata znowu da popis zazdrości. Szykuje się już od godziny, jakby szła nie na grilla, tylko na raut do królowej angielskiej.

– Popis zazdrości? O kogo niby miałaby być zazdrosna? O tę Mariolę? Bez przesady. Zauważyłem, że Robert specjalnie mówi komplementy innym kobietom, żeby podrażnić się trochę ze swoją Malutką. Trzeba jednak przyznać, że ta Mariola nieźle wygląda jak na czterdzieści pięć lat. Myślałem, że jest dużo młodsza.

– No, jestem już gotowa – oznajmiła Marta. – Nie będę się stroić, zostawiam to Renacie.

Renata rzeczywiście wystroiła się wyjątkowo jak na tę okazję. Chociaż była ubrana w czerń ze względu na żałobę po ojcu, wyglądała nader elegancko i wcale nieżałobnie. Połyskliwe pareo z frędzelkami i obcisłe czarne korsarki za kolano oraz czarne klapki na wysokim obcasiku bardziej pasowały na wystawne przyjęcie wieczorowe niż na skromny grill.

– Dlaczego nie założyłaś brylantów? – mruknęła kąśliwie Marta.

– Nie pasują do frędzelków w pareo. Oprócz tego dobrze wiesz, że nie lubię brylantów – odparła niezrażona Orłowska. – Daruj sobie te złośliwości. Tobie wystarczy sama młodość i uroda, czym ja niestety nie dysponuję. Młoda już nie jestem, a spektakularnej urody, takiej jak ty, nigdy nie miałam, dlatego muszę ją korygować makijażem.

– Pani Orłowska, nie do twarzy ci z tą skromnością – wtrącił Mark. – Jednak szpilki to chyba niezbyt dobry pomysł – powiedział, porównując buty Orłowskiej z balerinkami Marty na płaskiej podeszwie. – Przecież ten grill będzie w ogrodzie.

– Małe sprostowanie: na tarasie, nie na trawie. – Wzruszyła ramionami. – Niestety urodziłam się kurduplem, dlatego muszę się posiłkować obcasami. Oprócz tego noga dużo lepiej wygląda w buciku na obcasie niż na płaskiej podeszwie.

Renata Orłowska przesadzała z samokrytyką. Mimo przekroczonej pięćdziesiątki nadal wyglądała młodo i apetycznie. Zawsze zadbana, wymalowana i ładnie ubrana przyciągała wzrok nawet młodych mężczyzn, z czego zdawała sobie doskonale sprawę.

Pojechali. Marta zobowiązała się nie pić alkoholu i przywieźć ich po grillu do domu. Odległość może nie była duża, niecałe trzy kilometry, ale spacer lasem po północy nie należał do przyjemności.

Posiadłość Marioli i Jacka Wąsowskich przytulona była do niewielkiego liściasto-iglastego lasku, niedaleko od domu Wisławy Sawickiej. Po drugiej stronie wąskiej dojazdowej uliczki również znajdowały się zarośla, co przydawało temu miejscu ustronności. Można było odnieść wrażenie, że posesja pozostaje w izolacji od sąsiedzkich zabudowań. Inne domy położone były kawałek dalej, ale nie na tyle daleko, żeby bać się całkowitego odosobnienia. Posiadłość Wąsowskich wyróżniała się spośród innych posesji w Żuradzie Leśnej przede wszystkim okazałością i zamożnością. Już samo ogrodzenie z kamienia i kutych z żelaza prętów wyglądało imponująco i informowało, że w środku musi być jeszcze bardziej reprezentacyjnie. I rzeczywiście tak było.

Kiedy wjechali na podjazd, z dwukondygnacyjnej rezydencji o piaskowej elewacji i mansardowym dachu krytym czerwoną dachówką wyszła gospodyni, żeby przywitać przybyłych gości. Mariola wyglądała równie elegancko jak jej kuzynka Renata. Ubrana w biel prezentowała się nie mniej okazale niż jej dom. Białe legginsy za kolano i biała tunika w wytłaczane białe kółka odejmowały jej jeszcze parę lat. Prawdopodobnie wszystkie kobiety z rodziny Sawickich lubiły szpilki, bo Mariola również założyła klapki na wysokich obcasach – białe ze złotymi paseczkami, tak jak jej biżuteria.

– Witam. Wszyscy czekają na was – zawołała z uśmiechem, całując Renatę w policzek. – Chodźcie na taras.

– Wszyscy? Czy jeszcze ktoś inny będzie grillował oprócz nas? – zapytała Renata.

– Zaprosiliśmy wspólnika męża i jego żonę z synem. Ciocia Wisia już przyszła.

Weszli do środka. Przywitał ich nowoczesny wystrój i nowobogacki przepych. Wszystko tu było drogie, modne i niezbyt gustowne, ale efekt zamierzony przez gospodarza został osiągnięty: każda rzecz znajdująca się w pomieszczeniu ostentacyjnie demonstrowała, że właściciele tego domu to ludzie zamożni.

Gospodarz Jacek Wąsowski również pasował do swojej rezydencji. Był to postawny mężczyzna tuż przed pięćdziesiątką, z dość znaczną nadwagą i ufarbowanymi włosami – co niestety było widać i wcale nie ujmowało mu lat, tylko ich dodawało. Ubrany tak jak żona w odzież w jasnych kolorach, w odcieniu écru, i obwieszony złotem prezentował się jak rasowy polski nuworysz. Najbardziej raziły Marka złoty łańcuch na szyi i złota bransoletka na ręku. Żeby być na czasie, oprócz drogiego rolexa jego przedramię zdobił również modny tatuaż. Mark był wrogiem męskiej biżuterii i przeciwnikiem tatuaży, chociaż sam go posiadał: niezbyt udaną podobiznę Nemezis, bogini zemsty. Tatuaż był jednak zrobiony we wczesnej młodości i był symbolem buntu przeciwko ojczymowi. Będąc dorosłym mężczyzną, nigdy by sobie nie zrobił tatuażu. Wrogiem tatuaży był również Robert. Chyba nie za bardzo spodobał mu się gospodarz, bo ostentacyjnie zmierzył go wzrokiem, a potem spojrzał na ubranie swoje i Marka.

– Przepraszam za nasz niestosowny ubiór – powiedział. – Nie wiedziałem, że obowiązują tu kolory kości słoniowej. Malutka, dlaczego spakowałaś mi tylko gumofilce i koszule w kratę jak dla drwala?

– Bo przyjechaliśmy do lasu. Notabene styl à la drwal jest teraz najmodniejszy – zripostowała z uśmiechem. – Jacku, nie jesteś na czasie. Brodę również masz passé, teraz w modzie jest pełny zarost, a nie wyskubany pincetą.

– Nie wyskubany, tylko ogolony – odparł Wąsowski, właściciel bródki à la Sienkiewicz. – Renata jak zwykle zaczyna się mnie czepiać. – Uśmiechnął się niepewnie. – Robert, prawda? Ja mam na imię Jacek – przedstawił się, wyciągając do gościa rękę.

Po chwili przywitał się z Bieglerami.

– A teraz poznajcie mojego wspólnika i jego żonę – zaproponował gospodarz i zaraz dodał: – Nie tylko wspólnika, lecz także przyjaciela. Znam go od zawsze, bo był moim sąsiadem. A z Aliną chodziliśmy do tej samej klasy i w podstawówce, i w liceum. Prawda, Alinko?

– Prawda – odparła z trochę wymuszonym uśmiechem kobieta.

Edek Pietrzyk nie był ubrany w biel, tylko w khaki, nie miał również bródki, lecz sumiaste wąsy à la Wałęsa – relikt lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Nie farbował włosów tak jak wspólnik – może dlatego, że nie miał ich za wiele. Również jego żona nie przypominała w niczym żony wspólnika. Alina Pietrzyk, chociaż nie była pięknością, miała przyjemną twarz i szczupłą sylwetkę. Nie nosiła makijażu, jedynie włosy zostały rozjaśnione pasemkami i ładnie przycięte. Oboje sprawiali bardzo sympatyczne wrażenie. Spodobali się zarówno Markowi, jak i Robertowi.

Znowu wymieniono uściski rąk.

Orłowska natomiast przywitała się z Pietrzykami bardziej wylewnie, całując ich w policzki i serdecznie się uśmiechając.

– Witaj, Alinko, witaj, Edku. Nie widzieliśmy się sto lat! – zawołała.

– Gdybym nie widział wcześniej twoich zdjęć, nie poznałbym cię na ulicy.

– Tak bardzo się zestarzałam? – zapytała kokieteryjnie Orłowska. Dobrze wiedziała, że wyglądała młodo i atrakcyjnie, ale lubiła słyszeć to od innych.

– Wprost przeciwnie. Nie wyglądasz na moją szkolną koleżankę, raczej na koleżankę mojego syna.

– Nie będę się z tobą sprzeczać, Edku – powiedziała z uśmiechem. – Uwielbiam, gdy ludzie prawią mi komplementy tego typu. À propos, gdzie jest wasz syn, podobno miał tu być?

– Poszedł z Justyną, Izą i Szymkiem odprowadzić Jasia do moich rodziców. Zaraz wrócą – odpowiedziała za Pietrzyków Mariola. – Gdyby był tu Jaś, nie byłabym w stanie nic zrobić. Jest bardzo absorbującym dzieckiem. Dobrze, że mam rodziców, którzy mieszkają niedaleko, bo nie wiem, jak bym sobie dała radę sama.

– Wynajęlibyśmy nianię – wypalił Jacek.

– Nie wiem, kto by jej płacił – mruknęła Mariola, rzucając mu wrogie spojrzenie.

– Jak to kto? Ja. Jeśli płacę już jednej Ukraince za sprzątanie i gotowanie, mógłbym zatrudnić jeszcze drugą.

– Tania pracuje w salonie fryzjerskim, w naszym domu jedynie sobie dorabia – wtrąciła Mariola. – Zresztą i tak muszę jej dopłacać ze swoich pieniędzy, bo to, co jej płacisz, to za mało.

Jak na zawołanie na tarasie pojawiła się Ukrainka z dwiema miskami sałatek. Tatiana Iwanow była ładną kobietą około czterdziestki. Jej zadbana, modna fryzura potwierdzała, że kobieta pracuje w dobrym salonie fryzjerskim.

– Dzień dobry – powitała nowo przybyłych z silnym wschodnim akcentem, stawiając na stole naczynia.

– Poznajcie Tanię Iwanową. To moja prawa ręka i w pracy, i w domu – zaanonsowała kobietę Mariola. – W swoim kraju była wybitną matematyczką, ale ostatnio zmieniła zawód, tak jak ja, i pracuje jako fryzjerka.

– Nie przesadzaj, Mariola. Żiadna ze mnie wybitna matematyćka. – Mówiła poprawnie, ale akcent miała bardzo mocny.

– Wykładałaś na uczelni.

– Byłam tylko naucicielem akademickim. Przieprasziam państwa, ale muszię wracać do kuchni.

Kiedy kobieta znikła z pola widzenia, Wąsowski uśmiechnął się pobłażliwie do żony.

– Mariolka lubi się bratać ze wszystkimi.

– Prosiłam cię, żebyś nie zwracał się do mnie „Mariolka” – odparła zimno. – Kojarzy mi się to z Mariolką z kabaretu Paranienormalni.

– Cóż, obie jesteście blondynkami. Ale ty masz mniejszy zarost na twarzy. – Skwitował Jacek z uśmiechem. – Może macie ochotę obejrzeć nasz dom? – Zwrócił się do nowo przybyłych.

– Ja nie mam ochoty – powiedziała Orłowska. – Już go zwiedzałam i podziwiałam. Ale pozostałym możesz się pochwalić swoim pałacem.

– Z przyjemnością obejrzymy państwa dom – wtrąciła pośpiesznie Marta, chcąc zatrzeć drwinę w słowach Renaty.

– Nie państwa. Jesteśmy przecież rodziną – zaoponował Jacek. – Proszę mówić nam po imieniu.

Kiedy Wąsowski prezentował Robertowi i Bieglerom dom, z dumą w głosie opisując, co, gdzie i za ile kupił, Renata gawędziła z Pietrzykami. Po kilku minutach gospodarz wrócił z gośćmi na taras. Ci mogli się przekonać naocznie, że reszta domu wyglądała tak samo jak to, co widzieli dotychczas – czyli bogato i imponująco.

– Pochwaliłeś się łazienką z bursztynami? – zapytała Renata. – W dekorach są prawdziwe bursztyny. Jacek nie uznaje półśrodków. Jak szejkowie w Emiratach. Dziwię się, że nie wstawiłeś platynowych kurków przy umywalkach, tylko chromowane.

– Renata jak zwykle uszczypliwa – zauważył Jacek, uśmiechając się chłodno. – Po prostu nie lubię tandety. Następnym razem pokażę wam biuro. Z tyłu domu znajduje się jeden z oddziałów naszej firmy. – W jego głosie zabrzmiała duma, wiadomo było więc, że siedziba firmy wygląda równie okazale jak dom i jest się czym pochwalić. – Przygotowujemy tu części do wysyłki. Nie tylko importujemy ze Stanów samochody i motocykle, lecz także zajmujemy się eksportem. Eksportujemy za ocean polskie rowery i niektóre części do europejskich samochodów.

– W życiu nie jest ważne, co mamy, ale kogo mamy – podsumowała Renata. – Powinieneś chwalić się swoją żoną, bo jest wyjątkowa, a nie domem i firmą.

W tym momencie w drzwiach tarasu pojawiła się młodzież, to znaczy Iza, córka i syn Wąsowskich oraz Pietrzyk junior.

– No, jesteście wreszcie – powiedział Wąsowski. – Coście robili tak długo?

– Strzelaliśmy karne Łukaszowi – odparł Szymek, chudy dwunastolatek, podobny z twarzy do matki. – Łukasz stał na bramce, a my strzelaliśmy.

– Justyna też? W tych butach? – Zaśmiał się jego ojciec, patrząc na szpilki córki.

– Tak. Iza pożyczyła jej swoje adidasy. Mają taką samą nogę.

– Tatku, nie zapodałam jej grzybicy, bo miała rajtki na nogach, ja też chodzę w skarpetkach – oznajmiła Iza ku uciesze wszystkich. – A tak w ogóle to chyba nie mam grzybicy.

– Ja też nie – dodała z uśmiechem Justyna.

Córka Wąsowskich była wysoką brunetką o długich włosach i szczupłej sylwetce – jak na gust Orłowskiego zbyt szczupłej. Rysy twarzy miała ładne, miłe dla oka, jedynie trochę za duży, nieco garbaty był nos. Miała za to rewelacyjne nogi, które z dumą eksponowała. Długie, smukłe, wyłaniały się strzeliście spod króciutkiej białej spódniczki. Wydawały się jeszcze dłuższe dzięki dziesięciocentymetrowym szpilkom, które miała na nogach.

– Justynko, powinnaś zostać modelką – pochwaliła ją Renata, witając się z dziewczyną. – Masz figurę w sam raz na wybieg.

– Ciociu, to nie dla mnie. – Wyciągnęła rękę do Roberta. – Pan jest chyba moim wujkiem. Na imię mam Justyna.

– Zawsze twierdziłem, że kobiety z rodziny Sawickich są piękne. Poczynając od mojej teściowej, a kończąc na kuzynkach – zauważył z uśmiechem. – Wujek Robert jestem. A to moja druga córka i jej mąż.

Wymienili się imionami i uściskami.

– A to jest Łukasz. – Dziewczyna wskazała młodego Pietrzyka. Renata przyjrzała mu się uważnie. Przystojny – stwierdziła w duchu. Mężczyzna wyglądał dość poważnie jak na dwadzieścia dziewięć lat, prawdopodobnie przez brodę, która zasłaniała mu pół twarzy. Ciemnowłosy, wysoki, dużo wyższy od swojego ojca, miał miłą fizjonomię i bardzo sympatyczny uśmiech. Chociaż podobny był do matki, męska wersja tych samych rysów była dużo bardziej interesująca niż damska. Jeśli o Alinie Pietrzyk można było powiedzieć jedynie, że nie jest brzydką kobietą, to jej syna każdy zakwalifikowałby do przystojniaków. Tak samo uważała Justyna, co widoczne było w jej zachowaniu. Ciągle się do niego uśmiechała i nadskakiwała mu. Natomiast Pietrzyk starał się zachowywać rezerwę.

Wieczór upłynął w dość miłej atmosferze. Sawicka i Szymek opuścili towarzystwo dość wcześnie, ale reszta młodych została do końca. Opowiadano dowcipy i anegdotki z życia wzięte. Jak zwykle w centrum uwagi był Robert. Perorował, dowcipkował i zabawiał wszystkich. Chociaż na pozór nastrój był typowo biesiadny, Mark wyczuł pewne napięcie między gospodarzem a Pietrzykami. Było ono szczególnie widoczne, gdy Robert wspomniał o rewizycie.

– Przyjdźcie w sobotę do nas na grilla. Oczywiście zapraszam wszystkich, młodzież również – powiedział Robert.

– W sobotę nie możemy, bo jest wtedy w Żuradzie festyn, a ja należę do fundatorów tej imprezy – odparł Wąsowski. – Może wy również przyjdziecie? Zobaczycie, jak bawi się żuradzka gawiedź. – Zabrzmiało to trochę protekcjonalnie i lekceważąco.

– Oczywiście, że przyjdziemy – odparł Orłowski. – Iza uwielbia festyny, a najbardziej te w Żuradzie. Nie opuściła prawie żadnego. Bierze udział w konkursach i zbiera cenne nagrody. Ostatnio wygrała jakiegoś żółtego kurczaka. Okropne paskudztwo, ale wciąż trzyma go na półce w swoim pokoju.

– Wcale nie paskudztwo – oburzyła się Iza. – Klasyczne dzieło sztuki odpustowej. Ten kurczak jest dużo ładniejszy od papierowych kwiatków wygranych na strzelnicy w Gdowie. Mam całą kolekcję odpustową: zwijający się gwizdek, trąbkę, piłeczkę na gumce i dużo innych wyrobów związanych tematycznie z tego typu imprezami. Według mnie polskie badziewie jest dużo ładniejsze od chińskiego.

– Problem w tym, że polskiego badziewia już prawie nie ma, wszystko, co jest na rynku, to chińszczyzna. Nawet niektóre regionalne wyroby – zauważył Łukasz.

– Przepraszam cię bardzo, ciupaga i drewniana kasetka z wizerunkiem Giewontu, które kupiłam ostatnio w Zakopanem, to na pewno wyrób naszych górali.

– Pamiątki z Zakopanego może rzeczywiście są robione w Polsce, ale pamiątki znad morza to wątpliwa sprawa.

– No to kiedy wpadniecie do nas? – Robert przerwał odpustową dyskusję. – Może w piątek albo w niedzielę?

– W piątek nie możemy – powiedział Łukasz. – Od jutra zaczynam mały audyt w firmie. Tata mnie prosił, żebym przejrzał papiery. – Mówiąc to, spojrzał na Wąsowskiego.

Mężczyzna, chociaż starał się nie pokazywać nic po sobie, nie zdołał ukryć niepokoju, którego cień pojawił się na jego twarzy.

– Przeglądajcie sobie, co chcecie, ale może zróbcie to tak, żeby nie psuć zabawy innym. – Wzruszył ramionami. – Szkoda, mam ogromną ochotę zobaczyć dom Świętej Zośki. Widziałem go tylko z zewnątrz. W życiu bym nie przypuszczał, że można zrobić takie cacuszko z rudery.

– W takim razie zapraszam w niedzielę – oznajmił Orłowski.

– Hmm, w niedzielę? Nazajutrz muszę być w Krakowie, a Justyna w Katowicach. – Łukasz westchnął. – Chyba że grill będzie zaraz po południu.

– W takim razie nie jedzcie obiadu w domu, zrobimy go na ruszcie.

– Okej.

– Może uda mi się podrzucić Jasia moim rodzicom – powiedziała Mariola, zbierając ze stołu brudne naczynia. – Nie chcę, żeby zdemolował wam dom.

– Ja mogę się nim zajmować, pani Mariolo – wtrącił Łukasz, pomagając kobiecie w zbieraniu naczyń. – Świetnie daję sobie z nim radę.

– Wiem o tym, Łukaszu, ale wolę go nie mieć przez kilka godzin koło siebie. To bardzo absorbujące dziecko.

– Nie tyle absorbujące, ile rozpieszczone – mruknął Jacek. – Rozpieściłaś go, Mariolko. Mnie też podaj nowy talerz i sztućce. – Podsunął jej swoje statki. – Szklankę również.

Łukasz rzucił mu zimne spojrzenie. Ułożył jego talerz na stertę innych i bez słowa wyniósł do kuchni. Dopiero teraz zerwała się Justyna, by pomóc matce. Po chwili wszyscy mieli nowe nakrycia.

Na taras weszła Tania Iwanowa, niosąc dwa półmiski ze świeżymi sałatkami i wędliną.

– Taniu, usiądź z nami – zaproponowała Mariola.

– Muszię jeszcie posprziątać w kuchni, a za chwilę przijdzie Sasza, żebyśmy razem wrócili do domu.

– Właśnie przed chwilą dzwonił, że już skończył naprawiać mustanga. Zaraz tu będzie, dlatego jeśli chcesz wracać do siebie, to dokończ sprzątanie w kuchni – powiedział Jacek. – Nie chcę, żeby Mariolka sprzątała później do późna w nocy.

– Mówiłam ci, żebyś nie nazywał mnie Mariolką – warknęła Mariola.

Mąż zlekceważył jej słowa.

– Komu piwo, komu wódka? – zapytał. – Łukasz, polej gościom. Marto, a ty czego się napijesz? Kawę, herbatę, jakiegoś bezalkoholowego drinka? – mówiąc to, obdarował dziewczynę perłowym uśmiechem swoich świeżo zrobionych licówek. – Tak to jest być kierowcą. Zachowanie Wąsowskiego zdradzało, że jest oczarowany urodą dziewczyny. Ciągle się do niej zwracał, obserwował ją i zagadywał. Natomiast Orłowską ostentacyjnie ignorował. Renata również nie zwracała na niego uwagi, jedynie od czasu do czasu bąknęła coś złośliwie pod jego adresem. Ich zachowanie wskazywało, że ta dwójka nie przepadała za sobą.

Później utworzyły się podgrupy. Renata, Mariola i Alina usiadły obok siebie i rozprawiały o babskich sprawach. Wąsowski gdzieś znikł, po chwili wyszedł również Edek Pietrzyk. Mark zostawił Martę z Łukaszem i udał się do toalety. Wracając do towarzystwa, przypadkowo usłyszał dość ostrą wymianę zdań dochodzącą z gabinetu Wąsowskiego.

– Jakim prawem ktoś obcy będzie grzebał w naszych papierach?! Nie życzę sobie tego! – Głos należał do gospodarza domu.

– To nie ktoś obcy, tylko mój syn. Zapominasz, że to on postawił naszą firmę na nogi – odparł Edek Pietrzyk.

– Ale przestał już u nas pracować! Sam zrezygnował. Jest teraz nikim w firmie.

– Może dla ciebie, dla mnie to jedyna osoba, do której mam pełne zaufanie.

– A więc mi nie ufasz? Dlatego każesz mu szperać w dokumentach?

– To chłopak z otwartą głową, może znajdzie sposób na wyjście z naszych kłopotów. Nie rozumiem, skąd ten brak płynności finansowej. Przecież ciągle dostajemy zamówienia na auta i nie możemy wyrobić się z serwisem. Nawet sprzedaż motocykli ostatnio przyśpieszyła. Dlaczego wciąż brakuje nam pieniędzy?

– Są zamrożone w cadillacach i chryslerach. Niepotrzebnie je sprowadziliśmy.

– Dlatego chcę, żeby Łukasz nam doradził. Zawsze miał dobre pomysły. Dzięki niemu nieźle zarobiliśmy wtedy na chevroletach corvette. A harleye? Czyżbyś zapomniał?

– On już nie siedzi w temacie, wyszedł z branży…

Mark, widząc nadchodzącą Justynę, szybko skierował się w stronę tarasu. Nie chciał, by pomyślała, że podsłuchuje jej ojca. Na taras wrócili wkrótce również Wąsowski i Pietrzyk. Łukasz spojrzał na ojca badawczo, ale ten nie dał po sobie nic poznać. Usiadł obok żony i coś cicho do niej powiedział.

Po chwili na taras wszedł mężczyzna około czterdziestki i podszedł do Wąsowskiego.

– Dobry wieczier. Sziefie, to kluć do warsztatu – powiedział ze wschodnim akcentem. – Mustang już gotowy.

– Dzięki, Sasza. Możecie iść już z Tanią do domu – zarządził Wąsowski. – Jeśli zostały jeszcze w kuchni sałatki, to możecie wziąć resztę do domu.

Mariola spojrzała wrogo na męża i przeniosła wzrok na Ukraińca.

– Sasza, może przyłączycie się z Tanią do nas? Mamy wódeczkę, piwko? – zapytała.

Mężczyzna spojrzał w stronę Wąsowskiego. Widząc jego minę, wyprostował się.

– Dziękujemy, Mariola, ale musimy już wracać do domu. Tania jest zmęcziona, ja też.

– No to do piątku – uciął Wąsowski. – Jutro Boże Ciało, prawosławni chyba go nie świętują, ale nie będę cię fatygował. Odpoczywaj.

– Do widzenia, sziefie, dobranoc państwu.

Rozdział 3

Nazajutrz Marta zrobiła wszystkim pobudkę. Była jedyną osobą na przyjęciu u Wąsowskich, która nie piła żadnego alkoholu, oczywiście oprócz Izy. Córka Orłowskich należała do tych nielicznych szesnastolatek, które nie spróbowały jeszcze nigdy żadnych produktów alkoholowych. Robert nie pozwalał jej się napić nawet piwa.

– Ma na to czas – mówił. – Kiedy skończy osiemnaście lat, wtedy kupimy szampana i razem go wypijemy.

Inna sprawa, że dziewczyny nie ciągnęło ani do alkoholu, ani do żadnych innych używek. Nie piła, nie paliła ani nie ćpała. Nie malowała się, nie stroiła i nie chodziła na dyskoteki. Pod tym względem była wyjątkową nastolatką, zresztą w ogóle była wyjątkowa – tak uważali wszyscy dorośli, którzy ją znali. Natomiast jej rówieśnicy odbierali jej zachowanie jako pozę, silenie się na oryginalność. Ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos, gdyż miała zbyt dużą charyzmę w szkole i zbyt ostry język, żeby z nią zadzierać. Mimo to była lubiana zarówno przez nauczycieli, jak i kolegów.

Marta, zostawiwszy śpiącego męża, najpierw zastukała w drzwi sypialni Izy, a później Orłowskich. Nie weszła jednak do środka, tylko zawołała głośno:

– Wstawać, śpiochy! Słońce wzeszło na trzy grabie.

Była to swoista zemsta za wcześniejszą pobudkę, którą pierwszego ranka zrobił im Robert.

– Ciszej – syknął Orłowski, naciągając kołdrę na głowę. – To barbarzyństwo budzić skacowanych ludzi w środku nocy.

– Odkąd to godzina dziewiąta to środek nocy? Zapowiada się piękny dzień. Szkoda spędzać go w łóżku. Daję wam kwadrans na toaletę. Zaraz będzie gotowa jajecznica na bekonie. Musicie się pośpieszyć, bo wystygnie.

– Nie gadaj tyle, lepiej idź do kuchni i wsyp kawę do ekspresu – mruknął spod kołdry Robert.

Godzinę później nakarmieni, ale wciąż znużeni wczorajszym przyjęciem, odpoczywali w ogrodzie, leżąc na leżakach i pozwalając słońcu pieścić twarze i ciała.

– Kto chce piwo? – zapytał Robert.

– Zwariowałeś?! – zawołała oburzona Renata. – Przecież dopiero dziesiąta. Chcesz dzień zaczynać od piwa?

– Chcę pozostać nadal w jednym kawałku, a czuję, że głowa mi się rozsypuje.

– To weź ibuprom, a nie piwo. Mnie już głowa przestała boleć.

– Wolę swoje lekarstwo na kaca.

– Uważaj, Robert, żeby po piwie nie odnowiła ci się kontuzja – mruknął Mark. – Ja na razie dziękuję za piwo. Mam zamiar nabrać sił i iść na spacer. Mieszkać w lesie i nie podziwiać jego uroku to dopiero barbarzyństwo. Kto idzie ze mną?

– Nie jestem w stanie – stwierdziła Renata, pociągając z filiżanki łyk kawy. – Kobiety w moim wieku nie mogą chlać tyle, ile ja wczoraj. Ale drinki były tak dobre i tak dobrze mi się gadało z Mariolą i Aliną, że nawet nie zauważyłam, kiedy się upiłam.

– Malutka, wstyd! Dlaczego nie idziesz na procesję, jak przystało na grzeczną katoliczkę, przecież dziś Boże Ciało? – spytał Robert.

Renata zmarszczyła brwi i przesłała mężowi miażdżące spojrzenie.

– Proszę sobie nie kpić z mojej religijności – warknęła groźnie.

– Wcale sobie nie kpię. Tylko się dziwię, że przekładasz uciechy cielesne nad obowiązek dobrej katoliczki. Obowiązkiem każdego przykładnego chrześcijanina jest brać udział we mszy świętej w każdą niedzielę i święta.

– Ty mi nie przypominaj o moich obowiązkach jako chrześcijanki. Wcale nie migam się od moich powinności wobec Kościoła. Dlatego pójdę na mszę, ale po południu. Teraz trochę poleniuchuję, a po obiedzie jadę do Olkusza. Po mszy wstąpię na cmentarz na grób taty. Kto jedzie ze mną?

Marta i Mark podnieśli ręce.

– Ja też mogę jechać – odparł Robert, zgniatając puszkę po piwie. – Kościół sobie daruję, ale na cmentarz pójdę. Ty i Marta będziecie się modlić za nasze grzechy, a my z Markiem wypijemy sobie po browarku na olkuskim rynku. Muszę przyznać, że władze miejskie nieźle zagospodarowały pieniądze unijne na remont miasta. Centrum Olkusza wygląda teraz całkiem dobrze. – Spojrzał na Marka. – Mark, idziemy na spacer. Iza, idziesz z nami? – zapytał córkę, która akurat nadeszła.

– Nie. Jadę na rowerze do Justyny.

– Przed piętnastą przyjadę po ciebie i babcię, żebyście mogły zjeść z nami obiad – powiedziała Renata, wystawiając twarz do słońca.

Orłowska i Marta zostały same. Mężowie poszli na spacer, a Iza pojechała do Żurady. Kobiety zaopatrzyły się w napoje bezalkoholowe i leżąc na leżakach, korzystały z promieni słonecznych.

– Nareszcie możemy swobodnie poplotkować – stwierdziła Orłowska, wklepując w nogi krem do opalania z filtrem piętnaście. Na twarzy miała filtr pięćdziesiątkę, a na głowie kapelusz. – Jak się wczoraj bawiłaś bez alkoholu?

– Mnie drinki nie są potrzebne, żeby się nieźle bawić.

– Dobrze wiedzieć. Odtąd jesteś na etacie rodzinnego szofera – mruknęła kąśliwie Orłowska. – Co sądzisz o Wąsowskich?

– Sympatyczni ludzie. Bardzo miła ta twoja kuzynka, jej mąż zresztą też.

– Miły, bo prawił ci komplementy? Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam, moja droga. Mariola rzeczywiście jest bardzo sympatyczną osobą, ale Jacek? Klasyczny przykład nuworysza.

– Każdy ma jakieś wady.

– Ale on tych wad ma wyjątkowo dużo. Mówi się, że diabeł wchodzi przez kieszeń. Ale według mnie pieniądze nie psują charakteru, tylko go ujawniają – powiedziała Renata sentencjonalnie. – Jacek to nie tylko parweniusz i snob, to jeszcze dziwkarz i skąpiec.

– Skąpiec? Nie widać tego po wystroju domu i wyglądzie jego żony. Mariola ubiera się chyba w ciuchy od Diora, widziałam metkę.

– Ależ skąd. Nie Dior, tylko Dor, nasza konkurencja. – Orłowska była wspólnikiem spółki komandytowej produkującej konfekcję. – Jacek robi wszystko na pokaz. Chce pokazać, że ma pieniądze, a najlepsza wizytówka zamożności to dom, auto i zadbana żona. Kiedy zostawił Mariolę dla młodej kochanki, wcale nie był taki hojny, bo skąpił na alimenty. Mariola była w nieciekawej sytuacji. Bez środków do życia, uwiązana dziećmi. Jaś miał wtedy trzy latka. Dobrze, że rodzice pomogli jej w opiece nad chłopcami, żeby mogła iść do pracy. Na szczęście nie straciła fryzjerskich umiejętności. Najpierw jeździła do domów klientek, a później Pietrzykowie pomogli jej finansowo w otwarciu salonu fryzjerskiego. Poszerzyła usługi o kosmetykę i manicure. Teraz jej zakład całkiem dobrze prosperuje. Zdobyła dużo klientek, jej salon stał się bardzo popularny w Olkuszu.

– Mariola nie wygląda na żonę zahukaną przez męża.

– Bo teraz nie boi się rozwodu. Może sama się utrzymać, wróciła do Jacka przede wszystkim ze względu na dzieci. Ale wydaje mi się, że on dalej ją zdradza. Takie typki się nie zmieniają.

– To dlaczego zdecydowała się na dziecko, mając czterdziestkę na karku? Wpadli?

– Jaś miał uratować ich małżeństwo. Szymek zresztą też – mruknęła Renata. – Najbardziej nie podoba mi się w Jacku to, w jaki sposób traktuje swoich teściów. Wstydzi się ich. Nie pasują mu do jego eleganckiego domu. Moją mamę toleruje tylko dlatego, że to teściowa ordynatora i prezesa kliniki. Już od dawna chciał poznać Roberta. Mój mąż, jako członek rodziny, dobrze konweniuje z jego firmą, bogatym domem i drogim samochodem. Znajomi Jacka muszą reprezentować odpowiedni status. Albo muszą mieć pieniądze, albo władzę, albo prestiż społeczny.

– Hmm, nie wiedziałam.

– No to już wiesz. A jak odbierasz młodego Pietrzyka? Dość długo z nim rozmawiałaś. Jaki on jest?

– Bardzo interesujący młody mężczyzna.

– Zdążyłam to zauważyć. Co on robi zawodowo?

– Skończył informatykę. Jest zatrudniony w jakiejś szwajcarskiej firmie. Wspominał, że trzy lata temu pracował przez rok w CERN-ie.

– Przystojniak z niego. Chyba jest w twoim wieku?

– Rok młodszy. Wygląda dość poważnie, dałabym mu więcej lat niż dwadzieścia dziewięć. Zresztą sposób bycia też ma bardzo wyważony.

– Justyna zakochana w nim na zabój. Ale po nim nie widać zbytniego zaangażowania.

– Odniosłam podobne wrażenie.

– Zauważyłam pewien dystans między Mariolą i Aliną. Dziwne, bo mama mówiła, że to były przyjaciółki od serca. Papużki nierozłączki.

Gadały i plotkowały jeszcze godzinę. Później wzięły się do przygotowywania obiadu. Wieczorem, po powrocie Izy z Żurady, miały jeszcze dodatkowy temat do rozmów. Podobno w domu Wąsowskich wybuchła ostra awantura: Jacek zabronił Justynie chodzić z Łukaszem. Zapowiedział jej, że jeśli z nim nie zerwie, nie będzie jej dalej finansował. Justyna przez pół dnia płakała z tego powodu.

– Nie rozumiem, dlaczego Jacek zabrania córce spotykać się z Łukaszem – zastanawiała się Renata. – Przecież to idealny kandydat na zięcia. Tym bardziej że ojcowie są wspólnikami, majątek zostałby w rodzinie.

– Wydaje mi się, że powód tkwi właśnie w tym, że ojcowie są wspólnikami – bąknął Mark. – Chyba Łukasz jest zbyt dociekliwym synem wspólnika.

– Skąd wiesz?

– Wczoraj niechcący podsłuchałem rozmowę Wąsowskiego z Pietrzykiem. Ich firma ma problemy finansowe, a młody Pietrzyk chce się dowiedzieć dlaczego.

– A co na to ciocia Mariola? Nie wstawiła się do wujka za Łukaszem? – zapytała córkę Renata.

– Nie. Powiedziała Justynie, że zapewne jej ojciec ma swoje powody, jeśli zabrania dziewczynie spotykać się z Łukaszem.

– Coo takiego? – zdziwiła się Renata. – Myślałam, że cieszy się ze związku córki. Łukasz wydaje mi się odpowiedzialnym i porządnym chłopakiem. Cóż oni mogą mieć przeciwko niemu? Chyba że jest coś, o czym my nie wiemy.

Iza się zawahała, jakby chciała coś dodać, ale w rezultacie nic nie powiedziała. Renata nie drążyła tematu, wolała sama zapytać kiedyś o to Mariolę.

Rozdział 4

W piątek pogoda się popsuła, nie było już tak upalnie jak dzień wcześniej, ale chociaż deszcz straszył co chwila, nie przeszkadzało to krakusom spacerować po lesie. Jedynie Iza protestowała.

– Nie chcę iść na żadną wycieczkę. Dzisiejsza aura zachęca do spacerów z pokoju do kuchni i z powrotem – mruknęła, patrząc przez okno.

– Nie marudź, tylko zakładaj pelerynę – powiedział Orłowski. Zaopatrzeni w kalosze i płaszcze przeciwdeszczowe urządzili sobie kilkukilometrową pieszą wycieczkę. Doszli aż do Płok, wsi w gminie Trzebinia. Suchy prowiant i woda mineralna w plecakach uratowały ich przed głodem i pragnieniem. Na szczęście nie złapali żadnego kleszcza.

W sobotę rano Mark postanowił udać się spacerkiem po świeże pieczywo do sklepu Wisławy Sawickiej, a nie jechać samochodem. Kupił chleb i bułki, pogadał chwilę z matką Renaty i ruszył z powrotem do domku Świętej Zośki – tak wszyscy nazywali leśną posiadłość Orłowskich.

Przeszedł kilkadziesiąt metrów, gdy dołączył do niego mężczyzna około czterdziestki.

– Dzień dobry – zagadał do Marka. – Ty to jesteś ten Austriak, który się ożenił z nieślubną córką doktora od Sawickich?