Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Ponowny debiut” Jakuba Pszoniaka. Książka o pamięci, dziedziczeniu i próbach zabliźniania ran, które przechodzą z pokolenia na pokolenie razem z historią, językiem i lękiem. Doświadczenie rodzinne splata się tutaj z wojną, przesiedleniami, chorobą, rozpadem miasta i historią Śląska. Bytom nie jest tłem, ale miejscem, które współtworzy człowieka. Pszoniak pisze o pamięci jako czymś żywym, nieustannie przepisywanym i przetwarzanym przez opowieść. Powracające frazy, muzyczne echa i rytm obsesyjnych powtórzeń budują książkę, w której doświadczenie osobiste stale styka się ze zbiorowym losem. nawiść okazuje się jednak przede wszystkim książką o miłości. O bliskości silniejszej niż dziedziczone pęknięcia, o czułości wobec ludzi próbujących żyć pośród historii, która nigdy naprawdę się nie kończy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 26
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
że i bóg ma swoich bogów
i ci swych bogów mają
i ostatni z nich boga ma w tym pierwszym
że kosmos wszystkie galaktyki to jeden tylko atom
na czubku liścia lub włosa sarny padłej u podnóża lasu
że liczb naturalnych od rzeczywistych jest dwakroć mniej
choć równie nieskończenie wiele
że są miasta gdzie nie ma grudnia ani listopada
i państwa w których grudzień jest zawsze
o tym właśnie myślałem stojąc na światłach
przy komisariacie na ulicy Chrzanowskiego w Bytomiu
a czerwień wyglądała jak łuny ognisk
oczy narkomana lub flaga armii zwycięskiego państwa
które dawno przestało istnieć
że Bóg jest i to powinno starczyć
że gdy spadną satelity zostaną puste trajektorie
że kosmos wszystkie galaktyki to jeden tylko atom
na czubku liścia lub włosa wystraszonego psa
uwiązanego w środku lasu
że są miasta w których ciebie nie ma
i są to miejsca straszne
o tym właśnie myślałem stojąc na światłach
przy komisariacie na Schlachthausstraße w Bytomiu
a czerwień była jak wieczny zachód każdego że słońc
bardzo to wszystko a ponadto znów lato i dzień taki
jakby wrzesień miał dopiero nadejść. telewizor w rogu
a w telewizorze telewizor pokazujący ten sam telewizor
pokazujący ten sam telewizor pokazujący ten sam telewizor
telewizor w rogu a w telewizorze telewizor pokazujący
ziarnko piasku. Sister of Mercy i Bauhaus Can i reklamy
z YouTube’a. Siouxsie and the Banshees. bar a przy barze haustem
bar a się przy barze babrze. bar a przy barze Roman Kostrzewski
zwinięty w kuleczkę przypomina kudłate szczenię i w tym
cały wątpliwy urok że tu się niewiele zmienia.
stoję zgięty i wypluwam nadmiar. jak wtedy kiedy policjant
kazał mi się rozejść choć byłem zupełnie sam. stoję zgięty
i wypluwam nadmiar.
wojny nie było od wojny a to kurewsko długo.
przespać się
przespać świat
i każdy z końców świata
przespać się ale najpierw
kotu suche nasypać
książkę zamknąć odłożyć
płyty włożyć do właściwych kopert
przez okno spojrzeć na chodnik który rozszerza się jak źrenica
ale najpierw napisać
i na kuchennym stole kartkę zostawić
poszedłem się zaangażować – nie czekaj ale najpierw
iść się przejść iść się przebiec ale najpierw iść się przysiąść
(zajęte? proszę) ale zanim
to zakończyć projekt ale zanim
to kotu nasypać więcej jak na wyjazd ale zanim
to przez okno popatrzeć: trzy bloki w pustce co rozszerza się
jak wszechświat ale zanim to przez okno spojrzeć
na twardniejące odbicia ale zanim
to w okno popatrzyć: źrenica
zwęża się jak źrenica
powiedzieć: bać się lęku bać strachu
chcieć powiedzieć: boję się
powiedzieć: chcieć powiedzieć
chcieć powiedzieć: mówię
iść ulicami nie swojego miasta
z przestrzelonym płucem opatrzonym wstęgą za nie swoje zasługi
wznosić nie swoją rękę z nie swoją opaską
podczas strajku w nie swoim zakładzie
bez imienia ale z nazwiskiem na każdej proskrypcyjnej liście
a potem znów jak każdego wieczora
nerwowo nad zlewem paznokcie czyścić z brudu z donbaskiej kopalni
a potem znów jak każdego ranka
jechać do biura pociągiem towarowym
z kufrem z pościelą i albumem nadpalonych fotografii
10 mg refundowanego jutra zapijać roztopionym w dłoniach soplem
chowając ze wstydem w rękawie odmrożony syberyjski stygmat
a potem znów zasypiać na nieznanym dworcu
w podmiejskiej kolejce w przedziale czwartej klasy
w kościele wydłubanym w chlebie schowanym pod poduszką
a potem znów stawać się wielokrotnie powtórzonym
i wielokrotnie przemilczanym zdaniem
obrastać cieniem rzucanym przez własny cień
nie cierpieć czego się nie cierpi
a więc cierpieć co się kocha
a potem znów odwrócić się w stronę
niepotrzebną jak R w Marlboro
po prostu patrzeć
rozsupływać ogień
