Nawiedzony hotel - Wilkie Collins - ebook
Opis

 Wilkie Collins, najbardziej uwielbiany autor swoich czasów, prekursor powieści detektywistycznej, w fascynującej mieszance tajemnicy i grozy.

Nawiedzony hotel  to inteligentne połączenie fabuły typowej dla powieści detektywistycznej z opowieścią o duchach. Rzecz dzieje się w Wenecji, która jawi się jako miasto ponurych kanałów, cieni i śmierci.

Zagadkowa kobieta staje się przyczyną zerwania zaręczyn Agnieszki Lockwood z jej dalekim kuzynem, lordem Monberrym,  a następnie zostaje jego żoną. To początek historii, w której losy obu kobiet są ze sobą splecione, a udział w akcji biorą nawet duchy. Nadprzyrodzone wydarzenia, szybkie tempo akcji i mnożące się tajemnice to główne atuty tej klasycznej prozy.

W tomie prócz tytułowej minipowieści znajdziemy wybór najciekawszych opowieści niesamowitych, jakie wyszły spod pióra autora Księżycowego Kamienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 479

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wilkie Collins Nawiedzony hotel ISBN: 978-83-7785-808-0 TYTUŁ ORYGINAŁU: The Haunted Hotel & Other Stories PRZEKŁAD: Jerzy Łoziński Copyright © 2015 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań All rights reserved ILUSTRACJE NA OKŁADCE Maciej Szajkowski PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz ZyskZysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

NAWIEDZONY HOTEL

Tajemnice dzisiejszej Wenecji

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

W roku 1860 lekarska sława działającego w Londynie doktora Wybrowa sięgnęła szczytów. Z godnych zaufania źródeł płynęły informacje, że jego honoraria sięgają maksimum tego, co współcześnie można zyskać dzięki praktyce medycznej.

Pewnego wieczoru, kiedy sezon londyński miał się ku końcowi, doktor zasiadł do obiadu po szczególnie męczącym przedpołudniu spędzonym w gabinecie, a przed mającymi wypełnić resztę dnia wizytami w znakomitych domach pacjentów, gdy kamerdyner oznajmił, że chciałaby się z Wybrowem zobaczyć pewna dama.

— Kto to taki? — spytał lekarz. — Jakaś nowa pacjentka?

— Tak, sir.

— Nowych nie przyjmuję poza wyznaczonymi godzinami. Proszę jej podać terminy i niech sobie idzie.

— Tak właśnie zrobiłem, sir.

— I?

— Nie chce odejść.

— Nie chce odejść? — powtórzył z uśmiechem Wybrow, który miał swoiste poczucie humoru, zaś absurdalny aspekt tej sytuacji nieco go rozbawił. — Czy ta natarczywa dama się przedstawiła?

— Nie, sir. Nie chciała podać nazwiska, natomiast oznajmiła, że zajmie panu najwyżej pięć minut, a rzecz jest zbyt poważna, by czekać do jutra. Zasiadła w gabinecie; co do mnie, nie mam pomysłu na to, jak się jej pozbyć.

Doktor Wybrow zastanawiał się przez moment. Znajomość kobiet — w profesjonalnym sensie — czerpał z ponad trzydziestu lat praktyki; poznał ich bardzo wiele, a przede wszystkim te, które nic nie wiedzą o wartości czasu, nigdy zaś nie omieszkają skryć się za tarczami przywilejów swojej płci. Zerknięcie na zegarek powiedziało mu, że już wkrótce musi rozpocząć obchód oczekujących go pacjentów, dlatego też zdecydował się na jedyne rozsądne w tej sytuacji rozwiązanie. Mówiąc inaczej, postanowił uciec.

— Czy powóz czeka pod drzwiami? — upewnił się Wybrow.

— Tak, sir.

— Świetnie. Bez najmniejszego szmeru otwórzcie mi frontowe drzwi, dama zaś na pewien czas niech sobie weźmie w posiadanie mój gabinet. Kiedy już zmęczy się czekaniem, sami wiecie, co jej powiedzieć. Gdyby zaczęła się dopytywać, kiedy wrócę, proszę ją poinformować, że kolację zjem w klubie, a wieczór spędzę w teatrze. A teraz, Thomasie, ostrożnie! Jeśli skrzypnie wam but, jestem zgubiony.

Doktor bezgłośnie wyszedł na korytarz, za nim zaś na koniuszkach palców sunął kamerdyner.

Czy dama żywiła jakieś podejrzenia? Skrzypnął but Thomasa? Była obdarzona niezwykle czujnym słuchem? Jakkolwiek brzmi wytłumaczenie, nie ulega wątpliwości, co się stało. Dokładnie w chwili, gdy Wybrow mijał swój gabinet, jego drzwi się otworzyły, a w progu stanęła dama, której dłoń spoczęła na ramieniu lekarza.

— Nie pozwolę panu odejść, sir, zanim mnie pan nie wysłucha.

Głos był cichy i stanowczy, akcent — cudzoziemski. Palce zamknęły się na barku doktora lekko, lecz nieustępliwie.

Jeżeli postąpił zgodnie z żądaniem damy, to nie z powodu jej wymowy czy zachowania. W drodze do powozu zatrzymał go milczący wyraz jej twarzy. Niczym urzeczony znieruchomiał na widok kontrastu między trupio bladą cerą a pełnymi życia i światła, metalicznie lśniącymi, wielkimi czarnymi oczyma. Pod nimi nos, usta, broda miały subtelny i delikatny wykrój, który częściej widuje się u kobiet innej narodowości niż angielska. Była bez wątpienia urodziwa, a jedyne jej wady to widmowa kompleksja oraz — chociaż to mniej było ostentacyjne — brak jakiejkolwiek delikatności we wzroku. Niezależnie od zaskoczenia zrodziła też w doktorze poczucie, które najlepiej można by nazwać profesjonalną ciekawością. Nie mógł wykluczyć, że to przypadek zupełnie nowy w całej jego praktyce. „Zdaje się — pomyślał — że warto jej jednak poświęcić chwilkę”.

Natychmiast dostrzegłszy, że zrobiła na Wybrowie niejakie wrażenie, obróciła się na pięcie i weszła do gabinetu.

Doktor podążył za nią i zamknął drzwi. Wskazał jej znajdujący się pod oknem fotel dla pacjentów. Tego letniego popołudnia nawet londyńskie słońce było oślepiająco jasne; światło spowiło ją całą. Oczy z orlą nieustępliwością nie cofnęły się przed nim, a bladość gładkiej skóry stała się bardziej przerażająca niż kiedykolwiek przedtem. Po raz pierwszy od wielu lat Wybrow poczuł, jak w obecności pacjenta jego puls rośnie.

Skupiła zatem na sobie jego uwagę, wydawało się jednak, o dziwo, że nie ma mu nic do powiedzenia — zupełnie jakby znienacka opanowała ją zdumiewająca apatia. Zmuszony przemówić jako pierwszy, lekarz konwencjonalnie zapytał, w czym może pomóc gościowi.

Brzmienie jego głosu jakby ją rozbudziło. Dalej wpatrzona w światło, rzekła ostro:

— Muszę zadać panu bolesne pytanie.

— Jakież to?

Kobieta powoli przeniosła wzrok z okna na twarz Wybrowa i bez śladu jakiegokolwiek wzruszenia „bolesne pytanie” zamknęła w słowach:

— Jeśli pan łaskaw, chciałabym się dowiedzieć, czy grozi mi szaleństwo?

Niektórzy poczuliby się rozbawieni, niektórzy zaalarmowani, natomiast doktor Wybrow poczuł tylko smak rozczarowania. I to ma być ów rzadki przypadek, którego spodziewał się na podstawie spiesznego oglądu? Miałaby pacjentka być po prostu hipochondryczką, której schorzenie polegało na kłopotach żołądkowych, a nieszczęście na słabiutkim umyśle?

— Czemu zgłasza się pani do mnie? — spytał opryskliwie. — Czemu nie pójdzie pani do kogoś, kto specjalizuje się w chorobach umysłu?

Odpowiedź miała już gotową.

— Nie chcę takiego lekarza z tej właśnie przyczyny, że jest specjalistą, a jako taki ma fatalny zwyczaj oceniania każdego wedle zawodowych miarek. Wybrałam pana, gdyż mój przypadek wykracza poza wszystkie miarki, a także dlatego, iż cieszy się pan sławą człowieka, który szuka w chorobach tajemnic. Czy ta odpowiedź panu wystarczy?

Był bardziej niż zadowolony, ostatecznie pierwsze jego wrażenie okazało się słuszne, a na dodatek dobrze się orientowała w jego sytuacji zawodowej. Sławę i fortunę zyskała mu umiejętność (w której nikt nie potrafił mu dorównać) wykrywania chorób na podstawie bardzo odległych ich symptomów.

— Jestem do pani dyspozycji — odrzekł. — Spróbujmy, może uda mi się stwierdzić, jak się rzecz ma z panią.

Zaczął stawiać rutynowe pytania. Szybko padały proste odpowiedzi, które nie pozwalały na żadną inną konkluzję prócz tej, że dziwna dama jest w znakomitym zdrowiu cielesnym i duchowym. Nieusatysfakcjonowany wywiadem, następnie zbadał najważniejsze organy, lecz ani ręka, ani stetoskop nie były w stanie wykryć żadnych nieprawidłowości. Z cierpliwością i oddaniem swej sztuce — co wyróżniało go już w czasach studenckich — poddawał ją kolejnym testom, których efekt był nieustannie ten sam. Nie tylko nic nie wskazywało na żadne schorzenie mózgu, lecz także nie było najmniejszych nawet oznak zakłóceń w systemie nerwowym.

— Nic u pani nie znajduję — oznajmił na koniec. — Nie jestem nawet w stanie wyjaśnić, skąd u pani taka bladość. Po prostu nie wiem.

— Moja cera to żadna zagadka — odrzekła lekko zniecierpliwiona. — Jakiś czas temu ledwie uniknęłam otrucia i odtąd nigdy już nie osiągnęłam dawnej kompleksji, a skórę zawsze miałam tak delikatną, że nawet jak się maluję, wywołuje to pieczenie. Ale to nieważne. Oczekiwałam od pana jednoznacznej opinii. Wierzyłam w pana, ale mnie pan zawiódł. — Zwiesiła głowę na piersi. — A więc to koniec — powiedziała z goryczą do siebie.

Powodowany współczuciem, a może bardziej urażoną dumą zawodową, Wybrow rzekł:

— Koniec może wyglądać inaczej, jeżeli tylko zechce mi pani pomóc.

W jej oczach znowu pojawiły się skry.

— Czy mógłby pan wyrazić się jaśniej? W jaki sposób mam panu pomóc?

— Mówiąc zupełnie jasno, madame, zjawiła się pani u mnie jak kompletna zagadka, oczekując, że bez żadnego wspomagania sztuka medyczna udzieli właściwej odpowiedzi. Medycyna może wiele, ale nie może wszystkiego. Podejrzewam na przykład, że musiało się wydarzyć coś zupełnie niezwiązanego z pani stanem fizycznym, co kazało się pani bać o samą siebie, bo przecież inaczej nie zjawiłaby się pani u mnie. Mam rację?

Klasnęła w dłonie.

— Tak, to prawda — odrzekła z ożywieniem. — Znowu zaczynam w pana wierzyć.

— To dobrze. Nie może jednak pani spodziewać się po mnie, że odgadnę duchową przyczynę niepokoju. Jednoznacznie stwierdzam, że nie ma żadnych cielesnych powodów do lęku, i nic więcej nie mogę zrobić, jeśli nie będzie pani chciała mi zaufać.

Wstała i przeszła się po gabinecie.

— A gdybym panu powiedziała? — rzekła z namysłem. — Ale nie mogłabym wymienić żadnych nazwisk.

— Nazwiska zupełnie nie są mi potrzebne. Chcę tylko faktów.

— Fakty się nie liczą — odparła. — Mogę się podzielić tylko swymi impresjami, a gdy je pan usłyszy, może mnie pan uznać za śmieszną wariatkę. Mniejsza z tym. Zrobię, co potrafię, by zaspokoić pańską ciekawość; zacznę od faktów, których pan sobie życzy, ale może mi pan wierzyć, nie na wiele się one panu zdadzą.

Usiadła. W prostych słowach zaczęła rozwijać najdziwniejsze i najbardziej nieprawdopodobne wyznanie, jakie kiedykolwiek dotarło do uszu Wybrowa.

Rozdział 2

— Pierwszy fakt brzmi zatem tak — zaczęła — że jestem wdową. Drugi, że zamierzam ponownie wyjść za mąż.

Urwała i uśmiechnęła się jakby do jakiejś swojej myśli. Doktorowi Wybrowowi uśmiech nie przypadł do gustu — było w nim coś smutnego, a zarazem okrutnego. Pojawiał się powoli, a znikł natychmiast. Nie był pewien, czy dobrze zrobił, działając pod wpływem pierwszego wrażenia. Z niejakim żalem pomyślał o czekających nań zwykłych pacjentach, z ich łatwymi do rozpoznania chorobami.

Kobieta ciągnęła.

— Z moim przyszłym małżeństwem wiąże się pewien kłopotliwy szczegół. Dżentelmen, którego żoną mam zostać, w chwili kiedy mnie poznał za granicą, był zaręczony z pewną inną damą, związaną z nim dalekimi więzami krwi, więc należącą do szeroko rozumianej rodziny. Nieumyślnie pozbawiłam ją ukochanego i zniszczyłam jej oczekiwania. Powiadam „nieumyślnie”, gdyż najpierw przyjęłam jego oświadczyny, zanim powiedział mi o wszystkim. Prawdę wyznał mi, gdyśmy się ponownie spotkali w Anglii, gdzie bez wątpienia istniało niebezpieczeństwo, że dowiem się o romansie mego obecnego narzeczonego. Byłam naturalnie oburzona, ale on miał gotowe usprawiedliwienie: pokazał mi list owej damy, w którym zwalniała go ze złożonego słowa. Nigdy dotąd nie czytałam nic bardziej dumnego i szlachetnego. Zapłakałam nad nim, ja, która nie potrafiłam uronić łzy nad własnym losem. Gdyby ów list zawierał chociażby cień szansy, że jego odbiorca zostanie rozgrzeszony, z pewnością nie zgodziłabym się zostać jego żoną. Jednak jego stanowczość — wyrażona bez gniewu, bez wyrzutów, ze szczerymi życzeniami powodzenia — ta stanowczość zatem, powtarzam, nie zostawiała mu żadnej nadziei. Odwołał się do mojego współczucia, powołał na swoją miłość do mnie. Zna pan kobiety. Także i ja miewam miękkie serce, powiedziałam więc: dobrze, zgadzam się. Za tydzień (drżę na samą myśl o tym) ma się odbyć ślub.

Dama istotnie zadrżała; musiała przerwać, aby się opanować na tyle, by mogła kontynuować. Doktor, który oczekiwał następnych faktów, pomyślał, że będzie może skazany na długą opowieść, rzekł więc:

— Proszę mi wybaczyć, że przypomnę, iż czekają na mnie złożeni dolegliwościami pacjenci. Im szybciej dojdzie pani do sedna sprawy, tym lepiej dla nich i dla mnie.

I znowu na wargach kobiety pojawił się uśmiech jednocześnie smutny i okrutny.

— Wszystko, co dotychczas powiedziałam, prowadzi do sedna. Już za chwilę sam się pan o tym przekona. Wczoraj — jak pan widzi, nie musi się pan lękać długiej opowieści — nie dalej niż wczoraj byłam jedną z osób zaproszonych na taką waszą angielską wieczerzę. Zupełnie nieznana mi dama zjawiła się późno, kiedy już wstaliśmy od stołu i przeszliśmy do bawialni. Trzeba trafu, iż usiadła obok mnie, zostałyśmy sobie przedstawione. Ja znałam ją z nazwiska, a ona mnie. To właśnie ją pozbawiłam narzeczonego, to ona napisała ów szlachetny list. Niech pan posłucha! Był pan zniecierpliwiony, nie dostrzegając w tym, co dotąd mówiłam, niczego interesującego. Chciałam, żeby pan wiedział, iż nie żywiłam żadnej wrogości wobec tej kobiety. Podziwiałam ją, współczułam jej, a zarazem niczego nie miałam do wyrzucenia sobie. Jak pan zaraz zobaczy, to bardzo ważna kwestia. Co do niej, cała sprawa została jej przedstawiona w ten sposób — mam prawo sądzić — iż wiedziała, że nie ma o co mnie obwinić. A teraz, skoro wie pan to wszystko, niech mi pan wyjaśni, jeśli pan potrafi, dlaczego, kiedy wstając, napotkałam wzrok owej damy, poczułam się zmrożona od stóp do głów, a potem po raz pierwszy w życiu ogarnął mnie dreszcz przeraźliwej trwogi.

Doktor poczuł wreszcie zainteresowanie.

— Czy było w wyglądzie tej damy coś osobliwego?

— Absolutnie nic! — brzmiała żarliwa odpowiedź. — Zaraz ją panu opiszę. Zwykła angielska dama: jasnoniebieskie zimne oczy, piękna różowa cera, niezwykle uprzejma w zachowaniu, duże, skłonne do uśmiechu usta, odrobinę zbyt pulchne policzki i broda. Tyle i nic więcej. Była naturalnie ciekawa widoku kobiety, której dano przed nią pierwszeństwo, i pojawiło się, owszem, pewne zdziwienie, że rywalka nie jest bardziej ekscytująca i piękna od niej, ale wszystko to w granicach dobrego tonu trwało ledwie kilka chwil — jak to oceniłam. Powiadam „jak to oceniłam”, gdyż owa straszliwa pasja, która zalśniła w jej wzroku, zachwiała moim zaufaniem do własnego osądu. Gdybym znajdowała się blisko drzwi, wybiegłabym z tego domu, tak mnie przeraziła. W tej natomiast sytuacji nie byłam w stanie ustać na nogach i osunęłam się na fotel. Sparaliżowana strachem wpatrywałam się w te spokojne niebieskie oczy, które teraz patrzyły na mnie z delikatnym zdziwieniem. Powiedzieć, że urzekły mnie jak wzrok węża, to właściwie nie powiedzieć nic. Czułam w nich jej duszę zaglądającą w moją duszę, ale zaglądającą, jeśli to możliwe, w sposób nieświadomy dla jej przytomnego „ja”. Zwierzam się panu z mojego wrażenia w całej jego przeraźliwości i szaleńczości. Tej kobiecie jest przeznaczone (chociaż sama o tym nie wie) stać się w moim życiu geniuszem zła. Jej niewinne spojrzenie dojrzało we mnie złe skłonności, których sama nie byłam świadoma do chwili, gdy poruszyły się pod tym wzrokiem. Jeśli w dalszym życiu popełnię jakiś błąd, może nawet posunę się do zbrodni, ona weźmie na mnie pomstę, aczkolwiek bez świadomego w tej mierze postanowienia, tego jestem pewna. W niemożliwym do opisania momencie poczułam to wszystko i mniemam, że dało się to dostrzec na mojej twarzy, czym ona musiała się poczuć poruszona, gdyż odezwała się życzliwie:

— Chyba gorąco tutaj jest zbyt wielkie dla pani; czy mogę zaproponować moje sole trzeźwiące?

Pamiętam tylko te uprzejme słowa, gdyż już w następnej chwili zemdlałam. Kiedy odzyskałam przytomność, wszyscy goście już się rozeszli, a przy mnie była jedynie pani domu. W pierwszej chwili nie mogłam wydobyć z siebie nawet słowa; wróciła mi świadomość, ale z nią owo przeraźliwe poczucie, które przed chwilą usiłowałam opisać. Gdy wreszcie odzyskałam mowę, poprosiłam ją, aby powiedziała mi wszystko, co wie, o kobiecie, której rywalką nieumyślnie się stałam. Widzi pan, żywiłam słabiutką nadzieję, że może wcale nie ma takiego dobrego charakteru, że może ów pełen godności list był w istocie podszyty hipokryzją, mówiąc krótko, że w istocie mnie nienawidziła, a tylko sprytnie to ukrywała. Otóż nie! Dama ta od dzieciństwa była przyjaciółką pani domu, która właściwie traktowała ją jak siostrę i żywiła przekonanie, iż jest ona tak dobra, niewinna i niezdolna do jakiejkolwiek nienawiści, jak gdyby była prawdziwą świętą. Tak oto rozpadła się moja ostatnia nadzieja, że to, co poczułam, stanowiło swego rodzaju przestrogę w zetknięciu z prawdziwym wrogiem. Była jeszcze jedna rzecz, którą mogłam zrobić, i nie cofnęłam się przed nią. Udałam się do człowieka, którego mam poślubić, i poprosiłam, aby zwolnił mnie ze złożonego mu przyrzeczenia. Odmówił, na co powiedziałam, że w takim razie sama zerwę zaręczyny. W odpowiedzi pokazał mi listy od swego rodzeństwa — sióstr, braci — i od przyjaciół, listy namawiające go do tego, aby się raz jeszcze zastanowił, zanim pojmie mnie za żonę, a pełne zupełnie kłamliwych informacji o moich wybrykach w Paryżu, Wiedniu i Londynie. „Jeśli nie wyjdzie pani za mnie — powiedział — przyzna pani, że to wszystko prawda, że boi się pani wejść w towarzystwo jako moja małżonka”. I cóż miałam na to odpowiedzieć? Nie sposób było z nim polemizować, miał rację: gdybym obstawała przy swojej odmowie, bez reszty zrujnowałabym swoją reputację. Zgodziłam się zatem na ślub, ustaliliśmy termin i zostawiłam narzeczonego samego. Minęła noc i oto zjawiam się tutaj w głębokim przekonaniu, że ta niewinna kobieta jest skazana na to, aby mieć fatalny wpływ na moje życie. Zjawiam się ze swoim pytaniem u jedynego człowieka, który może na nie odpowiedzieć. Zatem po raz ostatni, sir: czy jestem demonem, który zobaczył anioła zemsty? Czy tylko biedną niewiastą zwiedzioną przez twory rozwichrzonego umysłu?

Doktor Wybrow powstał, zdecydowany zakończyć rozmowę.

To, co usłyszał, zrobiło na nim silne, przejmujące wrażenie. Im dłużej słuchał pacjentki, tym silniejsze miał poczucie, że musi być niegodziwa. Na próżno usiłował wzbudzić w sobie współczucie dla niej jako osoby o bardzo rozbudowanej wyobraźni, świadomej drzemiących w każdym z nas skłonności do zła i z rozmysłem usiłującej otworzyć swe serce na oddziaływanie lepszej części jej natury. Próbował — ale bez skutku. Instynkt zdawał mu się podpowiadać: „Strzeż się, by jej nie uwierzyć”.

— No cóż, swoją opinię już pani przedstawiłem. Nauka medyczna, którą znam, nie pozwala znaleźć u pani żadnych oznak umysłowego rozchwiania ani też jego zapowiedzi. Jeśli chodzi o wrażenie, którym zechciała się pani ze mną podzielić, powiedzieć mogę tylko tyle, że, jak się zdaje, bardziej wymaga ono porady duchowej niż medycznej. O jednym wszakże chciałem zapewnić: wszystko, co pani powiedziała w tym pokoju, nie wydostanie się poza jego ściany. Zachowam tylko dla siebie pani wyznanie.

Z posępną rezygnacją kobieta wysłuchała go do końca.

— To już wszystko? — zapytała.

— Tak, to wszystko.

Położyła na stole małą kopertę z pieniędzmi.

— Dziękuję panu, to pańskie honorarium.

Z tymi słowami powstała. Czarne oczy wpatrywały się przed siebie z wyrazem tak głębokiej i tak straszliwej desperacji, że lekarz, nie mogąc znieść widoku tej udręki, odwrócił głowę. Znienacka poczuł wstręt do samej myśli o tym, że miałby od swego gościa wziąć cokolwiek — nie tylko pieniądze, lecz także jakikolwiek przedmiot, którego dotknęła. Nie spoglądając na niewiastę, powiedział:

— Proszę to zabrać. Nie chcę za pani wizytę żadnego wynagrodzenia.

Nawet go nie usłyszała. Nadal wpatrzona w przestrzeń, wolno powiedziała do siebie:

— Niech zatem się wszystko dopełni. Rezygnuję z walki, poddaję się.

Pociągnął za dzwonek i odprowadził ją do holu. Jednak w chwili gdy kamerdyner zamykał drzwi za kobietą, lekarza dźgnął nagły impuls ciekawości, zupełnie niepodobny do niego, a zarazem nieodparty. Czerwieniąc się jak uczniak, powiedział:

— Idźcie za nią i ustalcie, jak się nazywa.

Służący spojrzał na swego pana tak, jakby nie dowierzał własnym uszom, napotkawszy jednak jego nieruchome spojrzenie, wiedział, co to znaczy. Chwycił kapelusz i wybiegł na ulicę.

Wybrow tymczasem wrócił do gabinetu. Nagle poczuł jakiś dreszcz obrzydzenia. Czy ta kobieta mogła posiać w domu jakieś zarazki zła, które dosięgły już jego samego? Co to za czort kazał mu się tak poniżyć w oczach kamerdynera? Postąpił wręcz nikczemnie, każąc uczciwemu człowiekowi, który od lat służył jego rodzinie, zamienić się w szpiega! Sama ta myśl tak go kolnęła, że wybiegł do holu i otworzył drzwi wyjściowe. Kamerdyner już znikł, nie sposób więc go było przywołać z powrotem. Wybrow miał na szczęście gdzie umknąć przed wzgardą wobec siebie: tę możliwość zapewniała mu praca. Wsiadł do powozu i ruszył do swoich chorych.

Jeśli zdarzyła się okazja, kiedy słynny lekarz mógł nadwątlić swoją reputację, było tak tego właśnie dnia. Nigdy wcześniej nie zrobił tak złego wrażenia na klientach, nigdy wcześniej nie odkładał na jutro recept, które trzeba było wypisać dzisiaj, ani opinii, które należało wygłosić natychmiast. Wracał do domu wcześniej niż zwykle i bardzo z siebie niezadowolony.

Kamerdyner był już w domu. Doktor Wybrow wstydził się go wypytywać, ale tamten zdał raport niepytany.

— Dama, która pana odwiedziła, to hrabina Claudia Naronne. Mieszka…

Nie słuchając dalszych szczegółów, lekarz krótkim skinieniem głowy potwierdził, że dosłyszał nazwisko, i wszedł do gabinetu. Honorarium, którego nie chciał przyjąć, dalej leżało na stole. Włożył je do dużej koperty, zaadresował: „Datek na ubogich” i wezwawszy kamerdynera, kazał mu nazajutrz zanieść to do najbliższego sądu pokoju. Służący zadał zwykłe pytanie:

— Czy kolację zje pan dziś w domu, sir?

Wybrow po chwili wahania odpowiedział:

— Nie, zjem w klubie.

Najłatwiejsza do uciszenia z moralnych sił człowieka nazywa się „sumienie”. W jednej sytuacji jest najostrzejszym, najbardziej nieprzejednanym sędzią człowieka, w drugiej pozostaje z nim w jak najlepszej, przyjaznej i zgodnej komitywie. Kiedy doktor Wybrow po raz drugi wychodził z domu, nie zamierzał nawet ukrywać przed sobą, że w tej chwili kwestią najbardziej go interesującą było to, co też w świecie mówi się o hrabinie Naronne.

Rozdział 3

Był czas, kiedy w poszukiwaniu plotek szukało się towarzystwa dam. Czasy się zmieniły. Dzisiaj wiedziony taką potrzebą człowiek udaje się do palarni w swoim klubie.

Doktor Wybrow zapalił cygaro i rozejrzał się po członkach klubu; było ich wprawdzie sporo, ale rozmowy nie nabrały jeszcze wigoru. Niewinne pytanie lekarza, czy ktoś słyszał może o hrabinie Naronne, podziałało jak stymulant. Z niemal wszystkich ust wyrwał się okrzyk zdumienia, jakby pytanie należało do najbardziej absurdalnych na świecie. Każdy, kto miał odrobinę wiedzy o wielkim świecie, musiał znać hrabinę Naronne. Zgodnie oceniono, że niewiasta o kredowobiałej cerze i lśniących oczach cieszy się na kontynencie jak najgorszą reputacją.

Następnie przyszła pora na szczegóły, a kolejni mówiący dorzucali następne elementy do rosnącego stosu wątpliwości. Nie wiadomo, czy rzeczywiście pochodzi z dalmatyńskiej arystokracji, jak utrzymuje. Nie wiadomo, czy faktycznie zawarła ślub z hrabią, za wdowę po którym się podaje. Nie wiadomo, czy z mężczyzną, który towarzyszył jej w wojażach jako jej brat Rivar, faktycznie łączyły ją więzy krwi. Ów rzekomy brat był świetnie znany we wszystkich kasynach europejskich. Półgłosem sączone informacje mówiły o tym, iż rzekoma siostra rzekomego brata ledwie uniknęła w Wiedniu procesu o trucicielstwo, że w Mediolanie uważano ją za austriackiego szpiega, że jej „apartament” w Paryżu policja zdemaskowała jako przybytek hazardu i że jej obecne pojawienie się w Anglii było prostą konsekwencją owej demaskacji. I tylko jeden człowiek z całego obecnego w palarni zgromadzenia ujął się za tak powszechnie potępianą osobą, oznajmiając, że jest to opinia stronnicza i okrutnie zniekształcona. Ponieważ jednak był to prawnik, toteż zgodnie uznano, że przemawia przez niego tylko zawodowa chęć zajęcia innego stanowiska niż wszyscy. Szyderczo zapytano, co sądzi o okolicznościach towarzyszących małżeństwu hrabiny, na co odrzekł w charakterystyczny dla siebie sposób, że są to okoliczności dobrze świadczące o obu stronach, zaś przyszłego małżonka można było hrabinie tylko pozazdrościć.

Co usłyszawszy, doktor Wybrow dał asumpt do kolejnego ataku zdumienia, gdy spytał o nazwisko dżentelmena, za którego miałaby wyjść hrabina.

Zebrani w palarni klubowi przyjaciele zgodnie uznali, że sławetny lekarz musi być drugim Ripem van Winklem, który właśnie się zbudził po dwudziestoletnim śnie. Nic tu po tłumaczeniach, że oddany swojej sztuce Wybrow nie miał czasu na to, by wysłuchiwać plotek podczas przyjęć i balów. Bowiem ktoś, kto nie wiedział, że hrabina Naronne najpierw pożyczyła w Hamburgu pieniądze od — ni mniej, ni więcej — lorda Montbarry’ego, a potem tak go omotała, iż ten zaproponował jej małżeństwo, musiał najpewniej w ogóle nie słyszeć o jego lordowskiej mości. Młodsi członkowie klubu, aby dodać żartowi wigoru, posłali lokaja po almanach Burke’a i na użytek Wybrowa odczytali zapis poświęcony rzeczonemu arystokracie, co okraszali własnymi dodatkami.

— „Herbert John Westwick, pierwszy baron Montbarry, Montbarry, King’s County, Irlandia. Tytuł szlachecki otrzymał w nagrodę za znakomitą służbę wojskową w Indiach. Urodzony w roku 1812”. A więc, panie doktorze, obecnie to czterdziestoośmiolatek. „Kawaler”. Ale już za tydzień, panie doktorze, będzie żonaty z tą uroczą osobą, o której była mowa. „Ewentualny spadkobierca, młodszy brat jego lordowskiej mości, Stephen Robert, poślubił najmłodszą córkę wielebnego Silasa Mardena, rektora Runnigate, Ellę, z którego to związku urodziły się trzy córki. Dwaj najmłodsi bracia, Francis i Henry, są kawalerami. Siostry jego lordowskiej mości to lady Barville, zamężna z baronetem sir Theodorem Barville’em, oraz Anne, wdowa po wielmożnym Peterze Norburym z Norbury Cross”. Niech pan pamięta, panie doktorze, te relacje rodzinne: trzech braci lorda — Stephen, Francis i Henry — oraz dwie siostry: lady Barville i pani Norbury. Nikt z tej piątki nie będzie obecny na ślubie, a każde z nich wykorzystałoby najmniejszą choćby szansę, aby do niego nie dopuścić, gdyby im tylko hrabina Naronne taką dała. Oprócz tych urażonych członków rodziny, których wymienia almanach, mamy jeszcze ową młodą damę…

W różnych miejscach sali rozległy się protesty.

— Nie, niczym sobie nie zasłużyła na to, by wymieniać jej nazwisko, więcej, wobec tej bezwstydnej prowokacji zachowała się z niezwykłą godnością. Trudno zrozumieć, co powoduje Montbarrym: albo zwariował, albo jest doszczętnym głupcem.

Z tej to przyczyny nazwisko niegdysiejszej narzeczonej jego lordowskiej mości nie zostało głoś no wymienione, natomiast sąsiad Wybrowa nie widział powodu, dla którego nie miałby wyjawić, iż dama porzucona przez Montbarry’ego nazywa się Agnes Lockwood. Tymczasem zbiorowo została sformułowana opinia, że skoro rywalka hrabiny była od niej urodziwsza, a na dodatek o kilka lat młodsza, to nawet jeśli się zgodzić, iż mężczyźni w relacjach z niewiastami codziennie dopuszczają się dziwacznych postępków, to jednak w przypadku Montbarry’ego chodzić musiało o jakąś monstrualną wręcz niepoczytalność. Opinia była tak zbiorowa, że również prawnik się od niej nie zdystansował. Nikt z zebranych nie chciał nawet pamiętać o niezliczonych przypadkach, gdy nieodparte wrażenie na płci przeciwnej czyniły kobiety nawet niepretendujące do miana pięknych. Warto może nadmienić, że najgłośniej wydziwiali nad matrymonialną decyzją lorda ci właśnie członkowie klubu, których hrabina bez trudu by zafascynowała pomimo skaz na swej reputacji, gdyby uznała, że warto temu poświęcić choćby chwilkę.

Podczas gdy nadal osoba hrabiny Naronne była głównym tematem konwersacji, do palarni wkroczył mężczyzna, którego widok natychmiast uciął wszystkie rozmowy. Sąsiad półgłosem mruknął do Wybrowa:

— Oto i brat lorda, Henry Westwick.

Nowo przybyły powiódł wzrokiem po obecnych, a potem na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech.

— Rozmawiacie, panowie, o moim bracie. Nie, nie musicie się przy mnie krępować, gdyż nikt z was nie gardzi nim bardziej ode mnie. Zatem, proszę, nie przerywajcie sobie.

Niemniej tylko jeden z obecnych posłuchał mówiącego, a był to prawnik, który wcześniej wystąpił w obronie hrabiny.

— Byłem osamotniony w swojej opinii — powiedział — i nie boję się jej powtórzyć przed nikim. Uważam, że hrabina Naronne jest traktowana bardzo niesprawiedliwie. Dlaczego nie mogłaby być żoną Montbarry’ego? Czy ktoś mówi na serio, że ona tylko z wyrachowania chce wyjść za lorda?

Brat lorda spojrzał ostro na prawnika i rzekł stanowczo:

— Ja!

Bezwzględność tego oświadczenia zrobiła wrażenie na wielu osobach, ale prawnik nie zamierzał ustępować.

— Proszę powiedzieć, czy nie mam racji, mówiąc, że lordowskie dochody z nawiązką pozwalają mu na utrzymanie obecnego statusu, ale niemal w całości pochodzą z posiadłości irlandzkich, których kolejność dziedziczenia jest ściśle określona? — Henry Westwick w milczeniu przytaknął. — Z tego, co wiem, w razie śmierci jego lordowskiej mości wdowa po nim może liczyć jedynie na rentę w wysokości co najwyżej czterystu funtów rocznie. Wszystkie inne składowe jego dochodów albo umierają wraz z nim, albo przechodzą na bezpośredniego spadkobiercę. Czterysta funtów to nie tak wiele.

— Bo też wcale nie chodzi o czterysta funtów — odrzekł najmłodszy z Montbarrych. — Mój brat ubezpieczył swoje życie na dziesięć tysięcy funtów, a polisa uwzględnia tylko hrabinę.

Informacja ta spowodowała znaczne poruszenie. Mężczyźni spoglądali po sobie, a przez salę szmerem przemknęły słowa: „Dziesięć tysięcy funtów”. Prawnik podjął ostatnią, rozpaczliwą próbę obrony swego stanowiska.

— A czy można wiedzieć, kto ustalał warunki małżeństwa? Bo nie sądzę, aby była to sama hrabina?

Na ustach Henry’ego Westwicka pojawił się grymas.

— Zrobił to brat hrabiny, więc wychodzi na to samo.

Nic już nie było do dodania, przynajmniej w obecności lordowskiego brata. Rozmowy potoczyły się innymi torami, a lekarz wrócił do domu.

Nie wygasło jednak jego zainteresowanie hrabiną Naronne. Kiedy nie miał innych zajęć, niekiedy się zastanawiał, czy rodzinie lorda Montbarry’ego udało się ostatecznie nie dopuścić do małżeństwa, a ku swemu zdziwieniu czuł także rosnącą ochotę, aby na własne oczy ujrzeć tak urzeczonego kobietą mężczyznę. Każdego dnia zaglądał do klubu, aby posłuchać, czy są jakieś nowiny, o żadnych jednak nie wiedziano. Ponieważ oboje byli katolikami, więc ślub miał się odbyć w Spanish Place. Tylko tyle udało się ustalić doktorowi Wybrowowi.

W dniu ślubu, po niezbyt zażartej walce z samym sobą, lekarz zrezygnował ze swych pacjentów oraz ich gwinei i wśliznął się niepostrzeżenie do świątyni, aby obserwować ceremonię. Przez całe późniejsze życie złościł się na każdego, kto mu przypomniał, co zrobił tego dnia.

Ślub był zupełnie prywatny. Przed wejściem do kościoła stał brougham; w środku było trochę osób, głównie kobiet z niższych klas, ale Wybrow dostrzegł też kilku znajomych z klubu, najpewniej jak i on ściągniętych tutaj przez ciekawość. Naprzeciw ołtarza stały tylko cztery osoby — młoda para i dwoje świadków: jakaś starsza kobieta, która mogła być znajomą hrabiny lub jej służącą, oraz mężczyzna, którym bez wątpienia był baron Rivar. I świadkowie, i panna młoda mieli na sobie normalne dzienne stroje. Jeśli chodzi o lorda Montbarry’ego, był mężczyzną w średnim wieku o wojskowej posturze, ale nie dało się dostrzec niczego niezwykłego w jego twarzy i sylwetce. Z kolei baron Rivar był równie konwencjonalnym reprezentantem innego typu męskiego. Takie starannie przystrzyżone wąsiki, oczy o śmiałym spojrzeniu, lekko sfalowane włosy i wysoko noszoną głowę setkami widzi się na paryskich bulwarach. Jedyną może rzecz zwracającą uwagę stanowił brak jakiegokolwiek podobieństwa między nim a siostrą. Także i ksiądz był pokornym, skromnym starowiną, który z rezygnacją wykonał wszystkie powinności, przy każdym zgięciu kolan wyraźnie doświadczając kłopotów reumatycznych. Hrabina, jedyna osoba ściągająca uwagę, raz tylko, na samym początku ceremonii, uniosła welon na dłuższą chwilę, a żaden szczegół jej ubioru nie skłaniał do ponownego spojrzenia. Po zewnętrznym wyglądzie sądząc, nigdy nie było ślubu mniej interesującego i romantycznego. Doktor Wybrow co jakiś czas zerkał na drzwi albo na galerię, niejasno oczekując, że pojawi się jakaś protestująca osoba, która znając pewien straszliwy sekret, jest w stanie położyć kres ceremonii. Nic jednak takiego się nie wydarzyło, przebiegu ślubu nie zakłócił żaden niezwykły, dramatyczny wypadek. Połączeni ślubnym węzłem oboje małżonkowie wraz ze świadkami znikli na zapleczu świątyni, aby podpisać wymagane dokumenty, mimo to lekarz nadal czekał, piastując skrytą nadzieję, że jednak nastąpi jeszcze coś godnego uwagi.

Po jakimś czasie nowożeńcy wyszli z zakrystii i ruszyli nawą do wyjścia. Kiedy się zbliżali, Wybrow się cofnął, jednak ku jego konfuzji i zdziwieniu hrabina go zauważyła. Usłyszał, jak mówi do męża: „Chwileczkę, widzę tam znajomego”. Lord Montbarry skłonił się tylko i przystanął. Podeszła do Wybrowa, chwyciła go za ręce i mocno je uścisnęła. Nawet poprzez welon zobaczył wpijające się w niego czarne oczy. „Jak pan widzi, zmierzam ku końcowi”. Wyszeptawszy te dziwne słowa, powróciła do męża. Zanim Wybrow otrząsnął się i zdołał ruszyć za młodą parą, ta siedziała już w ruszającym powozie.

Na zewnątrz kościoła stało kilku członków klubu, którzy podobnie jak Wybrow zjawili się na ceremonii z ciekawości. W jakiejś odległości od nich stał samotnie brat hrabiny, który najwyraźniej chciał w świetle dnia zobaczyć człowieka, przy którym zatrzymała się siostra. Na doktorze spoczął śmiały wzrok, w którym na moment zamigotała niecierpliwość, ale już po chwili zgasła; baron dwornie się uśmiechnął, uchylił kapelusza przed znajomym siostry i się oddalił.

Na stopniach kościoła rozpoczął się tymczasem klubowy sąd. Zaczęło się od barona. „Co za wstrętny łajdak!”. Następnie przyszła pora na lorda. „Czy to prawda, że zechce zabrać tę ladacznicę do Irlandii?”. „No nie! Nie może spojrzeć w oczy swojej rodzinie, swoim dzierżawcom. Przecież oni wszyscy wiedzą o Agnes Lockwood”. „To dokąd się zatem udaje?”. „Do Szkocji”. „A co ona na to?”. „Tylko na dwa tygodnie, potem wracają do Londynu i wyjeżdżają na kontynent”. „Czyżby nie mieli już więcej zjawić się w Anglii?”. „Kto to wie? Widzieliście, jak spojrzała na Montbarry’ego, kiedy na samym początku uniosła welon? Ja na jego miejscu uciekałbym jak strzała. A pan widział, doktorze?”.

Wybrow jednak, dość już usłyszawszy, pomny na swoich pacjentów, wzorem barona Rivara odwrócił się i odszedł bez słowa.

„Jak pan widzi, zmierzam ku końcowi”, powtarzał pod nosem. Cóż to za koniec?

Rozdział 4

W dzień ślubu Agnes Lockwood siedziała w buduarze swego londyńskiego mieszkania i paliła listy, które niegdyś pisał do niej lord Montbarry.

Opisując doktorowi Wybrowowi swoją rywalkę, hrabina Naronne słowem nawet nie wspomniała o najbardziej może wyrazistej cesze Agnes: naturalnym wyrazie dobroci i czystości, który natychmiast rzucał się w oczy każdemu nieuprzedzonemu obserwatorowi. Wyglądała o wiele lat młodziej, niż w istocie miała. Przy jej gładkiej cerze i manierach przepojonych skromnością samo się nasuwało, by traktować ją jak osobę bardzo młodą, chociaż miała już pod trzydziestkę. Mieszkała z wierną służącą, towarzyszącą jej od dzieciństwa, a niewielki dochód starczał ledwie na utrzymanie ich obu. Bez wyrazu smutku na twarzy z rozwagą rwała listy na pół i wrzucała do płonącego na kominku niewielkiego ognia. Na swe nieszczęście należała do osób, które zbyt głęboko przeżywają, aby ulgę mogły im przynieść łzy. Podarła już ostatnią porcję i na chwilę zawahała się przed ciśnięciem jej w niszczycielskie płomienie, kiedy weszła służąca i spytała, czy przyjmie „panicza Henry’ego” — mając na myśli najmłodszego z braci Westwicków, tego, który w klubowej palarni publicznie dał wyraz pogardy dla brata.

Wiele czasu minęło od chwili, gdy Henry West wick wyznał jej swą miłość, na co odrzekła, że jej serce należy do jego najstarszego brata. Stłumił rozczarowanie i odtąd odnosili się do siebie jak dalecy kuzyni i przyjaciele. Nigdy dotąd myśl o nim nie kojarzyła się Agnes z ambarasującymi wspomnieniami, ale wizja zobaczenia się z nim tego właśnie dnia, gdy ślub jego brata z inną kobietą do reszty dopełnił zdrady wobec niej, miała dla Agnes w sobie coś odpychającego. Służąca (która pamiętała jeszcze ich oboje w kołyskach) w milczeniu przypatrywała się jej z wahaniem, ponieważ jednak sympatyzowała z młodym paniczem, powiedziała łagodnie:

— Powiada, że wyjeżdża, moja droga, i przyszedł się tylko pożegnać.

To proste zdanie wywarło zamierzony efekt i Agnes zdecydowała się przyjąć gościa.

Wszedł do pokoju tak raptownie, że przydybał ją na wrzucaniu w ogień resztki listów jego starszego brata. W pośpiechu przemówiła pierwsza.

— Tak raptem wyjeżdża pan z Londynu, Henry. W interesach czy dla przyjemności?

Zamiast odpowiedzi wskazał na dopalające się skrawki papieru i ciemny popiół, który osiadł na brzegu kominka.

— Pali pani listy?

— Tak.

— Jego listy?

— Tak.

Delikatnie sięgnął po jej dłoń.

— Nie miałem pojęcia, że przychodzę w chwili, kiedy zależy pani na samotności, Agnes. Zobaczę się z panią po powrocie.

Z lekkim uśmiechem wskazała mu fotel.

— Znamy się od dzieciństwa — powiedziała. — Czemuż w pańskiej obecności miałabym odczuwać nierozsądną dumę? Czemu miałabym trzymać przed panem jakieś sekrety? Już jakiś czas temu odesłałam pańskiemu bratu wszystkie jego prezenty. Powiedziano mi, że to nie wystarczy, że powinnam zniszczyć wszystko, co mi go przypomina, a więc spalić wszystkie jego listy. Tak też zrobiłam, ale nawiedziła mnie wątpliwość przed ich końcową partią. Nie, nie dlatego, że to już był ostatek, ale ponieważ było tam między innymi to. — Otworzyła dłoń i pokazała przewiązany złotą wstążką pukiel włosów Montbarry’ego. — No cóż, niech i to dołączy do reszty.

Cisnęła włosy w ogień. Przez chwilę stała plecami do Henry’ego wpatrzona w kominek, podczas gdy on usiadł na wskazanym mu fotelu, z przedziwnie niespójnym wyrazem twarzy: w oczach miał łzy, podczas gdy brwi były gniewnie zmarszczone.

— Do diabła z nim! — mruknął.

Agnes zebrała się na odwagę i spojrzała Henry’emu prosto w oczy.

— Może pan powiedzieć, czemu pan wyjeżdża?

— Straciłem całą życiową pasję, Agnes. Potrzebna mi jakaś zmiana.

Zwlekała z odpowiedzią. Z wyrazu jego twarzy wyczytała, że formułując odpowiedź, myślał o niej. Była mu wdzięczna, ale myślała nie o nim, lecz nadal o tym, który ją porzucił. Znowu odwróciła się do ognia.

— Czy to prawda — spytała — że dzisiaj wzięli ślub?

Odpowiedział tylko jednym bezwzględnym słowem:

— Tak.

— Był pan w kościele?

Tonem pełnym oburzonego zdziwienia odrzekł:

— W kościele? Już prędzej poszedłbym do… — Urwał, a potem ciągnął ściszonym głosem: — Nie rozmawiałem z nim, nawet go nie widziałem od czasu, kiedy potraktował panią jak łajdak i głupiec, pokazując, kim naprawdę jest. — Odwróciła się i spojrzała na Henry’ego w milczeniu. Przeprosił, ale nadal pełen był gniewu. — Nawet na tym świecie niektórzy muszą odpokutować za swoje czyny. Będzie gorzko żałował dnia, w którym poślubił tę kobietę.

Agnes usiadła obok Henry’ego i lekko zdziwiona zajrzała mu w oczy.

— Czy to rozsądne: żywić żal do brata tylko dlatego, że dał innej kobiecie pierwszeństwo przede mną? — spytała.

Henry omal nie poderwał się z fotela.

— Myślę, że jesteś ostatnią osobą na świecie, która powinna występować w obronie hrabiny.

— A czemu to? — odparła Agnes. — Ja nie mam jej nic do zarzucenia. Spotkałyśmy się tylko jeden raz; wydawała się wtedy skrępowana i zdenerwowana, w ogóle robiła wrażenie osoby bardzo chorej. Zresztą nie było to tylko wrażenie; z powodu panującego w pokoju gorąca zemdlała. Czemu nie oddać jej sprawiedliwości? Wiemy, że nie miała wobec mnie żadnych złowrogich zamiarów, nic nie wiedziała o moich zaręczynach…

Henry przerwał jej niecierpliwym gestem.

— Można przesadzić także w wyrozumiałości i wielkoduszności! — rzekł z pasją. — Nie mogę tego znieść, gdy okazuje pani taką cierpliwość po tym, jak potraktowano panią w sposób tak okrutny! Najlepiej będzie, gdy zapomni pani o nich obojgu, Agnes, a ja jestem gotów zrobić wszystko, aby pani w tym pomóc.

Agnes lekko dotknęła jego ramienia.

— Henry, jest pan bardzo miły dla mnie, ale nie całkiem mnie pan rozumie. Kiedy pan wszedł tutaj, zupełnie inaczej niż pan myślałam o sobie i swojej sytuacji. Zastanawiałam się, czy takie uczucie jak moja miłość do pańskiego brata, która bez reszty wypełniła moje serce, wydobywając to, co we mnie najlepsze i najprawdziwsze, może tak odejść, jakby nigdy nie istniało. Zniszczyłam wszystkie widzialne i namacalne rzeczy, które mnie z nim wiązały, na tym świecie już go więcej nie ujrzę, czy to jednak znaczy, że nic więcej nas nie łączy? Czy teraz dobre i złe przypadki w jego życiu będą mi tak obojętne, jakbyśmy się nigdy nie spotkali i nigdy nie kochali? Co pan o tym sądzi, Henry? Bo mnie trudno w to uwierzyć.

— Jeżeli myśli pani o pomście, na jaką zasłużył — odparł surowo Henry Westwick — skłonny byłbym się z panią zgodzić.

Zanim Agnes zdążyła odpowiedzieć, w drzwiach stanęła służąca, anonsując kolejnego gościa.

— Proszę mi wybaczyć, że ośmielam się przeszkadzać, ale pani Ferrari chciałaby się dowiedzieć, kiedy będzie mogła zamienić z panią kilka słów.

Agnes żywo spojrzała na Westwicka.

— Pamięta pan, jak mniemam, Emily Bidwell, przed laty moją ulubioną uczennicę w wiejskiej szkole, a potem przez pewien czas pokojówkę, nieprawdaż? Odeszła ode mnie, by poślubić włoskiego kuriera nazwiskiem Ferrari, ale chyba nie najlepiej układało się jej w małżeństwie. Będzie pan miał coś przeciw temu, że poświęcę jej teraz kilka minut?

Henry powstał, zbierając się do odejścia.

— Z chęcią spotkam Emily innym razem, ale teraz nie chciałbym paniom przeszkadzać, a poza tym lepiej, bym sobie poszedł. Nie bardzo panuję nad sobą; gdybym został dłużej, mógłbym powiedzieć słowa, które… lepiej, by teraz nie padły. Dziś w nocy przekroczę Kanał i zobaczę, co zmieni te kilka tygodni przybywania w innych miejscach. — Przytrzymał dłoń Agnes. — Czy jest coś, co mógłbym dla pani zrobić? — spytał z powagą w głosie. Podziękowała i spróbowała oswobodzić dłoń, ale na próżno. — Niech że Bóg panią błogosławi! — powiedział Henry ze wzrokiem wbitym w ziemię, a twarz mu na przemian to czerwieniała, to bladła.

Znała tak dobrze jego serce, jak znał je on sam; za bardzo była wzruszona, aby coś powiedzieć. Uniósł jej rękę do ust, gorąco ucałował i nie spoglądając na Agnes, wyszedł z pokoju.

Służąca, która pamiętała, jak bez sukcesów rywalizował z bratem o względy jej pani, odprowadziła go do schodów i szepnęła na pożegnanie, ożywiana zdroworozsądkową mądrością, właściwą ludziom z niższych warstw:

— Niech pan nie upada na duchu, paniczu Henry. Po powrocie niech pan spróbuje raz jeszcze.

Zostawszy w pokoju sama, Agnes rozejrzała się po nim, usiłując pozbierać myśli. Stanęła przed małą akwarelą; był to jej dziecięcy portret, który kazała sporządzić matka. „O ile bylibyśmy szczęśliwsi — pomyślała — gdybyśmy nigdy nie dorośleli”.

Weszła żona kuriera — chuda, melancholijna osoba z białymi rzęsami, która z szacunkiem się ukłoniła. Co jakiś czas wstrząsał nią chroniczny kaszel. Agnes z sympatią się z nią przywitała.

— Witaj, Emily, co mogę dla ciebie zrobić?

Odpowiedź gościa była zaskakująca.

— Aż boję się pani powiedzieć, pani Agnes!

— Chodzi o coś aż tak wielkiego? No nic, siadaj i opowiedz mi, jak tam u ciebie, a prośba może sama się pojawi. Jak mąż cię traktuje?

Zielone oczy Emily natychmiast napełniły się łzami. Pokręciła głową i rzekła z rezygnacją:

— Na nic konkretnego nie mogę się uskarżać, proszę pani, ale coś mi się zdaje, że nie troszczy on się ani o mnie, ani o dom, jakby go wszystko męczyło. Sama już nie wiem, ale może lepiej by się stało, proszę pani, gdyby na chwilę pojechał gdzieś w podróż, bo wszak i pieniądze by z tego były, których jakby trochę brakło. — Przetarła oczy chustką i westchnęła z jeszcze większą rezygnacją.

— Czegoś chyba nie rozumiem — powiedziała Agnes. — Zdawało mi się, iż wynajęto twojego męża, żeby kilku bogatym damom towarzyszył w podróży do Szwajcarii i Włoch.

— Straszny pech, proszę pani. Jedna z tych dam zachorowała, a inne nie chciały jechać bez niej. Owszem, zapłaciły mu za miesiąc, ale miał być najęty na całą jesień i zimę, więc liczyło się na dużo więcej.

— To rzeczywiście przykre, Emily. No ale może zaraz nadarzy się inna szansa.

— Nie jego teraz kolejka w biurze kurierskim, proszę pani. Jak mu dali tę pracę na jesień i zimę, to dalej zaraz byli inni, bez żadnej pracy. Gdyby ktoś go prywatnie polecił…

Zawiesiła znacząco głos, Agnes w lot ją zaś zrozumiała.

— Chcesz, żebym wypisała mu rekomendację, tak? Czemuś od razu tego nie powiedziała?

Twarz Emily spłonęła rumieńcem.

— To byłaby dla niego taka ogromna szansa! — powiedziała nieśmiało. — Od pewnej osoby przyszło właśnie zlecenie dla dobrego kuriera (i to na całe pół roku, proszę pani!), ale na innych teraz pora, sekretarz poleci kogo innego. Gdyby jednak mój mąż do swoich papierów dołączył jakieś przychylne słowo do tej osoby od kogoś z towarzystwa, mówią, mog łoby to zmienić sytuację. Taka opinia wiele znaczy, proszę pani.

Znowu westchnęła i zapatrzyła się w dywan, jakby miała powód wstydzić się tego, co powiedziała. Agnes poczuła lekką irytację, czując, iż Emily coś jeszcze chowa w zanadrzu.

— Chodzi o kogoś, kogo znam? Kto to taki?

Emily chlipnęła.

— Aż się wstydzę powiedzieć, proszę pani.

Agnes po raz pierwszy podniosła głos.

— To jakiś nonsens, Emily. Albo mi powiesz, o kogo chodzi, albo w ogóle przestańmy o tym mówić. Sama decyduj!

Emily zacisnęła ręce na chusteczce, a potem wyrzuciła z siebie dwa słowa, jakby to były zabójcze kule:

— Lord Montbarry!

Agnes poderwała się i spojrzała na dawną służącą z miną, której tamta nigdy u niej nie widziała.

— Bardzo się na tobie zawiodłam — powiedziała wolno, dobitnie akcentując słowa. — Powinnaś dobrze wiedzieć, że w obecnej sytuacji niepodobna, bym w jakikolwiek sposób kontaktowała się z lordem Montbarrym. Przykro mi, że zbyt wysoko ceniłam delikatność twych uczuć.

Emily powstała i zgarbiona przemknęła do drzwi, ale w progu jeszcze powiedziała:

— Bardzo panią przepraszam, bardzo. Nie jestem aż tak zła, jak pani myśli, ale… Ale przepraszam.

Znajdowała się już za drzwiami, kiedy Agnes zawołała ją z powrotem. Było coś w przeprosinach tej kobiety, co ją poruszyło.

— Wejdź jeszcze na chwilę — rzekła. — Szkoda, byśmy się tak rozstawały. Powiedz wyraźnie, czego ode mnie oczekujesz?

Emily starczyło rozsądku, by sprawę przedstawić wprost.

— Mój mąż wyśle podanie do lorda Montbar ry’ego w Szkocji, a sprawa tylko w tym, coby mógł napomknąć, że jego żona zna panią od dziecka, a pani krzynkę się interesuje tym, jak jest z naszą rodziną. O to chciałam prosić, ale teraz już rozumiem, że to zły pomysł, za który żałuję.

Czy jednak naprawdę powinna żałować i się wstydzić? Agnes stanęły w oczach sceny z przeszłości oraz obecna sytuacja Emily i jej męża.

— Może nie jest to aż taka wielka przysługa — powiedziała pod wpływem współczucia, którego głos zawsze był w niej silny — tyle że nie jestem pewna, czy powinnam zezwolić na pojawienie się mojego nazwiska w liście twego męża. Powtórz mi dokładnie, co zamierza napisać.

Emily spełniła polecenie, a potem rzuciła sugestię charakterystyczną dla osób, które niezbyt biegle władają piórem:

— A jakby, proszę pani, pani sama to zobaczyła spisane?

Pomysł był trochę dziecinny, lecz Agnes się spodobał.

— No tak, skoro mam udzielić zezwolenia, to powinnam wiedzieć na co.

Szybko nakreśliła formułkę: „Odważam się wspomnieć, że moja żona zna od dzieciństwa jaśnie pannę Agnes Lockwood, która interesuje się dalszymi jej losami”. Zdanie to w niczym nie sugerowało, że Agnes zgodziła się na nie czy że w ogóle o nim cokolwiek wiedziała. Chwilę jeszcze zmagała się ze sobą, ale potem wręczyła kartkę Emily, mówiąc:

— Zgadzam się tylko pod tym warunkiem, że twój mąż dokładnie to przepisze i niczego nie zmieni.

Emily była nie tylko wdzięczna, lecz także głęboko wzruszona, lecz Agnes kazała jej czym prędzej się zbierać.

— Idź już, bo się jeszcze rozmyślę.

Słysząc taka groźbę, Emily, rzecz jasna, natychmiast znikła.

„Czy już nic więcej nas nie łączy? Czy teraz dobre i złe przypadki w jego życiu będą mi tak obojętne, jakbyśmy się nigdy nie spotkali i nigdy nie kochali?”. Agnes spojrzała na stojący na kominku zegar. Nie minęło jeszcze dziesięć minut od chwili, gdy te pytania spłynęły z jej ust. Poczuła się niemal zaszokowana tym, że tak szybko i w tak prosty sposób otrzymała na nie odpowiedź. Poczta, która pomknie do Szkocji, raz jeszcze przypomni Montbarry’emu o istnieniu Agnes, co się wyrazi w jego wyborze kuriera.

Dwa dni później nadszedł liścik z wdzięcznymi, ale trochę nieporadnymi podziękowaniami. Emily informowała, że Ferrari został zatrudniony na sześć miesięcy jako kurier lorda Montbarry’ego.

CZĘŚĆ II

Rozdział 5

Państwo Montbarry nie pobyli nawet tygodnia w Szkocji, gdy nieoczekiwanie powrócili do Londynu. Jej lordowska mość nie była na tyle zachwycona tamtejszymi górami i jeziorami, by chciała dłużej pośród nich przebywać, a nagabywana o przyczynę, odrzekła z rzymską zwięzłością: „Widziałam już Szwajcarię”.

Przez cały następny tydzień nikt nie wiedział o ich przyjeździe, aż wreszcie pewnego dnia służąca niezwykle podniecona wróciła z zakupów, na które wysłała ją Agnes. Mijała właśnie drzwi znanego dentysty, kiedy wyszedł z nich nie kto inny jak lord Montbarry. Poczciwa ta kobieta ze złośliwą satysfakcją opisała, jak marnie wyglądał.

— Policzki mu się zapadły, pani moja najdroższa, a broda posiwiała. Mam nadzieję, że dał mu ten dentyst do wiwatu.

Wiedząc, jak wierna pomocnica znienawidziła człowieka, który porzucił jej panią, Agnes rozsądnie założyła, że musi być w tym obrazie wiele przesady. Przede wszystkim poczuła jednak nerwowy niepokój. Skoro lord Montbarry przebywał w Londynie, jakże mogła za dnia wychodzić na ulicę? Przecież teraz i jej było łatwo znienacka się na niego natknąć. Następne dwa dni pozostawała w domu, sama się wstydząc swego niegodnego zachowania. Trzeciego dnia rubryki towarzyskie w czasopismach doniosły, że lordostwo Montbarry wyjechali do Paryża, aby stamtąd udać się do Włoch.

Tego samego dnia pani Ferrari odwiedziła Agnes i poinformowała, że mąż pożegnał ją z małżeńską czułością, gdyż najwyraźniej perspektywa wyjazdu za granicę bardzo dobrze nań podziałała. Podróżnym towarzyszyła jeszcze jedna osoba, pokojówka lady Montbarry, osoba milcząca i nietowarzyska, jak usłyszała Emily. Baron Rivar, brat lady Montbarry, był już na kontynencie, uzgodniwszy wcześniej z siostrą, że z nią i jej mężem spotka się w Rzymie.

W życiu Agnes jeden nudny tydzień następował po drugim. Bardzo dzielnie znosiła swą sytuację: spotykała się ze znajomymi, a wolne chwile poświęcała na lekturę i rysunek, pamiętając o nieustannym poddawaniu umysłowi jakiegoś zajęcia, tak aby melancholijnie nie powracał do przeszłości. Niewiele jednak dała jej ta roztropna zapobiegliwość, gdyż środki, których się imała, były za słabe, aby zrównoważyć głęboką ranę, odniesioną z racji zbyt głębokiej miłości. Osoby, które się z nią stykały w codziennych okolicznościach, zwiedzione zewnętrzną gładkością i akuratnością jej manier, powtarzały: „Panna Lockwood najwyraźniej uporała się już z zawodem, który ją spotkał”. Jednak dawna przyjaciółka szkolna, która odwiedziła ją podczas krótkiego pobytu w Londynie, była niezwykle poruszona zmianą, jaką dostrzegła. Była to pani Westwick, żona tego brata lorda Montbarry’ego, którego w almanachu wskazano jako ewentualnego spadkobiercę. On sam był w Ameryce, doglądając swoich kopalń. Pani West wick nastawała, aby Agnes pojechała z nią do rodzinnej posiadłości w Irlandii.

— Niechże pani się zgodzi, dotrzyma mi pani towarzystwa pod nieobecność męża. Nasze trzy córeczki będą zachwycone, mając nową kompankę do zabawy, będzie jeszcze guwernantka, ale z góry ręczę, że się pani spodoba. Niechże się pani spakuje, a ja jutro w drodze na pociąg zajrzę tu po panią.

Tak gorące zaproszenie Agnes mogła tylko zaakceptować i następne trzy miesiące spędziła pod przyjaznym dachem. Kiedy odjeżdżała, dziewczęta wieszały się na niej ze łzami, a najmłodsza chciała zabrać się z nią do Londynu. Pół żartem, pół serio Agnes rzuciła: „Jeśli kiedyś straci pani guwernantkę, to niech pani zatrzyma miejsce dla mnie”. Pani Westwick zaśmiała się, ale dziewczynki potraktowały te słowa serio i obiecały, że natychmiast Agnes powiadomią.

Dokładnie tego dnia, kiedy panna Lockwood wróciła do Londynu, natychmiast pojawiła się w jej myślach przeszłość, o której tak bardzo chciała zapomnieć. Kiedy już wymieniły pierwsze powitania, stara służąca (która pod nieobecność pani czuwała nad domem) przekazała jej zaskakującą wiadomość, uzyskaną od żony kuriera.

— Przybiegła tu, moja droga, ta mała Ferrari i nic tylko pyta, kiedy wracasz. Jej mąż bez słowa pożegnania zostawił lorda Montbarry’ego i nikt nie wie, co się z nim stało.

Agnes popatrzyła na swoją wiekową pomocnicę z niedowierzaniem.

— Jesteś pewna tego, co mówisz?

Służąca nie miała najmniejszych wątpliwości.

— Na miłość boską, przecież to wiadomość z biura kurierskiego na Golden Square, od sekretarza, panno Agnes, od samego sekretarza!

Słysząc to, Agnes poczuła się zaniepokojona i zdziwiona. Ponieważ było późne popołudnie, kazała przekazać pani Ferrari informację, że już wróciła.

Po niecałej godzinie żona kuriera przybiegła tak wzburzona, że nie bardzo nad sobą panowała. Kiedy poskładało się jej niespójne wypowiedzi, w sumie potwierdzały informację przekazaną przez służącą.

W miarę regularnie Emily otrzymywała wiadomości od męża z Paryża, Rzymu i Wenecji; kiedy się urwały, napisała do niego dwukrotnie, ale nie dostała żadnej odpowiedzi. Zaniepokojona udała się do biura na Golden Square, aby spytać, czy czegoś nie wiedzą. Poranną pocztą dotarł do sekretarza od kuriera weneckiego list, który zawierał zdumiewające wieści o Ferrarim. Żonie pozwolono zrobić kopię, którą wręczyła teraz Agnes.

Nadawca informował, że właśnie dotarł do Wenecji. Ponieważ wcześniej dowiedział się, iż Ferrari wraz z lordostwem Montbarry mieszka w wynajętym przez nich pałacu, więc, zaprzyjaźniony z nim, poszedł go odwiedzić. Ponieważ nikt nie odpowiedział na dzwonek do drzwi wychodzących na kanał, poszedł na tyły budynku, a tam w drzwiach jakby specjalnie na niego czekała blada kobieta, którą okazała się sama lady Montbarry.

Spytała po włosku, czego chce; odrzekł, że jeśli to możliwe, chciałby porozmawiać ze swoim przyjacielem, Ferrarim. Nie wahając się ani chwili, oznajmiła, że Ferrari bez żadnych wyjaśnień opuścił pałac, nie podając nawet adresu, na który należałoby przesłać należną mu miesięczną pensję. Zaskoczony kurier zaczął się dopytywać, czy może doszło do jakiejś kłótni z Ferrarim. „Wedle mojej wiedzy — odpowiedziała — nie. Jestem lady Montbarry i mogę was zapewnić, że Ferrari był przez rodzinę traktowany jak najlepiej. Podobnie jak wy, my także jesteśmy zdumieni jego nieobecnością. Gdybyście się czegoś o nim dowiedzieli, niezwłocznie nas powiadomcie, żebyśmy przynajmniej mogli zapłacić to, co mu jesteśmy winni”.

Zadawszy jeszcze dwa pytania, o datę i porę dnia, kiedy Ferrari znikł, kurier się oddalił.

Podjął bezzwłocznie dalsze poszukiwania Ferrariego, ale bez skutku. Nikt go nie widział, z nikim, zdaje się, nie nawiązał bliższych kontaktów. O lordzie i jego małżonce krążyły tylko mniej czy bardziej mgliste pogłoski. Na przykład że jeszcze przed rozpłynięciem się Ferrariego odeszła angielska pokojówka lady Montbarry, gdyż chciała pozostać ze swymi krewnymi w kraju, ale ekshrabina nie szukała żadnego zastępstwa na jej miejsce. Że jego lordowska mość był bardzo kruchego zdrowia i żył w odosobnieniu, nie przyjmując nikogo, nawet swoich rodaków. Kurier dotarł do jakiejś dość tępej staruszki, która sprzątała w pałacu, stawiając się tam z rana, a odchodząc wieczorem. Nigdy nie widziała Ferrariego, ba, nie zobaczyła nawet lorda, który pozostawał w swoim gabinecie. Stale zajmowała się nim żona, „dama strasznie troskliwa i dobra”. Na ile stara sprzątaczka zdołała się zorientować, nie było w domu żadnej innej służby. Posiłki dostarczano z restauracji, gdyż milord bardzo nie lubił obcych. Jego szwagier — jak oznajmiła „strasznie troskliwa i dobra” siostra — większość czasu spędzał gdzieś w głębi pałacu, pochłonięty eksperymentami chemicznymi, których ubocznym efektem były czasami roznoszące się po domu nieprzyjemne zapachy. Do lorda wezwano w końcu lekarza, Włocha, który od dawna prowadził w Wenecji praktykę. Ów ceniony specjalista chorób wewnętrznych oznajmił, że on także nie widział Ferrariego w pałacu, dokąd zresztą go wezwano (o czym świadczyła księga zapisów) nazajutrz po jego zniknięciu. Doktor rozpoznał schorzenie lorda Montbarry’ego jako bronchit — mało niepokojący, aczkolwiek atak był dość ostry; w późniejszej rozmowie z lady Montbarry lekarz uzgodnił, że w przypadku dalszych kłopotów zostanie wezwany inny medyk. „Wprost nie potrafię znaleźć słów pochwały, jeśli chodzi o opiekę, jaką i w dzień, i w nocy moja pani otaczała jego lordowską mość”.

Kurierowi niczego więcej nie udało się ustalić w sprawie Ferrariego. Policja podjęła poszukiwania zaginionego i tylko już z nią mogła wiązać jakiekolwiek nadzieje jego żona, która teraz z niepokojem spoglądała na Agnes Lockwood.

— No i co pani o tym wszystkim myśli, jaśnie pani? — zapytała. — Co mi pani radzi zrobić?

Agnes miała trudności z odpowiedzią, gdyż niełatwo jej było słuchać słów Emily i czytać pokazany przez nią list. Wzmianki o chorobie lorda i o jego izolacji tylko podrażniły dawne rany. Mówiąc szczerze, o wiele mniej ją interesował los Ferrariego niż chorujący w Wenecji Montbarry.

— Nie wiem, co ci na to powiedzieć — odrzekła wreszcie, rozkładając ręce. — W takich sprawach nie mam najmniejszego doświadczenia.

— A może coś by to pomogło, proszę pani, jakby pani przeczytała jego listy do mnie? Są tylko trzy, więc dużo czasu to nie zabierze.

Agnes wzięła listy i szybko je przeczytała.

Napisane zostały suchym tonem, jedynymi bardziej czułymi słowami były konwencjonalne zwroty w nagłówku — „Droga Emily” — i w podpisie — „Twój wierny…”. Pierwszy list nie przedstawiał lorda Montbarry’ego w nazbyt korzystnym świetle.

Jutro opuszczamy Paryż. Niezbyt przepadam za milordem. Jest dumny, zimny i — między nami mówiąc — bardzo niechętnie rozstaje się z pieniędzmi. Musiałem się wykłócać o takie drobiazgi jak kilka centymów w rachunku za hotel. Dwa razy posłyszałem nawet ostre uwagi wymieniane między małżonkami, gdyż lady pozwoliła sobie na nabycie kilku rzeczy w paryskich sklepach. „Nie stać mnie na to, musisz się trzymać naszych ustaleń”. Mam wrażenie, że nie usłyszała tego po raz pierwszy. O wiele bardziej lubię żonę lorda od niego samego. Ma ona przyjemne zagraniczne maniery. Mnie traktuje jak normalnego, podobnego do niej człowieka.

Drugi list był adresowany z Rzymu.

Kaprysy jego lordowskiej mości sprawiają, że ciąg le jesteśmy w drodze. Nie może usiedzieć na miejscu, przypuszczam, że to jakiś duchowy niepokój, niemiłe wspomnienia; parę razy podejrzewałem, że kiedy lady nie ma w pobliżu, on zaczytuje się w jakichś starych listach. Mieliśmy się zatrzymać w Genui, ale milord nieustannie nas poganiał, to samo we Florencji. Wreszcie w Rzymie pani zażądała chwili postoju. Tutaj spotkaliśmy jej brata; od służącej milady usłyszałem, że doszło do kłótni między nim a milordem. Poszło o pieniądze, które chciał pożyczyć baron, na co jego lordowska mość zareagował tak gniewnie, że milady musiała interweniować, ale na koniec podali sobie ręce.

Trzeci i ostatni list wysłany został z Wenecji.

I znowu te lordowskie oszczędności! Zamiast się zatrzymać w porządnym hotelu, wynajął jakiś stary, wilgotny, zmurszały, walący się pałac! Co z tego, że pani wszędzie nastaje na jak najlepsze pokoje, kiedy na dwa miesiące pałac okazał się tańszy. Milord chciał nawet na dłużej, bo, jak powiedział, Wenecja dobrze wpływa na jego nerwy, ale jakiś obcokrajowiec chce tu zrobić remont i urządzić hotel. Baron ciągle jest z nami i znowu dochodzi do kłótni o pieniądze. Nie lubię barona, a milady nie jest dla mnie już tak miła jak wcześniej, zanim przyłączył się do nas jej brat. Lord jest bardzo punktualny, jeśli chodzi o płacenie; nienawidzi rozstawać się z pieniędzmi, ale kiedy już coś obieca, sprawa zdaje się pewna. Ja swoje dostaję zawsze punktualnie na koniec miesiąca, ale dokładnie, ani lira więcej, chociaż robię wiele takich rzeczy, które wykraczają poza obowiązki kuriera. To doprawdy paradne, że imć pan baron usiłował się zapożyczyć nawet u mnie. Jest nałogowym graczem; za pierwszym razem, kiedy służąca milady mi o tym powiedziała, nie chciałem uwierzyć, ale dość się od tego czasu naoglądałem, żeby wiedzieć, iż ma rację. Widziałem też inne rzeczy, ale… Dość powiedzieć, że nie zwiększyły mojego szacunku do milady i jej brata. Służąca powiada, że poprosi o zwolnienie. To porządna brytyjska niewiasta i nie jest jej tak łatwo pogodzić się z różnymi sprawami jak mnie. Strasznie nudno tutaj żyjemy. Ani my nikogo nie odwiedzamy, ani nikt do nas nie przychodzi, żadnego konsula albo choćby bankiera. Milord, jeśli w ogóle wychodzi, to tylko sam i pod wieczór. W domu zamyka się ze swoimi książkami i próbuje jak najmniej widzieć swoją żonę i jej brata. Obawiam się, że wszystko tu zmierza do jakiegoś kryzysu. Jeśli tylko coś wzbudzi lordowskie podejrzenia, konsekwencje mogą być okropne. Czcigodny Montbarry, kiedy go rozdrażnić, może się posunąć do wszystkiego! Płaci mi jednak dobrze, więc nie stać mnie na odejście — co ma uczynić służąca pani.

Agnes zwróciła listy — tak wyraźnie sugerujące, że człowieka, który ją opuścił, już teraz dosięgła kara za jego zauroczenie — z poczuciem wstydu i przygnębienia. Wcale nie polepszało to jej sytuacji jako doradczyni, na której opinię niecierpliwie czekała zrozpaczona Emily. Powiedziała kilka konwencjonalnych słów, żeby ją uspokoić, i dodała:

— Myślę jednak, że powinnyśmy się skontaktować z kimś, kto ma większe od nas doświadczenie w takich sprawach. Może napiszę do mojego prawnika (przyjaciela, a zarazem człowieka godnego zaufania), aby przyszedł jutro, kiedy zakończy swe urzędowanie?

Emily z wielką ochotą i wdzięcznością przystała na tę propozycję. Ustaliły godzinę spotkania nazajutrz, po czym żona kuriera wyszła, zostawiając listy pod opieką Agnes.

Ta — znużona cieleśnie i duchowo — położyła się na sofie, aby odpocząć i pozbierać myśli; troskliwa służąca pospieszyła zaś z filiżanką odświeżanej herbaty. Dla Anges prawdziwą ulgą była możliwość spokojnej rozmowy o najróżniejszych ploteczkach. Nagle rozległo się głośne stukanie do drzwi wejściowych, szybkie, ciężkie kroki zatupotały po schodach i do saloniku wpadła jak oszalała żona kuriera.

— Nie żyje! — krzyknęła od progu. — Zamordowali go!

Nic więcej nie mogąc z siebie wydusić, biedaczka padła na kolana przy sofie, kurczowo trzymając coś w dłoniach, a potem osunęła się na podłogę nieprzytomna.

Na znak Agnes służąca otworzyła okno, a potem nachyliła się nad zemdloną.

— A to co takiego?! — zawołała. — Zmięła tu jakiś list, spojrzyj na to sama, kochanie.

Na otwartej kopercie ktoś, najwyraźniej kreśląc słowa nie swoim pismem, napisał „Dla pani Ferrari”. Na znaczku była wenecka pieczątka. W środku znajdowała się złożona kartka, a w niej mniejsza koperta.

Na papierze, tym samym podrobionym stylem, wypisano tylko jedną linijkę:

„Na pocieszenie po stracie małżonka”.

Z mniejszej koperty Agnes wydobyła tysiącfuntowy banknot Banku Anglii.

Rozdział 6

Następnego dnia o wskazanej godzinie zjawił się wieczorem pan Troy, przyjaciel i radca prawny Agnes Lockwood.

Pani Ferrari, nadal przekonana o śmierci męża, zdołała przynajmniej otrząsnąć się na tyle, że była obecna przy tym spotkaniu. Agnes uważnie się wszystkiemu przysłuchiwała, gdy Emily przekazała prawnikowi wszystkie skąpe informacje, jakie posiadała na temat zniknięcia męża, a następnie wręczyła zawierzone jej listy. Pan Troy najpierw przeczytał trzy listy wysłane przez Ferrariego do małżonki, następnie list sporządzony przez jego zaniepokojonego znajomego kuriera, później zaś ową jedną jedyną linijkę, która towarzyszyła niezwykłemu tysiącfuntowemu darowi.

Pan Troy, który ostatnio zasłynął jako reprezentant w przypadku okradzionej lady Lydiard — znanym jako „sprawa pieniędzy Milady” — cieszył się uznaniem jako człowiek nie tylko wszechstronnie oczytany i doświadczony w swojej dziedzinie, lecz także sporo wiedzący o najlepszym towarzystwie w kraju i za granicą. Był wnikliwym, obdarzonym subtelnym poczuciem humoru obserwatorem charakterów, a do ludzi odnosił się z wyrozumiałością, której nie stłumiła jego profesjonalna wiedza o niedostatkach ich natury. Jednak mimo tych niewątpliwych zalet problemem pozostaje to, czy był on najlepszym z doradców, z których w zaistniałej sytuacji mogła skorzystać Agnes. Poczciwa pani Ferrari miała liczne domowe zalety, należała jednak do niewiast zupełnie przeciętnych, a pan Troy był najpewniej ostatnim człowiekiem na świecie, który mógłby wzbudzić jej sympatię, gdyż stanowił jawne zaprzeczenie przeciętności.

— Wygląda nader niezdrowo, biedaczysko — oświadczył na sam początek prawnik, mając na względzie panią Ferrari, a zrobił to tak bezceremonialnie, jakby w ogóle jej nie było w pokoju.

— Ale przecież przeżyła straszliwy wstrząs! — żachnęła się Agnes.

Pan Troy obrócił się i raz jeszcze zmierzył panią Ferrari spojrzeniem, na jakie zasługuje ofiara szoku. Z roztargnieniem postukał palcami w blat stołu i wreszcie zwrócił się bezpośrednio do żony kuriera:

— Dobra kobieto, nie wierzycie chyba naprawdę, że wasz mąż nie żyje?

Pani Ferrari, słysząc słowa „nie żyje”, schowała twarz w chusteczce i zza niej wykrztusiła:

— Zamordowany!

— Dlaczego? I przez kogo? — bezzwłocznie zapytał pan Troy.

Pani Ferrari miała trudności z odpowiedzią.

— Czytał pan jego listy, sir… — Chlipnęła. — Mnie się widzi, że odkrył…

Na tym urwała, zatem Troy indagował dalej:

— Co takiego odkrył?

Istnieją granice ludzkiej cierpliwości, nawet cierpliwości zdruzgotanej wdowy. Chłodne pytanie zirytowało panią Ferrari na tyle, że nareszcie powiedziała coś wprost:

— Jak to co? Lady Montbarry i tego jej barona! — wyrzuciła z siebie gwałtownie. — Taki on jej brat jak ja sama. Zorientował się ten mój nieszczęśnik, co to za rozpustnicy. To dlatego zwolniła się jej służąca. Zrobiłby to samo mój biedaczek, to żyłby dalej. Ale jak nie zrobił, to go zabili. A zabili, żeby czasem nie doszła wieść do lordowskich uszu.

W takich to ostrych słowach pani Ferrari wypowiedziała swoją opinię o całej sprawie. Natomiast pan Troy, nadal nie ujawniając własnego zdania, przytakiwał jej z ironicznym uśmiechem na ustach.

— No cóż, mocno powiedziane, pani Ferrari. Stanowcze poglądy, zdecydowane konkluzje; gdyby była pani mężczyzną, nieźle by sobie pani radziła jako prawnik. Na razie jednak musimy uporać się z pewnymi nieścisłościami. Na przykład: któż to mógł pani przysłać list, wkładając do niego pieniądze? Sądzi pani, że tych dwoje, jak to pani ujęła, „rozpustników” sięgnęłoby głęboko do kieszeni i obdarzyło panią tysiącem funtów? Jeśli nie oni, to kto? Widzę na znaczku stempel „Wenecja”. Ma pani w tym interesującym mieście jakichś przyjaciół, o tak wielkim sercu i zasobnym portfelu, którzy dopuszczeni do sekretu, skłonni by byli anonimowo tak panią pocieszyć?

Czując zdecydowaną trudność w odpowiedzi na to pytanie, pani Ferrari poczuła pierwsze dźgnięcie nienawiści do pana Troya.

— Nic ja pana nie rozumiem, sir, ale nie jest to dobra sprawa, żeby sobie dworować.

Agnes poczuła, że czas już na jej interwencję. Przysunęła fotel odrobinę do swego prawnika i przyjaciela.

— A jakie, pana zdaniem, jest najprawdopodobniejsze wyjaśnienie? — spytała.

— Moja odpowiedź najprawdopodobniej urazi panią Ferrari — odrzekł Troy.

— Mnie tam nic nie urazi! — wykrzyknęła pani Ferrari, teraz już nie skrywając swej nienawiści do prawnika, co słysząc, ten rozparł się w fotelu.

— No to cóż — rzekł dobrodusznie. — Zatem wyłóżmy kawę na ławę. Otóż nie zamierzam, pani Ferrari, kwestionować pani oceny tego, co się działo w pałacu. Przemawiają za tym listy pani męża, a także niebagatelny fakt, że służąca lady Montbarry opuściła swoją panią. Przyjmijmy zatem, że lord Montbarry padł ofiarą swojej łatwowierności, że pan Ferrari się w tym zorientował i że winni mieli podstawy do obaw, iż nie tylko zdemaskuje ich przed jego lordowską mością, lecz także będzie głównym świadkiem, gdyby sprawa miała stanąć na wokandzie sądowej. A teraz uwaga! Zakładając to wszystko, dochodzę do zupełnie innych konkluzji niż pani. Otóż mieszkając wraz z tą trójką, pani małżonek znajduje się w bardzo niefortunnej sytuacji. Co zatem robi? Gdyby nie ów banknot i dołączona do niego notka, przypuściłbym, że roztropnie spróbowałby się wycofać z tego zaułka i sekretnie uciec. Pieniądze każą coś skorygować w tym przypuszczeniu. Mniemam otóż, że trzyma się z dala od głównej sceny, atoli ktoś mu za to płaci, a ów spoczywający na stole nader niebagatelny banknot to zapłata za jego nieobecność, wypłacona żonie przez osobę, która jest temu winna.

W załzawionych oczach pani Ferrari pojawiły się nagle skry, a jej poszarzała twarz pokryła się ognistym rumieńcem.

— Łgarstwo! — zawołała. — Jak panu nie wstyd wygadywać takie rzeczy o moim chłopie!

— Tak przypuszczałem, że poczuje się pani urażona — przypomniał Troy.

Agnes poczuła, że znowu musi wkroczyć, aby nie dopuścić do zwady. W uspokajającym geście ścis nęła rękę oburzonej małżonki, zarazem prosząc prawnika, żeby miarkował się nieco w ostrości opinii o Ferrarim. Nie skończyła jeszcze, kiedy zjawiła się służąca z wizytówką na tacy. Gościem okazał się Henry Westwick, który dołączył złowrogi dopisek: „Przynoszę złe wiadomości. Będę wdzięczny, jeśli zejdzie Pani do mnie”. Agnes natychmiast się poderwała i wyszła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki