Nasze życzenie - Tillie Cole - ebook
Opis

Dziewiętnastoletni Cromwell Dean jest wschodzącą gwiazdą muzyki. Uwielbiają go tysiące, choć tak naprawdę nikt go nie zna. W końcu pojawia się dziewczyna w fioletowej sukience, która potrafi przebić się przez nieprzenikniony mur.

Kiedy Cromwell porzuca Anglię, by studiować muzykę w upalnej Karolinie Południowej, nie liczy na możliwość ponownego spotkania z dziewczyną. I z pewnością nie spodziewa się, że myśl o niej utkwi w jego głowie, niczym nieustannie powtarzająca się piosenka.

Dla Bonnie Farraday muzyka jest całym życiem. Dziewczyna zapisuje każdą nutę w sercu. Dostrzega, że Cromwell ucieka przed swoją przeszłością. Próbuje trzymać się od niego z daleka, ale coś sprawia, że ciągle do niego wraca.

Bonnie jest kolorem w jego ciemności, Cromwell jest biciem jej serca.
Kiedy na jej życie pada cień, chłopak musi zdecydować, czy zostać jej światłem. Tylko on umie to zrobić. Musi pomóc dziewczynie odnaleźć dawno zaginioną w jej kruchym sercu melodię. Musi dodać jej sił za pomocą symfonii, którą tylko on potrafi skomponować.

Symfonii nadziei.
Symfonii miłości.
Symfonii przeznaczonej tylko dla niego i dla niej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Romanowi –

jesteś biciem mojego serca

Muzyka to dusza wszechświata,

skrzydła umysłu, lot wyobraźni i wszelkie życie

– Platon

ROZDZIAŁ 1

CROMWELL

Brighton, Anglia

Klub pulsował, kiedy beat, który wlewałem w zebranych, opanowywał ich ciała. Ludzie unosili ręce, kołysali biodrami i szeroko otwierali przeszklone oczy. Moja muzyka uderzała w ich uszy, a rytm kontrolował każdy ruch. Aura była gęsta i parna, ubrania lepiły się do skóry. W lokalu zgromadził się tłum, ponieważ wszyscy chcieli mnie usłyszeć.

Obserwowałem, jak rozpalali się kolorami. Jak zatracali się w dźwięku. Porzucali to, kim byli za dnia – korposzczurem, studentem, policjantem, pracownikiem call center… W tej chwili większość była zapewne porządnie naćpana, więc ludzie stali się niewolnikami moich rytmów. W tym konkretnym momencie moja muzyka stanowiła ich życie. Liczyła się tylko ona, gdy odrzucali głowy w tył, poddając się odurzeniu, pragnąc nirwany, którą dawałem im z mojego miejsca na podeście.

Ja jednak nie czułem nic. Jedynie odrętwienie, które zapewniał stojący obok alkohol.

Czyjeś ręce objęły mnie w pasie. Ciepły oddech owionął ucho, pełne usta pocałowały szyję. Puściłem ostatni kawałek, złapałem jacka danielsa i upiłem łyk prosto z butelki. Odstawiłem ją i przysunąłem się do laptopa, by zmiksować kolejny utwór. Palce z ostrymi paznokciami przeczesały moje włosy, ciągnąc czarne kosmyki. Stukałem w klawisze, sprowadzając muzykę do wolniejszego, spokojniejszego tempa.

Oddychałem głębiej, gdy zgromadzeni czekali z zapartym tchem. Zmusiłem ich do powolnego kołysania, przygotowując crescendo, wspaniałe uderzenie złożone z talerzy i bębnów, szaleńczą mieszankę, którą zamierzałem ich uraczyć. Uniosłem głowę znad laptopa i spojrzałem na tłum. Uśmiechnąłem się, widząc, że oni również się przygotowali i czekali… czekali… po prostu czekali…

Teraz.

Opuściłem rękę, drugą przyciskając słuchawkę do lewego ucha. Nagle niczym grzmot burzy eksplodował syntetyczny dźwięk dance’u. Powietrze wypełniło się kolorowymi światłami. Do oczu napłynęły mi zielenie, błękity, czerwienie, którymi emanowała każda osoba, jakby biło od niej neonowe światło.

Ręce wokół mojego pasa zacieśniły uchwyt, ale zignorowałem je, wsłuchując się w nawoływanie butelki. Pociągnąłem kolejny łyk, mięśnie zaczęły się rozluźniać. Palce tańczyły na klawiaturze, przesuwały suwaki miksera.

Uniosłem głowę, zebrani wciąż jedli mi z ręki.

Zawsze tak było.

Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna pośrodku sali. Długie brązowe włosy zebrała z tyłu głowy. Miała na sobie fioletową sukienkę, która zasłaniała cały dekolt i szyję – strojem nie przypominała reszty bywalców lokalu. Otaczająca ją barwa również była inna – jasny róż i lawenda. Spokój. Pogoda ducha. Przyglądałem się jej, marszcząc brwi. Miała zamknięte oczy i się nie poruszała. Stała nieruchomo i wyglądała, jakby nie zdawała sobie sprawy z obecności innych, podczas gdy ludzie wpadali na nią i ją popychali. Głowę trzymała uniesioną, a na jej twarzy malował się wyraz skupienia.

Przyspieszyłem tempo, dodałem energii muzyce i ludziom, ale dziewczyna nadal się nie ruszyła. Nie było to normalne. Każdego klubowicza potrafiłem owinąć sobie wokół palca. Kontrolowałem ich, mówiłem, co mają robić. Na tej scenie byłem lalkarzem, a oni marionetkami.

Kolejny łyk jacka spłynął mi do gardła. Przez następne pięć kawałków dziewczyna stała w miejscu, spijając beaty niczym wodę, ale wyraz jej twarzy pozostawał niezmienny. Brakowało uśmiechu. Nie było euforii. Tylko… zamknięte oczy i grymas.

Róż i lawenda wciąż otaczały ją niczym tarcza.

– Cromwell – powiedziała mi do ucha blondynka, która się do mnie przyczepiła. Jej palce powędrowały pod moją koszulkę i pasek jeansów. Długie paznokcie sunęły niżej, ale nie odrywałem spojrzenia od dziewczyny w fioletowej sukience.

Brązowe włosy zaczynały się kręcić, ponieważ znajdowała się pomiędzy spoconymi klubowiczami. Blondynka, która niemal pieprzyła mnie na widoku wszystkich tych ludzi, dotarła do mojego rozporka i go rozpięła. Włączyłem następny miks, złapałem ją za rękę i odciągnąłem od siebie, po czym zasunąłem zamek w spodniach. Warknąłem, gdy jej palce znalazły się w moich włosach. Spojrzałem na kumpla, który kręcił się obok.

– Nick! – Wskazałem na mikser. – Pilnuj. I nie spieprz.

Zdezorientowany chłopak zmarszczył brwi, po czym spostrzegł stojącą za mną dziewczynę i się uśmiechnął. Wziął moje słuchawki i podszedł do sprzętu, by się upewnić, że wrzucona przeze mnie lista grała, jak należy. Steve, właściciel lokalu, zawsze wpuszczał kilka dziewczyn za kulisy. Nigdy o to nie prosiłem, ale również nie zdarzyło mi się odmówić. Dlaczego miałbym odrzucać napaloną, gotową na wszystko laskę?

Zgarnąłem whisky, gdy blondynka przywarła do moich ust, ciągnąc za pochodzącą z festiwalu w Creamfields koszulkę bez rękawów. Oderwałem się od jej warg i przyssałem do butelki. Dziewczyna zaciągnęła mnie w ciemny kąt za sceną. Opadła na kolana i znów zainteresowała się moim rozporkiem. Zamknąłem oczy, gdy wzięła się do roboty.

Popijając jacka danielsa, opierałem głowę o ścianę. Zmusiłem się, by coś czuć. Spojrzałem w dół, przyglądając się, jak podskakiwała blond czupryna. Odrętwienie, które odczuwałem każdego dnia sprawiło, że byłem praktycznie pusty w środku. Poczułem napięcie w podbrzuszu. Uda zaczęły mrowić, po czym było po wszystkim.

Blondynka wstała. Kiedy na mnie spojrzała, zobaczyłem w jej oczach gwiazdy.

– Twoje tęczówki. – Wyciągnęła rękę, powiodła palcem wokół mojego oka. – Mają taką dziwną barwę – ciemnoniebieską.

Rzeczywiście takie były. W połączeniu z moimi czarnymi włosami przykuwały uwagę. Nie powinienem zapominać oczywiście o tym, że byłem również jednym z najpopularniejszych DJ-ów w Europie. Dobra, może uwaga miała mniejszy związek z moimi oczami, a większy z moim nazwiskiem, które brzmiało Cromwell Dean i tego lata zajmowało topowe miejsca na największych festiwalach i w najmodniejszych klubach.

Zapiąłem rozporek i obróciłem się, by sprawdzić, czy Nick puścił mój kolejny miks. Skrzywiłem się, gdy nie udało mu się przejść z jednego kawałka do drugiego tak, jak ja bym to zrobił. Granatowa barwa pojawiła się jako tło wdmuchanego na parkiet dymu.

Nigdy nie uzyskiwałem granatowej.

Odsunąłem się od dziewczyny, rzucając:

– Dzięki, złotko.

Zignorowałem wyzwisko, którym odpowiedziała:

– Kutas.

Zdjąłem Nickowi słuchawki z głowy i włożyłem je na swoją. Postukałem w klawiaturę i chwilę później tłum znów jadł mi z ręki.

Podświadomie zacząłem szukać wzrokiem dziewczyny w fioletowej sukience.

Nie znalazłem jej jednak. Nie było jasnego różu i lawendy.

Upiłem kolejny łyk jacka danielsa, zmiksowałem następny kawałek, po czym się wymknąłem.

***

Piasek pod moimi stopami był chłodny. Może i w Wielkiej Brytanii właśnie rozpoczynało się lato, jednak nie oznaczało to, że nie można było odmrozić sobie jaj już w chwili, gdy wyszło się na zewnątrz. W jednej dłoni trzymając butelkę z whisky, w drugiej paczkę fajek, usiadłem na piasku. Odpaliłem papierosa i zapatrzyłem się w niebo. W kieszeni zawibrowała komórka… znowu. Odzywała się przez cały wieczór.

Wkurzony, że musiałem poruszyć ręką, wyciągnąłem telefon. Miałem trzy nieodebrane połączenia od profesora Lewisa, dwa od mamy i na końcu kilka SMS-ów.

Mama: PROFESOR LEWIS ZNÓW PRÓBOWAŁ SIĘ Z TOBĄ SKONTAKTOWAĆ. CO ZAMIERZASZ ZROBIĆ? ZADZWOŃ, PROSZĘ. WIEM, ŻE JESTEŚ ZŁY, ALE CHODZI O TWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ. MASZ TALENT, SYNKU. MOŻE CZAS, BY ZACZĄĆ OD NOWA. NIE ZMARNUJ SZANSY TYLKO DLATEGO, ŻE JESTEŚ NA MNIE ZŁY.

Poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość. Miałem ochotę wrzucić telefon do przeklętego oceanu i przyglądać się, jak idzie na dno wraz z całym tym mieszającym mi w głowie gównem, ale zobaczyłem wiadomość od profesora Lewisa.

Lewis: OFERTA WCIĄŻ AKTUALNA, ALE W PRZYSZŁYM TYGODNIU MUSZĘ DOSTAĆ ODPOWIEDŹ. MAM WSZYSTKO, CZEGO TRZEBA DO PRZENIESIENIA, PRÓCZ TWOJEJ ZGODY. POSIADASZ PONADPRZECIĘTNY TALENT, CROMWELL. NIE ZMARNUJ GO. MOGĘ POMÓC.

Tym razem rzuciłem komórkę na bok. Zapadła się w piasku. Zaciągnąłem się dymem papierosowym i zamknąłem oczy. Kiedy opadły powieki, usłyszałem nieopodal cichą melodię. Klasyczną. Mozarta.

Mój upojony alkoholem umysł natychmiast odpłynął do czasu, gdy byłem mały…

– Co słyszysz, synu? – zapytał tata.

Opuściłem powieki i wsłuchałem się w utwór. Przed oczami zaczęły tańczyć barwy.

– Fortepian. Skrzypce. Wiolonczele… – Odetchnąłem. – Słyszę czerwienie, zielenie, róże.

Otworzyłem oczy i popatrzyłem na siedzącego na moim łóżku ojca. Wpatrywał się we mnie. Na jego twarzy gościł zabawny wyraz.

– Słyszysz barwy? – zapytał, ale nie brzmiał na zaskoczonego. Zaczerwieniłem się. Wsadziłem głowę pod kołdrę. Tata odsunął ją i pogłaskał mnie po włosach. – To dobrze – stwierdził z powagą. – To bardzo dobrze…

Uniosłem powieki. Dłonie zaczęły mi pulsować. Spojrzałem na trzymaną butelkę, knykcie pobielały od siły uścisku. Usiadłem prosto, w głowie kręciło mi się od ilości wypitej whisky. Poczułem tępy ból w skroniach. Uświadomiłem sobie, że to nie od alkoholu, ale od muzyki dochodzącej z plaży. Odsunąłem włosy z twarzy, po czym spojrzałem w prawo.

Kilka metrów dalej znajdowała się jakaś osoba. Zmrużyłem oczy, wschodzące właśnie słońce umożliwiało dostrzeżenie jej sylwetki. Była to dziewczyna, która owinęła się kocem. Obok niej leżał telefon, z głośnika dobiegał koncert fortepianowy Mozarta.

Musiała poczuć, że na nią patrzyłem, ponieważ obróciła głowę. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, skąd znałem tę twarz, ale wtedy…

– Jesteś DJ-em – powiedziała.

Zaświtało mi w głowie. Dziewczyna w fioletowej sukience.

Mocniej opatuliła się kocem, gdy próbowałem umiejscowić jej akcent. Amerykanka. Mocno przeciągała słowa i przypuszczałem, że pochodziła gdzieś z południowego wschodu USA.

Mówiła jak moja mama.

Uśmiechała się, milcząc. Sam również nie byłem gadułą. Zwłaszcza gdy mój żołądek był wypełniony whisky i nie miałem ochoty na pogaduszki z nieznajomą o czwartej rano na plaży w Brighton.

– Słyszałam o tobie – powiedziała. Wpatrywałem się w ocean. Po horyzoncie sunęły statki, ich światełka były niczym świetliki. Parsknąłem gorzkim śmiechem. Świetnie. Kolejna laska, która chce przelecieć DJ-a.

– Super – mruknąłem i upiłem alkohol z butelki, odczuwając w gardle uzależniające palenie. Miałem nadzieję, że dziewczyna się odwali, a przynajmniej porzuci próby rozmowy. Moja głowa nie potrafiła znieść więcej dźwięku.

– Niezbyt – odparła. Spojrzałem na nią, marszcząc brwi z dezorientacją. Patrzyła na wodę, opierając podbródek na przedramionach splecionych na ugiętych kolanach. Koc zsunął się jej z ramion, ukazując fioletową sukienkę, którą zauważyłem zza swojej konsolety. Obróciła się twarzą do mnie, kładąc policzek na rękach. Poczułem ciepło. Była ładna. – Słyszałam o tobie, Cromwellu Deanie. – Wzruszyła ramionami. – Postanowiłam kupić bilet, by cię zobaczyć, zanim jutro wrócę do domu.

Odpaliłem kolejnego papierosa. Zmarszczyła nos. Najwyraźniej nie lubiła woni dymu.

Peszek. Mogła odejść. Kiedy ostatnio sprawdzałem, Anglia była wolnym krajem.

Dziewczyna milczała. Zauważyłem, że patrzyła na mnie. Zmrużyła brązowe oczy, jakby mnie analizowała. Widziała we mnie coś, czego nikomu nie chciałem ujawniać.

Nikt nie patrzył na mnie tak uważnie. Nigdy nie dawałem ludziom na to szansy. Rozkręcałem się w klubach przy mikserze, ponieważ inni byli daleko na parkiecie, nikt więc nie widział mojego prawdziwego oblicza. Sposób, w jaki dziewczyna na mnie patrzyła, sprawił, że ze zdenerwowania wstrząsnął mną dreszcz.

Nie potrzebowałem tego teraz.

– Dziś już ktoś ssał mi fiuta, złotko. Nie szukam powtórki.

Zamrugała. Nawet w promieniach wschodzącego słońca zdołałem zauważyć, że się zarumieniła.

– Twoja muzyka pozbawiona jest duszy – rzuciła. Zamarłem z papierosem w pół drogi do ust. Coś mnie zakłuło, gdy to powiedziała. Odsunąłem to jednak od siebie, powracając do zwyczajowego odrętwienia.

Zaciągnąłem się papierosem.

– Tak? Cóż, jest jak jest.

– Słyszałam, że za konsoletą jesteś jakimś nowym mesjaszem czy kimś takim, ale twoja muzyka składa się jedynie z syntetycznych dźwięków i wymuszonych beatów pomieszanych w niezbyt oryginalnym tempie.

Roześmiałem się i pokręciłem głową. Dziewczyna spojrzała mi prosto w oczy.

– To się nazywa elektroniczna muzyka taneczna. Nie jest to pięćdziesięcioosobowa orkiestra. – Rozłożyłem ręce. – Słyszałaś o mnie. Sama tak stwierdziłaś. Wiesz więc, czym się zajmuję. Czego się spodziewałaś? Mozarta? – Rzuciłem okiem na jej telefon, z głośnika którego nadal płynął ten przeklęty koncert.

Usiadłem prosto, zaskoczony własną reakcją. Nie rozmawiałem tak długo od… sam nie wiedziałem od jak dawna. Zaciągnąłem się, po czym wypuściłem przetrzymywany w płucach dym.

– I wyłącz to, co? Kto, u diabła, idzie posłuchać miksów DJ-a, po czym siedzi na plaży i słucha muzyki klasycznej?

Zmarszczyła brwi, ale wyłączyła melodię. Położyłem się na chłodnym piasku i zamknąłem oczy. Słyszałem uderzające o brzeg fale. Moją głowę wypełniła jasna zieleń. Usłyszałem, że dziewczyna się poruszyła. Modliłem się, by sobie poszła, ale poczułem, że usiadła tuż obok. Świat pociemniał, gdy alkohol i brak snu zaczęły wciągać mnie pod powierzchnię.

– Co odczuwasz, kiedy miksujesz swoją muzykę? – zapytała.

Nie rozumiałem, dlaczego uważała, że zgodzę się na ten mały wywiad. Mimo to, zaskakując samego siebie, odpowiedziałem jej:

– Nic nie czuję. – Uniosłem jedną powiekę, gdy tego nie skomentowała. Jedynie patrzyła na mnie. Miała największe brązowe oczy, jakie w życiu widziałem. Ciemne włosy odgarnęła z twarzy i związała w kucyk. Miała pełne usta i gładką cerę.

– W tym właśnie problem. – Uśmiechnęła się, ale widać w tym było jedynie smutek. Współczucie. – Najlepsza muzyka pochodzi z serca. Musi ją odczuwać zarówno twórca, jak i słuchacz. Każda cząstka tworzonego utworu ma zostać opakowana w uczucia. – Na jej twarzy pojawił się dziwny wyraz, ale nie miałem pojęcia, co to takiego.

Jej słowa były niczym ostrze wbite w moją pierś. Nie spodziewałem się tak szorstkiego komentarza, ani tępego bólu, który rozgorzał tuż za moim mostkiem. Jakby dziewczyna wzięła nóż rzeźnicki i dźgnęła mnie nim prosto w duszę.

Miałem ochotę poderwać się z miejsca i uciec. Wymazać jej krytykę z pamięci. Zamiast tego parsknąłem wymuszonym śmiechem i rzuciłem:

– Wróć do domu, mała Dorotko. Tam, gdzie muzyka coś znaczy. Gdzie się ją czuje.

– Dorotka pochodziła z Kansas. – Odwróciła wzrok. – Ja nie.

– Wróć więc tam, gdziekolwiek jest twój dom – warknąłem. Skrzyżowałem ręce na piersi, opadłem mocniej na piasek i zamknąłem oczy, próbując odciąć się od chłodnego wiatru, który owiewał mi skórę, i słów siedzącej obok mnie brunetki, które nadal kłuły w serce.

Nie pozwalałem, by cokolwiek miało na mnie taki wpływ. Już nie. Potrzebowałem snu. Nie chciałem wracać do domu mamy tu w Brighton, a moje mieszkanie w Londynie znajdowało się za daleko. Miałem nadzieję, że nie znajdą mnie tu gliniarze i nie wyrzucą z plaży.

Nie otwierając oczu, powiedziałem:

– Dzięki za tę nocną krytykę, ale jestem DJ-em z najszybciej rozwijającą się karierą w Europie, najlepsze kluby na świecie biją się, bym grał na ich podestach – a mam dopiero dziewiętnaście lat – więc chyba zignoruję twoje wnikliwe uwagi i nadal będę wiódł swój cholernie słodki żywot.

Dziewczyna westchnęła, ale mi nie odpowiedziała.

Obudziłem się, gdy słońce wdzierało się pod moje powieki. Wzdrygnąłem się, kiedy je uchyliłem. W głowie zahuczało mi od skrzeczenia mew. Usiadłem, zobaczyłem pustą plażę i słońce stojące wysoko na niebie. Otarłem twarz i jęknąłem, gdy dopadł mnie kac. W brzuchu mi burczało, zapragnąłem pełnego angielskiego śniadania z kilkoma kubkami czarnej herbaty.

Wstałem, a coś zsunęło mi się z kolan. U moich stóp na piasku leżał koc. Ten sam, który widziałem przy Amerykance w fioletowej sukience.

Ten, którym się owinęła.

Wziąłem go, a do mojego nosa dotarła lekka woń. Słodka. Uzależniająca. Rozejrzałem się. Dziewczyny nie było.

Zostawiła koc. Nie. Nakryła mnie nim.

Twoja muzyka pozbawiona jest duszy. Żołądek mocno mi się skurczył na wspomnienie jej słów. Przegoniłem je z głowy, jak robiłem w przypadku wszystkiego, co zmuszało mnie do odczuwania. Ukryłem je głęboko w swoim wnętrzu.

Następnie zaciągnąłem tyłek do domu.

ROZDZIAŁ 2

CROMWELL

Uniwersytet Jeffersona Younga, Karolina Południowa

Trzy miesiące później…

Zapukałem.

Nic.

Upuściłem torbę na podłogę. Kiedy nikt nie otworzył, obróciłem gałkę i wszedłem. Połowa pokoju oblepiona była plakatami przedstawiającymi zespoły muzyczne, sztukę, Myszkę Miki, jasnozieloną koniczynę – tematy były przeróżne. Tworzyły największą zbieraninę przypadkowych rzeczy, jaką w życiu widziałem. W łóżku ktoś już spał, czarna kołdra leżała zwinięta w jego tylnej części. Niewielkie biurko wyścielały paczki po chipsach i opakowania po czekoladzie. Używane farby i pędzle walały się w nieładzie na parapecie.

Sam byłem niechlujem, ale nie aż takim.

Po lewej najwyraźniej znajdowało się moje łóżko. Rzuciłem obok niego wypchaną torbę, po czym opadłem na materac. Był maleńki, moje stopy niemal z niego zwisały. Wziąłem słuchawki, które miałem na szyi, i nałożyłem je na uszy. Jet lag dawał o sobie znać, a do tego miałem skurcz w karku, bo w samolocie drzemałem w jakiejś dziwnej pozycji.

Kiedy miałem włączyć muzykę, ktoś wbiegł do pokoju. Natychmiast otworzyłem oczy i spostrzegłem wysokiego chłopaka z jasnymi, potarganymi włosami. Miał na sobie spodnie za kolano i koszulkę bez rękawów.

– Jesteś! – zawołał, kładąc ręce na udach i próbując złapać oddech.

Uniosłem pytająco jedną brew. Gestem poprosił, bym poczekał, po czym podszedł i podał mi dłoń. Uścisnąłem ją niechętnie.

– Cromwell Dean, jak mniemam – powiedział.

Usiadłem na łóżku, spuszczając nogi na podłogę. Chłopak odsunął fotel od biurka i przyciągnął go do mojego łóżka. Odwrócił go i usiadł, kładąc ręce na jego oparciu.

– Easton Farraday. Twój współlokator.

Skinąłem głową, po czym wskazałem na jego stronę pokoju.

– Twoja dekoracja jest… różnorodna.

Easton puścił do mnie oko i się uśmiechnął. Nie byłem przyzwyczajony do wesołych ludzi. Nie wiedziałem, dlaczego niektórzy mieli powody, by się tak szeroko szczerzyć.

– Przypuszczam, że to komplement. – Wstał. – Chodźmy.

Zrobiłem to samo, jednocześnie przeczesując palcami włosy.

– A niby dokąd się wybieramy?

Easton parsknął śmiechem.

– O, stary, chwilę zajmie, nim przywyknę do twojego akcentu. – Szturchnął mnie w ramię. – Ale dziewczyny będzie kręcić. – Obejrzał mnie sobie. – Jak i to, że jesteś sławnym DJ-em i w ogóle. Dupeczki rwiesz stadami, co?

– Radzę sobie.

Położył ręce na moich ramionach.

– Szczęściarz. Naucz mnie tego! – Podszedł do drzwi. – Chodźmy. Easton Farraday oprowadzi cię po uczelni Jeffersona Younga.

Wyjrzałem przez okno na kwadratowy skwer. Słońce mocno paliło. Znajdowałem się z dala od Anglii, nie byłem przyzwyczajony do tak mocnego żaru. Choć, ściśle rzecz biorąc, pochodziłem z Karoliny Południowej. Mama tu mieszkała, ale nie poznałem tego miejsca. Przeprowadziliśmy się do Wielkiej Brytanii, gdy miałem zaledwie siedem tygodni. Być może urodziłem się w Ameryce, ale byłem na wskroś Brytyjczykiem.

– A dlaczego nie? – powiedziałem i wyszedłem za Eastonem.

Przemierzyliśmy korytarz. Minęliśmy kilka osób, każda z nich przywitała się z moim przewodnikiem. Mój nowy współlokator przybijał piątki, ściskał i puszczał oko zarówno do dziewczyn, jak i chłopaków, którzy dziwnie mi się przyglądali. Niektórzy zapewne próbowali mnie wybadać, inni wyraźnie mnie rozpoznali.

Easton skinął głową nadchodzącej parze, nieznany chłopak łypnął na mnie okiem.

– Cholera, Cromwell Dean. Easton mówił, że przyjedziesz, ale myślałem, że jaja sobie robił. – Pokręcił głową. – Co, u diabła, porabiasz na tej uczelni? Wszyscy mówią tylko o tobie.

Otworzyłem usta, ale odpowiedział za mnie Easton:

– Przyjechał dla Lewisa, nie? Wszyscy, którzy na czymś grają, są tu dla niego.

Chłopak pokiwał głową, jakbym to ja sam mu odpowiedział.

– Matt, kumpel Eastona. – Roześmiał się. – Wkrótce się przekonasz, że mieszkasz z najpopularniejszym chłopakiem w tym kampusie. Na tej uczelni nie jesteśmy najważniejsi, ale ten gość to straszna gaduła. Potrzebował zaledwie trzech tygodni, aby poznali go wszyscy z pierwszego roku. Niewiele więcej, by znała go kadra profesorska, wszyscy ze starszych roczników i każdy inny.

– Sara – przedstawiła się ruda, stojąca obok Matta dziewczyna. – Bez wątpienia trafisz do naszej grupy.

– Musisz zagrać w piątek – stwierdził Matt.

Easton jęknął i szturchnął kumpla w ramię.

– Mam plan, Matt. Trzeba popracować, by żądać czegoś takiego.

Przeskakiwałem wzrokiem pomiędzy nimi. Sara przewróciła oczami, a Easton na mnie spojrzał.

– Kilka kilometrów od kampusu znajduje się opuszczony budynek, coś jak skrzyżowanie stodoły ze starym magazynem. Absolwent tej szkoły jest właścicielem ziemi, na której stoi. Pozwala nam tam imprezować. Nie ma tu za wiele miejsc na zabawę, musimy być kreatywni. Wszystko jakoś się trzyma. Któryś z zeszłorocznych studentów z najstarszego rocznika zamontował światła. Zrobił też parkiet i podest. Chciał wydać kasę tatusia, który zdradzał jego matkę. Lokal jest teraz pierwsza klasa.

– A gliny? – zapytałem.

Easton wzruszył ramionami.

– To uczelnia w małej mieścinie. Większość z nas pochodzi z tych rejonów. Uniwerek nigdy nie miał nic do zaoferowania, prócz taniej nauki, aż przyjechał tu Lewis. Większość policjantów chodziła do szkoły z kimś stąd. To starzy kumple. Psy nas nie niepokoją.

– Mamy z nimi układ typu: my nie mówimy, oni nie pytają. Spichlerz jest na tyle daleko od cywilizacji, że nikt się nie skarży na hałas – dodał Matt.

Głowa mi pulsowała. Musiałem zapalić, odczuwałem również brak snu.

– Spoko – powiedziałem, kiedy oczy całej trójki zwróciły się na mnie, czekając na odpowiedź.

– Cholera! – Matt objął Sarę. – Nie wierzę. Cromwell Dean będzie miksował w Spichlerzu! – Spojrzał na Eastona. – Będzie zajebiście.

Easton zasalutował, po czym położył rękę na moim ramieniu.

– Oprowadzę Croma. Na razie. – Zszedłem za Eastonem schodami prowadzącymi na podwórze. Chłopak odetchnął głęboko, gdy niczym pociąg towarowy uderzyło w nas wilgotne powietrze. Rozłożył ręce. – Patrz, Cromwell, oto skwer.

Ludzie siedzieli na trawie, muzyka płynęła z ich telefonów. Studenci czytali, rozmawiali w grupach. Ponownie wszyscy przywitali się z Eastonem. Na mnie znów się gapili. Chyba było to normalne, kiedy przenosiłeś się na drugim roku do kiepskiej uczelni w zupełnie innym kraju.

– Skwer. Można się tu wyluzować, iść na wagary czy co tam – powiedział mój współlokator. Poszedłem za nim do stołówki, później do biblioteki, która według jego słów nie służyła do wypożyczania książek, ale do macanek za regałami. Podeszliśmy do pickupa. – Wsiadaj – polecił. Zbyt zmęczony, by się sprzeczać, wskoczyłem do środka. Easton ruszył i wyjechał z kampusu.

– Hej – rzucił, gdy odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się głęboko. Zamknąłem oczy i wypuściłem dym. Dziewięć godzin lotu bez palenia było okropne. – Podziel się, Crom – powiedział, więc podałem mu szluga. Opuściłem szybę, przyglądając się boiskom i niewielkiemu stadionowi drużyny futbolu amerykańskiego. – Hej – powtórzył. – Przypuszczam, że Lewis jest dla ciebie autorytetem, ale nawet jeśli tak, jesteś już ustawiony w życiu, co?

Obróciłem głowę na zagłówku, by na niego spojrzeć. Na ramieniu miał tatuaż. Jakiś znak zodiaku czy coś takiego. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie robili sobie tylko jeden. W chwili, gdy zrobiłem pierwszy, umówiłem spotkania na resztę. Milion rysunków, a później wciąż chciałem ich więcej. Byłem uzależniony.

Z głośnika płynęły dźwięki ułożonej na telefonie playlisty. Jakby na zawołanie rozpoczął się jeden z moich miksów. Easton się zaśmiał.

– Na wypadek, gdybyś się zastanawiał, Bóg też chce, żebyś odpowiedział.

Odchyliłem głowę i zamknąłem oczy, zaciągając się dymem.

– Przez rok studiowałem w Londynie. Było w porządku, ale nie chciałem mieszkać dłużej w Anglii. Lewis zaprosił mnie tutaj, bym u niego studiował. Przyjechałem.

Zapadła chwilowa cisza.

– Ale dalej nie rozumiem. Po co w ogóle studiować? Rozwijasz karierę. Po co trudzić się studiami?

Obrócił się nóż w moim brzuchu, gardło mi się ścisnęło. Nie zamierzałem się tam zapuszczać. Trzymałem więc zamknięte oczy i usta.

Easton westchnął.

– Dobra. Bądź tajemniczy. Dodaj to do listy rzeczy, dzięki którym laskom odbije na twoim punkcie. – Szturchnął mnie w ramię. – Otwórz oczy. Jak mam ci pokazać Jefferson Town, jeśli nie patrzysz?

– Może to być wycieczka jedynie dźwiękowa. Gęba ci się nie zamyka, mógłbyś zarobić na tym niezły pieniądz.

Parsknął śmiechem.

– Prawda. – Wskazał niewielkie miasteczko, do którego wjeżdżaliśmy. – Witaj w Jefferson. Założono je w roku tysiąc osiemset dwunastym. Populacja: dwa tysiące. – Skręcił w coś, co zdawało się być główną drogą. – Znajdziesz tutaj wszystko, co konieczne – powiedział z fatalnym angielskim akcentem, który, jak zakładałem, był specjalnie dla mnie. – Dairy Queen, McDonald’s i tego typu restauracje. Kilka barów dla miejscowych. Jakieś małe jadłodajnie. Kawiarnię, która ma całkiem dobre wieczorki muzyczne, jeśli chcesz się wyluzować. Niektórzy mieszkańcy mają talent. – Było też kino z czterema salami i jakieś atrakcje dla turystów. W końcu minęliśmy Spichlerz. Dokładnie tak to wyglądało, ale Easton zarzekał się, że w środku budynek przypominał lokal na Ibizie. Grałem jednak na tej wyspie, więc szczerze wątpiłem w jego słowa, choć liczyło się tylko to, że w tej mieścinie znalazło się miejsce, w którym mogłem występować.

– Co studiujesz? – zapytałem.

– Rysunek – odparł. Przypomniałem sobie plakaty na ścianach naszego pokoju. – Lubię też mieszać formy przekazu. Zajmuję się wszystkim, co ma barwę i wyraz. – Spojrzał na mnie. – W piątek ogarnę oświetlenie. Ty za mikserem, ja przy światłach. Będzie zajebiście. – Poruszył figlarnie brwiami. – Pomyśl tylko o wszystkich tych laskach.

W tamtej chwili mogłem myśleć jedynie o tym, by się przespać.

ROZDZIAŁ 3

CROMWELL

Easton praktycznie podskakiwał za kierownicą, gdy zbliżaliśmy się do Spichlerza. Była dopiero dziesiąta wieczór. Zwykle nie wchodziłem za konsoletę przed północą.

Miał rację. Miejsce tętniło życiem, ludzie wylewali się na trawę przed drewnianym budynkiem. Spomiędzy desek dochodziła muzyka dance. Skrzywiłem się, słysząc kiepskie przejście pomiędzy piosenkami.

Easton musiał zauważyć moją minę. Zatrzymał pickupa i położył mi rękę na ramieniu.

– Jesteś naszym zbawcą, Crom. Słyszysz, co musieliśmy znosić? Bryce pilnuje swoich mikserów. Czuj się ostrzeżony.

Odpaliłem papierosa i wyszedłem na zewnątrz. Wszyscy patrzyli na pojazd Eastona, odkąd pojawił się pod Spichlerzem. Gdy wysiadłem, było jeszcze gorzej. Zignorowałem spojrzenia i szepty, podszedłem do paki.

Wyjąłem z niej torbę z laptopem, zarzuciłem ją na ramię. Koszulka bez rękawów przylepiła się do mojego torsu. Przez pogodę miałem wrażenie, że cały czas żyję w saunie. Nawet jeansy lepiły mi się do nóg. Poszedłem za Eastonem w stronę budynku. Po drodze chłonęły mnie wzrokiem wszystkie laski. Na obydwu rękach miałem tatuaże – pełne rękawy – a także na szyi, więc wywoływałem tylko dwie reakcje: dziewczynom robiło się mokro w majtkach lub odczuwały całkowity wstręt. Po zachowaniu tych tutaj przypuszczałem, że prawdziwe było to pierwsze.

Drogę zagrodziła mi jakaś brunetka, więc musiałem się zatrzymać. Usłyszałem śmiech Eastona. Dziewczyna szturchnęła go w ramię i powiedziała:

– Jestem Kacey, a ty to Cromwell Dean.

– Spostrzegawcza – przyznałem.

Uśmiechnęła się. Zwilżyłem językiem wargi, przez co spojrzała na moje usta.

– Chciałam… chciałam… – Zarumieniła się. – Nie mogę się doczekać, by usłyszeć, jak grasz. – Upiła łyk piwa i zdenerwowana założyła włosy za ucho. – Mam kilka twoich miksów na składance do biegania, ale ktoś mi mówił, że na żywo jesteś niepowtarzalny.

Spojrzałem na Eastona.

– Lepiej chodźmy, jeśli mamy oszczędzić wszystkim krwawienia z uszu przez to, co zapodaje ten cały Bryce.

– Na razie, Kacey – powiedział mój towarzysz. Skinąłem głową dziewczynie, ominąłem ją i ruszyłem w stronę drzwi. Easton szturchnął mnie w ramię.

– Jest spoko. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Seksowna sztuka, co?

Kiedy zauważyłem, że wszyscy się na mnie gapili, pochyliłem głowę, ukrywając twarz. Nie znosiłem takiej uwagi. Wiedziałem, że było to głupie, by DJ nie lubił, gdy na niego patrzono, ale wolałem, żeby ludzie pragnęli jedynie mojej muzyki, a nie mnie samego. Nie chciałem, by interesowali się moją osobą. Moim celem był dźwięk.

Musiałem grać, żeby nie oszaleć.

Nie byłem przyjazny.

I tak za wiele sobą nie reprezentowałem. Nie byłem wart poznawania.

Easton parsknął śmiechem na tę próbę pozostania niewidocznym i zarzucił mi rękę na ramiona. Potrzebował uwagi, nigdy nie miał mnie zrozumieć. Gnojek nie znał też pojęcia przestrzeni osobistej, ale mimowolnie zacząłem go lubić. Nie zawierałem przyjaźni, chociaż miałem przeczucie, że koleś by mi nie odpuścił, nawet gdybym go o to poprosił.

– Cholera, Crom. Czujesz się jak zwierzak w zoo, czy jak? Nie mamy tu w Jefferson zbyt wielu celebrytów.

– Nie jestem celebrytą – odparłem, gdy prowadził mnie w kierunku podestu.

– Jesteś w świecie elektronicznej muzyki tanecznej. I na tej uczelni także. – Przysunął się do dziewczyny stojącej przy estradzie. Było pewne, że gość był magnesem na laski. Spojrzał znów na mnie. – Czym się trujesz?

– Jackiem. Weź całą butelkę.

– Nieźle – powiedział i uśmiechnął się z aprobatą.

Dziewczyna odeszła. Otworzyłem torbę, wyjąłem słuchawki, rozluźniłem kark i wyciągnąłem laptopa. Easton przyglądał mi się, jakbym był jakimś żywym, oddychającym eksponatem w muzeum. Uniosłem brwi.

– To jak obserwowanie mistrza przy pracy, czy coś takiego. – stwierdził.

Stuknął obecnego DJ-a w ramię. Bryce zerknął na mnie spode łba i zeskoczył z podestu. Easton roześmiał się, gdy skrzywiony gnojek przepchnął się obok mnie. Wszedłem po schodkach na podest i ustawiłem laptopa. Podłączyłem do niego sprzęt, po czym się rozejrzałem.

Lokal był zatłoczony. Patrzyły na mnie setki par oczu. Wziąłem głęboki wdech, gdy wzrastający żar roztańczonych ciał musnął moją skórę i zobaczyłem otaczające publikę żywe barwy.

Obok mnie pojawiła się butelka whisky. Upiłem łyk, po czym postawiłem ją po prawej. Easton stał po lewej, kiwnął do mnie głową. Przechylił butelkę tequili, jakby była w niej woda. Zerknąłem znad komputera na oczekujący tłum.

Żyłem tą chwilą. Zamarłem. Wstrzymałem oddech przed nadejściem chaosu.

Dotknąłem klawiatury, ustawiłem brzmienie, po czym jednym ruchem wprawiłem zebranych w euforię. Easton zalał Spichlerz jasnozielonym światłem laserów. Zaraz rozbłysły stroboskopy, co sprawiło, że ludzie wyglądali, jakby poruszali się w zwolnionym tempie. Byli pijani, upaleni, mocno naćpani.

Easton odrzucił głowę w tył i zarechotał.

– To szalone! Cromwell Dean w Spichlerzu!

Beat stał się rytmem mojego serca, gdy odbijał się od ścian budynku. Easton nie kłamał. W środku lokal był naprawdę spoko. Upiłem kolejny łyk jacka danielsa. Mój towarzysz pociągał z butelki, jakby alkohol miał mu się skończyć, gdyby go odpowiednio szybko nie wypił.

Wzruszyłem ramionami. Jego życie, jego kac, który rano miał zaatakować głowę. Spojrzałem na swoją whisky. Kogo chciałem okłamać? Planowałem dołączyć do niego w cierpieniu.

Easton szturchnął mnie w ramię. Ruchem głowy wskazał miejsce przed podestem. Kacey, ta laska, która zatrzymała nas przed wejściem, wpatrywała się we mnie. Uśmiechnęła się, a ja kiwnąłem jej głową. Gdy rozglądałem się po zebranych, zobaczyłem, że ludzie stali, śmiejąc się w grupkach, pary się całowały, inne tańczyły. Nie zaznałem w życiu czegoś takiego. Miałem muzykę. Koniec. Odczułem nagły smutek, co zupełnie mnie zaskoczyło. Wyobraziłem sobie, jak wyrzucam to uczucie.

Nie chciałem go do siebie dopuścić.

Wróciłem uwagą do muzyki, dokręciłem kilka beatów do miksowanego kawałka, dodając mu głębi. Bas bił tak mocno, że drżał od niego budynek. Easton pochylił się nade mną do mikrofonu. Nigdy się nie odzywałem. Przemawiała za mnie muzyka, którą tworzyłem. Nikt nawet nie śpiewał do moich melodii. Były tylko beaty i rytm.

– Tak się zatracacie?! – krzyknął, a tłum odpowiedział wrzawą. Chłopak wskoczył na stolik ze sprzętem. Pokręciłem głową, uśmiechając się na widok wielkiego ego Eastona Farradaya. – Pytałem… – umilkł, po czym wykrzyknął: – …czy tak się zajebiście zatracacie?!

Potraktowałem wszystkich tak mocnym i szybkim basem, że powaliłem ich na kolana. Ciała podskakiwały, wpadały na siebie. Ludzie kołysali się, pili, niektórzy praktycznie pełzali po podłodze. Ja również się zatraciłem. Jak zwykle wtopiłem się w podest. Zostałem wyrwany z mroku w mojej głowie i wrzucony w ten szał. W tę pełną odrętwienia nirwanę.

Zamknąłem oczy i oderwałem się od świateł Eastona. Moje kości wibrowały basem z głośników. Dźwięk wpływał przez moje uszy i wlewał się prosto w moje żyły. Pod powiekami eksplodowały czerwienie i żółcie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak Easton zatacza się na podeście. Obejmował jakąś dziewczynę, która praktycznie pożerała jego usta. Razem wyszli na zewnątrz.

Godziny mijały w okamgnieniu. Grałem, aż skończyły mi się miksy. Bryce, ten fiut, który stał tu wcześniej, wszedł na podest, zanim zdołałem z niego zejść. Wziąłem jacka i wyszedłem z budynku. Publika była zbyt pochłonięta, by w ogóle zauważyć zmianę DJ-a.

Całkowicie nimi zawładnąłem.

Na zewnątrz znalazłem sobie ciche miejsce przy jednej ze ścian Spichlerza. Osunąłem się na ziemię i zamknąłem oczy. Dźwięk śmiechu zmusił mnie do uniesienia powiek.

To miejsce zupełnie nie było podobne do Uniwersytetu w Londynie. Uczelnia Jeffersona Younga była mała i każdy znał tu każdego. Szkoła w Wielkiej Brytanii była ogromna, łatwo było się zgubić pośród innych studentów. Mieszkałem sam. W mieszkaniu blisko kampusu, nie w akademiku. Nie miałem przyjaciół.

Tutaj czekał na mnie zupełnie inny świat. I miałem świadomość, że ledwie go zakosztowałem.

Przez ostatnie dni rzadko wychodziłem z pokoju, odsypiałem jet lag i miksowałem kawałki na dzisiejszy wieczór. Easton próbował namówić mnie na wypad z kumplami, ale odmówiłem. Nie byłem towarzyski. Lepiej radziłem sobie na własną rękę.

Ponownie opuściłem powieki, ale poczułem obok siebie ciepłe ciało. Kacey z piwem Corona w dłoni.

– Zmęczony?

– Zajechany – odparłem, na co parsknęła śmiechem. Zapewne przez mój akcent. Easton przez cały tydzień reagował tak samo.

– Byłeś cudowny. – Spojrzałem na nią, ale obróciła głowę. – Musisz czuć się nieswojo, co? Jefferson nie jest Londynem. Nie żebym tam była, ale… No wiesz…

– Odległość jest dobra.

Przytaknęła, jakby rozumiała. Ale tak nie było.

– Studiujesz muzykę? – zapytała i pokręciła głową. – To przecież oczywiste. Musisz być na kierunku muzycznym. – Rzuciła okiem na wychodzących ze Spichlerza. Też bym uciekł, gdybym musiał słuchać takiej kichy zapodawanej przez DJ-a. – Ja jestem na literaturze angielskiej.

Nie odpowiedziałem, po prostu nie leżało to w mojej naturze. Zamiast tego upiłem łyk jacka, więc dziewczyna napiła się corony. Chwilę później podeszli Sara i Matt, który kucnął obok Kacey i odezwał się do niej cichym, ale pospiesznym tonem. Dziewczyna westchnęła.

– Muszę po nią zadzwonić?

Matt skinął głową.

– Chryste. – Kacey wstała i wyciągnęła telefon.

– Co się stało? – zapytałem.

– Easton – odparł Matt. – Napruł się. Nie chce się ruszyć. – Wskazał na Kacey. – Dzwoni do jego siostry. W tym stanie tylko ona potrafi sobie z nim poradzić. Gnojek staje się cholernie agresywny, gdy próbujesz go zabrać do domu. Lubi imprezować, ale nie ma kontroli nad wódą, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

– Odwal się! – Po terenie poniósł się pijany głos Eastona. Ludzie omijali go szerokim łukiem, a on zataczał się w naszym kierunku, wciąż ściskając w ręce butelkę tequili, która była jednak pusta. – Cromwell! – Stanął obok i złapał mnie za szyję. – Co za nuta! – bełkotał. – Nie wierzę, że tu jesteś, stary. W Jefferson! Tu się nigdy nic nie dzieje. To zajebiście nudna dziura.

Osunął się przy ścianie. Matt próbował go postawić na nogi.

– Odpierdol się! – warknął jednak Easton. – Gdzie Bonnie?

– Jedzie.

Zwiesił głowę, choć pokiwał nią, dając znać, że słyszał.

– Przyjechałem z nim – szepnąłem do Matta.

– Cholera. U nas jest pełen skład. Bonnie cię podrzuci. I tak zawsze odwozi brata do akademika. Jest miła. Nie będzie miała nic przeciwko.

– Idę po swoje rzeczy. – Wróciłem do Spichlerza i zgarnąłem laptopa. Wychodząc, odsunąłem włosy z twarzy. Rozejrzałem się. Miałem nadzieję, że przyjeżdżając tutaj, poczuję się lepiej. Że wyciągnie mnie to z czarnej otchłani, w której nieustannie tkwiłem. Zagrałem w lokalu pełnym ludzi. Rozmawiałem z niektórymi, ale odczuwałem smutek, który odsunąłem od siebie. Wciąż walczył o możliwość wypłynięcia. Był gotowy, by mnie pochłonąć. Pogrzebać mnie w przeszłości.

Przyjazd tutaj nie sprawił żadnej różnicy.

Zauważyłem zaparkowaną naprzeciw srebrną terenówkę. Gdy podchodziłem, oślepiły mnie światła. Skrzywiłem się. Kac zaczynał dobierać mi się do głowy. Matt pomagał wstać Eastonowi, obok którego znajdowała się nowa laska w jeansach rurkach i białym kardiganie.

Musiała to być jego siostra. Zbliżyłem się, gdy Matt trzasnął drzwiami. Easton leżał nieprzytomny na tylnym siedzeniu.

– Odwieziesz go? – Matt zapytał dziewczynę, nim uściskał ją i puścił. Sara zrobiła to samo.

– Tak – odparła nowoprzybyła.

– Cromwell! – Matt przywołał mnie gestem. Dziewczyna nie odwróciła się, gdy podchodziłem. Stała sztywno, tyłem do mnie. – Tutaj. Bonnie zabierze Eastona do akademika. – Spojrzał na nią. – Podwieziesz też Cromwella, co? U nas nie ma miejsca. East go tu przywiózł.

Nie usłyszałem odpowiedzi. Zamiast tego poszedłem do tyłu i włożyłem do bagażnika swoją torbę. Matt pomachał mi, gdy odchodził, zabierając ze sobą Sarę. Kacey złapała mnie za rękę.

– Miło było cię poznać. – Odeszła ze wszystkimi, spoglądając przez ramię.

Kiedy zamierzałem otworzyć drzwi po stronie pasażera, siostra Eastona odwróciła się do mnie twarzą. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Mgliste wspomnienie dotarło do mnie niczym lekka bryza, po czym z całej siły walnęło w gębę.

Twoja muzyka pozbawiona jest duszy…

Dziewczyna westchnęła, zauważając najwyraźniej moje wkurzenie, i powiedziała:

– Jeszcze raz dobry wieczór.

– Ty. – Parsknąłem oschłym śmiechem, gdy zdradziecki świat zagrał przeciwko mnie.

– Ja – powiedziała pozornie rozbawiona i wzruszyła ramionami. Stałem i patrzyłem, jak podeszła do drzwi kierowcy. Brązowe włosy zebrała z tyłu, podobnie jak w Brighton. Związała je w kucyk, który zwisał jej na plecach, kończąc się w połowie kręgosłupa.

Wsiadła i opuściła szybę w drzwiach po stronie pasażera.

– Wsiadasz, czy idziesz pieszo do domu?

Zacząłem bawić się ćwiekiem, który miałem w języku, próbując rozewrzeć zaciśnięte w pięści dłonie. Nie było mowy, bym pokazał jej, ile kosztował mnie ten jej chamski tekst wypowiedziany w chłodny poranek w Brighton. Nie chciałem, by ponownie tak mnie dotknął.

Bonnie, jak najwyraźniej miała na imię, uruchomiła samochód. Prychnąłem z niedowierzaniem. Otworzyłem tylne drzwi. Easton chrapał. Jego kończyny zajmowały całą przestrzeń.

Bonnie rozsiadła się, spoglądając na mnie przez szczelinę pomiędzy przednimi fotelami. Nie chciałem patrzeć jej w oczy.

– Wygląda na to, że musisz usiąść obok mnie, gwiazdorze.

Westchnąłem głęboko i zacisnąłem usta. Spojrzałem na miejsce przy ścianie, w którym uprzednio siedziałem. Butelka jacka nadal tam stała. Podszedłem, wziąłem ją, po czym wsiadłem do auta. Potrzebowałem alkoholu na tę podróż.

– Jack Daniels – powiedziała dziewczyna. – Widzę, że jesteście przyjaciółmi.

– Najlepszymi – odparłem i osunąłem się na siedzeniu.

Cisza panująca w samochodzie była ogłuszająca. Wyciągnąłem rękę i włączyłem radio. Z głośników popłynął folk. Nie, dzięki. Przełączyłem na kolejny kawałek z playlisty. Rozpoczęła się Piąta Symfonia Beethovena, więc postanowiłem wyłączyć to cholerstwo.

– Twój gust muzyczny pozostawia wiele do życzenia. – Upiłem spory łyk jacka. Nie wiedziałem, dlaczego w ogóle otworzyłem usta. Nigdy nie odzywałem się jako pierwszy, ale gdy jej słowa z tamtej nocy wirowały mi w głowie, poczułem, jak wzrastał gniew i po prostu palnąłem tę głupotę.

– O, prawda. Nie lubisz muzyki klasycznej. A teraz folku. Dobrze wiedzieć, że obraża cię dobre brzmienie. – Przeniosła uwagę z drogi i przez chwilę patrzyła na mnie kątem oka. Zmarszczyła brwi. – Przyjechałeś dla Lewisa, prawda? No bo po cóż innego miałbyś się zjawić w Jefferson?

Upiłem kolejny łyk, ignorując jej pytanie. Nie chciałem rozmawiać z nią o muzyce. W ogóle nie chciało mi się z nią gadać, kropka. Wyjąłem paczkę fajek z kieszeni, wsadziłem do ust papierosa. Zamierzałem go zapalić, ale dziewczyna powiedziała:

– W moim samochodzie się nie pali. – I tak go odpaliłem i zaciągnąłem się głęboko. Auto zatrzymało się tak gwałtownie, że niemal wypuściłem z palców butelkę. – Powiedziałam, że w moim samochodzie się nie pali – warknęła. – Zgaś albo wysiądź. Masz tylko dwie możliwości do wyboru, Cromwellu Deanie.

Spiąłem się. Nikt nigdy się tak do mnie nie odzywał. Fakt, że ta laska mocno mnie wkurzała, nie poprawiał sytuacji. Popatrzyłem jej w oczy i wziąłem długiego, powolnego, słodkiego macha, po czym wyrzuciłem peta przez okno, które dla mnie otworzyła. Był to pierwszy raz, gdy spojrzałem bezpośrednio w jej oblicze. Miała duże brązowe oczy i pełne usta. Uniosłem ręce.

– I po sprawie, Bonnie Farraday.

Ruszyła i nagle znaleźliśmy się na głównej ulicy miasta. Gdzieniegdzie widać było studentów wracających do akademika ze Spichlerza. Nie chciałem rozmawiać, ale nie dało się znieść ciszy panującej w samochodzie. Zacisnąłem dłonie na odzianych w jeansy udach.

– Spichlerz to nie twoje klimaty? – zapytałem sztywno.

– Miałam dziś co robić. Uczyłam się przed rozpoczynającymi się w poniedziałek zajęciami. – Wskazała za plecy na chrapiącego brata. – A przynajmniej próbowałam, aż bliźniak jak zawsze postanowił się nawalić. – Uniosłem brwi. Zauważyła to. – Tak. Easton jest starszy zaledwie o cztery minuty. Nie jesteśmy podobni, co? W ogóle. Ale to mój przyjaciel, zatem oto jestem. Taksówka marki Bonnie.

– Easton mówił, że oboje pochodzicie z tych okolic.

– Tak, z Jefferson. Jesteśmy rdzennymi mieszkańcami Karoliny Południowej. – Czułem, że na mnie patrzy. – Dziwne, co? Że jesteś tu, po tym jak spotkaliśmy się w Anglii.

Wzruszyłem ramionami. Ale tak, było to dziwne. Jakie istniało ku temu prawdopodobieństwo?

Bonnie zatrzymała się na wolnym miejscu przed akademikiem. Spojrzała do tyłu na brata.

– Będziesz musiał pomóc mi wnieść go po schodach.

Wysiadłem i podszedłem do tyłu. Wyciągnąłem Eastona i wziąłem go pod ramię.

– Mój komputer – powiedziałem, ruchem głowy wskazując bagażnik. Bonnie otworzyła klapę i wyjęła torbę. Udało mi się wnieść Eastona po schodach, po czym rzuciłem go na jego łóżko.

Bonnie stanęła tuż za mną. Brakowało jej tchu, sapała po wejściu na górę.

– Może powinnaś zacząć ćwiczyć? Schody nie były aż takie straszne. – Byłem fiutem. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem się powstrzymać. Tamtej nocy w Brighton naprawdę mnie wkurzyła. Najwyraźniej nie potrafiłem odpuścić.

Ignorując mnie, Bonnie położyła torbę na moim biurku. Wzięła szklankę ze stolika nocnego należącego do jej brata i wyszła z pokoju. Wróciła z wodą i odstawiła ją na to samo miejsce. Zostawiła obok dwie tabletki i pocałowała Eastona w czoło.

– Zadzwoń jutro.

Położyłem się na łóżku, ze słuchawkami na szyi, gotowy się wylogować. Bonnie ominęła mnie, ale przystanęła.

– Dziękuję, że pomogłeś mi go tu wnieść. – Zerknęła na niego po raz ostatni. Jej spojrzenie z jakiegoś powodu wydawało się zmięknąć. Sprawiło to, że wyglądała… ładniej niż normalnie. – Czy mógłbyś, proszę, go popilnować?

Wyrzuciłem te myśli z głowy.

– Jest już duży. Jestem pewien, że sam będzie na siebie uważał.

Bonnie spojrzała na mnie gwałtownie. Wydawała się zszokowana, po czym na jej twarzy pojawił się chłód.

– Jak zwykle uroczy. Dobranoc.

Wyszła. Kiedy zamknęła drzwi, Easton obrócił się i uchylił jedno oko.

– Bonnie?

– Wyszła – odparłem, zdejmując koszulkę. Rozebrałem się do bokserek i położyłem spać.

Easton obrócił się do mnie tyłem.

– To moja siostra. Powiedziała ci o tym?

– Tak.

Zasnął krótką chwilę później.

Otworzyłem playlistę na telefonie. I podobnie jak każdej nocy, uspokoiłem się, gdy głowę wypełnił mi dance. Przy elektronicznej muzyce tanecznej kolory były zupełnie inne. Nie były tymi, dzięki którym wszystko pamiętałem.

I podziękowałem za to temu, cokolwiek było na górze, Bogu czy komu tam.

ROZDZIAŁ 4

BONNIE

Zamknęłam drzwi auta i przeszłam do akademika. Z każdym krokiem myślałam o Cromwellu Deanie. Oczywiście, że wiedziałam o jego obecności tutaj. Od chwili gdy Easton dowiedział się, że będzie z nim mieszkał, mówił tylko o tym.

Nie potrafiłam jednak w to uwierzyć.

Brat nie wiedział o naszym spotkaniu w Brighton. Nikt nie wiedział. Szczerze mówiąc, wciąż nie mogłam uwierzyć, że rozmawiałam z nim w taki sposób, ale to, jak się do mnie odzywał… zdezorientowało mnie. Był tak chamski, że nie potrafiłam się opanować. Widziałam, jak z butelką jacka danielsa w dłoni przechadzał się plażą. Przyglądałam mu się w zatłoczonym klubie. Patrzyłam na zgromadzonych, którzy tańczyli do jego muzyki, jak byłby ich bogiem. Ale czułam jedynie…

Rozczarowanie.

Cromwell Dean. Większość znała go jako DJ-a, ale ja wiedziałam coś więcej. Znałam go jako cudowne dziecko muzyki klasycznej. Oglądałam go, choć o tym nie wiedział. Gdy był młodszy, stworzył symfonię tak piękną, że zainspirował mnie do bycia lepszym muzykiem. W tym małym Angliku widziałam nieoszlifowany diament i przyszłego Mozarta. Na którejś z prywatnych lekcji nauczycielka muzyki pokazała mi nagranie. Chciała mi udowodnić, do czego był zdolny ktoś w moim wieku.

Pokazać, że na świecie żyli inni, którzy mieli tak wielką pasję do dźwięku, jak ja. Cromwell Dean stał się moim największym przyjacielem, chociaż nie wiedział o moim istnieniu. Był moją nadzieją. Liczyłam na to, że poza granicami tego małego miasteczka żyli ludzie, którzy podobnie jak ja mieli w sercu muzykę. Ktoś, kto pragnął nut, melodii, koncertów…

Cromwell w wieku szesnastu lat wygrał program stacji BBC promujący młodych kompozytorów. Jego muzyka była grana przez Orkiestrę Symfoniczną BBC w wieczór finałów. Oglądałam to o północy na laptopie, a przez cały utwór po moich policzkach płynęły łzy. Kamera pokazała go, jak przyglądał się orkiestrze, stojąc na miejscu dyrygenta.

Pomyślałam, że był tak piękny, jak symfonia, którą skomponował.

Zniknął zaledwie kilka miesięcy później. Przestał tworzyć. Jego muzyka ucichła wraz z jego nazwiskiem.

Ale nie zapomniałam o nim przez cały ten czas. Kiedy więc zaczął ponownie tworzyć, moja ekscytacja sięgnęła nieba.

Aż go usłyszałam.

Nie miałam nic przeciwko muzyce elektronicznej, ale kiedy usłyszałam, jak chłopak, którego idealizowałam przez tak wiele lat, miksuje syntetyczne beaty zamiast tworzyć prawdziwą muzykę instrumentalną, w czym był mistrzem, pękło mi serce.

Podczas pobytu w Anglii poszłam go posłuchać. Nie mogłam się powstrzymać. Wtopiłam się w tłum. Zamknęłam oczy, ale niczego nie poczułam. Uniosłam powieki i obserwowałam go, żywiąc jedynie współczucie dla chłopca, który niegdyś dyrygował orkiestrą grającą jego oszałamiającą symfonię. Ręce tańczyły, trzymając batutę, gdy dawał się ponieść strunom i sekcji dętej. Muzyka ta pochodziła prosto z jego duszy. Było w niej odciśnięte jego serce, które pozostawił w sali koncertowej, w której występował, i które podarował ludziom, mającym szczęście go słuchać.

Na podeście w klubie jego oczy były martwe. W beatach nie brzmiało jego serce, jego dusza nie znajdowała się nawet w tym samym pomieszczeniu. Być może naprawdę był najszybciej rosnącym w sławę DJ-em w Europie, ale to, co grał, nie odzwierciedlało jego pasji. Nie do tego został stworzony.

Mnie nie mógł oszukać.

Cromwell Dean, którego obserwowałam jako dziecko, umarł wraz z tym, co stanowiło potrzebę tworzenia tak znamienitych utworów muzyki klasycznej.

– Bonnie?

Zamrugałam i zobaczyłam przed sobą drzwi na korytarzu akademika. Obróciłam się i zauważyłam Kacey, która wchodziła do sąsiedniego pokoju.

– Hej – odparłam i złapałam się za skroń.

– Dobrze się czujesz? Stoisz z ręką na klamce od kilku dobrych minut.

Roześmiałam się i pokręciłam głową.

– Zamyśliłam się.

Kacey się uśmiechnęła.

– Jak Easton?

Przewróciłam oczami.

– Pijany, ale na szczęście śpi bezpiecznie we własnym łóżku.

Kacey podeszła do mnie.

– Odwiozłaś Cromwella?

– Tak.

– Jaki on jest? Rozmawiałaś z nim?

– Troszkę. – Westchnęłam ze zmęczenia. Czułam, że muszę się położyć.

– I?

Zerknęłam na nią i pokręciłam głową.

– Szczerze mówiąc, jest chamem. Niegrzeczny i arogancki.

– Ale przystojny. – Zarumieniła się.

– Nie wydaje mi się, by warto było się za nim uganiać, Kace. – Przypomniałam sobie dziewczynę, z którą zniknął w Brighton w połowie występu. I jego wulgarne słowa, skierowane do mnie na plaży: Dziś już ktoś ssał mi fiuta…

Nie przyjaźniłam się z Kacey, po prostu mieszkała w pokoju obok. Była słodka i miałam pewność, że Cromwell Dean przeżułby ją i wypluł, gdyby tylko dała mu to, czego chciał. Wyglądał mi na właśnie takiego typa.

– Tak – odparła. Wiedziałam, że przytaknęła jedynie z grzeczności. – Lepiej pójdę spać. – Przechyliła głowę na bok. – Ty też powinnaś się położyć, kochana. Jesteś trochę blada.

– Dobranoc, Kace. Do jutra.

Weszłam do swojego pojedynczego pokoju. Upuściłam torebkę na podłogę, włożyłam piżamę i położyłam się do łóżka. Próbowałam zasnąć. Byłam zmęczona, ciało bolało mnie z wyczerpania, a mimo to umysł nie chciał się wyłączyć.

Nie potrafiłam wyrzucić Cromwella z głowy. A, co gorsza, wiedziałam, że zobaczę go w poniedziałek. Mieliśmy razem niemal wszystkie zajęcia. Ja również studiowałam muzykę. Nie było dla mnie innej drogi. Wiedziałam, że Dean podąży tą samą. Easton mi o tym powiedział.

Zamknęłam oczy, ale widziałam tylko Cromwella siedzącego w moim aucie z butelką whisky w dłoni. Palił, choć mu zabroniłam. Miał tatuaże i kolczyki.

– Co ci się stało, chłopaku? – szepnęłam w noc.

Wzięłam komórkę i włączyłam nagranie, które od tak dawna nosiłam w sercu. Kiedy zaczęły grać instrumenty strunowe, po czym włączyła się sekcja dęta, zamknęłam oczy i dałam się ukołysać.

Zastanawiałam się, czy tego rodzaju melodia odnajdzie raz jeszcze drogę do serca Cromwella Deana.

***

– Siostra? – Obróciłam się w fotelu, gdy do pokoju wszedł mój brat.

– No, dzień dobry – powiedziałam. Easton usiadł na łóżku. Powiódł palcami po strunach mojej gitary, nim przełożył ją na podłogę.

– Przepraszam za wczoraj – rzucił, patrząc mi w oczy. – Crom po raz pierwszy stanął za naszymi mikserami i było niewiarygodnie. – Wzruszył ramionami. – Znasz mnie.

– Tak. Znam cię. – Podeszłam do małej lodówki i wyjęłam puszkę oranżady.

– Cukier. Dzięki, Bonn. Wiesz, jak mnie pocieszyć.

– Zdajesz sobie przecież sprawę, że nie piję takich rzeczy. Mam je dla ciebie w razie kaca.

Puścił do mnie oko.

– Cromwell powiedział, że odwiozłaś nas do akademika. – Skinęłam głową. – Co o nim myślisz?

Przesunęłam jego nogi, bym również zmieściła się na łóżku.

– Co o nim myślę?

– Tak – rzucił, po czym wypił cały napój. Wstał, wziął sobie kolejny i usiadł z powrotem. – Wiem, że nie jest uprzejmy, ale lubię gościa. Nie sądzę, by miał wielu kumpli.

– Dopiero tu przyjechał.

– Mam na myśli również Anglię. Nikt do niego nie dzwoni. Widziałem kilka SMS-ów, ale powiedział, że to od mamy.

– Może nie powinien więc być tak chamski, co?

– Źle się przy tobie zachowywał?

– Był pijany – powiedziałam, całkowicie pomijając fakt, że gdy spotkaliśmy się w Brighton, zachowywał się o wiele gorzej.

Easton skinął głową.

– Powinnaś tam być, Bonn. Gość jest niesłychanie utalentowany. Zachowuje się, jakby wyszedł na podest i grał prosto z duszy. I, cholera, będziecie chodzić na te same zajęcia, wiesz? Będziesz musiała go pilnować.

– Mam wrażenie, że nie potrzebuje, by ktokolwiek na niego uważał, East.

– A nawet jeśli. – Poderwał się z łóżka i wyciągnął do mnie rękę. – Chodź. Rodzice są już pewnie w restauracji.

Podałam mu dłoń i wstałam. Spojrzał na mnie uważnie.

– Dobrze się czujesz? Wyglądasz na zmęczoną. Tego lata zostałaś w domu na dłużej niż zazwyczaj.

Przewróciłam oczami.

– Eastonie, tak, jestem zmęczona. Musiałam przyjechać po ciebie, a wcześniej uczyłam się przez pół nocy. – Poczułam, że zarumieniłam się pod wpływem tej wymówki. – Wiesz, chcę zaimponować Lewisowi w poniedziałek. Masz świadomość, co to znaczy, że jest tu ktoś taki? – Pokręciłam głową. – Nie każdego dnia ktoś z tak niesłychanym talentem staje się twoim mentorem.

Easton mnie objął.

– Kujonka.

Odsunęłam się i rzuciłam w niego miętówkami.

– Zjedz kilka, nim spotkamy się z rodzicami. Śmierdzisz jak monopolowy. – Brat złapał opakowanie i podszedł do drzwi.

W poniedziałek zaczną się wykłady. Byłam pewna, że Cromwell Dean nawet na mnie nie spojrzy. A Easton się mylił. Gość nie potrzebował nikogo, kto by go pilnował.

Byłam przekonana, że gdybym spróbowała, zachowywałby się jak fiut.

ROZDZIAŁ 5

BONNIE

Po sali niósł się szmer rozmów. W zeszłym roku nie czuło się tu tak wielkiej energii. Pomieszczenie nie było duże, ale wyczuwałam ekscytację, jakbym stała pośrodku zatłoczonego stadionu.

Przysunął się do mnie mój przyjaciel Bryce.

– Dziwne, co? Jak profesor może narobić tak wiele szumu.

Lewis nie był jednak jakimś tam zwykłym profesorem. Był światowej klasy kompozytorem. Podróżował po świecie. Występował w salach koncertowych i operach, o których ktoś taki jak ja mógł jedynie pomarzyć. Wszyscy dobrze wiedzieli o jego osobistych problemach z alkoholem i narkotykami. To one właśnie sprawiły, że porzucił dotychczasowe życie i powrócił do Jefferson. Pochodził z tego miasta. W wywiadzie do gazety uczelnianej przyznał, że potrzebował wrócić do korzeni w znajomym otoczeniu. Przyjmując tu posadę, chciał poświęcić się lokalnej społeczności.

Strata w świecie muzyki okazała się naszym zyskiem.

Postukałam długopisem o notatnik. Drzwi się otworzyły, wszedł mężczyzna, którego niezliczoną ilość razy widziałam w telewizji. Rozmowy ucichły, gdy podszedł do biurka na środku sali. Na żywo był młodszy, niż się spodziewałam. Miał ciemne włosy i ciepły uśmiech.

Otworzył usta, by się przywitać, kiedy w wejściu pojawiła się wysoka, wytatuowana sylwetka.

Cromwell.

Wejście profesora Lewisa wywołało ciszę i zachwyt, natomiast wejście Cromwella Deana szepty. Chłopak skupił na sobie spojrzenie piętnastu par oczu, gdy szedł powoli w kierunku tylnych rzędów.

Przemierzył schody auli i zajął miejsce z tyłu. Nie odwróciłam się jak reszta. Patrzyłam na profesora Lewisa, zauważając na jego twarzy wyraz irytacji.

Nauczyciel odchrząknął.

– Pan Dean. Miło, że pan do nas dołączył.

Tym razem rzuciłam okiem na Cromwella, żeby sprawdzić, czy przejawiał w ogóle jakąś skruchę. Siedział jednak przygarbiony, patrząc na Lewisa. Wyglądał arogancko, obracając językiem przy zębach. Miał na sobie czarne jeansy, łańcuch zwisający przy kieszeni i prostą białą koszulkę z dekoltem i krótkimi rękawami, które opinały jego bicepsy. Tatuaże oplatały ręce i szyję niczym bluszcz.

Niektórzy uznaliby je za sztukę. Mnie wydawało się, że go dusiły.

Zmierzwione włosy opadały mu na czoło. W uszach błyszczały srebrne kolczyki i pojedynczy z lewej strony nosa.

Gdy już prawie odwróciłam wzrok, spojrzał na mnie. Jego tęczówki miały przedziwną barwę – burzliwy odcień błękitu. Nie były niebieskie jak niebo, ale niemal granatowe jak niebezpieczne głębiny wzburzonego morza. Westchnął ciężko. Byłam pewna, że to przez moją obecność. Nie wspomniałam mu, że również studiowałam muzykę.

– Panie Dean? Możemy zaczynać? – zapytał Lewis.

Cromwell skinął głową.

– Nie zamierzałem pana powstrzymywać.

Wytrzeszczyłam oczy na tę odpowiedź.

Wyraźnie było słychać jego mocny akcent, znacznie odmienny od południowego sposobu mówienia profesora Lewisa. Jakby Cromwell potrzebował kolejnego powodu, by się wyróżniać. Jego ponura postawa i tatuaże wystarczały, aby odcinał się od tego małego miasta.

Wzięłam sweter wiszący na oparciu krzesła i włożyłam go. W sali zrobiło się nagle chłodno.

– Nie będę niepotrzebnie ględził – powiedział Lewis, zwracając się do klasy. – Prowadzę wymagające zajęcia i oczekuję, że spełnicie moje wymagania, dając z siebie wszystko. – Stanął przed swoim biurkiem. Usiadł na blacie i kontynuował: – Do tej pory wszyscy powinniście byli zapoznać się już z sylabusem. Jeśli to zrobiliście, wiecie, że ogromna część oceny końcowej pochodzić będzie z trwającego cały rok przedsięwzięcia, a mianowicie skomponowanego utworu. Zadanie to będziecie musieli wykonać w parach. – Uśmiechnął się, a w jego brązowych oczach zalśniło podekscytowanie. Wydawało mi się, że zerknął przelotnie na Cromwella, ale nie miałam pewności. – Dobrałem was już w te pary. – Z aktówki wyciągnął kartkę. – Pod koniec tych zajęć dowiecie się, z kim przyjdzie wam pracować. I, zanim zapytacie, to od razu odpowiadam, że nie można się zamienić. I, tak, obie osoby z pary muszą wykonać zadanie lub ryzykować brak zaliczenia, czego nikt zapewne nie chce. – Wrócił za biurko i włączył projektor. Asystent prowadzącego wyłączył światła. – Każda para dostanie piętnaście godzin w semestrze na indywidualne konsultacje ze mną. – Spojrzał z kamiennym wyrazem twarzy przez ramię. – Nie zmarnujcie tego czasu.

Zerknęłam na Bryce’a, czując, jak krew przyspiesza mi w żyłach.

– Indywidualne konsultacje – powiedziałam podekscytowana, na co chłopak uśmiechnął się szeroko.

– Co dwa tygodnie będziemy mieć seminarium, by omawiać wasze kompozycje, zarówno indywidualne, jak i w parach. Ponieważ na tych zajęciach chodzi o komponowanie. – Lewis uśmiechnął się i na chwilę porzucił swoją nieustępliwą postawę. – W tej sali zamierzam stworzyć mistrzów. A wy poznacie moje osobiste demony. – Wstrzymałam oddech. Każdy wiedział o jego problemach, ale nie przypuszczałam, że będzie mówił o nich na zajęciach. – Próbowałem dać światu wszystko, co we mnie najlepsze, ale nie było to moim przeznaczeniem. – Ponownie się uśmiechnął, a na jego twarzy pojawił się spokój. – Ale odnalazłem szczęście w pomocy innym przy rozwijaniu ich talentu. Wydaje się, że moim powołaniem jest nauczanie. Ułatwianie innym znalezienia swojego miejsca na tym świecie. Ich pasji.

W sali panowała kompletna cisza. Zamrugałam, uświadamiając sobie, że serce mi urosło, a do oczu napłynęły łzy. – Pod koniec roku odbędą się prezentacje. Wtedy przedstawicie swoje dzieła. – Wstał i włożył ręce do kieszeni eleganckich spodni. – Kiedy byłem kompozytorem, nie nauczyłem się polegać na innych. Dzielcie się pomysłami, naciskajcie na siebie nawzajem, by wasze utwory były jak najlepsze. – Wskazał ręką na klasę. – Wszyscy znaleźliście się tutaj, ponieważ macie talent, ale wiadomość z ostatniej chwili: tak jak i milion innych ludzi. Ten projekt pomoże wam uczyć się od siebie i ulepszać swoje zdolności. Jest to zadanie, które najbardziej mnie intryguje.

Profesor Lewis wrócił do ekranu projektora i omówił pozostałe wymogi jego wykładów. Gdy skończył, powiedział:

– Koniec na dziś. Sugeruję, byście poznali nazwisko partnera i poszli z nim na kawę czy coś w tym stylu. Mądrze wykorzystajcie swój czas. Poznajcie dobrze osobę, z którą przyjdzie wam pracować. – Uśmiechnął się. – W tym roku spędzicie razem sporo czasu.

Studenci pobiegli na przód sali, by czytać z kartki, którą asystent powiesił na ścianie. Inni poszli przedstawić się Lewisowi. Bryce sprawdził, z kim go przydzielono, po czym podszedł do Tommy’ego Wildera. Zmarszczyłam brwi. Normalnie pracowaliśmy razem. Wrócił do mnie i pokręcił głową.

– Tym razem drużyna marzeń została rozdzielona, Bonn.

Serce odrobinę mi się ścisnęło. Widziałam na twarzy chłopaka, że również był rozczarowany. Dobrze się czułam w jego towarzystwie. Nie był najbardziej utalentowanym uczniem, ale był słodki. Wiedziałam, że lubił mnie bardziej niż jak koleżankę z klasy, ale nigdy nie zdecydowałabym się na związek. Mimo to czułam się przy nim komfortowo. Nie zadawał zbyt wielu osobistych pytań.

Czekałam, by tłum się przerzedził. Kilka osób spojrzało na mnie, nim odeszło od kartki. Zastanawiałam się dlaczego, ale kiedy przeczytałam listę, dostałam odpowiedź.

Wypuściłam wstrzymywane powietrze. Wpatrywałam się z niedowierzaniem w umieszczone obok mojego nazwisko: Cromwell Dean.

Gdy się odwróciłam, w sali pozostał jedynie profesor Lewis.

– Bonnie Farraday, jak mniemam. – Trzymał w ręce moje dokumenty ze zdjęciem.