Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
10 osób interesuje się tą książką
„Poniemieckie” to słowo, które odruchowo przywodzi na myśl Polskę zachodnią albo Warmię i Mazury. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niejedną wieś zamieszkaną dawniej przez Niemców można znaleźć na Mazowszu, Lubelszczyźnie czy w Małopolsce. Niemieckich kolonistów ściągali na wschód Piastowie śląscy, Kazimierz Wielki i Krzyżacy, Rosjanie, Prusacy i Austriacy, a także polscy właściciele i zarządcy majątków. Przybysze zakładali wsie i miasta, leżącą odłogiem ziemię zamieniali w pola i sady, osuszali bagna i walczyli z wylewającymi rzekami. Wprowadzali innowacje, otwierali fabryki i rozwijali przemysł. Wielu, szczególnie katolików, nie zachowało swojej niemieckiej tożsamości i z czasem zostało Polakami.
W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich zakończyła II wojna światowa i powojenna polityka polskiego państwa. Dziś o tej historii świadczą głównie zapomniane cmentarze ewangelickie, a także budynki i gospodarstwa, kanały, rzędy wierzb czy terpy.
Maciej Falkowski szuka takich właśnie śladów. Odnajduje domy z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, potomków Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Opowiada o ewangelikach, braciach morawskich i mennonitach. Stara się ocalić od zapomnienia świat tych, którzy po 1945 roku musieli z Polski wyjechać; opisuje losy tych, którzy zdecydowali się zostać i stali się integralną częścią polskiego społeczeństwa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 437
Data ważności licencji: 2/18/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce: Powódź w Wiączeminie, 1924, ze zbiorów Muzeum Mazowieckiego w Płocku
Copyright © by Maciej Falkowski, 2026
Opieka redakcyjna Jakub Bożek
Redakcja Filip Fierek
Korekta Agata Milewska / d2d.pl, Agata Górzyńska-Kielak / d2d.pl
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-275-7
Nawet geniusz nie może całkowicie oprzeć się duchowi swoich czasów.
Viktor Emil Frankl
Jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Hanoweru, w Dolnej Saksonii, leży miasteczko Hameln. Spopularyzowana przez braci Grimm legenda głosi, że w XIII wieku rozegrały się tam dramatyczne wydarzenia. Miasteczko nawiedziła niespotykana nigdy wcześniej plaga szczurów, z którą mieszkańcy nijak nie potrafili sobie poradzić. Znalazł się jednak pomysłowy śmiałek, który za pomocą fletu i hipnotyzującej muzyki wyprowadził gryzonie z miasta. Utonęły w przepływającej tuż obok Wezerze. Umowa przewidywała, że mieszczanie zapłacą za jego trud, ci jednak nie wywiązali się z obietnicy. W akcie zemsty szczurołap, używając tego samego triku, wywiódł z miasta kilkaset dzieci, po których ślad zaginął.
Bajka straszna, jak na braci Grimm przystało. Wielokrotnie próbowano wyjaśnić źródła tej legendy. Niektóre interpretacje wiązały ją z epidemią dżumy pustoszącą średniowieczną Europę. Inne wskazywały na krucjatę dziecięcą z 1212 roku, opartą na mistyczno-zbrodniczej idei, zgodnie z którą to niewinne dzieci miały wyzwolić Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Jeszcze inne teorie mówiły o ofiarach pedofilii albo ekstremalnej biedzie, która zmusiła rodziców do wysłania własnego potomstwa z miasta w nadziei na jego ocalenie. Istnieje jednak jeszcze jedna hipotetyczna wersja wydarzeń. Według niej dramatyczne sceny, jakie rozegrały się przed wiekami w saksońskim mieście, są alegorią zapoczątkowanego wtedy historycznego procesu, który trwał odtąd niemal nieprzerwanie przez kolejnych siedemset lat. Tym procesem było Ostsiedlung – niemieckie osadnictwo na wschodzie. Jeśli legenda rzeczywiście opowiada o niemieckich emigrantach, brakuje jej zakończenia. Kilkaset lat później wielu potomków tych, którzy zdecydowali się na wyjazd, poturbowanych i moralnie skacowanych, musiało udać się w drogę powrotną, na zawsze porzucając wszystko to, czego dorobili się ich przodkowie.
„Poniemiecki” to słowo, które automatycznie przywodzi nam na myśl zachodnią Polskę – Szczecin, Wrocław, Zieloną Górę – albo wchodzące w skład dawnych Prus Wschodnich Warmię i Mazury. Z Niemcami kojarzy nam się też Śląsk Opolski – największe skupisko dzisiejszej mniejszości niemieckiej. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że niejedną wieś zamieszkałą jeszcze nie tak dawno przez Niemców można znaleźć również pod Łodzią i Warszawą, w Wielkopolsce i Małopolsce, na Mazowszu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie, a nawet Podlasiu i Suwalszczyźnie. Wszędzie tam, na ziemiach rdzennie polskich, w dziesiątkach, a nawet setkach miejscowości, do lat czterdziestych XX wieku żyli Niemcy. Czuli się Niemcami, mówili po niemiecku lub w plattdeutsch, dialekcie dolnoniemieckim, chodzili do niemieckich szkół i ewangelickich zborów. W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich na tych terenach zakończyła II wojna światowa, wywołana przez ich zaślepionych narodowosocjalistyczną ideologią rodaków z Rzeszy, którzy obiecali tym ludziom raj pod rządami Führera, uwikłali ich we współpracę z nazizmem, a często i jego zbrodnie, co doprowadziło do unicestwienia ich świata, pozbawiło ojczyzny i dorobku wielu pokoleń i zmusiło do ucieczki.
Choć to III Rzesza pogrzebała świat polskich Niemców, nasi przodkowie i nasze, rządzone wtedy przez komunistów, państwo również miało w tym swój udział. Na Niemców, niezależnie od tego, jak zachowywali się podczas wojny, spadły po 1945 roku masowe represje, zarówno oddolne, jak i ze strony władz. Polscy biskupi mieli rację, kiedy w liście do biskupów niemieckich z 1965 roku, ku oburzeniu władz i pamiętającego ogrom niemieckich zbrodni społeczeństwa, „przebaczali i prosili o wybaczenie”. Ci z naszych Niemców, którzy mimo wszystko zdecydowali się w Polsce zostać, woleli milczeć. Nie przekazywać ani wspomnień, ani języka, ani wiary, ani tym bardziej tożsamości. Nie chcieli. Bali się. Zbyt wiele przeszli. Podobnie jak ich ściągnięci do Polski przed wiekami przodkowie, oni również stali się zakładnikami Zeitgeistu – ducha czasów, w których żyli, zmieniającego się zawsze w zależności od pomysłów i interesów władców, polityków, ideologów i innych możnych tego świata.
Dziś o dawnej obecności kolonistów niemieckich świadczą głównie zapomniane, zarośnięte i zdewastowane cmentarze ewangelickie. W całej Polsce są ich setki. Najczęściej wystarczy rozejrzeć się po najbliższej okolicy, aby taki cmentarz odnaleźć. Pozostały też coraz trudniejsze do zidentyfikowania domy i gospodarstwa, które w 1945 roku przeszły na własność kogoś innego, a w dolinie Wisły i innych rzek: kanały, rzędy rosochatych wierzb i terpy – charakterystyczne sztuczne wzniesienia, które usypywano, aby ochronić dom przed powodzią. Tereny zalewowe, bagna i piaski odbierali przyrodzie pracowici i dobrze zorganizowani Olędrzy – wolni osadnicy, którzy począwszy od XVI wieku najpierw przybywali z Niderlandów, a później głównie z krajów niemieckich. To im zawdzięczamy zagospodarowanie tych terenów. Byli tylko jedną z napływających do Polski na przestrzeni dziejów fal osadnictwa niemieckiego. Ich inicjatorami nie byli sami emigranci, tylko ci, którzy owych Niemców na swoje ziemie zapraszali – władcy poszczególnych państw i właściciele ziemscy. Potrzebowali tych ludzi, aby zapewnić rozwój gospodarczy.
Przybysze z krajów niemieckich osiedlali się nie tylko w Polsce. Nieprzerwane, zapoczątkowane w IX, a na dobre w XIII wieku, i trwające przez co najmniej siedemset lat migracje niemieckie na wschód określa się czasami mianem Drang nach Osten – naporu na wschód. Jedni widzieli w tym pojęciu nierozumną, atawistyczną siłę, pchającą Niemców akurat w tym kierunku świata, inni – misterny i konsekwentnie realizowany polityczny plan, którego celem było zasiedlenie, a później podbój tej części Europy. W przededniu II wojny światowej w krajach leżących na wschód od Niemiec żyło kilka milionów Niemców, nie licząc tych, którzy mieszkali na terenach wchodzących obecnie w skład Polski i Rosji (obwód królewiecki). Niemcy żyli w czeskich Sudetach, na Słowacji, w rumuńskich Siedmiogrodzie i Banacie, w państwach bałtyckich, na Wołyniu, Krymie i stepach czarnomorskich, a nawet nad Wołgą, na Kaukazie i Ałtaju. Wszystkich ich zmiotła II wojna światowa.
Nie wszyscy Niemcy, którzy osiedlali się przez wieki na ziemiach polskich, zachowali swoją niemiecką tożsamość. Wielu, zwłaszcza ci, którzy byli katolikami, z upływem czasu stało się Polakami. Oni przetrwali wojnę, choć zdarzało się, że przymuszani do podpisywania niemieckiej listy narodowościowej, tak zwanej volkslisty, musieli wybierać między polskością a niemieckością. Dla większości z nich odległe niemieckie pochodzenie czy niemiecko brzmiące nazwiska nie mają znaczenia, choć zdarza się, że pod wpływem działaczy, naukowców bądź aktywistów zaczynają na nowo odkrywać swoje korzenie i pielęgnować pamięć o przodkach lub własną odrębność. Przykładem takiej grupy są poznańscy Bambrzy – potomkowie osiemnastowiecznych przybyszów z Frankonii, którzy spolonizowali się w czasie największej germanizacji w zaborze pruskim i wytrwali w swojej polskości i których zwyczaje, takie jak strój bamberski, stały się nieodłącznym elementem poznańskiej kultury. Do własnych korzeni, w tym specyficznego języka, wracają też mieszkańcy miasteczka Wilamowice pod Bielskiem-Białą. Choć nigdy nie uważali się za Niemców, ich przodkowie kilkaset lat temu przybyli na pogranicze Śląska i Małopolski z germańskiego kręgu kulturowego, a ich odrębna wilamowska tożsamość, na przekór wszystkiemu, przetrwała przez setki lat.
Ta książka opowiada zarówno o tych pierwszych, jak i o drugich. Jest zapisem podróży w czasie i do miejsc, w których przez wieki osiedlali się, żyli, gospodarzyli i współtworzyli Polskę niemieccy imigranci. „Jaką nicią chce pan związać te historie?” – zapytał jeden z moich rozmówców, gdy przedstawiłem mu koncepcję swojego reportażu. Nici są dwie: imigracja do Polski i germańskie pochodzenie przybyszów. W książce opowiadam o meandrach tożsamości migrantów z zachodu, ich zawiłych i nierzadko dramatycznych losach, o tym, co po nich pozostało, oraz o ludziach, którzy pamięć o nich próbują ocalić od zapomnienia, aby wyrazić szacunek za ich wkład w rozwój naszego kraju. Na łamach książki zabieram czytelniczki i czytelników na Żuławy, Pomorze i do Wielkopolski, na Mazowsze, Sądecczyznę, Podkarpacie, Śląsk, Lubelszczyznę i w okolice Łodzi. Będziemy szukać domów z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, resztek pamięci o kolonistach józefińskich w Galicji, Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Zapuścimy się również, przynajmniej intelektualnie, nad Wołgę, do Saksonii, Siedmiogrodu, Kanady, Paragwaju, łotewskiej Łatgalii i innych bliskich lub bardzo odległych miejsc, gdzie będziemy szukać siedmiogrodzkich Sasów, braci morawskich, mennonitów i spolonizowanych bałtyckich Niemców.
Jednocześnie jest to książka o doświadczeniu migracji. O wyborach, przed jakimi stają migranci, o asymilacji bądź izolacji i upartym trwaniu przy swoim. O skażonej złem ludzkiej naturze oraz nikczemnych politykach i ideologiach, które albo każą w migrantach widzieć obcych, albo w imię własnych interesów i wyobrażeń próbują ich na siłę w owej obcości utwierdzać.
Książka składa się z siedmiu rozdziałów. Pierwsze sześć to portrety wybranych, różniących się od siebie miejsc/regionów/społeczności, których historia związana jest z niemieckim lub – szerzej – germańskim osadnictwem. Ostatni rozdział ma wymiar osobisty, bo tak się składa, że dzieje niemieckich kolonistów to również część dramatycznej historii mojej własnej rodziny. Historii skrzętnie skrywanej, którą dopiero niedawno odkryłem i zrekonstruowałem.
Podczas pracy nad tą publikacją spotkałem wielu życzliwych ludzi, którzy bardzo mi pomogli w moich wysiłkach, czy to poprzez podzielenie się swoją wiedzą i refleksjami, nakierowanie na właściwe tory, czy też wskazanie odpowiedniej literatury. Chciałbym im za to bardzo podziękować. Spotkania i rozmowy z wieloma z tych osób znalazły odzwierciedlenie w tekście. Dziękuję Witoldowi Błażowi, księdzu Michałowi Bogucie, Gabrielowi Boguckiemu, Zdzisławowi Brzykcemu, Antoniemu Chorążemu, księdzu biskupowi Janowi Cieślarowi, Tomaszowi Ciołkowskiemu, Wandzie Falk, Eugeniuszowi Fuchsowi, Karlowi Günterowi Fuchsowi, Łukaszowi Giertlerowi, Andrzejowi Kaliszowi, Piotrowi Kirschowi, Sławomirowi Kowalskiemu vel Schmidtowi, Antoniemu Krohowi, Tymoteuszowi Królowi, Danucie Kubicy, Andrzejowi Kublowi, Magdalenie Licy-Kaczan, Wojciechowi Marchlewskiemu, Tomaszowi Markiewiczowi, Ewie Michalskiej, Wincentemu Muthowi, Dorocie Nieznalskiej, księdzu Eugeniuszowi Nyczowi (zmarłemu w 2025 roku), Sebastianowi Piątkowskiemu, Annie Plenzler, Marii Magdalenie Pocgaj, Karolowi Pospiszyłowi, Ewie Pustole-Kozłowskiej, Mariuszowi Jerzemu Raniszewskiemu, Mai Rausch-Purzyckiej, Janowi Rodakowi, księdzu Wojciechowi Rutkowskiemu, Jozefowi Šedzie, Ryszardowi Skibińskiemu, Marcinowi Solarzowi, Michałowi Stachowiakowi, Krzysztofowi Strachocie, Jerzemu Szałyginowi, wiceprezesowi IPN Mateuszowi Szpytmie, Hannie Szurczak, Pawłowi Szutowowi, Michałowi Umińskiemu, Tadeuszowi Wodzińskiemu, Celinie i Edwinowi Zelentom, Andrzejowi Zielińskiemu, Przemysławowi Zielnicy oraz Małgorzacie i Marcinowi Złomskim.
Chciałbym też szczególnie podziękować pięciu kobietom: mojej mamie za dzielenie się ze mną szczątkami wspomnień, które przekazała jej moja babcia Janina Wiśniewska; mojej kuzynce Doris Etienne z Kanady, bez której nie dowiedziałbym się tego, czego się dowiedziałem; moim córkom Julii i Soni za dzielne towarzyszenie mi podczas wypraw po Polsce; oraz mojej żonie Andrei – za wszystko.
Trzeba mi grodzić sad,
Trzeba mi zboże młócić!
Przyszedłem na ten świat –
I nie chcę go porzucić!…
Bolesław Leśmian, W słońcu
Ta muzyka jest po niemiecku. Nie zrozumie jej pan.
Oscar Wilde, Mąż idealny
– Ten dom to po Niemcach, ale czy oni byli z tych oleandrów, to nie powiem, bo nie wiem.
Pani Stanisława tylko przez chwilę wahała się, czy zaprosić nas do środka. Pewnie gdybym był sam, miałaby większy dylemat, ale gdy ojcu w wyprawie towarzyszy nastoletnia córka, zaskoczenie i nieufność z reguły pryskają w okamgnieniu. Powodem, dla którego zakłóciliśmy sobotnie popołudnie starszej pani – mieszkance niewielkiej wioski Krusze położonej na Kociewiu, niedaleko Świecia w województwie kujawsko-pomorskim – był ceglany dom znajdujący się na jej posesji na niewielkim sztucznym wzniesieniu. Właśnie takich budynków, choć raczej drewnianych, szukaliśmy. Cóż, dobre i to, pomyślałem, pukając do drzwi klockowatego piętrowego domu stojącego tuż obok, na tym samym podwórku. Przypadkowe najście okazało się strzałem w dziesiątkę.
– Jak to nie ma w Kruszach drewnianych domów? – Staruszka nie mogła ukryć zdziwienia, gdy z żalem stwierdziłem, że wjeżdżając do wsi, żadnych nie zauważyliśmy. – Jedźcie w stronę Komorska. Po prawej stronie będą dwa, a potem na samym wjeździe jeszcze jeden, taki duży. A potem zawróćcie, w Lubieniu skręćcie w lewo i w kolejnych wioskach znowu kilka znajdziecie. Koniecznie obejrzyjcie jeszcze lubieński kościół i młyn w Grucznie. – Z precyzją, która świadczyła nie tylko o doskonałej pamięci, ale i godnej pozazdroszczenia orientacji w terenie, pani Stanisława szybko udzieliła nam wskazówek topograficzno-krajoznawczych, po czym przeszła do opowieści o domu, splecionej z historią własnej rodziny i okolicy, do której sto lat temu los przywiódł z Lubelszczyzny jej rodziców, rzucając ich pośród zamieszkujących wtedy te tereny Niemców.
– A jak to było z tymi Olędrami? – przerywam jej opowieść.
– Jedźcie do Chrystkowa, do tej zagrody olęderskiej, to wam powiedzą. Ja też raz byłam, z wycieczką z klubu seniora, to się wszystkiego dowiedziałam. I jak domy na wzgórkach stawiali, żeby ich nie zalewało, i jak wierzby sadzili, żeby wodę ściągały, i że zwierzęta na strychu trzymali, jak przyszła powódź. Koniecznie jedźcie!
Krusze, po niemiecku Krusch, leżą w powiecie świeckim, kilka kilometrów od lewego brzegu Wisły, niedaleko Grudziądza. Pewnego ponurego styczniowego dnia zawiodły mnie tam poszukiwania Olędrów[1]– tajemniczych przybyszów z Niderlandów i Niemiec, którzy kilkaset lat temu nie tylko mocno wrośli w polską rzeczywistość, ale też aktywnie ją współtworzyli; pozostawili po sobie widoczne do dziś ślady, o czym dopiero teraz, po latach amnezji, zaczynamy sobie przypominać.
Od kiedy sięgam pamięcią, drewniane chałupy działały na mnie jak magnes. Nie wiem dlaczego. Już w liceum włóczyłem się po okolicznych wsiach i namiętnie je fotografowałem. Szczególnie lubiłem te kryte strzechą. Porośnięte mchem, zmurszałe, przygniecione do ziemi, chylące się ku upadkowi. Z każdym rokiem było ich coraz mniej. Dziś większość istnieje już tylko na fotografiach. Wtedy jeszcze nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi. Zagaić, pociągnąć za język, wydobyć zapomnianych historii, których często ich najbliżsi nie chcieli słuchać. Pewnie wydawały się zbyt banalne. Nie miałem też pojęcia, że są ludzie, których praca polega na włóczeniu się po wsiach, rozmawianiu z ludźmi i wyciąganiu na tej podstawie wniosków na temat tego, co mają oni w głowach albo jak się identyfikują, a potem opisywaniu swoich ustaleń i dyskutowaniu o nich z innymi. Dopiero gdy już na dobre zadomowiłem się na ulicy Żurawiej w Warszawie, gdzie mieści się Instytut Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, odkryłem, że istnieje coś takiego jak etnologia czy też antropologia kulturowa. Co prawda raz wybranego kierunku studiów nie zmieniłem, ale pociąg do włóczenia się po wsiach, gadania z ludźmi i fotografowania rozwalających się chałup nigdy mnie nie opuścił. Nie mogłem oczywiście również wiedzieć, że prawie trzydzieści lat później zamienię się w etnologa amatora, uganiającego się po wsiach w poszukiwaniu Olędrów, o których jeszcze wtedy nie miałem bladego pojęcia. Człowiek, z którym pewnego dnia spotkałem się przy warszawskim Placu Trzech Krzyży, to, kim owi Olędrzy są, a raczej – byli, wiedział co najmniej od połowy lat dziewięćdziesiątych.
Jerzy Szałygin, etnolog z zamiłowania i wyboru i autor strony internetowej holland.org.pl, który był moim pierwszym rozmówcą, gdy zacząłem badać temat Olędrów, trafił na nich przypadkiem. Podobnie zresztą jak prawie wszyscy dzisiejszy olędromaniacy, których z roku na rok jest coraz więcej. Prowadził badania etnologiczne w Puszczy Kampinoskiej. Ich wyniki miały stać się punktem wyjścia do stworzenia skansenu poświęconego ludowemu budownictwu z tego właśnie, położonego na zachód od Warszawy terenu, na którym po wojnie powstał Kampinoski Park Narodowy. Wędrując po wioskach położonych między Kampinosem a Wisłą, Szałygin zaczął uświadamiać sobie, że coś tu nie gra. Że jeszcze nie tak dawno żyli tu zupełnie inni ludzie niż za miedzą, a właściwie skarpą wiślaną, oddzielającą żyzne tereny zalewowe od położonych powyżej typowych mazowieckich piasków. Że nie tylko różnili się od swoich sąsiadów językiem, religią i tradycjami, ale też sposobem gospodarowania. Mieli inne domy, inne zagrody i wyjątkową kulturę, po której zostały tylko strzępy – zarośnięte cmentarze, niszczejące albo użytkowane dziś przez katolików świątynie ewangelickie oraz wyjątkowo piękne drewniane domy, zamieszkane obecnie przez kogoś innego.
O osadnictwie olęderskim polska nauka oczywiście wiedziała. Pisano o nim już na przełomie XIX i XX wieku, ale w PRL-u nie było wielu chętnych do zajmowania się podejrzanymi holendersko-niemieckimi osadnikami, których historię brutalnie i – jak się zdawało – raz na zawsze przerwała wojna. Szałygin, odkrywszy temat, stracił apetyt na puszczańskich chłopów kampinoskich i zafascynowany kompletną odmiennością kultury Olędrów – zarówno tej materialnej, duchowej, jak i społecznej – zajął się tematami olęderskimi, stając się wkrótce olęderskim trendsetterem Mazowsza XXI wieku. Kontynuował w pewnym sensie dzieło innego etnologa – swojego przyjaciela ze studiów, Wojciecha Marchlewskiego, który kilka lat przed nim zainteresował się Olędrami, głównie tymi wyznania mennonickiego. Ze studentami etnologii Szałygin w latach dziewięćdziesiątych zaczął zbierać opowieści o osadnikach od ostatnich pamiętających ich mieszkańców, przede wszystkim jednak inwentaryzować i opisywać wciąż istniejące jeszcze wtedy domy. Część została zresztą opisana wcześniej, trzeba było tylko sprawdzić, w jakim stanie są obecnie. Szałygin wraz z ekipą wynajdywał je, mierzył, sporządzał plany, ustalał, z jakiego drewna zostały zbudowane, jak są usytuowane względem kierunków świata, jaki mają układ pomieszczeń, czy zachowały się w nich stare piece, w jakim stanie są zabudowania gospodarcze. W efekcie powstał jedyny w swoim rodzaju olęderski katalog – pieczołowicie zebrana lista miejscowości, w których Olędrzy mieszkali, wraz z opisami poszczególnych domostw, cmentarzy, informacjami o domach modlitwy i elementach krajobrazu, które po nich odziedziczyliśmy. Poza książką powstała też strona internetowa, którą sfinansowała ambasada Niderlandów, początkowo zdziwiona faktem, że w Polsce mieszkali kiedyś jacyś niby-Holendrzy. Strona istnieje do dziś. W przeciwieństwie do wielu domów, po których pozostało tylko wspomnienie i etnograficzne opisy.
Szałygin doskonale o tym wie, ale nie ma w nim żalu. Raczej pogodzenie się z polską biurokratyczno-administracyjną niemocą, która często tylko na papierze dba o zabytki. Może badacz odczuwa nawet pewien rodzaj satysfakcji, że stało się to, co przewidywał? Choć później zajął się trochę innymi tematami, sentymentu do Olędrów najwyraźniej nie stracił.
– Był pan w skansenie w Wiączeminie?
– Byłem.
– A w Nieszawce?
– Jeszcze nie, ale się wybieram.
– To dobrze. Ten w Nieszawce jest trochę bardziej „kanoniczny”. Trzeba koniecznie obejrzeć. I niech pan jedzie do Nowego Troszyna. I jeszcze do Wilkowa nad Wisłą. I Secymina. I Wymyśla. I koniecznie do Pomocni pod Nowym Dworem Mazowieckim, bo jest tam jedyny w Polsce olęderski dom glinobity. Jak pan chce, to możemy się kiedyś razem przejechać śladami olęderskich domów. Chętnie wyrwę się z Warszawy, jak zrobi się trochę cieplej.
Notowałem skrzętnie. A potem przestudiowałem szczegółowy wykaz zabytków na stronie internetowej holland.org.pl, opracowany w ramach olęderskiego projektu. I zacząłem jeździć, choć z Szałyginem się nie złożyło, bo na lepszą pogodę nie miałem czasu. Pojechałem i do Troszyna, i do Wilkowa, i do Secymina, i do Wymyśla. Do Pomocni zresztą też, podobnie jak do wielu innych wymienionych i opisywanych przez mojego rozmówcę miejscowości położonych między Warszawą a Płockiem. W końcu, w poszukiwaniu ducha olęderskich osad, dotarłem pod Toruń, Grudziądz i Nowy Dwór Gdański na Żuławach, a więc do matecznika Olędrów, zahaczywszy po drodze o Wielkopolskę, do której dotarło ich szczególnie wielu. Prawdziwych Olędrów znalazłem co prawda tylko raz, bo prawie wszystkich bezlitośnie zmiotła ostatnia wojna, ale odkryłem resztki świata, który stworzyli, i spotkałem ludzi, którzy ten świat z wielką pasją próbują zachować, a nawet odtworzyć.
Gdy w Google Maps wstuka się słowo „Holendry”, na ekranie pojawi się kilkadziesiąt miejscowości noszących taką nazwę. Są Holendry Kuźmińskie, Baranowskie, Strzeleckie, Bytońskie, Myśliborskie i jeszcze kilka innych. Albo po prostu Holendry. Są też Olędry i Olendry. Wszystkie te miejscowości założyli Olędrzy. Jest też wiele Kęp: Tarchomińska, Zawadowska, Gruszczyńska, Okrzewska, Oborska, Podwierzbiańska, nie mówiąc już o Saskiej, tej na warszawskiej Pradze. Wiele wiosek noszących tę nazwę, wywodzącą się zresztą od niemieckiego słowa „Kämpe” (wzniesienie, pagórek), też założyli Olędrzy. I są wreszcie wsie „polskie”: Wiączemin Polski, Dziekanów Polski, Wymyśle Polskie, Troszyn Polski. Przykłady można by mnożyć. Gdy w ich okolicach znajdziemy miejscowość noszącą tę samą nazwę, tyle że z innym przymiotnikiem, na przykład „nowy”, „nowa” czy „nowe”, możemy być pewni, że założyli ją właśnie Olędrzy, a tę pierwszą ochrzczono jako „polską” dla odróżnienia. Żeby nikt nie miał wątpliwości. Gdybyśmy pojechali w tamte okolice przed 1945 rokiem, nie znaleźlibyśmy ani Nowego Troszyna, ani Nowego Wymyśla, ani Dziekanowa Leśnego. Trafilibyśmy za to do Troszyna Niemieckiego, Wymyśla Niemieckiego i Dziekanowa Niemieckiego – wsi założonych przez Olędrów. Ich nazwy zmieniono po wojnie w ramach bezwzględnej walki z „niemczyzną” i zacierania wszelkich śladów po dawnych przybyszach z Zachodu.
Holendrzy mówią, że świat stworzył Pan Bóg, a Holandię – Holendrzy. Z polskimi Olędrami było podobnie, choć jako ludzie głęboko wierzący kierowali się w swoim życiu raczej nie pychą, tylko boskim nakazem z Księgi Rodzaju, aby czynić sobie ziemię poddaną. To właśnie religia z jednej strony, a chęć zysku z drugiej, splótłszy się ze sobą nierozerwalnie w sprzyjających okolicznościach, dały początek olęderskiej historii. Zaczęła się ona na Żuławach, należących wówczas do Gdańska, który po wyrwaniu się z rąk krzyżackich w XV wieku i połączeniu z I Rzeczpospolitą cieszył się przywilejami i bogacił dzięki handlowi zbożem wysyłanym między innymi do Niderlandów. Zaradnych gdańskich kupców i patrycjuszy drażnił fakt, że tuż obok miasta, w delcie Wisły, marnują się całe połacie żyznych ziem, których nikt ani nie chciał, ani nie umiał zagospodarować. Cykliczne powodzie niweczyły wysiłki miejscowych chłopów, których próbowano tam osiedlać. Potrzebne było know-how i ludzie, którzy nie zawahaliby się rzucić wyzwania wodnemu żywiołowi.
„I oto holendrzy – pisał na początku XX wieku historyk Ignacy Tadeusz Baranowski, który specjalizował się w nowożytnej historii gospodarczej Polski – gdy im już w ziemi rodzinnej stawało się ciasno, rozpoczęli pochód na wschód, zdobywając dla uprawy bagniste równiny, dotąd wcale lub słabo tylko uprawione. Koloniści holenderscy rozpraszają się więc przede wszystkim po nizinach północnoniemieckich, a zdobywszy je dla uprawy, docierają nareszcie nad ujścia Wisły, by zagospodarować niziny kaszubskie”[2]. Nie stało się to jednak ot tak. Holendrów na Żuławy ściągnęli Gdańszczanie, wykorzystując swoje kontakty handlowe w Niderlandach. Działo się to w drugiej połowie XVI wieku. Nie tylko głód ziemi, ale i przyczyny religijne przyciągnęły osadników do Polski. Pierwsi przybysze byli mennonitami, prześladowanymi w mało tolerancyjnych wówczas Niderlandach wyznawcami radykalnej odmiany protestantyzmu, którym gdańscy emisariusze złożyli propozycję nie do odrzucenia – wolność w wyznawaniu religii i ziemia w dzierżawę w zamian za zagospodarowanie Żuław.
Proste jak strzała kanały, pola płaskie jak stół, trytwy, czyli drogi biegnące groblami, rzędy majestatycznych rosochatych wierzb, których ani na Żuławach, ani na Mazowszu nie było, dopóki nie przybyli tam obcy osadnicy. I terpy – sztucznie usypane pagórki, na których zaprawieni w bojach z wodą osadnicy wznosili swoje domy. Gigantyczny wysiłek Holendrów, których z czasem w polskich warunkach przerobiono na „Olędrów”, widać po dziś dzień. Wystarczy przejechać się po okolicach Nowego Dworu Gdańskiego czy Malborka, aby poczuć się jak na wydartym morzu holenderskim polderze. Osadnicy bardzo szybko urządzili się w okolicach Gdańska. Założyli wsie, zbudowali domy modlitwy, zaczęli czerpać zyski z żyznej dzierżawionej ziemi, która przynosiła też dochody jej właścicielom – miastu albo lokalnej szlachcie.
Fama o świetnych fachowcach i porządnych, pracowitych gospodarzach z prędkością błyskawicy, a już co najmniej sunących Wisłą tratw i barek ze zbożem i drewnem, rozniosła się po Rzeczpospolitej. Ucha nadstawiali przede wszystkim właściciele nadrzecznych bagien i cyklicznie zalewanych łąk, którzy nie mogli znieść, że wielkie połacie żyznych nadrzecznych terenów porastają jedynie krzaki. Na efekty nie trzeba było długo czekać. „Nie było żadnego powodu, by holendrzy, którzy tak pomyślnie zagospodarowali nizinne grunta Prus Królewskich, nie mieli posunąć się w górę z biegiem Wisły. […] W ten sposób już w początkach wieku XVII oba brzegi Wisły pomiędzy Toruniem i Włocławkiem usiane zostały koloniami holenderskimi. Z jaką szybkością posuwali się holendrzy w górę Wisły, świadczy fakt, że w roku 1624 rozpoczynają rokowania w sprawie osiedlenia się na Saskiej Kępie pod Warszawą”[3]. Innych osadników osiedlano także w Wielkopolsce, nad Wartą i Notecią, a nawet nad Bugiem, w okolicach Włodawy. Osadnictwo wyhamowało co prawda po potopie szwedzkim, ale w drugiej połowie XVIII wieku odżyło na nowo. W Rzeczpospolitej wciąż było pełno ziem do zagospodarowania, a dodatkowym czynnikiem przyciągającym osadników stało się przywrócenie w 1768 roku tolerancji religijnej. Podaż nie nadążała za rosnącym popytem. Właściciele ziemscy prześcigali się w ściąganiu kolonistów, ale rosnące w siłę i bogacące się kupieckie Niderlandy nie mogły już stanowić dla nich zaplecza demograficznego. Ich mieszkańcy znajdowali teraz zajęcie w handlu zamorskim, a jeśli już gdzieś się osiedlali, to nie na wschodzie, tylko w holenderskich koloniach w Nowym Świecie albo Indochinach. To właśnie wtedy osadnicy holenderscy pojawili się w południowej Afryce, dając początek Burom – religijnym, pracowitym i upartym rolnikom, którzy zawojowali tamtejszy busz, od zera stworzyli gospodarkę rolną, a nawet własne państwa, a sto lat później dzielnie stawili czoła próbującym ich podbić Brytyjczykom. Choć w Polsce osadników z przyzwyczajenia wciąż nazywano Olędrami, teraz przybywali głównie z krajów niemieckich. Nie byli już mennonitami, tylko w większości ewangelikami, choć byli wśród nich i katolicy. Dla posiadaczy ziemskich – czy to prywatnych, czy kościelnych, czy dzierżawców królewszczyzn – nie miało to znaczenia. Stosowano wobec nich te same sprawdzone zasady, które miały nawet własną nazwę – prawo olęderskie. Z czasem zaczęto na tym prawie osadzać nawet ludzi polskiego pochodzenia. Nie liczyła się narodowość i religia. Liczył się zysk i święty spokój, który właścicielowi gruntu zapewniały umowy zawierane z osadnikami. Dawano im ziemię w wieczystą dzierżawę, gwarantowano wolność osobistą i religijną oraz pełny samorząd. Pozwalano też zakładać własne kościoły i domy modlitwy oraz szkoły, które często mieściły się w tym samym budynku. Przez pierwszych parę lat, dopóki w pocie czoła nie wykarczowali lasu, nie zbudowali kanałów odwadniających, domów i zabudowań gospodarczych, zwalniano ich ze wszelkich opłat na rzecz właściciela. Gdy ten okres minął, do obowiązków Olędrów należało solidarne płacenie czynszu właścicielowi gruntu, wywiązywanie się ze zobowiązań podatkowych wobec państwa i Kościoła katolickiego oraz budowa i konserwacja wałów przeciwpowodziowych i kanałów odwadniających. Ale pańszczyzny odrabiać nie musieli. Za wszystkie zobowiązania olęderskie gmina odpowiadała wspólnie, jako całość. Kto się wyłamał z obowiązujących zasad, musiał liczyć się nie tylko z ostracyzmem społecznym, ale i poważnymi konsekwencjami, łącznie z wydaleniem. Chyba że gradobicie, powódź albo przymrozki zniszczyły mu plony – wtedy przypadającą na niego część opłaty uiszczali inni. Olędrzy sami sobie wybierali sołtysa i ławników, a zasady rządzące daną społecznością spisywali w wilkierzach – swoistych konstytucjach poszczególnych osad, z których wiele zachowało się do dziś. Niby nic szczególnego, ale jak na tamte czasy były to rozwiązania rewolucyjne, szczególnie w zestawieniu z królującym wówczas w Polsce zacofanym i niewydajnym systemem pańszczyźnianym.
„Piece kaflowe mieli z takimi koronami jak w jakichś zamkach czy pałacach – mówili etnologom mieszkańcy okolic Płocka, którzy pamiętali jeszcze Olędrów. – Na ścianach namalowane obrazy z widokami w dekoracyjnych ramach i kolumny, a na sufitach kwiaty w wazonach w miejscach, gdzie później wisiał żyrandol. Meble też były całe w kwiatach albo z gzymsami rzeźbionymi w lwie głowy lub kiście winogron. Nie bali się kolorów i mazerunków. Wszystko mieli większe i wszystkiego więcej”[4]. U Olędrów nic nie było przypadkowe. Wielkie, solidne domy, budowane z drewna sosnowego albo topolowego na terpach. Często pod wspólnym dachem mieściły część mieszkalną i gospodarską – żeby gospodarze mieli blisko do inwentarza i w czasie powodzi nie musieli wychodzić na zewnątrz, aby zrobić obrządek. Zbudowane równolegle do rzeki i zgodnie z jej nurtem – najpierw dom, potem obora, żeby – jeśli nastąpi powódź – woda najpierw wlała się domu, a nie obory, i nie zanieczyściła domostwa, ale rozniosła nawóz po ogrodzie i polu, użyźniając je. Z ogromnymi dachami i gigantycznymi strychami, na które w razie naprawdę groźnego wylewu rzeki można było, niczym do arki Noego, po specjalnych schodach albo pochylniach wprowadzić bydło, konie i inne zwierzęta. Otoczone rosochatymi wierzbami, które wyciągały z ziemi nadmiar wody, a podczas wiosennych roztopów zatrzymywały krę, by ta nie narobiła w gospodarstwie szkód, i które – ogławiane, czyli przycinane co parę lat – dostarczały drewna na opał. Domy i pola ogradzano plecionymi w specjalny sposób wierzbowymi płotami, które przepuszczały wodę, ale zatrzymywały użyźniający pola rzeczny namuł. Nie sposób nie patrzeć na olęderskie dziedzictwo z podziwem i szacunkiem dla ludzi, którzy z jednej strony rzucili przyrodzie zuchwałe wyzwanie, z drugiej – znaleźli sposób, aby ułożyć sobie z nią stosunki. Gdy w XIX wieku zaczęto wznosić pierwsze duże wały przeciwpowodziowe, zdarzało się, że Olędrzy protestowali. Nie bali się wylewającej rzeki, która nawet dziś, otoczona z obu stron solidnymi wałami i płynąca przez to jakby w tunelu, budzi respekt, szczególnie wczesną wiosną, gdy niesie powyrywane z korzeniami pnie drzew. Bali się, że nowoczesność, której niczym amerykańscy amisze wcale do szczęścia nie potrzebowali, zniszczy ich dotychczasowe życie i pozbawi dochodu.
Większość ówczesnych polskich chłopów mogła co najwyżej pozazdrościć Olędrom umiejętności gospodarowania i warunków życia. Czy oznacza to, że ci pierwsi byli w czymś gorsi od Olędrów? Nie. Uczyli się trochę od nich. Ot, choćby sadownictwa, uprawy warzyw, ziemniaków, hodowli krów dających dużo więcej mleka niż polskie mućki czy produkcji serów, z których Olędrzy słynęli. Ale chłopom brakowało motywacji, żeby zmieniać swój los. A bo i po co? Nie mieli przecież dwóch podstawowych rzeczy, które zapewniają człowiekowi jaką taką godność i sprawiają, że nie tylko chce mu się żyć, ale i do czegoś dążyć – wolności i własności. Dopiero zniesienie pańszczyzny to zmieniło. Dało chłopom nadzieję i poczucie własnej wartości, które ich sąsiedzi, Olędrzy, mieli już od dawna. O tej olęderskiej godności mówił mi Mariusz Jerzy Raniszewski, kulturoznawca i badacz Urzecza – mikroregionu leżącego po obu stronach Wisły, na południe od Warszawy, który zaistniał w świadomości mieszkańców dopiero w ostatnim czasie, dzięki staraniom właściwie jednego zapaleńca, Łukasza Maurycego Stanaszka. Badacz opisał ten obszar, określił jego granice i go wypromował.
– Urzecze nie powstałoby bez Olędrów – mówił Raniszewski. – To oni zagospodarowali tereny zalewowe. Byli jedną z trzech grup kulturowych tworzących Urzecze. Oprócz nich na tutejszą mozaikę społeczną składali się jeszcze oryle, czyli wiślańscy flisacy, i Mazurzy, czyli mazowieccy chłopi. Podobnie jak na oryli, na Olędrów patrzono jako na odrębną grupę, kogoś obcego, innego. Od chłopów różnili się językiem, wyznaniem, strojem, sposobem życia. No i poczuciem własnej wartości, której rzecz jasna chłopom brakowało. – Jak opowiadał mi Raniszewski, okoliczna szlachta nie cierpiała Olędrów, których traktowała jak chłopów. Oni byli jednak ludźmi wolnymi i szlachcie czapkować nie zamierzali. „Kraina wolnych ludzi”. Tak Raniszewski zatytułował nawet serię artykułów i oprowadzań kuratorskich towarzyszących wystawie o Urzeczu, która powstała kilka lat temu i po raz pierwszy została pokazana w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.
Ale to chłopi przetrwali, a Olędrów, podobnie zresztą jak oryli, zmiotła historia. Został po nich holenderski krajobraz: rzędy rosochatych wierzb, trochę opuszczonych zborów i nieliczne domy, których los ułożył się bardzo różnie. Zależnie od tego, w czyje ręce trafiły. Takich właśnie domów szukałem, włócząc się po Polsce, żeby poczuć i zrozumieć olęderską specyfikę.
– Wie pan, gdzie mogę znaleźć taki dom?
Dwudziestolatek chwilę wpatruje się w ekran smartfona, ale nic nie kojarzy.
– Zara ojca zapytam.
Znika w piętrowym domu, pozostawiając mnie na pastwę kilku niewielkich, ale zajadłych kundli, które chwilę wcześniej odpędzał nogami, przeszkadzając im w wypełnianiu psiego obowiązku, tym bardziej odpowiedzialnego, że stojąca samotnie wśród łąk i kanałów posesja nie jest ogrodzona. Na szczęście za chwilę z domu wygląda ojciec, na oko czterdziestokilkuletni. Włosy przyprószone siwizną, okulary, w ustach papieros. Gestem zaprasza do środka. W to mi graj, bo wieje niemiłosiernie. Na dodatek zacina śnieg z deszczem. Do Sadów – położonej tuż nad Wisłą niewielkiej wioski w powiecie płockim – przyjechałem w połowie stycznia. Chciałem znaleźć winkelhof – zagrodę olęderską z domem i oborą ustawionymi nie w jednej linii, jak w najczęściej spotykanym langhofie, tylko pod kątem prostym. Jego zdjęcie i opis znalazłem na stronie Szałygina.
– Na Sadach takiego nie ma – stwierdza stanowczo mężczyzna. Ale potem wpatruje się znowu i coś mu jednak świta w głowie. – To ten ichni kościół był. Poznaję. Za mostem musisz pan jechać w prawo, potem jakiś kilometr i zaraz będzie cmentarz i taka górka. Tam stał. Po powodzi wzięli i rozebrali go, bo już się do niczego nie nadawał. Czepiali się ich potem, bo to niby zabytek, ale wójt wybronił.
Rozmowa, jak to w takich sytuacjach bywa, schodzi na codzienne sprawy. Gospodarz najwięcej opowiada o powodzi. Tej z 2010 roku, kiedy woda przerwała wały i zalała całą okolicę. Przed kataklizmem dużo było jeszcze starych chałup. Ale powódź naruszyła i przyszło rozebrać. Byli też tacy, co po powodzi zarzucili gospodarkę. Nie opłacało się.
Pytam o przedwojennych mieszkańców. Mój rozmówca mówi tylko, że ze dwadzieścia lat temu jakieś Niemce przyjechali na motorach, pewnie zobaczyć dom dziadków, ale nie szło się z nimi dogadać. Jakby babka żyła, to by więcej powiedziała, bo u tych gospodarzy służyła. Nietrudno się domyślić, że gdy tamci uciekli, wprowadziła się do ich domu i tak już zostało. To bardzo częsty schemat w olędersko-poniemieckich wsiach. Podobno zdarzało się nawet, że gdy weszli Sowieci, a miejscowi Niemcy jeszcze nie wyjechali, zamieniano się rolami: Polacy zajmowali dom i stawali się gospodarzami, a dotychczasowi właściciele – służbą.
Pytam, czy mogę obejrzeć stary dom. Mężczyźni nie oponują. Stoi jakieś pięćdziesiąt metrów od nowego, na wąskiej, podłużnej terpie, najwyraźniej podmytej trochę przez ostatnią powódź. Wygląda jak jakiś upiorny zamek z horroru. Spróchniałe ściany, zapadnięty, przeciekający dach. Wszystko powykrzywiane i chylące się ku upadkowi. Dookoła walają się śmieci i jakieś żelastwa. Przykry widok. Chcieli rozebrać na opał, ale konserwator się nie zgodził, więc tak sobie stoi, czekając na ostateczny upadek. Przed odjazdem jeszcze zakopuję się w błocie, ale gospodarz z synem sprawnie wypychają samochód. Jadę we wskazane miejsce. Dom modlitwy faktycznie nie istnieje. Zostały fundamenty i zarośnięty cmentarz. Już po powrocie doczytuję, że był to najstarszy mennonicki dom modlitwy na Mazowszu. Z 1806 roku. Przetrwał dwie wojny światowe i wiele powodzi. Poszedł na opał. Winkelhofu, którego szukałem, a który mój rozmówca, jak się potem okazało, pomylił z domem modlitwy, też już nie ma.
Jakieś sześćdziesiąt kilometrów na wschód są jeszcze jedne Sady. Pod Nowym Dworem Mazowieckim, tuż przy powstającej właśnie trasie S7. I tu kiedyś mieszkali Olędrzy. Trafiam tam na jeden olęderski dom. Ostatni w tej wsi. Dawniej pewnie górował nad gospodarstwem, bo wzniesiono go na słusznych rozmiarów terpie. Teraz kryje się wśród długo nieprzycinanych drzew owocowych i orzechów włoskich, mniej więcej pięćdziesiąt metrów od głównej drogi. Jeszcze stoi, ale i jego dni są policzone. Tak jak jego właściciela.
Muszę się trochę natrudzić, żeby przekonać pana Karola do rozmowy. Początkowo stoi na ganku i tylko zdawkowo odpowiada. Co chwila pokasłuje, proponuję więc, żebyśmy schowali się w środku. Waha się, ale w końcu wchodzimy. Dom jak ze skansenu. Gigantycznych rozmiarów kuchnia kaflowa, ogrzewająca także sąsiedni pokój. W pomieszczeniu obok – czarna kuchnia, gdzie gotowano na otwartym ogniu i wędzono. Z sieni wejście do obory, stanowiącej przedłużenie domu. Tyle że wszędzie nieporządek i ruina. Podłoga się zapada, ściany pokrzywione i zniszczone, piec kopci i dymi, bo – jak mówi pan Karol – pewnie zapchany.
– Z czyszczeniem nie będę się cackał. Wezmę szmatę z benzyną, wsadzę do pieca i podpalę. Sadze się spalą i będzie po sprawie. Mnie tam już wszystko jedno. Ja mam podobno siedem raków. Tak lekarze gadają. Po udarze jestem, głowa trochę nie ta, grunt, że nie boli. Ale samochodem jeszcze jeżdżę. Tylko że teraz zasypało, a wcześniej te sukinsyny, co budują tę trasę, zagrodzili wyjazd i przez miesiąc nie mogłem się ruszyć z domu. Do szpitala ani przytułku nie dam się położyć. Tam jak wejdziesz, to już nie wyjdziesz. Już wolę tu. Co będzie, to będzie. Tylko dopompować krwi czasem jeżdżę.
Do Sadów przyjechał jako siedmiolatek. Z Wołynia, skąd jeszcze w 1943 roku przed banderowcami uciekła jego rodzina. Z matką, dziadkiem i rodzeństwem uciekał. Ojciec wtedy siedział w obozie jenieckim. Dołączył do nich po wojnie. Nie pamięta poprzednich właścicieli. Co tam siedmioletni smarkacz może pamiętać? Wie tyle, że mieszkał tu jakiś Brokopp, podobno kawał świni. Polaków gnębił. Po wojnie gdzieś go dopadli. Za stracone czterdzieści hektarów na Wołyniu rodzice dostali szesnaście tu i ten dom. Wujek zainstalował się w sąsiednim. Gospodarzyli tu do końca życia. W 1947 roku, jak Wisła wylała, to wszystko pływało. U nich woda tylko do pieca sięgnęła, ale wujek parę dni na strychu siedział. Potem wał zbudowali i się uspokoiło.
– Pisz pan, pisz! Ja też jedną książkę kiedyś napisałem. O zastosowaniu pasów transmisyjnych. Oddałem do ministerstwa, ale nie wiem, co się z nią stało. Ja tam od pisania wolałem po knajpach chodzić. – Na starość pan Karol wylądował w Sadach. Mieszka sam, wyczekując śmierci. Tak jak jego dom, z którego, jak twierdzi, nic już nie będzie. – Kto by tam chciał remontować takie stare próchno?
Są trzy symptomy zbliżającej się śmierci domu. Czarny bez przed gankiem, wybita szyba i pierwsza dziura w dachu. Póki dach i szyby są całe, póki znajdzie się ktoś, kto wykosi podwórko, jest jeszcze nadzieja. Wybita szyba to zaproszenie dla szabrowników, dziura w dachu – dla deszczu. W okamgnieniu załatwi całą konstrukcję, a czarny bez, niczym forpoczta zachłannej i krwiożerczej natury, zwiastuje rychłe obrócenie wniwecz syzyfowych wysiłków poprzednich pokoleń. Na taki trafiłem w Wiąskich Piaskach, niewielkiej wsi między Świeciem i Grudziądzem, która skryła się za wałem w dolnym biegu Wisły. Olędrzy musieli się sporo natrudzić, żeby wyrwać ten teren naturze. Wokół bagniska, podmokłe łęgi, wszędzie wykopane kanały. Samotny dom jeszcze widnieje w spisie zabytków gminy Dragacz, jeszcze prowadzi do niego drogowskaz z numerem domu, ale w dachówce ubytki, wszystkie szyby wybite. W środku wprawną ręką szabrownika, który dziś robi to chyba bardziej dla rozrywki niż zysku, powywracane meble, porozbijane słoiki, walające się ubrania i garnki. Na podłodze portret Jana Pawła II, w spiżarni niewykorzystane pięciolitrowe butelki z kupną wodą. Jeszcze nie tak dawno ktoś tu żył. Chyba odszedł nagle. Widać nie było ratunku. I dla domu też już za późno. Póki trwał człowiek, trwał i dom. Teraz musiałby stać się cud, żeby zahamować konanie.
Nowe Wymyśle leży z dala od głównej drogi. Rozłożyło się między sosnowym lasem i wiślaną skarpą. Pola, jak na olęderską wieś przystało, ciągną się prostopadle do rzeki. Kiedyś każdy osadnik dostawał podobny kawałek. Żeby było sprawiedliwie. W samym środku wsi straszy dawny dom modlitwy. Tu też żyli Olędrzy wyznania mennonickiego. W ceglanym budynku dach zawalił się dawno temu. Do środka nie da się wejść. Tabliczka informuje o zakazie wstępu za względu na groźbę zawalenia. Sympatyczna pani, która mieszka po sąsiedzku, twierdzi, że podobno skansen w Wiączeminie dostał budynek od gminy, ale na razie nic się nie dzieje. Czasem ktoś przyjedzie. Postoi, popatrzy. Zajrzy jeszcze na pobliski zarośnięty cmentarz, a potem odjeżdża. A co tu więcej robić?
Pytam, czy mogę wejść na podwórko. Sprawiam kłopot, bo sfora sympatycznych, ale ujadających zawzięcie psiaków ledwie daje się schwytać i upchnąć w oborze. Mówię, że dom jest imponujący. Wzrusza tylko ramionami. Nad monumentalnych rozmiarów dachem latają gołębie, po podwórku szwendają się kury. Pokazuje mi zdjęcie belki z wyrytym rokiem – 1890. Teraz nie widać, bo zasłonili dyktą. W rzeczywistości, jak później doczytuję, dom wzniesiono w 1860 roku. Kiedyś był kryty słomą, ale zamienili na blachę. Piece też rozebrali, zamontowali kaloryfery. Ale to nie to samo, włącza się do rozmowy mąż. Kiedyś, jak się porządnie nahajcowało, to cegła szamotowa parę godzin trzymała. A teraz? Palisz, palisz, a kaloryfery zimne. Co dalej z domem? Nie wiedzą. Stoi, bo stoi. Pewnie jeszcze postoi, w końcu solidnie zbudowany. Mówię, że można byłoby wpisać na listę zabytków i dofinansowanie na remont dostać. Może turystów przyjmować? Przecież tu pięknie. Patrzą z niedowierzaniem. Żyją z dnia na dzień, niespecjalnie myślą o jutrze. Może dlatego dom przetrwał?
– Niech pan obejrzy jeszcze cmentarz. I dwór. Podobno jakiś prywaciarz kupił, ale na razie tam spokój. Te poniemieckie domy to po wojnie ci z czworaków dworskich pozajmowali. Dawna służba. I tak żyją do dziś. Tylko jedna niemiecka rodzina została. Właściwie to mieszana, dlatego pozwolili zostać. Ale przeprowadzili się do Gąbina. O, w tej murowance mieszkali.
Próbuję jeszcze szczęścia w kolejnym domu. Podobnym, tylko trochę mniejszym. Furtka zamknięta, na furtce napis: „Dobiegam do furtki w dwie sekundy, a ty?”. Dzwonka nie ma. Standard. Gwiżdżę. Pies na łańcuchu dostaje szału, drugi, w kojcu, siedzi spokojnie. O wiejskich psach i ich taktyce można by było napisać książkę. Czasem są tak cwane, że siedzą cicho, póki nie wejdziesz w głąb podwórka. Czekają, aż nie będziesz miał odwrotu. I dopiero wtedy wyskakują. Nie uciekniesz, bo capną za nogawkę. Zostaje pewność siebie, ewentualnie udawanie, że rzucasz kamieniem. Z reguły działa. Po chwili na próg wytacza się tęga kobieta w różowym podkoszulku i legginsach. Jest podejrzliwa. Nie może zrozumieć, czemu interesuję się domem. Ona nic nie wie. Jakby ojciec był, to może by więcej powiedział. A tak, to nic się nie dowiem. Coś słyszała, że tu jacyś Niemcy przed wojną mieszkali, ale dokładnie nie wie.
Pod Grudziądzem i Świeciem podobnie. Domów szukam na lewym brzegu Wisły. Tu prawie każda wieś była olęderska. Z Żuław mieli blisko. Przez wieki posuwali się doliną Weichsel, czyli Wisły, w górę rzeki, zagospodarowując i zasiedlając kolejne terytoria. Niederunger – mieszkańcy nizin. Po polsku zwano ich Olędrami albo Holendrami, po niemiecku właśnie tak. Po raz pierwszy trafiłem na tę nazwę, gdy wpadła mi w ręce mapka Alberta Breyera – przedwojennego działacza niemieckiej mniejszości, który dokładnie nakreślił tereny zamieszkałe przez Niemców w Polsce, wskazując jednocześnie, czy osadnicy pochodzili ze Szwabii, Meklemburgii, Śląska, czy innych regionów.
Tryl, Mątawy, Wielkie Zajączkowo, Wielki Lubień, Dragacz, stolica gminy, z piękną panoramą Grudziądza, Michale, Bratwin, Stwolno, Wiąskie Piaski. Potem krótki skok na drugą stronę Wisły, żeby zobaczyć Kamień Wysokiej Wody w Bieńkówce ustawiony na pamiątkę niszczycielskiej powodzi z 1829 roku, i wreszcie Niedźwiedź, Chrystkowo, Luszkowo. Wszędzie sporo starych, poczerniałych olęderskich domów. Wszędzie te same historie. Że na belce jakiś napis z datą, że nie wiadomo, z którego roku, ale stoi, bo porządnie zbudowany. Że rodzice, teściowie, dziadkowie albo ze wschodu przyjechali, ale nie wiadomo dokładnie skąd, albo służyli u Niemca i potem zajęli majątek. O poprzednich właścicielach raczej nic nie wiedzą. Uciekli, zanim ich przodkowie się tu sprowadzili. Ktoś pracuje jako kurier, ktoś handluje jajkami, inny naprawia samochody, jeszcze inny już na emeryturze. Podwórka najczęściej zaniedbane, zagracone. W olęderskich domach rzadko mieszkają zamożni ludzie, choć zdarzają się i pięknie wyremontowane, szczególnie monumentalne domy podcieniowe na Żuławach. Ale tam już promieniuje Trójmiasto. W tutejszych wioskach ludzie raczej narzekają, że pieniędzy na remont brak, że państwo nie pozwala nic zmieniać, ale i nie pomaga. Tkwią więc tak w zabytkowym świecie, nie mając pomysłu, co dalej zrobić ze swoim życiem. Póki tak jest, trwa i dom. Gdy im się poprawi, dom zniknie. W najlepszym wypadku otynkują go i pomalują na różowo, wstawią niepasujące do bryły plastikowe okna, stare drzwi wylądują w piecu. Standard, jak Polska długa i szeroka. Autokastracja kulturowa, którą tylko pasjonaci próbują zatrzymać.
– O kurde, aż z Warszawy pan przyjechał? – Młody chłopak o czarnych jak węgielki oczach nie może wyjść ze zdziwienia. Twierdzi, że dom, w którym mieszka, zbudowano w 1720 roku, czyli gdy w Polsce rządziła dynastia saska. Nie ma wobec domu żadnych planów. Stoi, bo stoi, a co potem będzie, to przyszłość pokaże.
– Jo! Dobrze tu się mieszka. – Pochodzący spod Sępólna Krajeńskiego jowialny emeryt nie obawia się powodzi. Jego duży dom we wsi Bratwin, w którym była kiedyś karczma, stoi tuż za wałem, zza którego wystaje mu tylko dach. – Jak ostatnio woda podeszła, to sąsiad się trząsł, ale u mnie było wszystko pod kontrolą – stwierdza, robiąc następnie wykład o zaletach pomp ciepła i fotowoltaiki i organizując ekspresowy obchód po domu ku zaskoczeniu rodziny, której na widok niezapowiedzianych gości widelce zawisają nad gulaszem z kaszą gryczaną.
– Nie Niemcy tu żyli, proszę pana, tylko Holendrzy – poprawia mnie inna pani, zajmująca jedno z mieszkań, na które podzielono naprawdę wielki, piętrowy dom olęderski w Komorsku. Sądząc po jego rozmiarach i wielkości zabudowań gospodarczych, musiał tu mieszkać naprawdę bogaty bauer. Pewnie by zapłakał na widok zaniedbanego podwórka, ale może ucieszyłby się, że masywne, pięknie rzeźbione drzwi wciąż te same co wtedy, gdy osiemdziesiąt lat temu w pośpiechu uciekał stąd na zawsze.
Ludzie rozmawiają chętnie. Nikt nie zatrzaskuje drzwi. Choć wojna przerwała ciągłość historyczną, większość coś słyszała o Olędrach. To zasługa etnologów, głównie toruńskich. Widać, że dobrze spenetrowali teren. Oswoili ludzi z tematem, przyzwyczaili. Dobrze nastawili ich do dziedzictwa olęderskiego i do skansenów. To między innymi z tutejszych wiosek pochodzą zabudowania, które przeniesiono do otwartego w 2018 roku Olenderskiego Parku Etnograficznego w Wielkiej Nieszawce pod Toruniem. Ale pocieszenie to marne. Większość drewnianych domów prędzej czy później pewnie i tak wyląduje w piecu. Chyba że trafią w ręce pasjonata z pomysłem.
Wielki Lubień. Spora wieś nad samą Wisłą, niedaleko Świecia. Oczywiście olęderska i poniemiecka jednocześnie. Na skrzyżowaniu z drogą do Komorska – duży murowany dom. Obok – jeszcze większy, drewniany. Ku naszemu zdziwieniu, gdy tylko podjeżdżamy, brama otwiera się sama. Młoda, zadbana, na sportowo ubrana dziewczyna z włosami związanymi w koński ogon myślała, że to klientka. Nasza przypadkowa rozmówczyni jest zawodową fotografką. Była na dziś umówiona. Robi zdjęcia na weselach i inne, na zamówienie. Ale chętnie wdaje się w rozmowę. Drewnianego domu jednak nie może pokazać. Bo już nie ich. Sprzedany. Wszystko zabezpieczone, zamknięte.
– Pojedzie do skansenu – mówi z nieukrywaną dumą.
Tego w Nieszawce. Czy tam była? Jeszcze nie, ale kiedyś się wybierze. Ze środka wszystko już zabrali, teraz tylko muszą rozebrać, ponumerować. To nie takie proste, mówi ze znawstwem. Rodzice męża w nim kiedyś mieszkali, a potem postawili ten. Stary chcieli rozebrać, ale zgłosił się skansen, no i się dogadali. Teraz czeka na nowe życie. Przetrwa, choć nie in situ, czyli w miejscu, w którym powstał, jak lubią mawiać etnografowie. Ale dobre i to. Ktoś miał pomysł, przekonał kogo trzeba, znalazł środki.
Chrystkowo. Trochę dalej na południe od Lubienia. Nawigacja nie wiedzieć czemu prowadzi koroną wału, po ułożonych na niej betonowych blokach. Trochę ryzykownie, bo nie zawrócisz. Gdy spotkasz inny samochód, trzeba cofnąć się może i z kilometr. Ale widoki piękne. Z lewej – Wisła, z prawej – Niderlandy. Samotne gospodarstwa rozrzucone wśród pól, kanałów i wierzb. Wreszcie docieramy. Tutejszy dom to unikat. Na Żuławach podcieniowych domów, czyli takich z dużą nadbudową wzniesioną na kolumnach, zachowało się całkiem sporo. W tych okolicach to rzadkość. Zbudowany w 1791 roku, kiedyś kryty słomą, dziś trzciną, bo z tą pierwszą jest problem. Trzeba by wysiewać specjalny gatunek żyta i kosić kosą, a i takich, co potrafią kryć, już prawie nie ma. Zagroda niestety zamknięta. Działa tylko w sezonie letnim. Ale kierują nas do ceglanego budynku tuż obok. Pani nie otwiera. Prosi, żeby przejść z tyłu, na zabudowany taras. Tam rozmawiamy przez szybę. Przeprasza, ale boi się COVID-u. Ostatnio, kto by do niej nie zadzwonił, to chory. Woli nie ryzykować.
Pani Elżbieta Kwiatkowska – jak się okazuje, lokalna poetka i działaczka społeczna – wychowała się w pobliskim Świeciu. Do Chrystkowa przyszła za mężem. „Ostatnim Olędrem” albo „ostatnim mennonitą”, jak sporo na wyrost sam o sobie lubił mawiać. Urodził się w tym domu zaraz po wojnie, w 1947 roku. Jego rodzina przyjechała z Kielecczyzny. Musieli doznać szoku na widok tak wielkiego domu. Chłopi w Polsce centralnej gnieździli się przecież w chatynkach. Ale przyzwyczaili się, wrośli w to miejsce. Czesław był z domem niezwykle zżyty. Gdy w 1996 roku odkupił go Zespół Parków Krajobrazowych nad Dolną Wisłą, został jego kustoszem. Z pasją i zaangażowaniem oprowadzał turystów. Dom wyremontowano, otwarto zagrodę olęderską, ustawiono tablicę informującą o historii domu i poprzednich właścicielach – Niemcach o nazwisku Pappke. Pani Elżbieta też angażowała się w imprezy. Sprawiła sobie nawet na takie okazje specjalny strój z epoki. Ale mąż zmarł nagle pięć lat temu. Może to dlatego pani Elżbieta tak boi się COVID-u? Teraz jest trochę w kropce. Nie wyjechała z Chrystkowa. Ma jakieś pomysły na resztę budynków, które pozostały w rękach rodziny. Może restaurację otworzyć? A może pensjonat? Ale potrzebuje inwestora. Funduszy. Główkuje, szuka inspiracji. Proponuje, żebyśmy wymienili się telefonami. Już po moim odjeździe przysyła link do profilu na Facebooku i Youtubie, a także zdjęcie domu sprzed remontu. Zaprasza ponownie. Trzeba przyjechać latem.
Luszkowo. W linii prostej to jakieś trzy kilometry, ale droga wije się wśród łąk i starorzeczy, więc wychodzi z jedenaście. Wreszcie przykleja się do nowo wybudowanej trasy S5, a potem, jak gdyby nigdy nic, znika w zalesionym wąwozie. Do Nadwiślańskiej Chaty, zwanej również Chatą Mennonicką, prowadzą dość gęsto rozmieszczone kierunkowskazy. Czy faktycznie mieszkali tu mennonici? Tego nie wiadomo. Ale nie to się liczy. Liczy się idea, a ta pojawiła się kilkanaście lat temu. Po rozmowie telefonicznej z panem Zdzisławem Brzykcym bez większego entuzjazmu jadę zobaczyć to miejsce. Coś na kształt przydrożnej jadłodajni rodem z lat dziewięćdziesiątych. Gospodarstwo jak gdyby schowało się przed światem rozłożone na dnie zagłębienia, otoczonego niewielkimi wzniesieniami. Zadbane murowane budynki gospodarcze, na środku niewielki staw, przez który przepływa strumyczek, rozczłonkowana na czworo głowiasta wierzba. Jakby walnął w nią piorun, ale ta wciąż żyje, a nawet puszcza świeże witki. Dom drewniany, kryty trzciną, wyremontowany pod okiem konserwatora, jak później chwalił się pan Zdzisław.
Właściciel nie wygląda na swoje lata. Siwe włosy spięte w kucyk, młode spojrzenie, głos wskazujący na żywiołowy charakter. Kręci się po domu w fartuchu i czapce kucharskiej, oferując nielicznym o tej porze roku gościom pierogi własnej roboty i miętową herbatę z miodem. Można też u niego kupić produkty „mennonickie”: miód, herbatki, wędliny i inne smakołyki. W chacie są też pokoje gościnne. Nie narzeka, biznes z roku na rok coraz bardziej się rozkręca. Wrócił w rodzinne strony razem z żoną po czterdziestu latach w Krakowie. Z innym pomysłem na resztę życia. Gospodarstwo dziadek dostał po wojnie. Od państwa, w ramach reformy rolnej. Po Niemcu. Dużo ich tu było w okolicy. Mieli dobre, bogate gospodarstwa, na których Polacy pracowali jako parobcy. Jego dziadek zresztą też.
– Dziadek sam ich wywoził. To znaczy pomagał wyjechać – poprawia się. – Siedzieli prawie do końca wojny, ale jak Rosjanie przeszli Wisłę pod Warszawą, to zaczęli się pakować. Do Chrystkowa wozami, a potem statkami do Gdańska. Niemcy zawsze się wywyższali, z góry patrzyli na Polaków. Za długo ich tutaj tolerowaliśmy. Za dobrze im było, ale się skończyło i już nie wróci.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Wśród naukowców zajmujących się osadnictwem olęderskim istnieją rozbieżne opinie na temat poprawnej pisowni („Olęder” lub „Olender”, „olęderski” lub „olenderski” etc.). W niniejszej publikacji zdecydowano się na pisownię tych wyrazów przez „ę”: „Olęder”, „olęderski” itd. Ponadto, w celu ujednolicenia pisowni, przyjęto zapis nazw „Olędrzy”, „Bugholendrzy”, „Bambrzy” i „Głuchoniemcy” od wielkiej litery, z wyjątkiem cytatów, które przytoczono w postaci oryginalnej, poprawiając w nich jedynie oczywiste błędy ortograficzne i interpunkcyjne.
[2] Ignacy Tadeusz Baranowski, Wsie holenderskie na ziemiach polskich, „Przegląd Historyczny” 1915, nr 19/1, s. 65.
[3] Tamże, s. 67.
[4] Magdalena Lica-Kaczan, Mieszkali po pańsku, jak szlachta, po mieszczańsku, historiaposzukaj.pl, tinyurl.com/2wc24tff, dostęp: 17.09.2025.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
