47,90 zł
Manifest solidarności w epoce globalnego wykorzenienia.
Na całym świecie rośnie liczba ludzi pozbawionych własności i wysiedlonych, bezdomnych politycznie i wykluczonych ekonomicznie. Gdy dziesięć lat temu Ece Temelkuran została zmuszona do opuszczenia własnego kraju, nie sądziła, że stanie się polityczną Kasandrą, ostrzegającą wszystkich nieprzekonanych, że w ich krajach zwycięży faszyzm.
Dziś, gdy brunatna fala rozlewa się po świecie, a globalne temperatury rosną, stajemy w obliczu konkurujących ze sobą kryzysów i wciąż na nowo uczymy się, że żadna demokracja nie jest tak trwała, by nie mogła obrócić się w proch, a żaden dom nie jest zbyt mocny, by nie mógł zostać zburzony. Ece Temelkuran każe nam zadać sobie pytania: Czy jesteś w domu? Gdzie czujesz się jak w domu?
Ta przejmująca i głęboko osobista opowieść stanowi wyznanie wiary w determinację i działanie, nawet gdy nie ma nadziei. Temelkuran proponuje nową etykę przetrwania opartą na solidarności wszystkich wyobcowanych, tytułowego „narodu obcych”.
Najważniejsze jest to, że między wami a mną nie ma różnicy. W sensie, czy naprawdę sądzicie – i powiedzmy to sobie szczerze – że jesteście bardziej u siebie niż ja? Oczywiście, że nie. Bo inaczej, jako piękne ludzkie istoty na tej ziemi, po co mielibyście nieustannie próbować zmieniać świat i rozmawiać o budowaniu społeczności? Po co mielibyście wyobrażać sobie schronienia przed, a nie ruchy przeciwko nowemu faszyzmowi, budowane na całym świecie? Nie wydaje wam się, że panuje tu już pewne poczucie porażki? Czyż nie przyznajecie, że świat nie jest już waszym domem, tylko ohydną dżunglą, przed którą musicie się schronić? Tak, wiele z nas jest niezadowolonych, a i tak nie możemy stworzyć wystarczającej większości. Nie możemy ukształtować politycznej rzeczywistości w nowy dom. Nie mamy wystarczająco dużo władzy, abyśmy ponownie mogli uczynić ten świat naszym domem, jeszcze nie. Z mojego punktu widzenia, jesteście nie mniej bezdomni niż ja. Albo, jeśli to wolicie to słowo, wszyscy już jesteśmy wygnańcami. Rzezimieszki, wyrzutki, wysiedleńcy i wyzuci. To my jesteśmy obcymi tego świata. (fragment książki)
Książka należy do serii Impact Books wydanej w ramach współpracy Wydawnictwa Krytyki Politycznej z Impactem - największym wydarzeniem gospodarczo – technologicznym, odbywającym się w Europie Środkowo-Wschodniej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 274
Rok wydania: 2026
Ece Temelkuran, Naród obcych. Jak odbudować wspólny dom w XXI wieku Warszawa 2026
Tytuł oryginału: Nation of Strangers. Rebuilding Home in the 21st Century
Copyright © 2026 by Ece Temelkuran Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2026 Copyright © for the translation by Katarzyna Byłów, 2026
Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE
Wydanie pierwsze
Printed in Poland
ISBN 978-83-68823-10-3
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla Annelies Beck – za osadzanie mnie w czasie poprzez nader współczujące słownictwo
Słowo „wygnaniec” w praktyce można zastąpić określeniami: uchodźca, odmieniec, wyrzutek, outsider, emigrant, dziki lokator, obcokrajowiec, zbieg, heretyk, obcy, renegat, włóczęga, wysiedleniec, margines, nowy ubogi, ekonomicznie słabeusz, odrzut. Ironia polega na tym, że gdybyśmy wzięli wszystkie te osoby razem, zapewne stanowilibyśmy nową, milczącą większość.
Breyten Breytenbach, The Long March from Hearth to Heart, tłum. Katarzyna Byłów
– Mamo, nie wracam.
Gdy teraz o tym myślę, wszystko zmieniło się wcale nie przez dramatyczne wydarzenia polityczne, ale przez to krótkie, wypowiedziane szeptem zdanie. Jednominutowa rozmowa telefoniczna, przez połowę której nikt nic nie mówił. Tyle wystarczyło, abym jesienią 2016 roku stała się bezdomna.
Nie cierpię o tym opowiadać. Mówienie o tej mojej bezdomności, a zwłaszcza o tym, z czego wynikała, sprawia, że kurczę się w sobie – politycznie, moralnie i emocjonalnie. Jeszcze zanim zacznę opowiadać, lęk, że oto objawię się jako kolejna żaląca się na wygnaniu, domagająca się uwagi, nadwątla moje poczucie godności.
Musiałam wyjechać z mojego kraju, aby uciec przed faszyzmem, by móc pisać, myśleć i po prostu być. Pozbawianie wolności ludzi takich jak ja – krytykujących reżim – stało się w Turcji codziennością, a mnie wyczerpało już czytanie pogróżek, zawierających bardzo szczegółowe opisy gwałtu na mnie i mojej śmierci. Wyjechałam z kraju jednak głównie dlatego, że faszyzm robi coś zabawnego. Sprawia, że człowiek cały czas myśli o piżamie. Pachołkowie reżimów zawsze pukają do drzwi około czwartej nad ranem. Nie tylko przychodzą aresztować ludzi, ale też szydzą z tego, jak kto się ubrał do snu. I tak pewnej nocy, 6 listopada 2016 roku, w Zagrzebiu – mieście, w którym miałam jedną znajomą osobę i maleńkie mieszkanie – kładąc się do łóżka i po raz pierwszy od lat nie martwiąc o to, jak na moją piżamę zareaguje policja, zdecydowałam, że nie wracam. Początkowo planowałam zostać w Zagrzebiu jedynie na kilka dni, złapać oddech, dlatego miałam przy sobie tylko jedną parę spodni, dwie koszulki i żadnego pomysłu, co dalej. Mimo to życie w absolutnej niepewności, jako nikomu tu nieznana czterdziestotrzylatka, budowanie wszystkiego od początku, i to w innym języku, wydawało się całkiem do zniesienia w porównaniu z paraliżującym lękiem i koniecznością ciągłego wykazywania się odwagą. Stąd ten telefon do mamy.
Mama i ja miałyśmy już wcześniej podobne telefoniczne doświadczenia. Po raz pierwszy w 2011 roku, kiedy zwolnili mnie z pracy w gazecie. Napisałam krytyczny wobec dyktatora tekst, jego ludzie wpadli w furię, redakcja wystraszyła się i musiałam pozostać w miejscu, w którym akurat wtedy byłam, w Tunezji. Mój prawnik zdecydowanie radził, abym wzięła długi urlop, który ostatecznie trwał cały rok. I wszystko to musiałam jakoś wyjaśnić mojej przerażonej matce. Drugi raz wydarzył się w 2013 roku. Tuby rządowe uznały, że to ja stałam za masowym spiskiem dążącym do obalenia rządu i że to ja zorganizowałam powstanie. Z powodu tych bombastycznych pomówień zdecydowałam się przebywać kilka miesięcy w Londynie i w Grecji. Wtedy również musiałam wytłumaczyć to mamie. A w 2016 roku po raz pierwszy niczego nie musiałam tłumaczyć. Poważnym, wystudiowanym głosem powiedziała tylko: – Tak. To niebezpieczne. – Tak? – Tak! Zostań tam. Nie wracaj. – Po czym obie zamilkłyśmy.
Gdy głos, od zawsze zapisany w naszej pamięci jako ten, który woła nas do domu, milknie, doświadczamy bardzo konkretnego bólu – można rzec, osierocenia. Nagle znów stajemy się dziećmi, pozostawionymi na zimnie za zatrzaśniętymi drzwiami domu, sam na sam z potworami. Każde uderzenie serca pompuje żałobną substancję, która zalewa mózg. Tego nie da się przeżyć.
Właśnie dlatego jesienią 2016 roku, gdy tylko odłożyłam słuchawkę, podjęłam pewną decyzję – że moje serce trafia do zamrażarki. Wyobraziłam sobie, że ten mój organ w niej leży. Miałam się nim zająć potem. Aby jakoś funkcjonować, przemieniłam się w zdeterminowaną istotę bez czucia, w przetrwalnikowy automat. Moje motto było proste: „Zero użalania się nad sobą! Zero podatności na zranienie!”. To nie był czas na uczuciowość. Wykształciło się we mnie obrzydzenie wobec wszelkiego rodzaju kruchości, po żołniersku robiłam to, co było do zrobienia. Wszystko, co już zbudowałam tam w domu, przepadło, i teraz, pomimo tylu lat na karku, trzeba było wszystko zbudować raz jeszcze, tym razem po angielsku, w obcym języku i na obcej ziemi.
Na powrót człowiekiem mogę być dopiero wtedy, gdy moje życie nosić będzie znamiona sukcesu. Jednak gdy utraciło się dom, sukces – podobnie jak słowo potem – staje się niejednoznaczny i nieokreślony, wiecznie poza zasięgiem. Bez domu traci się władzę nad czasem, nasza wartość zaczyna być przedmiotem dyskusji, w której decydujący głos mają miejscowi, którzy już osiedli w nowym miejscu, bądź jakaś wyobrażona, wyższa władza moralna w tym starym. Życie staje się bezustannym odliczaniem.
Aby wypełnić pustkę w sercu, cały czas coś wymyślałam, gorączkowo pisałam i mówiłam o polityce. Lata mijały, a ja wciąż jeździłam po świecie, ostrzegając ludzi, że oto nadchodzi faszyzm i że oni także utracą swoje domy.
Po sześciu latach rozmów o logice, mechanizmach i racjach polityki, z nikomu nieznanej osoby, która przybiła do brzegów obczyzny, stałam się kimś: tą turecką pisarką, która mówi o faszyzmie. Niektórzy odbierali moje słowa zgodnie z moją intencją – jako wgląd w przyszłość. Inni jednak woleli skupić się na moim wygnaniu. Za bardzo pociągała ich historia o „damie, intelektualistce w opałach, uciekającej przed barbarzyńcami, szukającej schronienia w objęciach cywilizowanych ludów świata”, choć może i oni szukali wytchnienia oraz poczucia bezpieczeństwa w przekonaniu, że ich własnym domom nic nie zagraża.
Kiedy w końcu powinnam była osiągnąć zadowolenie, gdy już napisałam dwie książki i dostałam kilka nagród, okazało się, że nie robię nic innego, jak tylko powtarzam: „Jestem nie tyle zmęczona, nie tyle bardzo zmęczona, ile wręcz wyczerpana”.
Wizja przyznania się, że w końcu dotarłam do owego potem, była nie do zniesienia, więc dalej robiłam to, co umiałam najlepiej. Parłam do przodu, w ciągłym trybie przetrwania. Aż w końcu moje ciało się poddało.
Któregoś letniego wieczora w 2022 roku w Hamburgu, na noszach, w nieco staroświeckim gabinecie lekarskim leży kobieta. Poczucie ja uchodzi z jej ciała, pozostawiając mnie właśnie jako ją, której tak naprawdę nie znam. Ta ona patrzy, jak krople płynu z kroplówki trafiają do jej żyły. To ramię jest moje, tak sądzę, a ta kobieta, to zapewne ja. Tyle że w wyniku dysocjacji, przez którą przechodzi każdy ocaleniec, patrzę na niąjak na drugoplanową postać z filmu, zbyt nikłą, abym mogła z nią współczuć.
Lekarz mówi: – Pani ciało się poddaje. To tęsknota za domem, meine Liebe. Nadszedł czas zatrzymać się i zadbać o serce.
Nienawidzę tej kruchości ciała, wstydzę się tej potulnie poddającej się istoty, szepczę: – Porąbane… Porąbane…
W miarę jak kropla po kropli życie wpływa na nowo w moje ciało, stopniowo i ja do niego powracam, po to tylko, aby z goryczą stwierdzić: – Więc trzebawkońcu rozmrozić ten organ, co? Ten pewnie zepsuty kawał mięcha. Kto wie,wjak podłym jest stanie.
Oto ja latem 2022 roku. Po sześciu latach bezdomności musiałam przyznać, że jestem złamana. Że nadszedł w końcu czas, by się zatrzymać i pomyśleć o domu, o tym wszystkim, co przepadło.
Dobrze, to tyle o mnie.
A Ty? Czy jesteś w domu? Czy czujesz się jak w domu?
Poczekaj, nie odpowiadaj. Niech zgadnę. W końcu w dzisiejszym świecie dom można utracić na wiele różnych sposobów.
Niektórzy z nas stają się bezdomni pewnego długiego, mrocznego, deszczowego wieczora. Nagle mamy na sobie pomarańczową kamizelkę ratunkową i wraz z innymi zaganiają nas do łodzi. Przyglądamy się sobie, jak robimy coś przedziwnego: przypominamy sobie dawno zapomniane modlitwy, wypowiadamy je szeptem, wołamy mamę jak ranni żołnierze, obejmujemy siedzącą obok obcą osobę, gdy uderza fala, nagle opowiadamy okropne, ale prześmieszne dowcipy i dziękujemy ratownikom-wolontariuszom po włosku, grecku lub turecku, w językach, których nigdy porządnie się nie nauczymy. Gdy docieramy do celu, pytamy: – Czy teraz żyję? – Twarze na stałe łamią nam się na dwie części, połowa płacze, połowa się śmieje.
Niektórzy z nas, tacy jak ja, kupują bilet lotniczy i przekonują sami siebie, że zbiegli dobrowolnie, jako uprzywilejowani imigranci czy nonszalanccy nomadzi, wmawiamy sobie, że nie mamy prawa do bólu. Powtarzamy dumnie: – Nie, nie uważam się za uchodźcę. Życie to długa podróż, a to jedynie jego część. – Gdy tylko się da, nie poruszamy tematu domu. Gdy się nie da, nakładamy na twarz wystudiowany krzywy uśmiech w nadziei, że będziemy wystarczająco atrakcyjni, by przyjęto nas na obczyźnie. Używamy tego uśmiechu tak długo, aż w końcu mięśnie naszych twarzy zapominają swoje naturalne ułożenie.
Niektórych z nas eksmituje się nagle z mieszkań, jakby nie było dla nas ani jednego miejsca na całej planecie. Gdy tylko znajdziemy się na ulicy, nasze ciała nagle rodzą podejrzenia, wstręt i lęk. Ludzie nigdy nie zbliżają się do nas na tyle, aby przekonać się, że jesteśmy inni niż ich wyobrażenia. Dzień się wydłuża, bo każda cielesna potrzeba wymaga strategicznego podejścia – gdzie zorganizować kawę, gdzie zrobić siku, gdzie bezpiecznie przespać noc. Miasto zmienia się w przerażającą dżunglę, w której nasze przetrwanie bardzo zależy od osób, których jest bardzo niewiele. Wyczekujemy ich zatem dniem i nocą. A kiedy nadchodzą, pamiętamy, by okazać im należytąwdzięczność. Mechanicznie staramy się naśladować uśmiechy tych, którzy śpią u siebie.
Niektórzy z nas siadają i obliczają, kiedy poziom morza czy jakiś pożar lasu pochłonie ich ziemie i pozbawi ich dachu nad głową. Patrzymy, jak woda lub płomienie z każdym rokiem podchodzą coraz bliżej, centymetr po centymetrze. Planeta, tykająca bomba, staje się naszą kamizelką zamachowca samobójcy. Wiemy, że to niepojęta strata dla reszty świata, więc szukamy odpowiednio atrakcyjnych sposobów, aby im tę prawdę przekazać. W policzkach mamy zakwasy od szukania właściwego uśmiechu, z którym oznajmimy im, że oto kończy się świat.
Niektórzy z nas tracą domy podczas niewidzialnej przeprawy. Pewnego wieczora siedzimy sobie we własnym, przytulnym salonie, a w wiadomościach podają kolejne informacje o szaleństwie ogarniającym nasz kraj – jacyś faszyści, coraz liczniejsi, twierdzą, że nasze domy należą się wyłącznie im. Albo nagle nawet nasi znajomi za coś normalnego uznają skrajną niemoralność jakiegoś przywódcy. W naszym poczuciu przynależności pojawia się głębokie rozdarcie. Ostatecznie rozdarcie to wyraża się bolesnym stwierdzeniem: „Nie poznaję tego miejsca. To już nie jest mój kraj”. Tęsknimy za naszym krajem, choć wciąż w nim żyjemy. Spotykając współobywateli, którzy nadal łudzą się, że wkrótce wszystko wróci do normy, uśmiechamy się uśmiechem, który jest już tylko uprzejmą, geometryczną formą.
Wszyscy na naszych urządzeniach czytamy i na ekranach śledzimy wieści o nowym świecie, budowanym na coraz to nowym poziomie barbarzyństwa. Uświadamiamy sobie, że nie wystarczy już nawet ta bezgraniczna znieczulica, którą niechętnie rozwinęliśmy, by jakoś radzić sobie z tym, co jest nieludzkie i coraz bardziej panoszące się. Wątpliwość rzuca się cieniem na nasze uporczywe twierdzenia, że „nadejdzie czas…” bądź „historia osądzi tych, którzy…”. Boimy się, że światu nie starczy przyszłości, aby sprawiedliwości stało się zadość. Na nasze usta ciśnie się zdanie: „To już nie jest świat, który znam, ani taki, który chcę znać”. Odtąd zaczynamy uśmiechać się zmęczonym półuśmiechem.
Czy rozpoznajesz swój uśmiech w opisanych wyżej twarzach? Nie? Być może jeszcze nie. Ale już pewnie wyczuwasz tę zupełnie nową melancholię.
W powietrzu wisi żałoba. Nadal ledwo wyczuwalna, choć rzeczywista. Żałoba po tym, czego jeszcze nie utraciliśmy, ale co wiemy, że ostatecznie stracimy. Po raz pierwszy w historii ludzkość jest w stanie żałoby w czasie przyszłym.
Jeszcze nie zniknęło wszystko to, co piękne. Nadal coś nam zostało – mamy drzewka cytrusowe, śródziemnomorskie wybrzeże wiosną, zaprawiane alkoholem niedzielne popołudnia, gdzieniegdzie po trosze rządów prawa i wiele odważnych kobiet, które nadal robią taki rwetes, że stają się koszmarem faszystowskich przywódców. To, co radosne, cudowne i magiczne, nadal istnieje. Ale już jakiś czas temu na naszych siatkówkach pojawiła się jakby dodatkowa warstwa, nakładka melancholii. Nasze oczy już to przeczuwają – wszystko, co piękne, ma wdrukowaną przyszłą utratę.
A my nadal pracujemy, działamy, a nawet stawiamy opór. Ale i tak wiemy. Wyczerpały się nasze wyjściowe radość i wiara w życie. I teraz jest tak, jakbyśmy wszyscy tylko naśladowali to, jacy byliśmy, gdy czuliśmy się u siebie w czasie i przestrzeni.
Nasze czasy dotknął pewien specyficzny rodzaj bolączki. Wszyscy jesteśmy trochę jak wspomniane dzieci – nikt nas nie woła do domu, siedzimy na zewnątrz, na zimnie, sam na sam z potworami. Z każdym uderzeniem nasze serca zamrażają się coraz bardziej. Dlatego dzień w dzień właśnie tak wiele osób, zbyt wiele osób podejmuje decyzję, aby zamienić się w istoty bez czucia, co pozwala nam funkcjonować jako przetrwalnikowe automaty. Obecne czasy osieracają wszystko, co ludzkie. Powstaje nieczuły świat, w którym istoty ludzkie, takie jak ty czy ja, nie będą już u siebie. Ta nowa melancholia to ból utraty domu.
Tracimy na bardzo wielu poziomach i na bardzo wiele sposobów. Dlatego też wszyscy, każdy i każda z nas na swoją modłę, szukamy nowego domu, czasem niemal nieświadomie.
Gdy nasze podstawowe ludzkie wartości nie zgadzają się już nijak z bezceremonialnym okrucieństwem nowego porządku świata, moralnie stajemy się bezdomni. Tak jak śpiący na ulicy ludzie, trzymający dobytek w supermarketowych wózkach, my także przewozimy ze sobą nasze moralne wartości, od schronienia do schronienia, próbując znaleźć dla nich tymczasowy dom na tę dłużącą się noc odczłowieczenia. Tworzymy małe społeczności, które mają chronić nasze serca. Aby zapewnić sobie emocjonalny dach nad głową, tkamy misterne połączenia z innymi ludźmi.
To, że nasze polityczne oburzenie nie liczy się dla znanych ośrodków realpolityki, dla starych partii politycznych, sprawia, że jesteśmy także bezdomni politycznie. Nie wiemy już, poprzez które polityczne medium możemy jednoczyć nasze głosy, tak aby usłyszeli je rządzący. Niczym uchodźcy zatrzymujemy się w miejscach tymczasowych: w namiotach na protestach, w prowizorycznych miasteczkach Ruchu Occupy, pod plandekami strajków. Na chłodzie czy w słońcu, wyobrażamy sobie i przeobrażamy nowy polityczny dom – jak wygnańcy, którzy wiedzą, że choć do starego domu nie ma już powrotu, i tak tęskno im za jakimś domem.
Poza tym, oczywiście, tysiące z nas każdego dnia stają się bezdomne fizycznie. Wojna, nierówności gospodarcze, kataklizm klimatyczny i pragnienie wolności – bądź po prostu pragnienie, by być– sprawiają, że te tysiące osób zaczynają nowe życie na obczyźnie. Według naukowców do 2050 roku półtora miliarda ludzi będzie musiało opuścić swoje domy, zaś do 2070 trzy miliardy zostanie uchodźcami. I wszystkie te miliardy, podobnie jak bezdomni moralnie i politycznie, będą szukać nowego domu. Każdego dnia będą uczyć się nowych sposobów na to, jak nie upaść wobec niegodności naszych czasów.
Nie przeszkadza ci, że kreślę takie paralele? Pytam, bo, cóż, dziś trzeba zachować szczególną ostrożność, nawigując po nowych drażliwościach, ich ogrodzenia są wszak pod prądem.
Już od pewnego czasu nasze poglądy na nas samych i na inne istoty ludzkie kształtowane są nie przez podobieństwa, lecz przez różnice. Szerzący się przymus unikatowości każdej jednostki sprowadza wskazywanie podobieństw do rangi obelgi. A jednak, w czasach takich jak dzisiejsze, gdy tak wiele i wielu z nas znalazło się na zimnie, wydanych na pastwę potworów, musimy tworzyć nowe powinowactwa nie poprzez celebrowanie różnic, ale odnotowując podobieństwa.
Dlatego zaryzykuję i to powiem.
Wszyscy, w taki czy inny sposób, tracimy właśnie dom. Wszyscy stajemy się bezdomni. Wszystkich się właśnie wydomawia. Wydomowieni… Czyli unhomed, to niemal zapomniane dziewiętnastowieczne angielskie słowo, które teraz należałoby wskrzesić, skoro można być w domu, a i tak czuć się z niego wyrzuconym – zdysocjowanym, nieprzynależącym, jak obcy.
Jeśli zgodzimy się, aby patrzeć na świat jako my, i dostrzec to „my”, pojawia się pytanie, „Kim myjesteśmy?”.
Jak mamy o sobie mówić?
Lubię słowo obcy. Gdy jesteśmy obcy, jesteśmy „w” i „poza” jednocześnie. Jesteśmy tu, ale tak nie całkiem. Jesteśmy nikim, ale mamy nieskończone możliwości bycia kimś. Bycie obcym to antidotum na ograniczenia bycia kimś. To nie redukująca i permanentna etykieta, jak bezdomny, wygnaniecczy uchodźca. Określenie obcynatychmiast wywołuje czystą ciekawość, a w kontekście tych, których nie zatruł jeszcze lęk przed obcokrajowcami, także prawdopodobieństwo, że zdobędą się na gest powitania. To może ustalmy, że wszyscy jesteśmy w taki czy inny sposób obcy. Bycie obcym jako idea od razu obejmuje wszystkich tych, dla których nasze czasy wydają się zbyt dziwaczne, aby uczestniczyć w ich potwornościach, wszystkich tych, którzy w tym momencie historii czują się w jakiś sposób bezdomni.
To zarówno bolesne, jak i radosne patrzeć na świat z tej szerokiej perspektywy obcego. A to dlatego, że widzimy, jak wiele i wielu nas jest. Ty i ja, i ci wszyscy inni – można nas nawet zaliczyć do jednego ludu, coraz liczniejszej grupy funkcjonującej niezależnie od granic państw. Jesteśmy powstającym narodem. Mobilnym narodem istot-wycinanek, porozrzucanych, w żałobie, każdego dnia ukuwających życie z niczego. Jest nas wielu i wiele – tak wiele, że gdybyśmy mieli policzyć nas wszystkich, może nawet stanowilibyśmy większość. Ale jeśli nie wypowiemy tego na głos, tak jak uczynił to Breyten Breytenbach, nigdy nas nie będzie. Nasze dryfujące, dziwne, milczące istnienie nie zakotwiczy się w czasie ani przestrzeni, jeśli nie nazwiemy się po imieniu: narodem obcych.
Dziwnym narodem – dopiero się tworzy, podczas gdy państwa narodowe są już tak bardzo upadłe, że światowi przywódcy uznają je za działki budowlane. Liczba naszej ludności wzrasta, w miarę jak kształtuje się nowy porządek świata. Owszem, zagubieni, złamani, melancholijni, jednak lepiej niż ktokolwiek inny zdolni przetrwać. Owszem, nasz naród tworzą ludzie z półuśmiechami, ale którzy nigdy nie przestają zerkać na nasze stare zdjęcia, by pamiętać, jak śmiali się dawniej. Owszem, nie mamy bogactw, mamy natomiast nabytą z trudem, unikatową wiarę w siebie, gdy nikt inny w nas jej nie pokłada. Owszem, może nie wiemy, kim staliśmy się po utracie domów, ale na co dzień odnajdujemy w sobie odwagę, aby nadal żyć jako nikt. Wiemy, co łamie człowieka – każdego człowieka. Nie utrata domu, ale utrata wiary w budowę nowego domu. Owszem, jesteśmy narodem o na wpół zmrożonych sercach, wiemy jednak, jak przetrwać bez jakichkolwiek punktów odniesienia. Jako wydomowieni, którzy wykształcili zdolność wyczuwania najdrobniejszych zmian atmosfery, wiemy już, że wiele innych osób niedługo nauczy się żyć tak jak my.
Dziś, gdy wielkie grupy ludności pozostają w ruchu, jako Naród Obcych możemy podzielić się tym, czego nauczyliśmy się po utracie domów. Jako że niedługo cały świat poddany zostanie próbie moralności w procesie przetrwania, możemy przekazać to, co najbardziej się nam przydało: jak pozostać człowiekiem nawet wtedy, gdy nie ma się nic i wszystko zwraca się przeciwko nam. Jeśli wszyscy obcy tego świata połączą się ze sobą i przemówią własnym, obcym językiem, językiem obcych, będziemy mogli powiedzieć światu o jego bezdomności. Będziemy mogli powiedzieć innym, jak przetrwać ją z godnością i gdzie się potem udać.
Teraz, gdy już przedstawiliśmy się sobie jako obcy, zacznę pisać do ciebie listy, a będzie ich stosik, bo to korespondencja z trzech lat, w której opiszę to, czego nauczyłam się po tym, jak sama straciłam dom. Zredefiniuję, co oznaczać będzie dla nas wszystkich dom w XXI wieku. Myślę, że list to skromne narzędzie w kontekście tego, że podejmujemy się tak ogromnego przedsięwzięcia jak znalezienie domu dla nas wszystkich, ale przydatne. Bo przecież, gdy wszyscy krzyczą, słyszalny jest wyłącznie szept. Na początku będziemy tylko ty i ja. Może później dołączą do nas inni. Utkamy nowy dom ze słów, jedynego niezniszczalnego materiału, jaki nam pozostał.
Moje listy do ciebie zbiorę pod czterema pytaniami, które obcym, takim jak my, zadaje się w kółko na granicach. Oto one, owe cztery podstawowe pytania, na które nie ma żadnej odpowiedzi: Kim jesteś? Co skłoniło cię do wyjazdu? Jak zamierzasz przetrwać? Kiedy wrócisz do domu? Może już jednak czas, abyśmy my, obcy, odpowiedzieli na te pytania, nie poprzez wypełnianie formularzy, jak to czynimy w niektórych urzędach imigracyjnych, ale zaczynając budować w myślach nowy dom naszych czasów – nowy dom dla wszystkich.
Kogo próbuję oszukać?
Powinnam przestać się zgrywać, że to niby nie o mnie chodzi. Piszę do ciebie również dlatego, że sama potrzebuję domu. I, jakkolwiek rozbrajająco to zabrzmi, jedyną szansą, by mógł powstać, jest zbudowanie go słowami właśnie z tobą. Pozwól, że rozwinę tę myśl. Chciałabym być w stanie opowiedzieć, kim teraz jestem. Potrzebuję znaleźć sposób na mówienie o sobie bez obaw o to, że wydam się dumną ofiarą bądź cudownie ocalałą. Musi być jakieś lekarstwo na dręczący mnie wstyd, że opuściłam swój dom. Muszę komuś opowiedzieć, co zrobiłam, aby przetrwać. Ktoś oprócz mnie musi wiedzieć. Po wydomowieniu obcy dowiaduje się, że dom nie sprowadza się do pytania o to, co się pamięta, ale o to, kto pamięta nas. Ty musisz o mnie pamiętać. Usłyszeć, abym i ja siebie usłyszała. Muszę wiedzieć nie tyle, co dalej, ale z kim.
Dlatego też, droga obca osobo – tak, tak właśnie będę się do ciebie odtąd zwracać – zabieram cię w podróż po trzyletnim etapie z mojego życia, podczas której ty i ja być może się zaprzyjaźnimy. Moje listy będą dotyczyć tego, co działo się od chwili, w której wyszłam z gabinetu lekarza, przyciskając bawełniany opatrunek do miejsca, gdzie moja skóra była najcieńsza. Zabiorę cię w podróż najpierw do Hamburga, potem do Berlina, zajrzymy do Londynu, Zagrzebia i kilku innych miast, w międzyczasie będziemy przenosić się w czasie. A to dlatego, że w konsekwencji wydomowienia fizyczne miejsca zlewają się ze sobą, czas po spirali zaś zwija się w sobie i przyjmuje pozycję płodową.
Moje listy do ciebie zapoznają nas z ludźmi dawno umarłymi i wciąż żyjącymi, którzy na wiele różnych sposobów są obcy. Poznasz tych, którzy z niczego budują nowe domy, a czynią to pomimo przeciwności losu, gdy świat wydaje się rozpadać na strzępy. Ich historie będą świadectwem obecnego stanu człowieczeństwa na tym istotnym rozdrożu. Bo musisz wiedzieć, droga obca osobo, że pewnego dnia, już niedługo, na tej czy innej planecie, będziemy musieli wynaleźć nowy rodzaj domu. Ja zaś piszę do ciebie w nadziei, że będę stanowić inspirację dla tego nowego domu; może nawet nowego świata, kto wie, w którym to, że jesteś człowiekiem, będzie znaczyło, że nie jesteś obcy. Choć to wszystko jest o tobie i o mnie, ta podróż prowadzi do serca całej ludzkości pozbawionej domu.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Tłumaczenie: Katarzyna Byłów
Redakcja: Anna Żołnik
Korekta: Anna Żołnik, Aleksandra Marczuk
Opieka redakcyjna: Jaś Kapela
Projekt okładki: Katarzyna Błahuta
Książka dostępna również jako e-book
Książka została wydana przy wsparciu R.Power – partnera programu Oświecenie.
Wierzymy, że przyszłość należy do tych, którzy myślą odważnie i odpowiedzialnie – dlatego angażujemy się w inicjatywy, które poszerzają horyzonty i inspirują do działania. Nasze partnerstwo w programie Oświecenie doskonale wpisuje się w naszą strategię budowania zrównoważonego świata – nie tylko w wymiarze energetycznym, ale też kulturowym i społecznym. Transformacja energetyczna, w którą aktywnie się angażujemy, to proces, który zdecyduje o tym, co pozostawimy kolejnym pokoleniom – zarówno w krajobrazie, jak i w świadomości.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10 lok. 3
00-013 Warszawa
wydawnictwo.krytykapolityczna.pl
Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w kawiarni Łoskot x Prześniona (ul. Jasna 10, Warszawa), księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl) i w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.
