Największe skandale w świecie filmu - Przemysław Słowiński - ebook + audiobook

Największe skandale w świecie filmu ebook i audiobook

Przemysław Słowiński

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Świat kina – pełen blasku i ogromnych pieniędzy – nierzadko przyciąga silne osobowości, które za wszelką cenę pragną zaspokoić zawodowe oraz prywatne ambicje. Z tego powodu czerwone dywany, gustowne garnitury i piękne suknie często mają odwracać uwagę postronnych obserwatorów od afer obyczajowych, głośnych przestępstw czy narkotykowych orgii.

Przemysław Słowiński w sposób barwny i bezkompromisowy opowiada o mrocznej stronie fabryki snów. Autor zagląda za kulisy wielkiego kina, by ukazać moralny upadek gwiazd uwielbianych przez rzeszę fanów na całym świecie. Przedstawione w książce historie dowodzą, że branża filmowa jest miejscem, w którym władza, pieniądze, a także sława niejednokrotnie determinują ludzkie wybory.

Wśród opisywanych postaci pojawiają się Roman Polański, Harvey Weinstein czy Johnny Depp. Ich historie unaoczniają, jak cienka bywa granica między prawdą, manipulacją a tanią sensacją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 427

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 5 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartek Wejman

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł: Naj­więk­sze skan­dale w świe­cie filmu

Co­py­ri­ght © Prze­my­sw­ław Sło­wiń­ski, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Piotr Paw­lu­sie­wicz

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-813-9

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Daw­niej trzeba było być sław­nym, by móc so­bie po­zwo­lić na skan­dal. Dziś trzeba skan­dalu, by zy­skać sławę.Mau­rice Che­va­lier

Wstęp

Mo­ral­ność X Muzy za­wsze po­zo­sta­wiała wiele do ży­cze­nia. Od­le­głe lata dwu­dzie­ste były wy­zwo­lone oby­cza­jowo nie mniej niż lata sie­dem­dzie­siąte. Przed­sta­wi­ciele fil­mo­wego świata ni­gdy nie mieli krysz­ta­ło­wej re­pu­ta­cji, cho­ciaż ich wy­czyny bar­dzo rzadko tra­fiały na pierw­sze strony ga­zet. Od skan­dalu chro­niły ich śro­do­wi­skowa so­li­dar­ność i opła­ca­nie prasy oraz wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści.

Ma­gia kina spra­wiła, że całe po­ko­le­nia ko­biet i męż­czyzn mdlały na ekra­nie i poza nim. W fil­mach ak­to­rzy czę­sto wcie­lali się w role do­sko­na­łych dżen­tel­me­nów, lecz w ży­ciu nie­jed­no­krot­nie za­cho­wy­wali się ina­czej. Po­dob­nie ak­torki, od­gry­wa­jące rolę bo­giń, cza­sem nie­wiele róż­niły się od za­pi­ja­czo­nych dzi­wek z ta­niego bur­delu. Hi­sto­ria kina pełna jest naj­roz­ma­it­szych afer, na­mięt­no­ści, tra­ge­dii, prze­stępstw, skan­dali, uga­nia­nia się za spód­nicz­kami (bądź spodniami), uza­leż­nie­nia od al­ko­holu, nar­ko­ty­ków bądź seksu, he­tero- i ho­mo­sek­su­al­nych ro­man­sów. Jako obiekty wes­tchnień mi­lio­nów wi­dzów na ca­łym świe­cie, przed­sta­wi­ciele fil­mo­wego świata rzadko po­tra­fili oprzeć się na­po­ty­ka­nym po­ku­som.

Hi­sto­ria kina jest jed­no­cze­śnie hi­sto­rią prze­mian oby­cza­jo­wych i po­li­tycz­nych. Po­dzi­wiani ar­ty­ści, wy­wo­łu­jąc (pro­gra­mowo lub bez­wied­nie) skan­dale, uka­zy­wali jed­no­cze­śnie względ­ność obo­wią­zu­ją­cych norm mo­ral­nych, przy­czy­nia­jąc się tym sa­mym do ich zmian.

Po­li­tyczne afery ujaw­niały na­to­miast do­głęb­nie ist­nie­jące sprzecz­no­ści in­te­re­sów grup spo­łecz­nych, ca­łych na­ro­dów i ras.

Rejs

Wil­liam Ran­dolph He­arst (1924)

Pra­sowy ma­gnat, twórca naj­więk­szej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych sieci wy­daw­ni­czej, czę­sto przed­sta­wiany jest jako opę­tany wła­dzą po­twór. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił jedną wielką cho­dzącą sprzecz­ność. Był ogrom­nej po­stury, lecz mó­wił cien­kim dy­sz­kan­tem. Miesz­kał z ko­chanką, ale ucho­dził za wzo­ro­wego męża. Był au­to­kra­tycz­nym sze­fem i krzy­czał na pra­cow­ni­ków, ale z wiel­kim tru­dem przy­cho­dziła mu de­cy­zja o zwol­nie­niu któ­re­goś z nich. Był twórcą tak zwa­nego „bul­wa­ro­wego dzien­ni­kar­stwa”, choć sam, wsty­dliwy i nie­śmiały, naj­le­piej czuł się w ano­ni­mo­wym tłu­mie.

Wil­liam Ran­dolph He­arst uro­dził się 29 kwiet­nia 1863 roku w San Fran­ci­sco. Był je­dy­nym sy­nem Geo­rge’a He­ar­sta, wła­ści­ciela ko­palni złota, a póź­niej (w la­tach 1886– 1891) se­na­tora stanu Ka­li­for­nia, oraz jego żony Pho­ebe z domu Ap­per­son. Otrzy­mał naj­lep­sze wy­cho­wa­nie, na ja­kie stać było bo­ga­tych ro­dzi­ców. Pry­watny na­uczy­ciel w domu, pry­watna szkoła śred­nia, kształ­cące po­dróże po Eu­ro­pie. Przez dwa lata uczęsz­czał do Ha­rvard Col­lege, po czym zo­stał wy­da­lony z uczelni. Ma­jąc 24 lata, prze­jął kon­trolę nad wal­czącą o prze­trwa­nie na rynku ga­zetą „San Fran­ci­sco Exa­mi­ner”, którą jego oj­ciec za­ku­pił sie­dem lat wcze­śniej. Na­tych­miast zmie­nił kon­cep­cję ga­zety, łą­cząc re­for­mi­styczny po­znaw­czy re­por­taż z sen­sa­cyj­no­ścią, co spra­wiło, że już po dwóch la­tach stała się ona do­cho­do­wym przed­się­wzię­ciem. Do­brze mu szło, ale wkrótce ta­tuś prze­grał ty­tuł w karty i Wil­liam zo­stał na lo­dzie.

W 1891 roku pan Geo­rge He­arst zszedł z tego świata, zo­sta­wia­jąc żo­nie i sy­nowi ma­ją­tek w wy­so­ko­ści 7 500 000 do­la­rów. Wil­liam wszedł wtedy na no­wo­jor­ski ry­nek pra­sowy, ku­pu­jąc w 1895 roku sto­jący na kra­wę­dzi ban­kruc­twa „New York Mor­ning Jo­ur­nal”. Z wła­ści­wym so­bie za­pa­łem i roz­ma­chem za­brał się za sta­wia­nie ga­zety na nogi. Wy­na­jął zdol­nych pi­sa­rzy, Ste­phena Gra­neya i Ju­liana Haw­thorne’a, oraz prze­pro­wa­dził „ob­ławę” na jed­nego z naj­lep­szych lu­dzi pra­cu­ją­cych u Jo­se­pha Pu­lit­zera w „New York World”, słyn­nego Ri­charda F. Out­caulta, twórcę ko­lo­ro­wych ko­mik­sów. „New York Mor­ning Jo­ur­nal”, prze­mia­no­wany póź­niej na „New York Jo­ur­nal – Ame­ri­can” szybko osią­gnął suk­ces i wy­soki na­kład dzięki ce­nie ob­ni­żo­nej do 1 centa, du­żej licz­bie ilu­stra­cji, błysz­czą­cym na­głów­kom, sen­sa­cyj­nym ar­ty­ku­łom po­świę­co­nym zbrodni oraz pseu­do­nau­ko­wym te­ma­tom. Ro­bot­ni­ków i imi­gran­tów przy­cią­gać miały ko­lo­rowe ko­miksy.

Aby zwięk­szyć na­kład ga­zety, He­arst go­tów był na wszystko, na­wet na spro­wo­ko­wa­nie wojny. W 1896 roku wy­słał na Kubę ma­la­rza Fre­de­ricka Re­ming­tona, aby ten przy­go­to­wał cykl ry­sun­ków przed­sta­wia­ją­cych okru­cień­stwa Hisz­pa­nów. Nie zna­la­zł­szy od­po­wied­nich te­ma­tów, Re­ming­ton wy­słał do He­ar­sta z Ha­wany na­stę­pu­jącą wia­do­mość:

„W mie­ście pa­nuje spo­kój. Na wojnę się nie za­nosi. Roz­ru­chów żad­nych nie ma. Pro­szę o zgodę na po­wrót do domu”.

Od­po­wiedź wy­dawcy prze­szła do hi­sto­rii:

„Pro­szę po­zo­stać na miej­scu – od­pi­sał He­arst. – Pan ma tylko do­star­czyć ilu­stra­cje, ja do­star­czę wojnę”.

Re­ming­ton po­stą­pił, jak mu ka­zano, a He­arst od­niósł suk­ces. Nie­uczciwe szkice pu­bli­ko­wane w ga­ze­tach tak pod­sy­ciły an­ty­hisz­pań­skie na­stroje, że gdy w por­cie w Ha­wa­nie wy­sa­dzono okręt ma­ry­narki wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rząd USA bez wa­ha­nia wy­po­wie­dział wojnę Hisz­pa­nii.

W przy­szło­ści wiele in­nych wia­do­mo­ści pu­bli­ko­wa­nych w pra­sie He­ar­sta miało po­dobny wy­dźwięk. W 1901 roku w jed­nej z jego ga­zet po­ja­wił się ko­men­tarz, który uza­sad­niał słusz­ność za­bój­stwa po­li­tycz­nego. Kilka mie­sięcy póź­niej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wil­liam McKin­ley, zgi­nął z rąk anar­chi­sty. W roku 1913 ga­zety He­ar­sta za­mie­ściły zdję­cie mek­sy­kań­skich dzieci sto­ją­cych po ko­lana w wo­dzie z pod­nie­sio­nymi rę­kami. Pod­pis gło­sił, że zo­stały wpę­dzone do mo­rza przez mek­sy­kań­skich fe­de­ra­les, któ­rzy mieli je roz­strze­lać. W rze­czy­wi­sto­ści zdję­cie zro­biono w Hon­du­ra­sie Bry­tyj­skim, a dzieci po pro­stu się ką­pały i nikt nie miał naj­mniej­szego za­miaru otwie­rać do nich ognia. Mek­sy­ka­nie w ogóle sta­no­wili jedną z naj­więk­szych fo­bii pra­so­wego ma­gnata. Jego prasa opi­sy­wała ich jako „le­ni­wych i zde­ge­ne­ro­wa­nych pa­la­czy ma­ri­hu­any”.

Wkrótce szef za­czął do­ma­gać się od swo­ich współ­pra­cow­ni­ków nie tyle opa­no­wa­nia rze­mio­sła dzien­ni­kar­skiego, ile zdol­no­ści do prze­dzierz­ga­nia się jak ak­tor w każdą po­stać i od­gry­wa­nia z ca­łym prze­ko­na­niem każ­dej roli. Od­po­wied­nio prze­brani re­dak­to­rzy He­ar­sta po­da­wali się za­zwy­czaj za urzęd­ni­ków po­li­cji kry­mi­nal­nej i przed­sta­wi­cieli wła­dzy. „Aresz­to­wali” cał­ko­wi­cie nie­winne osoby, po któ­rych obie­cy­wali so­bie do­bry re­por­taż, za­cią­gali je do sfin­go­wa­nych po­ste­run­ków po­li­cji, spi­sy­wali pro­to­koły roz­mów z za­stra­szo­nymi i wy­lęk­nio­nymi ludźmi, albo pro­wa­dzili ich do „sę­dziego po­li­cyj­nego” – oczy­wi­ście także czło­wieka He­ar­sta – który zmu­szał ich do zło­że­nia ze­znań. Po­tem ofiary wy­pusz­czano. Ich za­ża­le­nia w ofi­cjal­nych in­sty­tu­cjach speł­zały na ni­czym.

Taki spo­sób przed­sta­wia­nia prawdy spo­wo­do­wał, że styl ga­zet He­ar­sta na­zwano „bul­wa­ro­wym”. Ame­ry­kań­ski pu­bli­cy­sta Er­nest L. Mayer na­pi­sał: „Cała długa i nie­cna ka­riera pana He­ar­sta była pod­że­ga­niem Ame­ry­ka­nów prze­ciwko Hisz­pa­nom, Mek­sy­ka­nom, Ro­sja­nom czy Ja­poń­czy­kom”. Gdy w 1933 roku He­arst opu­bli­ko­wał swoje słynne „za­sady re­dak­tor­skie”, z któ­rych jedna gło­siła na przy­kład: „uni­kaj rze­czy, które mogą ob­ra­zić do­brych lu­dzi” – śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie za­śmie­wało się do roz­puku.

Mimo tego (a może wła­śnie dzięki temu) Wil­liam Ran­dolph zbu­do­wał praw­dziwe pra­sowe im­pe­rium. Do roku 1925 stwo­rzył lub na­był ga­zety w każ­dym re­gio­nie USA. Dzie­sięć lat póź­niej, bę­dąc u szczytu swej po­tęgi, po­sia­dał 28 zna­czą­cych ga­zet i 18 ma­ga­zy­nów, a po­nadto kilka sta­cji ra­dio­wych, wy­twórni fil­mo­wych i agen­cji in­for­ma­cyj­nych. Czwarta część cza­so­pism na ame­ry­kań­skim rynku i 60 pro­cent w Ka­li­for­nii było pod jego kon­trolą. Za­trud­niał naj­lep­sze pióra Ame­ryki, m.in. Marka Twa­ina oraz Jacka Lon­dona. Do jego ga­zet pi­sy­wali po­li­tycy: Adolf Hi­tler, Be­nito Mus­so­lini czy Win­ston Chur­chill. Jako pierw­szy ka­zał He­arst pi­sać dzien­ni­ka­rzom ar­ty­kuły tak, by można je było bez prze­ró­bek prze­czy­tać na an­te­nie ra­dia i tym sa­mym ogra­ni­czyć koszty two­rze­nia au­dy­cji. Re­dak­to­rzy ma­ga­zy­nów mo­gli za­ma­wiać tylko ta­kie re­por­taże, które można by póź­niej ła­two wy­ko­rzy­stać jako sce­na­riu­sze fil­mowe. He­arst był więc pre­kur­so­rem tech­nik, które dziś fa­chowcy na­zy­wają z na­masz­cze­niem sy­ner­gią (współ­dzia­ła­niem) i kon­wer­gen­cją (prze­ni­ka­niem się) me­diów.

W ten spo­sób Wil­liam He­arst kie­ro­wał pierw­szym chyba środ­kiem ma­so­wego prze­kazu, ma­ją­cym dzięki wy­myśl­nym me­to­dom psy­cho­lo­gicz­nego od­dzia­ły­wa­nia ol­brzymi wpływ na wszyst­kich i był w sta­nie ma­ni­pu­lo­wać do­wol­nie opi­nią „lu­dzi bez po­glą­dów”. Ry­chło stał się więc po­tęgą, z którą władcy po­li­tyczni mu­sieli się li­czyć i któ­rej wro­go­wie po­winni się byli oba­wiać.

Po­mimo swego na­cjo­na­li­zmu i na­wo­ły­wa­nia do wojny, Wil­liam Ran­dolph He­arst był czło­wie­kiem o umiar­ko­wa­nych po­glą­dach i za­go­rza­łym de­mo­kratą. W la­tach 1903– 1907 za­sia­dał w Izbie Re­pre­zen­tan­tów Kon­gresu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W 1904 roku otrzy­mał znaczne po­par­cie ze strony Par­tii De­mo­kra­tycz­nej pod­czas no­mi­na­cji na jej kan­dy­data w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich. Pre­zy­den­tem jed­nak nie zo­stał, po­dob­nie jak w 1905 roku bur­mi­strzem No­wego Jorku. Rok póź­niej prze­grał wy­bory na sta­no­wi­sko gu­ber­na­tora stanu Nowy Jork na ko­rzyść Char­lesa Evansa Hu­ghesa. Jako po­li­tyk stał się w la­tach trzy­dzie­stych go­rą­cym zwo­len­ni­kiem fa­szy­zmu. W na­stęp­nej de­ka­dzie za­cie­kle zwal­czał ko­mu­nizm.

Jesz­cze w cza­sie stu­diów na Ha­rvar­dzie, Wil­liam miał ko­chankę, Tes­sie Po­wers, z za­wodu kel­nerkę. Rzu­cił ją jed­nak dla ak­torki i mo­delki Mil­li­cent Wil­son, którą po­ślu­bił w roku 1903, w przed­dzień swych czter­dzie­stych uro­dzin. Mieli pię­ciu sy­nów i całą gro­madę wnu­cząt, z któ­rych naj­więk­szy roz­głos zdo­była Pa­tri­cia (Patty), trze­cia z pię­ciu có­rek Ran­dol­pha He­ar­sta. W 1974 roku zo­stała po­rwana przez człon­ków ra­dy­kal­nego ugru­po­wa­nia le­wi­co­wego SLA (Sym­bio­nese Li­be­ra­tion Army), a po­tem już wspól­nie z po­ry­wa­czami cał­ko­wi­cie do­bro­wol­nie na­pa­dała na banki, za co w 1976 roku sąd fe­de­ralny ska­zał ją na sie­dem lat wię­zie­nia.

Od 1917 roku mi­liony, które za­ra­biał na dzia­łal­no­ści wy­daw­ni­czej, za­czął Wil­liam Ran­dolph trwo­nić na wy­trwałe choć bez­sen­sowne próby uczy­nie­nia sław­nym na­zwi­ska swej mło­dziut­kiej ko­chanki – ja­sno­wło­sej, nie­bie­sko­okiej Ma­rion Do­uras, zna­nej póź­niej jako Ma­rion Da­vies. Zo­ba­czył ją po raz pierw­szy na sce­nie no­wo­jor­skiego „Globe The­atre”, gdy sta­ty­sto­wała w spek­ta­klu Kró­lowakina. Po przed­sta­wie­niu za­pro­sił cały ze­spół na ko­la­cję do spe­cjal­nych apar­ta­men­tów Har­mo­nia Gar­den, jed­nego z na­je­le­gant­szych lo­kali w No­wym Jorku. Ma­łej sta­ty­stce wy­zna­czył miej­sce koło sie­bie i ema­blo­wał ją przez cały wie­czór. On miał już wów­czas 56 lat, ona 17. Po pierw­szym kie­liszku szam­pana za­częła mó­wić do niego „ta­tuśku”, co wpro­wa­dziło go w świetny hu­mor. Pod ko­niec przy­ję­cia, gdy już na­strój był bar­dzo swo­bodny, usia­dła mu na ko­la­nach i gła­skała po twa­rzy.

Po śmierci matki w roku 1919 Wil­liam odzie­dzi­czył po niej ran­czo San Si­meon w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, o po­wierzchni 250 000 akrów. Wzniósł tam je­den z naj­bar­dziej kosz­tow­nych i eks­tra­wa­ganc­kich do­mów na świe­cie, zwany „Zam­kiem He­ar­sta”. Prace bu­dow­lane pod kie­run­kiem Ju­lii Mor­gan wła­ści­wie ni­gdy nie zo­stały ukoń­czone. Nowo po­wstałe po­miesz­cze­nia były na­tych­miast bu­rzone i prze­ra­biane tak, aby po­mie­ścić co­raz to nowe ele­menty sta­rych bu­dyn­ków. Główna fa­sada z dwiema wie­ży­cami, sta­no­wiąca ko­pię ka­te­dry Mu­de­jar, była zwień­cze­niem scho­dów wio­dą­cych z ba­senu ką­pie­lo­wego wy­peł­nio­nego źró­dlaną wodą i oto­czo­nego grecką ko­lum­nadą.

We wnę­trzach tej re­zy­den­cji znaj­do­wały się stropy, ściany i po­sadzki „ukra­dzione” z ko­ścio­łów i zam­ków eu­ro­pej­skich, go­tyc­kie ko­minki, ozdobne ka­felki mau­re­tań­skie, a także grec­kie wazy i śre­dnio­wieczne go­be­liny. No i naj­więk­szy skarb Wil­liama He­ar­sta – Ma­rion Da­vies, z którą spę­dzał tam każdą wolną chwilę, za­nie­dbu­jąc żonę i dzieci. Urzą­dzali przy­ję­cia ko­stiu­mowe, na któ­rych ba­wiła się cała śmie­tanka Hol­ly­wood oraz ta­kie sławy jak Win­ston Chur­chill, Geo­rge Ber­nard Shaw czy Char­les Lind­bergh. 50 mi­lio­nów do­la­rów ulo­ko­wał ma­gnat pra­sowy w no­wo­jor­skich nie­ru­cho­mo­ściach, taką samą sumę w swej ko­lek­cji dzieł sztuki.

He­arst za­ło­żył także dla Ma­rion firmę pro­duk­cyjną „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”. Za­ma­wiał sce­na­riu­sze u naj­zna­ko­mit­szych au­to­rów, an­ga­żo­wał naj­lep­szych re­ży­se­rów. I Ma­rion grała, cho­ciaż ją­kała się i se­ple­niła, a na do­miar złego ner­wowo mru­gała po­wie­kami w chwi­lach za­ci­na­nia się albo ze­zo­wała swymi wiel­kimi jak spodeczki błę­kit­nymi oczami. Wszyst­kie ga­zety He­ar­sta okrzy­ki­wały ją przy oka­zji każ­dego filmu naj­więk­szym cu­dem, jaki kie­dy­kol­wiek po­ja­wił się na ekra­nie. Part­ne­rzy Ma­rion Da­vies do­sta­wali szcze­gól­nie wy­so­kie ho­no­ra­ria, po­nie­waż mieli do­dat­kowe kło­poty. He­arst był o nią cho­ro­bli­wie wprost za­zdro­sny i każdy na­miętny po­ca­łu­nek na ekra­nie, każde nieco czul­sze spoj­rze­nie rzu­cone przez fil­mo­wego amanta na jego pu­pilkę, do­pro­wa­dzało go do bia­łej go­rączki. Ak­to­rzy mu­sieli więc bar­dzo uwa­żać: He­arst znisz­czył kilku, któ­rzy w sceny mi­ło­sne z Ma­rion wkła­dali zbyt wiele uczu­cia.

Jed­nym z tych, któ­rych pra­sowy ma­gnat po­dej­rze­wał o przy­pra­wia­nie mu ro­gów, był Char­lie Cha­plin. He­arst do­wie­dział się od służby, że pod­czas któ­re­goś z jego roz­licz­nych wy­jaz­dów Ma­rion za­pro­siła sław­nego ak­tora na ko­la­cję. Służba do­nio­sła mu rów­nież, że Cha­plin po­zo­stał u niej jesz­cze długo po wyj­ściu in­nych go­ści…

An­giel­ski gwiaz­dor sły­nął ze swych ro­man­sów i wielu oby­cza­jo­wych skan­dali. Naj­więk­szy z nich wy­wo­łał nie­wąt­pli­wie zwią­zek z 15-let­nią Lo­litą Mac­Mu­ray, córką ir­landz­kiego ślu­sa­rza i mek­sy­kań­skiej kel­nerki. W słyn­nym Brzdącu Lo­lita za­grała aniołka, po­tem parę razy po­ja­wiła się w in­nych dzie­łach Char­liego. Przy­szła wraz z matką do re­ży­sera, jako kan­dy­datka do głów­nej roli w Go­rączce złota. Po­nie­waż jed­nak nie miała za grosz ta­lentu, więc za radą matki za­częła brać u Cha­plina lek­cje ak­tor­stwa.

Jak się wkrótce oka­zało, nie tylko ak­tor­stwa, bo­wiem po kilku mie­sią­cach na­uki wy­szło na jaw, że jest w ciąży. Wo­bec wy­wo­ła­nego przez ma­mu­się szumu Cha­plin – ma­jąc do wy­boru wię­zie­nie za sto­sunki z nie­let­nią, bądź mał­żeń­stwo – wy­brał to dru­gie. Ci­chy ślub miał się od­być w Mek­syku, nie­stety, do­wie­dzieli się o nim re­por­te­rzy i wo­kół sprawy zro­biło się jesz­cze gło­śniej.

A już cał­kiem gło­śno zro­biło się po kilku mie­sią­cach, kiedy wo­bec nie naj­le­piej – de­li­kat­nie mó­wiąc – ukła­da­ją­cego się współ­ży­cia mło­dej pary, ma­mu­sia Lo­lity opu­bli­ko­wała frag­menty pro­wa­dzo­nego przez sie­bie dzien­nika, w któ­rym skrzęt­nie za­pi­sy­wała wszyst­kie prze­ka­zane jej przez córkę oby­czaje sy­pial­niane ak­tora, „sprzeczne z pra­wem bo­skim i ludzką na­turą”.

Roz­wód kosz­to­wał Cha­plina mi­lion do­la­rów plus dwa razy po sto ty­sięcy na wy­cho­wa­nie sy­nów, po­zo­sta­ją­cych pod opieką matki i te­ścio­wej.

Cha­plin szczy­cił się mię­dzy in­nymi tym, że – jak to eu­fe­mi­stycz­nie mó­wią – zo­stał hoj­nie ob­da­ro­wany przez na­turę. Swój czło­nek na­zy­wał „ósmym cu­dem świata” i uwa­żał się za de­mona seksu. Po­bu­dzał się przy lek­tu­rze Pa­mięt­ni­kówFannyHilli chwa­lił, że może upra­wiać seks pięć albo sześć razy z za­le­d­wie kil­ku­mi­nu­to­wymi prze­rwami. Czy można się dzi­wić, że ktoś taki wy­wo­ły­wał u „króla prasy” da­leko idący nie­po­kój?

Tym bar­dziej kiedy w „New York Da­illy News” uka­zał się ar­ty­kuł Grace King­sley, w któ­rym na­pi­sała m.in.: „Char­lie Cha­plin w dal­szym ciągu asy­stuje Ma­rion Da­vies. Przed­wczo­raj wie­czór jadł i tań­czył ze śliczną Ma­rion w «Mont­mar­tre». Wy­stę­po­wała cza­ru­jąca młoda tan­cerka. Cha­plin kla­skał, ale nie pa­trzył w jej stronę. Ani na chwilę nie ode­rwał oczu od ja­sno­wło­sej, pięk­nej Ma­rion”.

Tego ro­dzaju tekst w ga­ze­cie kon­ku­ren­cyj­nej grupy pra­so­wej nie mógł się po­do­bać He­ar­stowi. Ma­rion krę­ciła film o cyrku Zan­dertheGreat(Wielki Zan­der) w tym sa­mym cza­sie, kiedy Cha­plin ro­bił Go­rączkęzłota. Czę­sto wstę­po­wał po nią po skoń­czo­nej pracy. W książce Ma­rion Da­vies. A Bio­gra­phy Fred Lau­rence Gu­iles na­pi­sał, że: „Wszy­scy w eki­pie i ob­sa­dzie Zan­derawie­dzieli, że coś się dzieje, ale Ma­rion i Cha­plin byli za­nadto do sie­bie po­dobni, aby mo­gło to być coś po­waż­niej­szego. W obec­no­ści in­nych osób bła­zno­wali jak ko­cha­jące się ro­dzeń­stwo i trudno so­bie wy­obra­zić, by za­cho­wy­wali się ina­czej, gdy byli tylko we dwoje”. Ale He­arst był jed­nak – by użyć słów Gu­ilesa – „zra­niony, zde­ner­wo­wany i nie­pewny, co da­lej ro­bić”.

14 sierp­nia 1924 roku za­pro­sił Cha­plina na rejs swym luk­su­so­wym jach­tem „One­ida”. Czy tra­ge­dia, która ro­ze­grała się tego dnia na po­kła­dzie, była re­ali­za­cją jego sza­tań­skiego planu po­zby­cia się ry­wala, czy też był to zwy­kły przy­pa­dek – tego do dzi­siaj nie wia­domo. „Może my­ślał, że tak bę­dzie le­piej, je­żeli – jak mnie­mał – roz­bije ten ro­mans; a może chciał wy­ja­śnić z Cha­pli­nem sy­tu­ację Ma­rion, bo Cha­plin miał co do niej pewne wąt­pli­wo­ści” – na­pi­sał póź­niej F.L. Gu­iles. To, co się tam zda­rzyło, jest jedną z wiel­kich i nie­wy­ja­śnio­nych ta­jem­nic Hol­ly­wood.

W każ­dym ra­zie za­pro­sze­nia otrzy­mali także m.in.: 42-letni „cza­ro­dziej we­sternu” Tho­mas H. Ince, na­le­żący do naj­wy­bit­niej­szych oso­bi­sto­ści w ame­ry­kań­skim prze­my­śle fil­mo­wym, re­ży­ser i pro­du­cent, któ­rego He­arst chciał na­mó­wić do pracy w swo­ich „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”, modna li­te­ratka Sho­bila Eli­nor Glyn – bry­tyj­ska au­torka kilku tak zwa­nych „śmia­łych po­wie­ści oby­cza­jo­wych”, miesz­ka­jąca od kilku lat w Hol­ly­wood, gdzie z po­wo­dze­niem prze­ra­biała swoje książki na sce­na­riu­sze, piękna ak­torka Aileen Prin­gle – bli­ska przy­ja­ciółka Ma­rion Da­vies, ko­lejna ak­torka – Se­ena Owen, tan­cerz The­odore Ko­sloff, znany głów­nie z we­ster­nów ak­tor Wil­liam S. Hart, sławny ka­li­for­nij­ski le­karz dr Da­niel Car­son Go­od­man – twórca leku na po­ten­cję, pro­du­ko­wa­nego z gru­czo­łów pew­nych po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich małp cie­szą­cych się szcze­gól­nym po­cią­giem sek­su­al­nym, po­cząt­ku­jąca dzien­ni­karka Lo­uella Par­sons oraz kilka mniej zna­nych osób, z któ­rymi przy­jaź­niła się Ma­rion lub które da­rzył ła­skami He­arst.

Wspa­niały jacht „One­ida” na­le­żał jesz­cze kilka mie­sięcy temu do ostat­niego ce­sa­rza Nie­miec, Wil­helma II. Od­by­wa­jące się na nim przy­ję­cia sły­nęły z nie­zwy­kłej wy­staw­no­ści, He­arst i Da­vies za­pra­szali na nie całą ów­cze­sną śmie­tankę to­wa­rzy­ską Ame­ryki. Do sta­łego wy­po­sa­że­nia jed­nostki za­li­czało się kil­ka­dzie­siąt skrzy­nek szam­pana „Veuve Cli­cquot” rocz­nik 1908, w któ­rym to roku spe­cjal­nym de­kre­tem za­strze­żono na­zwę „cham­pa­gne” dla win mu­su­ją­cych pro­du­ko­wa­nych za po­mocą me­thodecham­pe­no­ise clas­si­que w Szam­pa­nii. „One­ida” od­biła od ka­li­for­nij­skiego brzegu w samo po­łu­dnie. Rejs za­czął się od wy­staw­nego lun­chu, po któ­rym przy­stą­piono do de­gu­sta­cji zgro­ma­dzo­nego pod po­kła­dem jachtu szam­pana. Za­bawa osią­gnęła szczyt w nocy z trze­ciego na czwarty dzień rejsu. Wła­ści­ciel jachtu, na ogół nie­na­du­ży­wa­jący al­ko­holu, tym ra­zem pił znacz­nie wię­cej niż zwy­kle, na­ma­wia­jąc do pi­cia rów­nież in­nych go­ści. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­żył, że w świet­nie ba­wią­cym się to­wa­rzy­stwie nie ma Char­liego Cha­plina. Chwilę póź­niej znik­nęła mu z oczu rów­nież Ma­rion Da­vies. Są­dząc, że wy­szła na po­kład, ru­szył w ślad za nią. Tam jed­nak spo­tkał tylko spa­ce­ru­jącą sa­mot­nie Lo­uellę Par­sons.

– Nie wi­dzia­łaś gdzieś Ma­rion? – za­py­tał bar­dzo zde­ner­wo­wany.

– Ostat­nio wi­dzia­łam ją w ba­rze – od­parła dzien­ni­karka.

He­arst skie­ro­wał się ku scho­dom pro­wa­dzą­cym do baru, gdy na­gle usły­szał ja­kieś szmery na ru­fie. Ru­szył więc w tam­tym kie­runku i po kilku kro­kach uj­rzał roz­ne­gli­żo­waną Ma­rion Da­vies z in­nym męż­czy­zną w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji. Wy­co­fał się po ci­chu i po­biegł do swej ka­biny po pi­sto­let. Ak­torka za­uwa­żyła go jed­nak i za­częła krzy­czeć, a jej to­wa­rzysz uciekł. Sły­sząc krzyki Ma­rion, z po­mocą po­śpie­szył jej Tho­mas Ince. Ob­jął ak­torkę, chcąc ją uspo­koić. Tym­cza­sem He­arst po­wró­cił z pi­sto­le­tem. Z po­wodu ciem­no­ści i gę­stej mgły błęd­nie zin­ter­pre­to­wał sy­tu­ację. My­śląc za­pewne, że ob­ści­sku­ją­cym jego na­rze­czoną jest Char­lie Cha­plin, na­ci­snął spust. Pro­du­cent we­ster­nów osu­nął się na zie­mię. Póź­niej wie­lo­krot­nie za­da­wano so­bie py­ta­nie, czy strzał ten rze­czy­wi­ście był re­zul­ta­tem po­myłki. Ince był czło­wie­kiem ni­skiego wzro­stu, o po­dob­nym kształ­cie głowy i ko­lo­rze wło­sów jak Cha­plin.

Upły­nęło sporo czasu, za­nim po­zo­stali, pi­jani w dym pa­sa­że­ro­wie „One­idy” do­wie­dzieli się, że w jed­nej z ka­bin leży nie­przy­tomny Ince. Dr Go­od­man po­in­for­mo­wał wszyst­kich, że re­ży­ser cierpi na ostrą nie­straw­ność, ale ni­komu nie po­zwo­lił do niego zaj­rzeć. Po przy­bi­ciu do portu w San Diego Ince’a wy­nie­siono na no­szach i prze­wie­ziono do ho­telu, gdzie zmarł po kilku go­dzi­nach. We­dług ofi­cjal­nej wer­sji, przy­czyną śmierci był atak serca na tle za­tru­cia pto­ma­iną albo gwał­tow­nej nie­straw­no­ści. Ta­kiej przy­naj­mniej tre­ści akt zgonu wy­sta­wił usłużny dr Go­od­man. Ciało spa­lono w wiel­kim po­śpie­chu w kre­ma­to­rium w Los An­ge­les.

„Król prasy” nie był skąpy. Dla swych go­ści z „One­idy” usta­lił bar­dzo wy­so­kie ceny za mil­cze­nie. Wszy­scy uczest­nicy wy­cieczki do­znali na­gle zbio­ro­wej amne­zji. Nikt ni­czego nie wi­dział, nie sły­szał i nie pa­mię­tał. Lo­uella Par­sons, która była przy­pusz­czal­nie je­dy­nym świad­kiem zaj­ścia, do­stała wspa­niały na­szyj­nik ze szma­rag­dów, dwie złote bran­so­lety i wielką broszkę w pla­ty­no­wej opra­wie – wszystko ra­zem war­to­ści po­nad stu ty­sięcy do­la­rów. Przede wszyst­kim zaś He­arst za­an­ga­żo­wał ją w jed­nej ze swo­ich ga­zet jako szefa działu Plotki z Hol­ly­wood, z pen­sją, która rzu­ciła na ko­lana całe dzien­ni­kar­skie śro­do­wi­sko. Od­wdzię­czała mu się po­tem nie­zwy­kle lo­jalną po­stawą przez bli­sko ćwierć wieku. Wszy­scy – za od­po­wied­nią opłatą – zgo­dzili się, że nie ma sensu pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Usta­lono za­tem wspólną wer­sję wy­da­rzeń: Ince ni­gdy nie zna­lazł się na po­kła­dzie. Za­cho­ro­wał w dro­dze na jacht, za­wró­cił i zmarł wsku­tek ostrego ataku nie­straw­no­ści. Prasa He­ar­sta na­gło­śniła tę hi­sto­ryjkę, a po­twier­dził ją uprzejmy ko­ro­ner. Nie­utu­lo­nej w żalu wdo­wie He­arst za­tkał usta sumą mi­liona do­la­rów. Wiele lat póź­niej pani Ne­il­lie Ince na­wet na łożu śmierci nie za­brała głosu w spra­wie śmierci męża.

La­ko­niczne wzmianki, że Tho­mas Ince nie­do­maga na serce lub cierpi na za­pa­le­nie je­lit – bo róż­nie pi­sano – uka­zały się w ga­ze­tach do­piero trzy mie­siące po owym tra­gicz­nym zaj­ściu. Parę dni póź­niej po­dano do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści, że „cza­ro­dziej we­sternu” zmarł na atak serca.

Wy­da­rze­nia, które ro­ze­grały się na jach­cie „One­ida”, stały się, oczy­wi­ście, przed­mio­tem wielu naj­roz­ma­it­szych plo­tek. Mó­wiono na przy­kład, że rana, którą od­niósł re­ży­ser, wcale nie była śmier­telna i że zmarł do­piero w wy­niku śmier­tel­nego za­strzyku wy­ko­na­nego przez dwóch we­zwa­nych przez He­ar­sta do po­mocy le­ka­rzy… Po­ja­wiła się rów­nież wer­sja, że He­arst wcale nie za­strze­lił Ince’a, tylko ten wy­pił za­wie­ra­ją­cego tru­ci­znę drinka, przy­go­to­wa­nego spe­cjal­nie dla Char­liego Cha­plina.

Plotki z cza­sem pew­nie by wy­ga­sły, gdyby nie ra­żące sprzecz­no­ści w ze­zna­niach za­in­te­re­so­wa­nych. Prasa He­ar­sta po­dała po­cząt­kowo jaw­nie kłam­liwą in­for­ma­cję, że Ince za­cho­ro­wał na swoim ran­czo. Ma­rion po­wie­działa, że na po­kła­dzie nie było żad­nej broni. Bio­graf He­ar­sta, John Teb­bel, po­daje, że He­arst miał pi­sto­let, żeby cza­sem ustrze­lić ja­kąś mewę.

Cha­plin do końca utrzy­my­wał, że w ogóle nie było go na jach­cie, a w swej au­to­bio­gra­fii – nie przej­mu­jąc się chro­no­lo­gią – na­pi­sał, że Ince żył jesz­cze przez trzy ty­go­dnie i że He­arst, Ma­rion i on sam zło­żyli mu wi­zytę. (Ist­nieje jed­nak fo­to­gra­fia Cha­plina pod­czas uro­czy­stej kre­ma­cji Ince’a, która od­była się 48 go­dzin po jego śmierci). Jedni utrzy­my­wali, że wi­dzieli, jak zno­szono ofiarę z jachtu z raną po­strza­łową w gło­wie, inni zaś twier­dzili, że wi­dać było krew, po­nie­waż Ince wy­mio­to­wał krwią wsku­tek per­fo­ra­cji wrzodu żo­łądka.

Wszyst­kie plotki, od któ­rych aż hu­czało w Hol­ly­wood, zmu­siły wresz­cie pro­ku­ra­tora okręgu San Diego, Chri­sto­phera C. Kem­pleya, do wsz­czę­cia śledz­twa, które szybko jed­nak zo­stało umo­rzone, po­nie­waż główny do­wód w po­staci zwłok ofiary zo­stał spa­lony, pro­chy zaś nie nada­wały się do prze­pro­wa­dze­nia sek­cji i stwier­dze­nia przy­czyny zgonu. W do­datku śmierć na­stą­piła prze­cież ofi­cjal­nie w Los An­ge­les, więc pro­ku­ra­tor z San Diego nie miał tu nic do po­wie­dze­nia. Na­to­miast pro­ku­ra­tura w Los An­ge­les cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wała plotki i nie wsz­częła żad­nego śledz­twa.

Ży­cie He­ar­sta za­in­spi­ro­wało 24-let­niego wów­czas re­ży­sera Or­sona Wel­lesa do na­krę­ce­nia gło­śnego filmu Oby­wa­tel Kane. Prasa za­chwy­ciła się ge­niu­szem fil­mowca, ale pi­sma He­ar­sta przed­sta­wiały film jako „bez­par­do­nowy i nie­od­po­wie­dzialny atak na wspa­nia­łego czło­wieka”. Sam bo­ha­ter pró­bo­wał wszel­kimi spo­so­bami za­blo­ko­wać dys­try­bu­cję filmu, wy­ku­pić ta­śmy, spa­lić ne­ga­tyw. Po­dobno wście­kłość ma­gnata wy­wo­łał nie spo­sób przed­sta­wie­nia jego sa­mego, lecz to, że film w złym świe­tle uka­zał uko­chaną Ma­rion.

Eks­tra­wa­gancki tryb ży­cia i wielki kry­zys osła­biły znacz­nie po­zy­cję He­ar­sta na rynku pra­so­wym i fi­nan­so­wym. W 1937 roku zo­stał zmu­szony do sprze­daży czę­ści swo­jej ko­lek­cji dzieł sztuki, a w 1940 stra­cił oso­bi­stą kon­trolę nad im­pe­rium te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym, które zbu­do­wał. Ostat­nie lata ży­cia spę­dził w izo­la­cji. Zmarł w swej re­zy­den­cji w Be­verly Hills 14 sierp­nia 1951 roku, w wieku 88 lat.

Nie­długo po jego śmierci Ma­rion wy­szła za mąż, ale do końca ży­cia wspo­mi­nała z czu­ło­ścią ko­chanka, który za­pi­sał jej w te­sta­men­cie pięć mi­lio­nów do­la­rów. Prze­żyła go tylko o dzie­sięć lat, umie­ra­jąc na no­wo­twór ko­ści 22 wrze­śnia 1961 roku.

Oj­ciec chrzestny

Ben­ja­min „Bugsy” Sie­gel (1937–1947)

Ben­ja­min Sie­gel uro­dził się w 1905 roku w jed­nym z naj­po­dlej­szych miejsc no­wo­jor­skiego Bro­oklynu, tak zwa­nym Wil­liams­burgu, dziel­nicy nę­dzy i nik­czem­no­ści, któ­rej at­mos­fera nie uspo­sa­biała do nad­mier­nego opty­mi­zmu. Po­tem ro­dzice prze­pro­wa­dzili się wraz z nim do nie lep­szej dziel­nicy, po­ło­żo­nej po­mię­dzy 7 i 11 Aleją z jed­nej strony a 14 i 42 Ulicą z dru­giej, tak zwa­nej „Hell’s Kit­chen” (Pie­kiel­nej Kuchni), w któ­rej rzą­dziło prawo ulicz­nych gan­gów.

Młody Ben był ob­da­rzony wy­jąt­kową in­te­li­gen­cją i wiarą w sa­mego sie­bie, która ni­gdy go nie opusz­czała. Wy­róż­niał się wśród ró­wie­śni­ków bra­kiem naj­mniej­szych choćby kom­plek­sów i skru­pu­łów. Od naj­młod­szych lat kry­tycz­nie ob­ser­wo­wał i oce­niał ro­dzi­ców, dziel­nicę, w któ­rej żył, lu­dzi, ko­le­gów i na­uczy­cieli. Wie­dział, że je­śli pój­dzie uczciwą drogą, jego ży­cie bę­dzie może tylko odro­binę lep­sze od ży­cia ojca, ży­dow­skiego krawca, któ­rym po­gar­dzał, uwa­ża­jąc go za głupca i tchó­rza. Co­dzien­nie przed za­śnię­ciem mó­wił do sie­bie:

„Słu­chaj, chło­pie, za wszelką cenę mu­sisz stąd wy­ry­wać. Nie ma mowy, że­byś ra­nił so­bie palce i nisz­czył wzrok nad ma­szyną do szy­cia w tym pie­przo­nym za­kła­dzie kon­fek­cyj­nym za dzie­sięć do­lców ty­go­dniowo. To nie jest ro­bota dla cie­bie. To do­bre dla tę­pa­ków. Ty je­steś wart cze­goś wię­cej”.

Już jako 12-letni wy­ro­stek za­jął się wraz z kum­plami ścią­ga­niem ha­ra­czu od han­dla­rzy owo­ców. Na­zy­wano go „Bugsy”, co w slangu zna­czy tyle co: wa­riat, szaj­bus. Ben nie lu­bił tego prze­zwi­ska, uży­wano go więc tylko za jego ple­cami.

W wieku 14 lat Sie­gel do­ko­nał pierw­szego za­bój­stwa. Za­strze­lił od­ma­wia­ją­cego mu wy­płaty za ukra­dzioną ben­zynę pa­sera Abe’a Mo­sco­vitza i jego dwóch ochro­nia­rzy. W 1920 roku zo­stał ska­zany na 2 lata po­praw­czaka za do­mnie­many gwałt. Do­mnie­many, bo 20-let­nia żona no­wo­jor­skiego ro­bot­nika o me­lo­dyj­nym imie­niu Gra­ziella udzie­liła mu swych wdzię­ków nie tylko do­bro­wol­nie, ale i z dużą ochotą. Na­kryta jed­nak przez męża na zdra­dzie, bo­jąc się o swe zdro­wie, a na­wet ży­cie, za­częła wrzesz­czeć, że jest nie­wo­lona.

Po wyj­ściu z po­praw­czaka „Bugsy” zo­stał przy­jęty do gangu Mey­era Lan­sky’ego1, no­wo­jor­skiego Żyda, który po­mimo mło­dego wieku wy­wal­czył już so­bie godne miej­sce w prze­stęp­czej hie­rar­chii me­tro­po­lii. Tam osią­gnął pierw­szy szcze­bel sławy, mor­du­jąc gang­stera na­zwi­skiem Va­lenti, kon­ku­renta w prze­my­cie al­ko­holu. Wkrótce stał się prawą ręką szefa. Kie­ro­wał ko­mórką zaj­mu­jącą się za­bój­stwami na zle­ce­nie, a „ce­lami” byli naj­czę­ściej lu­dzie kry­mi­nal­nego pod­zie­mia: zdrajcy, ka­pu­sie, de­frau­danci na­le­żą­cych do ma­fii ka­pi­ta­łów, płatni mor­dercy, któ­rzy wie­dzieli za dużo, ry­wale i kon­ku­renci, a cza­sami sko­rum­po­wani po­li­tycy, któ­rzy na­gle przy­po­mnieli so­bie o uczci­wo­ści lub za­po­mnieli o za­cią­gnię­tych zo­bo­wią­za­niach.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Sie­gel w ni­czym nie przy­po­mi­nał daw­nego rze­zi­mieszka. Lek­cje dyk­cji po­zwo­liły po­zbyć się na­le­cia­ło­ści, jaką po­zo­sta­wiła mu edu­ka­cja, którą po­bie­rał w Wil­liams­burgu i Hell’s Kit­chen. Ob­ra­cał się w no­wo­jor­skich wyż­szych sfe­rach, za­wsze nie­na­gan­nie ubrany cho­dził na śnia­da­nie do ho­telu Wal­dorf, gdzie rów­nież ko­rzy­stał z usług ma­sa­ży­sty, fry­zjera (raz na ty­dzień) i ma­ni­kiu­rzystki. Jeź­dził nie­zmien­nie naj­now­szym, naj­bar­dziej luk­su­so­wym i naj­droż­szym mo­de­lem forda.

W 1930 roku po­ślu­bił Es­terę Kra­ko­wer, młodą, uro­czą Ży­dówkę o ciem­nych oczach, ja­snej ce­rze i kasz­ta­no­wych wło­sach. Wkrótce uro­dziła im się córka, któ­rej nadano imię Mil­li­cent. Trzy lata po ślu­bie po­ja­wiła się na świe­cie druga córka – Bar­bara.

15 kwiet­nia 1931 roku „Bugsy” wraz z Al­ber­tem Ana­sta­sią, Sa­mem „Red” La­vine’em i Jake’em El­liot­tem za­ła­twili w zna­nej na Co­ney Is­land re­stau­ra­cji „Nu­ova Villa Tam­maro” Giu­seppe Mas­se­rię, naj­waż­niej­szego bossa no­wo­jor­skiej ma­fii. 10 wrze­śnia te­goż roku Sie­gel wraz ze swymi ludźmi urzą­dził rzeź gangu Sa­lva­tore Ma­ran­zano. Dwu­na­stu męż­czyzn we­szło do biura Ma­ran­zano, miesz­czą­cego się w bu­dynku Grand Cen­tral na Man­hat­ta­nie. Szefa za­strze­lono, a dla pew­no­ści jesz­cze po­de­rżnięto mu gar­dło. Tego sa­mego dnia czter­dzie­stu in­nych sze­fów ma­fii na te­re­nie USA zo­stało wy­mor­do­wa­nych. Te „nie­szpory sy­cy­lij­skie” po­sta­wiły na czele ca­łej ma­fii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­ja­kiego Sa­lva­tore Lu­ca­nię, zna­nego sze­rzej jako Lucky Lu­ciano (Lu­cek Szczę­ściarz).

W na­stęp­nym roku Sie­gel wsła­wił się w pod­ziem­nym świe­cie za­bój­stwem współ­pra­cu­ją­cego z po­li­cją gang­stera na­zwi­skiem An­thony Fa­brizzo. Pew­nego dnia po­ło­żył się w no­wo­jor­skim Bel­le­vue Ho­spi­tal, sy­mu­lu­jąc cho­robę. Za­pła­cił za luk­su­sową se­pa­ratkę i za­dzwo­nił na pie­lę­gniarkę:

– Po­łkną­łem dwa z tych obrzy­dli­wych prosz­ków na­sen­nych. Pro­szę mi po­pra­wić łóżko, będę spał jak za­bity do rana – po­wie­dział.

Po­tem wy­mknął się ci­cha­czem ze szpi­tala, za­bił ka­pu­sia i po 35 mi­nu­tach le­żał z po­wro­tem grzecz­nie w swoim łóżku. Jego alibi było nie­pod­wa­żalne.

N po­czątku 1937 roku Sie­gel za­jął się z ra­mie­nia gang­ster­skiego Syn­dy­katu in­te­re­sami w Hol­ly­wood. Ma­fia z Los An­ge­les znaj­do­wała się w owych cza­sach pod kon­trolą bossa Jacka Dra­gny, lecz Sie­gel szybko po­ka­zał mu, kto tu na­prawdę rzą­dzi. Dra­gna – wie­dząc o nie­obli­czal­nym cha­rak­te­rze „Bugsy’ego” oraz po­par­ciu, ja­kim cie­szył się ze strony Mey­era Lan­sky’ego i Lucky’ego Lu­ciano, nie miał wyj­ścia i mu­siał ustą­pić mu miej­sca.

Przy­byw­szy do Hol­ly­wood, gang­ster od razu wziął się ener­gicz­nie do pracy, nie ża­łu­jąc za­równo tru­dów, jak i ka­pi­tału. Naj­pierw wy­bu­do­wał i urzą­dził ele­gancko piękną willę w Be­verly Hills. Miała trzy­dzie­ści pięć po­koi i dwa ba­seny, w tym je­den ogromny jak Wiel­kie Je­zioro Słone w sta­nie Utah. Spro­wa­dził tam ro­dzinę z Bro­oklynu i roz­po­czął ży­cie za­moż­nego „spor­t­smena”. Po­sia­dał piękne pole gol­fowe, ko­nie wierz­chowe i uda­wał za­pa­lo­nego my­śli­wego. Spra­szał co zna­mie­nit­szych go­ści i wkrótce jego dom za­roił się od fil­mo­wych gwiazd i gwiaz­do­rów. Po­tra­fił tak umie­jęt­nie grać swoją rolę, że wkrótce stał się w Hol­ly­wood bar­dzo po­pu­larną osobą, o któ­rej względy wszy­scy za­bie­gali.

W świat hol­ly­wo­odz­kiej so­cjety wpro­wa­dzili Sie­gela Geo­rge Raft – dawny kum­pel ze szcze­nię­cych lat z Bro­oklynu, a wów­czas uznany ak­tor, oraz zło­to­włosa pięk­ność Jean Har­low – ów­cze­sna gwiazda nu­mer 1, sym­bol seksu, ko­chanka in­nego gang­stera, re­zy­denta Syn­dy­katu w New Jer­sey, Ab­nera „Longy’ego” Zwil­l­mana. Za­pew­niano, że słynna scena z wy­świe­tla­nego wów­czas filmu RedDust(Czer­wony pył), w któ­rej pra­wie naga Jean wal­czyła z Clar­kiem Ga­ble’em, pod­no­siła w ki­no­wych sa­lach tem­pe­ra­turę aż o 10 stopni. Miała ciało bo­gini, w fil­mach lu­biła przy­bie­rać pro­wo­ku­jące pozy, a z ca­łej po­staci ema­no­wała lu­bieżna zmy­sło­wość. Joan Craw­ford, inna hol­ly­wo­odzka „su­per­star” mó­wiła o niej: „Nie ma żad­nego ta­lentu, ale za to umie roz­pi­nać roz­porki”.

Sie­gel miał w ręku jesz­cze je­den wielki atut. Był Ży­dem, a ów­cze­sne Hol­ly­wood aż ro­iło się od przed­sta­wi­cieli na­rodu wy­bra­nego. Od pro­du­cen­tów – Sa­mu­ela Gol­dwyna, Wil­liama Foxa, Lo­uisa B. May­era, braci War­ner i Adol­pha Zuc­kora, po­przez re­ży­se­rów, ta­kich jak Fritz Lang, Billy Wil­der, Edward Dmy­tryk czy Ana­tol Li­tvak, na ak­to­rach koń­cząc. Char­lie Cha­plin, Do­uglas Fa­ir­banks, Edward G. Ro­bin­son, Pau­lette God­dard, Al Jol­son, czy bra­cia Marx – wszy­scy za­li­czali się do „sta­ro­za­kon­nych”. Ży­dem był też kom­po­zy­tor Irving Ber­lin i wielu sce­na­rzy­stów oraz au­to­rów dia­lo­gów.

„Bugsy” wie­dział o tym do­sko­nale i spryt­nie wy­ko­rzy­sty­wał swoją przy­na­leż­ność et­niczną, aby prze­su­wać pionki na sza­chow­nicy, pod­czas gdy sam nie przy­wią­zy­wał żad­nej wagi do swego po­cho­dze­nia. Było mu zu­peł­nie obo­jętne, czy ktoś jest Ży­dem, Ir­land­czy­kiem czy Wło­chem.

Za­wsze ubrany z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem, przy­stojny, nie­bie­sko­oki, o wy­twor­nych ma­nie­rach i uro­kli­wym uśmie­chu od­sła­nia­ją­cym zęby o nie­ska­zi­tel­nej bieli, uwo­dzi­ciel­ski i sym­pa­tyczny Ben­ja­min Sie­gel ro­bił wśród gwiazd i gwiaz­de­czek „fa­bryki snów” praw­dziwą fu­rorę. Naj­pierw „za­li­czył” Con­stance Ben­nett, naj­le­piej wy­na­gra­dzaną wów­czas gwiazdę na świe­cie, ka­su­jącą 30 ty­sięcy do­lców ty­go­dniowo, piękną ko­bietę o ak­sa­mit­nej skó­rze, tę­czo­wym od­cie­niu wło­sów i nie­sa­mo­wi­cie zgrab­nych no­gach.

Po­tem za­ko­chała się w nim bez pa­mięci hra­bina Do­ro­thy Den­dice Tay­lor Di Frasso. Była od niego 12 lat star­sza i od­czu­wała per­wer­syjne pod­nie­ce­nie, znaj­du­jąc się w ra­mio­nach nie­bez­piecz­nego gang­stera, dla któ­rego płatne za­bój­stwa sta­no­wiły chleb po­wsze­dni. Z ko­lei dla „Bugsy’ego”, który dzie­ciń­stwo i mło­dość spę­dził w slum­sach Bro­oklynu i Hell’s Kit­chen, wsu­nię­cie się w ary­sto­kra­tyczną po­ściel było ta­kim awan­sem spo­łecz­nym, że róż­nica wieku nie od­gry­wała żad­nej roli, tym bar­dziej że Do­ro­thy Di Frasso za­cho­wała jesz­cze resztki wspa­nia­łej urody. Przede wszyst­kim jed­nak z jej po­staci ema­no­wała na­tu­ralna klasa, swo­boda w obej­ściu, wy­ra­fi­no­wa­nie w ma­nie­rach i spo­so­bie wy­sła­wia­nia się, czego nie miała żadna z obec­nych w Hol­ly­wood gwiazd, które mimo nie­sa­mo­wi­tej pięk­no­ści po­zo­sta­wały jed­nak tylko tym, kim były przed­tem: bar­man­kami, kel­ner­kami, bur­le­sko­wymi tan­cer­kami czy pio­sen­kar­kami z pod­rzęd­nych ka­ba­re­tów.

Nie dla ko­biet jed­nak przy­je­chał Sie­gel do Hol­ly­wood. Wy­ro­biw­szy so­bie sto­sunki, za­brał się do wła­ści­wej pracy. Naj­pierw za­jął się szan­ta­żami, wzo­ru­jąc się na wy­pró­bo­wa­nych przez Lep­kego2 me­to­dach. Udało mu się prze­ko­nać pew­nego gwiaz­dora, że otrzy­mał zbyt ni­ską gażę. Na­mó­wił go, by w chwili, gdy wszystko już było przy­go­to­wane do zdjęć i zo­stały po­nie­sione ogromne koszty, od­mó­wił udziału w fil­mie, tłu­ma­cząc się cho­robą. Na per­trak­ta­cje po­słał jed­nego ze swo­ich lu­dzi.

Wy­słan­nik „Bugsy’ego” zo­bo­wią­zał się na­kło­nić gwiaz­dora do wy­stę­po­wa­nia, za od­po­wied­nim wy­na­gro­dze­niem. W re­zul­ta­cie Sie­gel za­in­ka­so­wał 50 ty­sięcy do­la­rów, z czego 10 ty­sięcy wy­pła­cił gwiaz­do­rowi, a resztę scho­wał do wła­snej kie­szeni. Wy­da­rze­nia te stały się po­cząt­kiem zna­ko­mi­tego – cho­ciaż z pew­no­ścią nie dla wszyst­kich – in­te­resu.

Po­słu­gu­jąc się szan­ta­żem i prze­mocą, „Bugsy” wy­ci­skał worki do­la­rów z kie­szeni pro­du­cen­tów i ak­to­rów. Do­pro­wa­dzał do ze­rwa­nia w ostat­niej chwili kon­traktu po­mię­dzy ja­kimś sław­nym ak­to­rem a pro­du­cen­tem i w imie­niu gwiaz­dora wy­mu­szał znaczne pod­nie­sie­nie gaży. 10 pro­cent tak za­ro­bio­nej sumy od­da­wał ak­to­rowi, resztę zaś zgar­niał dla ma­fii.

Wy­twór­nie fil­mowe były bez­radne. Wpraw­dzie za­wsze można było za­an­ga­żo­wać inną gwiazdę, ale koszty opóź­nie­nia re­ali­za­cji już za­czę­tego filmu były tak wy­so­kie, że o wiele bar­dziej opła­cało się pła­cić ha­racz gang­ste­rowi. Hol­ly­wo­odz­kie gwiazdy na­to­miast chęt­nie in­we­sto­wały pie­nią­dze w pro­wa­dzone prze­zeń in­te­resy.

Wkrótce Sie­ge­lowi udało się do­stać do związku za­wo­do­wego pra­cow­ni­ków fil­mo­wych, za któ­rego po­śred­nic­twem za­czął ścią­gać jesz­cze więk­sze da­niny. Dla ochrony swych in­te­re­sów utwo­rzył zbrojny od­dział i na­wią­zał kon­takty z po­li­ty­kami, a „fa­bryki snów” uży­wał jako ka­nału prze­rzu­to­wego nar­ko­ty­ków z Mek­syku.

Pod­czas jed­nego z przy­jęć „Bugsy” pod­szedł do Jacka War­nera, wiel­kiego szefa wy­twórni „War­ner Bros”, i od­cią­gnął go na bok.

– Jack, wiem, że pan bę­dzie krę­cił Ro­bin Ho­oda z Erol­lem Flyn­nem i Oli­vią de Ha­vil­land – za­gad­nął z mi­łym uśmie­chem.

Pro­du­cent o mało nie udła­wił się kon­su­mo­wa­nym wła­śnie ka­wio­rem na grzance. Nikt oprócz jego braci i naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie śmiał się do niego zwra­cać w ten spo­sób.

– Będę, i co z tego? – od­burk­nął. – A poza tym nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy byli po imie­niu. Wszy­scy mó­wią do mnie pa­nie War­ner i…

– Jack – prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie gang­ster – pro­szę mnie wy­słu­chać. Pró­buję panu od­dać przy­sługę.

– Pan pró­buje mi od­dać przy­sługę? – War­ner zła­pał za kie­li­szek szam­pana, nie­siony na srebr­nej tacy przez prze­cho­dzą­cego obok kel­nera i z wra­że­nia opróż­nił na­czy­nie dusz­kiem do dna.

– Tak, wła­śnie, przy­sługę – uśmiech­nął się znowu „Bugsy”. Uśmiech ten wy­da­wał się jak naj­bar­dziej szczery, ale gdy pro­du­cent po­pa­trzył głę­biej w oczy swego roz­mówcy, uj­rzał w nich sze­roko otwarte wieko trumny. – Niech pan po­słu­cha – kon­ty­nu­ował Sie­gel. – Może pan na­wet o tym nie wie, ale pań­scy księ­gowi po­my­lili się przy opra­co­wy­wa­niu bu­dżetu do pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda.

– Po­my­lili się? – War­ner wy­trzesz­czył oczy. – To zu­peł­nie nie­moż­liwe.

– A jed­nak. Za­po­mnieli o jed­nej bar­dzo waż­nej po­zy­cji.

– O ja­kiej, do dia­bła?

– O sta­ty­stach.

– Co pan mi tu za bzdury opo­wiada! – zde­ner­wo­wał się Jack War­ner.

– To żadne bzdury – wy­ja­śnił spo­koj­nie Sie­gel. – Niech pan so­bie wy­obrazi, że sce­na­riusz i dia­logi Ro­binHo­oda są już go­towe, wszyst­kie de­ko­ra­cje roz­miesz­czone, świa­tło usta­wione, każdy zna swoją rolę na pa­mięć… Er­rol Flynn trzyma Oli­vię de Ha­vil­land w ra­mio­nach, sły­chać klaps i wo­ła­nie: scena nu­mer je­den, uję­cie pierw­sze… i w tym mo­men­cie wszy­scy sta­ty­ści opusz­czają plan.

– I co z tego – War­ner wzru­szył ra­mio­nami. – Za­trudni się in­nych sta­ty­stów i po kło­po­cie.

– Otóż nie – wy­ja­śnił „Bugsy”. – Wi­dzi pan… Wszy­scy sta­ty­ści na­leżą do związku i są so­li­darni…

– Ze związ­kiem za­wsze można się do­ga­dać – uśmiech­nął się po­błaż­li­wie pro­du­cent.

– W pełni zga­dzam się z pań­skim twier­dze­niem. Tylko…

– Tylko co?

– Tylko że ja kon­tro­luję ich zwią­zek – wy­znał szcze­rze gang­ster. – I… pro­szę mi wie­rzyć, że po­mimo mo­ich wy­sił­ków, nie zdo­ła­łem prze­ko­nać paru ich naj­więk­szych twar­dzieli… Wie pan – zni­żył głos do szeptu – nie­któ­rzy z nich to kry­mi­na­li­ści. Po­słu­gują się pałką okutą oło­wiem z taką sku­tecz­no­ścią, z jaką Billy Wil­der po­słu­guje się ka­merą. Po­zy­cja, którą pań­scy księ­gowi za­po­mnieli włą­czyć do bu­dżetu pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda, wy­nosi sto ty­sięcy do­la­rów – do­bro­tliwy uśmiech znik­nął z twa­rzy Sie­gela.

– To zwy­kły szan­taż! – wy­buch­nął War­ner. – Czy pan my­śli, że dam się szan­ta­żo­wać bez­kar­nie?

– Je­stem pe­wien, że Ro­binHoodbę­dzie zna­ko­mi­tym fil­mem – od­parł lo­do­wa­tym to­nem „Bugsy”. – Oczy­wi­ście bę­dzie kosz­to­wał o sto ty­sięcy do­la­rów wię­cej, ale część z tego od­zy­ska pan od firm ubez­pie­cze­nio­wych.

– Jak to? – zdzi­wił się pro­du­cent.

– Uda się pan do nich i wy­tłu­ma­czy, że jest pan pe­wien na sto pro­cent, iż pod­czas krę­ce­nia filmu nie bę­dzie ani jed­nego strajku. A po za­koń­czo­nej pracy za­żąda pan pre­mii gra­ty­fi­ka­cyj­nej od firmy, w któ­rej się pan ubez­pie­czył. Będę ju­tro w pań­skim biu­rze, Jack. Pro­szę przy­go­to­wać go­tówkę, nie prze­pa­dam za cze­kami.

Po­nie­waż ha­zard był w Ka­li­for­nii su­rowo za­ka­zany, „Bugsy” od­ku­pił za bez­cen flotę sta­rych stat­ków, wy­re­mon­to­wał je i luk­su­sowo wy­po­sa­żył. Za­ko­twi­czone na Oce­anie Spo­koj­nym, poza gra­ni­cami wód te­ry­to­rial­nych, nie pod­le­gały ka­li­for­nij­skiemu prawu i na ich po­kła­dzie można było bez prze­szkód upra­wiać ha­zard oraz ko­rzy­stać z usług luk­su­so­wego domu pu­blicz­nego. Gra­cze wsia­dali do szyb­kich mo­to­ró­wek i uda­wali się na statki-ka­syna, by prze­pusz­czać swoje pie­nią­dze w ru­letkę, po­kera, black-jacka czy crapsa. Zgrani do su­chej nitki mieli moż­li­wość dal­szego gra­nia na kre­dyt, pod wa­run­kiem pod­pi­sa­nia skryptu dłuż­nego opro­cen­to­wa­nego w wy­so­ko­ści 15% dzien­nie. Zwrot długu w nie­prze­kra­czal­nym ter­mi­nie 14 dni był rze­czą roz­sądną i mocno za­le­caną. Na­zwi­ska tych, któ­rzy za­po­mnieli o tej zdro­wej za­sa­dzie, bar­dzo szybko po­ja­wiały się w ru­bryce ne­kro­lo­gów ga­zety „Los An­ge­les Ti­mes”. Ru­bryka ta, sfo­to­gra­fo­wana i po­więk­szona, była przy­le­piana wzdłuż scho­dów stat­ków-ka­syn, przy­po­mi­na­jąc w ten spo­sób o skut­kach amne­zji.

Wkrótce „Bugsy” za­jął się inną gwiazdą Hol­ly­wo­odu, Ma­rion Da­vies. Pro­te­go­wana ma­gnata pra­so­wego, Wil­liama Ran­dol­pha He­ar­sta za­gięła pa­rol na pięk­nego Ben­ja­mina tro­chę dla utar­cia nosa za­nie­dbu­ją­cemu ją ko­chan­kowi, wiecz­nie za­ję­temu swym pra­so­wym im­pe­rium, a tro­chę dla zro­bie­nia na złość Con­stance Ben­nett i hra­bi­nie Di Frasso. „Bugsy” prze­le­ciał ją z ra­do­ścią, a po­tem za­czął szan­ta­żo­wać.

We wrze­śniu 1939 roku wła­dze fe­de­ralne prze­pro­wa­dziły za­kro­joną na sze­roką skalę ak­cję prze­ciwko zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści na te­re­nie ca­łego kraju. Ben­ja­min „Bugsy” Sie­gel zo­stał oskar­żony przez pro­ku­ra­tora fe­de­ral­nego J.T. Can­hilla o przy­na­leż­ność do zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy gang­ste­rów. Jego ze­zna­nia zło­żone przed są­dem w dniu 4 paź­dzier­nika były ste­kiem kłamstw gru­bymi nićmi szy­tych, ale nikt nie był mu w sta­nie ni­czego udo­wod­nić. Ża­den z ak­to­rów i pro­du­cen­tów Hol­ly­wo­odu nie miał tyle od­wagi, aby świad­czyć prze­ciwko niemu.

8 paź­dzier­nika zo­stał jed­nakże po­now­nie aresz­to­wany i osa­dzony w wię­zie­niu Los An­ge­les Co­unty, w wy­niku dzia­ła­nia nie­ustra­szo­nego tę­pi­ciela gang­ste­rów, pro­ku­ra­tora Tho­masa E. De­weya. Ocze­ki­wa­nie w wię­zie­niu na roz­prawę nie było zbyt uciąż­liwe. „Bugsy” miał spe­cjalną celę, po­siłki przy­no­sił mu z ze­wnątrz oso­bi­sty ku­charz, Fi­li­piń­czyk, który pra­co­wał w naj­lep­szych ho­te­lach, a jego spe­cjal­no­ścią był ba­żant z rożna, po­lany so­sem i skro­piony ma­derą. Straż­nicy wię­zienni ga­pili się z za­chwy­tem na od­wie­dza­ją­cych gang­stera: Geo­rge’a Ra­fta, Gary Co­opera, Clarka Ga­ble’a, Ca­roll Lom­bard, Joan Craw­ford, Ty­rone’a Po­wera i Erolla Flynna, któ­rzy przy­cho­dzili po­cie­szyć sta­rego kom­pana za­baw po­grą­żo­nego w ta­ra­pa­tach.

Co­dzien­nie od­wie­dzała go żona Es­tera, ale bez có­rek. Ni­gdy jed­nak nie zo­sta­wała w celi na noc. Z wielką ra­do­ścią za­stę­po­wały ją inne ochot­niczki. Czy było coś bar­dziej pod­nie­ca­ją­cego od ko­cha­nia się w celi wię­zien­nej z uro­czym gang­ste­rem, o któ­rym nie było wia­domo, czy za pół roku nie do­sta­nie bi­letu w jedną stronę do ko­mory ga­zo­wej w wię­zie­niu San Qu­en­tin?

Na prze­pustki Sie­gel wy­cho­dził naj­czę­ściej ze swą ak­tu­alną przy­ja­ciółką, an­giel­ską ak­torką Wendy Bar­rie, któ­rej po­ma­gał w ka­rie­rze, wy­ko­rzy­stu­jąc swoje sze­ro­kie zna­jo­mo­ści. 30 stycz­nia 1942 roku zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo Harry’ego „Big Gre­enie” Gre­en­berga, lecz 21 lu­tego ława przy­się­głych wy­dała de­cy­zję: not gu­ilty! (nie­winny!).

Wy­da­wało się, że Ben­ja­min Sie­gel do­żyje sta­ro­ści w szczę­ściu i bo­gac­twie. Stało się jed­nak ina­czej. Wy­koń­czyła go – jak wielu in­nych – ko­bieta. W 1943 roku po­znał Vir­gi­nię Hill. Była wy­soka, miała dłu­gie, kru­czo­czarne włosy, wspa­niałe zie­lone oczy, smu­kłe nogi i bio­dra, które ko­ły­sały się jak ku­ter przy zbli­ża­ją­cym się cy­klo­nie. Mó­wiła z prze­cią­głym ak­cen­tem Po­łu­dnia i ema­no­wała sza­loną zmy­sło­wo­ścią. Była córką ka­mie­nia­rza z Ala­bamy i miała dzie­wię­cioro ro­dzeń­stwa. W wieku 16 lat ucie­kła z ko­chan­kiem do Chi­cago. Szybko po­rzu­ciła na­rze­czo­nego i za­częła wy­stępy jako re­wiowa „girl”. Tam za­uwa­żył ją pe­wien gang­ster trze­ciej ka­te­go­rii i po­jął za żonę. Za­li­czyła trzech mę­żów i do­piero po trze­cim roz­wo­dzie zro­zu­miała, że wol­ność jest naj­pięk­niej­szą rze­czą na świe­cie. Była przy­ja­ciółką naj­gło­śniej­szych bos­sów prze­stęp­czego pod­zie­mia: Lucky’ego Lu­ciano, Franka Co­stello, Joe Ado­nisa, „Longy’ego” Zwil­l­mana i Mey­era Lan­sky’ego. W prze­stęp­czym Syn­dy­ka­cie peł­niła rolę skarb­nika. Sły­nęła z roz­rzut­no­ści i pi­jac­kich wy­bry­ków. W ciągu jed­nej nocy po­tra­fiła wy­dać na al­ko­hole 10 ty­sięcy do­la­rów! Służ­bie ho­te­lo­wej i kel­ne­rom da­wała stu­do­la­rowe na­piwki. Twier­dziła, że ma dwa nie­ogra­ni­czone źró­dła do­cho­dów: ko­nie i męż­czyzn. Prze­słu­chi­wana kie­dyś przed spe­cjalną ko­mi­sją se­natu ame­ry­kań­skiego, zaj­mu­jącą się zwal­cza­niem zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści i dzia­ła­jącą pod prze­wod­nic­twem Es­tesa Ke­fau­vera, wy­znała:

– Wszy­scy gang­ste­rzy, o któ­rych mówi się, że by­łam ich ko­chanką, da­wali mi kosz­towne pre­zenty – od­po­wie­działa.

Na py­ta­nie, dla­czego da­wali jej te pre­zenty, po­iry­to­wana od­parła:

– Po­nie­waż przede mną nikt im tak do­brze nie cią­gnął druta!

„Bugsy” do­słow­nie osza­lał na jej punk­cie. Wy­na­jął dla niej dawną willę Ru­dolfa Va­len­tino i urzą­dził ją z ogrom­nym prze­py­chem. W końcu za­pro­po­no­wał mał­żeń­stwo. Vir­gi­nia od­mó­wiła, ale stała się jego ko­chanką. Bar­dzo kosz­towną ko­chanką.

W roku 1944 Syn­dy­kat skie­ro­wał Sie­gela do Las Ve­gas, aby roz­krę­cił tam ha­zard. Ben za­brał się do ro­boty jak zwy­kle z wiel­kim roz­ma­chem. Kosz­tem wy­asy­gno­wa­nych z ma­fij­nej kasy sied­miu mi­lio­nów do­la­rów wy­bu­do­wał „Fla­mingo” – pierw­sze ka­syno po­łą­czone z ho­te­lem. Nie­ba­wem na­stępne gang­ster­skie przy­bytki w po­staci luk­su­so­wych do­mów gry i wspa­nia­łych ho­teli za­częły wy­ra­stać jak grzyby po desz­czu. Taki był po­czą­tek ka­riery owej mie­ściny, ścią­ga­ją­cej dziś co roku 30 mi­lio­nów spra­gnio­nych emo­cji tu­ry­stów. Wkrótce jed­nak

„Bugsy” za­czął trak­to­wać Las Ve­gas jak swoje pry­watne te­ry­to­rium. Co­raz czę­ściej za­czy­nał też mieć za­le­gło­ści z ty­tułu roz­li­czeń z Syn­dy­ka­tem. Nic dziw­nego, skoro gros zy­sków z Hol­ly­wood i Las Ve­gas in­we­sto­wał w Vir­gi­nię Hill. Za­ko­chany w pięk­nej ku­rewce gang­ster lek­ce­wa­żył prze­sy­łane mu przez Syn­dy­kat upo­mnie­nia. Był prze­ko­nany, że za­sia­da­jąc w ra­dzie Syn­dy­katu, jest nie­ty­kalny, nie zda­rzyło się bo­wiem ni­gdy, by ma­fia skrzyw­dziła ko­goś z naj­wyż­szych władz kar­telu. My­lił się jed­nak.

Na po­sie­dze­niu rady w Ha­wa­nie, na które nie zo­stał za­pro­szony, za­padł na niego wy­rok śmierci. 24 gło­sami za i 2 prze­ciw (Meyer Lan­sky i Lucky Lu­ciano). Do wy­ko­na­nia za­da­nia wy­zna­czono Fran­cuza na­zwi­skiem Luc Pre­vot, który róż­nił się od po­nu­ra­ków na­le­żą­cych do ekipy Al­berta Ana­sta­sii tym, że sze­roki uśmiech ni­gdy nie scho­dził mu z twa­rzy. Pre­vot był jed­nak zna­ko­mi­tym fa­chow­cem. Pod­czas oku­pa­cji hi­tle­row­skiej słu­żył we fran­cu­skim od­dziale nie­miec­kiego SD, zaj­mu­ją­cym się li­kwi­do­wa­niem człon­ków ru­chu oporu.

20 czerwca 1947 roku „Bugsy” po­kłó­cił się z Vir­gi­nią i sam, tylko z ob­stawą, po­je­chał do swej willi przy 810 North Lin­den Drive. Luc Pre­vot wśli­znął się po ci­chu do są­sied­niej po­se­sji. Wi­dział jak „Bugsy” sie­dzi na ka­na­pie i czyta ga­zetę. Spo­koj­nie wy­ce­lo­wał swój win­che­ster mo­del M1. Pierw­sza kula tra­fiła Ben­ja­mina Sie­gela w lewy oczo­dół i jego piękne błę­kitne oko po­le­ciało aż na drugi ko­niec sa­lonu. Druga tra­fiła w róg pra­wego oczo­dołu, a trze­cia prze­szła pod ko­ścią po­licz­kową. Czwarta roz­trza­skała wi­szący na ścia­nie olejny ob­raz na­giej ko­biety ze szklanką whi­sky w ręku. Trzy ostat­nie po­roz­ry­wały na strzępy wspa­niałą ma­ry­narkę gar­ni­turu, za który za­le­d­wie przed kil­koma dniami Sie­gel za­pła­cił aż 400 do­la­rów. Twórca ha­zar­do­wej po­tęgi Las Ve­gas i „oj­ciec chrzestny” Hol­ly­wood ru­nął na zie­mię po­dziu­ra­wiony ku­lami jak ser emen­ta­ler.

1 Meyer Lan­sky (wł. Ma­jer Su­chow­lań­ski) – ur. 4 lipca 1902 roku w Grod­nie, zm. 15 stycz­nia 1983 roku w Miami Be­ach, je­den z naj­bar­dziej zna­nych ame­ry­kań­skich gang­ste­rów ery pro­hi­bi­cji. Żyd pol­skiego po­cho­dze­nia.2 Lo­uis Bu­chal­ter (1897–1944) – gang­ster ży­dow­skiego po­cho­dze­nia, znany był pod pseu­do­ni­mem Lepke. We­dług twier­dze­nia Ed­gara Ho­overa, szefa FBI, Lepke miał na su­mie­niu po­nad setkę mor­derstw, choć przez wiele lat żad­nego nie po­tra­fiono mu udo­wod­nić. Słabo czy­tał i pi­sał, ale za to z od­le­gło­ści trzy­dzie­stu kro­ków po­tra­fił ulo­ko­wać kulę ka­li­bru 38 mm w główce agrafki. W 1940 roku zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo pierw­szego stop­nia i ska­zany na karę śmierci. Eg­ze­ku­cję na krze­śle elek­trycz­nym wy­ko­nano 4 marca 1944 roku w wię­zie­niu Sing Sing.

W imie­niu Rzecz­po­spo­li­tej

Igo Sym (1929/1930)

Wcze­snym ran­kiem 7 marca 1941 roku do war­szaw­skiej ka­mie­nicy po­ło­żo­nej przy ulicy Ma­zo­wiec­kiej 10 we­szło trzech wy­spor­to­wa­nych mło­dych męż­czyzn. Ma­zo­wiecka była naj­bar­dziej ar­ty­styczną ulicą przed­wo­jen­nej War­szawy. Tu pod nu­me­rem dwu­na­stym mie­ściła się naj­słyn­niej­sza ka­wiar­nia sto­licy – „Mała Zie­miań­ska”, z pół­pię­ter­kiem oku­po­wa­nym przez po­etów, li­te­ra­tów, ar­ty­stów ma­la­rzy, a także pro­fe­so­rów znaj­du­ją­cego się nie­opo­dal Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Swoją na­zwę za­wdzię­czała są­siedz­twu z To­wa­rzy­stwem Kre­dy­to­wym Ziem­skim, zaś okre­śle­nie „mała” wią­zało się z po­cząt­kowo nie­wiel­kimi roz­mia­rami lo­kalu.

Obok znaj­do­wały się – wielce za­słu­żone dla li­te­ra­tury – księ­gar­nia oraz wy­daw­nic­two Ja­kuba Mort­ko­wi­cza. Pod ósemką, dzie­siątką i szes­nastką dzia­łały trzy ga­le­rie sztuki, a pod czter­nastką – znany bar „U Wró­bla”, gdzie na obiady wpa­dali go­ście „Zie­miań­skiej”. W cza­sie oku­pa­cji ulica zsza­rzała, ale nie stra­ciła cał­kiem daw­nego bla­sku.

Jed­nakże to nie z po­wodu li­te­ra­tury ani ma­lar­stwa trzej mło­dzi lu­dzie zna­leźli się w tym miej­scu. Je­den z nich, do któ­rego po­zo­stali zwra­cali się „Szary”, zo­stał na klatce scho­do­wej, na par­te­rze. Dwaj po­zo­stali – „Za­wada” i „Mały” – we­szli szyb­kim kro­kiem na czwarte pię­tro. Może na­wet mi­nęli się na scho­dach z Hanką Or­do­nówną, która po zwol­nie­niu z Pa­wiaka zaj­mo­wała je­den z lo­kali na trze­cim pię­trze. Choć to ra­czej wąt­pliwe, była bo­wiem go­dzina 7.10 rano i o tej po­rze ar­ty­ści zwy­kle jesz­cze śpią.

Do­piero po woj­nie usta­lono ich na­zwi­ska. „Szary” na­zy­wał się Bog­dan Ro­go­liń­ski, „Za­wada” – Ro­man Roz­mi­łow­ski, a „Mały” – Wik­tor Kli­ma­szew­ski3. Wszy­scy trzej byli żoł­nie­rzami ZOM (Za­kładu Oczysz­cza­nia Mia­sta), grupy li­kwi­da­cyj­nej kontr­wy­wiadu Związku Walki Zbroj­nej. Roz­mi­łow­ski, przed­wo­jenny pod­po­rucz­nik ar­ty­le­rii, w kam­pa­nii wrze­śnio­wej wal­czył w sze­re­gach 6 Dy­wi­zjonu Ar­ty­le­rii Cięż­kiej. Po nie­uda­nej pró­bie prze­do­sta­nia się przez Sło­wa­cję do Fran­cji wró­cił do War­szawy i na­tych­miast włą­czył się do czyn­nej kon­spi­ra­cji.

Skrę­cili w długi ko­ry­tarz z sze­re­giem drzwi. „Mały” za­dzwo­nił do miesz­ka­nia ozna­czo­nego nu­me­rem 10. Po chwili otwo­rzyła im młoda ko­bieta, ubrana we wzo­rzy­sty szla­frok.

– Pa­no­wie do kogo? – za­py­tała, nie kry­jąc zdu­mie­nia wi­zytą o tak nie­ludz­kiej po­rze.

– Chcie­li­by­śmy zo­ba­czyć się z pa­nem dy­rek­to­rem Sy­mem – wy­ja­śnił „Za­wada”.

– O tej po­rze? – Ko­bieta była wy­raź­nie zde­gu­sto­wana.

– Czy to coś pil­nego?

– O, tak, pro­szę pani – uśmiech­nął się „Mały”. – Na­wet bar­dzo pil­nego. Może pani bę­dzie ła­skawa po­pro­sić pana dy­rek­tora. My tylko na chwi­leczkę…

– No… do­brze – zgo­dziła się nie­chęt­nie. – Pro­szę po­cze­kać. Niech pa­no­wie wejdą do sa­lo­niku. – Wska­zała im drzwi pro­wa­dzące do jed­nego z po­koi.

Dwie mi­nuty póź­niej wszedł tam przy­stojny, po­stawny męż­czy­zna po czter­dzie­stce. Był jesz­cze za­spany, na pi­żamę na­rzu­cił po­spiesz­nie ciem­no­nie­bie­ską po­domkę.

– Czy pan Igo Sym? – za­py­tał „Mały”.

– Tak. O co cho­dzi? – W gło­sie męż­czy­zny, z po­zoru uprzej­mym, można było wy­czuć nutę iry­ta­cji. – Mam na­dzieję, że to coś na­prawdę waż­nego…

– W imie­niu Rze­czy­po­spo­li­tej… – roz­po­czął tra­dy­cyjną for­mułę wy­roku „Mały”, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni płasz­cza pi­sto­let.

– Masz ło­trze, za Pol­skę! – „Za­wada” nie za­mie­rzał ba­wić się w ta­kie ce­re­giele. Bły­ska­wicz­nie do­był „Visa” i z od­le­gło­ści pół­tora me­tra wpa­ko­wał męż­czyź­nie kulę pro­sto w serce.

Tra­fiony Sym padł mar­twy na twarz, tuż pod nogi strze­la­ją­cego. Młoda ko­bieta, która otwo­rzyła drzwi, na od­głos strzału po­ja­wiła się w progu. Jak ska­mie­niała pa­trzyła na śmierć swo­jego szwa­gra.

Strzał obu­dził śpiącą w są­sied­nim miesz­ka­niu Anielę La­wiń­ską. Star­sza ko­bieta in­stynk­tow­nie wy­czuła, że to za­mach na Syma. Na­tych­miast ze­rwała z łóżka swego syna, Ta­de­usza Kar­czew­skiego, przed­wo­jen­nego ofi­cera, i jego ko­legę. Nie było chwili do stra­ce­nia – obaj nie byli u niej za­mel­do­wani, a za chwilę zjawi się tu ge­stapo. Aniela La­wiń­ska wy­bie­gła na ko­ry­tarz. Przez otwarte drzwi miesz­ka­nia za­ję­tego przez Sy­mów zo­ba­czyła zwłoki Igo i po­chy­loną nad nimi la­men­tu­jącą matkę. Sta­nęła w drzwiach, by za­sło­nić sobą prze­my­ka­ją­cych ko­ry­ta­rzem syna i jego ko­legę.

Za­nim do­mow­nicy zdą­żyli wsz­cząć alarm, cała trójka za­ma­chow­ców była już na ulicy. Za­raz za bramą wej­ściową do ka­mie­nicy ro­ze­szli się w prze­ciwne strony, by go­dzinę póź­niej spo­tkać się pod oknami miesz­ka­nia or­ga­ni­za­tora ak­cji, Ro­mana Nie­wia­ro­wi­cza, przy alei Na Skar­pie 67.

– Za­ła­twione – za­mel­do­wał „Mały”.

– Żad­nych kło­po­tów?

– Żad­nych. Wszystko po­szło jak po ma­śle.

Ro­man Nie­wia­ro­wicz, ps. „Łada”, był w oku­pa­cyj­nym świe­cie ak­tor­skim po­sta­cią wy­jąt­kową. W kon­spi­ra­cji peł­nił funk­cję szefa bry­gady spe­cjal­nej war­szaw­skiego okręgu Związku Walki Zbroj­nej, po­przed­nika Ar­mii Kra­jo­wej. Za zgodą władz Pol­ski Pod­ziem­nej za­trud­niony był jako ak­tor i re­ży­ser w te­atrze „Ko­me­dia”. Zor­ga­ni­zo­wał tam skład­nicę mel­dun­kową jed­nej z ko­mó­rek ZWZ i cen­tralę kon­spi­ra­cyj­nych kon­tak­tów, zna­ko­mi­cie ma­sko­wa­nych przez co­dzienny ruch i ży­cie te­atru.

„Ko­me­dia” cie­szyła się u Niem­ców zna­ko­mitą opi­nią, to­też wiele taj­nych spraw można tam było za­ła­twiać zu­peł­nie bez­piecz­nie, w ide­al­nych wprost wa­run­kach, nie­malże na oczach ge­sta­pow­ców. Funk­cjo­na­riu­sze Ge­he­ime Sta­at­spo­li­zei by­wali w tym te­atrze bar­dzo czę­sto, bo­wiem jego dy­rek­tor, Ar­tur Hor­wath, utrzy­my­wał z nimi bli­skie sto­sunki.

O go­dzi­nie dzie­wią­tej Nie­wia­ro­wicz udał się do Te­atru Pol­skiego, gdzie jak gdyby ni­gdy nic do­py­ty­wał się o Syma, z któ­rym rze­komo umó­wił się na tę go­dzinę w ja­kiejś bar­dzo pil­nej spra­wie. Po­wie­dziano mu, że dy­rek­tor Sym z pew­no­ścią przyj­dzie, ale nie wia­domo do­kład­nie, o któ­rej go­dzi­nie. Nie­wia­ro­wicz zo­sta­wił mu wia­do­mość, że idzie do „Ko­me­dii” i że bę­dzie tam na niego cze­kał.

Po­tem te­le­fo­no­wał jesz­cze kil­ka­krot­nie, za każ­dym ra­zem sły­sząc tę samą od­po­wiedź, że dy­rek­tor Sym jesz­cze nie przy­szedł. Jak się po­tem oka­zało, w Te­atrze Pol­skim wie­dziano o śmierci Syma już przed je­de­na­stą, lecz na wy­raźne po­le­ce­nie ge­stapo od­po­wia­dano nie­zmien­nie w ten wła­śnie spo­sób.

Ge­stapo zja­wiło się na Ma­zo­wiec­kiej kil­ka­na­ście mi­nut po za­ma­chu. Matka Igo Syma oświad­czyła ge­sta­pow­com, że jej syna na pewno nie za­bił nikt miesz­ka­jący w tym domu. Niemcy prze­szu­kali wszyst­kie miesz­ka­nia. W po­koju Anieli La­wiń­skiej zna­leźli przed­wo­jenną fo­to­gra­fię Igo Syma z de­dy­ka­cją dla jej męża, ak­tora: „Ko­cha­nemu ko­le­dze Lu­dwi­kowi La­wiń­skiemu – Igo Sym”. Zdję­cie uchro­niło ją przed szcze­gó­ło­wym śledz­twem.

O go­dzi­nie 11 uliczne me­ga­fony, tak zwane szcze­kaczki, nadały jako ko­mu­ni­kat spe­cjalny roz­po­rzą­dze­nie gu­ber­na­tora Lu­dwiga Fi­schera. Na­stęp­nego dnia war­szaw­skie słupy ogło­sze­niowe i mury ka­mie­nic po­kryte zo­stały pla­ka­tami z jego tre­ścią:

ROZ­PO­RZĄ­DZE­NIE

Dnia 7 marca 1941 r. we wła­snym miesz­ka­niu zo­stał za­strze­lony przez Po­laka Nie­miec

IGO SYM

Kie­row­nik Te­atru Mia­sta War­szawy

W związku z tą ohydną zbrod­nią za­rzą­dzam dla ob­szaru mia­sta War­szawy, co na­stę­puje:

1. Aresz­to­wa­nie więk­szej ilo­ści za­kład­ni­ków.

2. Na­tych­mia­stowy za­kaz wy­ko­ny­wa­nia pro­duk­cji ar­ty­stycz­nych w pol­skich te­atrach, re­wiach, za­kła­dach ga­stro­no­micz­nych i wszyst­kich in­nych lo­ka­lach roz­ryw­ko­wych do dnia 7 kwiet­nia br. włącz­nie.

3. Wpro­wa­dze­nie go­dziny po­li­cyj­nej dla Po­la­ków aż do od­wo­ła­nia, od 20.00 do 5.00.

Je­żeli w prze­ciągu trzech dni na­zwi­sko zbrod­nia­rza nie zo­sta­nie ujaw­nione wła­dzom nie­miec­kim, za­kład­nicy będą roz­strze­lani.

Roz­po­rzą­dze­nie wcho­dzi w ży­cie z chwilą ogło­sze­nia.

(–) Dr LU­DWIG FI­SCHER

GU­BER­NA­TOR

Za­cho­wany wy­rok Woj­sko­wego Sądu Spe­cjal­nego przy Ko­men­dzie Głów­nej ZWZ jest wy­jąt­kowo la­ko­niczny.

Data, kilka słów, na­zwi­sko ska­za­nego. Nie ma uza­sad­nie­nia, nie ma składu orze­ka­ją­cego. Pełna kon­spi­ra­cja. „Ten do­ku­ment to i tak wy­jąt­kowy ra­ry­tas dla hi­sto­ryka – oce­nił znawca Pań­stwa Pod­ziem­nego, An­drzej Krzysz­tof Ku­nert. – Ślad, że wszystko od­było się zgod­nie z pra­wem. Pro­ce­dura wy­ma­gała jesz­cze, aby taki wy­rok za­twier­dził woj­skowy zwierzch­nik okręgu. W przy­padku Syma je­stem na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pe­wien, że roz­kaz wy­dał oso­bi­ście ge­ne­rał Ste­fan Ro­wecki-Grot. On nie mógł o tym nie wie­dzieć”.

Igo, a wła­ści­wie Ka­rol An­toni Ju­liusz Sym uro­dził się 3 lipca 1896 roku w Ins­brucku. Był sy­nem Po­laka, An­to­niego Syma, le­śni­czego z oko­lic Żywca i Au­striaczki, Ju­lii Seppi. W Inns­brucku skoń­czył szkołę śred­nią, zdał tam ma­turę, a po­tem wy­je­chał do Wied­nia, gdzie przez trzy lata stu­dio­wał w kon­ser­wa­to­rium mu­zycz­nym, w kla­sie śpiewu.

Pod­czas I wojny świa­to­wej zo­stał po­wo­łany do ar­mii au­striac­kiej i wy­słany na front serb­ski, gdzie do­słu­żył się stop­nia po­rucz­nika. Tam też ranny czy kon­tu­zjo­wany, uzy­skał zwol­nie­nie z woj­ska i wró­cił na stu­dia w kon­ser­wa­to­rium wie­deń­skim.

Po od­zy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści jego owdo­wiała matka przy­je­chała z trzema sy­nami do Żywca i przy­jęła pol­skie oby­wa­tel­stwo. Igo słu­żył ja­kiś czas w pie­cho­cie, po­tem za­trud­nił się jako urzęd­nik w Banku Go­spo­dar­stwa Kra­jo­wego w Żywcu. Zor­ga­ni­zo­wał tam chór mie­szany, któ­rego zo­stał dy­ry­gen­tem i za­ło­żył ama­tor­skie kółko dra­ma­tyczne.

Oże­nił się z He­leną Fa­łat, zwaną Kuką, córką Ju­liana Fa­łata, kie­dyś ma­la­rza na dwo­rze ce­sa­rza Nie­miec, póź­niej rek­tora kra­kow­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Do­cho­wał się z nią syna, Ju­liana. Chło­piec zmarł na za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych w wieku dzie­wię­ciu lat, a He­lena nie­długo po tym po­peł­niła sa­mo­bój­stwo. Po tym wy­da­rze­niu Sym już ni­gdy nie zwią­zał się na stałe z żadną ko­bietą.

W 1925 roku Sym ukoń­czył In­sty­tut Fil­mowy, pry­watną szkołę ak­tor­stwa Wik­tora Bie­gań­skiego i za­de­biu­to­wał na srebr­nym ekra­nie fil­mem Wam­piry War­szawy. Suk­ces umoż­li­wiła mu nie­prze­ciętna uroda oraz wy­nie­siona z woj­ska spraw­ność fi­zyczna. Gry­wał głów­nie ele­ganc­kich męż­czyzn, ary­sto­kra­tów i woj­sko­wych, m.in. grał główną rolę w Ko­chance Sza­moty. Hi­sto­ria mrocz­nego i wy­nisz­cza­ją­cego ro­mansu przy­stoj­nego męż­czy­zny z ta­jem­ni­czą ko­bietą, która oka­zała się nie­boszczką, zro­biła klapę, ale Sy­mowi do­pi­sało szczę­ście.

Wy­cho­wany w Au­strii, a co za tym idzie per­fek­cyj­nie wła­da­jący ję­zy­kiem nie­miec­kim, do­ra­biał poza pla­nem jako tłu­macz. Pod­czas ja­kichś roz­mów z part­ne­rami z Wied­nia jego uro­dziwa twarz wpa­dła w oko au­striac­kim pro­du­cen­tom. Dwa lata po de­biu­cie ak­tor­skim wy­je­chał nad piękny mo­dry Du­naj, gdzie pod­pi­sał kon­trakt na wy­łącz­ność ze stu­diem „Sa­scha-Film­stu­dios AG”. Za­grał m.in. w ckli­wym me­lo­dra­ma­cie Die Prat­ter­mitzi, który wkrótce wszedł na pol­skie ekrany jako Dziew­czę z Pra­teru. Od 1929 roku pra­co­wał głów­nie w Niem­czech, part­ne­ru­jąc na ekra­nie Mar­le­nie Die­trich, Li­lian Ha­rvey i in­nym.

Z tą pierw­szą po­łą­czył go po­dobno krótki, choć burz­liwy ro­mans. Spo­tkali się na pla­nie Cafe Elek­tric, a każde z nich wy­wio­zło z Wied­nia pa­miątkę tej zna­jo­mo­ści. Sym – fo­to­gra­fię „Błę­kit­nego Anioła” z od­ręczną de­dy­ka­cją Mar­leny, którą po­tem chwa­lił się wszyst­kim jako do­wo­dem daw­nej za­ży­ło­ści z gwiazdą. Die­trich – piłę mu­zyczną, po­da­ru­nek od Igo, na któ­rej grała póź­niej ame­ry­kań­skim żoł­nie­rzom wy­ru­sza­ją­cym na front. Piła do dzi­siaj znaj­duje się w ber­liń­skim mu­zeum fil­mo­wej gwiazdy. Zdobi ją mała ta­bliczka: „Igo, Wie­deń 1927” – wspo­mnie­nie ko­chanka, który pod­czas wojny zna­lazł się po dru­giej stro­nie ba­ry­kady.

To był szczyt ka­riery Syma. Za­koń­czyła się ona wraz z koń­cem kina nie­mego i wpro­wa­dze­niem dźwięku. Igo miał kło­poty z wy­ma­wia­niem „r”. Dla twar­dego ję­zyka nie­miec­kiego sta­no­wiło to istotną wadę.

Na po­czątku lat trzy­dzie­stych po­wró­cił do Pol­ski. Grał w fil­mach, ale już tylko role dru­go­pla­nowe, co praw­do­po­dob­nie wią­zało się z kło­po­tami z bez­błęd­nym opa­no­wa­niem ję­zyka pol­skiego.

„Gdy dziś oglą­dam go na ekra­nie, jego po­pu­lar­ność za każ­dym ra­zem mnie dziwi – oce­nił Syma fil­mo­znawca Ka­mil Ste­pan na ła­mach „Ga­zety Wy­bor­czej”. – Słaby ak­tor, sztywny, jakby po­łknął szczotkę, żad­nej mi­miki. Nie do­sta­wał zna­czą­cych ról, a i tak był gwiazdą. Ta­kie to były czasy – ładna twarz li­czyła się bar­dziej od umie­jęt­no­ści ak­tor­skich. A Sym ucho­dził za za­bój­czo pięk­nego”.

Pra­co­wał w war­szaw­skich te­atrach re­wio­wych „Banda” i „Hol­ly­wood”, sku­pia­jąc się na ka­rie­rze es­tra­do­wej. Śpie­wał po­pu­larne prze­boje, a jego po­pi­so­wym nu­me­rem było akom­pa­nio­wa­nie so­bie grą na pile. Ele­gant o nie­ska­zi­tel­nych ma­nie­rach, ak­tor nieco sztywny, ale uwiel­biany, ry­wa­li­zo­wał o miano naj­więk­szego amanta z Eu­ge­niu­szem Bodo i Alek­san­drem Żab­czyń­skim. Gdy było trzeba, kre­ował się na wiel­kiego pol­skiego pa­triotę…

„Szwab­skiego ja­zgotu mam już po­wy­żej uszu” – za­pew­niał przy wódce przy­ja­ciół po po­wro­cie z Nie­miec, gdzie tuż przed wojną za­czął znowu krę­cić ja­kieś ka­wałki dla ber­liń­skiej „Ufy”.

„Sym nie musi się wy­si­lać – na­pi­sał Bo­gu­sław Ku­nach w ar­ty­kule Być tym, co sły­nie (Ga­zeta Wy­bor­cza 1.12.2003). – Pod­czas swo­jego że­la­znego nu­meru nie po­pi­suje się, nie mę­czy w cho­re­ogra­ficz­nych ukła­dach, w ogóle gra nie­wiele. Tylko śpiewa. W pew­nym mo­men­cie scho­dzi ze sceny mię­dzy pu­blicz­ność w pierw­szych rzę­dach”.

Ku­nach opi­suje, jak to Sym pod­czas wy­stę­pów wy­bie­rał so­bie na wi­downi jedną z ko­biet – nie miało zna­cze­nia, czy była młoda czy stara, ładna czy mniej uro­dziwa, ważne było je­dy­nie, by pa­trzyła na niego z za­chwy­tem. W trak­cie śpiewu pod­cho­dził do niej, po­da­wał dłoń i za­pra­szał do wspól­nego udziału w nu­me­rze. Za­sko­czona i onie­śmie­lona wiel­bi­cielka nie miała od­wagi spoj­rzeć na gwiaz­dora, lecz Sym nie ustę­po­wał – zbli­żał się, nie­mal ją obej­mo­wał i usta­wiał twa­rzą do pu­blicz­no­ści. Fi­nał wy­stępu sy­gna­li­zo­wał sze­ro­kim ge­stem ręki, po czym wy­cią­gał z kie­szeni fraka swoją fo­to­gra­fię z de­dy­ka­cją, wrę­czał ją ko­bie­cie, ca­ło­wał jej dłoń i od­pro­wa­dzał na miej­sce. Pu­blicz­ność na­gra­dzała go grom­kimi bra­wami, a wy­brana wiel­bi­cielka czuła się jak w siód­mym nie­bie. Po ta­kim po­ka­zie bi­lety na miej­sca w pierw­szych rzę­dach sprze­da­wały się z kil­ku­dnio­wym wy­prze­dze­niem, a więk­szość z nich zaj­mo­wały ko­biety.

Na pla­ka­tach z pro­gra­mami naj­lep­szych war­szaw­skich ka­ba­re­tów lat trzy­dzie­stych na­zwi­sko Syma było dru­ko­wane ta­kimi sa­mymi, wiel­kimi li­te­rami, jak na­zwi­ska Hanki Or­do­nówny, Zuli Po­go­rzel­skiej, Miry Zi­miń­skiej czy Adolfa Dym­szy. W słyn­nym „Mor­skim Oku” – naj­po­pu­lar­niej­szym ka­ba­re­cie sto­licy – był gwiazdą. Tek­sty pio­se­nek pi­sali mu: Ju­lian Tu­wim, Ma­rian He­mar i An­drzej Włast. Był po­wszech­nie lu­biany w śro­do­wi­sku fil­mo­wym i es­tra­do­wym, jego do­bre wy­cho­wa­nie i uprzej­mość chwa­lił na­wet na ogół zło­śliwy w swych re­cen­zjach An­toni Sło­nim­ski.

„Wy­bit­nej urody po­stawny bru­net, in­te­li­gentny, wy­kształ­cony, oczy­tany, płyn­nie włada kil­koma ję­zy­kami – wspo­mi­nał go po­eta, sa­ty­ryk i pro­zaik Ta­de­usz Wit­tlin w książce Pie­śniarka War­szawy, Hanka Or­do­nówna i jej świat. – Jest cza­ru­jący, gdyż umie ba­wić roz­mową, ma wro­dzony dow­cip, gra na for­te­pia­nie, śpiewa, upra­wia sporty, jest mi­strzem bi­lardu i zna mnó­stwo sztu­czek ma­gicz­nych, czym chęt­nie się po­pi­suje. Nie może się tylko po­chwa­lić ta­len­tem ak­tor­skim, lecz ten brak nad­ra­bia urodą. Zło­śliwi na­zy­wają go pięk­nym sta­ty­stą”. „Może i nie był wy­bit­nym ak­to­rem, ale był po­dzi­wiany – twier­dziła w roz­mo­wie z Bo­gu­sła­wem Ku­na­chem Ste­fa­nia Gro­dzień­ska, która tań­czyła w ka­ba­re­tach pod­czas wy­stę­pów Syma. – U ko­biet miał nie­sa­mo­wite wzię­cie. Krą­żyły le­gendy o jego pod­bo­jach”.

W 1933 roku do­stał nie­wielką rolę szefa pol­skiego kontr­wy­wiadu w fil­mie Szpieg w ma­sce. Główną rolę za­grała słynna Or­donka, Hanka Or­do­nówna (Ma­ria Anna Pie­tru­szyń­ska), śpie­wa­jąca tam swoje wiel­kie prze­boje: Mi­łość ci wszystko wy­ba­czy i Na pierw­szy znak, gdy serce drgnie. Jako ak­tor wy­padł przy niej blado, a gwiazda wy­da­wała się nie zwra­cać na niego naj­mniej­szej uwagi. Miała zresztą w tym cza­sie po­waż­niej­sze kło­poty, mio­ta­jąc się po­mię­dzy mał­żeń­stwem z hra­bią Mi­cha­łem Tysz­kie­wi­czem a związ­kiem z Ju­liu­szem Osterwą. Cała War­szawa i pół Pol­ski żyło jed­nak plot­kami o ich pło­mien­nym ro­man­sie.

Na­si­liły się one jesz­cze bar­dziej pod­czas wspól­nych wy­stę­pów Or­donki i Syma w wi­do­wi­sku Gwiazdy areny. Wielki na­miot cyr­kowy braci Sta­niew­skich, gdzie pre­zen­to­wano pro­gram, przez kilka mie­sięcy wy­peł­niony był do ostat­niego miej­sca. Naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szył się nu­mer, w któ­rym Or­do­nówna po­pi­sy­wała się wol­ty­żerką, a Sym wy­ko­ny­wał bez siatki za­bez­pie­cza­ją­cej akro­ba­cje na tra­pe­zie. Do­dat­kowo jesz­cze oboje w tym cza­sie śpie­wali. Kilka lat póź­niej, już po woj­nie, Or­do­nówna za­prze­czyła w swych wspo­mnie­niach, by co­kol­wiek łą­czyło ją z Igo Sy­mem. Czy mó­wiła prawdę? Trudno do­ciec. Był to czas, w któ­rym wszy­scy wy­pie­rali się zna­jo­mo­ści z ak­to­rem, a ci, któ­rzy wy­przeć się nie mo­gli, cho­wali wsty­dli­wie głowy. W każ­dym ra­zie Or­do­nówna nie przy­znała się w pa­mięt­niku do tego, że sie­dząc na Pa­wiaku, bła­gała Syma o in­ter­wen­cję u władz nie­miec­kich. O to samo za­bie­gał u niego rów­nież mąż pio­sen­karki, hra­bia Tysz­kie­wicz, ale Sym nie ze­chciał po­móc. Nic w tym zresztą dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, że to naj­praw­do­po­dob­niej on po­mógł zor­ga­ni­zo­wać za­sadzkę, w któ­rej aresz­to­wano ukry­wa­jącą się Or­donkę.

Po na­jeź­dzie hi­tle­row­ców na Pol­skę po­zo­stał w War­sza­wie. Pod­czas ob­lę­że­nia sto­licy pra­co­wał w Straży Oby­wa­tel­skiej: ko­pał rowy prze­ciw­lot­ni­cze i wy­do­by­wał ran­nych spod gru­zów. Po ka­pi­tu­la­cji mia­sta i roz­po­czę­ciu oku­pa­cji pra­co­wał po­cząt­kowo w ma­gi­stra­cie jako tłu­macz i w woj­sko­wej ko­men­dan­tu­rze jako urzęd­nik re­je­stru­jący po­jazdy.

Pod ko­niec roku za­de­kla­ro­wał się jako tak zwany Re­ichs­deut­scher (Nie­miec za­miesz­kały poza Rze­szą). Ze względu na swoją przed­wo­jenną sławę stał się cen­nym ele­men­tem le­gi­ty­mi­za­cji no­wego po­rządku. Urząd Pro­pa­gan­dowy Ge­ne­ral­nego Gu­ber­na­tor­stwa (Pro­pa­ganda-Ab­te­ilung) po­wie­rzył mu sta­no­wi­sko dy­rek­tora The­ater der Stadt War­schau, daw­nego Te­atru Pol­skiego przy ulicy Ka­ra­sia 2, oraz za­rzą­dza­nie ki­nem nur für Deut­sche „Hel­go­land” (przed­wo­jen­nym „Pal­la­dium”, miesz­czą­cym się przy Zło­tej pod nu­me­rem 7/9). Otrzy­mał rów­nież kon­ce­sję na pro­wa­dze­nie Te­atru „Ko­me­dia” przy ulicy Kre­dy­to­wej 14. By­wał czę­stym go­ściem w domu Lu­dwiga Fi­schera, gu­ber­na­tora dys­tryktu war­szaw­skiego. Po­dobno pod­ko­chi­wała się w nim żona dy­gni­ta­rza.

W 1940 roku zor­ga­ni­zo­wał wer­bu­nek pol­skich ak­to­rów do an­ty­pol­skiego filmu He­im­kehr (Po­wrót do oj­czy­zny), zle­co­nego przez Go­eb­belsa i wy­re­ży­se­ro­wa­nego przez Gu­stava Uicky’ego. Prze­sła­nie „dzieła” było pro­ste. Przed wojną mniej­szość nie­miecka była w Pol­sce tor­tu­ro­wana, szy­ka­no­wana i mor­do­wana. Te­raz, po po­wro­cie tych ziem do Re­ichu, całe zło mi­nęło. Film miał być krę­cony w pol­skich ple­ne­rach, a do roli opraw­ców mieli być za­an­ga­żo­wani pol­scy ak­to­rzy. W głów­nej roli ko­bie­cej wy­stą­piła gwiazda nie­miec­kiego kina lat trzy­dzie­stych, Paula We­ssely, dużą rolę pol­skiego bur­mi­strza-sa­dy­sty miał, we­dług kon­cep­cji Syma, za­grać Ka­zi­mierz Ju­no­sza-Stę­pow­ski4, je­den z naj­wy­bit­niej­szych ak­to­rów przed­wo­jen­nego pol­skiego kina, ale ten nie dał się za­stra­szyć i od­mó­wił. Osta­tecz­nie Sym na­mó­wił Uicky’ego, by po­wie­rzył tę rolę Bo­gu­sła­wowi Sam­bor­skiemu5.

Jedna z naj­bar­dziej od­ra­ża­ją­cych scen filmu przed­sta­wia scenę zgwał­ce­nia głów­nej bo­ha­terki, nie­miec­kiej na­uczy­cielki, przez kilku wy­rost­ków o se­mic­kich ry­sach twa­rzy. W in­nej znów sce­nie grupa pi­ja­nych męż­czyzn o od­ra­ża­ją­cym wy­glą­dzie ściga mło­dziutką ja­sno­włosą dziew­czynę, rzu­ca­jąc za nią ka­mie­niami. (W okre­sie PRL-u po­dob­nie po­stę­po­wano z ak­to­rami gra­ją­cymi Niem­ców, do­bie­ra­jąc do ta­kich ról osob­ni­ków o twa­rzach jak z al­bumu Lom­broso6). Do gwałtu jed­nakże nie do­cho­dzi, po­nie­waż w pew­nym mo­men­cie ka­mień tra­fia dziew­czynę w skroń. Ści­gana pada mar­twa na bruk. Na ekra­nie zbli­że­nie głowy za­mor­do­wa­nej Niemki. Za chwilę ka­mera kie­ruje się na jej szyję, na któ­rej wi­dać łań­cu­szek ze swa­styką.

Bar­dzo nie­wiele osób wie­działo wów­czas (i wie do dziś), jak na­prawdę wy­glą­dała re­ali­za­cja Po­wrotu. Zdję­cia ple­ne­rowe krę­cono na Kur­piach, w My­szyńcu i oko­licy. Re­ży­ser Gu­stav Uicky zja­wił się tam w asy­ście jed­nostki SS, która miała ode­grać szcze­gólną rolę w sce­nach zbio­ro­wych. Prze­brani w pol­skie mun­dury es­es­mani od­twa­rzali przed ka­merą na­jazdy Po­la­ków na domy nie­miec­kich osad­ni­ków. Tłumy ma­tek z dziećmi na rę­kach bie­gły pę­dzone kol­bami ka­ra­bi­nów. Ele­ganccy ofi­ce­ro­wie bili pej­czami po twa­rzach prze­ra­żone sta­ruszki. Woźny ko­pał w twarz młodą ko­bietę, bła­ga­jącą pol­skiego bur­mi­strza o ra­tu­nek. Zbli­że­nie po­ka­zy­wało ciężki but i twarz ko­biecą za­laną łzami. To wszystko działo się na­prawdę! Es­es­mani nie mar­ko­wali cio­sów, lecz na­prawdę bili kol­bami ka­ra­bi­nów. Ty­ra­ni­zo­wa­nych osad­ni­ków nie­miec­kich grała miej­scowa lud­ność pol­ska.

Ob­raz na­szego zwy­rod­nie­nia miał przy­spo­so­bić Niem­ców prze­by­wa­ją­cych w Pol­sce do wła­ści­wego po­stę­po­wa­nia z Po­la­kami. Na ten per­fidny po­mysł od­wró­ce­nia ról – Po­lacy jako prze­śla­do­wani Niemcy i Niemcy jako sa­dy­styczni Po­lacy – wpadł po­dobno Igo Sym. Z po­wie­rzo­nego mu za­da­nia wy­wią­zał się zresztą zna­ko­mi­cie, wer­bu­jąc w su­mie dzie­wię­ciu pol­skich ak­to­rów, któ­rzy ob­sa­dzili ne­ga­tywne role. „Biu­le­tyn In­for­ma­cyjny” war­szaw­skiego okręgu ZWZ, pi­sząc o nim, za­wsze do­da­wał przed na­zwi­skiem epi­tet: „ka­na­lia”.

Co­raz czę­ściej dawni zna­jomi cho­wali się na wi­dok Syma w bra­mach, wi­dząc go pa­ra­du­ją­cego dum­nie po uli­cach sto­licy z czer­woną na­zi­stow­ską opa­ską ze swa­styką na ra­mie­niu.

„Z opa­ską? Ja wi­dzia­łam go w nie­miec­kim mun­du­rze! – obu­rzała się Li­dia Wy­socka, part­nerka Syma w Zło­tej ma­sce i ostat­nia ży­jąca ak­torka, która grała z nim w fil­mie. – To był po­czą­tek oku­pa­cji i jesz­cze nie roz­po­zna­wa­łam nie­miec­kich for­ma­cji po mun­du­rach, więc nie wiem, co to był za uni­form. Sym wy­szedł tak ubrany z ja­kie­goś urzędu przy placu Pił­sud­skiego. Nie mo­głam się my­lić. To był on. Nim mnie za­uwa­żył, od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam na drugą stronę ulicy”.

Sym nie ze­rwał jed­nak kon­tak­tów ze śro­do­wi­skiem ak­tor­skim. Czę­sto po­ka­zy­wał się w pro­wa­dzo­nej przez ak­to­rów ka­wia­rence w za­mknię­tym Te­atrze Pol­skim. Nie był mile wi­dzia­nym go­ściem, ale wszy­scy bali się oka­zać mu nie­chęć. No, może nie wszy­scy.

„Wy­pije czło­wiek bru­der­szaft z ja­kimś ścier­wem, a po­tem się wsty­dzi do końca ży­cia – po­wie­dział mu pro­sto z mo­stu ak­tor Do­bie­sław Da­mięcki, były le­gio­ni­sta, oj­ciec Da­miana i Ma­cieja7. – Bę­dziesz ty jesz­cze, łaj­daku, wi­siał na la­tarni – do­dał na ko­niec roz­mowy, w związku z czym zmu­szony był ukry­wać się aż do końca oku­pa­cji”. (Mag­da­lena Grze­bał­kow­ska, Irena i męż­czyźni,wy­bor­cza.pl, 05.12.2000)

Nie­któ­rym (na szczę­ście nie­licz­nym) oferty pracy skła­dane przez Igo Syma wy­da­wały się bar­dzo in­tratne. W pierw­szych mie­sią­cach wojny ak­to­rzy nie mieli żad­nych moż­li­wo­ści wy­stę­po­wa­nia, a co za tym idzie – za­ra­bia­nia na ży­cie. Za­trud­niali się jako kel­ne­rzy czy szat­nia­rze. Alek­san­der Ze­lwe­ro­wicz zo­stał na wsi do­zorcą obory, Je­rzy Ju­ran­dot ho­do­wał po­mi­dory, a Ste­fa­nia Gro­dzień­ska po­ma­gała zna­jo­mej fry­zjerce. Więk­szość we­ge­to­wała.

Kon­spi­ra­cyjny Zwią­zek Ar­ty­stów Scen Pol­skich ogło­sił boj­kot wszel­kich jaw­nych przed­się­wzięć sce­nicz­nych.

„Po­zwo­li­li­śmy je­dy­nie na wy­stępy w ka­wiar­niach, re­cy­ta­cje i pio­senki, bo coś trzeba było ak­to­rom zo­sta­wić jako środki do utrzy­ma­nia” – mó­wił po woj­nie pro­fe­sor Boh­dan Ko­rze­niew­ski, czło­nek Taj­nej Rady Te­atral­nej. We­dług jego oceny, około dwu­stu lu­dzi te­atru nie za­sto­so­wało się do norm na­rzu­co­nych przez kon­spi­ra­cyjne wła­dze.

Ku za­sko­cze­niu pod­zie­mia, kon­ce­sjo­no­wane te­atrzyki cie­szyły się dużą po­pu­lar­no­ścią. Ogło­szony przez Pań­stwo Pod­ziemne boj­kot oby­wa­tel­ski był ma­sowo ła­many. Po­dob­nie było z ki­nami. Nie po­ma­gały wy­pi­sy­wane na mu­rach ha­sła „Tylko świ­nie sie­dzą w ki­nie, co bo­gat­sze to w te­atrze”. Nie da­wały efek­tów ak­cje pusz­cza­nia śmier­dzą­cych ga­zów na wi­downi, wy­wo­ły­wa­nie po­ża­rów, wle­wa­nie wi­dzom do kie­szeni żrą­cych pły­nów i go­le­nie głów. Na­wet żoł­nie­rze pod­zie­mia wspo­mi­nali po woj­nie, jak po uda­nej ak­cji lu­bili się od­stre­so­wać na wi­downi te­atrzyku lub w ki­nie. Na tym fron­cie walki cy­wil­nej Pań­stwo Pod­ziemne po­nio­sło klę­skę.

Kon­takty Syma z pol­skim śro­do­wi­skiem ar­ty­stycz­nym nie po­le­gały jed­nak tylko na skła­nia­niu jego przed­sta­wi­cieli do ko­la­bo­ra­cji z wro­giem. We wspo­mnia­nym wcze­śniej fil­mie Szpieg w ma­sce Sym wcie­lił się w po­stać szefa pol­skiego kontr­wy­wiadu. W praw­dzi­wym ży­ciu ode­grał rolę kon­fi­denta ge­stapo.

Roz­pra­co­wa­niem dzia­łal­no­ści Syma za­jął się z ra­mie­nia ZWZ Ro­man Nie­wia­ro­wicz, dawny współ­pra­cow­nik Od­działu II Sztabu Ge­ne­ral­nego Woj­ska Pol­skiego. Ofi­ce­ro­wie „Dwójki” po­wie­rzyli mu to za­da­nie jesz­cze w 1939 roku, w kon­su­la­cie pol­skim w Bu­da­pesz­cie, w cza­sie ewa­ku­acji pol­skich władz, już wtedy po­dej­rze­wa­jąc ak­tora o współ­pracę z wy­wia­dem nie­miec­kim. Ze­brane do­wody nie po­zo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści. Po za­po­zna­niu się z nimi Woj­skowy Sąd Spe­cjalny ZWZ wy­dał na Igo Syma wy­rok śmierci.

Sam kon­fi­dent czuł się bez­karny. „Otrzy­ma­łem już trzy wy­roki śmierci i żyję, a jak bę­dzie mi go­rąco, to zwieję na stałe do Wied­nia i niech mnie tam po­ca­łują w dupę z ich wy­ro­kami” – uspo­ka­jał in­nego ak­tora, Bo­gu­sława Sam­bor­skiego, który tak prze­ko­nu­jąco za­grał rolę pol­skiego bur­mi­strza-sa­dy­sty w fil­mie Po­wrót do oj­czy­zny i który wkrótce po­tem otrzy­mał pocztą wy­rok śmierci za ko­la­bo­ra­cję.

Wio­sną 1941 roku w miesz­ka­niu przy ulicy Ma­zo­wiec­kiej Igo by­wał już rzadko. Uzy­ska­nie przez Nie­wia­ro­wi­cza in­for­ma­cji, że 8 marca 1941 roku ma wy­je­chać na stałe do Wied­nia, gdzie cze­kało na niego wy­so­kie sta­no­wi­sko przy pro­duk­cji fil­mo­wej, przy­spie­szyło de­cy­zję. Do za­ła­twie­nia zo­stała mu ostat­nia sprawa, która trzy­mała go na miej­scu – trzeba było wy­cią­gnąć brata, Al­freda, z obozu je­niec­kiego.

Naj­młod­szy z Sy­mów, Al­fred (1899–1973), też pró­bo­wał wcze­śniej swo­ich sił przed ka­merą. We wrze­śniu 1939 roku był ka­pel­mi­strzem w or­kie­strze. Po­tem pół­tora roku spę­dził za dru­tami oflagu. Mógł się na­wet nie orien­to­wać w roli, jaką Igo od­gry­wał pod­czas oku­pa­cji. Wy­szedł na wol­ność tuż przed jego śmier­cią. Po woj­nie osie­dlił się w Au­strii i tam zro­bił ka­rierę jako kom­po­zy­tor mu­zyki po­waż­nej8.