Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Świat kina – pełen blasku i ogromnych pieniędzy – nierzadko przyciąga silne osobowości, które za wszelką cenę pragną zaspokoić zawodowe oraz prywatne ambicje. Z tego powodu czerwone dywany, gustowne garnitury i piękne suknie często mają odwracać uwagę postronnych obserwatorów od afer obyczajowych, głośnych przestępstw czy narkotykowych orgii.
Przemysław Słowiński w sposób barwny i bezkompromisowy opowiada o mrocznej stronie fabryki snów. Autor zagląda za kulisy wielkiego kina, by ukazać moralny upadek gwiazd uwielbianych przez rzeszę fanów na całym świecie. Przedstawione w książce historie dowodzą, że branża filmowa jest miejscem, w którym władza, pieniądze, a także sława niejednokrotnie determinują ludzkie wybory.
Wśród opisywanych postaci pojawiają się Roman Polański, Harvey Weinstein czy Johnny Depp. Ich historie unaoczniają, jak cienka bywa granica między prawdą, manipulacją a tanią sensacją.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 427
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Największe skandale w świecie filmu
Copyright © Przemyswław Słowiński, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Piotr Pawlusiewicz
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-813-9
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal Astra/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Dawniej trzeba było być sławnym, by móc sobie pozwolić na skandal. Dziś trzeba skandalu, by zyskać sławę.Maurice Chevalier
Wstęp
Moralność X Muzy zawsze pozostawiała wiele do życzenia. Odległe lata dwudzieste były wyzwolone obyczajowo nie mniej niż lata siedemdziesiąte. Przedstawiciele filmowego świata nigdy nie mieli kryształowej reputacji, chociaż ich wyczyny bardzo rzadko trafiały na pierwsze strony gazet. Od skandalu chroniły ich środowiskowa solidarność i opłacanie prasy oraz wymiaru sprawiedliwości.
Magia kina sprawiła, że całe pokolenia kobiet i mężczyzn mdlały na ekranie i poza nim. W filmach aktorzy często wcielali się w role doskonałych dżentelmenów, lecz w życiu niejednokrotnie zachowywali się inaczej. Podobnie aktorki, odgrywające rolę bogiń, czasem niewiele różniły się od zapijaczonych dziwek z taniego burdelu. Historia kina pełna jest najrozmaitszych afer, namiętności, tragedii, przestępstw, skandali, uganiania się za spódniczkami (bądź spodniami), uzależnienia od alkoholu, narkotyków bądź seksu, hetero- i homoseksualnych romansów. Jako obiekty westchnień milionów widzów na całym świecie, przedstawiciele filmowego świata rzadko potrafili oprzeć się napotykanym pokusom.
Historia kina jest jednocześnie historią przemian obyczajowych i politycznych. Podziwiani artyści, wywołując (programowo lub bezwiednie) skandale, ukazywali jednocześnie względność obowiązujących norm moralnych, przyczyniając się tym samym do ich zmian.
Polityczne afery ujawniały natomiast dogłębnie istniejące sprzeczności interesów grup społecznych, całych narodów i ras.
Rejs
William Randolph Hearst (1924)
Prasowy magnat, twórca największej w Stanach Zjednoczonych sieci wydawniczej, często przedstawiany jest jako opętany władzą potwór. W rzeczywistości stanowił jedną wielką chodzącą sprzeczność. Był ogromnej postury, lecz mówił cienkim dyszkantem. Mieszkał z kochanką, ale uchodził za wzorowego męża. Był autokratycznym szefem i krzyczał na pracowników, ale z wielkim trudem przychodziła mu decyzja o zwolnieniu któregoś z nich. Był twórcą tak zwanego „bulwarowego dziennikarstwa”, choć sam, wstydliwy i nieśmiały, najlepiej czuł się w anonimowym tłumie.
William Randolph Hearst urodził się 29 kwietnia 1863 roku w San Francisco. Był jedynym synem George’a Hearsta, właściciela kopalni złota, a później (w latach 1886– 1891) senatora stanu Kalifornia, oraz jego żony Phoebe z domu Apperson. Otrzymał najlepsze wychowanie, na jakie stać było bogatych rodziców. Prywatny nauczyciel w domu, prywatna szkoła średnia, kształcące podróże po Europie. Przez dwa lata uczęszczał do Harvard College, po czym został wydalony z uczelni. Mając 24 lata, przejął kontrolę nad walczącą o przetrwanie na rynku gazetą „San Francisco Examiner”, którą jego ojciec zakupił siedem lat wcześniej. Natychmiast zmienił koncepcję gazety, łącząc reformistyczny poznawczy reportaż z sensacyjnością, co sprawiło, że już po dwóch latach stała się ona dochodowym przedsięwzięciem. Dobrze mu szło, ale wkrótce tatuś przegrał tytuł w karty i William został na lodzie.
W 1891 roku pan George Hearst zszedł z tego świata, zostawiając żonie i synowi majątek w wysokości 7 500 000 dolarów. William wszedł wtedy na nowojorski rynek prasowy, kupując w 1895 roku stojący na krawędzi bankructwa „New York Morning Journal”. Z właściwym sobie zapałem i rozmachem zabrał się za stawianie gazety na nogi. Wynajął zdolnych pisarzy, Stephena Graneya i Juliana Hawthorne’a, oraz przeprowadził „obławę” na jednego z najlepszych ludzi pracujących u Josepha Pulitzera w „New York World”, słynnego Richarda F. Outcaulta, twórcę kolorowych komiksów. „New York Morning Journal”, przemianowany później na „New York Journal – American” szybko osiągnął sukces i wysoki nakład dzięki cenie obniżonej do 1 centa, dużej liczbie ilustracji, błyszczącym nagłówkom, sensacyjnym artykułom poświęconym zbrodni oraz pseudonaukowym tematom. Robotników i imigrantów przyciągać miały kolorowe komiksy.
Aby zwiększyć nakład gazety, Hearst gotów był na wszystko, nawet na sprowokowanie wojny. W 1896 roku wysłał na Kubę malarza Fredericka Remingtona, aby ten przygotował cykl rysunków przedstawiających okrucieństwa Hiszpanów. Nie znalazłszy odpowiednich tematów, Remington wysłał do Hearsta z Hawany następującą wiadomość:
„W mieście panuje spokój. Na wojnę się nie zanosi. Rozruchów żadnych nie ma. Proszę o zgodę na powrót do domu”.
Odpowiedź wydawcy przeszła do historii:
„Proszę pozostać na miejscu – odpisał Hearst. – Pan ma tylko dostarczyć ilustracje, ja dostarczę wojnę”.
Remington postąpił, jak mu kazano, a Hearst odniósł sukces. Nieuczciwe szkice publikowane w gazetach tak podsyciły antyhiszpańskie nastroje, że gdy w porcie w Hawanie wysadzono okręt marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, rząd USA bez wahania wypowiedział wojnę Hiszpanii.
W przyszłości wiele innych wiadomości publikowanych w prasie Hearsta miało podobny wydźwięk. W 1901 roku w jednej z jego gazet pojawił się komentarz, który uzasadniał słuszność zabójstwa politycznego. Kilka miesięcy później prezydent Stanów Zjednoczonych, William McKinley, zginął z rąk anarchisty. W roku 1913 gazety Hearsta zamieściły zdjęcie meksykańskich dzieci stojących po kolana w wodzie z podniesionymi rękami. Podpis głosił, że zostały wpędzone do morza przez meksykańskich federales, którzy mieli je rozstrzelać. W rzeczywistości zdjęcie zrobiono w Hondurasie Brytyjskim, a dzieci po prostu się kąpały i nikt nie miał najmniejszego zamiaru otwierać do nich ognia. Meksykanie w ogóle stanowili jedną z największych fobii prasowego magnata. Jego prasa opisywała ich jako „leniwych i zdegenerowanych palaczy marihuany”.
Wkrótce szef zaczął domagać się od swoich współpracowników nie tyle opanowania rzemiosła dziennikarskiego, ile zdolności do przedzierzgania się jak aktor w każdą postać i odgrywania z całym przekonaniem każdej roli. Odpowiednio przebrani redaktorzy Hearsta podawali się zazwyczaj za urzędników policji kryminalnej i przedstawicieli władzy. „Aresztowali” całkowicie niewinne osoby, po których obiecywali sobie dobry reportaż, zaciągali je do sfingowanych posterunków policji, spisywali protokoły rozmów z zastraszonymi i wylęknionymi ludźmi, albo prowadzili ich do „sędziego policyjnego” – oczywiście także człowieka Hearsta – który zmuszał ich do złożenia zeznań. Potem ofiary wypuszczano. Ich zażalenia w oficjalnych instytucjach spełzały na niczym.
Taki sposób przedstawiania prawdy spowodował, że styl gazet Hearsta nazwano „bulwarowym”. Amerykański publicysta Ernest L. Mayer napisał: „Cała długa i niecna kariera pana Hearsta była podżeganiem Amerykanów przeciwko Hiszpanom, Meksykanom, Rosjanom czy Japończykom”. Gdy w 1933 roku Hearst opublikował swoje słynne „zasady redaktorskie”, z których jedna głosiła na przykład: „unikaj rzeczy, które mogą obrazić dobrych ludzi” – środowisko dziennikarskie zaśmiewało się do rozpuku.
Mimo tego (a może właśnie dzięki temu) William Randolph zbudował prawdziwe prasowe imperium. Do roku 1925 stworzył lub nabył gazety w każdym regionie USA. Dziesięć lat później, będąc u szczytu swej potęgi, posiadał 28 znaczących gazet i 18 magazynów, a ponadto kilka stacji radiowych, wytwórni filmowych i agencji informacyjnych. Czwarta część czasopism na amerykańskim rynku i 60 procent w Kalifornii było pod jego kontrolą. Zatrudniał najlepsze pióra Ameryki, m.in. Marka Twaina oraz Jacka Londona. Do jego gazet pisywali politycy: Adolf Hitler, Benito Mussolini czy Winston Churchill. Jako pierwszy kazał Hearst pisać dziennikarzom artykuły tak, by można je było bez przeróbek przeczytać na antenie radia i tym samym ograniczyć koszty tworzenia audycji. Redaktorzy magazynów mogli zamawiać tylko takie reportaże, które można by później łatwo wykorzystać jako scenariusze filmowe. Hearst był więc prekursorem technik, które dziś fachowcy nazywają z namaszczeniem synergią (współdziałaniem) i konwergencją (przenikaniem się) mediów.
W ten sposób William Hearst kierował pierwszym chyba środkiem masowego przekazu, mającym dzięki wymyślnym metodom psychologicznego oddziaływania olbrzymi wpływ na wszystkich i był w stanie manipulować dowolnie opinią „ludzi bez poglądów”. Rychło stał się więc potęgą, z którą władcy polityczni musieli się liczyć i której wrogowie powinni się byli obawiać.
Pomimo swego nacjonalizmu i nawoływania do wojny, William Randolph Hearst był człowiekiem o umiarkowanych poglądach i zagorzałym demokratą. W latach 1903– 1907 zasiadał w Izbie Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych. W 1904 roku otrzymał znaczne poparcie ze strony Partii Demokratycznej podczas nominacji na jej kandydata w wyborach prezydenckich. Prezydentem jednak nie został, podobnie jak w 1905 roku burmistrzem Nowego Jorku. Rok później przegrał wybory na stanowisko gubernatora stanu Nowy Jork na korzyść Charlesa Evansa Hughesa. Jako polityk stał się w latach trzydziestych gorącym zwolennikiem faszyzmu. W następnej dekadzie zaciekle zwalczał komunizm.
Jeszcze w czasie studiów na Harvardzie, William miał kochankę, Tessie Powers, z zawodu kelnerkę. Rzucił ją jednak dla aktorki i modelki Millicent Wilson, którą poślubił w roku 1903, w przeddzień swych czterdziestych urodzin. Mieli pięciu synów i całą gromadę wnucząt, z których największy rozgłos zdobyła Patricia (Patty), trzecia z pięciu córek Randolpha Hearsta. W 1974 roku została porwana przez członków radykalnego ugrupowania lewicowego SLA (Symbionese Liberation Army), a potem już wspólnie z porywaczami całkowicie dobrowolnie napadała na banki, za co w 1976 roku sąd federalny skazał ją na siedem lat więzienia.
Od 1917 roku miliony, które zarabiał na działalności wydawniczej, zaczął William Randolph trwonić na wytrwałe choć bezsensowne próby uczynienia sławnym nazwiska swej młodziutkiej kochanki – jasnowłosej, niebieskookiej Marion Douras, znanej później jako Marion Davies. Zobaczył ją po raz pierwszy na scenie nowojorskiego „Globe Theatre”, gdy statystowała w spektaklu Królowakina. Po przedstawieniu zaprosił cały zespół na kolację do specjalnych apartamentów Harmonia Garden, jednego z najelegantszych lokali w Nowym Jorku. Małej statystce wyznaczył miejsce koło siebie i emablował ją przez cały wieczór. On miał już wówczas 56 lat, ona 17. Po pierwszym kieliszku szampana zaczęła mówić do niego „tatuśku”, co wprowadziło go w świetny humor. Pod koniec przyjęcia, gdy już nastrój był bardzo swobodny, usiadła mu na kolanach i głaskała po twarzy.
Po śmierci matki w roku 1919 William odziedziczył po niej ranczo San Simeon w południowej Kalifornii, o powierzchni 250 000 akrów. Wzniósł tam jeden z najbardziej kosztownych i ekstrawaganckich domów na świecie, zwany „Zamkiem Hearsta”. Prace budowlane pod kierunkiem Julii Morgan właściwie nigdy nie zostały ukończone. Nowo powstałe pomieszczenia były natychmiast burzone i przerabiane tak, aby pomieścić coraz to nowe elementy starych budynków. Główna fasada z dwiema wieżycami, stanowiąca kopię katedry Mudejar, była zwieńczeniem schodów wiodących z basenu kąpielowego wypełnionego źródlaną wodą i otoczonego grecką kolumnadą.
We wnętrzach tej rezydencji znajdowały się stropy, ściany i posadzki „ukradzione” z kościołów i zamków europejskich, gotyckie kominki, ozdobne kafelki mauretańskie, a także greckie wazy i średniowieczne gobeliny. No i największy skarb Williama Hearsta – Marion Davies, z którą spędzał tam każdą wolną chwilę, zaniedbując żonę i dzieci. Urządzali przyjęcia kostiumowe, na których bawiła się cała śmietanka Hollywood oraz takie sławy jak Winston Churchill, George Bernard Shaw czy Charles Lindbergh. 50 milionów dolarów ulokował magnat prasowy w nowojorskich nieruchomościach, taką samą sumę w swej kolekcji dzieł sztuki.
Hearst założył także dla Marion firmę produkcyjną „Cosmopolitan Pictures”. Zamawiał scenariusze u najznakomitszych autorów, angażował najlepszych reżyserów. I Marion grała, chociaż jąkała się i sepleniła, a na domiar złego nerwowo mrugała powiekami w chwilach zacinania się albo zezowała swymi wielkimi jak spodeczki błękitnymi oczami. Wszystkie gazety Hearsta okrzykiwały ją przy okazji każdego filmu największym cudem, jaki kiedykolwiek pojawił się na ekranie. Partnerzy Marion Davies dostawali szczególnie wysokie honoraria, ponieważ mieli dodatkowe kłopoty. Hearst był o nią chorobliwie wprost zazdrosny i każdy namiętny pocałunek na ekranie, każde nieco czulsze spojrzenie rzucone przez filmowego amanta na jego pupilkę, doprowadzało go do białej gorączki. Aktorzy musieli więc bardzo uważać: Hearst zniszczył kilku, którzy w sceny miłosne z Marion wkładali zbyt wiele uczucia.
Jednym z tych, których prasowy magnat podejrzewał o przyprawianie mu rogów, był Charlie Chaplin. Hearst dowiedział się od służby, że podczas któregoś z jego rozlicznych wyjazdów Marion zaprosiła sławnego aktora na kolację. Służba doniosła mu również, że Chaplin pozostał u niej jeszcze długo po wyjściu innych gości…
Angielski gwiazdor słynął ze swych romansów i wielu obyczajowych skandali. Największy z nich wywołał niewątpliwie związek z 15-letnią Lolitą MacMuray, córką irlandzkiego ślusarza i meksykańskiej kelnerki. W słynnym Brzdącu Lolita zagrała aniołka, potem parę razy pojawiła się w innych dziełach Charliego. Przyszła wraz z matką do reżysera, jako kandydatka do głównej roli w Gorączce złota. Ponieważ jednak nie miała za grosz talentu, więc za radą matki zaczęła brać u Chaplina lekcje aktorstwa.
Jak się wkrótce okazało, nie tylko aktorstwa, bowiem po kilku miesiącach nauki wyszło na jaw, że jest w ciąży. Wobec wywołanego przez mamusię szumu Chaplin – mając do wyboru więzienie za stosunki z nieletnią, bądź małżeństwo – wybrał to drugie. Cichy ślub miał się odbyć w Meksyku, niestety, dowiedzieli się o nim reporterzy i wokół sprawy zrobiło się jeszcze głośniej.
A już całkiem głośno zrobiło się po kilku miesiącach, kiedy wobec nie najlepiej – delikatnie mówiąc – układającego się współżycia młodej pary, mamusia Lolity opublikowała fragmenty prowadzonego przez siebie dziennika, w którym skrzętnie zapisywała wszystkie przekazane jej przez córkę obyczaje sypialniane aktora, „sprzeczne z prawem boskim i ludzką naturą”.
Rozwód kosztował Chaplina milion dolarów plus dwa razy po sto tysięcy na wychowanie synów, pozostających pod opieką matki i teściowej.
Chaplin szczycił się między innymi tym, że – jak to eufemistycznie mówią – został hojnie obdarowany przez naturę. Swój członek nazywał „ósmym cudem świata” i uważał się za demona seksu. Pobudzał się przy lekturze PamiętnikówFannyHilli chwalił, że może uprawiać seks pięć albo sześć razy z zaledwie kilkuminutowymi przerwami. Czy można się dziwić, że ktoś taki wywoływał u „króla prasy” daleko idący niepokój?
Tym bardziej kiedy w „New York Dailly News” ukazał się artykuł Grace Kingsley, w którym napisała m.in.: „Charlie Chaplin w dalszym ciągu asystuje Marion Davies. Przedwczoraj wieczór jadł i tańczył ze śliczną Marion w «Montmartre». Występowała czarująca młoda tancerka. Chaplin klaskał, ale nie patrzył w jej stronę. Ani na chwilę nie oderwał oczu od jasnowłosej, pięknej Marion”.
Tego rodzaju tekst w gazecie konkurencyjnej grupy prasowej nie mógł się podobać Hearstowi. Marion kręciła film o cyrku ZandertheGreat(Wielki Zander) w tym samym czasie, kiedy Chaplin robił Gorączkęzłota. Często wstępował po nią po skończonej pracy. W książce Marion Davies. A Biography Fred Laurence Guiles napisał, że: „Wszyscy w ekipie i obsadzie Zanderawiedzieli, że coś się dzieje, ale Marion i Chaplin byli zanadto do siebie podobni, aby mogło to być coś poważniejszego. W obecności innych osób błaznowali jak kochające się rodzeństwo i trudno sobie wyobrazić, by zachowywali się inaczej, gdy byli tylko we dwoje”. Ale Hearst był jednak – by użyć słów Guilesa – „zraniony, zdenerwowany i niepewny, co dalej robić”.
14 sierpnia 1924 roku zaprosił Chaplina na rejs swym luksusowym jachtem „Oneida”. Czy tragedia, która rozegrała się tego dnia na pokładzie, była realizacją jego szatańskiego planu pozbycia się rywala, czy też był to zwykły przypadek – tego do dzisiaj nie wiadomo. „Może myślał, że tak będzie lepiej, jeżeli – jak mniemał – rozbije ten romans; a może chciał wyjaśnić z Chaplinem sytuację Marion, bo Chaplin miał co do niej pewne wątpliwości” – napisał później F.L. Guiles. To, co się tam zdarzyło, jest jedną z wielkich i niewyjaśnionych tajemnic Hollywood.
W każdym razie zaproszenia otrzymali także m.in.: 42-letni „czarodziej westernu” Thomas H. Ince, należący do najwybitniejszych osobistości w amerykańskim przemyśle filmowym, reżyser i producent, którego Hearst chciał namówić do pracy w swoich „Cosmopolitan Pictures”, modna literatka Shobila Elinor Glyn – brytyjska autorka kilku tak zwanych „śmiałych powieści obyczajowych”, mieszkająca od kilku lat w Hollywood, gdzie z powodzeniem przerabiała swoje książki na scenariusze, piękna aktorka Aileen Pringle – bliska przyjaciółka Marion Davies, kolejna aktorka – Seena Owen, tancerz Theodore Kosloff, znany głównie z westernów aktor William S. Hart, sławny kalifornijski lekarz dr Daniel Carson Goodman – twórca leku na potencję, produkowanego z gruczołów pewnych południowoamerykańskich małp cieszących się szczególnym pociągiem seksualnym, początkująca dziennikarka Louella Parsons oraz kilka mniej znanych osób, z którymi przyjaźniła się Marion lub które darzył łaskami Hearst.
Wspaniały jacht „Oneida” należał jeszcze kilka miesięcy temu do ostatniego cesarza Niemiec, Wilhelma II. Odbywające się na nim przyjęcia słynęły z niezwykłej wystawności, Hearst i Davies zapraszali na nie całą ówczesną śmietankę towarzyską Ameryki. Do stałego wyposażenia jednostki zaliczało się kilkadziesiąt skrzynek szampana „Veuve Clicquot” rocznik 1908, w którym to roku specjalnym dekretem zastrzeżono nazwę „champagne” dla win musujących produkowanych za pomocą methodechampenoise classique w Szampanii. „Oneida” odbiła od kalifornijskiego brzegu w samo południe. Rejs zaczął się od wystawnego lunchu, po którym przystąpiono do degustacji zgromadzonego pod pokładem jachtu szampana. Zabawa osiągnęła szczyt w nocy z trzeciego na czwarty dzień rejsu. Właściciel jachtu, na ogół nienadużywający alkoholu, tym razem pił znacznie więcej niż zwykle, namawiając do picia również innych gości. W pewnym momencie zauważył, że w świetnie bawiącym się towarzystwie nie ma Charliego Chaplina. Chwilę później zniknęła mu z oczu również Marion Davies. Sądząc, że wyszła na pokład, ruszył w ślad za nią. Tam jednak spotkał tylko spacerującą samotnie Louellę Parsons.
– Nie widziałaś gdzieś Marion? – zapytał bardzo zdenerwowany.
– Ostatnio widziałam ją w barze – odparła dziennikarka.
Hearst skierował się ku schodom prowadzącym do baru, gdy nagle usłyszał jakieś szmery na rufie. Ruszył więc w tamtym kierunku i po kilku krokach ujrzał roznegliżowaną Marion Davies z innym mężczyzną w niedwuznacznej sytuacji. Wycofał się po cichu i pobiegł do swej kabiny po pistolet. Aktorka zauważyła go jednak i zaczęła krzyczeć, a jej towarzysz uciekł. Słysząc krzyki Marion, z pomocą pośpieszył jej Thomas Ince. Objął aktorkę, chcąc ją uspokoić. Tymczasem Hearst powrócił z pistoletem. Z powodu ciemności i gęstej mgły błędnie zinterpretował sytuację. Myśląc zapewne, że obściskującym jego narzeczoną jest Charlie Chaplin, nacisnął spust. Producent westernów osunął się na ziemię. Później wielokrotnie zadawano sobie pytanie, czy strzał ten rzeczywiście był rezultatem pomyłki. Ince był człowiekiem niskiego wzrostu, o podobnym kształcie głowy i kolorze włosów jak Chaplin.
Upłynęło sporo czasu, zanim pozostali, pijani w dym pasażerowie „Oneidy” dowiedzieli się, że w jednej z kabin leży nieprzytomny Ince. Dr Goodman poinformował wszystkich, że reżyser cierpi na ostrą niestrawność, ale nikomu nie pozwolił do niego zajrzeć. Po przybiciu do portu w San Diego Ince’a wyniesiono na noszach i przewieziono do hotelu, gdzie zmarł po kilku godzinach. Według oficjalnej wersji, przyczyną śmierci był atak serca na tle zatrucia ptomainą albo gwałtownej niestrawności. Takiej przynajmniej treści akt zgonu wystawił usłużny dr Goodman. Ciało spalono w wielkim pośpiechu w krematorium w Los Angeles.
„Król prasy” nie był skąpy. Dla swych gości z „Oneidy” ustalił bardzo wysokie ceny za milczenie. Wszyscy uczestnicy wycieczki doznali nagle zbiorowej amnezji. Nikt niczego nie widział, nie słyszał i nie pamiętał. Louella Parsons, która była przypuszczalnie jedynym świadkiem zajścia, dostała wspaniały naszyjnik ze szmaragdów, dwie złote bransolety i wielką broszkę w platynowej oprawie – wszystko razem wartości ponad stu tysięcy dolarów. Przede wszystkim zaś Hearst zaangażował ją w jednej ze swoich gazet jako szefa działu Plotki z Hollywood, z pensją, która rzuciła na kolana całe dziennikarskie środowisko. Odwdzięczała mu się potem niezwykle lojalną postawą przez blisko ćwierć wieku. Wszyscy – za odpowiednią opłatą – zgodzili się, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Ustalono zatem wspólną wersję wydarzeń: Ince nigdy nie znalazł się na pokładzie. Zachorował w drodze na jacht, zawrócił i zmarł wskutek ostrego ataku niestrawności. Prasa Hearsta nagłośniła tę historyjkę, a potwierdził ją uprzejmy koroner. Nieutulonej w żalu wdowie Hearst zatkał usta sumą miliona dolarów. Wiele lat później pani Neillie Ince nawet na łożu śmierci nie zabrała głosu w sprawie śmierci męża.
Lakoniczne wzmianki, że Thomas Ince niedomaga na serce lub cierpi na zapalenie jelit – bo różnie pisano – ukazały się w gazetach dopiero trzy miesiące po owym tragicznym zajściu. Parę dni później podano do publicznej wiadomości, że „czarodziej westernu” zmarł na atak serca.
Wydarzenia, które rozegrały się na jachcie „Oneida”, stały się, oczywiście, przedmiotem wielu najrozmaitszych plotek. Mówiono na przykład, że rana, którą odniósł reżyser, wcale nie była śmiertelna i że zmarł dopiero w wyniku śmiertelnego zastrzyku wykonanego przez dwóch wezwanych przez Hearsta do pomocy lekarzy… Pojawiła się również wersja, że Hearst wcale nie zastrzelił Ince’a, tylko ten wypił zawierającego truciznę drinka, przygotowanego specjalnie dla Charliego Chaplina.
Plotki z czasem pewnie by wygasły, gdyby nie rażące sprzeczności w zeznaniach zainteresowanych. Prasa Hearsta podała początkowo jawnie kłamliwą informację, że Ince zachorował na swoim ranczo. Marion powiedziała, że na pokładzie nie było żadnej broni. Biograf Hearsta, John Tebbel, podaje, że Hearst miał pistolet, żeby czasem ustrzelić jakąś mewę.
Chaplin do końca utrzymywał, że w ogóle nie było go na jachcie, a w swej autobiografii – nie przejmując się chronologią – napisał, że Ince żył jeszcze przez trzy tygodnie i że Hearst, Marion i on sam złożyli mu wizytę. (Istnieje jednak fotografia Chaplina podczas uroczystej kremacji Ince’a, która odbyła się 48 godzin po jego śmierci). Jedni utrzymywali, że widzieli, jak znoszono ofiarę z jachtu z raną postrzałową w głowie, inni zaś twierdzili, że widać było krew, ponieważ Ince wymiotował krwią wskutek perforacji wrzodu żołądka.
Wszystkie plotki, od których aż huczało w Hollywood, zmusiły wreszcie prokuratora okręgu San Diego, Christophera C. Kempleya, do wszczęcia śledztwa, które szybko jednak zostało umorzone, ponieważ główny dowód w postaci zwłok ofiary został spalony, prochy zaś nie nadawały się do przeprowadzenia sekcji i stwierdzenia przyczyny zgonu. W dodatku śmierć nastąpiła przecież oficjalnie w Los Angeles, więc prokurator z San Diego nie miał tu nic do powiedzenia. Natomiast prokuratura w Los Angeles całkowicie zignorowała plotki i nie wszczęła żadnego śledztwa.
Życie Hearsta zainspirowało 24-letniego wówczas reżysera Orsona Wellesa do nakręcenia głośnego filmu Obywatel Kane. Prasa zachwyciła się geniuszem filmowca, ale pisma Hearsta przedstawiały film jako „bezpardonowy i nieodpowiedzialny atak na wspaniałego człowieka”. Sam bohater próbował wszelkimi sposobami zablokować dystrybucję filmu, wykupić taśmy, spalić negatyw. Podobno wściekłość magnata wywołał nie sposób przedstawienia jego samego, lecz to, że film w złym świetle ukazał ukochaną Marion.
Ekstrawagancki tryb życia i wielki kryzys osłabiły znacznie pozycję Hearsta na rynku prasowym i finansowym. W 1937 roku został zmuszony do sprzedaży części swojej kolekcji dzieł sztuki, a w 1940 stracił osobistą kontrolę nad imperium telekomunikacyjnym, które zbudował. Ostatnie lata życia spędził w izolacji. Zmarł w swej rezydencji w Beverly Hills 14 sierpnia 1951 roku, w wieku 88 lat.
Niedługo po jego śmierci Marion wyszła za mąż, ale do końca życia wspominała z czułością kochanka, który zapisał jej w testamencie pięć milionów dolarów. Przeżyła go tylko o dziesięć lat, umierając na nowotwór kości 22 września 1961 roku.
Ojciec chrzestny
Benjamin „Bugsy” Siegel (1937–1947)
Benjamin Siegel urodził się w 1905 roku w jednym z najpodlejszych miejsc nowojorskiego Brooklynu, tak zwanym Williamsburgu, dzielnicy nędzy i nikczemności, której atmosfera nie usposabiała do nadmiernego optymizmu. Potem rodzice przeprowadzili się wraz z nim do nie lepszej dzielnicy, położonej pomiędzy 7 i 11 Aleją z jednej strony a 14 i 42 Ulicą z drugiej, tak zwanej „Hell’s Kitchen” (Piekielnej Kuchni), w której rządziło prawo ulicznych gangów.
Młody Ben był obdarzony wyjątkową inteligencją i wiarą w samego siebie, która nigdy go nie opuszczała. Wyróżniał się wśród rówieśników brakiem najmniejszych choćby kompleksów i skrupułów. Od najmłodszych lat krytycznie obserwował i oceniał rodziców, dzielnicę, w której żył, ludzi, kolegów i nauczycieli. Wiedział, że jeśli pójdzie uczciwą drogą, jego życie będzie może tylko odrobinę lepsze od życia ojca, żydowskiego krawca, którym pogardzał, uważając go za głupca i tchórza. Codziennie przed zaśnięciem mówił do siebie:
„Słuchaj, chłopie, za wszelką cenę musisz stąd wyrywać. Nie ma mowy, żebyś ranił sobie palce i niszczył wzrok nad maszyną do szycia w tym pieprzonym zakładzie konfekcyjnym za dziesięć dolców tygodniowo. To nie jest robota dla ciebie. To dobre dla tępaków. Ty jesteś wart czegoś więcej”.
Już jako 12-letni wyrostek zajął się wraz z kumplami ściąganiem haraczu od handlarzy owoców. Nazywano go „Bugsy”, co w slangu znaczy tyle co: wariat, szajbus. Ben nie lubił tego przezwiska, używano go więc tylko za jego plecami.
W wieku 14 lat Siegel dokonał pierwszego zabójstwa. Zastrzelił odmawiającego mu wypłaty za ukradzioną benzynę pasera Abe’a Moscovitza i jego dwóch ochroniarzy. W 1920 roku został skazany na 2 lata poprawczaka za domniemany gwałt. Domniemany, bo 20-letnia żona nowojorskiego robotnika o melodyjnym imieniu Graziella udzieliła mu swych wdzięków nie tylko dobrowolnie, ale i z dużą ochotą. Nakryta jednak przez męża na zdradzie, bojąc się o swe zdrowie, a nawet życie, zaczęła wrzeszczeć, że jest niewolona.
Po wyjściu z poprawczaka „Bugsy” został przyjęty do gangu Meyera Lansky’ego1, nowojorskiego Żyda, który pomimo młodego wieku wywalczył już sobie godne miejsce w przestępczej hierarchii metropolii. Tam osiągnął pierwszy szczebel sławy, mordując gangstera nazwiskiem Valenti, konkurenta w przemycie alkoholu. Wkrótce stał się prawą ręką szefa. Kierował komórką zajmującą się zabójstwami na zlecenie, a „celami” byli najczęściej ludzie kryminalnego podziemia: zdrajcy, kapusie, defraudanci należących do mafii kapitałów, płatni mordercy, którzy wiedzieli za dużo, rywale i konkurenci, a czasami skorumpowani politycy, którzy nagle przypomnieli sobie o uczciwości lub zapomnieli o zaciągniętych zobowiązaniach.
Pod koniec lat dwudziestych Siegel w niczym nie przypominał dawnego rzezimieszka. Lekcje dykcji pozwoliły pozbyć się naleciałości, jaką pozostawiła mu edukacja, którą pobierał w Williamsburgu i Hell’s Kitchen. Obracał się w nowojorskich wyższych sferach, zawsze nienagannie ubrany chodził na śniadanie do hotelu Waldorf, gdzie również korzystał z usług masażysty, fryzjera (raz na tydzień) i manikiurzystki. Jeździł niezmiennie najnowszym, najbardziej luksusowym i najdroższym modelem forda.
W 1930 roku poślubił Esterę Krakower, młodą, uroczą Żydówkę o ciemnych oczach, jasnej cerze i kasztanowych włosach. Wkrótce urodziła im się córka, której nadano imię Millicent. Trzy lata po ślubie pojawiła się na świecie druga córka – Barbara.
15 kwietnia 1931 roku „Bugsy” wraz z Albertem Anastasią, Samem „Red” Lavine’em i Jake’em Elliottem załatwili w znanej na Coney Island restauracji „Nuova Villa Tammaro” Giuseppe Masserię, najważniejszego bossa nowojorskiej mafii. 10 września tegoż roku Siegel wraz ze swymi ludźmi urządził rzeź gangu Salvatore Maranzano. Dwunastu mężczyzn weszło do biura Maranzano, mieszczącego się w budynku Grand Central na Manhattanie. Szefa zastrzelono, a dla pewności jeszcze poderżnięto mu gardło. Tego samego dnia czterdziestu innych szefów mafii na terenie USA zostało wymordowanych. Te „nieszpory sycylijskie” postawiły na czele całej mafii w Stanach Zjednoczonych niejakiego Salvatore Lucanię, znanego szerzej jako Lucky Luciano (Lucek Szczęściarz).
W następnym roku Siegel wsławił się w podziemnym świecie zabójstwem współpracującego z policją gangstera nazwiskiem Anthony Fabrizzo. Pewnego dnia położył się w nowojorskim Bellevue Hospital, symulując chorobę. Zapłacił za luksusową separatkę i zadzwonił na pielęgniarkę:
– Połknąłem dwa z tych obrzydliwych proszków nasennych. Proszę mi poprawić łóżko, będę spał jak zabity do rana – powiedział.
Potem wymknął się cichaczem ze szpitala, zabił kapusia i po 35 minutach leżał z powrotem grzecznie w swoim łóżku. Jego alibi było niepodważalne.
N początku 1937 roku Siegel zajął się z ramienia gangsterskiego Syndykatu interesami w Hollywood. Mafia z Los Angeles znajdowała się w owych czasach pod kontrolą bossa Jacka Dragny, lecz Siegel szybko pokazał mu, kto tu naprawdę rządzi. Dragna – wiedząc o nieobliczalnym charakterze „Bugsy’ego” oraz poparciu, jakim cieszył się ze strony Meyera Lansky’ego i Lucky’ego Luciano, nie miał wyjścia i musiał ustąpić mu miejsca.
Przybywszy do Hollywood, gangster od razu wziął się energicznie do pracy, nie żałując zarówno trudów, jak i kapitału. Najpierw wybudował i urządził elegancko piękną willę w Beverly Hills. Miała trzydzieści pięć pokoi i dwa baseny, w tym jeden ogromny jak Wielkie Jezioro Słone w stanie Utah. Sprowadził tam rodzinę z Brooklynu i rozpoczął życie zamożnego „sportsmena”. Posiadał piękne pole golfowe, konie wierzchowe i udawał zapalonego myśliwego. Spraszał co znamienitszych gości i wkrótce jego dom zaroił się od filmowych gwiazd i gwiazdorów. Potrafił tak umiejętnie grać swoją rolę, że wkrótce stał się w Hollywood bardzo popularną osobą, o której względy wszyscy zabiegali.
W świat hollywoodzkiej socjety wprowadzili Siegela George Raft – dawny kumpel ze szczenięcych lat z Brooklynu, a wówczas uznany aktor, oraz złotowłosa piękność Jean Harlow – ówczesna gwiazda numer 1, symbol seksu, kochanka innego gangstera, rezydenta Syndykatu w New Jersey, Abnera „Longy’ego” Zwillmana. Zapewniano, że słynna scena z wyświetlanego wówczas filmu RedDust(Czerwony pył), w której prawie naga Jean walczyła z Clarkiem Gable’em, podnosiła w kinowych salach temperaturę aż o 10 stopni. Miała ciało bogini, w filmach lubiła przybierać prowokujące pozy, a z całej postaci emanowała lubieżna zmysłowość. Joan Crawford, inna hollywoodzka „superstar” mówiła o niej: „Nie ma żadnego talentu, ale za to umie rozpinać rozporki”.
Siegel miał w ręku jeszcze jeden wielki atut. Był Żydem, a ówczesne Hollywood aż roiło się od przedstawicieli narodu wybranego. Od producentów – Samuela Goldwyna, Williama Foxa, Louisa B. Mayera, braci Warner i Adolpha Zuckora, poprzez reżyserów, takich jak Fritz Lang, Billy Wilder, Edward Dmytryk czy Anatol Litvak, na aktorach kończąc. Charlie Chaplin, Douglas Fairbanks, Edward G. Robinson, Paulette Goddard, Al Jolson, czy bracia Marx – wszyscy zaliczali się do „starozakonnych”. Żydem był też kompozytor Irving Berlin i wielu scenarzystów oraz autorów dialogów.
„Bugsy” wiedział o tym doskonale i sprytnie wykorzystywał swoją przynależność etniczną, aby przesuwać pionki na szachownicy, podczas gdy sam nie przywiązywał żadnej wagi do swego pochodzenia. Było mu zupełnie obojętne, czy ktoś jest Żydem, Irlandczykiem czy Włochem.
Zawsze ubrany z wyrafinowanym smakiem, przystojny, niebieskooki, o wytwornych manierach i urokliwym uśmiechu odsłaniającym zęby o nieskazitelnej bieli, uwodzicielski i sympatyczny Benjamin Siegel robił wśród gwiazd i gwiazdeczek „fabryki snów” prawdziwą furorę. Najpierw „zaliczył” Constance Bennett, najlepiej wynagradzaną wówczas gwiazdę na świecie, kasującą 30 tysięcy dolców tygodniowo, piękną kobietę o aksamitnej skórze, tęczowym odcieniu włosów i niesamowicie zgrabnych nogach.
Potem zakochała się w nim bez pamięci hrabina Dorothy Dendice Taylor Di Frasso. Była od niego 12 lat starsza i odczuwała perwersyjne podniecenie, znajdując się w ramionach niebezpiecznego gangstera, dla którego płatne zabójstwa stanowiły chleb powszedni. Z kolei dla „Bugsy’ego”, który dzieciństwo i młodość spędził w slumsach Brooklynu i Hell’s Kitchen, wsunięcie się w arystokratyczną pościel było takim awansem społecznym, że różnica wieku nie odgrywała żadnej roli, tym bardziej że Dorothy Di Frasso zachowała jeszcze resztki wspaniałej urody. Przede wszystkim jednak z jej postaci emanowała naturalna klasa, swoboda w obejściu, wyrafinowanie w manierach i sposobie wysławiania się, czego nie miała żadna z obecnych w Hollywood gwiazd, które mimo niesamowitej piękności pozostawały jednak tylko tym, kim były przedtem: barmankami, kelnerkami, burleskowymi tancerkami czy piosenkarkami z podrzędnych kabaretów.
Nie dla kobiet jednak przyjechał Siegel do Hollywood. Wyrobiwszy sobie stosunki, zabrał się do właściwej pracy. Najpierw zajął się szantażami, wzorując się na wypróbowanych przez Lepkego2 metodach. Udało mu się przekonać pewnego gwiazdora, że otrzymał zbyt niską gażę. Namówił go, by w chwili, gdy wszystko już było przygotowane do zdjęć i zostały poniesione ogromne koszty, odmówił udziału w filmie, tłumacząc się chorobą. Na pertraktacje posłał jednego ze swoich ludzi.
Wysłannik „Bugsy’ego” zobowiązał się nakłonić gwiazdora do występowania, za odpowiednim wynagrodzeniem. W rezultacie Siegel zainkasował 50 tysięcy dolarów, z czego 10 tysięcy wypłacił gwiazdorowi, a resztę schował do własnej kieszeni. Wydarzenia te stały się początkiem znakomitego – chociaż z pewnością nie dla wszystkich – interesu.
Posługując się szantażem i przemocą, „Bugsy” wyciskał worki dolarów z kieszeni producentów i aktorów. Doprowadzał do zerwania w ostatniej chwili kontraktu pomiędzy jakimś sławnym aktorem a producentem i w imieniu gwiazdora wymuszał znaczne podniesienie gaży. 10 procent tak zarobionej sumy oddawał aktorowi, resztę zaś zgarniał dla mafii.
Wytwórnie filmowe były bezradne. Wprawdzie zawsze można było zaangażować inną gwiazdę, ale koszty opóźnienia realizacji już zaczętego filmu były tak wysokie, że o wiele bardziej opłacało się płacić haracz gangsterowi. Hollywoodzkie gwiazdy natomiast chętnie inwestowały pieniądze w prowadzone przezeń interesy.
Wkrótce Siegelowi udało się dostać do związku zawodowego pracowników filmowych, za którego pośrednictwem zaczął ściągać jeszcze większe daniny. Dla ochrony swych interesów utworzył zbrojny oddział i nawiązał kontakty z politykami, a „fabryki snów” używał jako kanału przerzutowego narkotyków z Meksyku.
Podczas jednego z przyjęć „Bugsy” podszedł do Jacka Warnera, wielkiego szefa wytwórni „Warner Bros”, i odciągnął go na bok.
– Jack, wiem, że pan będzie kręcił Robin Hooda z Erollem Flynnem i Olivią de Havilland – zagadnął z miłym uśmiechem.
Producent o mało nie udławił się konsumowanym właśnie kawiorem na grzance. Nikt oprócz jego braci i najbliższych przyjaciół nie śmiał się do niego zwracać w ten sposób.
– Będę, i co z tego? – odburknął. – A poza tym nie przypominam sobie, żebyśmy byli po imieniu. Wszyscy mówią do mnie panie Warner i…
– Jack – przerwał mu bezceremonialnie gangster – proszę mnie wysłuchać. Próbuję panu oddać przysługę.
– Pan próbuje mi oddać przysługę? – Warner złapał za kieliszek szampana, niesiony na srebrnej tacy przez przechodzącego obok kelnera i z wrażenia opróżnił naczynie duszkiem do dna.
– Tak, właśnie, przysługę – uśmiechnął się znowu „Bugsy”. Uśmiech ten wydawał się jak najbardziej szczery, ale gdy producent popatrzył głębiej w oczy swego rozmówcy, ujrzał w nich szeroko otwarte wieko trumny. – Niech pan posłucha – kontynuował Siegel. – Może pan nawet o tym nie wie, ale pańscy księgowi pomylili się przy opracowywaniu budżetu do produkcji Robin Hooda.
– Pomylili się? – Warner wytrzeszczył oczy. – To zupełnie niemożliwe.
– A jednak. Zapomnieli o jednej bardzo ważnej pozycji.
– O jakiej, do diabła?
– O statystach.
– Co pan mi tu za bzdury opowiada! – zdenerwował się Jack Warner.
– To żadne bzdury – wyjaśnił spokojnie Siegel. – Niech pan sobie wyobrazi, że scenariusz i dialogi RobinHooda są już gotowe, wszystkie dekoracje rozmieszczone, światło ustawione, każdy zna swoją rolę na pamięć… Errol Flynn trzyma Olivię de Havilland w ramionach, słychać klaps i wołanie: scena numer jeden, ujęcie pierwsze… i w tym momencie wszyscy statyści opuszczają plan.
– I co z tego – Warner wzruszył ramionami. – Zatrudni się innych statystów i po kłopocie.
– Otóż nie – wyjaśnił „Bugsy”. – Widzi pan… Wszyscy statyści należą do związku i są solidarni…
– Ze związkiem zawsze można się dogadać – uśmiechnął się pobłażliwie producent.
– W pełni zgadzam się z pańskim twierdzeniem. Tylko…
– Tylko co?
– Tylko że ja kontroluję ich związek – wyznał szczerze gangster. – I… proszę mi wierzyć, że pomimo moich wysiłków, nie zdołałem przekonać paru ich największych twardzieli… Wie pan – zniżył głos do szeptu – niektórzy z nich to kryminaliści. Posługują się pałką okutą ołowiem z taką skutecznością, z jaką Billy Wilder posługuje się kamerą. Pozycja, którą pańscy księgowi zapomnieli włączyć do budżetu produkcji Robin Hooda, wynosi sto tysięcy dolarów – dobrotliwy uśmiech zniknął z twarzy Siegela.
– To zwykły szantaż! – wybuchnął Warner. – Czy pan myśli, że dam się szantażować bezkarnie?
– Jestem pewien, że RobinHoodbędzie znakomitym filmem – odparł lodowatym tonem „Bugsy”. – Oczywiście będzie kosztował o sto tysięcy dolarów więcej, ale część z tego odzyska pan od firm ubezpieczeniowych.
– Jak to? – zdziwił się producent.
– Uda się pan do nich i wytłumaczy, że jest pan pewien na sto procent, iż podczas kręcenia filmu nie będzie ani jednego strajku. A po zakończonej pracy zażąda pan premii gratyfikacyjnej od firmy, w której się pan ubezpieczył. Będę jutro w pańskim biurze, Jack. Proszę przygotować gotówkę, nie przepadam za czekami.
Ponieważ hazard był w Kalifornii surowo zakazany, „Bugsy” odkupił za bezcen flotę starych statków, wyremontował je i luksusowo wyposażył. Zakotwiczone na Oceanie Spokojnym, poza granicami wód terytorialnych, nie podlegały kalifornijskiemu prawu i na ich pokładzie można było bez przeszkód uprawiać hazard oraz korzystać z usług luksusowego domu publicznego. Gracze wsiadali do szybkich motorówek i udawali się na statki-kasyna, by przepuszczać swoje pieniądze w ruletkę, pokera, black-jacka czy crapsa. Zgrani do suchej nitki mieli możliwość dalszego grania na kredyt, pod warunkiem podpisania skryptu dłużnego oprocentowanego w wysokości 15% dziennie. Zwrot długu w nieprzekraczalnym terminie 14 dni był rzeczą rozsądną i mocno zalecaną. Nazwiska tych, którzy zapomnieli o tej zdrowej zasadzie, bardzo szybko pojawiały się w rubryce nekrologów gazety „Los Angeles Times”. Rubryka ta, sfotografowana i powiększona, była przylepiana wzdłuż schodów statków-kasyn, przypominając w ten sposób o skutkach amnezji.
Wkrótce „Bugsy” zajął się inną gwiazdą Hollywoodu, Marion Davies. Protegowana magnata prasowego, Williama Randolpha Hearsta zagięła parol na pięknego Benjamina trochę dla utarcia nosa zaniedbującemu ją kochankowi, wiecznie zajętemu swym prasowym imperium, a trochę dla zrobienia na złość Constance Bennett i hrabinie Di Frasso. „Bugsy” przeleciał ją z radością, a potem zaczął szantażować.
We wrześniu 1939 roku władze federalne przeprowadziły zakrojoną na szeroką skalę akcję przeciwko zorganizowanej przestępczości na terenie całego kraju. Benjamin „Bugsy” Siegel został oskarżony przez prokuratora federalnego J.T. Canhilla o przynależność do zorganizowanej grupy gangsterów. Jego zeznania złożone przed sądem w dniu 4 października były stekiem kłamstw grubymi nićmi szytych, ale nikt nie był mu w stanie niczego udowodnić. Żaden z aktorów i producentów Hollywoodu nie miał tyle odwagi, aby świadczyć przeciwko niemu.
8 października został jednakże ponownie aresztowany i osadzony w więzieniu Los Angeles County, w wyniku działania nieustraszonego tępiciela gangsterów, prokuratora Thomasa E. Deweya. Oczekiwanie w więzieniu na rozprawę nie było zbyt uciążliwe. „Bugsy” miał specjalną celę, posiłki przynosił mu z zewnątrz osobisty kucharz, Filipińczyk, który pracował w najlepszych hotelach, a jego specjalnością był bażant z rożna, polany sosem i skropiony maderą. Strażnicy więzienni gapili się z zachwytem na odwiedzających gangstera: George’a Rafta, Gary Coopera, Clarka Gable’a, Caroll Lombard, Joan Crawford, Tyrone’a Powera i Erolla Flynna, którzy przychodzili pocieszyć starego kompana zabaw pogrążonego w tarapatach.
Codziennie odwiedzała go żona Estera, ale bez córek. Nigdy jednak nie zostawała w celi na noc. Z wielką radością zastępowały ją inne ochotniczki. Czy było coś bardziej podniecającego od kochania się w celi więziennej z uroczym gangsterem, o którym nie było wiadomo, czy za pół roku nie dostanie biletu w jedną stronę do komory gazowej w więzieniu San Quentin?
Na przepustki Siegel wychodził najczęściej ze swą aktualną przyjaciółką, angielską aktorką Wendy Barrie, której pomagał w karierze, wykorzystując swoje szerokie znajomości. 30 stycznia 1942 roku został oskarżony o zabójstwo Harry’ego „Big Greenie” Greenberga, lecz 21 lutego ława przysięgłych wydała decyzję: not guilty! (niewinny!).
Wydawało się, że Benjamin Siegel dożyje starości w szczęściu i bogactwie. Stało się jednak inaczej. Wykończyła go – jak wielu innych – kobieta. W 1943 roku poznał Virginię Hill. Była wysoka, miała długie, kruczoczarne włosy, wspaniałe zielone oczy, smukłe nogi i biodra, które kołysały się jak kuter przy zbliżającym się cyklonie. Mówiła z przeciągłym akcentem Południa i emanowała szaloną zmysłowością. Była córką kamieniarza z Alabamy i miała dziewięcioro rodzeństwa. W wieku 16 lat uciekła z kochankiem do Chicago. Szybko porzuciła narzeczonego i zaczęła występy jako rewiowa „girl”. Tam zauważył ją pewien gangster trzeciej kategorii i pojął za żonę. Zaliczyła trzech mężów i dopiero po trzecim rozwodzie zrozumiała, że wolność jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. Była przyjaciółką najgłośniejszych bossów przestępczego podziemia: Lucky’ego Luciano, Franka Costello, Joe Adonisa, „Longy’ego” Zwillmana i Meyera Lansky’ego. W przestępczym Syndykacie pełniła rolę skarbnika. Słynęła z rozrzutności i pijackich wybryków. W ciągu jednej nocy potrafiła wydać na alkohole 10 tysięcy dolarów! Służbie hotelowej i kelnerom dawała studolarowe napiwki. Twierdziła, że ma dwa nieograniczone źródła dochodów: konie i mężczyzn. Przesłuchiwana kiedyś przed specjalną komisją senatu amerykańskiego, zajmującą się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości i działającą pod przewodnictwem Estesa Kefauvera, wyznała:
– Wszyscy gangsterzy, o których mówi się, że byłam ich kochanką, dawali mi kosztowne prezenty – odpowiedziała.
Na pytanie, dlaczego dawali jej te prezenty, poirytowana odparła:
– Ponieważ przede mną nikt im tak dobrze nie ciągnął druta!
„Bugsy” dosłownie oszalał na jej punkcie. Wynajął dla niej dawną willę Rudolfa Valentino i urządził ją z ogromnym przepychem. W końcu zaproponował małżeństwo. Virginia odmówiła, ale stała się jego kochanką. Bardzo kosztowną kochanką.
W roku 1944 Syndykat skierował Siegela do Las Vegas, aby rozkręcił tam hazard. Ben zabrał się do roboty jak zwykle z wielkim rozmachem. Kosztem wyasygnowanych z mafijnej kasy siedmiu milionów dolarów wybudował „Flamingo” – pierwsze kasyno połączone z hotelem. Niebawem następne gangsterskie przybytki w postaci luksusowych domów gry i wspaniałych hoteli zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Taki był początek kariery owej mieściny, ściągającej dziś co roku 30 milionów spragnionych emocji turystów. Wkrótce jednak
„Bugsy” zaczął traktować Las Vegas jak swoje prywatne terytorium. Coraz częściej zaczynał też mieć zaległości z tytułu rozliczeń z Syndykatem. Nic dziwnego, skoro gros zysków z Hollywood i Las Vegas inwestował w Virginię Hill. Zakochany w pięknej kurewce gangster lekceważył przesyłane mu przez Syndykat upomnienia. Był przekonany, że zasiadając w radzie Syndykatu, jest nietykalny, nie zdarzyło się bowiem nigdy, by mafia skrzywdziła kogoś z najwyższych władz kartelu. Mylił się jednak.
Na posiedzeniu rady w Hawanie, na które nie został zaproszony, zapadł na niego wyrok śmierci. 24 głosami za i 2 przeciw (Meyer Lansky i Lucky Luciano). Do wykonania zadania wyznaczono Francuza nazwiskiem Luc Prevot, który różnił się od ponuraków należących do ekipy Alberta Anastasii tym, że szeroki uśmiech nigdy nie schodził mu z twarzy. Prevot był jednak znakomitym fachowcem. Podczas okupacji hitlerowskiej służył we francuskim oddziale niemieckiego SD, zajmującym się likwidowaniem członków ruchu oporu.
20 czerwca 1947 roku „Bugsy” pokłócił się z Virginią i sam, tylko z obstawą, pojechał do swej willi przy 810 North Linden Drive. Luc Prevot wśliznął się po cichu do sąsiedniej posesji. Widział jak „Bugsy” siedzi na kanapie i czyta gazetę. Spokojnie wycelował swój winchester model M1. Pierwsza kula trafiła Benjamina Siegela w lewy oczodół i jego piękne błękitne oko poleciało aż na drugi koniec salonu. Druga trafiła w róg prawego oczodołu, a trzecia przeszła pod kością policzkową. Czwarta roztrzaskała wiszący na ścianie olejny obraz nagiej kobiety ze szklanką whisky w ręku. Trzy ostatnie porozrywały na strzępy wspaniałą marynarkę garnituru, za który zaledwie przed kilkoma dniami Siegel zapłacił aż 400 dolarów. Twórca hazardowej potęgi Las Vegas i „ojciec chrzestny” Hollywood runął na ziemię podziurawiony kulami jak ser ementaler.
1 Meyer Lansky (wł. Majer Suchowlański) – ur. 4 lipca 1902 roku w Grodnie, zm. 15 stycznia 1983 roku w Miami Beach, jeden z najbardziej znanych amerykańskich gangsterów ery prohibicji. Żyd polskiego pochodzenia.2 Louis Buchalter (1897–1944) – gangster żydowskiego pochodzenia, znany był pod pseudonimem Lepke. Według twierdzenia Edgara Hoovera, szefa FBI, Lepke miał na sumieniu ponad setkę morderstw, choć przez wiele lat żadnego nie potrafiono mu udowodnić. Słabo czytał i pisał, ale za to z odległości trzydziestu kroków potrafił ulokować kulę kalibru 38 mm w główce agrafki. W 1940 roku został oskarżony o zabójstwo pierwszego stopnia i skazany na karę śmierci. Egzekucję na krześle elektrycznym wykonano 4 marca 1944 roku w więzieniu Sing Sing.W imieniu Rzeczpospolitej
Igo Sym (1929/1930)
Wczesnym rankiem 7 marca 1941 roku do warszawskiej kamienicy położonej przy ulicy Mazowieckiej 10 weszło trzech wysportowanych młodych mężczyzn. Mazowiecka była najbardziej artystyczną ulicą przedwojennej Warszawy. Tu pod numerem dwunastym mieściła się najsłynniejsza kawiarnia stolicy – „Mała Ziemiańska”, z półpięterkiem okupowanym przez poetów, literatów, artystów malarzy, a także profesorów znajdującego się nieopodal Uniwersytetu Warszawskiego. Swoją nazwę zawdzięczała sąsiedztwu z Towarzystwem Kredytowym Ziemskim, zaś określenie „mała” wiązało się z początkowo niewielkimi rozmiarami lokalu.
Obok znajdowały się – wielce zasłużone dla literatury – księgarnia oraz wydawnictwo Jakuba Mortkowicza. Pod ósemką, dziesiątką i szesnastką działały trzy galerie sztuki, a pod czternastką – znany bar „U Wróbla”, gdzie na obiady wpadali goście „Ziemiańskiej”. W czasie okupacji ulica zszarzała, ale nie straciła całkiem dawnego blasku.
Jednakże to nie z powodu literatury ani malarstwa trzej młodzi ludzie znaleźli się w tym miejscu. Jeden z nich, do którego pozostali zwracali się „Szary”, został na klatce schodowej, na parterze. Dwaj pozostali – „Zawada” i „Mały” – weszli szybkim krokiem na czwarte piętro. Może nawet minęli się na schodach z Hanką Ordonówną, która po zwolnieniu z Pawiaka zajmowała jeden z lokali na trzecim piętrze. Choć to raczej wątpliwe, była bowiem godzina 7.10 rano i o tej porze artyści zwykle jeszcze śpią.
Dopiero po wojnie ustalono ich nazwiska. „Szary” nazywał się Bogdan Rogoliński, „Zawada” – Roman Rozmiłowski, a „Mały” – Wiktor Klimaszewski3. Wszyscy trzej byli żołnierzami ZOM (Zakładu Oczyszczania Miasta), grupy likwidacyjnej kontrwywiadu Związku Walki Zbrojnej. Rozmiłowski, przedwojenny podporucznik artylerii, w kampanii wrześniowej walczył w szeregach 6 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej. Po nieudanej próbie przedostania się przez Słowację do Francji wrócił do Warszawy i natychmiast włączył się do czynnej konspiracji.
Skręcili w długi korytarz z szeregiem drzwi. „Mały” zadzwonił do mieszkania oznaczonego numerem 10. Po chwili otworzyła im młoda kobieta, ubrana we wzorzysty szlafrok.
– Panowie do kogo? – zapytała, nie kryjąc zdumienia wizytą o tak nieludzkiej porze.
– Chcielibyśmy zobaczyć się z panem dyrektorem Symem – wyjaśnił „Zawada”.
– O tej porze? – Kobieta była wyraźnie zdegustowana.
– Czy to coś pilnego?
– O, tak, proszę pani – uśmiechnął się „Mały”. – Nawet bardzo pilnego. Może pani będzie łaskawa poprosić pana dyrektora. My tylko na chwileczkę…
– No… dobrze – zgodziła się niechętnie. – Proszę poczekać. Niech panowie wejdą do saloniku. – Wskazała im drzwi prowadzące do jednego z pokoi.
Dwie minuty później wszedł tam przystojny, postawny mężczyzna po czterdziestce. Był jeszcze zaspany, na piżamę narzucił pospiesznie ciemnoniebieską podomkę.
– Czy pan Igo Sym? – zapytał „Mały”.
– Tak. O co chodzi? – W głosie mężczyzny, z pozoru uprzejmym, można było wyczuć nutę irytacji. – Mam nadzieję, że to coś naprawdę ważnego…
– W imieniu Rzeczypospolitej… – rozpoczął tradycyjną formułę wyroku „Mały”, wyciągając z kieszeni płaszcza pistolet.
– Masz łotrze, za Polskę! – „Zawada” nie zamierzał bawić się w takie ceregiele. Błyskawicznie dobył „Visa” i z odległości półtora metra wpakował mężczyźnie kulę prosto w serce.
Trafiony Sym padł martwy na twarz, tuż pod nogi strzelającego. Młoda kobieta, która otworzyła drzwi, na odgłos strzału pojawiła się w progu. Jak skamieniała patrzyła na śmierć swojego szwagra.
Strzał obudził śpiącą w sąsiednim mieszkaniu Anielę Lawińską. Starsza kobieta instynktownie wyczuła, że to zamach na Syma. Natychmiast zerwała z łóżka swego syna, Tadeusza Karczewskiego, przedwojennego oficera, i jego kolegę. Nie było chwili do stracenia – obaj nie byli u niej zameldowani, a za chwilę zjawi się tu gestapo. Aniela Lawińska wybiegła na korytarz. Przez otwarte drzwi mieszkania zajętego przez Symów zobaczyła zwłoki Igo i pochyloną nad nimi lamentującą matkę. Stanęła w drzwiach, by zasłonić sobą przemykających korytarzem syna i jego kolegę.
Zanim domownicy zdążyli wszcząć alarm, cała trójka zamachowców była już na ulicy. Zaraz za bramą wejściową do kamienicy rozeszli się w przeciwne strony, by godzinę później spotkać się pod oknami mieszkania organizatora akcji, Romana Niewiarowicza, przy alei Na Skarpie 67.
– Załatwione – zameldował „Mały”.
– Żadnych kłopotów?
– Żadnych. Wszystko poszło jak po maśle.
Roman Niewiarowicz, ps. „Łada”, był w okupacyjnym świecie aktorskim postacią wyjątkową. W konspiracji pełnił funkcję szefa brygady specjalnej warszawskiego okręgu Związku Walki Zbrojnej, poprzednika Armii Krajowej. Za zgodą władz Polski Podziemnej zatrudniony był jako aktor i reżyser w teatrze „Komedia”. Zorganizował tam składnicę meldunkową jednej z komórek ZWZ i centralę konspiracyjnych kontaktów, znakomicie maskowanych przez codzienny ruch i życie teatru.
„Komedia” cieszyła się u Niemców znakomitą opinią, toteż wiele tajnych spraw można tam było załatwiać zupełnie bezpiecznie, w idealnych wprost warunkach, niemalże na oczach gestapowców. Funkcjonariusze Geheime Staatspolizei bywali w tym teatrze bardzo często, bowiem jego dyrektor, Artur Horwath, utrzymywał z nimi bliskie stosunki.
O godzinie dziewiątej Niewiarowicz udał się do Teatru Polskiego, gdzie jak gdyby nigdy nic dopytywał się o Syma, z którym rzekomo umówił się na tę godzinę w jakiejś bardzo pilnej sprawie. Powiedziano mu, że dyrektor Sym z pewnością przyjdzie, ale nie wiadomo dokładnie, o której godzinie. Niewiarowicz zostawił mu wiadomość, że idzie do „Komedii” i że będzie tam na niego czekał.
Potem telefonował jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem słysząc tę samą odpowiedź, że dyrektor Sym jeszcze nie przyszedł. Jak się potem okazało, w Teatrze Polskim wiedziano o śmierci Syma już przed jedenastą, lecz na wyraźne polecenie gestapo odpowiadano niezmiennie w ten właśnie sposób.
Gestapo zjawiło się na Mazowieckiej kilkanaście minut po zamachu. Matka Igo Syma oświadczyła gestapowcom, że jej syna na pewno nie zabił nikt mieszkający w tym domu. Niemcy przeszukali wszystkie mieszkania. W pokoju Anieli Lawińskiej znaleźli przedwojenną fotografię Igo Syma z dedykacją dla jej męża, aktora: „Kochanemu koledze Ludwikowi Lawińskiemu – Igo Sym”. Zdjęcie uchroniło ją przed szczegółowym śledztwem.
O godzinie 11 uliczne megafony, tak zwane szczekaczki, nadały jako komunikat specjalny rozporządzenie gubernatora Ludwiga Fischera. Następnego dnia warszawskie słupy ogłoszeniowe i mury kamienic pokryte zostały plakatami z jego treścią:
ROZPORZĄDZENIE
Dnia 7 marca 1941 r. we własnym mieszkaniu został zastrzelony przez Polaka Niemiec
IGO SYM
Kierownik Teatru Miasta Warszawy
W związku z tą ohydną zbrodnią zarządzam dla obszaru miasta Warszawy, co następuje:
1. Aresztowanie większej ilości zakładników.
2. Natychmiastowy zakaz wykonywania produkcji artystycznych w polskich teatrach, rewiach, zakładach gastronomicznych i wszystkich innych lokalach rozrywkowych do dnia 7 kwietnia br. włącznie.
3. Wprowadzenie godziny policyjnej dla Polaków aż do odwołania, od 20.00 do 5.00.
Jeżeli w przeciągu trzech dni nazwisko zbrodniarza nie zostanie ujawnione władzom niemieckim, zakładnicy będą rozstrzelani.
Rozporządzenie wchodzi w życie z chwilą ogłoszenia.
(–) Dr LUDWIG FISCHER
GUBERNATOR
Zachowany wyrok Wojskowego Sądu Specjalnego przy Komendzie Głównej ZWZ jest wyjątkowo lakoniczny.
Data, kilka słów, nazwisko skazanego. Nie ma uzasadnienia, nie ma składu orzekającego. Pełna konspiracja. „Ten dokument to i tak wyjątkowy rarytas dla historyka – ocenił znawca Państwa Podziemnego, Andrzej Krzysztof Kunert. – Ślad, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Procedura wymagała jeszcze, aby taki wyrok zatwierdził wojskowy zwierzchnik okręgu. W przypadku Syma jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że rozkaz wydał osobiście generał Stefan Rowecki-Grot. On nie mógł o tym nie wiedzieć”.
Igo, a właściwie Karol Antoni Juliusz Sym urodził się 3 lipca 1896 roku w Insbrucku. Był synem Polaka, Antoniego Syma, leśniczego z okolic Żywca i Austriaczki, Julii Seppi. W Innsbrucku skończył szkołę średnią, zdał tam maturę, a potem wyjechał do Wiednia, gdzie przez trzy lata studiował w konserwatorium muzycznym, w klasie śpiewu.
Podczas I wojny światowej został powołany do armii austriackiej i wysłany na front serbski, gdzie dosłużył się stopnia porucznika. Tam też ranny czy kontuzjowany, uzyskał zwolnienie z wojska i wrócił na studia w konserwatorium wiedeńskim.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości jego owdowiała matka przyjechała z trzema synami do Żywca i przyjęła polskie obywatelstwo. Igo służył jakiś czas w piechocie, potem zatrudnił się jako urzędnik w Banku Gospodarstwa Krajowego w Żywcu. Zorganizował tam chór mieszany, którego został dyrygentem i założył amatorskie kółko dramatyczne.
Ożenił się z Heleną Fałat, zwaną Kuką, córką Juliana Fałata, kiedyś malarza na dworze cesarza Niemiec, później rektora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dochował się z nią syna, Juliana. Chłopiec zmarł na zapalenie opon mózgowych w wieku dziewięciu lat, a Helena niedługo po tym popełniła samobójstwo. Po tym wydarzeniu Sym już nigdy nie związał się na stałe z żadną kobietą.
W 1925 roku Sym ukończył Instytut Filmowy, prywatną szkołę aktorstwa Wiktora Biegańskiego i zadebiutował na srebrnym ekranie filmem Wampiry Warszawy. Sukces umożliwiła mu nieprzeciętna uroda oraz wyniesiona z wojska sprawność fizyczna. Grywał głównie eleganckich mężczyzn, arystokratów i wojskowych, m.in. grał główną rolę w Kochance Szamoty. Historia mrocznego i wyniszczającego romansu przystojnego mężczyzny z tajemniczą kobietą, która okazała się nieboszczką, zrobiła klapę, ale Symowi dopisało szczęście.
Wychowany w Austrii, a co za tym idzie perfekcyjnie władający językiem niemieckim, dorabiał poza planem jako tłumacz. Podczas jakichś rozmów z partnerami z Wiednia jego urodziwa twarz wpadła w oko austriackim producentom. Dwa lata po debiucie aktorskim wyjechał nad piękny modry Dunaj, gdzie podpisał kontrakt na wyłączność ze studiem „Sascha-Filmstudios AG”. Zagrał m.in. w ckliwym melodramacie Die Prattermitzi, który wkrótce wszedł na polskie ekrany jako Dziewczę z Prateru. Od 1929 roku pracował głównie w Niemczech, partnerując na ekranie Marlenie Dietrich, Lilian Harvey i innym.
Z tą pierwszą połączył go podobno krótki, choć burzliwy romans. Spotkali się na planie Cafe Elektric, a każde z nich wywiozło z Wiednia pamiątkę tej znajomości. Sym – fotografię „Błękitnego Anioła” z odręczną dedykacją Marleny, którą potem chwalił się wszystkim jako dowodem dawnej zażyłości z gwiazdą. Dietrich – piłę muzyczną, podarunek od Igo, na której grała później amerykańskim żołnierzom wyruszającym na front. Piła do dzisiaj znajduje się w berlińskim muzeum filmowej gwiazdy. Zdobi ją mała tabliczka: „Igo, Wiedeń 1927” – wspomnienie kochanka, który podczas wojny znalazł się po drugiej stronie barykady.
To był szczyt kariery Syma. Zakończyła się ona wraz z końcem kina niemego i wprowadzeniem dźwięku. Igo miał kłopoty z wymawianiem „r”. Dla twardego języka niemieckiego stanowiło to istotną wadę.
Na początku lat trzydziestych powrócił do Polski. Grał w filmach, ale już tylko role drugoplanowe, co prawdopodobnie wiązało się z kłopotami z bezbłędnym opanowaniem języka polskiego.
„Gdy dziś oglądam go na ekranie, jego popularność za każdym razem mnie dziwi – ocenił Syma filmoznawca Kamil Stepan na łamach „Gazety Wyborczej”. – Słaby aktor, sztywny, jakby połknął szczotkę, żadnej mimiki. Nie dostawał znaczących ról, a i tak był gwiazdą. Takie to były czasy – ładna twarz liczyła się bardziej od umiejętności aktorskich. A Sym uchodził za zabójczo pięknego”.
Pracował w warszawskich teatrach rewiowych „Banda” i „Hollywood”, skupiając się na karierze estradowej. Śpiewał popularne przeboje, a jego popisowym numerem było akompaniowanie sobie grą na pile. Elegant o nieskazitelnych manierach, aktor nieco sztywny, ale uwielbiany, rywalizował o miano największego amanta z Eugeniuszem Bodo i Aleksandrem Żabczyńskim. Gdy było trzeba, kreował się na wielkiego polskiego patriotę…
„Szwabskiego jazgotu mam już powyżej uszu” – zapewniał przy wódce przyjaciół po powrocie z Niemiec, gdzie tuż przed wojną zaczął znowu kręcić jakieś kawałki dla berlińskiej „Ufy”.
„Sym nie musi się wysilać – napisał Bogusław Kunach w artykule Być tym, co słynie (Gazeta Wyborcza 1.12.2003). – Podczas swojego żelaznego numeru nie popisuje się, nie męczy w choreograficznych układach, w ogóle gra niewiele. Tylko śpiewa. W pewnym momencie schodzi ze sceny między publiczność w pierwszych rzędach”.
Kunach opisuje, jak to Sym podczas występów wybierał sobie na widowni jedną z kobiet – nie miało znaczenia, czy była młoda czy stara, ładna czy mniej urodziwa, ważne było jedynie, by patrzyła na niego z zachwytem. W trakcie śpiewu podchodził do niej, podawał dłoń i zapraszał do wspólnego udziału w numerze. Zaskoczona i onieśmielona wielbicielka nie miała odwagi spojrzeć na gwiazdora, lecz Sym nie ustępował – zbliżał się, niemal ją obejmował i ustawiał twarzą do publiczności. Finał występu sygnalizował szerokim gestem ręki, po czym wyciągał z kieszeni fraka swoją fotografię z dedykacją, wręczał ją kobiecie, całował jej dłoń i odprowadzał na miejsce. Publiczność nagradzała go gromkimi brawami, a wybrana wielbicielka czuła się jak w siódmym niebie. Po takim pokazie bilety na miejsca w pierwszych rzędach sprzedawały się z kilkudniowym wyprzedzeniem, a większość z nich zajmowały kobiety.
Na plakatach z programami najlepszych warszawskich kabaretów lat trzydziestych nazwisko Syma było drukowane takimi samymi, wielkimi literami, jak nazwiska Hanki Ordonówny, Zuli Pogorzelskiej, Miry Zimińskiej czy Adolfa Dymszy. W słynnym „Morskim Oku” – najpopularniejszym kabarecie stolicy – był gwiazdą. Teksty piosenek pisali mu: Julian Tuwim, Marian Hemar i Andrzej Włast. Był powszechnie lubiany w środowisku filmowym i estradowym, jego dobre wychowanie i uprzejmość chwalił nawet na ogół złośliwy w swych recenzjach Antoni Słonimski.
„Wybitnej urody postawny brunet, inteligentny, wykształcony, oczytany, płynnie włada kilkoma językami – wspominał go poeta, satyryk i prozaik Tadeusz Wittlin w książce Pieśniarka Warszawy, Hanka Ordonówna i jej świat. – Jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, śpiewa, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych, czym chętnie się popisuje. Nie może się tylko pochwalić talentem aktorskim, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą”. „Może i nie był wybitnym aktorem, ale był podziwiany – twierdziła w rozmowie z Bogusławem Kunachem Stefania Grodzieńska, która tańczyła w kabaretach podczas występów Syma. – U kobiet miał niesamowite wzięcie. Krążyły legendy o jego podbojach”.
W 1933 roku dostał niewielką rolę szefa polskiego kontrwywiadu w filmie Szpieg w masce. Główną rolę zagrała słynna Ordonka, Hanka Ordonówna (Maria Anna Pietruszyńska), śpiewająca tam swoje wielkie przeboje: Miłość ci wszystko wybaczy i Na pierwszy znak, gdy serce drgnie. Jako aktor wypadł przy niej blado, a gwiazda wydawała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi. Miała zresztą w tym czasie poważniejsze kłopoty, miotając się pomiędzy małżeństwem z hrabią Michałem Tyszkiewiczem a związkiem z Juliuszem Osterwą. Cała Warszawa i pół Polski żyło jednak plotkami o ich płomiennym romansie.
Nasiliły się one jeszcze bardziej podczas wspólnych występów Ordonki i Syma w widowisku Gwiazdy areny. Wielki namiot cyrkowy braci Staniewskich, gdzie prezentowano program, przez kilka miesięcy wypełniony był do ostatniego miejsca. Największym powodzeniem cieszył się numer, w którym Ordonówna popisywała się woltyżerką, a Sym wykonywał bez siatki zabezpieczającej akrobacje na trapezie. Dodatkowo jeszcze oboje w tym czasie śpiewali. Kilka lat później, już po wojnie, Ordonówna zaprzeczyła w swych wspomnieniach, by cokolwiek łączyło ją z Igo Symem. Czy mówiła prawdę? Trudno dociec. Był to czas, w którym wszyscy wypierali się znajomości z aktorem, a ci, którzy wyprzeć się nie mogli, chowali wstydliwie głowy. W każdym razie Ordonówna nie przyznała się w pamiętniku do tego, że siedząc na Pawiaku, błagała Syma o interwencję u władz niemieckich. O to samo zabiegał u niego również mąż piosenkarki, hrabia Tyszkiewicz, ale Sym nie zechciał pomóc. Nic w tym zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę, że to najprawdopodobniej on pomógł zorganizować zasadzkę, w której aresztowano ukrywającą się Ordonkę.
Po najeździe hitlerowców na Polskę pozostał w Warszawie. Podczas oblężenia stolicy pracował w Straży Obywatelskiej: kopał rowy przeciwlotnicze i wydobywał rannych spod gruzów. Po kapitulacji miasta i rozpoczęciu okupacji pracował początkowo w magistracie jako tłumacz i w wojskowej komendanturze jako urzędnik rejestrujący pojazdy.
Pod koniec roku zadeklarował się jako tak zwany Reichsdeutscher (Niemiec zamieszkały poza Rzeszą). Ze względu na swoją przedwojenną sławę stał się cennym elementem legitymizacji nowego porządku. Urząd Propagandowy Generalnego Gubernatorstwa (Propaganda-Abteilung) powierzył mu stanowisko dyrektora Theater der Stadt Warschau, dawnego Teatru Polskiego przy ulicy Karasia 2, oraz zarządzanie kinem nur für Deutsche „Helgoland” (przedwojennym „Palladium”, mieszczącym się przy Złotej pod numerem 7/9). Otrzymał również koncesję na prowadzenie Teatru „Komedia” przy ulicy Kredytowej 14. Bywał częstym gościem w domu Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego. Podobno podkochiwała się w nim żona dygnitarza.
W 1940 roku zorganizował werbunek polskich aktorów do antypolskiego filmu Heimkehr (Powrót do ojczyzny), zleconego przez Goebbelsa i wyreżyserowanego przez Gustava Uicky’ego. Przesłanie „dzieła” było proste. Przed wojną mniejszość niemiecka była w Polsce torturowana, szykanowana i mordowana. Teraz, po powrocie tych ziem do Reichu, całe zło minęło. Film miał być kręcony w polskich plenerach, a do roli oprawców mieli być zaangażowani polscy aktorzy. W głównej roli kobiecej wystąpiła gwiazda niemieckiego kina lat trzydziestych, Paula Wessely, dużą rolę polskiego burmistrza-sadysty miał, według koncepcji Syma, zagrać Kazimierz Junosza-Stępowski4, jeden z najwybitniejszych aktorów przedwojennego polskiego kina, ale ten nie dał się zastraszyć i odmówił. Ostatecznie Sym namówił Uicky’ego, by powierzył tę rolę Bogusławowi Samborskiemu5.
Jedna z najbardziej odrażających scen filmu przedstawia scenę zgwałcenia głównej bohaterki, niemieckiej nauczycielki, przez kilku wyrostków o semickich rysach twarzy. W innej znów scenie grupa pijanych mężczyzn o odrażającym wyglądzie ściga młodziutką jasnowłosą dziewczynę, rzucając za nią kamieniami. (W okresie PRL-u podobnie postępowano z aktorami grającymi Niemców, dobierając do takich ról osobników o twarzach jak z albumu Lombroso6). Do gwałtu jednakże nie dochodzi, ponieważ w pewnym momencie kamień trafia dziewczynę w skroń. Ścigana pada martwa na bruk. Na ekranie zbliżenie głowy zamordowanej Niemki. Za chwilę kamera kieruje się na jej szyję, na której widać łańcuszek ze swastyką.
Bardzo niewiele osób wiedziało wówczas (i wie do dziś), jak naprawdę wyglądała realizacja Powrotu. Zdjęcia plenerowe kręcono na Kurpiach, w Myszyńcu i okolicy. Reżyser Gustav Uicky zjawił się tam w asyście jednostki SS, która miała odegrać szczególną rolę w scenach zbiorowych. Przebrani w polskie mundury esesmani odtwarzali przed kamerą najazdy Polaków na domy niemieckich osadników. Tłumy matek z dziećmi na rękach biegły pędzone kolbami karabinów. Eleganccy oficerowie bili pejczami po twarzach przerażone staruszki. Woźny kopał w twarz młodą kobietę, błagającą polskiego burmistrza o ratunek. Zbliżenie pokazywało ciężki but i twarz kobiecą zalaną łzami. To wszystko działo się naprawdę! Esesmani nie markowali ciosów, lecz naprawdę bili kolbami karabinów. Tyranizowanych osadników niemieckich grała miejscowa ludność polska.
Obraz naszego zwyrodnienia miał przysposobić Niemców przebywających w Polsce do właściwego postępowania z Polakami. Na ten perfidny pomysł odwrócenia ról – Polacy jako prześladowani Niemcy i Niemcy jako sadystyczni Polacy – wpadł podobno Igo Sym. Z powierzonego mu zadania wywiązał się zresztą znakomicie, werbując w sumie dziewięciu polskich aktorów, którzy obsadzili negatywne role. „Biuletyn Informacyjny” warszawskiego okręgu ZWZ, pisząc o nim, zawsze dodawał przed nazwiskiem epitet: „kanalia”.
Coraz częściej dawni znajomi chowali się na widok Syma w bramach, widząc go paradującego dumnie po ulicach stolicy z czerwoną nazistowską opaską ze swastyką na ramieniu.
„Z opaską? Ja widziałam go w niemieckim mundurze! – oburzała się Lidia Wysocka, partnerka Syma w Złotej masce i ostatnia żyjąca aktorka, która grała z nim w filmie. – To był początek okupacji i jeszcze nie rozpoznawałam niemieckich formacji po mundurach, więc nie wiem, co to był za uniform. Sym wyszedł tak ubrany z jakiegoś urzędu przy placu Piłsudskiego. Nie mogłam się mylić. To był on. Nim mnie zauważył, odwróciłam się i ruszyłam na drugą stronę ulicy”.
Sym nie zerwał jednak kontaktów ze środowiskiem aktorskim. Często pokazywał się w prowadzonej przez aktorów kawiarence w zamkniętym Teatrze Polskim. Nie był mile widzianym gościem, ale wszyscy bali się okazać mu niechęć. No, może nie wszyscy.
„Wypije człowiek bruderszaft z jakimś ścierwem, a potem się wstydzi do końca życia – powiedział mu prosto z mostu aktor Dobiesław Damięcki, były legionista, ojciec Damiana i Macieja7. – Będziesz ty jeszcze, łajdaku, wisiał na latarni – dodał na koniec rozmowy, w związku z czym zmuszony był ukrywać się aż do końca okupacji”. (Magdalena Grzebałkowska, Irena i mężczyźni,wyborcza.pl, 05.12.2000)
Niektórym (na szczęście nielicznym) oferty pracy składane przez Igo Syma wydawały się bardzo intratne. W pierwszych miesiącach wojny aktorzy nie mieli żadnych możliwości występowania, a co za tym idzie – zarabiania na życie. Zatrudniali się jako kelnerzy czy szatniarze. Aleksander Zelwerowicz został na wsi dozorcą obory, Jerzy Jurandot hodował pomidory, a Stefania Grodzieńska pomagała znajomej fryzjerce. Większość wegetowała.
Konspiracyjny Związek Artystów Scen Polskich ogłosił bojkot wszelkich jawnych przedsięwzięć scenicznych.
„Pozwoliliśmy jedynie na występy w kawiarniach, recytacje i piosenki, bo coś trzeba było aktorom zostawić jako środki do utrzymania” – mówił po wojnie profesor Bohdan Korzeniewski, członek Tajnej Rady Teatralnej. Według jego oceny, około dwustu ludzi teatru nie zastosowało się do norm narzuconych przez konspiracyjne władze.
Ku zaskoczeniu podziemia, koncesjonowane teatrzyki cieszyły się dużą popularnością. Ogłoszony przez Państwo Podziemne bojkot obywatelski był masowo łamany. Podobnie było z kinami. Nie pomagały wypisywane na murach hasła „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”. Nie dawały efektów akcje puszczania śmierdzących gazów na widowni, wywoływanie pożarów, wlewanie widzom do kieszeni żrących płynów i golenie głów. Nawet żołnierze podziemia wspominali po wojnie, jak po udanej akcji lubili się odstresować na widowni teatrzyku lub w kinie. Na tym froncie walki cywilnej Państwo Podziemne poniosło klęskę.
Kontakty Syma z polskim środowiskiem artystycznym nie polegały jednak tylko na skłanianiu jego przedstawicieli do kolaboracji z wrogiem. We wspomnianym wcześniej filmie Szpieg w masce Sym wcielił się w postać szefa polskiego kontrwywiadu. W prawdziwym życiu odegrał rolę konfidenta gestapo.
Rozpracowaniem działalności Syma zajął się z ramienia ZWZ Roman Niewiarowicz, dawny współpracownik Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Oficerowie „Dwójki” powierzyli mu to zadanie jeszcze w 1939 roku, w konsulacie polskim w Budapeszcie, w czasie ewakuacji polskich władz, już wtedy podejrzewając aktora o współpracę z wywiadem niemieckim. Zebrane dowody nie pozostawiały wątpliwości. Po zapoznaniu się z nimi Wojskowy Sąd Specjalny ZWZ wydał na Igo Syma wyrok śmierci.
Sam konfident czuł się bezkarny. „Otrzymałem już trzy wyroki śmierci i żyję, a jak będzie mi gorąco, to zwieję na stałe do Wiednia i niech mnie tam pocałują w dupę z ich wyrokami” – uspokajał innego aktora, Bogusława Samborskiego, który tak przekonująco zagrał rolę polskiego burmistrza-sadysty w filmie Powrót do ojczyzny i który wkrótce potem otrzymał pocztą wyrok śmierci za kolaborację.
Wiosną 1941 roku w mieszkaniu przy ulicy Mazowieckiej Igo bywał już rzadko. Uzyskanie przez Niewiarowicza informacji, że 8 marca 1941 roku ma wyjechać na stałe do Wiednia, gdzie czekało na niego wysokie stanowisko przy produkcji filmowej, przyspieszyło decyzję. Do załatwienia została mu ostatnia sprawa, która trzymała go na miejscu – trzeba było wyciągnąć brata, Alfreda, z obozu jenieckiego.
Najmłodszy z Symów, Alfred (1899–1973), też próbował wcześniej swoich sił przed kamerą. We wrześniu 1939 roku był kapelmistrzem w orkiestrze. Potem półtora roku spędził za drutami oflagu. Mógł się nawet nie orientować w roli, jaką Igo odgrywał podczas okupacji. Wyszedł na wolność tuż przed jego śmiercią. Po wojnie osiedlił się w Austrii i tam zrobił karierę jako kompozytor muzyki poważnej8.
