Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pogoń za ideałami, poczucie winy, nieustanna potrzeba bycia najlepszą wersją siebie – to tylko niektóre z tematów, które Sehee Baek podejmuje w drugiej części swojego szczerego zapisu terapii.
W Nadal nie mam ochoty żyć, ale za bardzo lubię tteokbokki autorka wraca do rozmów o perfekcjonizmie, poczuciu winy i cichej depresji, która nie znika mimo codziennych starań. Nie proponuje cudownych lekarstw na wszelkie bolączki, za to z czułością i autoironią przygląda się relacjom z innymi i z samą sobą, ucząc się, że nie wszystko trzeba naprawić, by móc żyć dalej.
Nadal nie mam ochoty żyć, ale za bardzo lubię tteokbokki to poruszająca, a jednocześnie pokrzepiająca kontynuacja światowego bestsellera. Przypomnienie, że nawet najmniejszy krok ku sobie ma znaczenie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 185
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Z koreańskiego przełożyła
Dominika Chybowska-Jang
Yumeka
죽고 싶지만 떡볶이는 먹고 싶어 2
I Want to Die but I Want to Eat Tteokbokki 2
Copyright © 2019 by Baek Sehee
Originally published by HEUN Publishing
All rights reserved. No part of this book may be used or reproduced in any manner whatever without written permission except in the case of brief quotations embodied in critical articles or reviews.
Polish Translation Copyright © 2026 by Wydawnictwo Yumeka
Polish edition is published by arrangement with HEUN Publishing, Seoul through BC Agency, Seoul
This book is published with the support of the Literature Translation Institute of Korea (LTI Korea)
Przekład z języka koreańskiego: Dominika Chybowska-Jang
Redakcja: Klaudia Szary
Korekta: Monika Pertek-Koprowska
Skład i opracowanie graficzne: Klaudia Szary
Projekt okładki: Monika Tumińska, Klaudia Hansel
ISBN: 978-83-980129-0-4 (oprawa miękka), 978-83-980129-1-1 (e-book)
Wydawnictwo Yumeka Klaudia Szary
ul. Ziołowa 43A/155, 40-635 Katowice
www.yumeka.pl
www.instagram.com/wydawnictwo.yumeka
www.facebook.com/wydawnictwo.yumeka
Od wydawcy
Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku,
oddajemy w Twoje ręce drugi tom memuaru, który wywołał wiele emocji i sprowokował niejedną dyskusję.
Przy okazji premiery Nadal nie mam ochoty żyć, ale za bardzo lubię tteokbokki przypominamy, że książka ta nie jest poradnikiem ani zbiorem uniwersalnych wskazówek dotyczących zdrowia psychicznego. Jest natomiast zapisem doświadczeń Autorki oraz przebiegu terapii, w której uczestniczyła. Przedstawione w niej refleksje i strategie radzenia sobie mogą nie być adekwatne do Twojej sytuacji, a ich interpretacja bez profesjonalnego kontekstu może być niewystarczająca lub myląca.
Zwracamy również uwagę, że psychoterapeuta ukazany na kartach książki pracuje w Korei Południowej, gdzie podejście do zdrowia psychicznego, standardy terapii oraz kultura rozmowy o emocjach mogą znacząco różnić się od tych znanych z praktyki psychologicznej w Polsce.
Jednocześnie chcielibyśmy podkreślić, że jeśli Ty lub ktoś z Twojego otoczenia doświadcza trudności psychicznych, obniżonego nastroju czy myśli rezygnacyjnych, warto zwrócić się o pomoc do specjalisty. Szukanie wsparcia jest ważnym i odważnym krokiem, a profesjonalna pomoc może realnie poprawić jakość życia i bezpieczeństwo.
Mamy nadzieję, że lektura tej książki będzie nie tylko doświadczeniem literackim, ale także impulsem do refleksji nad dobrostanem i troską o zdrowie psychiczne własne oraz osób nam bliskich.
Treści potencjalnie niepokojące: depresja, fatshaming, myśli samobójcze, problemy z odżywianiem, przemoc seksualna (wspomnienie), przemoc w rodzinie (wspomnienie), samookaleczanie, zaburzone postrzeganie własnego ciała.
Z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie „wypełnia” duszę i świadomość człowieka, bez względu na to, czy cierpimy ogromnie, czy tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęciem najzupełniej względnym.
Fragment Człowieka w poszukiwaniu sensuautorstwa Viktora E. Frankla[1]
[1] W przekładzie Aleksandry Wolnickiej, Czarna Owca 2009, str. 79. (Przypisy pochodzą od Tłumaczki).
Prolog
Stawiam czoła ranom, o których nie miałam pojęcia
Pracując nad drugim tomem tej historii, długo rozmyślałam o użalaniu się nad sobą. Przesadne rozwodzenie się nad własną osobą często kończyło się w moim przypadku przygnębieniem. Noszę w sobie niezagojone rany, a terapia pomogła mi metodą małych kroczków zrozumieć, na czym polegały i skąd się wzięły.
Świadomość własnego bólu i rozwodzenie się nad nim to jednak dwie różne rzeczy. Użalanie się nad sobą nie zawsze jest czymś złym, ale inni często patrzą na nie z niechęcią, ponieważ osoby skupione na swoich ranach z reguły zupełnie nie przejmują się cierpieniem innych. Bałam się, że sama jestem jedną z nich albo w końcu się nią stanę.
Im dłużej trwało leczenie, im bardziej zabliźniały się i bledły moje rany, tym dotkliwiej zdawałam sobie sprawę, że stałam się jeszcze bardziej podatna na ból. Często ogarniało mnie bowiem przygnębienie, które z łatwością przypominało o skrytych w głębi duszy ranach.
To, co znajome, daje mi poczucie bezpieczeństwa, dlatego ilekroć dopadały mnie smutek czy uczucie pustki, w pośpiechu otwierałam drzwi do samowspółczucia i wchodziłam do środka. Było ono niczym przytulny pokój, w którym przez lata spędziłam mnóstwo czasu, i choć bez problemu mogłam z niego wyjść, wolałam zamknąć się tam na klucz. Trochę tak, jakbym znajdowała oparcie w tej przestrzeni, cieszyła się znajomym bólem i cierpieniem, przekonana, że w każdej chwili mogę wrócić do punktu wyjścia.
Nie traktuję już depresji jak przeziębienia umysłu. Dla osób takich jak ja, za którymi ciągnie się ona latami niczym cień, jest to raczej choroba nieuleczalna. Wymaga ciągłego leczenia i choć można wydobrzeć, jest to trudna i męcząca przeprawa. Właśnie dlatego postanowiłam wyrzucić ze słownika słowo: „wyleczona”. Nie znaczy to jednak, że akceptuję mój stan, zgadzam się, że „tak to już w życiu jest”, i uważam wyzdrowienie za grę niewartą świeczki. Ilekroć dopada mnie przygnębienie, szukam sposobów, by nie uciec ponownie w stronę dobrze mi znanych przyjemności. Zamiast wchodzić do ciemnego pomieszczenia i użalać się nad własnymi ranami, chcę skupić się na swoim bólu i nie porównywać go z innymi.
Ta książka nie jest najlepszym poradnikiem dla tych, którzy chcą na dobre pokonać depresję. Wystarczy mi jednak, że wgląd do ran kryjących się w moim sercu pozwoli niektórym dostrzec w nich samych mrok, z którego nie zdawali sobie dotychczas sprawy. Złapałam za rękę już mnóstwo ludzi i chętnie chwycę kolejnych.
Co jest złego w pragnieniu miłości?
Pewnej nocy z piątku na sobotę zabrałam się do lektury najnowszej książki Roxane Gay, jednej z moich ulubionych pisarek. Nosiła tytuł Głód. Pamiętnik (mojego) ciała. Po raz pierwszy miałam do czynienia z jej autobiograficznym tekstem, dlatego zaczęłam czytać z zaciekawieniem. Sama nie wiem czemu, ale już na wstępie się rozpłakałam. Z trudem brnęłam przez tekst, zaraz go odkładałam, by po chwili znów wrócić do lektury. Przez cały ten czas nie mogłam powstrzymać łez. Dotarło do mnie, że wcale nie byłam ze sobą szczera, kiedy twierdziłam, że ujawnienie skrywanego w sobie mroku jest drogą do wolności. Zanim się obejrzałam, każde wspomnienie (no dobra, może nie każde) osamotnienia wynikającego z bólu, smutku i braku miłości, których doświadczyłam w dzieciństwie, wypłynęło na powierzchnię i zaczęło krążyć mi po głowie.
Od gimnazjum ciągle się w kimś podkochiwałam, ale żaden z obiektów westchnień nigdy nie odwzajemnił moich uczuć. W trzeciej klasie dla żartu złapałam za koszulkę chłopaka, który mi się podobał. Najwyraźniej było po mnie widać, że coś czuję, bo jego kumpel zawołał wtedy drwiąco: „Baek Sehee chyba się w tobie buja!”. Mój ukochany zrobił wtedy taką minę, jakby był tym zażenowany. W liceum pewien chłopak zaczął mnie traktować, jakbym nie istniała, gdy tylko zdał sobie sprawę, że mi się podoba. Był i taki, który bawił się moimi uczuciami, no i czasem obiekty moich westchnień podkochiwały się w bliskich mi koleżankach. Jasne, zdarzyło mi się doświadczyć miłości, ale w tamtej chwili do głowy napływały mi tylko bolesne wspomnienia, jakby zostały starannie wyselekcjonowane. Pamięć nie jest w końcu dokładna i można nią manipulować według własnego uznania. Sprawiać, że zapisane w niej zdarzenia będą jeszcze bardziej wyraźne i przerysowane.
Miałam jednak wrażenie, że w końcu znalazłam brakujący element układanki, który pozwolił mi zrozumieć, dlaczego moje związki zawsze były takie pasywne, a ja czułam niepokój w relacjach, które sama zainicjowałam. „Osoba, na której mi zależy, nie odwzajemnia moich uczuć. Chciałabym być przez nią kochana, całkiem możliwe, że chciałabym być kochana przez wszystkich, ale to się nigdy nie stanie”, uznałam, a ten wniosek sprawiał, że nienawidziłam samej siebie i wiecznie postrzegałam się jako niegodną miłości. Wątpiłam, czy sama zdołam jeszcze kogoś pokochać.
Wczoraj opowiedziałam o tym szczegółowo swojemu partnerowi. Wcale mnie do tego nie zmusił. Nie byłam jednak pewna, dlaczego zależało mi, by to zrobić. Czy wyrzucenie z siebie tych myśli mogło sprawić, że poczuję się lepiej? Bałam się, że mój ukochany się zawiedzie, kiedy odkryje, jak żałosną, niekochaną i ignorowaną istotą byłam w przeszłości.
Psychiatra: (Nie jest w stanie powiedzieć zbyt wiele przez ból gardła).
Ja: Doktorze, radziłam sobie dobrze, ale miałam moment załamania. Czy dzięki terapii łatwiej będzie mi dojść do siebie po takich chwilach? Wydaje mi się, że podnoszę się już po nich trochę szybciej. Ostatnio czytałam Głód Roxane Gay. W skrócie jest to książka ukazująca szczerze myśli autorki i to, jak postrzega swoje ciało i życie. Jest w niej mnóstwo mroku, a ja zaczęłam płakać już na wstępie. Nagle powróciła do mnie przeszłość. Wspomnienia, których nie wymazałam zupełnie z pamięci, ale naprawdę chciałam o nich zapomnieć, rozerwać je na strzępy. Czy coś takiego może się zdarzyć?
P: Oczywiście.
Ja: To było dziwne doświadczenie. Podczas lektury wspomnienia z przeszłości malowały mi się przed oczami niczym panorama. Spisałam je na szybko w notesie w tej samej kolejności, w której się pojawiały. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie byłam szczera. W sensie, jasne, nie musimy wyjawiać całej prawdy innym. Ale ja zrozumiałam, że nie byłam szczera z samą sobą, że w głębi serca przyznawałam się tylko do tego, co byłam w stanie znieść. Tak mnie to przybiło, że poczułam się tym wszystkim przytłoczona. (Szperam w notatkach). O, tak się wtedy czułam. „Zrozumiałam, że nie potrafiłam w pełni się zaakceptować. Dotarło do mnie, że nie umiem pogodzić się z przeszłością i pragnę się jej pozbyć, a przez to nie potrafię ani oddzielić teraźniejszej mnie od tej starej, ani ich połączyć, więc tkwię w zawieszeniu”.
Dam panu przykład. Skoro nie mogę zaakceptować siebie z przeszłości, powinnam na dobre ją pogrzebać i żyć dalej, ciesząc się z tego, kim jestem dzisiaj, ale nie potrafię tego zrobić. Co z tego, że jestem inna i silniejsza niż kiedyś, skoro wciąż trzymam się przeszłości i myśli: „Ach, to tylko skorupa. W środku dalej jestem taka sama”.
P: Może pani rozwinąć ten temat?
Ja: (Opowiadam o tym, jak nie mogłam zaznać miłości). Zastanawiałam się wczoraj, czy powinnam powiedzieć to najpierw panu czy mojemu partnerowi, ale widząc, w jakim jest pan dzisiaj stanie, cieszę się, że zaczęłam od niego… (W końcu mój psychiatra nie mógł swobodnie mówić). Gdybym tego wczoraj nie zrobiła, pewnie czułabym się dzisiaj koszmarnie.
Każdy leczy swoje rany w inny sposób. Nie uważam, że człowiek musi być bezwarunkowo szczery. Myślę też, że nie ma nic bardziej okrutnego niż zmuszanie innych do szczerości i otwarcia się przed tobą. Jednocześnie wiem, jaka jestem. Wyciąganie na światło dzienne prawdy zawsze pozwalało mi zaznać spokoju i poczuć się wolną, w przeciwieństwie do skrywania jej i ucieczki. Nieważne, jak trudne by to było. Dzięki prawdzie stałam się twardsza, a mnóstwo niepokojących mnie spraw straciło na znaczeniu. Tak było na przykład z biedą czy egzemą.
Chyba nie byłam gotowa stawić czoła przeszłości, którą tak bardzo chciałam ukryć. Tak to sobie po prostu interpretuję. Pewnie właśnie dlatego zamknęłam ją szczelnie w podświadomości i udawałam, że nie istnieje. Uważałam, że złe chwile mam już dawno za sobą, i żyłam, jakbym wcale nie była już tamtą osobą, ale tak naprawdę wcale nie zaleczyłam starych ran, one wciąż tam były. W nagłym przebłysku optymizmu pomyślałam, że być może te wspomnienia powróciły, bo jestem gotowa wyjść im naprzeciw.
P: Nie było pani ciężko podzielić się wątpliwościami z partnerem? Co wówczas pani myślała?
Ja: Bałam się, że zacznie na mnie patrzeć z góry. Czułam niepokój, ale mimo to chciałam mu o wszystkim powiedzieć. Jak już kiedyś wspominałam, wychodzę z założenia, że lepiej wyłożyć karty na stół i pozwolić drugiej osobie odejść, jeśli tak postanowi. Tyle że on nie potrafił zrozumieć, dlaczego myślałam, że będzie zawiedziony albo przestanie mnie traktować poważnie. Jakby nie mógł pojąć, skąd u mnie w ogóle taki tok rozumowania. Gdy opowiedziałam mu o tych wszystkich sytuacjach z przeszłości, kiedy mnie nie znoszono, powiedział, że o ile druga osoba nie wyrządziła mu żadnej krzywdy, sam nigdy nie patrzył na nią z góry ani nie czuł do niej niechęci tylko dlatego, że była brzydka, gruba albo miała kiepską cerę. (Ile bym dała, żeby wszyscy tak myśleli). Mówił, jakby to było coś oczywistego, ale ja… Fakt, niby miał rację, ale ja nigdy tak na to nie patrzyłam. Był w szoku, że koleżanki obrzydzała moja skóra, a chłopców, którzy mi się podobali, zawstydzał albo odpychał fakt, że się w nich kochałam, bo byłam brzydka. Chociaż to nie do końca tak – nie sądzę, że byłam aż tak paskudna, po prostu należałam do trochę pulchniejszych. Myślałam: „Aha, czyli budzę w innych odrazę. Tylko tyle jestem warta”. Najgorsze było to, że sama przyswajałam te same wartości i zachowywałam się identycznie. Traktowałam z wyższością tych, którym się podobałam, a obsesja na punkcie wagi sprawiła, że nie znosiłam grubych ludzi. To myślenie nie miało sensu, ale chyba widziałam w nich po prostu samą siebie.
W każdym razie kiedy to wszystko z siebie wyrzuciłam, poczułam, jakie to nieistotne. Nie, to nie do końca tak. Zdałam sobie sprawę, że problem wcale nie był tak istotny, może tak naprawdę bliżej mu było do błahostki, którą niektórzy skwitowaliby co najwyżej pytaniem: „Serio się tym przejmujesz?”.
P: Kiedy człowiek odtwarza coś w myślach, do głosu dochodzą również emocje. Trzymamy się tego, co wtedy czuliśmy. Kiedy jednak ubierzemy to w słowa, jesteśmy w stanie spojrzeć na sprawę z perspektywy zewnętrznego obserwatora i ocenić ją racjonalnie.
Ja: Dokładnie. Zanim powiedziałam to na głos, wspomnienia mieszały się z poczuciem wstydu i innymi uczuciami z tamtego okresu, przez co całość zdawała mi się ogromnym problemem, ale kiedy wyraziłam to słowami, emocje zniknęły, zostały jedynie suche zdania. Poczułam się wtedy zawiedziona, coś na zasadzie: „Wow, wystarczyło ubrać te bolesne doświadczenia w słowa i nagle się okazuje, że to w sumie nic takiego”. Ta historia brzmiała jak „tragedie”, które na dobrą sprawę mogły dotykać wszystkie dojrzewające dzieciaki. Miałam wrażenie, że przez cały ten czas przesadzałam.
P: Spróbujmy zastanowić się, na czym polega różnica między wtedy a teraz. W tamtym czasie nie miała pani po prostu wystarczająco siły, by poradzić sobie z bólem. Chwilowo włożyła go pani do kuferka ukrytego we własnym sercu i zamknęła na klucz w oczekiwaniu na właściwy moment. Zrobiła to pani, myśląc: „Ledwo się trzymam i nie mogę pozwolić, żeby posypano solą którąkolwiek z moich ran. A co, jeśli ktoś znowu mnie skrzywdzi?”. Koniec końców schowała tam pani nawet sympatię, którą darzyła innych. Tak dobrze zamaskowała pani swoje rany, że w pewnym momencie przestała zdawać sobie z tego sprawę.
Teraz ma pani jednak przy sobie kochającego partnera, jest też otoczona zupełnie innymi ludźmi. Atopia również nie doskwiera już pani jak kiedyś, prawda? Bardzo pani wtedy cierpiała, musiało być ciężko. Obecnie może pani jednak spojrzeć na dawne rany i pomyśleć: „Tak strasznie bolało, a nie ma nawet śladu” albo zerknąć na bliznę z myślą: „No tak, nie było łatwo”.
Ja: (Znów płaczę). Tak, ma pan zupełną rację.
P: Przepraszam za mój głos.
Ja: Nie ma za co. Kiedy czytałam tę książkę, naprawdę czułam, jakby ten ukryty kuferek nagle się roztrzaskał, jakby coś rozerwało folię, którą skrzętnie go owinięto. Całkiem możliwe, że sama to zrobiłam. Czuję ulgę i radość. Wiem, że muszę jeszcze ćwiczyć, ale wydaje mi się, że mam w sobie już dość siły, by w odpowiedzi na pochwałę jak gdyby nigdy nic rzucić: „Wiesz, za dzieciaka byłam do niczego i nikt mnie nie lubił”.
P: No właśnie. Sama pani przed chwilą powiedziała, że zwracała uwagę na reakcje partnera, kiedy dzieliła się z nim tą historią. Doszła pani do momentu, w którym jest w stanie to zrobić. Chciałbym, żeby miała pani świadomość, jak daleko zaszła, mogąc mówić o swoich uczuciach i obserwować reakcje rozmówców. Jest pani teraz zupełnie inną osobą.
Ja: Tak, stałam się znacznie silniejsza. Szczerze mówiąc, nie podobało mi się to, że traumy i dawne rany wpływają na moją teraźniejszość. Może wynikało to z przekonania, że jeśli nic się nie zmieni, nigdy nie zdołam się uwolnić od przeszłości. Dlatego hasła w stylu: „Przeszłość nie ma znaczenia, nie jesteś tą samą osobą” dodawały mi sporo siły, sama zresztą zaczęłam wyznawać ten pogląd. Wiem już, że przeszłość niczego nie przesądza…
P: Dobrze się złożyło. Jak pani w ogóle trafiła na tę książkę? Z czyjegoś polecenia?
Ja: Nie, mam w zwyczaju sprawdzać premiery wydawnicze. Czytanie to moje hobby. Przeglądałam nowości w księgarni internetowej, a tytuł Głód i towarzyszące mu hasło promocyjne „Szczere wyznania o ciele i głodzie” od razu rzuciły mi się w oczy. Poza tym uwielbiam eseje. Opis chwycił mnie za serce i sprawił, że poczułam silną chęć przeczytania tej książki. Najzabawniejsze, że jednocześnie wcale nie miałam ochoty się z nią zapoznawać, dlatego wrzuciłam ją do koszyka i zwlekałam z zakupem przez kilka dni. W końcu się przemogłam i złożyłam zamówienie. Tak się złożyło, że zrobiłam to akurat w Dzień Kobiet. Zrobiłam zdjęcie okładce, a gdy tylko wzięłam się do lektury… Sama nie wiem, czemu tak wyszło, ale już na wstępie zaczęłam płakać.
P: Jak się pani czuła tego dnia przed rozpoczęciem lektury?
Ja: Momencik. (Przeglądam notatnik). To był czwartek. Byłam już trochę wyczerpana.
P: Z jakiego powodu?
Ja: Byłam przede wszystkim zajęta. Miałam sporo zebrań w pracy, byłam też na spotkaniu w związku z moją książką. Przez trzy dni z rzędu nie mogłam też liczyć na spokojne wieczory. W czwartek mieliśmy w firmie szkolenie wewnętrzne, przez co siedziałam w biurze do dziewiętnastej. A skoro już przy tym jesteśmy, mam bzika na punkcie własnych umiejętności. Boję się, że w oczach innych wyjdę na kogoś niekompetentnego. Kiedy któryś ze współpracowników wpada na świetny pomysł, mogłabym przecież pomyśleć: „O, fajnie!”, ale zamiast tego idę w: „Kurczę, czemu sama nie potrafię wymyślić czegoś takiego?”. Sama nie wiem, z czego się to bierze. Warsztaty u nas w firmie polegają na siedzeniu od rana do wieczora nad jakimś projektem. Rzecz w tym, że kiedy inni wychodzą ze świeżymi, wyróżniającymi się propozycjami, mnie zaczyna ogarniać wstyd, myślę sobie: „Serio? Czy ktoś taki jak ja powinien w ogóle pisać książki?”. Ale dobra wiadomość jest taka, że od dziś nie ma to właściwie żadnego znaczenia! Chociaż wiadomo, wtedy było mi ciężko. No i czułam ogromną presję.
P: Czy ktoś rzeczywiście ją na pani wywierał?
Ja: Nie, nic z tych rzeczy. Śmiać mi się chce, bo gdyby rzeczywiście tak było i ktoś mi coś powiedział, moje zachowanie miałoby jakiś sens.
P: Ale nikt tego nie zrobił, sama wywiera pani na sobie presję.
Ja: Racja. Poza tym we własnej głowie piszę scenariusze w stylu: „Cała reszta i tak pewnie swoje myśli, tylko nie chcą mi tego powiedzieć w oczy. Kto wie, kiedy im się w końcu uleje”. Uch, co za dziwne podejście, prawda?
P: Czyli zadręcza się pani myślami?
Ja: Tak. Zamartwiam się i cierpię po cichu, a potem ogarnia mnie chęć, żeby się od tego wszystkiego uwolnić. A właśnie, mówiłam już panu, że spisałam w notatniku wszystkie wspomnienia z przeszłości. Kiedy to robiłam, cały czas ryczałam, więc nie byłam sobą. Ale jak teraz na to patrzę, na samym początku nakreśliłam: „Chcę zostać zniszczona”. Wielokrotnie powtarzałam te słowa, odkąd zaczęłam leczenie. Kiedy spytał pan, co mam przez to na myśli, odparłam, że chciałabym po prostu żyć, jak gdyby nigdy nic, prawda? Dociekał pan wtedy, czy aby na pewno na tym polega zniszczenie. Obecnie drogą do ruiny byłoby dla mnie rzucenie pracy. Minęły zaledwie cztery miesiące, odkąd przeniosłam się do innego działu pod pretekstem nauki. Jesteśmy zawaleni robotą, wszyscy są zajęci, więc rzucenie: „Jestem w słabym stanie psychicznym, odchodzę” byłoby prostą drogą do autodestrukcji, ale właśnie na to mam ochotę. Takie myśli chodzą mi ostatnio po głowie.
P: A nie sądzi pani, że z obawy przed faktyczną autodestrukcją sama wywiera pani na siebie presję, zanim zrobi to ktoś inny? To może być pani sposób na radzenie sobie z poczuciem odpowiedzialności.
Ja: No tak, poczucie odpowiedzialności. Akurat ono jest u mnie bardzo silne. Wczoraj mieliśmy warsztaty, a ja cierpię przecież na straszną fobię społeczną. Na sali konferencyjnej zebrało się koło trzynastu osób. Atmosfera była luźna, nie było sztywno, ale… Jak by to powiedzieć? Nikt u nas w firmie nie zachowuje się jak jakiś apodyktyczny zgred, nie ma też mobbingu. Mimo to obowiązuje tam hierarchia. Na przykład kiedy wszyscy już się zbiorą, zastępca kierownika prowadzący zebranie siada i rozgląda się wymownie po zgromadzonych, żeby zaraz rzucić: „Ktoś robi notatki? Mamy tu jakiegoś laptopa?”. W takiej sytuacji pracownik o najkrótszym stażu wstaje w pośpiechu i leci po komputer. Nie znoszę tej atmosfery, przeraża mnie to.
Dobrze się czuję wśród współpracowników w podobnym wieku, ale dopada mnie straszny niepokój i lęk, gdy muszę przebywać między osobami dzierżącymi władzę. Przytłacza mnie strach napędzany przez myśli w stylu: „Ci ludzie zaraz mnie zwyzywają. Będą mieli mnie dość i mnie skrzywdzą”. Nikt nie musi się do mnie nawet odzywać, sama się nakręcam. Stąd też brało się moje wczorajsze zmęczenie psychiczne.
P: Widzę, że wciąż doskwiera pani lęk przed porzuceniem. Wcześniej nie miała pani w sobie dość odwagi, by dążyć do tego zniszczenia, ale teraz potrafi pani je sobie chociaż wyobrazić. Wydaje mi się, że współistnieją w pani dwie sprzeczne myśli: „Lepiej odejść niż trwać w cierpieniu” i „Nie, chcę, żeby mnie docenili”.
Ja: Ma pan rację. Z jednej strony chcę jakoś wytrzymać i zostać doceniona, ale z drugiej mam ochotę to wszystko rzucić.
P: No właśnie. Prawdą jest jednak, że bez presji i lęku nie ma mowy o postępie. Gdy człowiek na każde słowo krytyki reaguje oburzeniem i nic w sobie nie zmienia, możemy mieć do czynienia z innym problemem. Akurat w pani przypadku, pani Sehee, lęk i niepokój mogą pomagać pani w rozwoju. Mówi się przecież, że ludzie zmieniają się z wiekiem. Na przykład osobę, która w młodości odznaczała się bardzo postępowymi poglądami, w pewnym momencie może uderzyć myśl: „Czy ja się stałem jednym z tych starych zgredów?”. Jeśli ta obserwacja budzi w nim lęk, może go popchnąć do zmiany postępowania. Chciałbym, żeby i pani potraktowała swoje wątpliwości jako problem tymczasowy. Jeśli pani myśli i działania dotychczas chodziły w parze, dobrze byłoby dać sobie taryfę ulgową na czas wprowadzania wszelkich zmian. Wydaje mi się, że będzie pani o wiele łatwiej, jeżeli podejdzie do nich na zasadzie: „Może i tak się teraz zachowuję, ale w głębi serca inaczej to widzę”.
Ja: Już wcześniej wspominał pan o okresie przejściowym, ale wtedy zupełnie tego nie rozumiałam. Nie byłam pewna, czy rzeczywiście można to tak nazwać, ale tym razem po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że chyba naprawdę przechodzę właśnie przez ten proces. A przynajmniej chciałabym w to wierzyć.
P: Dobra decyzja.
Ja:
