Na złamanie karku. Jak Chiny chcą urządzić przyszłość - Dan Wang - ebook

Na złamanie karku. Jak Chiny chcą urządzić przyszłość ebook

Dan Wang

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Bestseller „The New York Timesa”

Najlepsza książka roku według „Financial Timesa” • Najlepsza książka 2025 według „China Books Review” • Jedna z najlepszych książek roku według „The New Yorkera” Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, co napędza dzisiejsze Chiny i Stany Zjednoczone.

Przez niemal dekadę analityk technologiczny Dan Wang – błyskotliwy obserwator współczesnych Chin – był świadkiem ich zdumiewającego, często chaotycznego postępu. Monumentalne mosty, lśniące koleje i rozległe fabryki poprawiły wyniki gospodarcze w rekordowym tempie. Jednak szybkie zmiany przyniosły też fale cierpienia w całym społeczeństwie. Ta rzeczywistość – polityczne represje i oszałamiający wzrost – nie jest paradoksem, lecz typową cechą chińskiego podejścia inżynieryjnego.

W swojej książce Wang łączy przenikliwe analizy z sugestywną narracją, tworząc nową, prowokującą perspektywę rozumienia Chin, która jednocześnie pozwala lepiej zrozumieć Stany Zjednoczone. Chiny to państwopędzące ku wielkości na złamanie karku, w odróżnieniu od amerykańskiego społeczeństwa prawniczego, hamującego wszystko, co się da – zarówno to, co dobre, jak i to, co złe.

W czasach wrogości i nieufności Wang odsłania zaskakujące podobieństwa między tymi dwoma supermocarstwami. Każde z nich oferuje wizję, jak to drugie może się ulepszyć, jeśli tylko ich przywódcy i obywatele zechcą poświęcić sobie nawzajem coś więcej niż tylko podejrzliwe łypnięcie okiem.

Jedna z najlepszych książek ostatnich lat o Chinach – i o relacjach Chin z Ameryką. Znakomicie napisana, błyskotliwa i poruszająca, trafnie oddaje dylematy współczesnego świata.

Tyler Cowen

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 353

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dan Wang Na złamanie karku. Jak Chiny chcą urządzić przyszłość Tytuł oryginału Breakneck: China’s Quest to Engineer the Future ISBN Copyright © Dan Wang, 2025 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redaktor Marta Dobrecka Fotografia na okładce Cyrus Cornut Beauty and the Beast, z serii On the Four Shores of Passing Time Projekt okładki Derek Thornton Opracowanie polskiej wersji okładki Paweł Panczakiewicz Projekt typograficzny i łamanie Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Moim rodzicom

Wstęp

Za każdym razem, gdy widzę prasowy nagłówek głoszący, że oficjele ze Stanów Zjednoczonych i Chin znów się kłócą, mam wrażenie, że sytuacja jest nie tylko tragiczna, ale i komiczna zarazem, gdyż jestem pewien, że nie ma dwóch bardziej podobnych do siebie narodów niż Amerykanie i Chińczycy.

Skłonność do materializmu, często prostackiego, cechuje oba kraje, prowadząc czasami do uwielbienia odnoszących sukcesy przedsiębiorców; materializmu skutkującego niekiedy manifestacją skrajnego bezguścia, ale wzmagającego ogólnie ducha zażartej konkurencji. Zarówno Chińczycy, jak i Amerykanie są pragmatyczni. Pragną szybkich rezultatów, co prowadzi czasami do pośpiesznych działań. W obu krajach jest mnóstwo cwaniaków sławiących drogi na skróty, zwłaszcza do zdrowia i bogactwa. Ich rodacy żywią szacunek dla technologicznego wyrafinowania; podziwiają wielkie projekty przesuwające granice fizycznych możliwości. Amerykańskie i chińskie elity często nie utożsamiają się z poglądami większości społeczeństwa. Jednak masy i elity jednoczy wiara, że stanowią wyjątkowo potężne narody, które powinny dyktować swoją wolę, jeśli mniejsze kraje próbują wyłamać się z szeregu.

Doszedłem do takiego przekonania jako Kanadyjczyk, który spędził niemal tyle samo lat w USA i Chinach. Dla mnie te dwa kraje są ekscytujące i irytujące zarazem — a nade wszystko kuriozalne. Kanada jest uporządkowana. Czasami czuję się zrelaksowany zaraz po przekroczeniu jej granicy. Natomiast objeżdżając Amerykę i Chiny, widzi się ludzi i miejsca zupełnie szalone. Te dwa kraje są zabałaganione po części dlatego, że są motorami globalnej zmiany. Europejczycy zapatrują się optymistycznie tylko na przeszłość, zamknięci w swej muzealnej ekonomii, traktując z góry praktyki amerykańskie czy chińskie. A reszta świata jest albo zbyt stara, albo zbyt młoda, by sprostać wpływowi tych dwóch supermocarstw. To Amerykanie i Chińczycy — z Doliny Krzemowej, Shenzhen, Wall Street i Pekinu — określą, co ludzie na całym świecie będą myśleć i kupować.

Nie są to jedyne dwa ważne kraje na świecie. Daleko do tego. Ale jeśli nie rozumiemy, jak USA i Chiny funkcjonują i wzajemnie na siebie oddziałują, to nie bardzo rozumiemy wiele z największych zmian dokonujących się na świecie. Te dwa kraje dokonują rekonfiguracji porządku światowego i siebie nawzajem. Przyjrzenie się dokładniej Chinom — ich zawrotnym możliwościom, fatalnym słabościom oraz wszystkiemu, co pośrodku — pomaga też lepiej zobaczyć Amerykę.

Aby zaś zrozumieć Chiny, musimy zacząć od ich najbardziej fascynującego miasta — Pekinu.

Pekin robi wrażenie nie dlatego, że jest przyjemny, ale dlatego, że wcale taki nie jest. Pod większością względów życie w nim jest trudne. Pekin leży na suchej chińskiej północy, gdzie jakże często burze piaskowe spadają na kręte uliczki pochodzące jeszcze z czasów cesarskich albo na szare blokowiska w radzieckim stylu. W ostatniej mniej więcej dekadzie państwo zabudowało wiele najbardziej ruchliwych miejsc w Pekinie, likwidując mnóstwo knajpek i ulicznych smażalni i pozbawiając to miasto kolorytu. Chcesz wziąć swój los we własne ręce? To spróbuj się zmierzyć z samochodami pędzącymi po gigantycznych arteriach Pekinu. Podobnie jak w Moskwie czy Pjongjangu aleje te wyglądają tak, jakby zbudowano je raczej z myślą o defiladach wojskowych niż o normalnym ruchu. Prawdę mówiąc, wszystko, co można spaprać w urbanistyce, spaprano już w Pekinie.

Ale stolica jest też miastem pełnym powagi i znaczenia. Pekin przyciąga wielu spośród najzdolniejszych Chińczyków, w tym naukowców, liderów technologii i ludzi szukających awansu w partii komunistycznej. Członkowie politbiura o kamiennych twarzach nie żartują. Potęga nie jest dla nich sloganem; dążą do niej bezkompromisowo i ze śmiertelną powagą. Przez resztę tej książki Pekin będzie mi służył za symbol partii komunistycznej i rządu centralnego. Przywódcami Chin kieruje ostra paranoja, która każe im robić wszystko, co w ich mocy, by zyskać kontrolę nad przyszłością.

Moi rodzice wyemigrowali wraz ze mną z Chin do Kanady, kiedy miałem siedem lat. Gdy chodziłem do szkoły średniej, przeprowadziliśmy się na lesiste peryferie Filadelfii (gdzie mama i tata mieszkają do dziś). Wyjechałem stamtąd najpierw do college’u w Nowym Jorku, a potem do pracy w Dolinie Krzemowej, by następnie powrócić do Chin i śledzić rozwój tamtejszej technologii. Nauczyłem się dostrzegać coś ważnego: że ten kraj jest ciągle w ruchu. Życie w Hongkongu, Pekinie, a potem w Szanghaju było dobrą edukacją nie tylko dlatego, że były to najlepiej prosperujące rejony Chin. Przez sześć lat byłem świadkiem ery ekonomicznego dynamizmu, po której nastąpił czas przytłaczającego ucisku politycznego. Doświadczyłem ciągłej mobilizacji kraju, sterowanej przez Xi Jinpinga, do rywalizacji z innymi mocarstwami. Śledziłem rozrastanie się amerykańskiej sieci restrykcji wymierzonych w chińskie firmy technologiczne, a także walkę tych ostatnich o uwolnienie się spod amerykańskich ograniczeń. Przetrwałem też całe trzy lata zarządzanej przez Xi kampanii zero covid, która zaczęła się z rozmachem, ale wpędziła kraj w gospodarczy kryzys.

Państwo chińskie podejmuje imponujące inwestycje publiczne i nie cofa się przed więzieniem mniejszości etnicznych czy blokadą całych miast. Zbyt wielu obcokrajowców dostrzega tylko jedną stronę medalu: albo bogacenie się, albo represje. Ale żyjąc tam, człowiek styka się zarówno z ciągłym wzrostem poziomu życia, jak i autorytarnymi impulsami płynącymi z Pekinu. Dla mnie nie ma sprzeczności w stwierdzeniu, że sprawy w Chinach mają się coraz lepiej i jednocześnie coraz gorzej. Widziałem, jak Chiny są budowane zarówno przez potężnych przedsiębiorców, jak i przez potężny rząd państwa, które idzie szybko naprzód, przełamując bariery i w równie szybkim tempie łamiąc ludzi.

Byłem analitykiem technologicznym w Gavekal Dragonomics, firmie zbierającej informacje inwestycyjne dla klientów finansowych. Byliśmy małym zespołem analityków, pracującym dla wydawców zajmujących się wcześniej dziennikarstwem gospodarczym. Moim zadaniem było pisanie opracowań dla funduszy hedgingowych, fundacji i innych podmiotów zarządzających aktywami, spragnionych analiz sytuacji na rynku chińskim. Dragonomics nie koncentrowało się na poszczególnych firmach, ale raczej na ambitniejszych analizach kierunku, w którym zmierzały Chiny, i znaczeniu, jakie to miało dla świata. Ludzie zarządzający portfelami inwestycyjnymi bez wahania przechodzili do sedna, pytając mnie, czy chiński system polityczny naprawdę rodzi giganty technologiczne. czy tamtejsza zaawansowana produkcja będzie nadal odnosić sukcesy w czasie, gdy reszta świata wznosi bariery handlowe? Jak niepewna sytuacja gospodarcza wpływa na plany Pekinu względem Tajwanu?

Jeśli nie dawałem dobrych odpowiedzi, rozmowy zaczynały przypominać bardziej sokratejskie zbijanie argumentów niż koleżeńską pogawędkę. Choć menedżerowie funduszy hedgingowych potrafią być mało sympatyczni, przekonałem się, że rozmowy z nimi wiele dają. Faceci od finansów szybko pokazywali filozoficzny pazur, zmuszając mnie do precyzowania opinii na ważne tematy. Musiałem się mocno starać, by odgadnąć, dokąd Xi prowadzi Chiny, a to zmuszało mnie do zagłębiania się w partyjne dokumenty, nawet najbardziej hermetyczne, i odwiedzania różnych regionów, nawet tych najbardziej zabitych deskami.

Podróżując, ile się dało, do mniejszych ośrodków — a niektóre z nich były ledwie zurbanizowanymi parkami przemysłowymi — zrozumiałem coś, czego większość Amerykanów, a nawet Chińczyków nie dostrzega: że podróże do mało znanych miast chińskich dają wiele radości. Gdziekolwiek się wybrałem, trafiałem na wspaniałe jedzenie, szczególne widoki i ludzi zapadających w pamięć. Zobaczyłem, że Chiny mają więcej dynamizmu, niż wskazuje większość tytułów prasowych, skupionych na politycznych machinacjach Pekinu. A wyobraźmy sobie tylko, jak wiele reszta świata mogłaby przegapić, gdyby patrzyła na Stany Zjednoczone wyłącznie przez pryzmat tego, co dzieje się w Waszyngtonie.

W Chinach czułem wszędzie niesamowite i czasami straceńcze tempo. Próbowałem uchwycić te wszystkie zmiany i przepychanki w kraju przygniatanym pandemią i coraz trudniejszą sytuacją międzynarodową, pisząc roczne sprawozdania. Były to dzienniki, w których odnotowywałem wszystkie swoje obserwacje i odczucia. W roku 2020 pisałem o lekturze wszystkich przemówień Xi Jinpinga, zamieszczanych w „Seeking Truth”, flagowym organie teoretycznym KPCh; w 2021 pisałem o różnicach pomiędzy Hongkongiem, Pekinem i Szanghajem, a w 2022 o tym, jak to miło wędrować przez góry prowincji Yunnan, której północ stanowi historyczną część Tybetu, a południe przypomina Tajlandię. Było to w najgorszym okresie kampanii zero covid.

Wciąż myślałem też o Stanach Zjednoczonych; nie tylko o tym, że administracja Trumpa prowadzi wojnę handlową i technologiczną. Pekin nieustannie obserwuje Amerykę. Oczywiście chińscy przywódcy gotowi są uczyć się od Europy, Japonii, Singapuru i wielu innych. Ale Stanom Zjednoczonym przypatrują się baczniej niż jakiemukolwiek innemu krajowi, porównując się wciąż z tym największym mocarstwem świata.

To niesamowite, jak bardzo Stany Zjednoczone i Chiny się dopełniają. Nie było przypadkiem, że te dwa kraje nawiązały parę dekad temu gospodarcze partnerstwo, które przyniosło znakomite efekty dla amerykańskich konsumentów i chińskich robotników. Jednak na poziomie politycznym te dwa systemy są skontrastowane. O ile Stany Zjednoczone odzwierciedlają wartości pluralizmu i obrony jednostki, o tyle Chiny są przykładem korzyści, ale i zagrożeń wypływających z raptownego postępu materialnego.

W ciągu minionych czterech dziesięcioleci Chiny stały się zamożniejsze, bardziej rozwinięte technologicznie i pewniejsze siebie na arenie międzynarodowej. Nauczyły się tak wiele od Ameryki, że zaczęły zwyciężać Stany na ich własnym polu — kapitalizmu, przemysłu, wykorzystywania nieograniczonych ambicji swoich obywateli. Jeśli chce się poczuć, jak wyglądało Detroit za swoich najlepszych czasów, lepiej będzie zapewne zajrzeć do Shenzhen niż do jakiegokolwiek miejsca w dzisiejszych Stanach.

Gdy Chiny naśladowały z takim powodzeniem minione sukcesy Ameryki, rząd USA podkopywał własne przewagi. Lewica, mająca obsesję na punkcie procedur, spiskowała z bezmyślnie destrukcyjną prawicą, by jak najmocniej związać ręce rządu. Ani lewica, ani prawica nie pozwalały państwu dostarczać podstawowych dóbr, których oczekiwało społeczeństwo. Administracja Bidena mogła wnosić historyczne projekty ustaw dotyczących polityki przemysłowej, ale agencje wykonawcze były tak zaabsorbowane kwestiami proceduralnymi, że niewiele z tego zrealizowano do czasu, gdy wyborcy doprowadzili do reelekcji Donalda Trumpa, który zagroził likwidacją wielu z tych projektów. Stany Zjednoczone są wciąż supermocarstwem będącym w stanie zdeklasować Chiny pod wieloma względami. Ale pozostają w duszącym uścisku nieefektywnej struktury państwowej, w ramach której ludziom coraz bardziej zależy na zabezpieczaniu sobie życiowego komfortu.

Amerykanie lubią dostrzegać tę wielką szansę, jaką stanowią Chiny. Niecały wiek temu byli wojennymi sojusznikami, a więzi pomiędzy nimi cementowały kontakty kulturalne i biznesowe. Dziś jednak ta naturalna przyjaźń przyćmiona jest wzajemną nieufnością. Pekin i Waszyngton konkurują ze sobą na polach gospodarki, technologii i dyplomacji, co kładzie się cieniem na tych z nas, którzy są związani z oboma tym krajami. W 2022 roku pekińscy cenzorzy zablokowali moją osobistą stronę internetową, na której publikowałem swe dzienniki. Wiadomo, że chińska zapora sieciowa utrudnia dostęp do ważnych platform, takich jak „New York Times” — ale żeby do takiej małej strony jak moja? Tego tygodnia musiałem wyszukać adres kanadyjskiego konsula generalnego, by spytać, czy powinienem zorganizować sobie wyjazd z Chin. Pekin zatrzymał właśnie dwóch Kanadyjczyków w reakcji na aresztowanie przez władze kanadyjskie pewnej ważnej chińskiej bizneswoman. Wielu Amerykanów, którzy wcześniej podróżowali do Chin w sprawach biznesowych albo dla przyjemności, straciło chęć do dalszych wizyt.

Jesteśmy teraz w epoce, gdy te dwa kraje traktują się nawzajem z podejrzliwością, a często nawet z niechęcią. Stany Zjednoczone, podobnie jak Chiny, potrafią działać szybko i łamać ludzi, działając niezwykle brutalnie u siebie i za granicą, gdy czują się zagrożone. Kluczową kwestią naszych czasów jest to, czy wrogość pomiędzy Chinami i Stanami Zjednoczonymi da się utrzymać na wodzy. Bo jeśli wykipi, zniszczy nie tylko te dwa kraje, ale też świat.

Według mnie najlepszym zabezpieczeniem przed takim groźnym wzrostem napięcia pomiędzy tymi dwoma supermocarstwami jest obopólna ciekawość. Im więcej będą wiedzieć Amerykanie o Chińczykach, i vice versa, tym większą będziemy mieli szansę na uniknięcie kłopotów. Najsilniejszy kontrast pomiędzy tymi dwoma krajami ujawnia się w konkurencji, która określi postać XXI wieku — będzie to starcie pomiędzy amerykańską elitą, złożoną głównie z prawników, świetnych w utrudnianiu wszystkiego, i chińską klasą technokratów, złożoną głównie z inżynierów świetnych w budowaniu. Taka jest naczelna idea tej książki. Czas spojrzeć przez nowy pryzmat, by zrozumieć te supermocarstwa: Chiny to państwo inżynieryjne, pędzące ku wielkości na złamanie karku, w odróżnieniu od amerykańskiego społeczeństwa prawniczego, hamującego wszystko, co się da — dobre i złe.

Na złamanie karku to opowieść o państwie chińskim, które wciągnęło swoich obywateli w nowoczesność — na co z zazdrością patrzy duża część świata — używając do tego środków bolesnych dla bardzo wielu, na co z kolei duża część świata patrzy z odrazą, i słusznie. To także przypomnienie, że niegdyś i Stany Zjednoczone ceniły tempo i ambitne budowanie. Opisując pulsujące życiem metropolie i gigantyczne fabryki, książka ta naświetli zdumiewający postęp i ciemne zaplecze państwa inżynieryjnego. Społeczeństwo prawnicze też może wiele uczyć Chiny. Każde z tych supermocarstw oferuje wizję, jak to drugie może się ulepszyć, jeśli tylko ich przywódcy i narody zechcą poświęcić sobie nawzajem coś więcej niż tylko podejrzliwe łypnięcie okiem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Inżynierowie kontra prawnicy

Dolina Krzemowa może sprawiać wrażenie miejsca zadziwiająco bezbarwnego. Ten półwysep na południe od San Francisco ma swoje naturalne piękno, z falistymi wzgórzami i nadmorskimi widokami, ale trzeba się dobrze postarać, by je dostrzec za tymi wszystkimi korporacyjnymi parkingami. Mountain View i Menlo Park są tak zapchane sklepami z dywanami i jakąś tandetą, że kiedy idę przez te tereny, mieszczące niektóre z najbogatszych firm na świecie, często zadaję sobie pytanie: „Czy właśnie to jest bijące serce naszej przyśpieszającej technologicznie cywilizacji?”.

Za każdym razem, gdy lecę z Kalifornii do Hongkongu czy Szanghaju, czuję się podekscytowany zetknięciem z naprawdę funkcjonalną infrastrukturą. Przejście z lotniska do metra (raczej niż do Ubera) jest świetnym sposobem na przywitanie się z Azją. Zatrzymuję się na chwilę, by podelektować się czystą stacją, jasno oświetloną, z pociągami przyjeżdżającymi co parę minut, które zawożą mnie do centrum wypełnionego tętniącymi życiem kompleksami handlowymi — co jest kolejną rzeczą, której brakuje w San Francisco. Życie w Bay Area (okolicach Zatoki San Francisco), ekonomicznym sercu najbogatszego stanu Ameryki, wydaje się nieraz okropnie dysfunkcyjne. San Francisco nie tylko nie jest w stanie zadbać o swoją populację bezdomnych, ale nawet wielu jego zamożnych mieszkańców musi trzymać w swych niebywale drogich domach generatory prądu, bo stan nie potrafi utrzymać dostaw elektryczności.

Te sprzeczności życia w Bay Area, samym centrum kształtowania się wartości korporacyjnych osadzonym w tak dysfunkcyjnym otoczeniu, sprowokowały pytania zawarte w tej książce. Gdy w 2017 roku przeniosłem się z Doliny Krzemowej do Chin, stało się dla mnie jasne, że w ciągu minionych czterdziestu lat Stany Zjednoczone straciły coś szczególnego. Gdy Chiny budowały przyszłość, Ameryka zrobiła się niemrawa pod względem materialnym, a innowacje, które wprowadzała, dotyczyły głównie sfery wirtualno-finansowej.

Przyglądając się tym dwóm krajom, zdałem sobie sprawę z tego, jak nieadekwatne czy wręcz mylące są takie XX-wieczne etykietki, jak „kapitalistyczne”, „socjalistyczne”, a zwłaszcza „neoliberalne”. Nie pomagają już nam one rozumieć świata, jeśli w ogóle kiedyś to robiły. Kapitalistyczna Ameryka narzuca na wolny rynek gęstą sieć regulacji i podatków, prowadząc jednocześnie rozbudowaną (co nie znaczy, że doskonałą) politykę redystrybucji dóbr. Socjalistyczne Chiny wsadzają do więzień działaczy związkowych, nakładają niskie podatki, a jednocześnie zapewniają opiekę społeczną niskiej jakości. Największym trikiem Komunistycznej Partii Chin jest strojenie się w piórka lewicowości. Xi Jinping i reszta politbiura ma usta pełne marksistowskich frazesów, ale państwo prowadzi prawicową politykę jak z marzeń zachodnich konserwatystów: zarządza umiarkowanym wzrostem dobrobytu, wznosi olbrzymie bariery dla imigracji i egzekwuje tradycyjne role genderowe, zgodnie z którymi mężczyzna musi być macho, a kobieta ma rodzić dzieci.

Chiny są państwem inżynieryjnym, które nie może się powstrzymać od budowania, mierzącym się z amerykańskim społeczeństwem prawniczym, które blokuje, co tylko może. Inżynierowie całkiem dosłownie rządzą nowoczesnymi Chinami. W ramach naprawy systemu z czasów maoistycznych Deng Xiaoping wyznaczał w latach 80. i 90. inżynierów na czołowe stanowiska w chińskim rządzie. W roku 2002 cała dziewiątka członków Stałego Komitetu Biura Politycznego Komitetu Centralnego — a to sam szczyt KPCh — miała za sobą studia inżynierskie. Sekretarz generalny Hu Jintao studiował inżynierię wodną i przez dekadę budował tamy. Jego ośmiu kolegów z Komitetu mogłoby pokierować jakimś sowieckim konglomeratem przemysłu ciężkiego, zwłaszcza w dziedzinach takich jak produkcja lamp elektronowych czy inżynieria cieplna, ukończywszy takie uczelnie, jak Pekiński Instytut Żelaza i Stali czy Harbiński Instytut Technologii, i zdobywszy doświadczenie w Pierwszym Ministerstwie Przemysłu Maszynowego czy Szanghajskiej Fabryce Wyrobów z Tworzyw Sztucznych.

Xi Jinping studiował inżynierię chemiczną na Uniwersytecie Tsinghua, czołowej chińskiej uczelni technicznej. W trakcie swej trzeciej kadencji na stanowisku sekretarza generalnego KPCh, rozpoczętej w 2022 roku, Xi zapełnił politbiuro ludźmi z ministerstw lotnictwa i uzbrojenia. By stworzyć analogiczną sytuację w Stanach, trzeba by mianować gubernatorem Alaski dyrektora generalnego Boeinga, sekretarzem ds. energii szefa Lockheed Martin, a szefa NASA gubernatorem stanu wielkości Georgii. Chińskie elity rządzące mają praktyczne doświadczenie w kierowaniu megaprojektami, co sugeruje, że Chiny stawiają na inżynierów — przy jednoczesnym nacisku na obronę — bardziej niż kiedykolwiek.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

1. Inżynierowie kontra prawnicy