Na tej samej ziemi - Katarzyna Kielecka - ebook + audiobook

Na tej samej ziemi ebook i audiobook

Katarzyna Kielecka

4,4

Opis

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a tymczasem bohaterki znane czytelnikom z powieści Pod tym samym niebem stają przed nowymi dylematami i rozterkami. Kinga tęskni za narzeczonym, który od miesięcy przebywa w śniegach Spitsbergenu. Lilianna, skupiona na wychowaniu pięcioletniej córki, nie potrafi wsłuchać się w to, co podpowiada jej serce. Jedynie mała Nela oraz jej wierny kotożbik Eastwood nie wahają się czerpać z życia wszystkiego, co najlepsze.
Codzienność Lilki odmienia zagadkowa przesyłka, a w niej informacje na temat ukrytej w Górach Połabskich rodzinnej tajemnicy. Aby ją poznać, przyjaciółki postanawiają wybrać się w podróż śladami listu. Jednak przewrotny los ma wobec nich zupełnie inne plany, nie żałując wyzwań i niespodzianek.
Czy Lilianna zdoła wypełnić wolę zmarłego przed laty dziadka? Czy pozwoli, by jego wojenne doświadczenia wpłynęły na jej obecne życie?
Opowieść, w której przeszłość splata się z teraźniejszością, a tęsknota z nadzieją. Historia o trudzie radzenia sobie ze stratą najbliższych i o niezwykłej sile miłości, która przywraca wiarę w sens życia. Na tej samej ziemi obfituje w okazje do wzruszeń, refleksji oraz śmiechu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 34 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,4 (125 ocen)
72
37
13
3
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© taitai6769 | stock.adobe.com

© varenyk | stock.adobe.com

© magdal3na | stock.adobe.com

Redakcja

Calibra/ Sylwia Mosińska

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: LIBER SA

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-45-1

Dla Basi W. za to, że nie traci wiary w moje siły nawet wtedy, gdy ja zaczynam w nie wątpić.

Jutro ciekawi mnie ogromnie

Jest szansą, która wszystko zmienia

Dlatego nie spisuję wspomnień

Ale notuję swe marzenia

Wojciech Młynarski

Kocham jutro

CZĘŚĆ 1

Rok 1945

Zimowy gęsty bór piął się po wzgórzach dzikim bezkresem, raz zapadając się w nieprzebyte wąwozy, kiedy indziej wynosząc korony drzew wysoko ku niebu. Wciskał się gęstwiną pomiędzy kamienne ściany, kolumny piaskowca i całe labirynty tworzące skalne miasta dla leśnych widziadeł, bożków oraz demonów. Człowiek w takim miejscu musiał czuć się lichym, małym, bezbronnym i niezwykle pokornym stworzeniem wobec monumentalności nietkniętej cywilizacją przyrody. Zwłaszcza gdy przyszło mu się kryć pośród tej potęgi przed siłą po stokroć groźniejszą od mrocznego śnieżnego boru – przed ludzką nienawiścią i żądzą czynienia zła.

Zbocze wznosiło się dość stromo i obrosło niskimi chojakami, dzięki czemu z uczęszczanych ścieżek biegnących hen, w dole, gdzie strumienie zwalniają swój bieg, nie dawało się dostrzec niczego poza plątaniną igliwia, zimną szarością kamienia, miejscami pokrytego mchem, i wysokich zasp śnieżnych ułożonych na ściółce jak nieskazitelnie białe puchowe kopce bitej śmietany na cieście. Idealna kryjówka dla zbiegów.

Po ataku słonecznej, lecz srogiej zimy, która nie ustępowała od tygodni, nastał czas lżejszych mrozów. Luty obfitował w silne wiatry i śnieg sypiący nieustannie wprost z gęstej masy ołowianych chmur, które wyglądały jak stara brudna szmata rozwieszona na płocie dla przeschnięcia po szorowaniu podłogi w wyjątkowo zaniedbanej izbie. Sprawiały one, że głębia lasu nawet za dnia nie wynurzała się z półmroku.

Wokół panował spokój, kołysany łagodnym śpiewnym wyciem wiatru, pohukiwaniem sów i ostrożnymi krokami rysiów, które nocami wychodziły z ciepłych nor na łowy. Lecz ani one, ani mieszkańcy rozsianej w dolinie niedużej osady, ani nawet raniące do żywego wspomnienia nie budziły w bezbronnym i opadłym z sił nędzarzu takiego lęku jak odgłos dławiącego kaszlu, który rozrywał raz po raz ciszę.

Choćbyśmy nie wiem, ile przeżyli, strach ściska silniej przed niepewnym i niewiadomym niż trudnym i bolesnym, które zdążyliśmy już poznać.

Skalna ściana piaskowca pięła się ku niebu na wzór romańskiej wieży, szeroka, monumentalna i surowa. Na dole splatała się z mniejszą kamienną siostrą, jakby brała ją w objęcia i pragnęła chronić pośród surowego boru. Stały tak niczym syjamskie sieroty siłą roztrzaskane na dwoje, lecz wciąż zwarte w uścisku jako pamiątka królującego na tych ziemiach przed stu milionami lat morza. Pęknięcia na ich zimnych ciałach drążyła przez wieki woda i swym erozyjnym uporem wypłukała w trzewiach piaskowca dwa otwory oraz dość przestrzeni, by pomieścić zbłąkany, ledwo tlący się ogień życia. Pieczara, schronienie, prawie dom.

Większa ze szczelin znajdowała się nisko nad ziemią. Miała kształt poszarpanego koła, rysowanego niewprawną ręką trzylatka, i średnicę nieco ponad pół metra. Wpuszczała niewiele światła, dokładnie tyle, ile potrzeba, by porozganiać do ciasnych zakamarków unoszący się jak gęsta para mrok. Z zewnątrz maskowały ją rozsypane wokół głazy i gęste krzaki malin, o tej porze roku surowe, pozbawione owoców. Gdyby światem rządziło lato, przetrwanie tutaj z pewnością stałoby się prostsze…

Mniejsza szpara kryła się znacznie wyżej, ponad linią ludzkiego wzroku. Osłaniała ją zmarznięta warstwa luźnej gleby przetkana splątanymi korzeniami. Dziura pozornie nie niosła szczególnego pożytku, choć mogłaby okazać się niezawodna jako dymnik w przypadku rozpalenia ognia. W powstałym pod nią wgłębieniu zbierała się brudna od gliniastej ziemi woda, która obecnie przybrała formę irytującej tafli lodu.

Jaskinia była nieduża i stosunkowo niska. Liczyła mniej więcej trzy na trzy metry, przy czym z lewej strony ściana szła ostrym skosem ku górze, co potęgowało wrażenie ciasnoty. Tylko w najdalszym kącie na prawo mężczyzna średniego wzrostu mógł się bez trudu wyprostować. Niby to dobrze, bo małą przestrzeń łatwiej ogrzać, choćby samą ciepłotą ludzkich ciał. Teoretycznie. W praktyce panował przejmujący ziąb, a wilgoć zdawała się bić z każdej powierzchni skały.

Na kupie kamieni, gałęzi i szmat, którą tylko ktoś o bujnej wyobraźni mógłby mianować legowiskiem, leżała drobna skulona postać z chustką na głowie. Miała zamknięte oczy, oddychała łapczywie, świszcząco, boleśnie, jakby każdy haust powietrza był dla niej niebotycznym wysiłkiem i walką. Co kilka minut podrywała się w ataku duszności. Dźwięk, doniosły jak szczekanie psa, odbijał się od chropowatych ścian, wypełniał wnętrze i sprawiał, że przycupnięty obok mężczyzna wstrzymywał oddech. Gdy echo cichło, zerkał z troską na wychudłą rozpaloną twarz i powracał do żarliwej modlitwy. Płakał. Duże, ciepłe i czyste łzy spływały po brudnej nieogolonej twarzy i nim odrywały się od policzków, by pomknąć ku ziemi, stawały się zimne oraz mętne jak świat dokoła. Wreszcie człowiek westchnął głęboko, otarł oczy rękawem i sięgnął za wystrzępioną pazuchę zdobycznego płaszcza po gruby zeszyt w brunatnej, odrobinę wymiętej okładce. Pogrzebał w kieszeni i wyszperał z niej kilka ołówków, mocno już wysłużonych. Wybrał najdłuższy z nich, naostrzył scyzorykiem i usadowił się przodem do otworu w skale, by słabe światło dnia muskało puste kartki. Na chwilę zmrużył oczy, jakby się zastanawiał, wreszcie podjął decyzję i zaczął pisać.

Gdzieś za Bad Schandau, Góry Połabskie, 17 lutego 1945 r.

Nazywam się Jan Grodzki. Urodziłem się 16 stycznia 1914 roku w Warszawie jako jedyne dziecko Henryka i Teodory z domu Powsidowskiej. Liczę trzydzieści jeden lat i nie wiem, czy będzie mi dane przetrwać jeszcze choćby tydzień.

Na wypadek gdyby miał nadejść mój koniec, postanowiłem skorzystać z krótkich godzin ze słońcem i zeszytu, który wraz z mapą zabrałem z biurka w lazarecie. Zamierzam zmienić go w raptularz i pokrótce opisać wszystko, co mam tak żywo w pamięci, przez co śmierć na tym pustkowiu wcale nie powinna mi się wydawać najbardziej przykrym rozwiązaniem. Nie śmiem określać tej pisaniny dziennikiem, bo nie wiem, ile dni jeszcze przede mną, a pamiętnik brzmi zbyt sztubacko, zbyt beztrosko, by umieszczać w nim to, co mnie spotkało. Tak, raptularz to najlepsze miano dla moich notatek.

Nie mogę nazwać siebie odważnym. Nie nadaję się na bohatera. Nigdy, nawet w szczenięcych latach, nie miałem ambicji i chęci, by zbawiać świat i narażać się dla innych. Mój ojciec był chirurgiem i życzył sobie, bym związał z tym zawodem także moją przyszłość. Jedyny syn: duma i nadzieja. Szanowałem go i podziwiałem, więc starałem się sprostać tym oczekiwaniom. Jednocześnie potwornie brzydziłem się krwi i wszelkich ludzkich wydzielin. Przerażały mnie, paraliżowały. Ich woń powodowała zawroty głowy, a widok – mdłości. Dlatego, wbrew woli ojca, zostałem pediatrą. Wydawało mi się, że to znacznie estetyczniejsza specjalizacja, że nie będę musiał patrzeć na ludzkie wnętrzności, na cierpienie i śmierć. Łudziłem się, że moją przyszłością staną się rumiane dziecięce buzie, czasem tylko rozpalone gorączką, zakatarzone lub wykrzywione w podkówkę w wyniku skręconej nogi lub bólu brzucha po nadmiernym łakomstwie w owocowym sadzie.

Byłem naiwny i bezmyślny jak szczeniak.

Nikt, komu przyszło walczyć o przetrwanie w ostatnich latach, nie uciekł od widoku bólu, cierpienia i śmierci. Nawet jeśli ciągle oddycham, jakaś część mnie po trochu umierała, kiedy dusza przekraczała raz za razem granice własnego wyobrażenia rozpaczy. Zadaję sobie pytanie: czy powinienem wciąż budzić się ze wschodem słońca i patrzeć na niebo? Czy wolno mi uśmiechać się w oczekiwaniu, że za kilka tygodni ziemia odtaje, spłynie śnieg i cała ta obca mi kraina ukaże w pełnej krasie swoje niezwykłe piękno? Czy mam prawo chwytać się nadziei na myśl o wiośnie i o tym, że mój los ciągle nie jest przesądzony? Czy to nie podłość, że po tym wszystkim nadal bardzo chcę żyć?

Moi najbliżsi, najukochańsi odeszli. Gdy wojna wyciągnęła po nich ręce, nie dałem rady im pomóc. Na sumieniu ciąży mi bezradność, bo nie miałem wtenczas niczego poza nią i resztką rozsądku, która pozwoliła mi podjąć oparte na rozumnej kalkulacji decyzje. Tak, wciąż jestem pewien, że były słuszne, chociaż bolą tak bardzo, że serce rozrywa się na kawałki…

Nie wolno mi pragnąć śmierci, choć to wygodny, kuszący skrót. Zresztą wcale o niej nie marzę. Nie wiem, czy to znak tchórzostwa, czy odwagi. Nie potrafiłbym się targnąć na własne życie. To nie mieści się w spektrum moich dylematów. Muszę zachować siłę i przytomność. Przecież nie jestem sam. Mam pod opieką to przybladłe istnienie. Mizerne i ledwo się tli, jak płomyk na zbyt krótkim knocie, jednak dziś tylko ono mi zostało. Choćby z tego powodu z godziny na godzinę staje się dla mnie najważniejsze. Jeśli zdołamy kiedyś opuścić to miejsce, jeśli mamy znów zacząć siać i budować na tej samej ziemi, po której spłynęło już tyle krwi, to tylko razem. Przysięgam sobie i wszystkim moim zmarłym, że się nie poddam, nie zwątpię, nie załamię rąk, dopóki obok bije to drugie serce. Wojna się kończy. Dla każdego jest oczywiste, że to jej ostatnie krwawe pomruki. Nie chcę stracić w niej już nic więcej, bo Bóg wie, że oddałem wszystko, co się dla mnie liczyło. Dlatego ten niespodziewany naddatek, ten kruchy wojenny dar musi ocaleć, jeżeli świat ma trwać nadal i zachować jakikolwiek sens.

Nie jadłem od dwóch dni i jest mi niewyobrażalnie zimno. Mam wrażenie, że zesztywniałe ubranie przymarzło mi do ciała i gdybym chciał je z siebie zedrzeć, to zeszłoby razem ze skórą. Palce bieleją mi na końcach i drętwieją. Staram się non stop nimi ruszać, by pobudzić krążenie, ale na dłuższą metę nie wygram z mrozem. Ona też nie i to jej stan przesądza sprawę. Bez ustanku wyrzucam sobie, że nigdy nie byłem harcerzem. Jan Grodzki z młodości to niewysportowany, nieudolny chłopak z paczką książek pod pachą. I na co mi one? Nie wiem, jak korzystać z darów lasu i jak skrzesać iskry z wilgotnego drewna. Nie umiem.

Za chwilę wstanę i stąd wyjdę. Jak pierwotny człowiek jaskiniowy muszę zdobyć jakąkolwiek strawę i podjąć walkę o ogień. Żadne z nas dwojga nie przetrzyma kolejnej nocy bez choćby żaru i ciepłej wody do picia. Gdybym nie wrócił, jej dokumenty skryłem w metalowym pudełku za głazem, na lewo od wejścia. Swoich papierów nie mam. Wszystko przepadło.

Mężczyzna schował ołówek do kieszeni, a zeszyt wsunął pod dziurawe wspomnienie koca na barłogu. Podniósł się, dotknął dłonią gładkiego, rozpalonego gorączką czoła i zgrabiałymi palcami odsunął na bok splątane płowe kosmyki, wilgotne od potu. Okrył leżącą postać tak, by na zimny świat wystawał tylko nos i usta, które wciąż walczyły w zawieszeniu między snem a omdleniem o każdy kolejny oddech.

– Czekaj tu na mnie i, na Boga, nie poddawaj się! – wyszeptał, choć wiedział, że ona w obecnym stanie na pewno go nie usłyszy. – Wrócę najszybciej, jak się da.

Potem opadł na ziemię, na czworakach przecisnął się przez wąski otwór i opuścił zaciszną jaskinię. Osłonił wejście gałęziami i sporym płaskim kamieniem, by choć odrobinę ochronić wnętrze od mrozu i wizyt leśnych zwierząt. Nie mógł już dłużej zwlekać. Zostawił za sobą ścianę piaskowca, by zagłębić się w zimny, niebezpieczny i całkowicie nieznany las. Mijał dziesiątki kamiennych tworów ustawionych jakby rękami olbrzymów w kształty słupów, bram, stołów i grzybów. Zachwycały go i przerażały zarazem, bo bał się zgubić w tym labiryncie. Truchlał na myśl, że nie trafi z powrotem do chłodnego brzucha dwóch skalnych sióstr. To było jedyne miejsce, które tej zimy mógł nazywać domem, zostawił w nim wszystko, co się dla niego liczyło: resztki wspomnień i pragnienie życia. Śnieg chrzęścił pod butami, gdy mężczyzna schodził wolno po zboczu wzniesienia w poszukiwaniu ludzkich siedzib, o których wiedział, że są dla niego śmiertelnym zagrożeniem i jednocześnie jedynym ratunkiem. Litościwy wiatr zagłuszał każdy krok i dmuchając w biały puch, wytrwale zasypywał ślady.

1.

Poranek pukał w szyby wilgotną mżawką i uparcie próbował wedrzeć się przez okna, by zakosztować luksusu centralnego ogrzewania. Dom przy ulicy Małachowskiego w Łodzi był stary, przedwojenny i z zewnątrz mógł się wydawać nieco ponury oraz bunkrowaty, jednak gruba warstwa styropianu nieźle izolowała go przed zimnem, a drzwi i okna wykazywały się doskonałą szczelnością. Jedynie wiatr bywał na tyle bezczelny, by od czasu do czasu zagwizdać w kominie. Dopóki nie fałszował, nikomu z domowników to nie przeszkadzało.

Kinga Śliwkiewicz poprawiła na sobie elegancki, dopasowany do nieskazitelnej figury kostium, ziewnęła, pochyliła się nad stojącym na stole laptopem i pospiesznie omiotła wzrokiem widniejącą w oknie przeglądarki wiadomość. Prychnęła lekceważąco, odruchowo przeczesała palcami przydługą, czarną jak smoła grzywkę i łypnęła na przyjaciółkę.

Lilianna Grodzka siedziała w szlafroku na krześle. Na stopach miała pluszowe papucie w kształcie reniferów z majtającymi rogami – prezent urodzinowy od córki, po który pięcioletnia Nela udała się kilka dni temu razem z ciocią Kinią do Galerii Łódzkiej i który osobiście wybrała spośród wielu innych rzeczy.

Kapcie grzały przyjemnie stopy, dzień zapowiadał się na lekko nudnawy, choć pracowity, i nic nie burzyło spokoju Lilki, nawet jeśli tekst na ekranie odrobinę ją zaskoczył. No dobrze, bardziej niż odrobinę. Starała się nie wyglądać na poruszoną, zdenerwowaną ani szczególnie zaciekawioną, żeby nie było gadania, że przejmuje się byle czym. Albo byle kim. Wyraz jej twarzy wskazywał na to, że traktuje otrzymanego maila jako dopust boży, który najchętniej usunęłaby ze skrzynki, aby nie został po nim żaden ślad. Obawiała się jednak, że po takim akcie desperacji treść wiadomości nadal będzie pobrzmiewać w jej głowie. Poprawiła na nosie nieco zbyt duże okulary, wbiła w przyjaciółkę obojętne spojrzenie szarych oczu i zapytała zrezygnowanym głosem:

– Jak uważasz, Śliwa, on rzeczywiście liczył na spotkanie, bo mu rura mięknie na starość, czy zwyczajnie postanowił zwalić na mnie kłopot, którego nie chce mu się rozkminiać?

Kinga wzruszyła ramionami i weszła do kuchni. Stół stał niemal w progu, zatem nie miała daleko. Sięgnęła z szafki czerwony kubek z białym rantem oraz napisem „Ho, ho, ho” i uruchomiła ekspres do kawy.

– Tobie też zrobić?

– Głupie pytanie. – Usłyszała w odpowiedzi. – Z mnóstwem spienionego mleka. Tylko poproszę w innym kubku. Noszę renifery na stopach i to na razie wystarczy. Dopiero zaczął się grudzień.

– Nie pajacuj. Już po mikołajkach, więc nadszedł czas pełnoprawnej przedświątecznej gorączki.

– Za którą, delikatnie mówiąc, nie przepadasz – wtrąciła Lilianna.

– Ale przed którą nie mam dokąd zwiać, więc lepiej brać byka za rogi i powoli oswajać nieuniknione. Kiedy dziś odprowadziłam twoją córkę do przedszkola, w szatni powitała nas migająca choinka – oznajmiła Śliwa i wybrała dla przyjaciółki pozłacaną filiżankę wymalowaną w pyzate aniołki grające na wszelkich znanych światu instrumentach smyczkowych. – Dostaniesz gwiazdkowych muzykantów. Pamiątka po ciotecznej babci Apolonii, zatem nie wypada marudzić.

Lilka zaniechała oporu świadoma, że dyskusje z tą ekscentryczną świruską to jak walenie głową w mur. Wolała poruszyć bardziej atrakcyjny temat, idealnie korespondujący z wizją porannej kawy.

– Nela skitrała wczoraj za pudełkiem z musli ostatnie opakowanie delicji. Po-ziom-ko-wych.

– Rarytas. Zeżremy dziecku?

– Zeżremy. Dokupię nowe, zanim ją po południu odbiorę. Może się nie skapnie.

Wszystkie trzy od lat były uzależnione od ciastek, które dziewczynka nazywała z uporem „kółkami z gararetkiem”. Bez nich kawa i herbata wydawały się mieć niepełny smak. Taka zbiorowa słabość. Nieco zgubna, za to jaka przyjemna…

Kinga przystąpiła do produkcji cappuccino, nie szczędząc przyjaciółce złośliwości.

– Zrobiłaś sobie dzisiaj wolne z okazji otrzymania tej wiadomości? Zamierzasz deliberować nad nią aż do kolacji? Przez to nie poszłaś do biura? Ekscytuje cię jej pierwsza czy druga część?

– Zaplanowałam home office, zanim przyszedł mail, więc proszę mi tu nic nie insynuować – oburzyła się Grodzka. – Zachodzę w głowę, jak się powinnam zachować.

Śliwa na moment zamarła. Miała wrażenie, jakby otarła się o późnojesienne déjà vu.

– No patrz, znowu to samo. Całkiem tak jak rok temu. Zbliża się Boże Narodzenie, a ty dostajesz tajemnicze wezwanie z daleka, które nie wiadomo, czy olać, czy potraktować poważnie. Jedyna różnica jest taka, że dzisiejsza epistoła nie wonieje różami. Aktualny nadawca nadąża za postępem cywilizacyjnym.

Fakt. Poprzedni grudzień upłynął im w atmosferze niepokoju i tajemniczości w wyniku ręcznie kaligrafowanych listów od dziewięćdziesięciodwuletniej Poli Jezierskiej, która zapisała Liliannie w testamencie dom przy Małachowskiego w Łodzi wraz z przykazem roztoczenia pieczy nad wszystkimi podopiecznymi staruszki, od kotów poczynając, a na bezdomnym kloszardzie alkoholiku kończąc.

– Wtedy olałam i odżałować nie mogę. Gdybym od razu ruszyła tyłek, zdążyłabym poznać cioteczną babcię.

Niestety, nie było jej to dane. Rok temu mieszkała jeszcze w Suwałkach i stawiała bierny opór, gdy bliźniaczka nieżyjącej już babci Janki natrętnie namawiała ją na wyprawę do Łodzi. Kiedy Grodzka wreszcie zdecydowała się na wyjazd, okazało się, że staruszka właśnie zmarła, zabierając ze sobą do grobu fascynujące opowieści z czasów, gdy wraz z siostrą wchodziły w dorosłe życie pośród wojennej pożogi.

Lilianna, zniesmaczona burzliwymi odmętami swego suwalskiego życia uczuciowego i zawodowego, chętnie zapuściła korzenie w większej części odziedziczonej obszernej willi. Zamieszkała tam z córką i trójnogą hybrydą żbika z kotem, który panicznie bał się wszystkich ludzi poza Nelą. Miejsca było dość. Na piętrze mieściły się trzy wygodne sypialnie, a na dole salon z kuchnią, łazienka i sień oraz nieużywany pokój, w którym za życia sypiała cioteczna babcia. W teorii mógł służyć przygodnym gościom, lecz tacy się jak dotąd nie zjawiali. Na werandzie stołowało się i nocowało siedem ujętych w testamencie kotów. Drugą, mniejszą część posesji zajmował przybrany wnuk Apolonii – Tobiasz, oraz jego przychodnia weterynaryjna.

Kinga, której nie uśmiechała się samotność w Suwałkach, waletowała u przyjaciółki przez większość czasu, bo tylko dzięki jej towarzystwu znosiła z godnością długą nieobecność narzeczonego. Adam Wodniak, zwany przez znajomych Lewarkiem, przebywał bowiem od kilku miesięcy za kołem podbiegunowym, w Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie, i na jego powrót do kraju przyszła żona mogła liczyć dopiero latem. Ponieważ jej biuro mieściło się tam, gdzie akurat postawiła swojego laptopa, bez trudu zadomowiła się w jednej z sypialni na piętrze. Nadzwyczaj chętnie skupiała się na problemach Lilki, prawdziwych i urojonych, by nie tęsknić za Adasiem bez opamiętania między kolejnymi rozmowami przez Skype’a.

– W tym wypadku nie masz czego żałować. Nie grozi ci nowa znajomość, tylko odgrzewanie flaków. Nie włazi się dwa razy do tej samej rzeki, bo to głupota.

– Bredzisz.

– Chyba ty. Naprawdę chcesz wracać do tego, czego się z takim trudem pozbyłaś ze swojego serca i życia? – zaperzyła się Śliwa i postawiła obok przenośnego komputera dwie kawy oraz plastikowe korytko z biszkoptowymi krążkami w czekoladzie.

– Nie o to chodzi – wyjaśniła Lilianna, łapczywie chwytając swój kubek i parząc sobie język gorącym napojem. – Cholera, wrzątek. Heraklit z Efezu, kojarzysz gościa?

– Jak przez mgłę…

– Powinnaś wyraźniej, skoro go cytujesz. To ten sam, który twierdził, że wszystko płynie. Panta rhei.

– Mhm, pamiętam. I co z nim?

– Wykombinował tekst o tej rzece nie po to, żeby człowiek nie tarabanił się ponownie w tę samą kabałę. Chodziło mu o inny drobny fakt, że kiedy władujesz drugi raz kopyta w jakikolwiek, choćby najlichszy strumyk, to on już nie będzie taki sam jak poprzednio. Wszystko w nim się zmieni: woda, ułożenie kamyków na dnie, prądy itede. Kumasz? Każde nowe otwarcie jest czym innym. Dlatego bredzisz – podsumowała i wepchnęła sobie delicję do ust, kończąc nieco bełkotliwie: – Nie ma odgrzewanego bigosu. Zawsze powstaje nowa, nieco inna potrawa.

– Myślisz, że kiedy Adaś wróci, nasz strumyk też będzie inny?

– Trochę tak. Ty się zmieniasz, czekając na niego. On, pod wpływem przeżyć na wyprawie, tym bardziej nie zostanie taki sam.

– Nie wiem, czy mi się to podoba.

– Nikt cię nie pyta o zdanie. Tak się dzieje i koniec – zamknęła temat Grodzka.

– I ciebie teraz kusi to nowe otwarcie czy tam nowe żarcie, skoro mowa o bigosie? Głodna chodzisz czy jak? – zaatakowała Śliwa.

– Nie kusi. Wyjaśniam ci tylko znaczenie starożytnej sentencji.

– Skąd wyszperałaś taką rozległą wiedzę humanistyczną? O ile wiem, księgowych nie szkolą z łaciny, tylko z cyferek.

– Tobiasz lubi takie smaczki…

– A, Tobiasz – podchwyciła Kinga z nutką uszczypliwości, podmuchała piankę z mleka i ostrożnie upiła. – Kolejny kłopotliwy samiec. Zdaje się, że zebrałaś ich całą kolekcję.

Lilka ponuro pokiwała głową i ponownie przebiegła wzrokiem po tekście na ekranie.

– Muszę coś odpisać. Masz jakiś rozsądny pomysł? Z naciskiem na „rozsądny” – dodała i wyszczerzyła się w złośliwym uśmiechu.

Śliwa chwyciła ciastko, umiejętnie wygryzła z niego poziomkową galaretkę, a resztę odłożyła na talerz.

– Bujaj się – oznajmiła z zadowoleniem.

– Co? Dlaczego?

– Tak mu odpisz: „Bujaj się”. Ewentualnie możesz zaprosić go na święta, jeśli marzy ci się powtórka z poprzedniej Wigilii albo chcesz sobie zrobić nadzieję na ckliwe pojednanie. A nuż zmieni plany i raz w życiu rzuci wszystko dla ciebie.

– Powaliło cię?

– Lata temu i, chwała niebiosom, nadal nie mija. Muszę lecieć, Liluś. Mam za pół godziny spotkanie. Jingle Bells grzmi zewsząd niemal od Wszystkich Świętych,renifery odpalają wrotki i zbierają się do lotu, a moi klienci mają najwięcej głupich pomysłów zawsze na ostatnią chwilę. O bożonarodzeniowych reklamach powinni myśleć w sierpniu, a nie w grudniu.

Kinga była grafikiem reklamowym i kochała tę pracę, co absolutnie nie oznaczało, że nie lubiła sobie na nią czasem ponarzekać.

– Nie zostawiaj resztek delicji – mruknęła odruchowo Grodzka, ale przyjaciółka już jej nie słyszała, niknąc w półmroku sieni.

Lilka sprzątnęła wszystko ze stołu i wróciła do laptopa z zamiarem zabrania się do pracy. Ekran wygasł, więc wpisała na nowo hasło i znów zaatakował jej oczy otrzymany o świcie mail. Uznała, że jeśli odłoży tę sprawę na później, nie zdoła się skupić na fakturowaniu, a zajęć służbowych na to środowe przedpołudnie miała po kokardy, dlatego postanowiła dać sobie jeszcze kilka minut. Ostatni raz przeczyta wiadomość, odpisze to, co pierwsze wpadnie jej do głowy, i wreszcie odda się robocie. Powinna zdążyć ze wszystkim, zanim pobiegnie po Nelę do przedszkola. Potem aż do wieczora wolałaby skupiać się wyłącznie na dziecku.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Temat: Koperta

Cześć, Lilka,

nie odzywałem się dawno, ale wiesz, jak jest. Ciągle coś się dzieje. Twoja siostra, od kiedy stała się nastolatką, okropnie zhardziała. W kółko pyskuje i rozrabia, nie chce się uczyć, tylko by z koleżankami latała. Ręce mi opadają. Ty chyba nie byłaś taka krnąbrna albo może już nie pamiętam. Prosiłem, żeby odpowiedziała na Twój ostatni mail, który wysłałaś jej w urodziny, ale odmówiła. W zasadzie Cię nie zna. Kiedy widziałyście się ostatni raz, nawet nie potrafiła jeszcze chodzić. W dodatku obraziła się, bo napisałaś do niej po polsku, a ona – powiem Ci szczerze – tak średnio rozumie. W domu rozmawiamy po angielsku z uwagi na Jane i jej dzieci. Takie koszty patchworkowej rodziny. Może powinienem był zadbać o polszczyznę Kate, gdy była młodsza. Teraz przepadło. Gdybyś miała ochotę do niej znów napisać, to po angielsku. Inaczej nie przeczyta.

Ale do rzeczy.

Dostaliśmy z Jane świetne propozycje pracy i wyprowadzamy się jeszcze przed końcem roku do Quebecu. Irlandię znam już od podszewki, czas na nowe wyzwania. Poza tym Kanada to piękny kraj i to w nim zamierzam się zestarzeć. Pakujemy się od tygodni. Dlatego skorzystałem z okazji i wpadłem na dwa dni do Polski, żeby załatwić kilka formalności. Wczoraj odebrałem dla mnie i Kate nowe dowody osobiste. Kto wie, czy się nie przydadzą. Z Ameryki będzie dalej i drożej przyjeżdżać. Nie było mnie tu dwanaście lat i jestem zaskoczony tym, jak się Suwałki zmieniły. Całkiem przyjemne miasto. Szkoda, że się wyprowadziłaś do Łodzi, zjedlibyśmy razem lunch i może poznałbym wnuczkę inaczej niż tylko ze zdjęć. No nic, trudno, niewykluczone, że kiedyś się uda.

Nasz obecny dom szykujemy do sprzedaży i przy sprzątaniu rupieci w garażu znalazłem kopertę z papierami twojego dziadka. Zdaje mi się, że matka, znaczy Twoja babcia, wepchnęła mi ją, gdy wyjeżdżałem z Polski w 2008 roku. Chciała, żebym zatrzymał tę pamiątkę po ojcu, ale ja go przecież prawie nie pamiętam. Trzy lata miałem, kiedy umarł na zawał. To nic wartościowego, nie ma nawet zdjęć – kilka dokumentów, mapa i list. Ojciec pisał piórem, całkiem wszystko wyblakło, brak mi cierpliwości, żeby to rozszyfrowywać, Kate nie da rady przez barierę językową. Pomyślałem, że może Ciebie to zaciekawi. Wspominałaś mi w mailu o tej korespondencji z Łodzi od ciotki, czy kto to tam był, więc może pójdziesz za ciosem.

Gdy udałem się do urzędu po dowody, trafiłem przypadkiem na Konrada Czyrejkę. Mówił, że nadal jesteście blisko, i zaproponował, że weźmie dla Ciebie tę kopertę. Daj znać, czy takie rozwiązanie Ci odpowiada, byle dziś do dziesiątej, bo potem gnam na lotnisko. Muszę wracać do Jane i dzieciaków.

Pozdrawiam

Tata

PS Dzwoniłem wczoraj wieczorem, ale chyba nie mogłaś rozmawiać…

Idiotyzm, pomyślała Grodzka, rany boskie, to mój ociec, a pisze do mnie jak do starej znajomej z dzieciństwa. Jak tu wierzyć w więzi rodzinne i w przyciąganie genów? Gówno prawda.

Dzwonił? Może i dzwonił, ale z jakiegoś obcego polskiego numeru. Cwaniak pewnie kupił na te dwa dni byle starter w kiosku, żeby się nie narażać na koszty. Tymczasem ona siedziała z Nelą oraz Tobiaszem w kinie, zaśmiewali się z kreskówki i obce połączenie zwyczajnie odrzuciła. Potem znów coś jej zamrugało w komórce, informując o nieodebranych rozmowach, ale jedli kebab i mała wytytłała sobie bluzkę sosem tysiąca wysp z kawałkami kurczaka…

Lilka nie widziała ojca od dwunastu lat, kiedy po śmierci żony spakował siebie oraz młodszą córkę i wyprowadził się do Irlandii, zostawiając własnemu losowi starą matkę oraz pierworodną ze świeżo zdaną maturą i rozpaczą w oczach.

W nosie z nim! Doskonale sobie poradziły!

Lilianna poczuła znajome nieprzyjemne coś, ni to drapanie, ni to drżenie, w okolicy żołądka, które od lat niezmiennie kojarzyło jej się z porzuceniem i osieroceniem. Zwykle starała się je zdławić, zatopić w kawie, względnie w dobrym winie, zagadać, zaśmiać, zakrzyczeć, więc także teraz, nie skupiając się dłużej na emocjonalnej stronie sytuacji, zerknęła szybko na zegarek. Dziewiąta czterdzieści pięć. Uff, czyli zmieściła się w czasie.

Zamrugała gwałtownie, poprawiła na nosie zsuwające się oprawki, siorbnęła spory łyk wystygłego już cappuccino i oparła palce na klawiaturze laptopa. Zaczęła pisać.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Temat: Re: Koperta

Drogi Tato…

Nie! Żadne takie. Nie należy mu się taki wartościujący przymiotnik. Wykasowała i poprawiła nagłówek.

Tato,

chętnie zapoznam się z kopertą po dziadku. Nie przekazuj jej, proszę, Konradowi. Określenie, że jesteśmy blisko, to spore nadużycie. Nasz kontakt ogranicza się do tego, że płaci mi alimenty na dziecko. Okazał się tak samo beznadziejnym ojcem jak Ty…

Zawahała się i usunęła ostatnie zdanie. Za dużo w nim żalu. Nie był do niczego potrzebny. Żaden z tych facetów nie zasłużył na jakiekolwiek emocje z jej strony.

Prześlij kopertę pocztą lub kurierem na mój łódzki adres. Możesz to zrobić choćby z lotniska. Koniecznie podaj mi w mailu zwrotnym numer nadania.

Pozdrowienia dla Kate.

Znów edycja tekstu i poprawka ostatniego zdania.

Greetings for Kate.

Lilka

Dupa blada, pomyślała. Sięgnęła z komody paczkę chusteczek i wydmuchała nos. Kliknęła „Wyślij”, zamknęła przeglądarkę i zmusiła swój umysł, by na kilka godzin zatopił się w kojącym i bezpiecznym świecie rubryk, tabel i liczb.

2.

Na przełomie listopada i grudnia niesłabnący mrok otula ośnieżone zbocza gór wybijających się niczym czerniejące ostre piramidy nad monumentalny chłód jasnego lodu, zamarłą, ciągnącą się wzdłuż wybrzeża tundrę, na której jeszcze latem tętniło zaskakująco obfite życie, oraz wody fiordu i spływające ku nim jęzory lodowca.

Noc polarna gasi słońce nad całym Svalbardem wraz ze Spitsbergenem, największą wyspą tego archipelagu, na ponad sto dni w roku. Nie oznacza to, że na te długie oraz mroźne trzy miesiące cała okolica zamiera. W wodach arktycznych mórz i na lądzie zwierzęta toczą odwieczny bój o przetrwanie. W nielicznych miejscowościach, włącznie z największą z nich: Longyearbyen, oraz w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund niespełna trzy tysiące ludzi także stawia czoła ciemności, mroźnym wiatrom i tęsknocie za dniem. Nie zapadają w zimowy sen, marazm, nudę ani w żadną z innych form ucieczki przed życiem. Wystawieni na trudy srogiego i bezlitosnego klimatu znajdują ukojenie w cieple kominka, pieca czy kaloryfera, fenomenalnych spektaklach polarnych zórz, poczuciu niezagrożenia korkami miejskimi oraz towarzystwie osób tymczasowo najbliższych, bliskich lub chociażby nieobcych i przyjaznych, jeśli tych z pierwszej i drugiej kategorii nie ma akurat pod ręką.

Adam Wodniak, członek czterdziestej trzeciej wyprawy polarnej na Spitsbergen, przebywał w Arktyce już od wiosny i całkiem nieźle sobie radził. Jako mechanik, spec od silników, elektrotechnik i złota rączka wspierał działania rodzimych naukowców zgłębiających zjawiska hydrologiczne, geofizyczne, klimatyczne, meteorologiczne i wszelkie inne, jakie tylko mogłyby lub nie mogłyby przyjść laikowi do głowy. Adam nie wnikał w istotę badań i pomiarów. Dbał o to, by wszystko działało bez zarzutu i by techniczna niedyspozycja sprzętu nie zagrażała życiu, pracy i komfortowi uczestników wyprawy. Ponadto postanowił skupić się na drobnych wyzwaniach remontowych, na które zwykle brakowało w stacji czasu. Lubił taką robotę. Znacznie lepiej pochłaniała czas niż gry planszowe, oglądanie filmów czy uwielbiana przez pozostałych zimowników konsola. Poza tym dawało się przy pracy słuchać audiobooków, a Wodniak przepadał za tą formą obcowania z książką.

Nadeszło późne popołudnie, choć w praktyce nie miało to żadnego znaczenia, bo za oknem i tak nieustannie panowały ciemności. Nie egipskie, bo na te było zbyt mroźno, raczej podbiegunowe i niespecjalnie przejrzyste. Niebo zasnuwały chmury, separując zmarzniętą ziemię nawet od blasku księżyca. Prószył lekki śnieg. Jak miała w zwyczaju określać to Kinga: „Pizgało złem”. Adam usiadł na łóżku w swoim pokoju z laptopem na kolanach. Plecy oparł o boazerię, chwycił w dłoń kubek herbaty z imbirem i połączył się przez Skype’a z narzeczoną.

– Widziałam najnowszy stacyjny post. Podobno niedźwiedź wam się kręci pod drzwiami – rzuciła w ramach powitania, z lekką nutką pretensji.

Zdjęcie, które zobaczyła na Facebooku, zdążyło ją zmrozić do kości. Sztuczne światło lamp rozjaśniało żółtym, choć niewielkim kręgiem biel bezpośrednio sąsiadującą z budynkiem mieszkalnym. Za nią panowała niepodzielnie noc. W tej skromnej iluminacji przechadzał się majestatycznym krokiem ogromny i z pewnością głodny niedźwiedź polarny w kolorze przybrudzonego śniegu, o łapach tak potężnych, że jednym ich machnięciem bez trudu powaliłby zawodnika sumo, a co dopiero zwykłego samochodziarza, wprawdzie przyjemnie dla oka wyrośniętego i zbudowanego, jednak w zakresie ludzkich wymiarów mieszczącego się w granicach szeroko pojętej przeciętności. Śliwa była przekonana, że potwór przydreptał nad fiord tylko po to, by skonsumować jej narzeczonego, i żadne logiczne argumenty nie miały szansy do niej trafić.

– Często przychodzą. Czy to nasza wina? Nie zapraszamy ich przecież. – Potencjalny posiłek niedźwiedzia próbował się bronić.

– Może wywalacie resztki jedzenia na kompost albo pies roznosi po podwórku kości z obiadu…

– Kinia, daj spokój. Jesteśmy tu wszyscy dorośli i nie mamy skłonności samobójczych. Mieszkamy w parku narodowym, misie też i wolno im spacerować, gdzie chcą. Są u siebie znacznie bardziej niż my. Po to mamy w budynku siedmioro drzwi wejściowych, żeby nie wchodzić im w drogę i móc łatwo zwiać. Nie musimy im się pchać do paszczy. Nie przeginaj.

– Po prostu martwię się o ciebie – spuściła nieco z tonu.

– Rozumiem i naprawdę to doceniam – powiedział ciepło i spróbował złowić na ekranie jej wzrok.

Pożałował, że nie może chwycić jej dłoni i przycisnąć do ust. Zresztą nie tylko dłoni… Ech, tęsknota to znacznie większe wyzwanie niż trudy życia w arktycznym klimacie.

– To ty zrobiłeś tę fotkę na Fejsa? Wylazłeś dla takiej błahostki na dwór? – atakowała dalej.

– Dzisiejsza sesja z gościem należała do Marty. Pstrykała z okna.

– Czyli nie wychodziłeś?

– Oczywiście, że wychodziłem. Nawet więźniów wypuszcza się na spacerniak – zażartował, lecz nie raczyła podchwycić konwencji.

– Sam?

– Nikt się nie rusza za próg sam. To niebezpieczne.

– Po co się pchałeś na mróz? Ciasno wam w chałupie? Konieczne są te łazęgi po ćmoku?

Siedziała przy biurku. Ręce trzymała z dala od komputera, splótłszy je sobie na piersi. Jej narzeczony poczuł się jak na rozprawie sądowej, na której oskarżony musi radzić sobie sam, bo nie przyszło mu wcześniej do głowy, żeby wynająć adwokata. Dla dodania sobie animuszu napił się herbaty. Imbir przyjemnie zaszczypał go w język.

– Z ćmokiem nie jest tak źle. W obejściu non stop palimy światła. Odróżnię budkę meteo czy ceilometr od dzikiego zwierza.

– Co to jest ceilometr?

– Takie pudło z laserem, który przebija się przez wszystkie warstwy chmur. Pokazuje ich podstawę, aerozole i…

– Aerozole?

– No tak. Te wszystkie drobinki w powietrzu, które nie są cząstkami wody. Jakoś tak. O szczegóły musiałbym dopytać któregoś z meteorologów: Gochę, Martę albo Trevora. Mam iść?

– Nie, daj spokój, tyle mi wystarczy.

Wodniak odetchnął z ulgą, choć widniejąca w oknie rozmowy dama wciąż groźnie marszczyła brwi, co sugerowało, że dalej powinien zeznawać.

– Poza tym nie poszedłem na żadną łazęgę – wrócił do zasadniczego tematu. – Najpierw musieliśmy wykopać tunel, bo w nocy nawiało nam śniegu i zasypało drzwi grubo powyżej pasa. Na szczęście dwa wejścia otwierają się do środka. Potem odwiedziłem agregaty prądotwórcze, muszę je regularnie kontrolować, bo bez nich zostalibyśmy w czarnej dupie, i to dosłownie. Przecież wszystko działa na prąd, nawet ogrzewanie. Wyłączyłem jeden, uruchomiłem drugi. Pracują naprzemiennie, akurat dziś wypadła im zmiana warty. Na koniec ładowałem śnieg z zaspy do zbiornika na wodę. Też żadne dziwo, codziennie to robimy.

– Z jakiej zaspy? Mówiłeś, że wozicie lód przyczepą z fiordu. Traktorem! Śmiałam się, że kręcicie nowe odcinki Rolnik szuka żony – wytknęła.

Lewarek parsknął śmiechem.

– Kręciliśmy. Zanim napadał śnieg, korzystaliśmy z tego, że lodowiec się cieli i oderwane bryły podpływają do brzegu. Teraz zamknęliśmy sezon na rolnika. Zrobiło się łatwiej i źródło słodkiej wody poniewiera się tuż pod naszymi nosami. Samo się gromadzi w wielką hałdę obok włazu. Wystarczy, że capniemy łopaty. Wrzucamy śnieg do zbiornika w kilku chłopa, dziewczyny w środku to przepychają, żeby się nie przytkało, i w kwadrans robota z głowy. Topi się samo za pomocą grzałki.

– Nie brzydzicie się pić takiej roztopionej brei? W to może nasikać lis polarny albo renifer!

– Skarbie, nie dramatyzuj. Tu działa cały system oczyszczania. W śniegu trafiają się różne cuda, choćby kawałki zmarzniętej tundry. Pijemy głównie zapasy mineralnej z Polski, bo pozyskana przez nas woda ma zbyt ubogi skład. Za to do kąpieli, prania czy zmywania nadaje się doskonale.

– Mhm – mruknęła nieco uspokojona Śliwa.

Sięgnęła po ciastko z talerza i z dużą wprawą wygryzła z biszkoptu galaretkę. Oblizała palce, a potem wargi. Adam poczuł dwa jednoczesne ukłucia: w sercu i podbrzuszu. Ledwo się powstrzymał, by nie jęknąć. Zamiast tego zapytał:

– A co u ciebie?

– Co ma być? Nic. Ja prowadzę nudne i monotonne życie.

– Nie wierzę. A te wszystkie deadline’y, researche, zlecenia na cito? Do tego spotkania ze zleceniodawcami lub współpracownikami po knajpach, hektolitry prosecco i służbowe taneczne imprezy bez mojego udziału, przez które zawsze się bałem, że ktoś mi cię poderwie? – W jego głosie pobrzmiewała lekka ironia, jakby wyłuskana z dawnego żalu o hulaszczy tryb życia bliskiej sercu kobiety.

– Nie chodzę już na żadne imprezy – poinformowała dobitnym tonem. – W każdym razie rzadko. Wino pijam głównie w domu. Chyba wyrosłam z balangowania.

– To krzepiąca wiadomość, choć wydaje się nieprawdopodobna. Podpytam dla pewności Lilkę – oświadczył i w oknie czatu wysłał emotikon z wytkniętym językiem, a potem do kompletu serduszko.

Kinga prychnęła z niezadowoleniem, więc szybko porzucił tę kwestię.

– Tak czy siak, żyjesz bardziej kolorowo. Wychodzisz do ludzi, robisz zakupy, jeździsz Bydlakiem.

– Bydlakowi coś stuka nad lewym kołem – doniosła i uraczyła się kawą z kubka.

Nad górną wargą został jej wąski pasek z mlecznej pianki, a Adam poczuł gwałtowną chęć, by zlizać go czubkiem języka lub chociaż obetrzeć palcem.

– Podjedź gdzieś na kanał, niech ci go przetrzepią. Przegląd masz dopiero wiosną, nie czekaj do tego czasu.

Stary volkswagen new beetle, którego Kinga uparcie nazywała Bydlakiem, zazwyczaj działał bez zarzutu, poddawany regularnym kontrolom w suwalskim warsztacie samochodowym Wodniaków. Adam czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo narzeczonej niezależnie od tego, na jakiej szerokości geograficznej przebywał.

– Tak jest, doktorku – przytaknęła i wyszczerzyła się w uśmiechu. – To co dziś robiłeś poza mrożeniem sobie tyłka na dworze?

– Wielkie mi mrożenie. Zaledwie sześć stopni na minusie. Podczas nocnych miesięcy każdy dzień mija niemal tak samo, serio. O ile nie wypadnie mi dyżur albo ktoś z nas nie obchodzi akurat urodzin lub imienin, do wyboru jest tylko kilka opcji poza robotą: na zmianę książki, siłownia, planszówki, konsola, filmy, klocki Lego…

– Bawicie się klockami?

– Nooo, ba. Ostatnio Gocha z Mikim wymyślili nową rozrywkę. Szkicują kredkami modele samochodów, a potem każą nam budować według nich. Gocha ma dobrą rękę i umie rysować, Miki tworzy bazgroły obłąkańca, które nie przypominają nawet wytworów motoryzacji, ale śmiechu jest przy tym co niemiara i czas szybko leci. Żartujemy, że zanim wrócimy do Polski, Miki z pewnością dostanie propozycję pracy od BMW albo General Motors.

– On ma na imię Mikołaj?

– Nie. Uwielbia kreskówki z Myszką Miki i zamęcza nas nimi do porzygu. Gocha go tak kiedyś przezwała i zostało…

– Ciągle tylko Gocha i Gocha albo ta druga, jak jej tam? Marta… – zirytowała się Kinga i nerwowym gestem poprawiła ciemną grzywkę.

Wodniak nastawił się psychicznie na odparcie kolejnego ataku. Uśmiechnął się, opróżnił swój kubek do dna i sięgnął po żartobliwy, nieco zaczepny ton.

– Kiblujemy tu w dziesięć osób. To normalne, że o nich gadam. Stali się dla mnie jak rodzina, zarówno panowie, jak i obie dziewczyny. O co ci chodzi? Jesteś zazdrosna?

– Jestem. Ta Marta wygląda na zdjęciach cholernie ładnie – wyznała Śliwa i jej szczerość może by go rozbroiła, gdyby nie słyszał tego wyznania po raz setny.

– Obie są ładne. Czy to zbrodnia? Rany, Kinia. Nie mieszkam w siedlisku rozpusty. Gocha zostawiła w Polsce chłopaka, prawie narzeczonego, a Marta przyjechała tu z mężem. To Lucky, nasz geodeta, a przy okazji kierownik wyprawy.

– Czemu Lucky?

– Właśnie dlatego. Nie dość, że załapał się na przygodę życia na Spitsbergenie, to jeszcze trafił tu razem ze swoją kobietą. Szczęściarz. Ma się do kogo przytulić i nie tęskni tak cholernie jak ja.

– Cycki mnie bolą przez ciebie i brzuch. Niedługo oszaleję. Nie umiem żyć bez seksu – mruknęła Kinga, przygryzła dolą wargę i zacisnęła dłonie na piersiach.

Krótka bluzka podciągnęła się nieco i oczom polarnika ukazał się nagi pępek narzeczonej. Lewarek zmełł w ustach przekleństwo i wyznał:

– Żebyś wiedziała, co mnie boli…

– Dobrze ci tak – odparowała i obciągnęła materiał, nagle udając zawstydzoną pensjonarkę. Niewiele mu to pomogło, zwłaszcza że nie dała narzeczonemu dojść do słowa. – Sam zdecydowałeś się na ten wyjazd, i to za moimi plecami. To był twój wybór, nie mój. W dodatku na tak długo. Tyle, ile trwa ciąża żyrafy, psia mać. Tak mi rok temu wyliczałeś, pamiętasz? Też wymyśliłeś! Skąd żyrafa w Arktyce? Idiotyzm. Nie wystarczyłaby ciąża niedźwiedzia polarnego? Sprawdziłam w Wikipedii. To siedem, osiem miesięcy. Za chwilę miałabym cię z powrotem pod ręką. W zasadzie mogłabym już się szykować…

– Do zrobienia mi kolejnej awantury?

– Chociażby… Ale nie tylko. Przynajmniej wiedziałabym, po co golę nogi i…

Nie wytrzymał. Jak zwykle ustąpił. Pokonała go tym, co mówiła, jak wyglądała i jak bardzo mu jej brakowało. Sam nie wiedział, czy trudniejsze są dla niego te długie miesiące rozstania, czy wideorozmowy, które nie dawały rady zasypywać rosnącego kanionu niedoborów bliskości, za to coraz częściej kończyły się sprzeczką lub, co gorsza, łzami jego narzeczonej. Powtarzał sobie bez końca, że miał prawo tu przyjechać. W gruncie rzeczy ona też się z nim zgadzała i potwierdzała, że słusznie skorzystał z szansy, jaką dostał od Instytutu Geofizyki PAN, kiedy wciągnięto go na listę uczestników wyprawy. Jednak gdy do głosu dochodziły emocje i zagłuszały rozsądek, oboje stawali się bezradni.

– Kocham cię i dla mnie ty jesteś najpiękniejszym przedstawicielem gatunku ludzkiego na tej planecie. Masz pełne prawo do tęsknoty, a nawet złości na mnie, że wyjechałem, ale zazdrość jest nieuzasadniona. Dziewczyny chodzą tu poubierane jak foki, bo niby w domu ciepło, ale przy stopach nawet o kilkanaście stopni mniej niż na wysokości twarzy.

– Dlaczego?

– Przecież nie ma tu fundamentów. Chałupa stoi na betonowych podpórkach i pod podłogą beztrosko hula wiatr. Dlatego nasze panie nie noszą kiecek ani dekoltów do pasa. Różnią się od nas tylko tym, że nie biorą udziału w konkursie na to, kto zapuści dłuższą brodę. Nie traktuję ich inaczej niż kumpli. Za to brakuje mi twoich nóg, piersi, brzucha, ust, pośladków…

– Przestań, bo… – jęknęła tym razem Śliwa i przerwała, odwracając się do drzwi, w których niespodziewanie pojawiło się dwoje intruzów.

Wyglądali nietypowo i z pewnością stanowili jedyny w swoim rodzaju tandem. Dziewczynka w zielonym dresie trzymała pod pachą pudełko z grą planszową i wyglądała jak mały elf. Na pierwszy rzut oka uwagę zwracały przede wszystkim jej niski wzrost i nieproporcjonalnie duża głowa. Wyjątkowo krótkie ręce i nogi zaburzały typowe proporcje pięciolatki. Mierzyła jedynie osiemdziesiąt pięć centymetrów, za to każdy z nich emanował niespożytą energią. Mutacja genu, która skutkowała achondroplazją, wpływała na praktyczną stronę jej codziennego życia, jednak nie ograniczała w najmniejszym stopniu żywiołowości ani tendencji do tego, by iść przez życie przebojem i nie przejmować się drobiazgami. Największą idolką Neli była jej ciotka. Choć nie miały wspólnych korzeni ani antenatów, mała usiłowała we wszystkim wzorować się na Kindze, przejmując od niej zarówno pożądane zachowania, jak również niezbyt parlamentarne odzywki oraz gesty. W Lilce ta komitywa wywoływała niekiedy czułość i wzruszenie, lecz częściej zgrzytanie zębów i gwałtowną chęć dokonania mordu na przyjaciółce.

Obok elfa stał futrzasty, bury i pręgowany zwierz o imieniu Eastwood. Jego bagaż genetyczny łączył w sobie zarówno cechy kota, jak i żbika ze znaczną przewagą tego drugiego, przynajmniej w zakresie powierzchowności. Sięgał dziewczynce niemal do pasa i chodził za nią jak pies. W przeszłości doświadczył traumy, która sprawiła, że stracił jedną z tylnych łap oraz zaufanie do ludzi. Z ciężkich obrażeń wylizał się dzięki uporowi Apolonii Jezierskiej i przychodni weterynaryjnej jej przybranego wnuka. Z niewiadomych przyczyn Eastwood wyłączył z kręgu osób obdarzanych wrogą pogardą jedynie Nelę. Przyjaźnili się od blisko roku, czym wzbudzali zazdrość pozostałych domowników. Teraz zgodnie omietli pokój wzrokiem, po czym pięciolatka ruszyła raźno do przodu, zostawiając pupila w tyle. Podciągnęła się na tapczan i wprost z niego przeszła na kolana Śliwy. Wepchnęła głowę przed kamerę.

– Cześć, wujek.

– O, cześć, Nela – ucieszył się szczerze Wodniak, bo rozmowa z narzeczoną brnęła w wybitnie niewygodne rejony.

– Nagadaliście się? Nagadaliście, bo mama prosiła, żeby ciocia przyszła na-tych-mias-to-wo i powiedziała łaskawie, gdzie wetknęła brazylię.

– Co wetknęła? – zdziwił się Adam.

– Brazylię. To taka zielona przyprawa, nie wiesz? Na kolację jemy dziś zapiekanki, a ser bez brazylii smakuje jak srajtaśma. Tak mówi ciocia.

– Bez bazylii. Brazylia to taki kraj – poprawił ją, usiłując zachować powagę.

– Nieprawda. Chyba wiem, co jest potrzebne do zapiekanek. Znam się na tym. A ty się nie znasz, bo pojechałeś na mrozidupny koniec świata. Tak mówi…

– Ciocia, tak wiem – wszedł jej w słowo.

– No właśnie. Za to możesz zagrać ze mną w chińczyka. Zagrasz?

– Zagram.

– To bierz swoją kostkę.

Posłuchał chętnie, a pięciolatka rozlokowała na biurku przed laptopem planszę i ustawiła dwa pionki na stanowisku z napisem „Start”. Żbik przysiadł w kącie i udając, że nie obchodzi go to, co się dzieje w pokoju, w skupieniu wgapiał się we wzór na tapecie. Dziwne kropki na kremowym tle wyglądały jak muchy. Drażniły go, więc rozważał, czy warto pacnąć je łapą.

– Wolisz być białym czy niebieskim? – spytała dziewczynka i od razu zastrzegła: – Ja wybieram niebieski.

– To dla mnie zostaje biały jak śnieg – odparł Adam i próbował wyłowić twarz narzeczonej zza okrągłej roześmianej buzi ozdobionej mnóstwem kolorowych spinek i dwiema kitkami związanymi z cienkich płowych włosów.

Kinga wychyliła się, cmoknęła do niego w powietrzu i ułożyła z palców kształt serca. Lewarek puścił do niej oko. Uniosła Nelę pod pachy, wstała z krzesła, posadziła dziewczynkę z powrotem i powiedziała, ubierając głos w wyjątkowo niską barwę, która z pewnością nie była skierowana do dziecka:

– Ograj wujka, a ja znajdę mamie tę brazylię i pójdę pod prysznic. Długi, gorący, z dużą ilością śliskiego mydła i piany. Potem wysmaruję się balsamem od stóp do głów.

– Żeby mieć gładką skórę? – upewniła się mała, przesuwając swój pionek o sześć pól do przodu, choć na kostce po pierwszym rzucie widniało tylko pięć oczek.

Ręka jej nawet nie drgnęła, a twarz pozostała pokerowa.

– Gładką i miękką – potwierdziła mściwie ciotka i zwiała na parter, nieco zbyt mocno trzaskając drzwiami.

Eastwood skomentował to niechętnym prychnięciem, po czym nie wytrzymał i bezszelestnie zaatakował te wredne czarne kropki na tapecie.

Adam pokornie przyjął cios i rzucił swoją kostką. Ech, jeden. Nela uśmiechnęła się triumfalnie i przestawiła biały pionek na planszy.

– Kiedy wrócę do kraju, to się z nią policzę – wymamrotał bezgłośnie polarnik. – Odpowie mi za każdy taki numer.

Nie miał na myśli Neli. Na jej kostce, tym razem całkiem uczciwie, wypadło sześć.

3.

Tobiasz Podkrólewicz był spokojnym człowiekiem, który sporo w życiu przeszedł i dawno przestał oczekiwać fajerwerków i cudów. Skończył trzydzieści siedem lat i zdążył posiwieć na brodzie pojedynczymi pasmami wybijającymi się pośród zarostu, a mimo to latami się nie golił. W jego ciemnej czuprynie, o dziwo, próżno było szukać srebrnych nitek, za to nosił ją zwykle nieco przydługą, tak że zakrywała uszy i zahaczała o kołnierze koszul i marynarek. Brwi miał wyjątkowo obfite, krzaczaste, uparcie zrastające się nad nosem. Co jakiś czas przycinał całą szczecinę, by nie wyglądać jak jaskiniowiec, i przez kilka tygodni wydawał się znacznie młodszy i przystojniejszy, dopóki znowu nie zarósł. Poza tym twarz miał przeciętną, choć nieszpetną, wzrost średni i zadbaną sylwetkę świadczącą o zamiłowaniu do wysiłku fizycznego, bez skłonności atletycznych.

Zajmował mniejszą część domu przy ulicy Małachowskiego, sąsiadując z Lilianną. Na wspólnym ganku znajdowało się dwoje drzwi: te na prawo prowadziły do mieszkania, które Grodzka odziedziczyła po ciotecznej babci Apolonii, a te po lewej starsza pani oddała w użytkowanie Tobiaszowi, którego przywykła traktować od dziecka jak wnuka, choć formalnie nie łączyły ich żadne więzy krwi. Wychował się tu i po prostu się zżyli.

Na parterze Podkrólewicz urządził gabinet, w którym leczył osiedlowe psy, koty, kanarki i chomiki, włącznie ze żbikiem Neli. Z poczekalni wiodły wąskie schody na piętro, na którym weterynarz urządził swoje kawalerskie lokum – przestronny salon z aneksem kuchennym i oddzielonym niską ścianką kącikiem sypialnym. Do tego spora łazienka z dużą wanną, pralko-suszarką i podwieszonym nad nią głośnikiem. Tobiasz lubił relaksować się w kąpieli przy dobrej muzyce. Uważał, że to pomieszczenie ma doskonałą akustykę, a ponieważ mieszkał sam, więc miał prawo do takich ekstrawagancji. Nikomu nie przeszkadzało, gdy godzinami siedział w wodzie, dolewając gorącej, gdy stygła, i wyśpiewując wraz z Wiesławem Michnikowskim: „Już kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian”. Tak, gust muzyczny też miał nietypowy jak na swój wiek, ale prawdę mówiąc, nie przejmował się dokumentnie, co inni o nim myślą. Uwielbiał Kabaret Starszych Panów i nie uważał tego za cechę, której powinien się wstydzić.

Deszczowy sobotni świt z wolna przekształcał się w senne niżowe przedpołudnie, już bez opadów. Tego dnia na dole urzędował Michał – zatrudniony na pół etatu asystował przy poważniejszych zabiegach i nieco odciążał właściciela gabinetu, skracając jego tydzień pracy do komfortowych pięciu dni w tygodniu.

Podkrólewicz, korzystając z wolnego weekendu, stał przy komodzie pod oknem nago, z wilgotnymi włosami, bez ruchu, jak zaklęty w kamień, z miną umęczonego herosa. Rękę przewiesił przez opartą na sztorc o ów mebel deskę do prasowania, na której piętrzył się stos koszul. Zapomniany i wzgardzony ręcznik zsunął mu się z ramienia i ścielił się u jego stóp. Mężczyzna wyglądał jak uosobienie starożytnej rzeźby Heraklesa Farnezyjskiego, a raczej wyglądałby, gdyby nieco częściej chodził na siłownię i nie trzymał w ręce całkowicie współczesnej ramki ze zdjęciem.

Zawiesił wzrok na widniejącym po drugiej stronie ulicy silnie zadrzewionym parku Trzeciego Maja. Szeroką alejką wolno biegła wysportowana zgrabna dziewczyna. Mogła mieć ze dwadzieścia lat, a jeśli nawet nieco więcej, to i tak była zdecydowanie młodsza od Tobiasza. Młodsza, ładniejsza i z pewnością mądrzejsza. To ostatnie wydało mu się oczywiste, gdy zauważył, że z nosem tuż przy jej nodze truchta krok w krok kremowy golden retriever, doskonały przedstawiciel swej rasy, imponującej urody i zapewne także inteligencji, biorąc pod uwagę jego zachowanie podczas joggingu. Biegaczka co jakiś czas przystawała, by wykonać kilka energicznych ćwiczeń gimnastycznych, a jej pupil natychmiast przysiadał i przeczekiwał przystanek spokojny niczym sfinks. Żadne tam latanie po krzakach, merdanie ogonem do mijających go ludzi czy obwąchiwanie tyłków obcym psom. Chromolił niskie rozrywki. Dziewczyny, która wybrała tak niezwykłego pupila i w dodatku potrafiła go doskonale ułożyć, nie można uznać za idiotkę.

Weterynarz westchnął ni to z zazdrością, ni to z zachwytem. Zdecydowanie powinien sprawić sobie psa. Towarzysz z gatunku Canis familiaris stanowiłby idealne wypełnienie jego potrzeb towarzyskich. Od zawsze marzył o takim przyjacielu, lecz nigdy nie miał na to szans. Babcia Pola wprawdzie kochała wszystkie zwierzęta, ale koty miały u niej bezwzględne pierwszeństwo, a gdzie stado Felis catus Poli Jezierskiej, tam szczekający kompan nie miał czego szukać. Tymczasem Apolonia nie żyła już od roku, a jej przybrany wnuk dopiero tego ranka wpadł na pomysł, żeby wreszcie dać upust swoim pragnieniom z dzieciństwa. Miałby przynajmniej stałego partnera do joggingu. Jak widać za oknem, taka opcja się sprawdza. Starał się truchtać co najmniej trzy razy w tygodniu po minimum pięć kilometrów, słuchając przy tej okazji muzyki albo zwyczajnie oddając się rozmyślaniom, bo jego kumple preferowali inne formy ruchu. Z rzadka tylko spotykał się z Wojtkiem Rawickim, choć ten coraz częściej wykręcał się brakiem czasu. Miał od groma zajęć, znacznie bardziej absorbujących od krążenia po parku z zarośniętym jak małpa weterynarzem.

Kilka razy, jeszcze latem, Podkrólewicz próbował namówić Lilkę na serię rundek po alejkach, ale kończyło się to totalnym fiaskiem. Twierdziła, że takie dreptanie bez celu to koszmarna nuda, a przy Neli musi się tyle nabiegać, że ma tej rozrywki aż nadto. Nie potrafił ukryć rozczarowania. Kiedyś wymsknęło mu się, że Joanna uwielbiała jogging, i wówczas atmosfera zmieniła się w absolutny kwas. Tego dnia rozstali się w obustronnym poczuciu porażki z wrażeniem, że wspólny tandem raczej nie dowiezie ich w żadne strategiczne życiowo miejsce. Z Joanną nigdy mu się to nie zdarzało.

No właśnie, Joanna…

Odkleił wzrok od okna i spojrzał na zdjęcie. Smukła, ładna i bardzo młoda dziewczyna o jasnych kręconych włosach, upiętych w luźny kok opadający na plecy, stała nad morzem, przy wysokim kredowym klifie, trzymając na wyciągniętych, otwartych dłoniach kolorowe kamyki i muszle. Śmiała się, a promienie słońca ześlizgiwały się po jej opalonej na kolor dojrzałej brzoskwini skórze. Miała na sobie szorty i koszulkę na wąskich ramiączkach, a na nogach porządne traperskie buty, dzięki którym nie groziło jej skręcenie kostki, bo plaża stanowiła istne wysypisko kamieni.

Podkrólewicz pamiętał, kiedy zrobił to zdjęcie. Wybrali się na wycieczkę po Rugii i utknęli w parku narodowym Jasmund, oszołomieni urodą tamtejszego wybrzeża. Chwilę wcześniej się oświadczył. Na palcu dziewczyny tkwił skromny pierścionek zakupiony ze studenckiego stypendium. Szkoda, że go nie widać na fotografii. Już nigdy nikt go nie zobaczy. Pochowali ten kawałek złota razem z nią. Pół roku przed ich zaplanowanym ślubem naćpany do granic możliwości kierowca dacii logan postanowił, że wciśnie gaz do dechy; w środku miasta, nie bacząc na pasy, po których dziewczyna szła przywitać się z narzeczonym. Tobiasz czekał po drugiej stronie jezdni i wszystko widział jak na dłoni. Dla pieszych świeciło się zielone światło, padał śnieg, Joanna niosła duży karton z capricciosą na podwójnym cieście, którą planowali zjeść na kolację. Uderzenie wybiło karton w górę tak, że poszybował wprost na pośniegowe błoto przy krawężniku. Joanna nie zdążyła zostać żoną Tobiasza. Do dziś się wzdrygał, gdy ktoś proponował mu pizzę, choć od tamtych zdarzeń właśnie mijało trzynaście lat.

Odstawił zdjęcie na miejsce. Nie czuł już tego rozdzierającego bólu, który pozbawiał siły do życia, tak jak kiedyś. Nie ogarniała go chęć, by wyć, tłuc głową w ścianę lub wybiec na ulicę i walić pięściami w każdego, kto się nawinie. Nie roztrząsał bez końca niesprawiedliwości, z jaką wiatr wiał mu w oczy, bo nie dość, że nie miał ojca i matki, to jeszcze odeszła Joanna. Czasem tylko coś nagle budziło w nim wspomnienia i wywoływało może nawet nie smutek, a zwykłe ciepłe rozrzewnienie. Był pewien, że odchorował już tę stratę, choć poza krótkim i nieudanym małżeństwem z Brygidą nie zdołał związać się na stałe z żadną kobietą. Nawet nie miał na to ochoty i nie rozważał takiej możliwości do czasu, gdy poznał Lilkę. Teraz wciąż nie był przekonany, czy tego chce, choć kilka razy wyświetliła mu się w głowie mglista wizja rodziny.

Powkładał do zmywarki naczynia po śniadaniu, założył lekki sportowy strój i zbiegł po schodach. Zajrzał do Michała, podrapał za uchem jamnika przerażonego perspektywą szczepienia przeciw wściekliźnie i skinął na powitanie głową facetowi, który z nim przyszedł. Narzucił kurtkę, sprawdził, czy ma w kieszeni telefon i klucze, po czym wyszedł na ganek. Powietrze przesycała wilgoć i pachniało raczej końcem października niż początkiem grudnia. Jedynie nagie gałęzie drzew przypominały swą surowością, że etap złotej polskiej jesieni się zakończył. Temperatura sięgała niemal dziesięciu stopni i uparcie sprzeczała się z kalendarzem. W kałużach utrzymujących się od porannego deszczu odbijały się blade promienie słońca.

– Dzień dobry, panie Tobiaszku. – Zza płotu dobiegł chrapliwy głos. – Pan się nie gniewa, co? Pan mi daruje.

Nad ogrodzeniem ukazała się wściekle czerwona czapka z napisem „Widzew 1910” i równie czerwony nos. Na widok starego wychudzonego kloszarda w znoszonych łachach, o rysach twarzy naznaczonych wieloletnim pijaństwem, Podkrólewicz przewrócił oczami i mimowolnie się skrzywił. Dlaczego akurat dziś? Nie był przekonany, czy ma ochotę na spotkanie z kimkolwiek, a szczególnie z tą parodią kibica. Wprawdzie to nie te czasy, kiedy kolejne rocznice śmierci Joanny spędzał nawalony w sztok, jednak humor mu zbytnio nie dopisywał i odczuwał mniejszą odporność na kłopotliwych gości. Mimo to zebrał się w sobie, by nie brzmieć opryskliwie.

– Panie Władziu, pan sam powinien się na siebie gniewać. Tym, co pan nawywijał, największą krzywdę zrobił pan sobie – oznajmił, wyłuskując z siebie deficytowe pokłady cierpliwości i empatii.

Wolnym krokiem ruszył do furtki przekonany, że chwilowo może zapomnieć o bieganiu po parku. Tego nieszczęśnika należało zdrowo obsztorcować. Babcia Pola pomagała mu latami, ale zawsze wytykała każdy ciąg, w który wpadał, i odmawiała wsparcia, gdy pojawiał się pod jej domem nietrzeźwy. We wnuku zdążyła zaszczepić identyczną postawę wobec obszarpańca.

– Niby tak. Po prawdzie to mi wstyd. Mam słabą wolę. Dobrze wiem, że tyćko nabroiłem i wywołałem takie tam… pierepałki.

– Tia, drobniusieńkie – sarknął weterynarz.

– No… chyba… Te trzy sasanki pewnie się zbiesiły na pijaka.

– Sasanki?