Na przełęczy - Stanisław Witkiewicz - ebook
Opis

Na przełęczy” autorstwa Stanisława Witkiewicza to książka, która jest poświęcona Tatrom oraz życiu mieszkających tam górali.

 

Autor książki będąc na wakacjach właśnie w Tatrach postanowił opisać swoją wycieczkę po nich oraz  relacje z góralami. Zabierze on Nas również przez Przełęcz Mięguszowiecką wprost do Morskiego Oka.

 

Stanisław Witkiewicz jest tak bardzo zafascynowany widokiem gór, że widzi je wzrokiem zarówno turysty jak i malarza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stanisław Witkiewicz
Na przełęczy

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok

Stanisław Witkiewicz „Na przełęczy”

Copyright © by Stanisław Witkiewicz, 1891

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2017

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Kamil Skitek

Projekt okładki: Kamil Skitek

Zdjęcie okładki: ©Public Domain 

Druk: Wł. L. Anczyc i Sp.

Wydawnictwo: Gebethner i Wolff,

Warszawa, 1891

ISBN: 978-83-8119-124-1

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

I.

 Był upał. Słońce popołudniowe topiło się w białym blasku, zalewając pożogą promieni drżących, srebrno-szarych, połamane dachy i strzeliste szczyty wież, których cienie roztaczały się po ścianach domów, kładły się długiemi plamami po obszarach placów lub sięgały w głąb wązkich ulic.

 W pustym rynku drzemało parę dorożkarskich koni i z rzadka przemykał się jasny parasol, z pod którego wyzierały nogi, lub spódnice i wlokąca się za niemi plamka cienia.

 Na linii A — B, po której zwykle przechadza się, zezując „pod Barany“, opinia publiczna Krakowa, dziś przesuwały się za słońcem tylko cienie latarni gazowych.

 Nie było widać ani ładnych lub pięknie ubranych kobiet; ani cienkonogich lejtantów piechoty, obciągających wązkie kurtki, ani ułańskich poruczników kokietujących złotym ogonkiem swoich dołmanów.

 Przed rozpalonem do wściekłości słońcem uciekli przyszli ministrowie i aspiranci do prezydyalnego fotelu, politycy wszelkich stronnictw... i członkowie niezliczonych komisyj, podkomisyj, komitetów i „ankiet”. Cała ta „stolica bez mieszkańców”, która na tym wązkim skrawku asfaltu daje sobie rendez-vous i warczy wszystkiemi przeciwieństwami ambicyi, — cała ta stolica dyszała teraz pod okurzonemi kasztanami plantacyj, kryła się po kawiarniach, we wnętrzu tych ciemnych i ponurych domów, lub po tych „ubikacyach”, które tu w Krakowie nazywają pałacami.

 Rzadcy przechodnie, byli to przejezdni kręcący się około bud wekslarskich, kupujący na wagę złota „reńskie”, lub stojący w miejscu z zadartemi głowami, przysłaniający oczy przed blaskiem słońca i zdający się liczyć kamienie i cegły w ścianach starych murów.

 Światło, to życie architektury.

 Poczerniała cegła, inkrustowana blokami szarego piaskowca, poobijane gzemsy, połamane dachówki, pozieleniała miedź dachów, oblizane przez wiekowe deszcze ornamenta, dziury po rusztowaniach, — cała ta malownicza łatanina ścian upstrzonych czarnemi otworami okien, białemi plamami wapna, szarzejącemi się kamieniami grobowców napół zatartych, figur poobtłukanych, maszkaronów przedrzeźniających się, — cała ta różnorodność stylów potrącających się obok siebie, pod skwarnemi promieniami słońca, żyła, drżała, mieniła się mnóstwem barw nikłych, przeciwstawnością silnych świateł i cieniów, i zdawała się chlubić zmarszczkami i rysami, w których wypisały się jej dzieje.

 Wieże Maryackie, owiane opalową mgłą światła, wznosiły się lekko na tle szarego nieba, na którem migotała pozłota ich koron.

 Długie, błękitnawe cienie ciągnęły się od stóp ich, ześlizgiwały się po ścianach domu „pod Murzynami”, czepiały się jego gzemsów, nakrywały dachy i ginęły w ulicy Floryańskiej.

 W górze, około murów, stado kawek uganiało się za jastrzębiem. Z wrzaskiem pełnym niepokoju, wzbijały się czarną chmurką mżących się skrzydeł, wśród których jak błyskawica śmigały jasne skrzydła drapieżcy.

 Wieża ta żyje. Patrzy czarnemi okienkami na stare miasto, i kiedy niekiedy dźwiękiem hejnałów mówi: „Jestem i czuwam”.

* * *

 Człowiek zaprzątnięty jedną myślą, pochłonięty przez jedno uczucie, doznaje tylko ciasnych i bardzo względnych wrażeń od rzeczy i zjawisk, i nie jest w stanie nawet w przybliżeniu ocenić ich rzeczywistej wartości.

 Kiedym, przed kilkunastu laty, był po raz pierwszy w Krakowie, wracałem z dalekiego Wschodu aż do ujść[1]

 Mało mnie wtedy obchodziły rachunki z przeszłością — zbrodnie i cnoty leżące pod wiekowym kamieniem grobu, — to wszystko, co było, i to, co z tej przeszłości zostało w kamienej ruinie. Nie dbałem też o tej ruiny malowniczość i piękno...

 Przedewszystkiem chciałem wiedzieć, czy żyją i jak żyją ludzie dzisiejsi?

 Właśnie sejm przeszedł do porządku dziennego nad wnioskiem posła Chrzanowskiego o oświacie ludowej, — do porządku, na którym sprawa propinacyi i dzikiego ptactwa.

Bądź jak sejm czteroletni, — rzekł poseł Chrzanowski

Do sejmu, przedstawiając o oświacie wnioski.

Więc sejm, aby wypełnić co mówca doń prawił,

Jak czteroletni chłopczyk ptaszkami się bawił, —

pisał w owym czasie Szczutek...

 Wyjechałem tedy z Krakowa w przekonaniu, że Sukiennice są śmierdzącą kupą gruzów; kościół Maryacki wątpliwej wartości gotykiem, zawalonym wstrętnymi ołtarzami z czerwonego marmuru; a Wawel, tylko brudnemi koszarami, w których rozlega się rechts i links c.k. feldfeblów, odbijające się echem aż o trumny stojące w podziemiach...

 Wiele krwi i wody upłynęło od tego czasu, i wiele się rzeczy i ludzi zmieniło. Nawet te stare mury odmłodzono — tylko ze stropu letniego dziś, jak dawniej, spływa morze jasnych, gorących blasków.

* * *

 Rozpylone w przeźroczu z promieni, kryły się olbrzymie kłęby chmur, na które staczało się słońce, i dotknąwszy o białą ich krawędź, rozprysło się długiemi smugami po niebie; jeszcze chwilę błyszczało trupiem światłem — i zginęło za szaro-błękitną ścianą.

 Po ulicach, placach i zaułkach porywały się wiry powietrzne, miecąc śmieciem, skrawkami papieru i źdźbłami słony.

 Ciemniało. W głębi chmury migotała bez ustanku blada błyskawica.

 W końcu wielki słup kurzu przeleciał po rynku, uderzył o ściany domów i wzbił się ponad dachy, zmiatając razem ze śmieciem nielicznych przechodniów.

 Rdzawe chorągiewki na wieżach z chrzęstem i zgrzytem obracały się i trzęsły: źle przyczepione drzwi sklepów zamykały się z trzaskiem; doróżkarze nastawiali budy, a policyanci podnosili kołnierze paletotów.

 Ponad Kraków przyciągnęła burza, której warczenie, w miarę jak usypiało miasto, coraz wyraźniej rozlegało się w obszarach ciemnego nieba — pękającego co chwila białem światłem błyskawic.

 Do północy ulewa biła w szyby, głucho dudniły echa grzmotów, grad z szumem i świstem zasypywał białemi ziarnami ulice i dachy.

 Wyjeżdżając nazajutrz do Zakopanego, cieszyliśmy się, że w tej całodziennej podróży, będziemy używali świeżego i wymytego ulewą powietrza, zamiast duszenia się w rozpalonych wagonach lub kłębach kurzawy.

 Rzeczywiście, ranek był rzeźwy, czysty i jasny.

 Kraków opłókany z kurzu, wznosił ciemne sylwety wież, ponad zwijającemi się kłębami mgieł fioletowych, przerywanych gdzieniegdzie smugami seledynowego nieba lub słonecznego blasku.

 Na ulicach świeciły się białe sukmany chłopów, pstrzyły się jaskrawo czerwone chusty i spódnice kobiet. Żydzi, trzęsąc zwiniętemi w grajcarki pejsami, kręcili się jak rojowiska czarnych szczurów około drzwi sklepowych.

 W pobliżu Wawelu przesuwały się szeregi błękitnych mundurów, przerzniętych długą smugą rańców, połyskujących blaskami stali, napełniających ulice wrzaskiem sygnałowych trąbek i tupotem miarowych kroków.

 Zamek, z katedrą, blankami, wieżami, basztami zdawał się wyciosany z jednej bryły ciemnego granitu, która wielką plamą odbijała się w szklistej, porysowanej kręgami wirów powierzchni Wisły.

 W taki to ranek, obwiewani świeżym płynącym z pól wiatrem, czekaliśmy na pociąg kolei żelaznej podkarpackiej na Podgórzu.

 Mała stacyjka, wparta pomiędzy wzgórza, stojąca pod wylotami armat czerwonych ścian wznoszącego się ponad nią fortu, ledwie może zmieścić najmniej nawet licznych podróżnych. Tłomoki, kufry i kosze stoją w piasku i na nich siedzą ci, których nogi bolą od czekania stojący. A czekać trzeba długo, gdyż kolej ta chodzi dość fantastycznie, spóźnia się i okazuje mnóstwo względów dla opieszałych podróżników.

 Kiedyśmy już zliczyli wszystkie kity dziewanny, wszystkie kwiaty bławatków i maków, znudzili się oglądaniem olbrzymiego pieca wapiennego, który wygląda, jak baszta starego zamku, — nagle, powietrze rozdarło się przeraźliwym świstem, i z za pagórka wysunęły się kominy dwóch lokomotyw przechylonych na bok, jak koń w arenie cyrkowej.

 Długi szereg wozów wtacza się na stacyą, i w tejże chwili powstaje zamieszanie i popłoch. Kobiety biegają jak wystraszone kuropatwy, wspinają się na wysokie stopnie wagonów, dzieci piszczą, tłomoki rzucają się gwałtownie — bieganina, zamęt i gorączka całkiem zbyteczne wobec dobrodusznej cierpliwości pociągu.

 Nakoniec: Fertig! Gotów!

 Gwałtowne, lecz bezskuteczne szarpnięcie, — jeszcze raz... i ani z miejsca. Hop! siup! jeszcze mocniej, i wśród szyderstw i śmiechu potrącających się o ławki podróżnych, ruszamy zwolna, przy odgłosie astmatycznych oddechów lokomotyw, rzucających w górę białe, urywane kłęby pary.

 Jak wszędzie u nas, tak i tutaj lud mało jeździ kolejami. We wszystkich za to wagonach, widać Żydów wszelkiego gatunku. Od kosmopolitycznych, ostrzyżonych i wygolonych typów giełdowych, drzemiących na poduszkach klasy pierwszej, do połyskujących czarnym atłasem chałatów, świecących pończochami, zdobnych w pejsy i czapki nastrzępione ogonkami tchórzy czy kun, Żydów czystej krwi, wyglądających z okien klasy trzeciej.

 Spora garść podróżnych, jadących do rozmaitych karpackich stacyj klimatycznych, po większej części odbywających tę drogę poraz pierwszy, wisi ciągle u okien, szuka gór z jednej lub drugiej strony toru kolejowego, i wybuchami podziwu i zapału wita nawet skały na Podgórzu, — pierwsze skały, jakie w życiu widzi.

 Droga odrazu zaczyna się wić, jak wąż chcący się ugryźć w ogon, — skręca się i rozkręca, wznosi się i opada wśród biegnących na prawo i lewo wzgórz i jarów, — a ciągle w górę i zawsze z tym samym trudem ruszając ze stacyi.

 Podróżny, jadący z północo-wschodu, przywykły do naszych bufetów stacyjnych, pełnych rozmaitych zakąsek, ostawionych mnóstwem butelek, ozdobionych kwiatami lub gipsowemi figurami Danta, spoglądającego smutnie na kanapki z serem, albo Michała Anioła odwracającego się dumnie od śledzia w garniturze, — podróżny taki, dozna tu wielkiego zawodu, licząc na uprzejmość kolejowych restauracyj.

 Antałek piwa, herbata z kotlika, parę kawałków chleba z szynką, kilka pierników; bardzo licha wódka, — tak licha, że nawet krakowskie „Starka żmudzka, Demetrykow à Kowna“, lub „Litewka, Kunderewicz à Vilna“, wydałyby się przy niej specyałem, — oto wszystko, nie licząc cienkiego wina i przedhistorycznych zrazów lub combrów, pochodzących od niewiadomo jakich zwierząt.

 Lecz mniejsza o to! Jedziemy dalej.

 Koło Kalwaryi Zebrzydowskiej bieg kolei staje się tak krętym, że z tego przejazdu zostaje wspomnienie jakiegoś snu błędnego i bajecznego.

 Klasztor i całe mnóstwo kaplic, kapliczek i kościółków tańczą wokoło, a stercząca z czarnego lasu, jak ząb spróchniały, ruina Lanckorońskiego zamku, razem z górą, zabiega nam drogę, ucieka z prawej lub lewej strony, zostaje z tyłu i znowu pędzi przed nami.

 Na stokach wzgórz sosna z pod ciemnej kopuły igliwia wygina żółte nagie gałęzie; czernieją świerki; buk wyciąga białe i pokręcone ramiona trzymające pęki jaskrawo-zielonego liścia. Wsie kryją się w jarach, chaty tulą się do ścian parowów, czepiają się pochyłych brzeżków i zwisają nad bielącemi się w dolinach potokami.

 Góry, wśród których wije się tor kolei, raz rozbiegają się zdala od niego, otwierając dalsze widnokręgi, to znowu zbliżając, się, zacieśniają dolinę, której dnem pędzi dygocący zdyszany pociąg i połyskująca wśród kamieni i zarośli rzeka.

 Ktoś z jadących mówi: — „Babia góra!“ — wszyscy rzucają się do okien, i widzą jakąś mieszaninę chmur, podartych smugami deszczu, z siniejącą pod niemi podstawą szerokiego kopca.

 Pociąg idzie coraz prędzej.

 W Suchej potrącamy o liście wspaniałej alei z kasztanów, i prawie ocieramy się o mury wielkiego, jasnego pałacu, patrzącego na nas dwoma piętrami łukowatych galeryj, biegnących dokoła dziedzińca.

 Przypomina to tendencyjne powieści z przed lat kilkunastu, w których mężny i poetyczny inżynier przyjeżdżał na lokomotywie przez sam środek łóżka dumnego hrabiego lub księcia i... oświadczał się o rękę jego córki.

 — „Chabówka! Drei Minuten! Trzy minuty!“ — woła konduktor, urywając ostatnie sylaby i otwierając drzwiczki wagonów.

 Ledwie uspokoiły się ostatnie drgania wstrzymanych nagle osi i ucichł zgrzyt buforów i łańcuchów, już z całego pociągu zaczęły się sypać kosze koszyki, kobiałki, troczki, paczki, poduszki, kufry — dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszystko to jest w tejże chwili otoczone przez białe postacie furmanów górali.

 Uśmiechają się oni uprzejmie, witają jak dawni znajomi, przypominają sobie nazwiska, lub udają, że znają naszych przyjaciół.

 Wszystko jedno. Każdy potrzebuje furmana, i po chwili zaczynają latać gorączkowo, dźwigać kufry i kosze, — śmigając białemi łydkami przeskakiwać po relsach, biegać po peronie i ginąć razem z tłomokami w głębi ciemnego przejścia.

 Zamęt, warchoł i krzyki, w których można odróżnić wszystkie akcenta od Dniepru po Wartę.

 — Kochanieńki! — Ci wiesz! — patrzajzeż... — mieszają się z góralskiem: Hań! Dy tu nie prec! Hej! — Co kciałek pedzieć?

 Dzieci uspakajane od Krakowa do Chabówki, przez pięć godzin, obietnicą widzenia górali, nie posiadają się z radości, tupią nóżkami i wołają wśród śmiechu: — „Mamo! mamo! góral!“

 Na stronie dwóch urzędników kolejowych wtórowało ogólnemu gwarowi głośną rozmową:

 — Ich kann ja nicht, panie dobrodzieju, eine Vorrats Maschine, panie dobrodzieju! — wołał niski i krępy blondyn, grzebiąc energicznie nogą w piasku.

 — Ja wohl, panie dobrodzieju, — odpowiadał na to wysoki, poważny i melancholijny brunet z długą, szpakowatą brodą.

 Zdaje się, że panowie ci zdołali w sposób wspaniały i oryginalny pogodzić „zdrowy postęp z tradycyą...“

 Po drugiej stronie stacyi dwu i jednokonne wozy tłoczą się, jak stado ptaków, tulących do siebie duże, białe grzbiety ociągnięte płótnem. Pod nie wciska się właśnie cały ładunek rzeczy i ludzi wyrzuconych przez pociąg, który, odprawiwszy skomplikowany ceremoniał przepisanych sygnałów, ruszył dalej, wijąc się podnóżami Karpat.

 — A rzeczy gdzie? — pyta podróżny, wsiadając do wozu.

 — A dy, na zadku! — odpowiada góral, wskazując, wyzierające z pod słomy, kute rogi kufra.

 — Dobrze!

 Wozy połknęły wszystko, i, ociężałe, kolejno odrywają się od stada, wyciągają się długim szeregiem, jak klucz żurawi, i zaczynają wznosić się ku szczytowi Obidowej.

 Droga kręci się w zakosy białą smugą, obrzeżoną ciemnemi stokami pastwisk, lasów i pasami pól kolorowych.

 Za każdym zakrętem jesteśmy coraz wyżej — widnokrąg rozszerza się w dal i rosną przestrzenie powietrznej kopuły.

 Na prawo ogromna opona mgieł, z której jak kądziel zwisają strugi deszczu oświecone słońcem, — spodem ciemnieje cały jakiś kraj wielki, sięgający w strzępiastą gąszcz chmury — to Babia-góra.

 Patrzymy z wysokości w dna dolin, jak ptaki wiszące na skrzydłach. Szerokie kopce świecą jałowemi płatami żwirów, doliny zielenieją łąkami, wsie i pojedyńcze chaty ciągną się jak szeregi ciemnych grzybów, otoczone szachownicą pól, wrzynających się w czarno-błękitne plamy lasów.

 Chwilami zdaje się, że oglądamy plan rysowany przez geometrę i rozłożony na olbrzymim stole.

 Kosmyki mgieł białych wstają jak widma z pośród czarnych świerków, przesuwają się cicho i wolno, to znów porywane jakiemiś prądami powietrza, wiją się, ulatują i rozpływają bez śladu.

 Widok tego powstawania chmur, niebo zamglone, lub świecące bladem, jak przez muślinowe firanki przesianem słońcem, a nadewszystko ten deszcz na Babiej — zaczynają nas niepokoić.

 — A będzie tam pogoda?

 — O! bedzie, jak Pan Bóg da, bedzie! — odpowiada furman, i dalej prowadzi rozmowę z końmi:

 — Wiśt! Wiśt! lub: Hejt! Hejt!

 — Czy do Obidowej daleko?

 — Nie prec! Nie prec!

 Lecz to „nie prec“, ciągnie się długo. Szczyt góry, zkąd mamy ujrzeć całe pasmo Tatr, ucieka coraz wyżej i dalej, za każdym zakosem zastawiając drogę nowem wzgórzem, które wydaje się ostatniem, a jest tylko jednem więcej.

 Podróżni wysiadają z wozów i oglądają górala, jak Chińczyk Europejczyka, — on zaś, jak człowiek dobrze wychowany, traktuje siebie lekko i drwi.

 — To brzyćka ta góralska moda! — mówi, uderzając po zatłuszczonym serdaku.

 Konie potrząsając ogromnemi kółkami mosiężnemi, wiszącemi u ćwierćłokciowej szerokości rzemieni, idą same, strzygąc uszami i nasłuchując, kiedy rozlegnie się: Wiśt! czy Hejt!

 Mijamy stary kościółek, samotny, krzywy, ocieniony wielkiemi lipami; góral pokazuje kawałek otłuczonej figury wmurowanej w ogrodzenie, i mówi, że to skamieniały zbójnik.

 Znów się dowiadujemy, że Obidowa — „Nie prec!“ — i jedziemy dalej.

 Wiatr chłodny przeciąga od północy, przed nami odkrywa się nowy widnokrąg, który dotąd zasłaniały wznoszące się piętrami wzgórza; powietrze i przestrzeń rozszerza się na wszystkie strony — jesteśmy na Obidowej!

 Z pod płócien wozu wychylają się głowy, z wypatrzonemi oczyma, z otwartemi ustami, z gotowym wyrazem podziwu...

 — Gdzież Tatry?

 — Hań! — mówi góral, wskazując biczyskiem na smugę błękitu, wznoszącą się z dna Nowotarskiej doliny.

 Nad nią ciągnie się równy wał chmur, spodem ciemnych, u góry jasnych, zmieszanych i skłębionych chaotycznie.

 Widzimy tylko bezmiar powietrza wypełniony blaskami, cieniami i nikłemi tonami barw białej i opalowej, przechodzącej w jasny fiolet i błękit. I oto wszystko!

 — A Zakopane?

 — Hań! — i biczysko zwraca się w stronę jakiejś szaro-błękitnej płachty, przyczepionej do spodu ciemnej chmury.

 — Cóż to? deszcz?

 — Zje ba bez niego nie bedzie!

 — To i nas zleje?

 — O ni! A dy płótno na budzie całe i nowe.

 Zjeżdżamy na dół — my, i nasze myśli!

 Zdaje się, żeśmy tam coś zgubili na tej Opidowej, że nas oszukano i okradziono.

 — Wiśt! Wiśt! Hejt! Hejt!

 Teraz już wszystko jedno! Krzycz sobie! Wiśt! czy Hejt! — Wiemy na pewno, że nas deszcz będzie polewał, i że nic już nie zobaczymy. Powietrze jest chłodne, chmury ciemnieją i zniżają się, a tam przed nami szara ściana ulewy, którą potrzeba przebyć, w której kryje się nieznany cel naszej podróży. Wciskamy się w głąb budy i jedziemy ponurzy, choć wóz będzi teraz wartko; — po niejakim czasie wtacza się na most, i w końcu zaczyna podskakiwać na bruku Nowego-Targu.

 — Cóż nas to może obchodzić!

 Konie jednak muszą wytchnąć.

 Duża, sklepiona izba w karczmie napełnia się gośćmi. Dzieci zaspane, budzą się ze zdziwieniem lub płaczem, w lustrach przeglądają się zmęczone twarze kobiet. Podróżni biorą się do kawy i piją ją, wodząc osłupiałemi oczyma po ścianach.

 Inni piją wino. Ktoś stawia szklankę, wstrząsa się, i krzywiąc usta, mówi: „Młode!“

 — Ale czyste! — dodaje jakiś ksiądz pod oknem, patrząc przez swoję szklankę na światło.

 Godzina koło szóstej, — na dworze szaro, deszcz wisi w powietrzu.

 Popędzamy górala, żeby jechać, i w końcu siedzimy znowu w budzie, którą furman opina szczelnie, gdyż jak mówi:

 — Zakiel wyjedziem z miasta, bedzie siąpić.

 — Wiśt! Hejt! i znowu wozy ustawiają się szeregiem i zaczynają się trząść po szosie.

 Zaraz za miasteczkiem bieleje mała kapliczka; nad jej drzwiami, drewniany, umalowany aniołek — tłusty, dobroduszny, z krótkiemi skrzydełkami, w czerwonej sukience, wznosi oczy w górę i rozkłada grube ręce, jak gdyby mówił: „Cóż ja na to poradzę?“ Rzeczywiście, nic tu już nikt nie poradzi, gdyż deszcz zaczyna padać.

 Krajobraz nie różni się niczem od każdego innego widoku krajów północnych, ubogich i płaskich.

 Zamiast gór — mgły i chmury.

 Od drogi ciągną się pasy pól, na prawo, opierając się o wzgórza puste i jałowe, na lewo, urywając się na brzegu kamienistego potoku. Ponad wszystkiem szara, coraz gęstsza przędza deszczu.

 Mokre już płótno budy przesiewa do wnętrza jakieś blade światło; przed sobą widzimy plecy furmana, czerwone płachty chomontów, końskie uszy i ciemniejące poprzez smugi deszczu drzewa i chałupy, a nad tem, obrysowane zagięciem budy, półkole ołowianego nieba.

 Deszcz coraz silniejszy, zimno. Wnętrze budy zapełnia się przesiąkłą przez płótno wilgocią, która osiada jak rosa na ubraniu, na włosach, paruje z rąk i twarzy. Końce płótna wstrząsane podskokami wozu, klapią wodą, obryzgującą nogi, ściekającą po rękach i wciskającą się pod siedzenia.

 Niektóre wozy stają. Podnoszą się zmokłe płachty, ktoś wysiada, poprawia sznurki przywiązujące płótno, a wewnątrz widać dzieci otulone, drzemiące na kolanach matek, które patrzą na nie z trwogą, a z nienawiścią i pogardą na budę rozmokłą, górala, deszcz i na całą zapewne tę rozpaczliwą podróż.

 Słychać złośliwe uwagi i narzekania.

 W innych wozach natomiast gwar i śmiechy, z pod płócien wydobywają się kłęby dymu, furman wywrócił serdak w sem do góry i śmieje się, przygryzując długie Virginia. Są to wozy kawalerskie.

 Mrok wieczorny zapada, zdwojony zniżającemi się chmurami, które zdają się muskać białe płachty wozów. Deszcz leje bez wytchnienia, równo, spokojnie i jednostajnie.

 Jedziemy milczący, zziębli, pokryci subtelną, wciskającą się wszędzie rosą.

 W całej drodze, w bliskości wsi, wybiegają małe dzieci z bukiecikami bławatków, i pędzą około wozów, milcząco z wyciągniętą po pieniądze ręką — z uporem i wytrwałością, której ani obojętność podróżnych, ani krzyki furmana nie są w stanie przełamać. Biegą tak całe wiorsty, zmęczone i zaczerwienione, dopóki czegoś nie dostaną.

 Coraz ciemniej, coraz zimniej i coraz wilgotniej. Przed nami błyska jakieś światło.

 — Zakopane?

 — O ni! — odpowiada furman, dodając jakąś nazwę, kończącą się na... ówki. Co zresztą nas niczego nie uczy i nic nie obchodzi.

 — A daleko jeszcze?

 — Nie prec! Nie prec!

Koniec Wersji Demonstracyjnej

[1] Tekst nieczytelny

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok