Na ciężkim kacu. Nowa Rosja Putina i duchy przeszłości - Shaun Walker - ebook

59 osób właśnie czyta

Opis

Główną osią książki są relacje z wydarzeń 2014 roku, który miał być powrotem Rosji do „narodów pierwszej kategorii”. Walker zawsze znajduje się w centrum wydarzeń: obserwuje z bliska propagandowe zabiegi Rosji podczas zimowej olimpiady w Soczi i znajduje się wśród demonstrantów podczas Euromajdanu w Kijowie. Zapuszcza się na front w Donbasie, gdzie rozmawia zarówno z ukraińskimi rebeliantami, jak i z byłymi rosyjskimi żołnierzami, którzy utrzymują, że przyjechali tu walczyć z ukraińskim faszyzmem. Relacjonuje także aneksję Krymu, przy czym nie kreśli czarno-białej wizji świata, według której Rosja jest zła, a Ukraina dobra. Siła książki polega na pokazaniu tych dwóch krajów i dwóch narodów w tragicznym zwarciu.
Walker snuje opowieść, w której historia i współczesność przeplatają się ze sobą niemal na każdym kroku. Łączy pogłębioną analizę polityczną najnowszych dziejów Rosji z historią jednostki. Rozmawia ze wszystkimi, którzy chcą z nim rozmawiać – ukraińskimi rebeliantami, rosyjskimi żołnierzami i zwykłymi, szarymi obywatelami, którzy każdego dnia mierzą się z ciężkim kacem mocarstwowej codzienności.
„Walker podróżował do odległych zakątków byłego Związku Radzieckiego i przeprowadził wywiady z ludźmi, których głosy są bardzo rzadko słyszane, szczególnie na Zachodzie. Autor musi być świetnym słuchaczem i uważnym przesłuchującym, aby zdobyć zaufanie wszystkich tych osób.”
Washington Post
„Na ciężkim kacu powinna być obowiązkową lekturą dla każdego polityka, który rozważa zaangażowanie w Moskwie lub na Ukrainie. To nie tylko najlepsza książka, jaką przeczytałem na temat Rosji Putina, ale ma też wielki oddźwięk w wieku Donalda Trumpa i Brexitu: nikt nie lubi, gdy mu się mówi, że jest przegrany, każdy potrzebuje czegoś, w co może uwierzyć.”
The Guardian
„W swym reportażu z Rosji i Ukrainy Shaun Walker nie tylko wykonał ciężką i niezbędną pracę, ale także, z niezwykłą historyczną i literacką wrażliwością, ukazuje co to znaczy, kiedy mocarstwo rezygnuje z własnej przyszłości i postanawia zamiast tego sprzedać swoją przeszłość.”
Timothy Snyder

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Long Hangover. Putin’s New Russia and the Ghosts of the Past

Copyright © Shaun Walker, 2018

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Gądek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Bogumił Twardowski

Redakcja: Barbara Borszewska

Korekta: Bartłomiej Szpojda GRAFOMAN, Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki i stron tytułowych: Grzegorz Kalisiak

Fotografia na okładce: Aleksandr Petrosyan

ISBN 978-83-66278-97-4

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Prolog

Październik 2014, Torez, kontrolowana przez rebeliantów wschodnia część Ukrainy

Od kilku dni w powietrzu czuć było jesienny chłód i nawet w przejętej przez rebeliantów siedzibie tajnej policji panował ziąb. Rumun zdawał się nie zwracać uwagi na niską temperaturę, najwyraźniej było mu ciepło w lekkiej kurtce wojskowej i jednej skórzanej rękawiczce bez palców. Zauważył jednak, że trzęsę się z zimna i oznajmił, że to nie do przyjęcia, że miejskie ogrzewanie jeszcze nie działa. Poprzedniego dnia, jak powiedział, był w elektrociepłowni i postawił ultimatum. Mają tydzień na doprowadzenie wszystkiego do porządku albo rozstrzela całe kierownictwo za sabotaż. Można by uznać, że Rumun straszy tak tylko na wyrost, gdyby nie fakt, że w minionych tygodniach przeprowadził dwie publiczne egzekucje. Niedawno jego ludzie przyłapali na szabrownictwie młodego, dwudziestoparoletniego chłopaka i skazali go na karę śmierci.

– Aż do ostatniej chwili myślał, że to żart – powiedział Rumun spowity kłębami dymu z papierosa trzymanego w pozbawionej rękawicy dłoni.

Młody mężczyzna został zabity strzałem w tył głowy pod sklepem, który okradał. Na ulicy zebrała się grupka miejscowych, którzy przyglądali się całej scenie.

Publiczne egzekucje, zaryzykowałem stwierdzenie, nie są raczej na porządku dziennym w Europie XXI wieku. Rumun wzruszył tylko ramionami.

– Nikt nie ma pretensji do chirurga, że wycina skalpelem guzy z ciała. To właśnie robimy tutaj z tym społeczeństwem.

Wbrew pozorom jest Rosjaninem. „Rumun” to tylko jego pozywnoj, pseudonim, który wybrał ze względu na to, że część jego rodziny ma rumuńskie korzenie. Wszyscy bojownicy, których poznałem podczas wojny we wschodniej Ukrainie, posługiwali się pseudonimami. Był więc Amper (były elektryk), Ramone (fan zespołu Ramones) i Mnich (nigdy nie zdradził swojej żony).

Ze swoimi śmiesznymi przezwiskami ci ludzie zdawali się niekiedy dużymi chłopcami bawiącymi się w wojnę, ale Rumun należał do najpoważniejszych spośród nich. Emanowała z niego siła, mówił szorstkim, urywanym, wojskowym tonem, graniczącym czasami z pogardą. Niemniej jednak nie ulegało wątpliwości, że lubił mieć publiczność. Kiedy już umówiliśmy się na wywiad, wielokrotnie narzekał, że nie ma czasu na pogaduszki z dziennikarzami. Ale gdy w końcu się ze mną spotkał, opowiadał o swoim lennie przez trzy godziny z małymi przerwami, rzucając co rusz literackimi i biblijnymi odniesieniami, od powieści Stendhala po tajemnicze strony internetowe pełne spiskowych teorii o Grupie Bilderburg. Wysoki, szczupły Rumun z krótko przyciętymi siwiejącymi włosami i starannie przystrzyżonymi wąsami, siedział u szczytu długiego stołu, popijał mocną herbatę i strzepywał popiół z papierosów do zardzewiałej puszki po tuńczyku. Ściany pomieszczenia były zupełnie gołe, nie licząc łuszczącej się jasnoniebieskiej farby.

W budynku mieściła się dawniej siedziba SBU, Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, w brudnym, górniczym miasteczku Torez. Obecnie znajdowała się tu mocno ufortyfikowana baza, którą kontrolowały wspierane przez Rosję bojówki Donieckiej Republiki Ludowej, bezprawnie powołanego do życia przed kilkoma miesiącami quasi-państwa.

Rumun, emerytowany oficer rosyjskiej armii, pełnił oficjalnie funkcję szefa kontrwywiadu przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Narodowego Donieckiej Republiki Ludowej. W praktyce dawało mu to prawo do działań w charakterze rzecznika samozwańczej straży obywatelskiej. Od czasu do czasu do środka wchodziła blondynka z dużymi złotymi kolczykami, wymyślnym manikiurem i podbitą sztucznym futerkiem kurtką wojskową, żeby podać Rumunowi jakieś papiery, skargi od mieszkańców związane z zagrabionym mieniem bądź inne zażalenia na niewłaściwe zachowania oddziałów rebelianckich.

Wśród nich znajdowała się między innymi sprawa miejscowego rolnika, któremu rebelianccy żołnierze zabrali jedyną krowę. Rumun aresztował kilku z nich za kradzież. Obie publiczne egzekucje za szabrownictwo są jak najbardziej usprawiedliwione, przekonywał, ponieważ tylko najpodlejsi ludzie okradają innych mieszkańców z resztek żywności, jakie zostały w mieście.

– Aby żyć zgodnie z zasadami Nowego Testamentu, najpierw musimy nauczyć się żyć zgodnie z prawem Starego Testamentu. Oko za oko. Jeśli ludzie zachowują się jak zwierzęta, będziemy ich traktować jak zwierzęta.

To była szósta wojna Rumuna. Zaciągnął się do armii tuż po radzieckiej inwazji na Afganistan. Służył jako oficer najpierw w Armii Czerwonej oraz w armii rosyjskiej, a później w jednostkach specjalnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie miałem jednak możliwości zweryfikowania jego słów, nie podał mi nawet swojego prawdziwego nazwiska. Choć wątpię, żeby kłamał.

Przeżywszy obie, pełne okrucieństw, krwi i błota wojny czeczeńskie w latach dziewięćdziesiątych, Rumun odszedł z armii. Próbował później sił w cywilnym biznesie i założył w Moskwie małą firmę budowlaną. Nie odniosła ona sukcesu i w efekcie Rumun sam zaczął szukać zatrudnienia na budowach, żeby zarobić na życie.

Nie tolerował korupcji, jego oczy zapalały się gniewem, gdy tylko poruszał ten temat, a zdarzało mu się to często. Gdyby mógł, rozstrzelałby wszystkich skorumpowanych urzędników. Józef Stalin miał rację, mówił, może i były wtedy represje, ale kraj rozwijał się, rozkwitał i o to właśnie chodziło.

– Gdy dajesz łapówkę, czujesz się jak gej. Jakby cię ktoś zgwałcił. Odrażający typ stoi przed tobą z chciwym spojrzeniem i wyciągniętą ręką. Obrzydlistwo. Gdy pracowałem w budownictwie, ani razu nikomu nie dałem w łapę. – Po chwili dodał w zamyśleniu: – Pewnie dlatego nigdy mi nie szło w interesach.

Rumun twierdził, że na wschodnią Ukrainę przybył z własnej inicjatywy. Nikt go tu nie przysyłał. Regularnie jednak składał nieoficjalne raporty starym znajomym z rosyjskich sił bezpieczeństwa w Moskwie, ale utrzymywał się tutaj z własnych skromnych oszczędności. Kilka miesięcy temu zobaczył w wiadomościach nagranie pokazujące pożar budynku związków zawodowych w Odessie, w którym spłonęła grupa prorosyjskich demonstrantów. Było to bez wątpienia tragiczne wydarzenie, ale w rosyjskiej telewizji urosło ono do rangi niemalże inspirowanego przez nazistów pogromu. Rumun uznał, że jedyne, co może zrobić, to samemu udać się do Doniecka. Podobnie jak rosyjscy patrioci zjednoczyli się, żeby pokonać nazistów podczas drugiej wojny światowej, perorował z ożywieniem, tak teraz znów nastał czas, by wystąpić wspólnie przeciwko współczesnym „ukraińskim faszystom” oraz ich mocodawcom z zachodnich stolic. W klapie nosił czarno-pomarańczową wstążkę św. Jerzego. Stanowi ona znak radzieckiego zwycięstwa w drugiej wojnie światowej, a w trwającej obecnie wojnie stała się symbolem donieckich separatystów.

Choć Rumun gardził korupcją panującą w Rosji Władimira Putina, to był zadowolony z tego, że w ciągu minionego roku prezydent, dokonując aneksji Krymu i udzielając wsparcia rebeliantom, „przynajmniej coś zrobił”, żeby odbudować prestiż kraju. Armia znów przechodziła reorganizację, ponownie zaczęły płynąć pieniądze na obronność. Może wkrótce Rosja na powrót stanie się krajem, który będzie napawał go dumą.

Droga, którą w ciągu ostatnich dwóch dekad przebył Rumun, stanowi ekstremalny przypadek postsowieckiego marazmu, z jakim zetknąłem się w Rosji i innych byłych republikach radzieckich, gdy przez wiele lat pracowałem jako korespondent najpierw „Independenta”, a potem „Guardiana”. Po upadku Związku Radzieckiego czuł się kompletnie zagubiony, ale teraz, gdy w trybie doraźnym wymierzał wyroki na froncie tej chaotycznej wojny, miał wrażenie, że znów odnalazł swój cel.

Jego obecność na Ukrainie oraz fakt, że dowodził bandą uzbrojonych, niesubordynowanych separatystów i zarządzał publiczne egzekucje, były ze wszech miar niezgodne z prawem. Ale Rumun wcale nie uważał, by przebywał poza granicami swojej ojczyzny. Krajem rodzinnym był dla niego Związek Radziecki. W tym kraju się urodził, składał w nim pierwszą przysięgę wojskową i ten kraj wciąż żył w jego sercu. Podziwiał górników i hutników ze wschodniej Ukrainy, „prostych, ciężko pracujących i wyróżniających się moralnie ludzi”, którzy sprawili, że poczuł się, jakby znów znalazł się w Związku Radzieckim.

Rumun opłakiwał kres Związku Radzieckiego, ale nie można powiedzieć, że tęsknił za jego wskrzeszeniem. Jego nostalgia wcale nie dotyczyła filozofii leninowskiej ani tego, jak się ludziom żyło przed pierestrojką Michaiła Gorbaczowa i upadkiem komunizmu. Tak naprawdę Rumun tęsknił za czymś znacznie bardziej fundamentalnym.

– Musimy odbudować kraj. Związek Radziecki, Imperium Rosyjskie, nazwa nie ma znaczenia. Pragnę wielkiej rosyjskiej idei dla rosyjskiego ludu, nie chcę, żeby Amerykanie uczyli nas, jak mamy żyć. Chcę silnego kraju, z którego będę mógł być dumny. Chcę życia, które znów będzie miało sens.

Część pierwsza

PORZĄDKOWANIE PRZESZŁOŚCI

I. Naród pierwszej kategorii

1

Stwierdzenie, że upadek Związku Radzieckiego kładzie się długim cieniem na późniejszych wydarzeniach w samej Rosji i innych byłych republikach radzieckich, to oczywistość. Nie ma nic zaskakującego w tym, że koniec całego systemu politycznego w sposób nieuchronny będzie oddziaływał na przyszłość danego obszaru, nie tylko przez kolejne lata, ale nawet przez pokolenia. Mam jednak wrażenie, że szczególne okoliczności rozpadu Związku Radzieckiego oraz pustka idei i celów, jaką po sobie pozostawił, to kwestie, którym poświęca się zbyt mało uwagi, próbując zrozumieć współczesną Rosję oraz cały postsowiecki świat.

W 1991 roku Rosjanie doznali potrójnej straty. System polityczny się załamał, peryferia odłączyły się od imperium, żeby utworzyć własne państwa, i przestało istnieć dotychczasowe pojęcie ojczyzny. W 1991 roku było już niewielu żarliwych komunistów, ale to wcale nie zmniejszało traumy wywołanej upadkiem systemu. Rosjanie mieli poczucie, że utracili nie tylko imperium czy ideologię, ale przede wszystkim samą istotę swojej tożsamości. Skoro przestali być sowieckimi obywatelami, to kim tak naprawdę się stali?

Obrazy obalanych komunistycznych pomników oraz burzonego muru berlińskiego były czytelnymi metaforami upadku bloku sowieckiego, ale liczne posągi Lenina, które w dalszym ciągu stoją dumnie w kapitalistycznych miastach współczesnej Rosji, świadczą o tym, że stosunek Rosjan do komunistycznej przeszłości wcale nie jest jednoznaczny. Jednak kwestia uporania się z zewnętrznymi, wizualnymi symbolami komunistycznej historii stanowi tylko drobną część problemu. Niemal każdy tekst, jaki napisałem jako wieloletni korespondent z Rosji oraz regionu postsowieckiego, traktował przynajmniej w jakimś stopniu o efektach upadku imperium radzieckiego, a co za tym idzie o potrzebie przeformułowania ideologii narodowych, o międzynarodowej równowadze geopolitycznej, a także o emocjonalnych i psychologicznych próbach przystosowania się do nowej sytuacji 250 milionów ludzi.

Dla sporej części sowieckich obywateli upadek Związku Radzieckiego był od dawna wyczekiwanym błogosławieństwem: oznaczał koniec dusznego systemu politycznego i nadejście wielu nowych, ekscytujących możliwości. Ale nawet dla tych, którzy nienawidzili komunizmu, towarzyszący upadkowi ustroju rozpad kraju stanowił bardzo bolesne doświadczenie. Ci ludzie przez całe swoje dotychczasowe życie podążali utartą ścieżką: szło się wprawdzie ciężko, czynili minimalne postępy i trudno było powiedzieć, czy w ogóle dotrą do celu. Ale przynajmniej mieli rozeznanie w terenie. Nagle grunt usunął im się spod nóg. Wszystko to, co tworzyło tkankę ich codziennego życia – nagrody i kary, stanowiska i pozycje społeczne, kody językowe i kody zachowania – straciło swoje znaczenie. Ustalony porządek legł w gruzach, a w jego miejsce pojawiła się nowa, nieznana i pełna pułapek rzeczywistość.

O doznaniu tym słyszałem po wielekroć od ludzi, którym nie udało się odnaleźć w postsowieckich realiach. Niesprecyzowane poczucie niepokoju oraz nostalgii stworzyło podatny grunt pod wszelkiego rodzaju manipulacje. Najczęściej dotykało ono pokolenie czterdziestoparolatków, a więc ludzi, którzy wchodzili w dorosłość, gdy walił się Związek Radziecki. Mężczyźni, przechodząc przez okres transformacji, przeżywali znacznie większe problemy emocjonalne niż kobiety: przez karty tej książki przewija się wielu zagubionych i pełnych gniewu mężczyzn.

To, co ludzie zapamiętali z epoki komunistycznej, nie ma zapewne zbyt wiele wspólnego z tym, co w tamtym czasie tak naprawdę czuli. Ale pamięć, zarówno osobista, jak i zbiorowa, bywa kapryśna i w większym stopniu zależy od teraźniejszego punktu widzenia niż od realiów przeszłości. Poprzednie dekady, oglądane przez pryzmat ponurych lat dziewięćdziesiątych, mienią się w znacznie bardziej różowych barwach.

Odwołania do intuicyjnego i nieuchwytnego wyobrażenia przeszłości, co rosyjska emigrantka Svetlana Boym określa mianem „pokrzepiającej nostalgii”, mogą zyskać spory odzew w każdym społeczeństwie, o czym świadczą chociażby hasła brexitowców o „odzyskiwaniu kontroli” czy obietnice Donalda Trumpa, że „znowu uczyni Amerykę wielką”, przy jednoczesnym braku wyjaśnienia, kiedy dokładnie ów okres dawnej świetności się rozpoczął i kiedy się zakończył. W Rosji istnieją przynajmniej bardziej namacalne momenty historyczne, na których te odwołania można oprzeć, przede wszystkim upadek Związku Radzieckiego, który można przedstawić ludziom nie jako burzliwy koniec skompromitowanego systemu, lecz nikczemny demontaż potężnego państwa dokonany przez złowrogie siły z zagranicy, przy wsparciu ich wewnętrznych popleczników.

W książce tej śledzę między innymi misję Władimira Putina mającą na celu wypełnienie pustki powstałej po upadku imperium w 1991 roku, a także odbudowanie poczucia wspólnoty narodowej i wyznaczenie celów dla współczesnej Rosji, choć w żadnej mierze nie jest to chronologiczna opowieść o erze Putina. W pierwszej części przyglądam się sposobom organizowania przeszłości w służbie teraźniejszości: próbom połączenia zbiorowej pamięci o bolesnych i skomplikowanych latach komunizmu w wyobrażenie, z którego Rosjanie będą mogli czuć się dumni, szczególnie chodzi tu o wyniesienie zwycięstwa w drugiej wojnie światowej do rangi narodowego mitu założycielskiego. Putin nie ma żadnego interesu w przywracaniu systemu komunistycznego, ale poczucie niesprawiedliwości związane z okolicznościami jego upadku okazało się bardzo mocną, jednoczącą siłą.

W kolejnych częściach wyjaśniam, w jaki sposób ten historyczny dyskurs wraz z toczącymi się na Ukrainie procesami doprowadził do wydarzeń 2014 roku – w wyniku których zginęło dziesięć tysięcy ludzi – i zmienił geopolityczną mapę Europy. W 2017 roku, przy rekordowym poparciu w kraju i przy pełnych lęku spojrzeniach większej części zachodniego świata rzucanych w stronę Moskwy, Putin zdołał skonsolidować Rosję i zamienić na nowo ten słaby, straumatyzowany kraj w poważnego światowego gracza. Pytanie tylko, jakim kosztem?

Książka ta nie stanowi apologii działań Putina jako władcy Kremla. Jego misja zjednoczenia Rosji wiązała się z manipulowaniem historią oraz agresywnym dławieniem opozycji, a system, który stworzył, pozwalał jego starym znajomym i najbliższym współpracownikom na gromadzenie wprost niewyobrażalnych majątków. Ale książka ta nie stanowi również antyputinowskiej polemiki. Putin jest w końcu tylko jedną z dużej galerii postaci, jakie się w niej pojawiają. Upadek Związku Radzieckiego odcisnął także głębokie piętno na jego psychice, co miało zresztą ogromny wpływ na jego późniejszy światopogląd oraz podejmowane działania. Putin był do pewnego stopnia reżyserem postsowieckiej opowieści dla współczesnej Rosji, a zarazem występował w niej jako jeden z głównych aktorów.

2

Istnieje pewna dość znana historia o podpułkowniku KGB, który w 1989 roku stacjonował w Dreźnie we Wschodnich Niemczech. Wiele milionów ludzi wracało później latami we wspomnieniach do swoich przeżyć z tamtego okresu. Ale to jedno konkretne wydarzenie miało wywrzeć w przyszłości niebagatelny wpływ na to, jaki kierunek obrała Rosja.

Był grudzień 1989 roku, a trzydziestosiedmioletni podpułkownik Władimir Putin obserwował z niepokojem, jak rozwścieczony tłum szturmuje ogromny drezdeński gmach Stasi. Zająwszy biura wschodnioniemieckiej tajnej policji, ludzie próbowali wedrzeć się do najściślej chronionej delegatury KGB. Putin poprosił przez telefon o wsparcie, żeby chronić pracowników oraz ukryte wewnątrz tajne dokumenty, ale powiedziano mu, że żadna pomoc nie nadejdzie. „Moskwa milczy” – usłyszał. Nie miał więc wyboru: wyszedł na zewnątrz i skłamał, że w środku czekają uzbrojeni ludzie, którzy zastrzelą każdego, kto spróbuje wejść. Blef się powiódł, tłum się rozszedł, a akta KGB na temat informatorów oraz tajnych agentów pozostały bezpieczne. Ale w psychice Putina zajście to pozostawiło głęboki uraz, a przynajmniej tak twierdził dziesięć lat później.

Podczas gdy uszczęśliwione tłumy w Berlinie burzyły mur oddzielający od siebie dwie części Niemiec i upajały się atmosferą wolności, wyraźnie wstrząśnięty Putin zabrał się do niszczenia kompromitujących dokumentów KGB, organizacji, która do niedawna wydawała się wszechwładna. Musiały minąć jeszcze dwa lata, zanim Związek Radziecki ostatecznie upadł, ale z późniejszej relacji Putina wynika, że to właśnie tamtego dnia w Dreźnie uświadomił sobie, iż nastąpił kres komunistycznego supermocarstwa. Miał wrażenie, że patrzy, jak jedno z największych i najpotężniejszych imperiów, jakie widział świat, rozpada się w najbardziej żałosnych i upokarzających okolicznościach. „Miałem poczucie, że tego kraju już nie ma – wspominał Putin. – Że zniknął”1.

Może się wydawać dziwne, że Putin opłakiwał upadek Związku Radzieckiego, biorąc pod uwagę, jak ułożyły się jego dalsze losy. Podobnie jak miliony radzieckich obywateli Putin wychowywał się w spartańskich, by nie powiedzieć nędznych warunkach, cała jego rodzina tłoczyła się w jednym pokoju mieszkania komunalnego, w którym nie było ciepłej wody. Pod koniec lat osiemdziesiątych udało mu się wspiąć na średni szczebel w hierarchii KGB, za to nadzwyczaj dobrze wiodło mu się w pierwszej dekadzie po rozpadzie Związku Radzieckiego: wkręcił się do pracy w gabinecie burmistrza Sankt Petersburga w czasie, w którym przynależność do kręgów władzy oznaczała bliskość kontraktów i dużych pieniędzy. W 1996 roku został powołany do pracy w administracji prezydenckiej w Moskwie, a w 1998 roku mianowano go szefem FSB, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, będącej spadkobierczynią KGB.

W ciągu zaledwie kilku lat Putin przebył spektakularną drogę od działającego na peryferiach trybiku w maszynie do szefa całej gigantycznej organizacji. Rok później schorowany Borys Jelcyn powołał go na stanowisko premiera i zarazem namaścił na swego następcę. Lata dziewięćdziesiąte były łaskawe dla Putina, a on sam okazał się znacznie zręczniejszy w radzeniu sobie w postsowieckiej rzeczywistości niż w systemie komunistycznym.

Nigdy jednak nie zapomniał tamtej bezradności, jaką czuł w Dreźnie i choć osobiście bardzo dobrze mu się powodziło po upadku Związku Radzieckiego, odczuwał głęboki gniew na myśl o tym, w jaki sposób doszło do rozpadu imperium. Zdawał się jednak cierpieć nie z powodu strat w ludziach czy materialnych zgryzot obywateli, ale z powodu upokorzenia związanego z tym, że tak potężne państwo zwyczajnie się zawaliło. Twierdził później, że już wtedy od dłuższego czasu miał poczucie, że kres radzieckiej potęgi w Europie jest nieunikniony. „Chciałem jednak, by w jej miejsce wzniesiono coś innego. Ale nic takiego nie zaproponowano. I to boli najbardziej. Władza po prostu wszystko rzuciła i odeszła”2.

Nawet ci, którzy byli znacznie słabiej niż Putin zaangażowani w służbę państwu radzieckiemu, odczuwali żal z powodu tego, jak zakończył się trwający siedemdziesiąt cztery lata polityczny eksperyment, który pociągnął za sobą w przepaść cały kraj. „Byłem zachwycony tym, że komunizm wreszcie się skończył – powiedział mi kiedyś Aleksander Wołoszyn, szef administracji Jelcyna, a później Putina. – Ale Związek Radziecki był moją ojczyzną. A to już zupełnie coś innego. Jak można się cieszyć z tego, że twoja ojczyzna się rozpada?”

Na początku swej służby w administracji Jelcyna Putin miał okazję z bliska zobaczyć, jak słaba stała się Rosja. Armia rosyjska prowadziła straszliwą, krwawą wojnę mającą zapobiec odłączeniu się Czeczenii od kraju. Kosztowała ona życie dziesiątki tysięcy ludzi i zakończyła się de facto porażką Moskwy. Rosyjskie społeczeństwo znajdowało się w stanie chaosu, w sklepach brakowało towarów, a większość ludności żyła w biedzie.

Na arenie międzynarodowej sprawy miały się nieco lepiej. W 1998 roku, gdy prezydent Bill Clinton zadzwonił do Jelcyna, by poinformować go, że Stany Zjednoczone rozważają ataki powietrzne na Serbię, rosyjski przywódca wpadł w furię. „Nielzia!”, czyli „to niedopuszczalne”, wykrzyknął kilka razy do telefonu, po czym się rozłączył. Ale naloty bombowe i tak zostały przeprowadzone. Kraj, który jeszcze niedawno był jednym z dwóch największych mocarstw na świecie, teraz w żaden sposób nie był w stanie powstrzymać ataku na stolicę swojego sojusznika. Jednak amerykańscy dyplomaci i politycy nieustannie słyszeli za rządów Jelcyna ostrzeżenia, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie.

„Rosja to nie Haiti i nie zamierzamy być tak traktowani – strofował Jelcyn wysłannika Clintona w Rosji, Strobe’a Talbotta. – Nie podoba mi się, gdy Stany obnoszą się ze swoją przewagą. Kłopoty Rosji są jedynie przejściowe i to nie tylko dlatego, że dysponujemy bronią nuklearną, ale także ze względu na naszą gospodarkę, kulturę i siłę duchową. Wszystko to razem stanowi uzasadnioną, bezsprzeczną podstawę do równego traktowania. Rosja jeszcze się podniesie! Powtarzam: Rosja jeszcze się podniesie!”3

Dokładnie w przeddzień nowego milenium Jelcyn ogłosił, że ustępuje z urzędu prezydenta. Pozostawił kraj w stanie skrajnej nędzy, największy majątek w rękach kilku chciwych oligarchów, armię zaś uwikłaną w straszliwą, demoralizującą wojnę w Czeczenii.

Największym problemem mogło być jednak to, że za rządów Jelcyna nie udało się przedstawić jasnej koncepcji, jakim państwem powinna być współczesna Rosja. Gleb Pawłowski, spin doctor i strateg polityczny, który pracował na Kremlu zarówno dla Jelcyna, jak i Putina, opowiedział mi o społecznej panice podczas przekazywania władzy:

– Istniała realna obawa, że Jelcyn odejdzie i zapanuje kompletny chaos. Większość ludności nie uznawała Federacji Rosyjskiej jako prawdziwego tworu państwowego. Ludzie czuli się, jakby żyli w jakimś dziwnym relikcie Związku Radzieckiego. Musieliśmy dopilnować przekazania władzy, ale także zadbać o stworzenie poczucia wspólnoty narodowej.

Jelcyn, człowiek, który niegdyś uosabiał nadzieje na przyszły dobrobyt, jawił się jako godna pożałowania postać, reprezentująca wszystkie niespełnione oczekiwania i niewykorzystane szanse, gdy bełkotliwym głosem wygłaszał swe pożegnalne przemówienie: „Proszę was o przebaczenie, zawiodłem nadzieje tych, którzy wierzyli mi, gdy mówiłem, że wykonamy skok z szarej, tkwiącej w stagnacji totalitarnej przeszłości w jasną, zamożną, cywilizowaną przyszłość. Szczerze wierzyłem w to marzenie. Wierzyłem, że zdołamy zniwelować ten dystans jednym skokiem. Ale się nie udało”.

3

Po raz pierwszy do Rosji przyjechałem w styczniu 2000 roku, kilka tygodni po tym, jak Jelcyn ustąpił ze stanowiska prezydenta. Miałem osiemnaście lat i przed rozpoczęciem studiów spędziłem cztery miesiące, ucząc angielskiego w szkole średniej w Moskwie. Rosyjska stolica była wówczas ponurym, pogrążonym w chaosie miastem. Po ostrożnym optymizmie, z jakim część Rosjan dekadę wcześniej podchodziła do swojej przyszłości, nie było już śladu. Życie w Rosji w latach dziewięćdziesiątych przypominało przesadnie udziwniony program typu reality show, w którym ludzie zmieniają zawody: biochemicy pracowali teraz jako taksówkarze, a straganiarze zostawali dyrektorami firm. Kryminaliści wchodzili w kręgi władzy, a z tych, którzy próbowali im się przeciwstawić, robiono przestępców. Jedynie garstka ludzi zdołała się wspiąć na sam szczyt, zostawiając całą resztę społeczeństwa na pastwę losu.

Niedostatek, w jakim żyła większa część ludności, sprzyjał szerzącej się nędzy i szalejącemu wyzyskowi. Kiedy wychodziło się na powierzchnię ze stacji metra Komsomolskaja w centrum Moskwy, oczom człowieka ukazywała się pełna rozpaczy scena niczym z Dostojewskiego: zamroczeni alkoholem bezdomni, ubogie staruszki sprzedające rozłożone przed nimi na chodniku nędzne towary i obskurny bazar, na którym handlowano tanią elektroniką z Chin i pirackimi płytami DVD z twardym porno.

Seks, który w czasach sowieckich należał do tematów tabu, teraz był obecny wszędzie. W kilku miejscach wokół obwodnicy Sadowej, wielopasmowej arterii komunikacyjnej opasującej ścisłe centrum Moskwy, swe usługi oferowały skąpo ubrane prostytutki. Ich odziani w skórzane kurtki alfonsi opłacali policjantów, żeby ci przymykali na to oko. Każdy rozsądny człowiek wiedział zresztą, że lepiej unikać policji, która zamiast pomagać, znacznie chętniej wymuszała od obywateli łapówki. W mieście szerzyła się epidemia heroiny, a sam kraj posiadał najszybciej na świecie rosnącą liczbę zarażonych wirusem HIV. Jeśli w Moskwie było źle, to życie poza stolicą było jeszcze cięższe.

Braki w zaopatrzeniu w schyłkowym okresie Związku Radzieckiego sprawiły, że Rosjanie stali się narodem specjalistów od handlu wymiennego i teraz absolutnie wszystko było na sprzedaż: seks, małżeństwo, opinia lekarska pozwalająca uniknąć wysłania na wojnę w Czeczenii, wyrok uniewinniający lub skazujący w procesie sądowym, albo gotowe prace doktorskie kupowane dla podniesienia kwalifikacji. Odwołania do „tradycyjnych rosyjskich wartości”, które znacznie później stały się oficjalną retoryką Kremla, zyskiwały tak duży oddźwięk ze względu na ich życzeniowy charakter: ludzie pragnęli wierzyć w uczciwy i pełen wznios­łych wartości kraj właśnie dlatego, że rzeczywistość, którą oglądali na co dzień, była całkowitym zaprzeczeniem tych pragnień.

Po czterech miesiącach spędzonych w Moskwie przez kilka tygodni podróżowałem po Rosji Koleją Transsyberyjską w wagonie trzeciej klasy zwanym platzkartą. Te przypominające sale sypialne na kółkach wagony przemierzały z klekotem bezkresny eurazjatycki kontynent, a w ich wnętrzu panował zaduch będący połączeniem odoru spoconych stóp, ryb oraz smolistych oparów unoszących się znad opalanych węglem samowarów, w których parzono herbatę. Pamiętam strzępy rozmów, jakie prowadziłem w pozbawionym przedziałów wagonie z moimi współpasażerami: z chudym, młodym poborowym, który pożegnał się nerwowo z rodzicami i znajdował się w drodze do jednostki wojskowej; z dwiema plotkującymi matronami, które czekała czterodniowa podróż do rodzinnego Irkucka po odwiedzinach u dorosłych dzieci mieszkających w Moskwie; z parą tancerek go-go z syberyjskiego Ułan Ude, które marzyły o tym, żeby wyjechać do Korei Południowej i zarobić majątek, pracując w tamtejszych restauracjach i nocnych klubach; a także z dwójką szemranych biznesmenów z Władywostoku, którzy wmusili we mnie wódkę, a potem w nocy wymiotowali po całym przedziale ku rozpaczy niezaskoczonego tym bynajmniej wagonowego, zmuszonego do posprzątania tego bałaganu.

Moja nieoczekiwana obecność w najtańszej klasie spotykała się z całą gamą rozmaitych reakcji – serdeczności, agresji, dociekliwości, zaproszeń do wspólnego pijaństwa oraz flirtowania – które nieustannie się zmieniały w zależności od interlokutorów, pory dnia i nocy, oraz ogólnej atmosfery panującej w wagonie. Moja znajomość rosyjskiego nie pozwalała jeszcze wtedy na rozpoczęcie skomplikowanej rozmowy o nostalgii za komunizmem ani na zbadanie wspomnień ludzi z okresu Związku Radzieckiego, który rozpadł się przed niespełna dekadą. Pamiętam jednak wyraźne poczucie dezorientacji w związku z sytuacją w nowym kraju. Kilka bardziej biznesowo nastawionych osób postrzegało tę rzeczywistość jako czas wielkiego ożywienia i nowych możliwości, ale większość ludzi czuła się zwyczajnie zagubiona na poziomie egzystencjalnym: byli rozgoryczeni, przytłoczeni i zaniepokojeni chaosem, jaki przyniosła ze sobą dekada „demokracji”. Dwa lata wcześniej krach finansowy sprawił, że miliony Rosjan straciły skromne oszczędności, jakie udało im się z trudem odłożyć. Niedawno natomiast w kilku blokach mieszkalnych w stolicy doszło do eksplozji, które były ponoć dziełem czeczeńskich terrorystów4. Ludzie byli złaknieni normalności i stabilizacji. Ta upragniona stabilnost’ miała się stać ołtarzem, na którym poświęcono później wiele swobód obywatelskich.

Badania opinii publicznej z tamtego okresu pokazują, że większość osób była niezadowolona z nowej Rosji. W marcu 1993 roku 63 procent badanych odparło, że żałuje, iż Związek Radziecki upadł. Pod koniec 2000 roku liczba ta wzrosła zaś do 75 procent5.

Po sześciu miesiącach pobytu w Rosji wróciłem do Wielkiej Brytanii, żeby zacząć studia, ale wiedziałem, że niebawem znowu tam wyjadę. Współistnienie piękna i grozy, nadziei i rozpaczy, chwały i absurdu było w równym stopniu frustrujące, co pociągające. Rosja kompletnie mnie urzekła, podobnie jak wielu innych cudzoziemców przede mną.

Na Oxfordzie studiowałem język rosyjski i historię Związku Radzieckiego, a pod koniec 2003 roku przeprowadziłem się do Moskwy i przez rok pracowałem dla organizacji pozarządowej, zanim w końcu zająłem się dziennikarstwem. Miasto stawało się powoli coraz zamożniejsze i bardziej znośne do życia. W ciągu kolejnej dekady ceny ropy wzrosły tak bardzo, że – nawet biorąc poprawkę na szalejącą korupcję w kręgach bliskich Putinowi – pieniądze zaczęły stopniowo spływać do reszty społeczeństwa i zapewniać prawdziwy dobrobyt mieszkańcom rosyjskich miast.

W Moskwie i innych dużych ośrodkach miejskich skrajna nędza zniknęła z głównych ulic i zaczęła się rozwijać klasa średnia. A wraz z nią pojawiły się kawiarnie, winiarnie i tanie loty na zachód Europy. Jednak wypady na prowincję przypominały o tym, że w większej części kraju wciąż żyje się bardzo ciężko. Epidemie uzależnienia od heroiny i wirusa HIV jeszcze się nasiliły, a gdy władze rozprawiły się z dostawami heroiny, ludzie przerzucili się na tak zwany krokodyl, syntetyczny opioid otrzymywany poprzez gotowanie tabletek zawierających kodeinę z paliwem do zapalniczek i przemysłowymi środkami czyszczącymi, aż całość zamieni się w brązowawą maź. W oddalonym kilka godzin od Moskwy mieście Twer widziałem uzależnionych od krokodyla, których ciało dosłownie gniło od zażywania narkotyku i odpadało od kości.

Podobne sceny rozgrywały się w niezliczonych miastach i wsiach we wszystkich strefach czasowych, jakie obejmowała Rosja. W Aleksandrowsku, małym miasteczku na Sachalinie, w jednym z najbardziej wysuniętych na wschód zakątków Rosji, dokąd leci się z Moskwy osiem godzin samolotem, a potem trzeba jeszcze odbyć całonocną podróż pociągiem, drogi tonęły w błocie, a wszędzie błąkały się nieustannie wyjące bezpańskie psy. Jedynym godnym uwagi miejscem w Aleksandrowsku jest muzeum upamiętniające wizytę, jaką przed wiekiem złożył tu Antoni Czechow, który później opisał szczegółowo, jak potworna to dziura. Połowa tutejszych mieszkańców piła spirytus, przemysłowy etanol, ponieważ nie stać ich było na wódkę. Pewien przyjaźnie nastawiony pijak wyjaśnił mi, jak należy to robić: przed pociągnięciem łyka trzeba było wypuścić z płuc całe powietrze, w przeciwnym razie alkohol mógł wypalić dziurę w przełyku. Miliony Rosjan piło etanol, płyny do mycia szyb, perfumy oraz inne spirytusy przemysłowe, które sprzedawano znacznie taniej niż wódkę. W całym kraju panowało poczucie ekonomicznej i egzystencjalnej beznadziei, a oba te stany były ze sobą połączone i wzajemnie się wzmacniały.

4

Po przejęciu władzy od Jelcyna głównym zadaniem Putina było zaszczepić temu rozległemu, drżącemu w posadach krajowi nową energię. Niedługo po tym, jak w wigilię nowego tysiąclecia został pełniącym obowiązki prezydenta, Putin napisał obszerny, programowy tekst na temat stojących przed Rosją wyzwań. Poruszał w nim kwestie ubóstwa, społecznych niepokojów i innych spraw dotyczących ludzi, ale przede wszystkim jednak skupiał się na trosce o stan zdrowia rosyjskiego państwa, nie zaś jego obywateli. Rosja, pisał Putin, przechodzi obecnie jeden z najtrudniejszych okresów w swojej długiej historii.

„Po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwustu, trzystu lat Rosja stoi w obliczu realnego zagrożenia, że zostanie zdegradowana do drugiej lub nawet trzeciej kategorii światowych mocarstw – ostrzegał w końcowych wnioskach. – Aby do tego nie doszło, potrzebna jest ogromna mobilizacja wszystkich intelektualnych, fizycznych i moralnych sił naszego narodu. Potrzeba nam wspólnych, konstruktywnych działań. Nikt inny za nas tego nie zrobi. Wszystko teraz zależy od naszej zdolności do zrozumienia poziomu zagrożenia, umiejętności zjednoczenia oraz podjęcia długiego i wymagającego wysiłku”6.

Putin uważał, że bieda oraz społeczne podziały lat dziewięćdziesiątych były symptomami znacznie poważniejszej choroby. Najważniejszy był stan zdrowia państwa: jeśli Rosja zdoła odzyskać taką pozycję na świecie, jaką niegdyś posiadał Związek Radziecki, wówczas automatycznie poprawi się sytuacja życiowa jej mieszkańców. Artykuł Putina wpisywał się w długą tradycję rosyjskiej filozofii politycznej, która fetyszyzowała rolę władzy i silnego państwa.

Aby umożliwić to odrodzenie, Putin musiał wykonać ogromną pracę polegającą na stworzeniu poczucia przynależności oraz dumy narodowej wśród Rosjan. Podczas uroczystości zaprzysiężenia na prezydenta, 7 maja 2000 roku, w niepozostawiający wątpliwości sposób przedstawił, jak rozumie swoją misję: „Uważam, że moim świętym obowiązkiem jest zjednoczyć naród rosyjski wokół jasno sprecyzowanych zadań oraz dążeń i w każdej minucie pamiętać o tym, że jesteśmy jednym krajem i jednym narodem. I mamy jeden wspólny cel”.

Ale na czym polegał ten wspólny cel i jak miała wyglądać ta nowa Rosja „pierwszej kategorii”? Czy powinna być neosowieckim supermocarstwem i próbować wskrzesić – na ile to tylko możliwe – radziecką przeszłość? Czy też może okres komunistyczny był straszliwym błędem i nowa Rosja powinna stanowić kontynuację imperium carów z potrójną ideologią ortodoksji, autokracji i nacjonalizmu? Czy Rosja ma być bastionem „tradycyjnych wartości” w opozycji do dekadenckiego Zachodu? „Eurazjatycką” potęgą, która będzie pomostem między Wschodem a Zachodem? Czy też po prostu „normalnym” europejskim krajem, aczkolwiek zdecydowanie większym powierzchniowo od pozostałych i posiadającym znacznie bardziej traumatyczną przeszłość, ale który z czasem zdoła się zintegrować z demokracjami zachodniej części kontynentu?

Putin i ludzie z jego otoczenia w rozmaitych okresach odwoływali się do różnych elementów wszystkich tych wizji. Zagraniczni przywódcy, którzy spotykali się z Putinem w początkach jego rządów, mówili, że snuł rozważania, iż na pewnym etapie Rosja może wstąpić do Unii Europejskiej. W jednym z pierwszych wywiadów w 2000 roku zasugerował nawet, że pewnego dnia Rosja może się znaleźć w strukturach NATO7.

Rosyjski prezydent był politycznym kameleonem zarówno na scenie krajowej, jak i zagranicznej, ale bez względu na zmiany tła i scenografii, wszystkie jego polityczne wcielenia miały służyć jednemu szerszemu celowi: przywróceniu Rosji jej należnego miejsca na arenie międzynarodowej, które utraciła w wyniku upadku Związku Radzieckiego. Jeśli Zachód będzie grał zgodnie z regułami dyktowanymi przez Putina, do odzyskania statusu kraju pierwszej kategorii będzie można doprowadzić na drodze współpracy. Jeśli zaś nie, trzeba będzie pójść na zwarcie.

5

Przywódcy wszelkiej maści, mierząc się z zadaniem ożywienia pogrążonych w kryzysie krajów, zawsze sięgali do historii. Francuski myśliciel Ernest Renan stwierdził w 1882 roku, że przeżywane wspólnie chwile chwały oraz cierpienia są znacznie ważniejsze dla zakorzenienia się pojęcia narodu niż posterunki celne i pilnie strzeżone granice.

Piętnaście państw, które powstały w wyniku upadku Związku Radzieckiego, przyjęło różne strategie w radzeniu sobie z własną przeszłością i budowaniu nowych tożsamości narodowych. W trzech krajach bałtyckich, w których władza radziecka została narzucona dopiero w 1940 roku, a duża część społeczeństwa zawsze była wrogo nastawiona do zwierzchności Moskwy, nowe rządy czym prędzej usiłowały się uwolnić od sowieckiego dziedzictwa. Tworzono muzea, w których okres komunizmu porównywano do niemieckiej okupacji. Otwierano archiwa KGB i wznoszono pomniki na cześć ofiar reżimu. W oficjalnym przekazie rok 1991 jawił się jako jednoznacznie radosna data oznaczająca koniec ucisku, odzyskanie odebranej niepodległości oraz powrót do europejskiej rodziny.

Z kolei na Białorusi prezydent Aleksander Łukaszenka zaoferował swoim obywatelom wersję sowieckiej władzy z lat siedemdziesiątych, w ograniczonym, za to pełnym dobrobytu wymiarze: kładącą nacisk na produkcję traktorów i rozwój rolnictwa, ale lekceważącą wolność polityczną. Zupełnie jakby nic się nie zmieniło, a rok 1991 nie miał żadnego znaczenia. W nowych etnicznych republikach Azji Środkowej, gdzie nie istniały presowieckie tradycje państw narodowych, do których można by nawiązać, nowe tożsamości narodowe budowano w oparciu o pseudo- i półhistoryczne podstawy przypisujące poszczególnym narodom wielowiekową przeszłość. Wizerunki Lenina zastąpiono portretami uśmiechniętych, stetryczałych lokalnych autokratów, równie wszechobecnymi i bałwochwalczymi jak podobizny „wodza rewolucji”. Sowiecka przeszłość została dyskretnie usunięta z oficjalnej narracji, nie demonizowano jej ani nie otaczano nostalgią, ale zwyczajnie ignorowano, pomimo faktu, że obecni despotyczni przywódcy byli dawnymi przewodniczącymi komitetów partyjnych, tyle że w nowym nacjonalistycznym przebraniu.

Jedynymi dwoma państwami spośród tej piętnastki, które w ciągu pierwszych dwóch dekad po upadku Związku Radzieckiego nie stworzyły spójnej, jednoczącej narracji narodowo-historycznej, były Ukraina i Rosja. Wydarzenia z 2014 roku – rewolucja w Kijowie, aneksja Krymu przez Rosję, wojna we wschodniej Ukrainie – były po części starciem między konkurencyjnymi rosyjskimi i ukraińskimi próbami uporania się z problemem 1991 roku i stworzenia nowych tożsamości narodowych.

Zanim Putin przejął władzę, stosunek Rosjan do sowiec­kiej przeszłości był ambiwalentny i niejasny. W 1991 roku tłum w Moskwie obalił stojący pod Łubianką, główną siedzibą KGB, pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy Czeka (bolszewickiej tajnej milicji, która później przekształciła się w NKWD, a potem w KGB). Leningrad powrócił do swej carskiej nazwy Sankt Petersburg. Ale po tej początkowej wzmożonej aktywności proces pozbywania się ikonografii radzieckiej przeszłości nagle się zatrzymał. W większości miast na głównych placach nadal dumnie prężą się pomniki Lenina, a wiele ulic zachowało swe radzieckie nazwy. W całym kraju są ulice Lenina, Marksa, Komsomołu, Czerwonych Partyzantów oraz Dyktatury Proletariatu. Rosja zachowywała się niczym gospodarz hucznej imprezy, który obudził się nazajutrz rano, spróbował jakoś z grubsza ogarnąć cały bałagan, po czym zwyczajnie dał za wygraną i wrócił do łóżka, żeby leczyć kaca.

Wizualna reprezentacja przeszłości była oszałamiająca i kompletnie dezorientująca. Zmumifikowane zwłoki Lenina wciąż można było oglądać w szklanym sarkofagu znajdującym się we wzniesionym z marmuru mauzoleum, a żołnierze ze srogimi minami pilnowali, żeby zwiedzający traktowali zabalsamowanego radzieckiego wodza z szacunkiem (żadnych rozmów i trzymania rąk w kieszeniach). Tymczasem po drugiej stronie placu Czerwonego w najdroższych butikach wystawnego domu handlowego nowobogaccy wydawali nieprzyzwoite wręcz sumy pieniędzy. Rosyjski Kościół Prawosławny ogłosił ostatniego cara i jego rodzinę świętymi, lecz pomimo tego jedna z moskiewskich stacji metra w dalszym ciągu nosiła imię Piotra Wojkowa, człowieka bezpośrednio odpowiedzialnego za zorganizowanie ich egzekucji.

Symbol sierpa i młota nadal zdobił dziesiątki budynków rządowych, a wspaniałe mozaiki przedstawiające szczęśliwych skolektywizowanych chłopów oraz zastygłych w stoickich pozach robotników upiększały stacje metra. Patrząc na to wówczas, trudno było stwierdzić, czy należy je traktować wyłącznie jako cenne kulturowo świadectwa minionej epoki, czy też wciąż wysławiają one osiągnięcia, na cześć których pierwotnie powstały. Co najbardziej zaś niepokojące, Łubianka – imponująca siedziba główna KGB o murach w musztardowym kolorze, w której podziemiach podczas czystek w latach trzydziestych przeprowadzano przesłuchania i egzekucje – pozostawała centralą FSB, agencji będącej spadkobierczynią KGB. Nie dokonano żadnej „lustracji” tych kadr, które brały udział w najgorszych okrucieństwach komunistycznego reżimu, nie zrobiono żadnego oczyszczenia z sowieckich funkcjonariuszy na wzór tego, jakie inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej dokonały po 1991 roku. Jednak w większości tych krajów panowała zgoda co do tego, że komunizm stanowił okres okupacji bądź też narzuconej z zewnątrz zwierzchności. Natomiast w Rosji kwestia ta była znacznie bardziej zagmatwana i niebezpieczna. W końcu zarówno Gorbaczow, jak i Jelcyn byli ważnymi radzieckimi dygnitarzami.

Moskwa na początku lat dwutysięcznych przypominała palimpsest: monumentalne budowle i bohaterskie wyobrażenia sowieckiej przeszłości wciąż wyzierały spod tandetnej powłoki nowoczesnych budynków i krzykliwych kapitalistycznych billboardów reklamujących kasyna, pożyczki i hamburgery8.

Zadanie budowy nowego narodu przysparzało nowemu prezydentowi ogromnych trudności, ponieważ odziedziczył on wieloetniczne, postimperialne państwo, którego najnowsza historia była równie zdumiewająca, co bolesna. Putin przyjął więc selektywne podejście do radzieckiej przeszłości, wybierając z niej pojedyncze elementy, które mogły pomóc zapewnić poczucie ciągłości, poczynając od starego radzieckiego hymnu narodowego, który został przywrócony w 2001 roku, aczkolwiek z nowymi słowami. Jednak proste odtworzenie Związku Radzieckiego w wersji 2.0 nie miało szans powodzenia. Choć istniała duża tęsknota za okresem komunistycznym, to wezwania do jego powrotu zraziłyby społeczność biznesową oraz młodszych Rosjan, którzy cieszyli się możliwościami, jakie dawał im kapitalizm oraz zyski ze złóż ropy. Putin odwołał się więc do obecnego u wielu Rosjan poczucia niesprawiedliwości, nazywając upadek Związku Radzieckiego „największą geopolityczną tragedią dwudziestego wieku”. Uniknął przy tym jednoznacznej deklaracji, stwierdzając, że choć tylko człowiek bez serca nie mógłby tęsknić za Związkiem Radzieckim, to jedynie ktoś pozbawiony głowy chciałby jego przywrócenia.

W nowej Rosji przestał obowiązywać stary, sowiecki panteon rewolucyjnych bohaterów i nie było wiadomo, z czego może się wyłonić nowy. Kościół prawosławny zapewniał kodeks moralny oraz nowe poczucie celu pewnej części Rosjan, wyzwolonych z pęt obowiązującego w Związku Radzieckim państwowego ateizmu. Moskiewski Sobór Chrystusa Zbawiciela, który za rządów Stalina w 1931 roku wysadzono w powietrze, a potem w jego miejsce zbudowano basen pływacki, został odbudowany w latach dziewięćdziesiątych i otworzony na nowo w pierwszym roku prezydentury Putina. Świątynia zaczęła pełnić ważną funkcję w tożsamościowym projekcie Putina dla współczesnej Rosji, ale sama w sobie nie była w stanie zjednoczyć całego narodu, zwłaszcza w kraju, w którym istniały spore enklawy muzułmańskie i mniejsze buddyjskie.

Putin był wielbicielem książek historycznych i w carskiej przeszłości Rosji znajdował wiele postaci, które podziwiał, głównie takie, które wzmacniały państwo i potrafiły zapewnić polityczną ciągłość. Przy rozmaitych okazjach wspominał o różnych mężach stanu i myślicielach zarówno z okresu carskiego, jak i komunistycznego, z których czerpał inspiracje. Ale w całej długiej i skomplikowanej historii Rosji tylko jedno wydarzenie miało potencjał narracyjny zdolny zjednoczyć cały kraj i służyć jako kamień węgielny dla nowego narodu; mogło ono pomóc zaszczepić poczucie narodowej dumy, tak samo jak zyski z eksportu ropy prowadziły do poprawy wskaźników gospodarczych. Tym wydarzeniem było zwycięstwo w drugiej wojnie światowej czy też – jak mówiono w radzieckim, wciąż używanym we współczesnej Rosji języku – w wielkiej wojnie ojczyźnianej. Duma z pokonania nazizmu wykraczała ponad polityczne sympatie, pokoleniowe różnice czy status ekonomiczny, a radzieccy liderzy używali jej do umocnienia mandatu społecznego swojego reżimu. Putin zamierzał po raz kolejny wykorzystać wojenną wygraną jako klucz do stworzenia skonsolidowanego, patriotycznego kraju. Tylko wówczas, jego zdaniem, Rosja odzyska należne jej miejsce wśród państw pierwszej kategorii. Dlatego z upływem lat radziecka wygrana w drugiej wojnie światowej odgrywała w oficjalnej retoryce państwa coraz większą rolę. Odpowiedzią na krach 1991 roku, jak się okazało, był triumf roku 1945. Ideologia zwycięstwa stała się podstawą reżimu Putina: kotwicą narodowej prawowitości w oceanie historycznego chaosu.

1 N. Gevorkyan, N. Timakova, A. Kolesnikov, First Person. An Astonishingly Frank Self-Portrait by Russia’s President Vladimir Putin, trans. C. Fitzpatrick, New York 2000, s. 78–79.

2 Tamże, s. 80.

3 S. Talbott, The Russia Hand. A Memoir of Presidential Diplomacy, New York 2002, s. 197.

4 Istnieją zastanawiające poszlaki, że eksplozje te mogły być operacją „pod fałszywą flagą”, przeprowadzoną przez służby państwowe. Zob.: D. Satter, Darkness at Dawn. The Rise of The Russian Criminal State, New Haven 2003.

5 https://www.levada.ru/2016/04/19/bolshe-poloviny-rossiyan-sozhaleyut-o-raspade-sssr, dostęp: 8.5.2019.

6 http://www.ng.ru/politics/1999–12–30/4_millenium.html, dostęp: 9.5.2019.

7 Rozmowa z D. Frostem, http://news.bbc.co.uk/hi/english/static/audio_ video/programmes/breakfast_with_frost/transcripts/putin5.mar.txt, dostęp: 8.5.2019.

8 Więcej informacji na temat koncepcji pejzażu postsowieckich miast jako palimpsestu w: S. Oushakine, The Patriotism of Despair. Nation, War and Loss in Russia, Ithaca 2009.

II. Święta wojna

1

Cztery lata pomiędzy 1941 a 1945 rokiem dla wielu pokoleń Rosjan stanowią najbardziej katastrofalne wydarzenie w stuleciu, w którym roiło się od kataklizmów dziejowych. Rodzice samego Władimira Putina przeżyli trwające ponad dwa lata oblężenie Leningradu, a jego starszy brat zmarł w jego trakcie. W całej Rosji nie było rodziny, która w jakiś sposób nie brałaby udziału w wysiłku wojennym, a wśród milionów osób, które zginęły w tamtym okresie, niemal każdy młody Rosjanin miał kogoś ze swoich dziadków lub pradziadków.

Stworzona przez Putina współczesna legenda o wojennym zwycięstwie w dużej mierze bazuje na późnej radziec­kiej narracji. Dopiero za czasów Leonida Breżniewa, który rządził Związkiem Radzieckim między 1964 a 1982 rokiem, legenda ta zaczęła nabierać swych obecnych kształtów. Zaraz po wojnie sprawa ta była jeszcze zbyt świeża, a Stalin był zazdrosny o uznanie, jakim obdarzano najwyższe dowództwo wojskowe. Gieorgij Żukow, który dowodził wojskami radzieckimi podczas drugiej wojny światowej, został odsunięty od naczelnego dowodzenia i skazany na zapomnienie. Dzień Zwycięstwa był zwykłym dniem pracującym9, a rolę głównych dni świątecznych odgrywały Święto Pracy i Święto Rewolucji Październikowej. Po legendarnych obchodach zwycięstwa w 1945 roku plac Czerwony przez pierwsze dwie dekady po wojnie nie gościł żadnych zwycięskich parad.

Gdy za rządów Breżniewa gospodarka znalazła się w zastoju, a droga do utopijnej przyszłości komunistycznego dobrobytu zrobiła się o wiele bardziej wyboista, reżim zaczął szukać swego uprawomocnienia w przeszłości. Heroizm wojny, w której radziecki lud pokonał wspólnymi siłami największego wroga, stał się głównym filarem państwa, a 9 maja – najważniejszą datą w kalendarzu.

Niezależnie od oficjalnej pompy dla przeciętnego obywatela święto było głównie okazją do spędzenia czasu z prawdziwymi weteranami, z których wielu jeszcze żyło. W przeciwieństwie do innych radzieckich świąt Dzień Zwycięstwa miał bardzo głęboki, osobisty charakter dla milionów rodzin, które zachowały niezatarte wspomnienia z czasu wojny. W latach siedemdziesiątych weterani zakładali w Dzień Zwycięstwa mundury i zbierali się w parkach w całym kraju, przyprowadzali na te spotkania swoje dzieci i wnuki, a ludzie witali ich kwiatami. Przeważał jednak ton poważnego upamiętnienia aniżeli radosnej fety. W relacji z obchodów tego dnia w syberyjskim mieście Niżny Tagił rozegrała się taka oto scena: „Drogą w kierunku cmentarza zmierzał nieskończony strumień ludzi. Ponad godzinę przed początkiem uroczystości cmentarz wypełnił się tłumem osób w różnym wieku. (…) W trakcie podniosłego spotkania panowała pełna napięcia cisza; wielu zgromadzonych płakało. Uczestnicy obchodów złożyli kwiaty i wieńce na grobach bojowników. O żadnej mogile nie zapomniano”10.

Oficjalna narracja o zjednoczonym radzieckim ludzie maszerującym ku wielkiemu zwycięstwu, czarno-biała opowieść o triumfie dobra nad złem zawsze były podatne na śledztwa historyczne. W 1965 roku radziecki historyk Aleksander Niekricz opublikował książkę zatytułowaną 1941 – 22 czerwca, która traktowała o wydarzeniach prowadzących do rozpoczęcia operacji Barbarossa, czyli niemieckiej inwazji na Związek Radziecki. Niekricz, który sam większą część wojny walczył na froncie, pisał o czystkach wśród dowódców wojskowych w latach poprzedzających wybuch wojny, a także o nieprzejednanym uporze Stalina w obliczu dowodów, że Niemcy szykują się do ataku. Książka – powstała za czasów krótkiej odwilży pod rządami Nikity Chruszczowa – ukazała się już, kiedy do władzy doszedł Breżniew i krytyczne podejście do wojny nie było mile widziane. Niekricz został potępiony i wyrzucony z partii, w końcu udał się na emigrację.

W połowie lat osiemdziesiątych, gdy nastała pierestrojka, wciąż żyło wiele osób, które bardzo dobrze pamiętały czasy wojny. Kiedy otwarto archiwa i zniknął strach związany z mówieniem niezgodnie z główną linią partii, nie było już możliwości uciszenia alternatywnych głosów. Ponownie wypłynęły trudne pytania dotyczące braku przygotowania Stalina do wojny, a także olbrzymiej liczby ofiar. Do tego doszły kolejne. Dlaczego żołnierzy wracających z niemiec­kiej niewoli wysyłano do obozów pracy? Dlaczego w czasie wojny całe grupy etniczne przesiedlano z ich rodzinnych stron w inne części Związku Radzieckiego? I co dokładnie motywowało Rosjan do walki?

Na światło dzienne wypłynęły tajne raporty NKWD na temat prywatnych nastrojów wśród pisarzy i intelektualistów podczas wojny. Pokazywały one, jak duży był opór wobec radzieckiej władzy w pierwszych miesiącach konfliktu. Pewien moskiewski dziennikarz twierdził, że był gotów na kolejne trzy lata wojny i poświęcenie miliona istnień, jeśli na koniec „ten despotyczny, okropny porządek w naszym kraju” zostanie pokonany razem z nazistami11. Inni intelektualiści, w tym również tacy uważani za lojalnych wobec reżimu, mieli najwyraźniej podobne przemyślenia12.

Nie ulegało wątpliwości, że miliony radzieckich obywateli walczyło i bohatersko ginęło podczas wojny, ale było jasne, że obraz ten nie jest tak prosty i jednoznaczny, jak przedstawiała to wcześniejsza historiografia. W chwili wybuchu wojny sowiecki porządek panował w Rosji od niespełna ćwierć wieku i w jego ramach dokonano serii krwawych rozpraw z dużymi grupami rosyjskiej ludności. Niektórzy więc walczyli za Związek Radziecki i za Stalina, inni zaś pomimo niego, w obronie ojczyzny i rosyjskości w szerszym wymiarze13.

Okazało się, że przed niemiecką inwazją Stalin otrzymał ponad sto ostrzeżeń o zbliżającej się napaści, które pochodziły z tak różnych źródeł jak szpiedzy w niemieckim lotnictwie, Winston Churchill czy agent wywiadu w Japonii, który uwiódł żonę tamtejszego ambasadora Trzeciej Rzeszy. Rosyjski przywódca zignorował je wszystkie, przekonany, że Hitler nie planuje ataku, i nie przeprowadził elementarnych przygotowań, aby odeprzeć pierwsze natarcie14. Był to poważny cios w wizerunek Stalina jako mądrego i błyskotliwego taktyka, który poprowadził Związek Radziecki do zwycięstwa. Rozpadać się również zaczął wyidealizowany, heroiczny obraz samej walki z najeźdźcą. W sowieckiej taktyce nie mieściła się troska o ludzkie życie, a o zwycięstwie często przesądzała czysta przewaga liczebna. Podczas jednej z operacji na Krymie żołnierzom Armii Czerwonej zabroniono kopania okopów, bo w ten sposób roztrwoniliby „ducha walki”. W efekcie w przeciągu dwóch tygodni zginęło 176 tysięcy żołnierzy15. Historycy odkryli więcej takich przypadków.

Istniało również wiele przykładów taktycznego geniuszu, a zachodnie wyobrażenie sowieckich żołnierzy, którzy żyli w strachu przed rozstrzelaniem i walczyli jedynie pod przymusem, wydaje się nie mniej problematyczne16. Wojenna rzeczywistość nigdy nie należy do zbyt przyjemnych, a front wschodni stanowił zapewne najbardziej brutalny teatr działań w najokropniejszej wojnie w dziejach ludzkości. Zdarzały się przypadki wyjątkowego męstwa i niezwykłych wyczynów, ale to wcale nie umniejszało grozy tego konfliktu. Wielu, którzy walczyli bohatersko, po wojnie było prześladowanych, zwłaszcza ci, którzy „zhańbili się” tym, że zamiast walczyć do śmierci, dali się wziąć do niewoli.

W 1985 roku Elem Klimow nakręcił Idź i patrz, jeden z najbardziej przerażających filmów wojennych, jaki kiedykolwiek powstał. Do radzieckich kin wszedł wraz z pierwszymi powiewami pierestrojki, choć jego realizację planowano już od połowy lat siedemdziesiątych, ale cenzura uznała go wcześniej za niewłaściwy. Nikt, kto go widział, nie zapomni chyba grozy malującej się na twarzy głównego bohatera Flory, młodego chłopca z białoruskiej wsi, który zostawia matkę, by przyłączyć się do walki z niemieckim okupantem u boku partyzantów. Z wyjątkiem kilku krótkich, pełnych przemocy scen główna siła emocjonalna filmu spoczywa na głównym bohaterze – mistrzowsko zagrana, niepokojąca rola – z oblicza którego odczytujemy emocje i reakcje na brutalne doświadczenia wojny. Film ten z pewnością nie kala pamięci o radzieckich ofiarach wojny, a nazistów pokazuje głównie jako bestialskich morderców. Ale nie można mu też zarzucić, że gloryfikuje wojnę, stara się raczej ukazać całe jej przerażające okrucieństwo. Po premierze filmu Klimowa pojawiały się doniesienia o tym, że ludzie mdleli podczas seansów. Pomimo to prawie trzydzieści milionów Rosjan poszło obejrzeć ten szokujący, realistyczny obraz wojennego konfliktu.

Oficjalna historiografia ery Breżniewa rozchodziła się w szwach. W 1989 roku Moskwa potwierdziła istnienie tajnego protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow, na mocy którego Związek Radziecki podzielił się wraz z nazistowskimi Niemcami Europą Wschodnią, zajął kraje bałtyckie, wschodnią część Polski, a w latach 1940–1941 deportował dziesiątki tysięcy ludzi17. Przyznano też w końcu, że masowe egzekucje 21 857 Polaków w Katyniu i dwóch innych miejscach kaźni, o które radzieckie władze od dekad oskarżały Trzecią Rzeszę, w rzeczywistości były dziełem Moskwy. Historycy i opozycjoniści z państw Europy Środkowo-Wschodniej, którzy zawsze wzdragali się, słysząc sowieckie twierdzenia, że rok 1945 należy traktować jako wyzwolenie, a nie nową okupację, zaczęli pisać historię swoich krajów na nowo.

W tej pełnej refleksji atmosferze radziecki minister obrony zlecił dyrektorowi Wojskowego Instytutu Historycznego, generałowi Dmitrijowi Wołkogonowowi, napisanie nowej historii wojny. W 1990 roku Wołkogonow przygotował wstępny szkic, w którym skrytykował terror i mordy w latach poprzedzających 1941 rok, oraz zasugerował, że Armia Czerwona wygrała wojnę raczej pomimo taktyki Stalina, a nie dzięki niej, wreszcie dał do zrozumienia, że liczba ofiar była znacznie wyższa niż to konieczne. Mając szerszy dostęp do archiwów niż ktokolwiek przed nim (a także niż jakikolwiek historyk obecnie), Wołkogonow mógł zrekonstruować zatrważający obraz wojny, który nawet w atmosferze pierestrojki wydawał się niezwykle kontrowersyjny. Atakowany przez innych generałów za wydźwięk swojej pracy, odpowiedział: „Niepotrzebny nam ślepy patriotyzm. Trzeba nam prawdy!”18.

Stosunek do wielkiej wojny ojczyźnianej stopniowo się zmieniał i w pierwszych latach rządów Jelcyna rozkwitało zainteresowanie nową historiografią tego okresu, która uwzględniałaby nie tylko chwałę i heroizm, ale także bardziej problematyczne aspekty zwycięstwa. Niejako na marginesie rozwijały się badania o jednej z najmniej nagłośnionych zbrodni reżimu sowieckiego podczas drugiej wojny światowej: o deportacjach.

2

Kałmucja, kawałek jałowego stepu położonego nad Morzem Kaspijskim, znajduje się zaledwie dwie godziny lotu z Moskwy, ale gdy mój samolot wylądował w stolicy republiki, Eliście, poczułem się, jakbym odbył cywilizacyjną podróż w czasie. Kałmucy mają mongolskie pochodzenie, a w miejskim krajobrazie Elisty dominuje wspaniała buddyjska świątynia.

Historia Kałmucji w czasie drugiej wojny światowej stanowi jeden z wielu przykładów przypominających, że oficjalna czarno-biała narracja sowiecka o wojnie jest wyjątkowo problematyczna. W 1943 roku Kałmucy wraz z innymi narodami żyjącymi na terenie Związku Radzieckiego zostali oskarżeni o współpracę z Niemcami. Urządzono obławę na wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci kałmuckiego pochodzenia, a następnie wyrzucono ich z rodzinnego kraju i przesiedlono do oddalonych o tysiące kilometrów osad w sercu Syberii. To zdumiewające, gdy się nad tym chwilę zastanowić: zupełnie jakby deportować wszystkich Walijczyków do Australii.

Władimir Ubuszajew, kierownik wydziału historii na największym uniwersytecie Kałmucji, napisał jedyną godną uwagi książkę na ten temat, którą opublikował w formie broszurowej w 1991 roku w panującej wówczas atmosferze nowej swobody naukowej. Gdy w 2007 roku odwiedziłem go w jego domu w Eliście, Ubuszajew był już emerytem, miał siwą grzywę zaczesanych do tyłu włosów oraz grube okulary, jakie niegdyś zwykli nosić radzieccy intelektualiści.

Dla Ubuszajewa ten temat był czymś więcej niż tylko zwyk­łym historycznym zagadnieniem. W 1943 roku, kiedy Kałmucy zostali deportowani, Ubuszajew był małym dzieckiem, a dzieciństwo przyszło mu spędzić na Syberii. Jego ojciec walczył i zginął na froncie w obronie kraju, który wkrótce miał deportować całą jego rodzinę. Ubuszajew wspominał, że jako mały chłopiec całymi dniami przegrzebywał z dziadkiem zamarzniętą syberyjską ziemię w poszukiwaniu ziemniaków, podczas gdy jego matka pracowała do późna w nocy w kołchozie i codziennie po powrocie do domu znajdowała swoją córkę coraz bardziej chorą, aż w końcu dziewczynka zmarła. Ubuszajew był historykiem bardzo osobiście związanym z tematem swoich badań.

– To pytanie, które dręczy mnie całe moje życie – powiedział, jak tylko zasiedliśmy na miękkich kanapach w salonie, gdy tymczasem telewizor migotał bezdźwięcznie w kącie. – Dlaczego to się wydarzyło? Dlaczego nas to spotkało?

Pomimo faktu, że najmniejsza publiczna wzmianka o deportacjach była niedopuszczalna aż do pierestrojki, Ubuszajew miał okazję poruszyć tę kwestię w prywatnej rozmowie z Wiaczesławem Mołotowem, radzieckim ministrem spraw zagranicznych w trakcie wojny, kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych odwiedził go w jego podmoskiewskiej daczy. Będący w podeszłym już wieku Mołotow wspominał zebranie z 1943 roku Państwowego Komitetu Obrony, najwyższego radzieckiego organu władzy podczas wojny, w skład którego wchodziło jedynie kilku czołowych dygnitarzy partyjnych. Stalin wyciągnął wówczas kartkę z listą różnych narodów. Najwyżsi dowódcy wojskowi skrytykowali zaś 110 Samodzielną Kałmucką Dywizję Kawalerii, która walczyła z Niemcami nad Donem i ostatecznie się poddała.

– Mołotow powiedział mi, że Beria był za deportacją Kałmuków – relacjonował Ubuszajew. – Spytałem go więc, dlaczego przeciwko temu nie zaprotestował, a Mołotow odparł, że nikt wtedy nie miał sprawdzonych informacji, a jeśli Beria coś mówił, to tak musiało być.

Jeśli wierzyć w opowieść Mołotowa, los Kałmuków został przesądzony na podstawie kilku słów Ławrientija Berii, jednego z najbardziej odrażających siepaczy Stalina, a wszystko zatwierdził jeden szybki podpis radzieckiego przywódcy.

Od Ubuszajewa pojechałem na przedmieścia Elisty, aby w parterowym domu spotkać się z Borysem Oczyrowem, przysadzistym emerytem, który ze względu na panujące latem na stepie upały był ubrany jedynie w krótkie spodenki. Miał pozbawiony owłosienia i zmarszczek tors, za to na głowie gęste, choć krótko przystrzyżone siwe włosy. Przywitał mnie serdecznie, a potem usiedliśmy w kuchni, gdzie poczęstował mnie filiżanką tradycyjnej kałmuckiej herbaty – letnim, mdłym naparem, który u nieobeznanych z jego smakiem może wywołać odruch wymiotny.

Oczyrow zaczął opowiadać mi o 28 grudnia 1943 roku. Miał wówczas zaledwie siedem lat, ale tamte wydarzenia wryły mu się głęboko w pamięć. Na stepie był siarczyście mroźny ranek, prawie wszyscy młodzi i zdrowi mężczyźni znajdowali się na froncie, więc w wioskach przebywały jedynie kobiety, dzieci i starcy. Za kilka dni przypadał Nowy Rok i choć mało kto znajdował się w świątecznym nastroju, rodziny planowały małe uroczystości i zabawy, aby sprawić radość dzieciom i choć na chwilę zapomnieć o tym, w jak ciężkich czasach przyszło im żyć. Gdy nastał świt, niemal w każdej wiosce w Kałmucji dał się słyszeć narastający ryk silników i wkrótce z mgły wyłoniły się sylwetki nowych, lśniących ciężarówek Studebaker. Pojazdy te miały służyć radzieckim działaniom wojennym i zostały przekazane przez Amerykanów w ramach pożyczki Lend-Lease Act, stanowiły część konwojów wysłanych do Murmańska, ale ściągnięto je z koła podbiegunowego aż nad Morze Kaspijskie.

Ze studebakerów wyskoczyli żołnierze NKWD, wspominał Oczyrow. Odczytali zdezorientowanym mieszkańcom wioski dekret informujący ich, że w związku z oskarżeniem o zdradę cała ludność kałmucka ma być wysiedlona. Elista została zajęta przez Niemców w sierpniu 1942 roku i przez pięć miesięcy znajdowała się pod okupacją, aż pod koniec roku odbiły ją wojska radzieckie. Kałmuków zaś w całości oskarżono o kolaborację. Dano im pół godziny na spakowanie dobytku i przygotowanie się do drogi w nieznane.

Niektórzy Kałmucy zostali brutalnie pobici i ograbieni przez żołnierzy, inni – jak choćby rodzina Oczyrowa – byli traktowani relatywnie dobrze. Pozwolono im zarżnąć krowę i spakować zapasy mięsa na czekającą ich podróż, matka Oczyrowa mogła zabrać maszynę do szycia.

– Załadowali nas z naszymi rzeczami na ciężarówki. Psy ujadały, a krowy i owce przebierały niespokojnie nogami. Ludziom się wydaje, że tylko psy wyczuwają takie sprawy, ale zwierzęta hodowlane także czuły, że dzieje się coś niedobrego. Panował straszny chaos, to była okropna, okropna scena. Psy biegły za odjeżdżającymi ciężarówkami, wyjąc jak szalone. Nigdy nie zapomnę tego widoku.

Zawieziono ich na stację kolejową, gdzie czekał już podstawiony długi pociąg składający się z bydlęcych wagonów. Kałmukom kazano wsiąść do środka, do każdego wagonu pakowano po piętnaście, dwadzieścia rodzin.

– Było potwornie zimno – środek zimy, a my wyruszamy na Syberię – wspominał Oczyrow. – Przez większość czasu musiało być jakieś minus trzydzieści, minus trzydzieści pięć stopni. Podróż trwała około dwunastu dni, a pod jej koniec wszyscy wyglądaliśmy jak odrażające, zawszone ludzkie wraki. Pamiętam, że na środku wagonu w podłodze była wycięta dziura, przez którą się wypróżnialiśmy. Gdy zatrzymywaliśmy się na stacji, czasami strażnicy pozwalali jednej lub dwóm osobom pójść po ciepłą wodę. Ale ja przez całą podróż ani razu nie wyszedłem na zewnątrz.

Na każdym postoju strażnicy przemierzali całą długość pociągu i pytali, czy nie ma jakichś zmarłych.

– Często zdarzało się, że jedna lub dwie osoby zmarły z wyziębienia. Wyrzucaliśmy ich ciała, a strażnicy je zabierali.

Rodzice żegnali się w ten sposób z dziećmi, mężowie z żonami.

4 stycznia 1944 roku Beria mógł osobiście zameldować Stalinowi, że „26 359 rodzin, składających się w sumie z 93 139 osób, zostało załadowanych do 46 specjalnych pociągów”19.

Kałmucy byli tylko jednym z wielu deportowanych ludów. W głąb Azji Środkowej i na Syberię wywieziono także Czeczenów, Tatarów krymskich, mieszkających na terenie Związku Radzieckiego Niemców oraz kilka mniejszych narodowości. Ogółem podczas wojny władze radzieckie deportowały około dwóch milionów swoich obywateli20. Sama operacja przesiedlenia Kałmuków, jedna z mniejszych pod względem skali, wymagała udziału 2975 oficerów NKWD i tysięcy żołnierzy. Stanowiła również olbrzymie logistyczne wyzwanie, jakie wiązało się z zajęciem ciężarówek oraz dziesiątek składów pociągów, które przez kilka tygodni były wyłączone z wsparcia dla działań wojennych. W tygodniach poprzedzających wysiedlenia znacznie większych grup Czeczenów i Inguszów, na początku 1944 roku, na odpowiednie tereny przerzucono 83 003 żołnierzy Armii Czerwonej oraz 17 698 enkawudzistów pod pozorem zabezpieczenia tyłów działań wojennych, w rzeczywistości zaś, aby przygotować deportacje21. Ostatecznie wymagały one użycia 190 pociągów oraz całej dywizji pancernej22. Dla kraju, który walcząc z Niemcami, znajdował się u kresu wytrzymałości, był to niewiarygodny nakład sił oraz środków.