Myśl to forma odczuwania - Susan Sontag, Jonathan Cott - ebook + książka

Myśl to forma odczuwania ebook

Sontag Susan, Jonathan Cott

4,3
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań. Gdybym ocalała z katastrofy samolotu, być może zainteresowałabym się historią lotnictwa – mówi Susan Sontag na początku fascynującej rozmowy z Jonathanem Cottem. I wydaje się, że w rzeczy samej każde przeżycie może okazać się dla pisarki pretekstem do głębszej refleksji: wielotygodniowy pobyt w szpitalu zainspiruje ją do napisania esejuChoroba jako metafora, zwyczajne – zdawałoby się – spotkanie z koleżankami i synem prowokuje do rozważań na temat ról społecznych kobiet i mężczyzn.

Rozmowa, która najwyraźniej sprawia przyjemność obojgu interlokutorom, nie pomija niemal żadnego z poważnych i całkiem przyziemnych wątków. Dowiemy się z niej między innymi, jaką Sontag jest feministką, w jakich okolicznościach zaczęła słuchać rock and rolla, jak postrzega granice seksualności, jakie widzi związki faszyzmu z kulturą popularną, kto jest jej ulubionym pisarzem, co myśli o rodzicielstwie, czego nauczyły ją narkotyki oraz w co się ubiera, kiedy siada do pisania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (117 ocen)
60
36
18
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katwe

Całkiem niezła

Jak dla mnie Susan Sontag jest mocno pretensjonalna i przereklamowana autorka. Napewno nie sięgnę po więcej jej książek.
10
D_o_m_i_a

Dobrze spędzony czas

Świetna forma na spotkanie z Susan Sontag - swobodna rozmowa z Jonathanem Cottem daje dużo więcej luzu i osobistego tonu niż jej klasyczne eseje, a jednocześnie nie traci na intelektualnej ostrości. Poruszają właściwie wszystko: feminizm, seksualność, muzykę, narkotyki, rodzicielstwo, pisanie - i widać w tym kobietę, która ma zdanie na każdy temat i potrafi je błyskotliwie uzasadnić. Trochę szkoda, że to tylko 149 stron, bo poczytałbym więcej. Dobra brama wejściowa dla kogoś, kto boi się zaczynać od jej "właściwych" książek. Część moich recenzji publikuję też na YouTube — kanał skrajnieskończony.
00

Popularność



Kolekcje



Jest bu­rzy­cie­lem in­te­lek­tu­al­ne­go spo­ko­ju, lecz pła­ci za to, sta­jąc się in­te­lek­tu­al­nym tu­ła­czem, wę­drow­cem w in­te­lek­tu­al­nej Zie­mi Ni­czy­jej, któ­ry po­szu­ku­je in­nej przy­sta­ni gdzieś da­lej na dro­dze, za ho­ry­zon­tem. Ci obcy, nie­umie­ją­cy usie­dzieć w miej­scu przy­by­sze, nie są ani uprzej­mi, ani za­do­wo­le­ni.

Thor­ste­in Ve­blen

Kie­dy umie­ra czło­wiek, tra­ci­my całą bi­blio­te­kę.

daw­ne po­wie­dze­nie ludu Ki­ku­ju

Przed­mo­wa

„Je­dy­na me­ta­fo­ra zdol­na od­dać, czym jest ży­cie umy­słu – pi­sze ba­dacz­ka po­li­tycz­na Han­nah Arendt – musi się od­wo­ły­wać do do­zna­nia ży­cia. Bez od­de­chu ży­cia ludz­kie cia­ło jest tru­pem, bez my­śle­nia umysł ludz­ki jest mar­twy”1. Su­san Son­tag zga­dza­ła się z tym po­glą­dem. W dru­gim to­mie swych dzien­ni­ków (Jak świa­do­mość zwią­za­na jest z cia­łem) na­pi­sa­ła: „Jako oso­ba in­te­li­gent­na nie uwa­żam, że ro­bię coś »le­piej«. To je­dy­na for­ma mo­je­go ist­nie­nia. […] Wiem, że boję się bier­no­ści (i za­leż­no­ści). Gdy uży­wam umy­słu, mam wra­że­nie, że je­stem ak­tyw­na (nie­za­leż­na). To do­brze”2.

Son­tag (1933 – 2004) – ese­ist­ka, po­wie­ścio­pi­sar­ka, re­ali­za­tor­ka fil­mo­wa i ak­ty­wist­ka po­li­tycz­na – wy­jąt­ko­wo wy­raź­nie uświa­da­mia­ła so­bie, że pro­wa­dze­nie ży­cia, w któ­rym się my­śli, i my­śle­nie o ży­ciu, któ­re się pro­wa­dzi, to dzia­ła­nia uzu­peł­nia­ją­ce się i wzbo­ga­ca­ją­ce eg­zy­sten­cję. Od wy­da­nia w 1966 roku Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji, jej pierw­sze­go zbio­ru ese­jów, w któ­rym w bez­pre­ten­sjo­nal­ny, świe­ży spo­sób po­ru­sza­ła cały wa­chlarz te­ma­tów: od mu­zy­ki The Su­pre­mes, przez dzie­ła Si­mo­ne Weil, po fil­my ta­kie jak Czło­wiek, któ­ry się nie­praw­do­po­dob­nie zmniej­sza i Mu­riel, in­te­re­so­wa­ła się za­rów­no kul­tu­rą „po­pu­lar­ną”, jak i „wy­so­ką”. W po­sło­wiu do wy­da­nia tomu, któ­re uka­za­ło się trzy­dzie­ści lat po pierw­szej edy­cji, pi­sze: „Gdy­bym mia­ła wy­bie­rać mię­dzy The Do­ors i Do­sto­jew­skim, wów­czas – oczy­wi­ście – wy­bra­ła­bym Do­sto­jew­skie­go. Ale czy mu­szę wy­bie­rać?”3.

Son­tag, któ­ra pro­po­no­wa­ła zwrot ku „ero­ty­ce sztu­ki”, z fran­cu­skim pi­sa­rzem Ro­lan­dem Bar­thes’em dzie­li­ła nie tyl­ko opi­sy­wa­ną prze­zeń „przy­jem­ność tek­stu”, lecz tak­że, jak pi­sa­ła w przed­mo­wie do książ­ki po­pu­la­ry­zu­ją­cej jego myśl, „wi­zję ży­cia in­te­lek­tu­al­ne­go jako ta­kie­go, któ­re wy­peł­nia­ją po­żą­da­nie, nie­skrę­po­wa­na pra­ca umy­słu i przy­jem­ność”4. Pod tym wzglę­dem szła śla­dem Wil­lia­ma Word­swor­tha, któ­ry w przed­mo­wie do Bal­lad li­rycz­nych twier­dził, że rola po­ety to „na­tych­mia­sto­we ukon­ten­to­wa­nie Czy­tel­ni­ka”. Obo­wią­zek ten „jest uzna­niem dla pięk­na wszech­świa­ta” i „hoł­dem skła­da­nym przy­ro­dzo­nej i czy­stej god­no­ści czło­wie­ka”, jego wy­peł­nie­nie zaś bę­dzie „za­da­niem ła­twym i lek­kim dla tego, kto spo­glą­da na świat w du­chu mi­ło­ści”5.

„Co spra­wia, że czu­ję się sil­na?” – pyta Son­tag w dzien­ni­ku i od­po­wia­da: „By­cie ko­cha­ną i pra­ca”6. Mówi też o swo­jej ten­den­cji do „go­rą­cych unie­sień umy­słu”7. Mi­łość, po­żą­da­nie i my­śle­nie naj­wy­raź­niej były dla niej po­dob­ne w swej isto­cie. W fa­scy­nu­ją­cej książ­ce Eros the Bit­ter­swe­et po­et­ka i fi­lo­loż­ka kla­sycz­na Anne Car­son, któ­rą Son­tag bar­dzo po­dzi­wia­ła, twier­dzi: „Wy­da­je się, że ist­nie­je pew­ne po­do­bień­stwo mię­dzy tym, jak Eros dzia­ła w umy­śle czło­wie­ka ko­cha­ją­ce­go, a tym, jak na­by­wa­nie wie­dzy wpły­wa na umysł my­śli­cie­la”8. Car­son do­da­je tak­że: „Kie­dy umysł się­ga po wie­dzę, wkra­cza na płasz­czy­znę po­żą­da­nia”. Echo tych słów sły­chać w ese­ju o Ro­lan­dzie Bar­the­sie, w któ­rym Son­tag stwier­dza: „pi­sa­nie jest obej­mo­wa­niem, by­ciem obej­mo­wa­nym; każ­da idea jest ideą, któ­ra wy­cho­dzi ku świa­tu”.

W 1987 roku, na po­świę­co­nym po­sta­ci Hen­ry’ego Ja­me­sa sym­po­zjum pod pa­tro­na­tem PEN Ame­ri­can Cen­ter, Son­tag roz­wi­nę­ła myśl Car­son, że ist­nie­je nie­ro­ze­rwal­na więź mię­dzy po­żą­da­niem i wie­dzą. Uzna­ła za nie­słusz­ną kry­ty­kę słow­nic­twa Ja­me­sa, któ­re­mu za­rzu­ca­no, że jest su­che i abs­trak­cyj­ne. Ar­gu­men­to­wa­ła: „Jego słow­nic­two ce­chu­ją bo­gac­two, mno­gość, po­żą­da­nie, ra­dość, eks­ta­za. Świat Ja­me­sa jest świa­tem, w któ­rym za­wsze jest wię­cej – wię­cej tek­stu, wię­cej świa­do­mo­ści, wię­cej prze­strze­ni, wię­cej zło­żo­no­ści w prze­strze­ni, wię­cej po­żyw­ki, któ­rą może prze­żu­wać świa­do­mość. Swe po­wie­ści bu­du­je w opar­ciu o za­sa­dę po­żą­da­nia, któ­ra wy­da­je mi się czymś no­wa­tor­skim. Jest to po­żą­da­nie epi­ste­mo­lo­gicz­ne, po­żą­da­nie wie­dzy. Czę­sto przy­po­mi­na po­żą­da­nie cie­le­sne, któ­re na­śla­du­je lub zwie­lo­krot­nia”. W swo­ich dzien­ni­kach Son­tag „ży­cie umy­słu” opi­su­je na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi: „En­tu­zjazm, ape­tyt, łak­nie­nie, po­żą­da­nie, po­ciąg, nie­na­sy­ce­nie, unie­sie­nie, za­pał”9. Być może uzna­ła­by, że Anne Car­son wy­po­wia­da się rów­nież w jej imie­niu, gdy mówi: „za­ko­chi­wa­nie się i na­by­wa­nie wie­dzy to rze­czy, dzię­ki któ­rym na­praw­dę czu­ję, że żyję”.

We wszyst­kich swo­ich przed­się­wzię­ciach Son­tag sta­ra­ła się pod­wa­żyć ste­reo­ty­po­we ka­te­go­rie, ta­kie jak mę­skie – ko­bie­ce czy mło­dy – sta­ry, któ­re skła­nia­ją lu­dzi, by nie prze­kra­czać gra­nic i pro­wa­dzić ży­cie peł­ne za­ha­mo­wań. Nie­ustan­nie ba­da­ła praw­dzi­wość i za­sad­ność swo­je­go prze­ko­na­nia, że rze­ko­me prze­ci­wień­stwa, ta­kie jak my­śle­nie i od­czu­wa­nie bądź świa­do­mość i zmy­sło­wość, to w isto­cie aspek­ty jed­ne­go zja­wi­ska przy­po­mi­na­ją­ce wło­ski na ak­sa­mi­cie, któ­re za­leż­nie od kie­run­ku prze­su­wa­nia dło­ni do­star­cza­ją róż­nych do­znań, mają dwa róż­ne od­cie­nie i dają się dwo­ja­ko po­strze­gać.

W po­wsta­łym w 1965 roku ese­ju O sty­lu Son­tag pi­sze na przy­kład: „Je­śli na­zwie­my Triumf woli (1934) i Olim­pia­dę (1938) Leni Rie­fen­stahl ar­cy­dzie­ła­mi, nie bę­dzie to trak­to­wa­niem pro­pa­gan­dy na­zi­stow­skiej z es­te­tycz­ną po­błaż­li­wo­ścią. Pro­pa­gan­da na­zi­stow­ska jest w tych fil­mach nie­wąt­pli­wie obec­na. Obec­ne jest w nich jed­nak coś jesz­cze […] mi­ster­ne po­ru­sze­nia in­te­li­gen­cji, wdzięk i zmy­sło­wość”10. De­ka­dę póź­niej w ese­ju Fa­scy­nu­ją­cy fa­szyzm Son­tag od­sła­nia inny od­cień ak­sa­mi­tu, twier­dząc, że Triumf woli to „naj­czyst­szy przy­kład fil­mu pro­pa­gan­do­we­go wszech cza­sów, któ­re­go sama idea wy­klu­cza coś wię­cej niż samą pro­pa­gan­dę”11. O ile daw­niej Son­tag sku­pia­ła się na „for­mal­nych im­pli­ka­cjach tre­ści”, o tyle póź­niej, jak wy­ja­śnia, in­te­re­so­wa­ła ją „treść ukry­ta w pew­nych kon­cep­cjach for­my”.

Okre­śla­ją­ca się mia­nem „sza­lo­nej es­tet­ki” i „ob­se­syj­nej mo­ra­list­ki” Son­tag zgo­dzi­ła­by się za­pew­ne ze sło­wa­mi Word­swor­tha, że „nie od­czu­wa­my in­nych wzru­szeń niż te, któ­re ro­dzą się z ukon­ten­to­wa­nia”, a „ile­kroć współ­czu­je­my z bó­lem, oka­zu­je się, że na­sze współ­czu­cie wzię­ło swój po­czą­tek w sub­tel­nych związ­kach z ukon­ten­to­wa­niem”12. Nie jest więc ni­czym za­ska­ku­ją­cym, że choć Son­tag w peł­ni cie­szy­ła się przy­jem­no­ścia­mi „plu­ra­li­stycz­nej, po­li­mor­ficz­nej kul­tu­ry”, ni­g­dy nie od­wra­ca­ła oczu od „wi­do­ku cu­dze­go cier­pie­nia” – taki ty­tuł nada­ła swej ostat­niej książ­ce – i nie za­prze­sta­wa­ła wy­sił­ków, by temu cier­pie­niu ulżyć.

W 1968 roku po­je­cha­ła do Ha­noi na za­pro­sze­nie rzą­du pół­noc­no­wiet­nam­skie­go jako uczest­nicz­ka de­le­ga­cji ame­ry­kań­skich ak­ty­wi­stów an­ty­wo­jen­nych. O po­dró­ży tej pi­sa­ła: „ka­za­ła mi [ona] po­now­nie prze­my­śleć wła­sną toż­sa­mość i for­my świa­do­mo­ści, a tak­że psy­chicz­ne for­my mo­jej kul­tu­ry, zna­cze­nie »szcze­ro­ści«, ję­zyk, de­cy­zje mo­ral­ne, spo­so­by eks­pre­sji psy­cho­lo­gicz­nej”13. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­wię­cio­krot­nie od­wie­dzi­ła Sa­ra­je­wo, sta­jąc się świad­kiem cier­pień jego trzy­stu osiem­dzie­się­ciu ty­się­cy miesz­kań­ców, któ­rzy żyli wów­czas w wa­run­kach cią­głe­go ob­lę­że­nia. Pod­czas jej dru­giej wi­zy­ty w 1993 roku sa­ra­jew­ski pro­du­cent te­atral­ny za­pro­po­no­wał jej wy­re­ży­se­ro­wa­nie Cze­ka­jąc na Go­do­ta Sa­mu­ela Bec­ket­ta z udzia­łem tru­py naj­wy­bit­niej­szych ak­to­rów miesz­ka­ją­cych w tym mie­ście. Wy­strza­ły ka­ra­bi­nów snaj­per­skich i wy­bu­chy po­ci­sków moź­dzie­rzo­wych sta­no­wi­ły tło dźwię­ko­we za­rów­no dla prób, jak i przed­sta­wień, na któ­re przy­cho­dzi­li ofi­cje­le rzą­do­wi, le­ka­rze z głów­ne­go sa­ra­jew­skie­go szpi­ta­la i fron­to­wi żoł­nie­rze, a tak­że in­wa­li­dzi i po­grą­że­ni w ża­ło­bie miesz­kań­cy. „Ten, kogo wiecz­nie za­ska­ku­je ist­nie­nie de­pra­wa­cji – na­pi­sa­ła w ese­ju Wi­dok cu­dze­go cier­pie­nia – kto wciąż od­czu­wa roz­cza­ro­wa­nie (lub wręcz nie­do­wie­rza­nie) wo­bec do­wo­dów tego, ja­kie ma­ka­brycz­ne okru­cień­stwa lu­dzie są w sta­nie wy­rzą­dzić in­nym lu­dziom, nie jest jesz­cze mo­ral­nie ani psy­cho­lo­gicz­nie do­ro­sły”14. In­nym ra­zem stwier­dzi­ła na­to­miast: „nie­moż­li­wa jest […] praw­dzi­wa kul­tu­ra bez al­tru­izmu”15.

Po­zna­łem Su­san Son­tag na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych, kie­dy ona wy­kła­da­ła, a ja stu­dio­wa­łem na Co­lum­bia Uni­ver­si­ty. Przez trzy lata pi­sa­łem tek­sty i pra­co­wa­łem jako re­dak­tor dla do­dat­ku li­te­rac­kie­go do „Co­lum­bia Spec­ta­tor”, dzien­ni­ka wy­da­wa­ne­go w Co­lum­bia Col­le­ge, do któ­re­go w 1961 roku Son­tag na­pi­sa­ła esej o Nor­ma­nie O. Brow­nie za­ty­tu­ło­wa­ny Ży­cie prze­ciw­ko śmier­ci, za­miesz­czo­ny póź­niej w zbio­rze Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji. Po jego lek­tu­rze pew­ne­go po­po­łu­dnia bez­czel­nie po­sta­no­wi­łem zaj­rzeć do jej ga­bi­ne­tu, by po­wie­dzieć, że tekst bar­dzo mi się spodo­bał. Spo­tka­li­śmy się póź­niej jesz­cze kil­ka razy na ka­wie.

Po skoń­cze­niu Co­lum­bia Col­le­ge w 1964 roku po­sze­dłem na an­gli­sty­kę na Uni­ver­si­ty of Ca­li­for­nia i wpa­dłem tam w wir wy­da­rzeń, któ­re skła­da­ły się na wiel­kie spo­łecz­ne, kul­tu­ro­we i po­li­tycz­ne prze­bu­dze­nie Ame­ry­ki. „Roz­ko­szą w świt ten było, że się żyje”16, na­pi­sał Word­sworth dwa wie­ki wcze­śniej na te­mat po­cząt­ków re­wo­lu­cji fran­cu­skiej. Te­raz co­dzien­ność znów sta­wa­ła się naj­praw­dziw­szym przed­sta­wie­niem i gdzie­kol­wiek się po­szło, „nocą w knaj­pach gra­li, a w po­wie­trzu pach­nia­ło re­wo­lu­cją”, jak śpie­wał Bob Dy­lan w pio­sen­ce Tan­gled Up in Blue. Wspo­mi­na­jąc tam­te cza­sy mniej wię­cej trzy­dzie­ści lat póź­niej, Son­tag pi­sze w po­sło­wiu do wzno­wie­nia tomu Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji: „Jak cu­dow­ne to wszyst­ko się wy­da­je, gdy spoj­rzeć wstecz. Jak bar­dzo by się chcia­ło wciąż mieć tam­tą śmia­łość, opty­mizm i po­gar­dę dla ko­mer­cja­li­za­cji. Uczu­cia ty­po­we dla dzi­siej­szych cza­sów to na jed­nym bie­gu­nie no­stal­gia, a na dru­gim upodo­ba­nie do uto­pii. Być może naj­cie­kaw­szą ce­chą okre­su za­szu­flad­ko­wa­ne­go dziś jako Lata Sześć­dzie­sią­te jest to, że czu­ło się wów­czas tak mało no­stal­gii. I w tym sen­sie ży­li­śmy w cza­sie uto­pij­nym”17.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia 1966 roku szczę­śli­wym tra­fem wpa­dłem na Su­san na kam­pu­sie uni­wer­sy­te­tu w Ber­ke­ley. Po­wie­dzia­ła mi, że przy­je­cha­ła na za­pro­sze­nie z wy­kła­dem, ja zaś od­par­łem, że od nie­daw­na two­rzę i pro­wa­dzę noc­ny pro­gram pu­bli­cy­stycz­ny o swo­bod­nej for­mu­le w ra­diu KPFA. Do­da­łem, że ra­zem z To­mem Lud­dym – któ­ry póź­niej zo­stał ku­ra­to­rem Pa­ci­fic Film Ar­chi­ve – bę­dzie­my tego wie­czo­ra go­ścić w stu­diu fil­mow­ca Ken­ne­tha An­ge­ra, a te­ma­tem spo­tka­nia bę­dzie jego film Wschód skor­pio­na. Dała się za­pro­sić na roz­mo­wę. (W swo­ich dzien­ni­kach za­miesz­cza In­au­gu­ra­tion of the Ple­asu­re Dome An­ge­ra na li­ście naj­lep­szych fil­mów).

W 1967 roku prze­pro­wa­dzi­łem się do Lon­dy­nu i zo­sta­łem pierw­szym eu­ro­pej­skim re­dak­to­rem ma­ga­zy­nu „Rol­ling Sto­ne”, dla któ­re­go pi­sa­łem i pra­co­wa­łem tak­że po po­wro­cie do No­we­go Jor­ku w 1970 roku. Su­san i ja mie­li­śmy wie­lu wspól­nych przy­ja­ciół i w na­stęp­nych la­tach od cza­su do cza­su spo­ty­ka­li­śmy się na przy­ję­ciach, se­an­sach fil­mo­wych, kon­cer­tach (za­rów­no roc­ko­wych, jak i mu­zy­ki kla­sycz­nej) czy wie­cach po­li­tycz­nych. Za­wsze chcia­łem prze­pro­wa­dzić z nią wy­wiad dla „Rol­ling Sto­ne”, ale nie po­tra­fi­łem się zmo­bi­li­zo­wać, by ją o to za­gad­nąć. Wresz­cie w lu­tym 1978 roku do­sze­dłem do wnio­sku, że chy­ba nad­szedł wła­ści­wy mo­ment. Rok wcze­śniej uka­zał się jej świet­nie przy­ję­ty esej O fo­to­gra­fii, a nie­ba­wem na ryn­ku mia­ły się po­ja­wić dwie ko­lej­ne książ­ki: zbiór ośmiu opo­wia­dań I, et­ce­te­ra, któ­ry opi­sa­ła kie­dyś jako „kil­ka przy­gód z pierw­szą oso­bą”, oraz esej Cho­ro­ba jako me­ta­fo­ra. Mię­dzy ro­kiem 1974 a 1977 Su­san prze­szła ope­ra­cję oraz le­cze­nie z po­wo­du no­wo­two­ru pier­si i do­świad­cze­nie by­cia pa­cjent­ką on­ko­lo­gicz­ną wy­ko­rzy­sta­ła do na­pi­sa­nia tej książ­ki. Gdy wresz­cie się zde­cy­do­wa­łem spy­tać ją, czy ze­chcia­ła­by mi udzie­lić wy­wia­du, pro­po­nu­jąc za­ra­zem, by­śmy za punkt wyj­ścia przy­ję­li trzy wy­mie­nio­ne wy­żej książ­ki, zgo­dzi­ła się bez wa­ha­nia.

Nie­któ­rzy pi­sa­rze o udzie­la­niu wy­wia­dów skłon­ni są stwier­dzić to, co po­eta Ken­neth Re­xroth po­wie­dział o pew­nym wy­jąt­ko­wo nu­żą­cym wie­czor­ku – to jak „wsa­dza­nie ję­zy­ka do kon­tak­tu przed obia­dem”. Jed­nym z ta­kich pi­sa­rzy był Ita­lo Ca­lvi­no. W krót­kim tek­ście Roz­my­śla­nia przed udzie­le­niem wy­wia­du pi­sał: „Każ­de­go ran­ka mó­wię so­bie: dziś mu­szę dużo na­pi­sać, a po­tem dzie­je się coś, co mi to unie­moż­li­wia. A dziś […], co to ja mia­łem dziś zro­bić? Ach tak, mam udzie­lać wy­wia­du. Boże, do­po­móż!”. Jesz­cze więk­szy scep­ty­cyzm wy­ka­zał J. M. Co­et­zee, któ­ry w po­ło­wie wy­wia­du z Da­vi­dem At­twel­lem oznaj­mił: „Gdy­bym był choć tro­chę prze­wi­du­ją­cy, od sa­me­go po­cząt­ku trzy­mał­bym się z dala od dzien­ni­ka­rzy. […] W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć […] [wy­wiad] jest wy­mia­ną zdań z kimś zu­peł­nie ob­cym, komu jed­nak kon­wen­cje ga­tun­ku li­te­rac­kie­go ze­zwa­la­ją na prze­kro­cze­nie gra­nic kul­tu­ry oso­bi­stej obo­wią­zu­ją­cych w roz­mo­wie ob­cych lu­dzi. […] W moim od­czu­ciu jed­nak praw­da wią­że się z mil­cze­niem, z re­flek­sją, z prak­ty­ką pi­sar­ską. Mowa nie jest skarb­ni­cą praw­dy, lecz bla­dą i pro­wi­zo­rycz­ną wer­sją pi­sa­nia. A ra­pier za­sko­cze­nia, ja­kim wła­da sę­dzia śled­czy lub dzien­ni­karz prze­pro­wa­dza­ją­cy wy­wiad, to nie na­rzę­dzie wy­do­by­wa­nia praw­dy, lecz – prze­ciw­nie – broń, świa­dec­two kon­fron­ta­cyj­ne­go cha­rak­te­ru do­ko­ny­wa­nej trans­ak­cji”18.

Su­san Son­tag wi­dzia­ła to ina­czej. „Po­do­ba mi się for­ma wy­wia­du – po­wie­dzia­ła mi pew­ne­go razu – a to dla­te­go, że lu­bię kon­wer­sa­cję, dia­log, a znacz­ną część mo­ich prze­my­śleń za­in­spi­ro­wa­ły roz­mo­wy. Jed­nym z naj­trud­niej­szych wy­zwań pi­sar­skich jest to, że trze­ba w izo­la­cji pro­wa­dzić roz­mo­wę z samą sobą, co jest zu­peł­nie nie­na­tu­ral­ne. Ja lu­bię roz­ma­wiać z in­ny­mi – uni­kam w ten spo­sób za­mknię­cia się we włas­nym świe­cie, w trak­cie roz­mo­wy zaś mam oka­zję do­wie­dzieć się, co sama my­ślę. Nie in­te­re­su­je mnie sze­ro­ka pu­blicz­ność, po­nie­waż jest to byt abs­trak­cyj­ny, na­to­miast pra­gnę wie­dzieć, co my­śli kon­kret­na oso­ba. Aby po­znać jej zda­nie, mu­szę się z nią spo­tkać twa­rzą w twarz”.

W jed­nym z wpi­sów z 1965 roku w swo­im dzien­ni­ku Su­san po­sta­na­wia „nie udzie­lać żad­nych wy­wia­dów, do­pó­ki nie będę brzmieć rów­nie kla­row­nie, au­to­ry­ta­tyw­nie + bez­po­śred­nio jak Lil­lian [Hel­l­man] w »Pa­ris Re­view«”19. Trzy­na­ście lat póź­niej pew­ne­go sło­necz­ne­go czerw­co­we­go po­po­łu­dnia przy­je­cha­łem do jej pa­ry­skie­go miesz­ka­nia w szes­na­stej dziel­ni­cy. Usie­dli­śmy na dwóch so­fach w sa­lo­nie. Na sto­li­ku sto­ją­cym po­mię­dzy nimi po­ło­ży­łem ma­gne­to­fon. Gdy słu­cha­łem jej kla­row­nych, au­to­ry­ta­tyw­nych i bez­po­śred­nich od­po­wie­dzi na moje py­ta­nia, sta­ło się dla mnie ja­sne, że Su­san na­uczy­ła się roz­ma­wiać tak, jak to so­bie za­mie­rzy­ła wie­le lat wcze­śniej. W prze­ci­wień­stwie do nie­mal wszyst­kich in­nych osób, z któ­ry­mi prze­pro­wa­dzi­łem wy­wia­dy (dru­gim wy­jąt­kiem jest pia­ni­sta Glenn Gould), Su­san nie ope­ro­wa­ła zda­nia­mi, lecz sta­ran­nie wy­pra­co­wa­ny­mi, roz­bu­do­wa­ny­mi aka­pi­ta­mi. Ude­rzy­ła mnie pre­cy­zja i „mo­ral­na oraz ję­zy­ko­wa do­kład­ność” – jak kie­dyś okre­śli­ła styl pi­sar­ski Hen­ry’ego Ja­me­sa – z jaką przed­sta­wia­ła i roz­wi­ja­ła swo­je my­śli, sta­ran­nie cy­ze­lu­jąc zna­cze­nia do­da­wa­ny­mi w na­wia­sie uwa­ga­mi i oko­licz­ni­ka­mi („cza­sem”, „oka­zjo­nal­nie”, „prze­waż­nie”, „w więk­szo­ści wy­pad­ków”, „nie­mal za każ­dym ra­zem”). W bo­gac­twie i płyn­no­ści jej wy­po­wie­dzi brzmia­ło, jak to mó­wią Fran­cu­zi, ivres­se du di­sco­urs – upo­je­nie sło­wem mó­wio­nym. W jed­nym z wpi­sów w dzien­ni­ku Son­tag oznaj­mia, że za­le­ży jej na „pro­wa­dze­niu dia­lo­gu kre­atyw­ne­go”, uzna­jąc go za „głów­ną me­to­dę osią­ga­nia zba­wie­nia”20.

Po trzech go­dzi­nach roz­mo­wy Su­san po­wie­dzia­ła mi, że musi zro­bić so­bie prze­rwę przed pro­szo­ną ko­la­cją, na któ­rą wy­bie­ra­ła się owe­go wie­czo­ra. Na­gra­łem już dość ma­te­ria­łu do wy­wia­du dla „Rol­ling Sto­ne”. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu Su­san po­wie­dzia­ła mi jed­nak, że nie­ba­wem wra­ca na pół roku do swo­je­go no­wo­jor­skie­go miesz­ka­nia, a po­nie­waż chcia­ła­by po­ru­szyć ze mną jesz­cze kil­ka in­nych te­ma­tów, spy­ta­ła, czy mo­że­my do­koń­czyć roz­mo­wę w No­wym Jor­ku.

Pięć mie­się­cy póź­niej, pew­ne­go zim­ne­go li­sto­pa­do­we­go po­po­łu­dnia, przy­sze­dłem do jej prze­stron­ne­go apar­ta­men­tu z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na rze­kę Hud­son przy skrzy­żo­wa­niu Ri­ver­si­de Dri­ve i 106 Uli­cy. Miesz­ka­ła tam w oto­cze­niu ośmiu ty­się­cy ksią­żek, o któ­rych mó­wi­ła „mój wła­sny sys­tem wy­szu­ki­waw­czy” i „moje ar­chi­wum tę­sk­not”. W tym uświę­co­nym miej­scu sie­dzie­li­śmy i roz­ma­wia­li­śmy do póź­nej nocy.

W paź­dzier­ni­ku 1979 roku w ma­ga­zy­nie „Rol­ling Sto­ne” uka­za­ła się jed­na trze­cia mo­je­go wy­wia­du z Su­san Son­tag. Dziś po raz pierw­szy mogę w ca­ło­ści za­pre­zen­to­wać roz­mo­wę, któ­rą mia­łem przy­wi­lej pro­wa­dzić trzy­dzie­ści pięć lat temu w Pa­ry­żu i No­wym Jor­ku z nie­zwy­kłą, in­spi­ru­ją­cą oso­bą, któ­rej in­te­lek­tu­al­ne cre­do – tak jak za­wsze je so­bie wy­obra­ża­łem – naj­le­piej wy­ra­ża jej wła­sny krót­ki tekst z 1996 roku za­ty­tu­ło­wa­ny A Let­ter to Bor­ges21:

Po­wie­dzia­łeś, że li­te­ra­tu­rze za­wdzię­cza­my wszyst­ko, czym je­ste­śmy i czym by­li­śmy. Je­śli znik­ną książ­ki, znik­nie hi­sto­ria, znik­ną lu­dzie. W peł­ni się z Tobą zga­dzam. Książ­ki to nie tyl­ko pro­sta suma na­szych ma­rzeń, na­sza pa­mięć. Dają nam tak­że moż­li­wość wy­kra­cza­nia poza sa­mych sie­bie. Nie­któ­rzy lu­dzie uzna­ją czy­ta­nie wy­łącz­nie za ro­dzaj uciecz­ki –uciecz­ki z „praw­dzi­we­go” świa­ta co­dzien­no­ści do do­me­ny wy­obraź­ni, uni­wer­sum ksią­żek. Książ­ki są czymś znacz­nie wię­cej. To spo­sób na osią­gnię­cie peł­ni czło­wie­czeń­stwa.

Kie­dy czte­ry lata temu zdia­gno­zo­wa­no u cie­bie raka, od razu za­czę­łaś roz­my­ślać o tej cho­ro­bie. Przy­po­mi­na mi to sło­wa Nie­tz­sche­go: „Psy­cho­log zna nie­wie­le tak po­cią­ga­ją­cych za­gad­nień jak sto­su­nek zdro­wia do fi­lo­zo­fii, a w ra­zie gdy sam za­cho­ru­je, całą swą na­uko­wą cie­ka­wość wno­si w swo­ją cho­ro­bę”22. Czy na po­dob­nej za­sa­dzie za­czę­łaś pla­no­wać Cho­ro­bę jako me­ta­fo­rę?

Moja cho­ro­ba na pew­no spra­wi­ła, że za­czę­łam my­śleć o cho­ro­wa­niu jako ta­kim. Wszyst­ko, co mi się przy­da­rza, daje oka­zję do roz­my­ślań. My­śle­nie jest jed­ną z rze­czy, któ­ry­mi się zaj­mu­ję. Gdy­bym oca­la­ła z ka­ta­stro­fy sa­mo­lo­tu, być może za­in­te­re­so­wa­ła­bym się hi­sto­rią lot­nic­twa. Je­stem pew­na, że do­świad­cze­nia ostat­nich dwóch i pół roku po­ja­wią się w mo­jej pro­zie, choć znacz­nie prze­two­rzo­ne. Lecz py­ta­nie, któ­re za­da­wa­ła ese­istycz­nie zo­rien­to­wa­na cząst­ka mnie w związ­ku z tym, co mi się przy­da­rzy­ło, nie brzmia­ło: cze­go do­świad­czam?, lecz: co tak na­praw­dę dzie­je się w świe­cie cho­rych? Ja­kie idee mają lu­dzie? Ba­da­łam wła­sne prze­ko­na­nia w tym za­kre­sie, po­nie­waż sama tak­że mia­łam róż­ne fan­ta­stycz­ne wi­zje na te­mat cho­rób, a raka w szcze­gól­no­ści. Ni­g­dy na po­waż­nie nie za­sta­na­wia­łam się nad za­gad­nie­niem cho­ro­by. Je­śli nie roz­my­ślasz o róż­nych spra­wach, sta­jesz się no­si­cie­lem bar­dziej czy mniej roz­sąd­nych, lecz jed­nak ste­reo­ty­po­wych twier­dzeń na ich te­mat.

Nie wy­zna­czy­łam so­bie żad­ne­go spe­cjal­ne­go za­da­nia – „No, sko­ro już za­cho­ro­wa­łam, to te­raz będę o tym roz­my­ślać” – po pro­stu my­śla­łam o cho­ro­bie siłą rze­czy. Le­żysz w szpi­tal­nym łóż­ku, przy­cho­dzi le­karz i mówi w ten swój spe­cy­ficz­ny spo­sób… a ty słu­chasz i za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, co to wszyst­ko zna­czy, co zna­czą in­for­ma­cje, któ­re do­sta­jesz, i jak je oce­nić. A przy tym my­ślisz: ja­kie to dziw­ne, że lu­dzie mó­wią w taki spo­sób, po czym na­gle uświa­da­miasz so­bie, że jest to sku­tek ist­nie­nia ze­spo­łu prze­ko­nań utrwa­lo­ne­go w świe­cie lu­dzi cho­rych. Moż­na więc po­wie­dzieć, że za­czę­łam na ten te­mat „fi­lo­zo­fo­wać”, choć nie lu­bię uży­wać ta­kich pre­ten­sjo­nal­nych słów, gdyż zbyt wy­so­ko ce­nię fi­lo­zo­fię. W szer­szym zna­cze­niu fi­lo­zo­fo­wać moż­na jed­nak na każ­dy te­mat: je­śli się za­ko­chasz, za­czy­nasz my­śleć o na­tu­rze mi­ło­ści, o ile rzecz ja­sna masz od­po­wied­ni tem­pe­ra­ment.

Je­den z mo­ich przy­ja­ciół, spe­cja­li­sta od Pro­usta, od­krył, że jego żona ma ro­mans. Czuł się strasz­nie za­zdro­sny i po­krzyw­dzo­ny. Po­wie­dział mi, że za­czął od­czy­ty­wać to, co Pro­ust mó­wił o za­zdro­ści, w no­wym świe­tle. Roz­my­ślał nad isto­tą za­zdro­ści i roz­wi­jał te kon­cep­cje. Stop­nio­wo za­czął się zu­peł­nie ina­czej od­no­sić za­rów­no do tek­stów Pro­usta, jak i wła­snych prze­żyć. Na­praw­dę cier­piał i w jego cier­pie­niu nie było nic nie­au­ten­tycz­ne­go – na pew­no nie ucie­kał od bólu w roz­my­śla­nia – ale do tej pory ni­g­dy nie do­świad­czył głę­bo­kiej za­zdro­ści sek­su­al­nej. Gdy wcześ­niej czy­tał o niej u Pro­usta, przyj­mo­wał ją do wia­do­mo­ści tak, jak przyj­mu­je się rze­czy, któ­re nie sta­no­wią czę­ści wła­sne­go do­świad­cze­nia. Czło­wiek nie czu­je pew­nych spraw, póki jego sa­me­go nie spo­tka­ją.

Nie je­stem pew­ny, czy w chwi­li od­czu­wa­nia po­twor­nej za­zdro­ści chciał­bym jesz­cze o niej czy­tać. Na po­dob­nej za­sa­dzie po­dej­rze­wam, że do­świad­cza­nie cho­ro­by i jed­no­cze­sne roz­my­śla­nie na jej te­mat mu­sia­ło wy­ma­gać od cie­bie wiel­kie­go wy­sił­ku i być może rów­nież pew­ne­go zo­bo­jęt­nie­nia.

Wprost prze­ciw­nie – wiel­kim wy­sił­kiem by­ło­by dla mnie nie my­śleć o cho­ro­bie. Roz­my­śla­nie o tym, co ci się przy­tra­fia, to naj­prost­sza rzecz na świe­cie. Oto leżę w szpi­ta­lu i my­ślę, że umrę – mu­sia­ła­bym zmo­bi­li­zo­wać wiel­kie siły, by móc zo­bo­jęt­nieć na tyle, aby nie roz­wa­żać swo­jej sy­tu­acji. Bar­dzo wie­le tru­du kosz­to­wa­ło mnie od­da­le­nie się od tego te­ma­tu, by po okre­sie, kie­dy w ogó­le nie mo­głam pra­co­wać, do­koń­czyć książ­kę O fo­to­gra­fii. My­śla­łam, że osza­le­ję. Kie­dy mo­głam już wró­cić do pra­cy – było to sześć czy sie­dem mie­się­cy po otrzy­ma­niu dia­gno­zy – ese­je fo­to­gra­ficz­ne nie były jesz­cze go­to­we, ale w gło­wie ja już tę książ­kę skoń­czy­łam i mu­sia­łam wło­żyć wie­le wy­sił­ku w to, żeby ją sta­ran­nie, w atrak­cyj­ny, prze­ko­nu­ją­cy spo­sób do­pra­co­wać. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu, bo mu­sia­łam pi­sać o czymś, cze­go w da­nym mo­men­cie nie czu­łam. Chcia­łam pi­sać tyl­ko Cho­ro­bę jako me­ta­fo­rę