Morderstwo przy drodze krajowej 94 - Danka Braun - ebook
Opis

Kilku podejrzanych. Liczne motywy. Kto wymierzył sprawiedliwość?

Prywatny detektyw Mirek Filer, który specjalizuje się w ujawnianiu zdrad niewiernych małżonków, podejmuje się oczyścić z zarzutów swojego księgowego Leszka Szajnę. Szajna, mąż autorki kryminałów, jest podejrzany o zabicie mordercy swojej matki.

Inspiracją do napisania powieści „Morderstwo przy drodze krajowej 94” była prawdziwa historia, która wydarzyła się w rodzinie autorki. W 1983 roku została zamordowana jej teściowa. Mordercę skazano na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Wkrótce po tym, gdy opuścił zakład karny, znaleziono w rzece jego zwłoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Danka Braun

Copyright © 2018 by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja:Sylwia Drożdżyk-Reszka

Korekta:Justyna Jakubczyk, Jolanta Chrostowska-Sufa

Projekt graficzny okładki: Marek Kuźnicki, Studio 1

Zdjęcie kobiety na okładce: Copyright © by Grażyna Rutowska, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zdjęcie autorki:Klaudia Kot

Skład: Justyna Jakubczyk

ISBN: 978-83-65897-48-0

Słupsk/Warszawa 2018

Wydawnictwo Prozami

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Ku pamięci mojej teściowej Walerii Szajowskiej,zamordowanej w drodze z pracy z Olkusza do Krakowa

Ściągawka dla czytelnika

Mirek Filer – prywatny detektyw

Kazimierz Krop – były milicjant

Wala Szajna – nauczycielka muzyki

Leszek Szajna – księgowy, syn Wali

Regina Szajna – powieściopisarka, żona księgowego

Magda Florkowska – dziewczyna Mirka Filera

Dominika Domańska – była żona Mirka

Daria Domańska – ciotka Dominiki

Monika Domańska – matka Dominiki

Waldek Wójcik – komisarz prowadzący śledztwo, były mąż Magdy

Maciej Filer – ojciec Mirka

Małgorzata Filer – matka Mirka

Bogna Kropik – była żona Kropa

Żaneta Kropik – córka Kropa

Mateusz Kropik – syn Kropa

Agata Pyrka – kobieta zgwałcona przez Kropa

Jarek Pyrka – mąż Agaty

Halina Skubis – kobieta zgwałcona przez Kropa

Wojtek Skubis – mąż Haliny

Tadeusz Milewicz – emerytowany milicjant

Inspektor Zawada – przełożony Wójcika, znajomy Milewicza

Maryla Sołtysik – sąsiadka Kropa, właścicielka mieszkania

Klara Stępska – sąsiadka Kropa

Grażyna Kudelska – właścicielka domu rodziców Kropa

Arkadiusz Krogulec – kolega Kropa z więzienia

Konrad Milewicz – adwokat Szajny, bratanek Tadeusza

Prolog

17 lutego 1983

Waleria Szajna, zwana przez wszystkich Walą, w ostatnim dniu swojego życia wstała trochę później niż zwykle. Przeważnie budzik budził ją o szóstej. Dziś jednak młodszy syn Sebastian szedł do szkoły na drugą lekcję i przesunięto próbę w filharmonii, gdzie pracowała jako chórzystka, więc mogła pospać dłużej, do siódmej. Wczesne wstawanie nie przeszkadzało jej, tak jak nie przeszkadzało jej mnóstwo innych rzeczy w życiu. Nie narzekała, że musi pracować na dwa etaty, że musi gotować dla rodziny obiady, sprzątać mieszkanie, robić zakupy i dwa razy w tygodniu pomagać dwojgu samotnym staruszkom. Akurat to ostatnie zajęcie wykonywała z dużą przyjemnością. Kiedyś ksiądz Sieńczak wspomniał o zniedołężniałym bezdzietnym małżeństwie, które wymagało pomocy, i Wala postanowiła im tej pomocy udzielić. Od trzech lat przychodziła do nich dwa razy w tygodniu, robiła zakupy i pomagała w prowadzeniu domu, ponieważ pielęgniarka środowiskowa zajmowała się nimi tylko w aspekcie zdrowotnym. Wala lubiła do nich przychodzić, lubiła ich towarzystwo. Mieli już prawie po dziewięćdziesiąt lat, ale wciąż się kochali. Ciągle byli dla siebie mili i troskliwi. I mimo tragedii, jaką przeżyli, bo stracili trójkę dzieci podczas wojny, nie byli zgorzkniali. Z ufnością i wewnętrznym spokojem czekali, aż Pan wezwie ich do siebie.

Wala zamierzała odwiedzić ich nazajutrz, coś ugotować i trochę posprzątać. Z myślą o nich piekła szarlotkę, która właśnie dochodziła w piecyku.

Szajnowa spojrzała na zegarek. Zmarszczyła brwi – zrobiło się dość późno. Szybko skierowała się do łazienki. Spojrzała w lustro i westchnęła. Z natury była pogodną osobą, ale gdy patrzyła na siebie, zawsze czuła delikatne ukłucie żalu za przemijającą młodością i więdnącą urodą. Najbardziej dokuczała jej tusza. Od prawie dwudziestu lat usiłowała schudnąć, jednak bez efektów. Twarz nadal miała młodą, bez zmarszczek i zwiotczeń, a włosy wciąż bujne i czarne. Jeśli zauważała siwego, wyrywała go. Za kilka miesięcy miały stuknąć jej pięćdziesiąt trzy lata, ale nie wyglądała na swój wiek. Jedynie ta nadwaga. Westchnęła. Dlaczego ciastka są takie pyszne? Dlaczego jest tyle dobrych dań? Nie żałowała rodzinie przysmaków. Choć zaopatrzenie w sklepach było kiepskie i obowiązywały kartki, Wala, jako dobra gospodyni, potrafiła zrobić smaczną potrawę nawet z octu i herbaty ulung – jedynych produktów, jakich nie brakowało na półkach sklepowych. A jak tu nie zjeść tego, co się ugotowało?

Wyjęła kosmetyczkę i zaczęła poprawiać Pana Boga – tak miała w zwyczaju mówić o makijażu. Nałożyła zielony cień na powieki, zrobiła ołówkiem kreski i poczerniła rzęsy. Koralową pomadką marki Pani Walewska wymalowała usta. Cóż, każda kobieta jest trochę próżna.

Wychodząc z łazienki, rzuciła okiem na zdjęcie wiszące na ścianie w przedpokoju i uśmiechnęła się do niego. Uważała się za szczęściarę. Miała dobrego męża i dwóch wspaniałych synów. I zawód, który kochała. No i najważniejsze: zdrowie. Właśnie o to codziennie modliła się rano i wieczorem: o zdrowie i pomyślność dla swojej rodziny. Na razie wszystko dobrze się układało. Starszy syn, Leszek, za kilka miesięcy miał obronić pracę magisterską, co miało być zwieńczeniem jego wieloletniej nauki. Zawodu muzyka klarnecisty uczył się czternaście lat. Najpierw w szkole muzycznej pierwszego stopnia, a później drugiego, następnie podczas czteroletnich studiów w akademii muzycznej. W porównaniu ze swoimi rówieśnikami był dwa lata opóźniony w nauce, bo maturę w liceum ogólnokształcącym zdał dwa lata przed ukończeniem szkoły muzycznej. Wala trochę żałowała, że nie posłała go do liceum muzycznego jak młodszego syna Sebastiana, ale trudno.

Obu synów przekonała do muzyki. Leszek najpierw się wzbraniał, bo codzienne kilkugodzinne ćwiczenia na klarnecie bardzo go męczyły. Nie podobało mu się też, że musiał chodzić na zajęcia w dwóch szkołach. Rzeczywiście, chłopak nie miał czasu na nic innego. Z domu wychodził o wpół do ósmej, a wracał o dwudziestej pierwszej. Wala jednak konsekwentnie kusiła go perspektywą ciekawej pracy w dorosłym życiu.

– Leszku, czyż nie lepiej chodzić na próby, zagrać koncert, a potem zwiedzać świat tak jak ja? Która z moich koleżanek spoza branży mogłaby jechać do Iranu? Odwiedzać regularnie Rzym, Paryż i Berlin?

– Mamo, teraz nikt rozsądny nie wybierze się do Iranu, nawet gdyby mógł. – Syn nie podzielał entuzjazmu matki. – Za szacha, gdy tam koncertowaliście, było inaczej.

– Wiem, daję ci tylko przykład. Żyjemy w kraju, gdzie wyjazd za granicę jest rarytasem. Sebastian zapisał się do chóru chłopięcego i dzięki temu zwiedził całą Europę: Rzym, Madryt, Berlin, a nawet Helsinki.

– Akurat był wtedy w takim wieku, kiedy bardziej cieszyły go gumy balonowe i resoraki niż oglądanie Koloseum i innych ruin. Najbardziej zadowolony był z tego, że z zaoszczędzonych diet mógł sobie kupić parę dżinsów w Peweksie.

– Ale ty jesteś już dorosły i chyba potrafisz doceniać inne wartości, również te pozamaterialne. Tym bardziej że można połączyć jedno z drugim: zwiedzić świat i trochę oszczędzając, kupić sobie coś ładnego.

Rzeczywiście wszyscy muzycy z filharmonii, koncertując za granicą i jedząc konserwy zamiast obiadów w restauracjach, mogli przeznaczyć pieniądze z diety na coś innego. Wala z takich wojaży zawsze przywoziła bliskim prezenty. Dżinsy dla chłopców, elegancką koszulę dla męża i ładny sweterek dla siebie. Dzięki pieniądzom z diet mogła kupić Leszkowi instrument światowej klasy: francuski klarnet selmer. Kosztował siedemset pięćdziesiąt dolarów. Biorąc pod uwagę, że w Polsce, pracując na dwóch etatach, zarabiała miesięcznie równowartość czterdziestu dolarów, trudno było się dziwić, iż każdą okazję do zaoszczędzenia dodatkowego grosza wykorzystywała skwapliwie. Cóż z tego, że śmiano się z polskich muzyków, nazywając ich walizki konserwatorium, od konserw w nich zawartych, i że opowiadano anegdotki o tym, jak podczas ich pobytu w hotelu wybijało tam korki od włączonych grzałek. A niech się ludzie śmieją. Dzięki tym dietom jej syn mógł grać na profesjonalnym nowym francuskim instrumencie, a nie na czeskim i w dodatku mocno używanym, jakim dysponowały szkoły muzyczne i opera. Mało kto w Krakowie miał tak dobry klarnet jak jej Leszek.

Ona, jako śpiewaczka, nie musiała odkładać pieniędzy na instrument. Jej instrumentem były struny głosowe i absolutny słuch muzyczny. Dysponowała mezzosopranem, o ciepłej, miłej barwie. Jej głos podobał się publiczności. Kiedy była młoda, wróżono jej wielką karierę. Porównywano ją do Tatiany Samojłowej z filmu Lecą żurawie. Rzeczywiście, była do niej bardzo podobna. W tamtych czasach porównywanie kogoś z radziecką aktorką było większym komplementem niż porównanie z Giną Lollobrigidą. Poza tym Wala, śpiewając w operetce i operze, zbierała naprawdę dobre recenzje. Jej mąż, Zbyszek, kolekcjonował wycinki prasowe i umieszczał na pamiątkę w specjalnym albumie. Kariera Wali jednak się nie rozwinęła, ponieważ jedna, a potem druga ciąża spowodowały, że nie mogła już grać amantek. Pojawiły się inne diwy, piękne, niezamężne, a przede wszystkim szczupłe. Wala musiała zrezygnować z głównych ról. Później oddelegowano ją do Opery Bytomskiej, a jeszcze później wylądowała w chórze w Filharmonii Krakowskiej.

Gdyby skorzystała z propozycji jednego z dyrygentów i została jego kochanką, może jej kariera potoczyłaby się inaczej. Ale ona wybrała rodzinę. I nigdy tego nie żałowała. Sława i dobre role sceniczne nie były dla niej tak ważne jak dzieci i mąż. Uważała, że najważniejsza w życiu jest rodzina, wszystko inne może być jedynie uzupełnieniem, małym dodatkiem do szczęścia, a nie priorytetem. Dlatego nie miała prawa narzekać. I nigdy nie narzekała.

Weszła do pokoju synów. Młodszy wyszedł do szkoły, starszy odsypiał wieczorek jazzowy, który odbył się poprzedniego wieczoru w Klubie pod Jaszczurami.

– Wstawaj, synku, już późno – powiedziała do Leszka. – Gdy zadzwoni minutnik, wyłącz piecyk i wyjmij ciasto. Kiedy wystygnie, przykryj ściereczką, żeby nie wyschło. Możesz się poczęstować, ale niech cię nie podkusi zjeść całego, bo to szarlotka dla staruszków, którym pomagam. Zupa jest na kuchence. Wrócę późno. Po powrocie z Olkusza muszę wstąpić na chwilę do kościoła. Ksiądz Sieńczak ma przesyłkę dla Olechowskich. Jakieś ubrania z darów, odżywki i konserwy.

– To niech je sami odbiorą, nie mają daleko.

– Ale nie mają czasu. Renia ma wykłady, Małgosia szkołę, a Marek jest za mały – wyjaśniła Wala. Pół roku wcześniej umarła na zawał jej koleżanka, osierocając trójkę dzieci. Wala opiekowała się nimi, bo ich ojciec mieszkał i pracował w Warszawie.

– Skończyłabyś, mamo, z tym Olkuszem. To bez sensu dojeżdżać trzy razy w tygodniu taki kawał drogi – mruknął Leszek. – Ojciec powinien ci zabronić. Gdybym był twoim mężem, nigdy bym nie dopuścił, żeby moja żona telepała się okazjami.

– Sam wiesz, jak rzadko jeżdżą autobusy do Olkusza. Oprócz tego strasznie w nich cuchnie i później boli mnie głowa. „Okazją” jest szybciej.

– Szybciej? Czasami musisz stać godzinę i machać ręką, żeby ktoś się zatrzymał.

– Nie przesadzaj. Rzadko się zdarza, żebym czekała dłużej niż pół godziny. Zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która mnie przygarnie.

– Gdyby nie ta stłuczka, zawiózłbym cię do tego cholernego Olkusza.

– Szkoda benzyny, jest na kartki. Gdy tylko ojciec wróci z sanatorium, chcemy wybrać się do Chełma, do babci Zosi. Dlatego musimy oszczędzać paliwo. – Przejrzała się w lustrze w przedpokoju i poprawiła na głowie zielony włóczkowy beret. – Wychodzę. Pamiętaj o cieście.

Wyszła z mieszkania. Na klatce spotkała sąsiadkę z naprzeciwka.

– Pani Waluniu, mój stary wczoraj znowu popił. Gdyby pani wiedziała…

Wala stała i słuchała cierpliwie wynurzeń kobiety. Po kilku minutach sąsiadka wreszcie skończyła swój monolog i Wala mogła wyjść z klatki.

Wsiadła do ósemki, która zawiozła ją pod filharmonię.

Próby odbywały się codziennie oprócz sobót i niedziel. Zaczynały się o dziewiątej i trwały do godziny dwunastej. Wala miała więc czas na dojazd do szkoły muzycznej do Olkusza. Dwanaście lat temu rozpoczęła tam pracę w ramach zastępstwa, ale szybko zyskała sympatię i zatrudniono ją na stałe. W filharmonii również ją lubiano. Gdyby zrobiono w obu miejscach pracy plebiscyt na najsympatyczniejszego pracownika roku, na pewno zajęłaby pierwsze miejsce. Najbardziej ceniono u niej koleżeństwo i empatię. Można było przy niej ponarzekać na niedobrego męża lub złośliwą żonę, wiedząc, że nigdy nikomu nie przekaże tego dalej. Można było pożyczyć pieniądze, poprosić o podżyrowanie kredytu i zastępstwo w pracy. Nie krytykowała, nie osądzała, nie obgadywała. Nie kopała pod nikim dołków, nie wszczynała intryg. A gdy w zespole dochodziło do koleżeńskich kłótni, zawsze była rozjemcą. Nie było człowieka, który by jej nie lubił.

Wala kochała ludzi. Wierzyła w dobro. W każdym człowieku doszukiwała się jakichś cech pozytywnych. I właśnie to ją zgubiło. Kiedy kilka godzin później stała w Olkuszu u wylotu drogi prowadzącej do Krakowa, nie wiedziała, że to jej ostatnia podróż. Że za chwilę napotka zło. Nie przypuszczała, że zło może kryć się za sympatyczną twarzą i miłym uśmiechem.

Leszek Szajna wyszedł z budynku operetki przy ulicy Lubicz zaraz po spektaklu. Wsiadł w tramwaj numer cztery i wrócił do domu. Brat już spał, mamy jeszcze nie było. Przypomniał sobie, że rano wspominała coś o wizycie u Sieńczaka. Ksiądz Bronisław Sieńczak, starszy od niego zaledwie o dziesięć lat, w czasach szkolnych był jego katechetą, a później stał się przyjacielem domu. Często ich odwiedzał, przynosząc różne atrakcyjne rzeczy otrzymane z darów, które przychodziły do kościoła Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Wody kolońskie, pachnące mydełka, słodycze i konserwy, czasami coś z ubrania – rzeczy używane, ale dobrej jakości i w dobrym stanie. Leszek, trochę zmęczony dniem i wczorajszym kacem, zamierzał iść w ślady brata i nie czekać na matkę. Postanowił, że nazajutrz porozmawia z nią o samochodzie. Ojciec o niczym jeszcze nie wiedział, nie wiadomo było, jak to przyjmie. Nowiutka škoda, odebrana z salonu niecały miesiąc temu, zaliczyła stłuczkę. Leszek głośno westchnął. Miał cholernego pecha, że wpadł w poślizg. Dzień wcześniej wyśnił mu się ten wypadek. Widział we śnie, jak śnieżyca zasłania okna samochodu, ograniczając pole widzenia. Jak jedzie i nie widzi nadjeżdżającego samochodu, a potem na niego wpada. Po takim śnie nie powinien siadać za kierownicą, ale zignorował ostrzeżenie. Mama na wieść o stłuczce jak zwykle zareagowała spokojnie, nie robiła mu wyrzutów, nie narzekała, tylko ucieszyła się, że jemu nic się nie stało. Ojciec na pewno będzie biadolił. Że koszty, że nowe auto i że to jego nieuwaga.

Rodzice odkładali pieniądze na ten samochód przez cztery lata i co chwila słyszeli, że muszą jeszcze coś dopłacić. Po ostatniej podwyżce mama zadecydowała, że pojadą po brakującą sumę do Monachium, ponieważ podczas ostatniego koncertowania poznała tam pewnego Ślązaka, pana Edka, który dał jej adres i obiecał pomoc. Edward Deptala, chociaż uważał się za stuprocentowego Niemca, a w jego domu wisiał na ścianie marszałek DÖnitz zamiast Jezusa, miał sentyment do Polski i Polaków. Kiedy więc Leszek przyjechał do Monachium, mężczyzna dotrzymał słowa i zaopiekował się młodym Polakiem jak należy. Przez całe dwa miesiące w dwójkę rozbierali kominy przemysłowe, dzięki czemu młody Szajna mógł przywieźć do domu parę tysięcy marek. Wpłacił do banku brakującą sumę na samochód, wykupił mieszkanie w spółdzielni, kupił bratu talerze do perkusji, a resztę pieniędzy oddał mamie, bo wiedział, że sam szybko by je przepuścił.

To mama była w ich rodzinie motorem napędzającym. Dzięki niej na początku lat siedemdziesiątych spędzili trzy razy wakacje w Jugosławii, kiedy innym jego kolegom nawet się to nie śniło. Nie tylko wypoczęli, lecz także trochę zarobili, bo mama namówiła ojca do kupna paru rzeczy na sprzedaż: kremów nivea, buteleczek perfum marki Być Może i innego badziewia. Przed powrotem do Polski sprzedali ponton z wiosłami, śpiwory i dmuchane materace, za co kupili kilkadziesiąt par plastikowych klapek, które po powrocie do kraju ojciec sprzedawał na bazarze Tandeta. Za zarobione pieniądze udało się sprawić Leszkowi wymarzony prezent, motorower. Żaden z kumpli Leszka ze szkoły nie miał motoroweru ani nawet roweru, a on, piętnastolatek, mógł pochwalić się własnym nowym komarkiem.

Leszek Szajna zasnął z głową napełnioną wspomnieniami. Śniły mu się same przyjemne rzeczy. Wakacje w Medulinie, wycieczka do Puli i motorower. Kiedy się obudził, była godzina dziewiąta. Sebastiana nie było w łóżku, bo wyszedł już do szkoły.

Leszek, przeciągając się, wstał i poszedł do pokoju rodziców. Zdziwiony zauważył, że tapczan był zasłany tak jak wieczorem. Tej nocy nikt na nim nie spał. Nagle chłopak poczuł niepokój. Dlaczego mama nie wróciła na noc, przecież wcześniej nigdy jej się to nie zdarzało? Może nocowała u Olechowskich? Szybko odpędził tę myśl, bo na pewno uprzedziłaby go o tym telefonicznie. Może wyszła już na próbę, a nie chciała budzić synów? Z myślami kłębiącymi się w głowie Leszek chwycił za telefon i zaczął wydzwaniać. Najpierw do Olechowskich, później do filharmonii, do szkoły muzycznej i do wszystkich koleżanek mamy. Nikt nie wiedział, gdzie mogła być Wala Szajna. Leszek z drżącym sercem wykonał jeszcze jeden telefon: na milicję. Odebrał oficer dyżurny.

– Moje nazwisko Leszek Szajna. Dzwonię w sprawie mojej mamy. Nie wróciła na noc – wydukał. – Uczy w szkole muzycznej w Olkuszu. Waleria Szajna.

– Ile mama ma lat, jak wygląda? – padło pytanie.

– Ma pięćdziesiąt trzy lata, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemne włosy. Jest dość przy kości – powiedział i zaraz się poprawił: – Ma nadwagę.

Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza.

– Czy mama miała jakieś blizny pooperacyjne?

– Tak, miała sporą bliznę po operacji nerek.

Znowu cisza.

– Musimy porozmawiać z panem na komendzie. Proszę podać adres, przyślemy po pana samochód.

Leszek usiadł na krześle przy stole kuchennym, skąd miał widok na ulicę. Drżał na całym ciele. Dlaczego chcą z nim rozmawiać na komendzie? Czy mama miała wypadek? Skąd wiedzą o bliźnie? Trzęsącymi się rękami wyjął papierosa i zapalił. Nigdy nie palił w domu, bo rodzicom to przeszkadzało, ale teraz musiał się jakoś uspokoić.

Kilkanaście minut później pod klatkę podjechała czarna wołga i wysiadł z niej mężczyzna w średnim wieku. Leszek domyślił się, że to milicjant. Nie czekając, aż zadzwoni dzwonkiem, otworzył mu drzwi.

– Przysłał mnie porucznik Milewicz – powiedział mężczyzna. – Mam pana zawieźć na komisariat. Proszę się ubrać.

Chwilę później Szajna siedział już w milicyjnej wołdze. Mężczyzna za kierownicą w milczeniu prowadził samochód. Leszek, usłyszawszy od milicjanta, że nie jest wtajemniczony w sprawę, również nie miał ochoty na rozmowę. Kilkanaście minut później dojechali pod „Pentagon” – tak krakusy nazywali komendę wojewódzką. Milicjant zaprowadził go do jednego z pokojów. Na widok młodego Szajny zza biurka poderwał się mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu i średniej urody. Sprawiał wrażenie wyblakłego: blada cera, myszowate włosy, sprane dżinsy i sprana dżinsowa koszula.

– To z panem rozmawiałem przez telefon? – zapytał, wyciągając na powitanie rękę. – Porucznik Tadeusz Milewicz. Proszę usiąść. – Odchrząknął. Wzrok utopił w papierach leżących na blacie biurka. – Pozwoli pan, że spiszę to, co powiedział mi pan przez telefon. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy pana matka jadła pestki z dyni?

Leszek zmarszczył brwi.

– Tak. Dlaczego pan o to pyta?

– Znaleźliśmy kobietę, która przypomina z opisu pańską matkę, ale nie wiemy, czy to ona – zawahał się. – Została mocno pobita tępym narzędziem po głowie i zraniona nożem w ręce i dłonie. Ustalamy jej tożsamość. – Odchrząknął. – Może zaczniemy od początku. Nazywa się pan Leszek Szajna. Mieszka pan na ulicy Żelechowskiego… – Milicjant zaczął pisać na maszynie.

Gdy spisał zeznania Leszka, kazał mu wszystko dokładnie przeczytać i podpisać. Pierwsze, co rzuciło się muzykowi w oczy, to mnóstwo błędów ortograficznych, ale nie skomentował, tylko drżącą ręką podpisał dokument. Nie analizował słów milicjanta, nie wsłuchiwał się w ich treść. Nie myślał.

– Teraz przejdziemy do sąsiedniego pokoju i pokażemy panu ubrania tej kobiety, dobrze?

Wstali z krzeseł i przeszli korytarzem do innego pomieszczenia. Na podłodze leżały buty, sukienka, płaszcz i zielony beret, a na stole torebka i miedziana bransoletka. Z torebki rozsypywały się pestki dyni. Wszystko było bardzo zakrwawione. Krew przybrała brązowordzawy kolor. Leszek nigdy nie widział tyle krwi. Najbardziej zakrwawiony był płaszcz i beret. Szajna rozpoznał ubrania matki. Dlaczego mama pożyczyła ubrania jakiejś kobiecie – przeleciało mu przez myśl.

– Rozpoznaje pan te rzeczy?

– Tak. To ubrania mojej mamy – odpowiedział matowym głosem, tępo patrząc na odzież.

Milicjant odchrząknął, widać było po jego twarzy zakłopotanie.

– Chcielibyśmy, żeby pojechał pan z nami do zakładu medycyny sądowej. Zobaczy pan tę kobietę.

Leszek kiwnął głową i ruszył za dwoma milicjantami. Wciąż był otępiały. Nadal miał przed oczami pokrwawione ubrania swojej matki. Ta pobita kobieta przecież nie może być jego matką. Musi być jakieś wytłumaczenie, że jej rzeczy znalazły się w posiadaniu tamtej osoby. Może je komuś pożyczyła. Albo ktoś ubierał się tak jak jego mama – przecież te rzeczy mama kupiła w sklepie. Świadomość broniła się irracjonalnie przed okrutnymi faktami.

Dojechali na ulicę Łazarza, gdzie znajdował się budynek pogotowia ratunkowego i zakład medycyny sądowej. Weszli do środka. Szajna szedł posłusznie za porucznikiem i drugim milicjantem. Zatrzymali się przed szerokimi metalowymi drzwiami. Milewicz spojrzał na Leszka i znowu odchrząknął.

– Pokażemy panu kobietę, która prawdopodobnie jest pana matką. Niestety, nie żyje. Została zamordowana. Kiedy ją znaleziono przy drodze w Białym Kościele, jeszcze żyła. W szpitalu przeprowadzono operację. Lekarze robili, co mogli, ale niestety nie udało się jej uratować. Umarła o trzeciej w nocy. Miała pękniętą czaszkę w siedmiu miejscach. Gdyby nawet przeżyła, byłaby rośliną, tak powiedzieli lekarze.

Leszek zbladł. O czym ten gliniarz mówi – zawołał w myślach. Przecież to niemożliwe, żeby to była mama! To musi być ktoś inny.

Porucznik otworzył drzwi. Weszli do sporego pomieszczenia. Na środku stał stół, a na nim leżała kobieta w czepku chirurgicznym, przysłonięta do ramion białym prześcieradłem. Była bardzo blada. Miała przymknięte powieki, a pod nimi wielkie sińce. Leszek głośno przełknął ślinę. To była jego matka.

– Czy rozpoznaje pan tę kobietę? – spytał jeden z milicjantów.

Leszek potwierdził.

– To moja mama.

Nabrał głęboko powietrza do płuc, ponieważ czuł, że się dusi. Przed oczami ujrzał mroczki.

– Dobrze się pan czuje?

Skinął głową. W ustach miał tak sucho, że trudno było mu mówić. Dopiero gdy przełknął kilka razy ślinę, mógł wydobyć głos.

– Panie poruczniku, muszę napić się wódki, bo inaczej zwariuję. Mogę stąd wyjść?

– Ale potem proszę przyjść na komendę, żebyśmy dokończyli pańskie zeznania.

Leszek wyszedł z budynku i ruszył ulicą Grzegórzecką. Niedaleko był sklep monopolowy. Wódka czysta była na kartki, ale kolorową można było kupić bez reglamentacji. Poprosił o pół litra obojętnie jakiej wódki. Sklepowa podała mu butelkę wiśniówki.

Wrócił do porucznika Milewicza. Z kieszeni kurtki wyjął butelkę. Milicjant wyciągnął z biurka kieliszek. Leszek nalał jemu, a gdy ten wypił, nalał sobie.

– Dlaczego nic mi się nie przyśniło? – powiedział Leszek.

– Nie rozumiem. – Milewicz spojrzał na niego jak na wariata.

– Niedawno miałem stłuczkę autem i mi się to wyśniło… A teraz, kiedy mama… śniły mi się same przyjemne rzeczy… – Leszek głośno przełknął ślinę.

Milewicz odchrząknął.

– Potrzebujemy aktualnego zdjęcia pana matki. Umieścimy je w prasie i w telewizji. Może ktoś widział, gdy wsiadała do samochodu.

– Zadzwonię do brata, chyba wrócił już ze szkoły.

Z milicyjnego telefonu zadzwonił do domu. Odebrał Sebastian. Leszek nie powiedział mu, że mama nie żyje, tylko że miała wypadek i jest w ciężkim stanie. Musiał dawkować informacje, bo szok mógłby wyrządzić bratu duże szkody. Dlatego Leszek poprosił milicjanta, by mieli to na względzie podczas rozmowy z Sebastianem. Po niecałej godzinie chłopak się zjawił ze zdjęciem matki. Dopiero wtedy Leszek powiedział mu, że mama nie żyje. Reakcja była zaskakująca.

– Czy był przy niej ksiądz, gdy umierała? – zapytał Sebastian.

Leszek spojrzał na niego zdziwiony.

– Nie wiem.

Wrócili do domu. Po drodze Leszek kupił następne dwie butelki wódki. Czuł, że na trzeźwo nie da rady mierzyć się z tą sytuacją. W pierwszej kolejności zadzwonił do kolegi z pracy, drugiego klarnecisty.

– Panie Jasiu, nie będzie mnie dziś wieczorem na spektaklu. Zabito moją mamę. Czy mógłby mnie pan zastąpić?

Oczywiście szok i niedowierzanie. „To niemożliwe”, „Jak to się stało?”, „Ale dlaczego?”.

Potem Leszek musiał wykonać dwa najtrudniejsze telefony: do ojca i do babci. Im również nie powiedział, że mama nie żyje, tylko że miała wypadek i stan jest krytyczny.

Znowu: „Jak to się stało?”.

Potem rozdzwonił się telefon. Wciąż te same pytania. I te same odpowiedzi. Leszek miał dość.

Między odbieraniem telefonów zadzwonił do księdza Sieńczaka. Ksiądz zjawił się w niecałe pół godziny. Rzucił wszystko i przyjechał.

Wieczorem Sieńczak pojechał z Leszkiem na dworzec, po ojca, bo chłopak był już mocno wstawiony. Ksiądz wykazał się zrozumieniem. Nie potępiał słowami: „Matka nie żyje, a ty pijesz”, tylko powiedział: „Jeśli ci to ma pomóc, to się napij”. Gdy zjawili się na peronie, pociąg z Ciechocinka akurat nadjeżdżał. Zbigniew Szajna wyszedł z wagonu. Był wyraźnie zgarbiony. Leszek podszedł do ojca i go uścisnął.

– Tato, mama nie żyje – powiedział cicho.

– O Boże – wyszeptał mężczyzna. Zbladł i się zachwiał.

– Tato, usiądź na ławce – powiedział łagodnie Leszek, podtrzymując ojca.

– Niepotrzebnie wyjeżdżałem. Gdybym nie pojechał do sanatorium, to może by żyła. – Łzy kapały mu z oczu. – Boże, co my teraz zrobimy?

Leszek nie odpowiedział. On również się zastanawiał, jak będzie możliwe życie bez mamy.

Następne dni upłynęły niczym w sennym koszmarze. Przez mieszkanie Szajnów przewinęły się dziesiątki ludzi. Przychodziły koleżanki Wali, znajomi z pracy, przyjechała babcia Ania z Górzyńca i babcia Zosia z Chełma. Największą żałość wzbudzała babcia Ania. Malutka, drobna, zgarbiona, jakby przygnieciona przeżytymi tragediami, wciąż płakała cichutko. W swoim siedemdziesięcioośmioletnim życiu zdążyła pochować trzyletniego synka i czterdziestoletniego męża, a teraz musiała oddać Stwórcy swoje drugie, ostatnie już dziecko, ukochaną córkę.

Los nie oszczędzał Anny. W czasie wojny zmuszona była opuścić rodzinne Wilno i uciekać z jedenastoletnią Walą przed Rosjanami. Przyjechała do Chełma, gdzie nikogo nie znała. Tam zaczęła nowe życie bez rodziny, bez wsparcia. Ale przeżyła wojnę. Znalazła pracę w niemieckiej kantynie. Anioł Stróż rozwinął nad nią skrzydła, ponieważ udało jej się uciec z łapanki. Była dzielną kobietą, odważyła się nawet przygarnąć małą żydowską dziewczynkę w wieku Wali i ukrywać ją przez kilka miesięcy w swoim mieszkaniu, narażając przy tym życie nie tylko swoje, lecz także córki.

Po wojnie, gdy Wala była już mężatką, Anna postanowiła po raz drugi wyjść za mąż za wdowca, też repatrianta. Razem zamieszkali w Górzyńcu pod Jelenią Górą. Władza ludowa w zamian za pozostawione na wschodnich rubieżach dobra przydzieliła im dom wraz z mieszkającą tam staruszką Niemką, która nie wyjechała do Niemiec, tylko czekała, aż jej rodacy znowu wrócą na swoje ziemie. Stara Selma nie doczekała się powrotu ziomków, umarła kilkanaście lat po wojnie, wciąż złorzecząc na Polaków i Annę, chociaż ta opiekowała się nią, myła i karmiła, a potem po chrześcijańsku pochowała.

Teraz biedna Anna zajmowała się swoim owdowiałym zięciem i wnukami. Gotowała obiady, sprzątała po licznych gościach, którzy przychodzili z kondolencjami, i wciąż cichutko popłakiwała.

Leszek miał dość ludzi odwiedzających ich mieszkanie. Miał dość ich współczujących twarzy i słów pociechy. Ich łez i banalnych frazesów typu: „Widocznie Bóg tak chciał” albo: „Teraz jest w domu Pana”. Kiedy ich liczna rodzina zaczęła zjeżdżać się z całej Polski, z przyjemnością wyrywał się z domu, by nocować u kolegi w akademiku.

I przez cały czas zastanawiał się, kim był morderca. Może mama miała jakichś wrogów, może komuś zależało na jej śmierci? Może miała kochanka, który ją zabił? – nawet tak niedorzeczne myśli czasami go nawiedzały. Wertował jej dokumenty, listy, książki. Zaczął nawet obserwować znajomych mamy, bo Milewicz nakazał mu mówić o wszystkim, co wyglądało podejrzanie. Nie trafił jednak na żaden trop. Niemal codziennie dzwonił na milicję z zapytaniem, czy wpadli na jakiś ślad. Ale nic nie znaleźli. Milicja za pomocą prasy i telewizji zwróciła się do mieszkańców Krakowa i okolic z apelem o pomoc w ujęciu mordercy, umieszczając zdjęcie zamordowanej Walerii Szajny, jednak i to nic nie dało.

Dwudziestego ósmego lutego, po dziesięciu dniach od śmierci, odbył się pogrzeb Wali Szajny. Koledzy z filharmonii zorganizowali zbiórkę pieniędzy, by pomóc rodzinie ponieść koszty pogrzebu. Zebrana suma zaskoczyła Szajnów. Starczyło nawet na zakup grobu i elegancki nagrobek. Przyjaciele Wali w ten sposób chcieli podziękować i oddać jej hołd za wierną przyjaźń.

W kościele Księży Misjonarzy, gdzie miała odbyć się msza żałobna, zebrał się tłum ludzi. Koledzy z filharmonii zaśpiewali Requiem Mozarta, bo Wala kiedyś wspomniała, że chciałaby, by zagrano ten utwór na jej pogrzebie. Wielogłosowe takty pieśni żałobnej wypełniły przestrzeń kościoła. Dostojna muzyka, łacińskie słowa brzmiące tajemniczo i trochę niepokojąco poruszały serca słuchających i wyciskały z oczu łzy. Mszę celebrował Bronisław Sieńczak. Głos kilkakrotnie mu się załamał, gdy wspominał Walę. Jej dobroć, jej wrażliwość, jej empatię i chęć pomocy bliźnim.

Leszek wraz z ojcem, bratem i babcią Anią siedział w pierwszej ławce. W ciągu tych dziesięciu dni nasłuchał się dużo na temat dobroci i wspaniałego charakteru matki. Ciągle ktoś wspominał, jak Wala mu pomogła, jaka była dobra, miła i wesoła. Nie musiano mu tego mówić, on doskonale o tym wiedział! Te wszystkie pochwały i komplementy wzmagały jeszcze ból, uświadamiając jemu i rodzinie, co stracili. Wcale nie łagodziły cierpienia, działały jak posypywanie rany solą. Leszek wiedział, że źle ocenia intencje ludzi, ale było w nim tak dużo gniewu, że z trudem panował nad sobą. Obwiniał wszystkich. Ojca, że dopuścił, by jego żona dojeżdżała do tego cholernego Olkusza. Komunistów, że zgotowali ludziom parszywe życie, przez co kobiety musiały tak ciężko pracować jak jego mama. Władzom miasta, że nie zapewniali mieszkańcom dobrej komunikacji. I Bogu, że odebrał im matkę. Dlaczego pozwolił ją zabić, i to w tak nikczemny sposób? Dlaczego dopuścił, żeby ten zwyrodnialec rozwalił jej głowę na siedem części, pociął nożem, a potem wyrzucił do rowu jak ścierwo? Dlaczego?! Kto jak kto, ale ona w żadnym wypadku nie zasłużyła na taką śmierć.

Leszek nie znał mordercy, nie znał jego twarzy ani nazwiska, dlatego swój gniew przerzucił na innych i na Boga. Ale gdy milicja go znajdzie, gdy będzie już wiedział, kto zabił mu matkę, wtedy odpowiednio się z nim policzy…

Leszek był chyba jedyną osobą z rodziny, która nie uroniła łzy. Wszyscy płakali nad Walą Szajną. Sebastian, ojciec, babcie, koleżanki… On nie płakał. Zapłakał dopiero trzy lata później, w dniu swojego ślubu. Mocno podpity otworzył się wtedy przed swoją świeżo poślubioną żoną. Żal, że na ślubie zabrakło jego matki, uwolnił tak długo przez niego skrywane emocje i pozwolił łzom oczyścić duszę. Ale w dniu pogrzebu nie płakał. Uwięził ból w swoim ciele i na zewnątrz udawał twardziela.

Potem był cmentarz. Takich tłumów Leszek nie widział na żadnym pogrzebie. Musiało być kilkaset osób, może nawet tysiąc. Milicja będzie miała problem z wyłuskaniem z tylu ludzi kogoś podejrzanego – przeleciało mu przez myśl. Milewicz uprzedził go, że na pogrzeb przybędą milicjanci ubrani po cywilnemu. Będą z ukrycia robić zdjęcia i kręcić film. Podobno morderca często przychodzi na pogrzeb swojej ofiary – tak mu powiedział porucznik.

Muszą go złapać. Jeśli milicja go nie znajdzie, on to zrobi i sam wymierzy sprawiedliwość.

Nie złapali. Upłynęło pół roku od śmierci Walerii Szajny, a morderca nadal był na wolności. Leszek i jego ojciec ciągle wydzwaniali na komendę z zapytaniem, czy milicja wpadła na jakiś trop. Mężczyzna wiedział, że te telefony coraz bardziej irytują Milewicza i jego kolegów. Ale Szajnowie nie zrażali się i dwa razy w miesiącu dzwonili, dbając, by sprawy Walerii Szajny nie odłożono ad acta. Leszek słyszał w głosie milicjantów zniecierpliwienie, gdy dopytywał się o nowe ślady. Cóż, dla nich śmierć jego matki była jedynie morderstwem przy DK94. Usłyszał kiedyś to określenie i bardzo się zdenerwował. Nie widząc rezultatów śledztwa, kilkakrotnie odgrażał się, że jeśli milicja nie znajdzie mordercy, to on go poszuka i sam wymierzy sprawiedliwość.

Życie Szajnów zmieniło się diametralnie. Smutek wyzierał z każdego kąta mieszkania. Sebastian powtarzał klasę maturalną, a Leszek nie dał rady napisać i obronić pracy magisterskiej. Nie byli w stanie się uczyć. Ojciec po powrocie ze szkoły, gdzie uczył matematyki, kładł się na tapczanie i płakał.

– To ja powinienem umrzeć, a nie ona – powiedział kiedyś do Leszka. – Ona była bardziej wam potrzebna niż ja.

Leszek w duchu przyznał mu rację, ale zaraz się tego zawstydził. Przypomniał sobie, jak ojciec chodził po plaży w Medulinie, sprzedając kremy nivea, żeby kupić mu komarka. Jak po śmierci mamy nauczył się gotować, żeby synowie mieli domowe obiady. Jak z książką kucharską lepił ruskie pierogi.

– Tato, gadasz głupoty – powiedział łagodnie. – Wychodzę. Nie wiem, czy wrócę na noc.

– Ciągle gdzieś się szwendacie – mruknął Zbigniew. Dobrze wiedział, dlaczego jego synowie rzadko bywali w domu. Wszystko tu przypominało im matkę.

– Dokąd idziesz? Do tej Reginy?

– Tak.

Nowa dziewczyna Leszka miała własne mieszkanie, dlatego często zostawał u niej na noc. Starał się nie myśleć o matce i o tym, co się wydarzyło. Jednak codziennie, gdy otwierał oczy, pierwsze, co pojawiało się w głowie, to myśl, że mama nie żyje.

Osiemnastego października, dokładnie osiem miesięcy od śmierci Wali, do Szajnów zadzwonił Milewicz. Telefon odebrał Leszek.

– Dzień dobry. Mamy go. Złapaliśmy mordercę pana matki. Proszę przyjechać na komendę.

Nie czekając na ojca, który był jeszcze w pracy, Leszek wsiadł w škodę i pojechał na rondo Mogilskie, gdzie mieściła się komenda wojewódzka. Na korytarzu natknął się na Milewicza.

– Nareszcie! – powiedział Leszek. – Myślałem, że go nigdy nie złapiecie. Kto to?

– Dwadzieścia dziewięć lat, rozwiedziony, dwoje dzieci. Był kiedyś milicjantem, ale wyrzucono go, bo dostał wyrok za znęcanie się nad rodziną.

– Dwadzieścia dziewięć lat? Jest starszy ode mnie jedynie o trzy lata? – zdziwił się Leszek.

– Tak, to młody człowiek.

– To na pewno on?

– Tak, przyznał się.

– Dlaczego to zrobił?

Milicjant wzruszył ramionami.

– Zboczeniec seksualny. Ma erekcję tylko wtedy, gdy kobieta się go boi. Są też inne poszkodowane, na nasz apel zgłosiło się już kilka kobiet. Jeździł żółtą nyską. Brał kobiety, które jechały okazją, i zmuszał je do seksu. Pańskiej matki nie zgwałcił – odchrząknął. Leszek już zauważył, że milicjant chrząkał, gdy był zakłopotany. – Podobno zaproponował jej seks, a ona się roześmiała. Wyciągnął nóż. Chwyciła za ostrze. Stąd te obrażenia dłoni. To go zdenerwowało, i wtedy uderzył ją kilkakrotnie lewarkiem od samochodu. – Westchnął. – Nasi psychologowie mówią, że gdyby inaczej się zachowała, gdyby się go wystraszyła jak inne kobiety, może by jej nie zabił.

Leszek zacisnął szczękę i przez zęby wycedził:

– Mam wrażenie, że pan daje mi do zrozumienia, że sama sprowokowała tego bydlaka? Że sama jest sobie winna?

– Nie to miałem na myśli. Ale zboczeńcy nie lubią, gdy ich ofiara jest odważna. Tamte kobiety zgwałcił, ale potem wypuścił.

– No tak, mama powinna zgodzić się na gwałt, a potem błagać go o litość? – wysyczał. – Tak według pana miała się zachować?

– Proszę się uspokoić. Rozumiem pana złość, ale…

– Co, ale?

– Ale może by żyła.

Oczy młodego Szajny pociemniały z gniewu. Milicjant, widząc jego zdenerwowanie, próbował załagodzić sytuację.

– Najważniejsze, że go mamy. Wprawdzie wynajął najlepszego adwokata w mieście, mecenasa Warchoła, ale mamy nadzieję, że się nam nie wywinie.

– Jak to? Mimo że się przyznał do winy, moglibyście go wypuścić? – Leszkiem aż targało z wściekłości. – Kurwa, co dzieje na tym kurewskim świecie?!

– Mogą się powoływać na niepoczytalność. – Milicjant znowu odchrząknął. – Ale mamy nadzieję, że biegli sądowi orzekną co innego.

– W jaki sposób go złapaliście?

– Zaatakował kobietę w ciąży. Wywiózł ją do pobliskiego lasku i zgwałcił, ale udało jej się wydostać z nyski. Zatrzymała trabanta, w którym jechali dwaj mężczyźni, i powiedziała im o wszystkim. Zaczęli go gonić, ale im uciekł. Jednak zdążyli spisać numery rejestracyjne. Zgłosili ten incydent milicji. A my zrobiliśmy resztę.

– To znaczy, że to nie milicja go złapała, tylko postronni ludzie – mruknął Leszek. – Gdyby nie oni, ten skurwysyn dalej by gwałcił kobiety. – Zmarszczył brwi. – A może były jeszcze inne ofiary śmiertelne oprócz mojej matki, a wy o tym nie wiecie?

– Raczej nie. Ale sprawdzimy. – Milicjant się trochę rozluźnił. – Czy pan wie, że na początku śledztwa był pan jednym z głównych podejrzanych?

– Proszę? – Leszek myślał, że się przesłyszał.

– Zawsze sprawdzamy najbliższą rodzinę. Ale miał pan mocne alibi. Widziano pana w operetce, a później Pod Jaszczurami.

Szajna przez chwilę przyglądał się milicjantowi w milczeniu.

– Dobrze, że pan mi to mówi dopiero teraz. Gdybym wiedział, o co mnie pan podejrzewa, jeden z nas by nie żył, a drugi siedziałby w więzieniu. Albo ja bym pana zabił, albo pan musiałby mnie zabić.

– Proszę się nie obruszać, ale przeważnie tak jest, że mordercą jest ktoś z najbliższej rodziny.

Dzień później odbyła się konferencja prasowa. Rzecznik milicji Adam Rapacki chwalił się bezczelnie, jaki kawał dobrej roboty wykonała krakowska milicja, jak to setki milicjantów z zaangażowaniem sprawdzało każdy trop, ile czasu i ile środków w to włożono. Leszek o mało co nie parsknął śmiechem. Miał zamiar powiedzieć dziennikarzom prawdę, w jaki sposób złapano mordercę, ale ojciec go uciszył.

Pół roku później rozpoczęła się rozprawa przed sądem. Wtedy dopiero dowiedzieli się czegoś więcej o mordercy. Nazywał się Kazimierz Krop i mieszkał we wsi Trzyciąż w powiecie olkuskim. Jego ojciec, człowiek dość zamożny, sprzedał kilka mórg pola, żeby wynająć najlepszego adwokata w Krakowie. Wszystkim opowiadał, że nie dopuści do tego, żeby Kazik poszedł do więzienia. Jednak ani morgi nie pomogły, ani mecenas Warchoł, ponieważ adwokat wkrótce umarł na zawał.

Leszek razem z ojcem przychodzili na każdą rozprawę, z niepokojem śledząc rozwój sytuacji. Bali się, by rzeczywiście sąd nie orzekł o niepoczytalności. Nie orzekł. Uznano, że Kazimierz Krop miał zaburzenia na tle seksualnym, ale był w pełni świadomy swoich czynów. Skazano go na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności.

Szajnowie uważali ten wyrok za zbyt łagodny. Według nich Krop zasłużył na kaes – wtedy jeszcze kodeks karny przewidywał karę śmierci.

– On powinien dostać czapę – powiedział do milicjanta trochę podpity Leszek. – Śmierć za śmierć. Po wyjściu na wolność znowu będzie to robił, znowu będzie gwałcił kobiety. Czy mogą go wypuścić wcześniej, przed upływem dwudziestu pięciu lat, na przykład za dobre sprawowanie w więzieniu?

– Raczej nie.

– Raczej nie? A więc bierzecie to pod uwagę?! Kurwa, przysięgam, że gdy ten skurwysyn wyjdzie na wolność, to ja się nim zajmę – wycedził. – Specjalnie przychodziłem na rozprawy, żeby zapamiętać jego twarz.

– Panie Leszku, czy pan wie, że tego typu groźby są karalne?

– No to mnie zamknijcie. A najlepiej z tym skurwysynem.

– Leszek, uspokój się – powiedział brat, chwytając go za ramię. – Przestań, to nie ma sensu.

– Proszę posłuchać brata. I zapomnieć o Kazimierzu Kropie. Dobrze panu radzę.

– Mam również zapomnieć o mojej matce?

Milicjant nic nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami.

Leszek Szajna nie zapomniał o swojej matce. Nie było dnia, żeby o niej nie myślał. Nie zapomniał również Kazimierza Kropa.

Rozdział 1

30 lat później

Mirek Filer stał pod drzewem i obserwował harce swojego psa. Rita, suka rasy owczarek niemiecki, była młodym psem, nie miała jeszcze dwóch lat. Pojawiła się w jego domu razem z Magdą Florkowską, jego obecną dziewczyną, która wcześniej była żoną jego wspólnika. Mirek dotąd nie miał żadnych zwierzaków, dlatego początkowo wzbraniał się przed pomysłem dziewczyny, żeby adoptować psa. Magda natomiast zawsze otaczała się zwierzętami. Gdy się wprowadziła do Filera, przywiozła ze sobą perskiego kota Horacego i kanarka Sola. Chciała zrobić też Mirkowi współlokatora z dwumetrowego boa, ale temu mężczyzna ostro się sprzeciwił, dlatego podarowała go ogrodowi zoologicznemu. Mirek rzucił kijek, żeby Rita mogła go aportować. Sam się dziwił, jak bardzo przywiązał się do tego psa. Inna sprawa, że to on wybrał rasę, kierując się sentymentem do serialu Czterej pancerni i pies i do Szarika. Magda, której marzył się terier, przystała na to. Początkowo obawiali się, czy dumny kocur Horacy też zaakceptuje nowego lokatora domu, ale o dziwo obeszło się bez wojny, a po jakimś czasie kot i pies nawet się zaprzyjaźnili, co ciągle dziwiło Mirka.

Mirek Filer był trzydziestodwuletnim wysokim, przystojnym brunetem o ciemnej gęstej czuprynie i równie gęstej brodzie, która zasłaniała mu pół twarzy i dodawała kilku lat. Zapuścił brodę nie dlatego, że panowała taka moda, lecz z lenistwa. Nigdy nie przejmował się swoim wyglądem. Owszem, dbał o higienę, zawsze musiał mieć świeżą bieliznę i koszulę – cóż z tego, że wymiętą, bo nigdy jej nie prasował, ale świeżą. Dopóki mieszkał w domu rodzinnym, jego rzeczy prasowała babcia, ponieważ matka, widząc, jak jej syn traktuje swoje ubrania, przestała to robić. Nawet nie wchodziła do jego pokoju, żeby się nie denerwować. Ale babcia pod nieobecność córki i wnuka sprzątała i prasowała mu ubrania. Mirek nawet tego nie zauważał. Być może myślał, że gdy wychodzi z pokoju, rzeczy same chowają się do szafy, a te nieświeże do kosza z brudną bielizną. Znikały również gdzieś zabrudzone kubki i talerzyki przywleczone tu z kuchni. Dopiero po wyprowadzce z domu zauważył, że coś dziwnego dzieje się z naczyniami. Ciągle się brudzą i zawsze jest ich mało, mimo że systematycznie je dokupuje. Dowiedział się też, że pralka, choć automatyczna, nie potrafi jednak wykonać wszystkich czynności sama. Trzeba ją naładować, włączyć i wyjąć pranie, a potem je wysuszyć.

Nawet gdy się ożenił, nie było tak jak w jego rodzinnym domu. Szklanki i talerze same się nie myły, a ubrania nie prasowały, ponieważ jego żona nie chciała wchodzić w rolę babci. To przez te cholerne szklanki i kubki rozpadło się jego małżeństwo.

Na to wspomnienie Mirek sposępniał. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Odkąd związał się z Magdą, czystych kubków w domu nigdy nie brakowało. I koszule były nie tylko wyprane, lecz także wyprasowane.

Gdy Rita zaaportowała kijek po raz siódmy, oderwał się od wspomnień i od drzewa, o które był oparty.

– Rita, wracamy, pani czeka z obiadem.

Ruszyli, Rita z przodu, on za nią. Dojście do domu zajęło im niecały kwadrans. Mirek mieszkał przy ulicy Olimpijskiej w Cichym Kąciku – osiedlu w stylu modernistycznym wybudowanym w latach trzydziestych jako kolonia domków jednorodzinnych dla wyższych urzędników Krakowskiej Powiatowej Komunalnej Kasy Oszczędności. Wille były niezbyt duże i wszystkie bardzo do siebie podobne, dwukondygnacyjne sześciany z płaskim dachem i garażem w piwnicy. Ogródki małe, uliczki wąskie. Największym plusem była lokalizacja: naprzeciwko krakowskich Błoń, niedaleko parku Jordana.

Mirek zatrzymał się przed okazałym budynkiem, jednym z największych na osiedlu, nowo wyremontowanym, z elegancką elewacją i zadbanym małym ogródkiem. Na ogrodzeniu wisiała wielka tablica, dumnie obwieszczająca, że znajduje się tu agencja detektywistyczna. Z niesmakiem spojrzał na nowiutkiego mercedesa stojącego pod jego bramą. Na pewno jakiś klient przyjechał do sąsiada, znowu będzie musiał prosić, żeby przestawiono auto. Otworzył pilotem bramę i wszedł na posesję z Ritą wesoło poszczekującą przy jego nodze.

– Magda, już wróciłem! – zawołał. – Kurwa, znowu ktoś nas zastawił.

Drzwi biura agencji otworzyły się i ukazała się w nich zadowolona twarz dziewczyny. Magda Florkowska miała dwadzieścia pięć lat, zgrabną figurę i długie kasztanowe włosy z mahoniowymi pasemkami. Była dość wysoka, a gdy założyła dziesięciocentymetrowe obcasy, jej wzrost z metra sześćdziesięciu dziewięciu osiągał pułap poziomu nosa Mirka. Rysy miała regularne, duże zielone oczy i piękną alabastrową cerę. Była śliczną dziewczyną, ale gdy się uśmiechnęła, robiła się piękna. Równe i białe jak śnieg zęby były jej największą ozdobą. Uśmiech rozjaśniał jej twarz i sięgał aż do oczu. Ogniki w oczach urzekały prawie każdego mężczyznę, a wesołość i żywotność udzielały się patrzącemu.

Dziewczyna, dając ręką znak, żeby milczał, podeszła do Mirka.

– Ciszej – szepnęła. – Mamy klientkę. Nareszcie coś zarobimy – oznajmiła z roziskrzonymi oczami, wyginając usta w uśmiechu.

– Znowu niewierny mąż?

Magda wzruszyła ramionami.

– Cóż, dzięki zdradom mamy co jeść.

Akurat nie do końca było to prawdą, bo gdyby nie inne źródła dochodu, ich codzienna dieta składałaby się jedynie z suchego chleba i wody z kranu.

Mirek wszedł do biura, które było eleganckie, schludne i czyściutkie, bo klient rzadko tam przychodził. On i Magda również nie zaglądali tam często, ponieważ w części mieszkalnej mieli przytulniejszy gabinet.

W pokoju w jednym z klubowych foteli przeznaczonych dla klientów siedziała kobieta. Zdradzana kobieta – jak się niebawem okazało. Pół godziny później, podpisując umowę, Mirek westchnął głośno. Kiedy wreszcie wpadnie mu w ręce prawdziwe zlecenie, godne detektywa? Takie jak w kryminałach, w których się zaczytywał.

Agencja i tak nie zarabiała na siebie, ale dobrze było mieć satysfakcję, że mimo wszystko jakieś pieniądze wpadają do kasy. Bywało, że gdy zlecenie mu się nie podobało, podnosił cennik usług, ale o dziwo to wcale nie zniechęcało klientów. Wiadomo, za dobrą pracę trzeba dobrze zapłacić – tak uważali ci, którzy korzystali z jego usług. Przecież nie byli to ludzie robiący zakupy w Biedronce, tylko klientela z dużą forsą. Żona robotnika nie zatrudni detektywa, żeby sprawdził, czy mąż jej nie zdradza. Robi to żona biznesmena, posiadacza niezłego konta w banku, by móc później wykorzystać to w sądzie i dostać rozwód z winy męża, a co się z tym wiąże – niezłą kasę.

Nowo przybyła kobieta, wnioskując z mercedesa, którym przyjechała, na pewno nie robiła zakupów w Biedronce, dlatego Mirek bez żadnych skrupułów zaproponował jej najwyższą stawkę. Kobieta zgodziła się bez wahania.

Dzień zakończyli jak zwykle seksem. Bardzo dobrym seksem. Z żadną dziewczyną nie było mu tak dobrze w łóżku jak z Magdą. Nawet z Dominiką. Na wspomnienie byłej żony zmarszczył brwi. Mimo że od rozwodu upłynęło sporo czasu, wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Dominika od niego odeszła. Jego rozmyślania o byłej żonie przerwała Magda.

– Mirku, kiedy w końcu zdecydujesz się na dziecko? – zapytała cicho.

Mężczyzna westchnął.

– Magdalenko, mówiłem ci, że nie jestem jeszcze gotowy.

– To kiedy będziesz?

– Nie wiem.

– Byłbyś świetnym ojcem. Dzieci bardzo cię lubią.

Rzeczywiście dzieci lubiły Mirka. Zresztą wszyscy go lubili, bo był wesoły, towarzyski i skory do pomocy. Ale najbardziej lubiły go kobiety, i to w różnym wieku. Nauczycielki, sąsiadki, dziewczyny ze szkoły i koleżanki ze studiów. Babcia, choć miała inne wnuki, jego faworyzowała. Nawet jej przyjaciółki, z którymi chodziła do kościoła, dobrze się o nim wyrażały.

A niektóre kobiety lubiły Mirka Filera nawet bardziej od swoich mężów. Należała do nich między innymi Magda Florkowska, która jeszcze niedawno nazywała się Wójcik, ale gdy zakochała się we wspólniku swojego męża i stała się młodą rozwódką, wróciła do panieńskiego nazwiska. Nic nie wskazywało jednak na to, by znów miała zmienić nazwisko. Znając fobię Mirka związaną z małżeństwem, nie nalegała, żeby się z nią ożenił, chociaż marzyła, by zostać matką. Oprócz tego wiedziała, że dziecko scementowałoby ich związek, bo chociaż Mirek naśmiewał się z dzieciatych kolegów, wiedziała, że byłby z niego wspaniały ojciec.

Mirek bał się małżeństwa. Obserwując inne związki i swój własny, zauważył destrukcyjny wpływ obrączek na pożycie pary. Dwa złote krążki działały niczym kajdanki, ograniczając swobodę i zamykając dwoje ludzi w psychicznym więzieniu. Uważał, że świadomość braku wolności powoduje chęć wyrwania się z małżeńskiej klatki. Oprócz tego obrączki miały dziwną moc, zamieniając piękne i wyrozumiałe dziewczyny w zaniedbane tłuste potorocza, pełne roszczeń i żądań. Tak stało się częściowo z jego byłą żoną – częściowo, bo nie zdążyła jeszcze zbrzydnąć – i z żonami jego kolegów, tych nieboraków, którzy już się ożenili.

Dlatego Mirek obiecał sobie: nigdy więcej! Nigdy więcej nie założy żadnej kobiecie obrączki na palec.

Wstał przed jedenastą. Magda zdążyła już wrócić z uczelni i zrobić zakupy. I śniadanie dla Mirka. Kiedy wykonał poranną toaletę i się ubrał, wszedł do pokoju dziennego, gdzie za niską ścianką znajdowała się część kuchenna. Mieszkanie urządziła Magda, korzystając z rad swojej koleżanki architektki Lili Radziszewskiej. Eleganckie meble, ściany w ciepłych kolorach, dużo tkanin i oryginalnych bibelotów zrobiły z wnętrza idealne domowe gniazdko, w którym chce się przebywać i do którego chce się wracać.

Magda stała przy blacie kuchennym.

– Chodź do mnie – pociągnął ją i posadził na kolanach. – Dobrze, że cię mam – zamruczał. – Nikt nie robił mi tak pysznej jajecznicy jak ty. Nawet moja babcia – pochwalił. – Przygotowałaś mi już plecak? Może jednak pojedziesz ze mną na paintball?

– Nie, dziękuję. Nie będę kryć się po krzakach, gdy jest minus pięć stopni i pada śnieg.

– O której jedziesz?

– Około czternastej. Muszę jeszcze zajrzeć do księgowego i podrzucić mu papiery.

– Pozdrów ode mnie jego żonę. Powiedz, że bardzo mi się podobała jej ostatnia książka. Ty też powinieneś ją przeczytać.

– Wiesz dobrze, Magdalenko, że nie lubię babskich książek.

– Ta powinna ci się spodobać. To kryminał.

– Ale też babski?

– Nie ma tam uciętych głów znalezionych w beczce z kapustą ani wydłubanych oczu, ale jest denat i jest zagadka do rozwiązania.

– Może kiedyś przeczytam.

Punktualnie o godzinie czternastej Mirek wyjechał ze swojego garażu grafitowym audi A8 i udał się w kierunku ulicy Bieżanowskiej. Mieszkali tam, oprócz księgowego, również dziadkowie Mirka i jego matka, dlatego znał drogę niemal na pamięć.

Pół godziny później Filer był na miejscu. Otworzyła mu żona księgowego, Regina Szajna. Dziś wyglądała inaczej, bo miała na sobie elegancki kostium i kozaki, a nie, jak zazwyczaj, wygodne legginsy i bluzę. Była również starannie uczesana i umalowana. Musiała przed chwilą wrócić do domu. Jak na swój wiek wyglądała całkiem dobrze – stwierdził w duchu Mirek, uśmiechając się do kobiety. Ona jednak nie odpowiedziała mu uśmiechem, na jej twarzy rysowało się zdenerwowanie.

– Panie Mirku, nie ma męża w domu – powiedziała roztrzęsionym głosem. – I nie wiem, kiedy wróci. – Chwilę jakby się wahała. – Proszę wejść do środka.

Mirek spontanicznie wykonał polecenie. Słabo znał żonę księgowego. Rozmawiał z nią zaledwie kilka razy, grzecznościowo, gdy częstowała go kawą lub herbatą. Kilka razy poprosił o autograf dla Magdy, a raz nawet przywiózł tu swoją dziewczynę, bo Magdzie bardzo się podobały te powieści, więc chciała poznać autorkę.

– Panie Mirku, nie będę przed panem tego ukrywać. Nie wiem, czy mąż będzie mógł zaksięgować panu miesiąc. Może ja spróbuję, chociaż dawno tego nie robiłam.

– Czy pan Leszek zachorował? Czy jest w szpitalu?

– Nie w szpitalu, ale w więzieniu – westchnęła. – To znaczy w areszcie. Nie było mnie w domu, kiedy wpadła tu policja. Podobno zarekwirowali jego komputer, a jego wzięli na przesłuchanie. Gdy zadzwoniłam na komisariat, powiedziano mi, że mąż jest zatrzymany aż do wyjaśnienia sprawy. – Drżącymi rękami poprawiła okulary na nosie. – I że tę noc spędzi na pewno w areszcie.

– Ale dlaczego?

– Nie mam pojęcia. Może w związku z jakimś klientem. Starszy syn pojechał na komendę. – Spojrzała błagalnie na Mirka. – Panie Mirku, pan jest detektywem, czy mógłby pan nam pomóc? Nie mam pojęcia, co zrobić.

Filer zawahał się.

– Brat mojej dziewczyny pracuje w policji. Zadzwonię do niego. Ale niczego nie obiecuję.

Wyjął telefon i wybrał numer do Jacka Florkowskiego, brata Magdy. Jacek pracował w komendzie wojewódzkiej w wydziale karnym. Dochrapał się nawet stopnia podkomisarza.

Odebrał od razu.

– Cześć, jak tam na paintballu?

– Jacek, nie pojechałem na paintball. Mam do ciebie sprawę. Zaaresztowaliście mojego księgowego, Leszka Szajnę. Jego żona bardzo się denerwuje, nie wie, co się stało. Czy mógłbyś popytać, o co chodzi? Jesteś jeszcze w pracy?

– Nadal tu jestem. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem obibokiem. Zaraz się dowiem, ale zapamiętaj sobie jedno: my nie aresztujemy ludzi bez powodu.

Mirek włożył telefon do kieszeni. Spojrzał na przerażoną kobietę.

– Oddzwoni. – Westchnął. – Pani Regino, nie ma sensu, żebym zawracał pani głowę. Pojadę do dziadków, a potem wstąpię do pani.

Nie zdążył jednak dojechać do domu babci, ponieważ zadzwonił Jacek.

– To rozmowa nie na telefon. Jesteś w domu? Mógłbym wpaść.

– Będę za pół godziny. Gdybyś dotarł przede mną, to niech Magda poda ci obiad.

– Pospiesz się, wybieram się dziś do kina.

Jadąc samochodem, Filer myślami był przy księgowym. Nie znał go długo, ale wyrobił sobie już o nim pochlebne zdanie. Mimo dużej różnicy wieku lubił z nim rozmawiać, i to nie tylko o sprawach podatkowych. Szajna był dobrodusznym i trochę rubasznym mężczyzną w średnim wieku, ale wciąż młodym mentalnie. Miał poczucie humoru i swobodny sposób bycia. Mirek i on mieli podobne spojrzenie na wiele tematów i zgadzali się w wielu punktach: i w kwestiach politycznych, i życiowych. Czasami Szajna wyrażał się może zbyt radykalnie, ale to były tylko słowa. Na przykład udawał męskiego szowinistę, ale z drugiej strony szanował żonę, liczył się z jej zdaniem i ze zdaniem innych kobiet. Był nietolerancyjny co do ubioru i wyglądu młodych ludzi, ale posługiwał się młodzieżowym językiem i był bardzo wyrozumiały dla synów. Wykazywał się dużą wrażliwością. Mirek sam widział, jak Szajna postawił żebrakowi kolację w McDonaldze. Gdy znalazł zgubiony portfel, oddawał go właścicielowi, a kiedy ekspedientka pomyliła się na swoją niekorzyść, zawsze zwracał jej na to uwagę. Takie drobne rzeczy rzutują na całość charakteru człowieka. To niemożliwe, żeby ktoś taki mógł z premedytacją popełnić przestępstwo. Policja musiała się pomylić.

Kiedy Mirek przyjechał do domu, Jacek zdążył już zjeść zupę cebulową i makaron z suszonymi pomidorami, szynką i parmezanem, który zaserwowała Magda. Mirek musiał przyznać, że Magda nie tylko była superkochanką, lecz także świetną kucharką. Balzak byłby z niej zadowolony, bo spełniała też trzeci jego warunek: w salonie zawsze była damą, czym przewyższała Dominikę, która potrafiła tylko to jedno: być damą. Zawsze i wszędzie – niestety również w kuchni i łóżku.

– Mów, czego się dowiedziałeś o Szajnie. – Mirek usiadł po przeciwnej stronie stołu i wpatrywał się w Jacka wyczekująco. – Dlaczego go przymknęliście? Jego biedna żona obgryza paznokcie z nerwów.

– To niech zmyje lakier, bo będzie jeszcze je długo obgryzać. Ten facet jest podejrzany o morderstwo.

– Co takiego?! Leszek Szajna mordercą?! Upadliście na głowę! Znam tego faceta, on by muchy nie skrzywdził. Owszem, dużo gada, czasami jego wypowiedzi są dość radykalne, ale to nie typ człowieka, który mógłby kogoś skrzywdzić. Kogo miałby niby zabić?

– Mordercę swojej matki. Trzydzieści lat temu pewien zboczeniec zabił jego matkę, gdy wracała z pracy do domu. Jechała z Olkusza do Krakowa. Złapali drania, dostał dwadzieścia pięć lat. Odsiedział swoje i go wypuszczono. Półtora tygodnia temu znaleziono go martwego w Wiśle.

– I to wszystko, co macie na Szajnę?!

– Nie przerywaj. Szajna podobno domagał się kaesu i ciągle się odgrażał, że załatwi tego zboka, gdy ten wyjdzie na wolność.

– Ja też bym się odgrażał. To normalne, gdy się jest młodym narwańcem. Skąd wiadomo, że to morderstwo? Może facet popełnił samobójstwo? Może nie mógł odnaleźć się w normalnym świecie. Oglądałeś Skazani na Shawshank?

– Po pierwsze, facet był już cztery lata na wolności i zdążył się przystosować, a po drugie, rzadko kto je na kolację zupę z tojadu. Znaleziono w jego organizmie akonitynę. Ktoś poczęstował go nalewką na mordowniku. Słyszałeś o tej truciźnie?

– Tak. Bardzo popularna kilkaset lat temu wśród trucicieli. Z tego, co wiem, nie rozpuszcza się w wodzie, tylko w alkoholu – mruknął Mirek. – Ale to wcale nie jest dowód, że mordercą jest Szajna.

– Bo nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Tego faceta zabito osiemnastego lutego, w trzydziestą rocznicę śmierci matki Szajny. Szajna nie ma alibi.

Mirek zamilkł na chwilę.

– Ale to wcale nie oznacza, że to on zabił – powiedział już mniej stanowczo. – Może to zbieg okoliczności.

– Nasi informatycy stwierdzili, że przeglądał strony dotyczące trucizn, a najbardziej interesował się akonityną.

– To tylko poszlaki, żaden dowód.

– Widocznie prokuratorowi to wystarczyło, żeby go przymknąć.

– Bo nie miał innych podejrzanych. – Mirek wzruszył ramionami. – Dobrze wiesz, jak działa nasz wymiar sprawiedliwości. Każdy chce się czymś wykazać, żeby nie gadano, że biorą pieniądze za darmo. Czy nie było innych kobiet pokrzywdzonych przez tego zboczeńca?

– Były. Ale tylko jedną kobietę zabił.

– Czy mógłbym porozmawiać z Szajną?

– Wątpię. Zresztą nie wiem, czy byłby to dobry pomysł. Tylko byś pogorszył jego sytuację. Nie powiedziałem ci najważniejszego: sprawą zajmuje się Waldek Wójcik.

Mirkowi zrzedła mina. Spojrzał na Magdę, która aż usiadła z wrażenia.

– O kurwa – bąknął Mirek. – Nie wiedziałem, że on wrócił do policji.

– Niestety, wrócił. Zmieniło się szefostwo, Waldek ma teraz niezłe układy. Gdy mój były szwagier się dowie, że jesteś zainteresowany tą sprawą, zrobi wszystko, żeby Szajna dostał dożywocie.

– Cholera, niedobrze – westchnął Mirek. – Muszę poszukać czegoś o tym zboczeńcu. Jak on się nazywał?

– Kazimierz Krop.

– Jak? – Mirek zamarł na chwilę.

– Kazimierz Krop. Co się dzieje? Widzę, że pobladłeś.

Filer wzruszył ramionami.

– Nic – skłamał. – Co miałoby się dziać?

Po wyjściu Jacka Mirek szybko zszedł do biura, włączył komputer i przeczytał ostatniego maila od Szajny. Patrząc na ekran, zmarszczył brwi. Po chwili w pokoju zjawiła się Magda, a za nią Rita.

– Dziwnie się zachowujesz. O co chodzi? – zapytała.

– Pamiętasz, że jakiś czas temu zlecono nam znalezienie adresu jednego faceta?

– Tak, pamiętam. Ale to zignorowałeś.