Morderstwo na Rue Morgue - Edgar Allan Poe - ebook + audiobook

Morderstwo na Rue Morgue ebook i audiobook

Edgar Allan Poe

4,5

Opis

Zbiór opowiadań amerykańskiego poety i nowelisty Edgara Allana Poe. Twórca tak zwanego czarnego romantyzmu w swoich utworach zabiera czytelników w świat pełen grozy i niepokoju. Buduje wnikliwe studia ludzkiej psychiki wystawianej na ekstremalne sytuacje. W tytułowej noweli spotykamy pierwszą w literaturze postać detektywa – C. Auguste’a Dupina. Wstęp na temat życia i twórczości Edgara Allana Poe napisał K. Baudelaire.

Spis utworów:

1. Morderstwo na Rue Morgue

2. Skradziony list

3. W sprawie wypadku pana Valdemara

4. Zejście w Maelström

5. William Wilson

6. Ligeia

7. Morella

8. Niezrównane przygody Hansa Pfaalla

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 18 min

Lektor: Edgar Allan Poe

Popularność




Edgar Allan Poe

Morderstwo na Rue Morgue

Saga

Morderstwo na Rue Morgueprzełożył Wojciech Szukiewicz tytuł oryginału Zdjęcia na okładce: Shutterstock Copyright © 1902, 2019 Edgar Allan Poe i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195590

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Cechy umysłowe, zwane analitycznemi, są same w sobie nie bardzo analizie podatne. Oceniamy je tylko według ich skutków. Wiemy o nich pomiędzy innemi, że są zawsze dla swego właściciela, gdy je posiada w wysokim stopniu, źródłem najżywszej przyjemności. Jak silny człowiek rozkoszuje się w swej fizycznej sprawności, znajdując urok w ćwiczeniach, wprawiających w czynność jego mięśnie, tak analityk rozkoszuje się w tej moralnej czynności, którą rozplątuje. Czerpie zadowolenie z najbłahszych nawet zajęć, wciągających w grę jego talent. Lubi on zagadki, łamigłówki i hieroglify, rozwiązywanie ich dowodzi takiego stopnia przenikliwości, która zwyczajnemu umysłowi wydaje się nadnaturalną. Wyniki jego, osiągnięte za pomocą metody, mają zaiste cechy intuicyi.

Zdolność analizy rozwija się znacznie pod wpływem studyów matematycznych, a zwłaszcza tej ich najwyższej gałęzi, która niesłusznie i tylko wskutek jej wstecznych operacyi, otrzymała nazwę analizy par excellence. Jednak obliczanie jeszcze nie jest analizowaniem. Szachista, naprzykład, czyni pierwsze, nie usiłując wcale drugiego; wynika z tego, że gra w szachy, w swych skutkach na umysłowe czynności, jest źle pojmowana. Nie piszę obecnie rozprawy, lecz bezładną przedmowę do nieco osobliwej opowieści; skorzystam więc ze sposobności, aby postawić twierdzenie, że najwyższe władze refleksyjnego umysłu są bardziej wystawione na próbę w niepokaźnej grze w warcaby, niżeli w szachach. W tych bowiem, gdy figury maja różne i fantastyczne ruchy o różnych i zmiennych wartościach, to co jest zawiłe, bierze się często za głębokie. Uwaga odgrywa tu potężną rolę. Jeżeli osłabnie na chwilę, popełnia się przegapienie, pociągające za sobą szkodę lub porażkę. Ponieważ możliwe ruchy są nietylko wielorakie ale i zawiłe, przeto łatwość takiego przegapienia się jest wielka, w dziewięciu wypadkach na dziesięć zwycięża gracz nie lepszy, a ten, który umie się skupić.

W warcabach, przeciwnie, gdzie ruchy są jedne i nie wiele posiadają odmian, prawdopodobieństwo nieuwagi jest zmniejszone, a ponieważ nadzwyczajna uwaga nie jest wcale zajęta, przewagę zyskuje się właśnie sprytem i przenikliwością. Aby być mniej oderwanym — przypuśćmy grę w warcaby, zredukowaną do czterech królów, a gdzie przegapienia się nie spodziewa, jest rzeczą jasną, że w tym razie o zwycięstwie rozstrzyga (przy równości graczy) jakiś ruch recheché, wynik znacznego wysiłku umysłowego. Pozbawiony zwyczajnych sztuczek analityk wciela się w ducha swego przeciwnika, utożsamia się z nim i nie rzadko widzi w ten sposób od jednego spojrzenia jedyną metodę (czasem zaprawdę nieskończenie prostą), zapomoca której może skłonić go do spełnienia błędu lub do błędnej kalkulacyi.

Whist dawna jest znany ze swego wpływu na władzę obliczania, wiadomo, że ludzie najwyższych zdolności intelektualnych znajdują niewytłomaczoną pozornie przyjemność w wiście, unikając przytem szachów. Niewątpliwie nic innego nie wymaga tak wielkich zdolności analitycznych. Najlepszy szachista w świecie może być nie wiele więcej niż dobrym szachistą; ale powodzenie w wiście zawiera w sobie zdolność do sukcesu w tych wszystkich ważniejszych przedsięwzięciach, w których umysł walczy z umysłem. Gdy mówię powodzenie, to mam na myśli tę doskonałość gry, która obejmuje zrozumienie wszystkich źródeł, z których można ciągnąć uprawnione zyski. Te zaś są nietylko wielorakie ale i różnolite, a znajdują się częstokroć w skrytkach myśli, całkiem niedostępnych zwykłemu objęciu. Obserwować uważnie to znaczy pamiętać wyraźnie; to też skupiający się szachista może mieć powodzenie w wiście, prawa Hoyle’go (oparte na prostym mechanizmie gry) są dostatecznie i powszechnie rozumiane. Tak więc mieć dobrą pamięć i postępować według przepisów uważa się powszechnie za alfę i omegę dobrej gry. Ale zdolność analityka objawia się właśnie w sprawach, leżących po za granicami zwykłego prawidła. Analityk robi w milczeniu mnóstwo spostrzeżeń i wniosków. Tak, być może, postępują i jego towarzysze; różnica w zakresie informacyi osiągniętej leży nie tyle w słuszności wniosku, ile w jakości spostrzeżenia. Konieczną jest wiadomość tego, co obserwować. Gracz nasz wcale się nie ogranicza; ani też, gdy gra jest celem, nie gardzi on dedukcyami z rzeczy do gry nie należących. Bada on oblicze swego partnera i porównywa starannie z każdym ze swych przeciwników. Rozważa sposób ułożenia kart w każdej ręce; liczy często atuty na podstawie spojrzeń ciskanych przez ich posiadaczy. Notuje każdą zmianę na twarzy, wywołaną podstępem gry, zgromadzając zapas myśli z różnic wyrazów: pewności, zdumienia, tryumfu lub niezadowolenia. Ze sposobu zbierania lewy sądzi, czy zbierający zrobi następnie drugą. Poznaje, co się zagrywa dla zmydlenia oczu, ze sposobu, w jaki karta pada na stół. Przypadkowe lub nieuważne słowo, przypadkowe opuszczenie lub odwrócenie karty, któremu towarzyszy niezadowolenie lub obojętność, zakłopotanie, wahanie się lub drżenie — wszystko dostarcza jego pozornie intuicyjnej percepcyi wskazówek odnośnie do prawdziwego stanu rzeczy. Gdy gra obeszła już dwa lub trzy razy wkoło, posiada on już dokładną znajomość kart w każdej ręce i odtąd wykłada karty z absolutną precyzyą, jakgdyby reszta odkryła swoje.

Władzy analitycznej nie należy mieszać ze zwykłą pomysłowością; bo kiedy analityk jest z konieczności pomysłowy, pomysłowy człowiek jest częstokroć niezdolny do analizy. Władza konstrukcyjna czyli kombinacyjna, przez którą zwykle pomysłowość się objawia, i której frenelogowie (błędnie mojem zdaniem) przypisali osobny organ, spotyka się tak często u tych, których umysłowość graniczy z idyotyzmem, że zwróciła na siebie powszechną uwagę moralistów. Pomiędzy pomysłowością a zdolnością analityczną istnieje zaiste o wiele znaczniejsza różnica, niżeli pomiędzy fantazyą a wyobraźnią, ale charakteru wybitnie analogicznego.

Następujące opowiadanie stanie przed czytelnikiem w świetle komentarza do powyższych twierdzeń.

Mieszkając w Paryżu przez wiosnę i część lata roku 18 —, poznałem się z panem C. Augustę Dupin. Młodzieniec ten pochodził z doskonałej — ba, nawet ze znakomitej rodziny, ale wskutek różnych okoliczności doszedł do takiej biedy, że energia jego charakteru ugięła się pod nią, tak, że zaprzestał obracać się w świecie, lub starać się o odzyskanie fortuny. Przez grzeczność swych wierzycieli zatrzymał jeszcze w swem posiadaniu małą cząstkę ojcowizny; z pobieranego stąd dochodu zdołał przy pomocy skrupulatnej oszczędności dostarczyć sobie rzeczy niezbędnych do życia, nie troszcząc się wcale o zbytki. Książki były bowiem jego jedynym zbytkiem, a te można w Paryżu tanio nabywać.

Pierwsze nasze poznanie się nastąpiło w podrzędnej bibliotece na Rue Montmartre, gdzie zbliżył nas fakt, że obaj szukaliśmy bardzo rzadkiej i bardzo osobliwej książki.

Widywaliśmy się wielokrotnie. Zainteresowałem się historyą rodzinną, którą mi opowiedział szczegółowo ze szczerością właściwą Francuzowi, gdy chodzi jedynie o jego własną osobę. Zdumiony byłem jego ogromnem oczytaniem; nadewszystko czułem się przejęty jego zapałem i żywością wyobraźni. Szukając w Paryżu rzeczy, których mi wtedy było potrzeba, sądziłem, że towarzystwo takiego właśnie człowieka byłoby dla mnie nieocenionym skarbem; z myśli tych zwierzyłem się przed nim.

Ułożyliśmy się niebawem, że zamieszkamy razem podczas mego pobytu w mieście; a ponieważ moje położenie w świecie było lepsze niż jego, pozwolił mi ponieść koszta wynajęcia i umeblowania w sposób dogadzający fantastycznej ponurości naszych usposobień starego i groteskowego domu, dawno opuszczonego wskutek przesądów, których nie badaliśmy, a znajdującego się w opuszczonej części Faubourg St. Germain.

Gdyby świat znal bieg naszego życia w tej siedzibie, uważanoby nas za szaleńców — chociaż jako szaleńców może nieszkodliwych. Odosobnienie nasze było doskonałe. Nie przyjmowaliśmy gości, miejsce naszego pobytu było trzymane w sekrecie przed mymi poprzednimi towarzyszami: a Dupin przestał być znany w Paryżu oddawna. Istnieliśmy wyłącznie w samych sobie.

Wybrykiem fantazyi mego przyjaciela, (bo jakże to nazwać inaczej) było rozmiłowanie się w nocy dla niej samej; z tą jego bizarrerie, jak i z innemi chętnie się zgodziłem; tolerowałem jego dzikie fantazye z zupełnem abandon. Czarne bóstwo nie chciało przebywać z nami nieustannie; ale umieliśmy podrobić jej obecność. Z pierwszym brzaskiem rannym zamykaliśmy wszystkie masywne okiennice naszego starego budynku; poczem zapaliliśmy kilka świec, które mocno wonią zaprawione rzucały jeno bardzo słabe promienie. Przy pomocy tych świec zajmowaliśmy swoje dusze czytaniem, pisaniem lub rozmową, aż dopóki zegar nie ostrzegł nas o nadejściu prawdziwej ciemności. Wtedy wypadaliśmy na ulice, trzymając się pod ręce, rozprawiając w dalszym ciągu, lub włócząc się daleko aż do późnej godziny, szukając wśród świateł i cieniów tego ludnego miasta tej nieskończoności umysłowego podniecenia, jakiego może dostarczyć spokojna obserwacja.

W takich chwilach nie mogłem nie zauważyć i nie podziwiać (chociaż powinienem był spodziewać się tego po jego bujnym idealizmie), szczególniejszej zdolności analitycznej Dupina.

Ćwiczenie tej zdolności zdawało się sprawiać mu znaczną przyjemność, do czego się wprost przyznawał. Chwalił się przede mną, chichocząc po cichu, ze wielu ludzi w odniesieniu do niego posiadało okna w piersiach, a twierdzenie to popierał uderzającymi dowodami znajomości mojej osoby. Zachowanie się jego w takich chwilach było sztywne i abstrakcyjne; oczy nie posiadały wyrazu; głos zaś, zwykle dźwięczny tenor, stawał się sopranem, który wyglądałby na kaprys, gdyby nie zupełna wyrazistość enuncjacji. Obserwując go w takich chwilach, często rozmyślałem nad starą filozofią o dwoistości duszy i bawiłem się ideą o podwójnym panu Dupin — twórczym i analitycznym.

Niechaj nikt z tego, co powiedziałem, nie wnioskuje, że opowiadam jaką tajemnicę lub piszę romans. To co opisałem we Francuzie było jedynie wynikiem podnieconej a może i chorobliwej inteligencji. Ale o charakterze jego uwag w takich chwilach najlepsze pojęcie da przykład.

Pewnej nocy szliśmy brudną ulicą niedaleko Palais Royal.

Gdyśmy pozornie obaj byli zatopieni w myślach, żaden z nas nie przemówił z piętnaście minut co najmniej. Nagle Dupin przerwał milczenie temi słowy.

— Jest bardzo niskiego wzrostu, to prawda, i nadawałby się lepiej do Théâtre Variétés.

— To nie ulega wątpliwości, — odparłem nieświadomie, nie zauważywszy odrazu (tak bardzo byłem zamyślony) niezwykłego sposobu, w jaki mówiący wpadł w moje rozmyślania. W chwilę potem opamiętałem się, a zdumienie moje było głębokie.

— Dupin, — powiedziałem poważnie, — to przechodzi moje objęcie. Nie waham się powiedzieć, że jestem zdumiony i ledwie mogę wierzyć samemu sobie. Jakimże porządkiem mogłeś wiedzieć, że ja myślałem o — ? — Tu przerwałem, aby zapewnić się ponad wszelką wątpliwość, że istotnie wiedział o kim myślałem.

— O Chantilly, — dopowiedział, — czemu się zatrzymujesz! Mówiłeś sam do siebie, że jego drobna postać nie nadaje się do tragedyi.

To istotnie, było przedmiotem moich rozmyślań. Chantilly był kiedyś szewcem z Rue St. Denis, który zachorowawszy na scenę spróbował roli Xerxesa w tragedyi Crebillona tego samego tytułu, i został wyśmiany za swój trud.

— Powiedzże mi, na Boga, — zawołałem — jaką metodą — jeżeli w tem jest metoda — udało ci się zgłębić mą duszę w tej sprawie. — Byłem więcej zdumiony, niż chciałem przyznać.

— Owocarz, odparł mój przyjaciel, — kazał ci przyjść do wniosku, że szewc nie posiadał dostatecznego wzrostu na Xerxesa et id gennus omne.

— Owocarz! — zadziwiasz mnie — nie znam żadnego owocarza.

— Człowiek, który wpadł na ciebie, gdyśmy wchodzili w ulicę — tak może kwadrans temu.

Przypomniałem sobie teraz, że istotnie owocarz, niosący na głowie duży kosz jabłek, o mały włos nie obalił mnie przypadkiem, gdyśmy wchodzili z Rue C... — na drogę, na której staliśmy; ale nie mogłem pojąć, coby to miało za związek z Chantilly.

Nie było ani źdźbła szarlataneryi u Dupin’a. — Wyjaśnię ci, — powiedział — abyś zaś mógł lepiej zrozumieć, pójdziemy naprzód wstecz w ślad twych rozmyślań od chwili, kiedy przemówiłem do ciebie, az do spotkania z owocarzem. Większe ogniwa łańcucha są takie — Chantilly, Orion, Dr. Nichols, Epierdins, Stereotomia, kamienie brukowe, owocarz! —

Mało jest ludzi, ktorzyby kiedykolwiek nie zabawiali się śledzeniem wstecz stopni, po których doszli do szczególnych wniosków. Zajęcie jest często bardzo interesujące; a kto próbuje go po raz pierwszy doznaje zdziwienia z powodu nieograniczonej napozór przestrzeni i niezgodności pomiędzy punktem wyjścia a końcem. Jakież więc musiało być moje zdumienie, gdy usłyszałem powyższe słowa Francuza, i gdy nie mogłem nie przyznać, że miał racyę.

On ciągnął dalej. — Mówiliśmy o koniach, jeżeli dobrze sobie przypominam, przed samem opuszczaniem Rue C... To był ostatni przedmiot rozmowy. Gdyśmy wchodzili na tę ulicę, owocarz, z wielkim koszem na głowie, mijając nas szybko, pchnął pana na kupę kamieni brukowych, złożonych na miejscu, gdzie szosa ulega naprawie. Stąpiłeś pan na jeden luźny fragment, potknąłeś się, wytchnąłeś lekko kostkę, mruknąłeś kilka słów z niezadowolenia, zwróciłeś się, aby spojrzeć na kupę kamieni, i potem poszedłeś dalej w milczeniu. Ja nie zwracałem na pana specyalnej uwagi; ale w ostatnich czasach obserwacya stała się u mnie rodzajem konieczności.

— Patrzyłeś pan na ziemię — spoglądając z wyrazem grymasu na dziury i rysy w bruku (z czego wnioskowałem, żeś pan ustawicznie myślał o kamieniach), aż póki nie doszliśmy do małej alei, nazwanej Lamartine, która dla próby była wybrukowana zachodzącymi na siebie blokami. Tu twarz pańska rozjaśniła się, a spostrzegłszy, że usta pańskie poruszają się, nie wątpiłem, że pan szeptałeś słowo, stereotomia, oznaczający ten gatunek bruku. Wiedziałem zaś, że nie mogłeś pan powiedzieć sobie wyrazu — stereotomia — aby nie myśleć o atomach, a więc o teoryach Epikura; a skoro mówiąc o tem bardzo niedawno wspomniałem panu, jak osobliwie, a jednakże z jak małą uwagą, niejasne przypuszczenia tego szlachetnego Greka spotkały się z potwierdzeniem w mgławicowej kosmogonii, czułem, że musiałeś pan rzucić okiem na wielką mgławicę Oriona, co się też stało. Stąd rozumiałem, że dokładnie postępowałem za pańskiemi myślami w gorzkiej tyradzie na Chantilly’ego, która pojawiła się we wczorajszej Musée, satyryk czyniąc niewdzięczną aluzyę do zmiany nazwiska szewca, przytoczył łaciński wiersz, o którym często rozprawialiśmy. Mam na myśli ten wiersz: Perdit antiquum litera prima donna. Mówiłem ci, że się to odnosiło do Oriona, pisanego dawniej Urion, a z pewnych złośliwości związanych z tem wyjaśnieniem, wnioskowałem, żeś o tem nie zapomniał. Było więc rzeczą jasną, że pan połączysz dwie idee Oriona i Chantilly. Że się tak Stało przypuszczałem z uśmiechu, który przebiegł po pańskich ustach.

Dotąd szedłeś pan pochylony, ale nagłe wyprostowałeś się pan zupełnie. Wtedy byłem pewny, żeś pan rozmyślał o postawie pana Chantilly. W tej chwili przerwałem pańskie rozmyślania, aby zauważyć, że istotnie jest małego wzrostu, i że nadawałby się lepiej do Théâtre Variétés.

Wkrótce potem przeglądaliśmy wieczorne wydanie »Gazette des Tribunaux«, w której taki ustęp zwrócił naszą uwagę.

»Nadzwyczajne morderstwo. — Dzisiaj około trzeciej godziny rano mieszkańcy z Quartier St. Roh zostali zbudzeni ze snu strasznymi krzykami, wychodzącymi najwyraźniej z czwartego piętra domu na Rue Morgue, zajmowanego wyłącznie przez Madame L’Espanaye, i jej córkę, Mademoiselle Camille L’Espanaye. Po niejakiej zwłoce, spowodowanej bezowocnem usiłowaniem dostania się do wnętrza zwyczajnym sposobem, brama została wywalona żelazem, a ośmiu czy dziesięciu sąsiadów weszło w towarzystwie dwóch żandarmów.

Tymczasem krzyki ustały, ale gdy sąsiedzi wbiegali na pierwsze piętro schodów, można było odróżnić dwa lub więcej szorstkich głosów w sprzeczce, wychodzących z górnej części domu. Po chwili i te dźwięki ucichły, i nastała zupełna cisza, obecni rozproszyli się, przebiegając od pokoju do pokoju. Po przybyciu do wielkiego tylnego pokoju na czwartem piętrze, którego drzwi z wewnątrz zamknięte też zostały wyłamane, przedstawił się oczom widok uderzający nie mniej okropnością jak dziwacznością.

Apartament był w najdzikszym bezładzie, meble połamane i porozrzucane. Stało tylko jedno łóżko, z którego ściągnięta pościel znajdowała się na środku podłogi. Na krześle leżała skrwawiona brzytwa. Na ognisku znaleziono dwa czy trzy długie i grube warkocze siwych włosów ludzkich także krwią zbryzgane i wyraźnie wyrwane z korzeniem. Na podłodze znaleziono cztery napoleony, topazowy kolczyk, trzy wielkie łyżki srebrne, trzy mniejsze z metal d’Algér, i dwa worki, zawierające blisko cztery tysiące franków w złocie. Szuflady biurka, stojącego w rogu, były rozwarte, i wyraźnie splądrowane, chociaż wiele artykułów pozostało w nich. Pod pościelą znaleziono małą szkatułkę żelazną (nie pod łóżkiem). Była otwarta i nie zawierała nic oprócz kilku starych listów i innych papierów małej wartości.

»Nie znaleziono tu śladów Madame L’Espanaye, ale gdy zauważono niezwykłą ilość sadzy na ognisku, zaczęto poszukiwania w kominie i (strasznie powiedzieć!) wyciągnięto z niego trupa córki, głową w dół, tak bowiem została ona wciśniętą w wąski otwór komina. Ciało było zupełnie ciepłe. Po zbadaniu spostrzeżono liczne ekskorjacje, wywołane niezawodnie siła, z jaką ciało zostało w komin wetknięte i ztamtąd wyciągnięte. Na twarzy były liczne silne podrapania, a na szyi, czarne plamy i głębokie ślady paznokci, jak gdyby zmarła została uduszona.

»Po starannem poszukiwaniu wszystkich części domu, w którym nie zrobiono żadnego dalszego odkrycia, udano się na mały brukowany dziedziniec w tyle budynku, gdzie znajdowało się ciało matki z szyją tak całkowicie poderżniętą, że przy podniesieniu trupa głowa odpadła. Zarówno ciało jak głowa były tak strasznie pokaleczone, że zaledwie zachowały jeszcze ludzkie kształty.

»Zdaje się, że nie znaleziono klucza do zrozumienia tej strasznej zbrodni.

Następnego dnia podano jeszcze takie szczegóły.

»Tragedvya na Rue Morgue. — Wiele ludzi przesłuchano w sprawie tak niezwykłej i strasznej, ale nie dostarczyło to żadnego wyjaśnienia. Podajemy poniżej cały uzyskany materyał.

»Pauline Dubourg, praczka, oświadcza, że znała obie nieboszczki od trzech lat, piorąc im przez ten czas bieliznę. Matka z córką zdawały się być na dobrej stopie — bardzo czułej wzajemnie. Płaciły doskonale. Nie mogła nic powiedzieć o ich sposobie życia lub środkach. Zdaje się jej, że Madame L. utrzymywała się z wróżenia. Wiedziano, że ma złożone pieniądze. Nigdy nikogo nie spotkała w domu podczas swoich wizyt. Wiedziała napewne, że nie miały służącej, Nie było zdaje się mebli w żadnej części z wyjątkiem czwartego piętra.

»Pierre Moreau, tabacznik, zeznaje, że sprzedawał małe ilości tytoniu i tabaki Pani L’Espenaye przez ciąg czterech lat.

Urodził się w sąsiedztwie, i zawsze tam mieszkał. Zmarła razem z córką mieszkała w zajmowanym przez siebie domu przeszło sześć lat. Poprzednio zajmował go jubiler. Dom był własnością Madame I.. Nie była zadowolona z nadużywania domu przez wynajmującego, to też wprowadziła się sama i nie chciała wynająć na dole ani pokoju. Staruszka była dziecinną. Świadek widział córkę pięć czy sześć razy w ciągu sześciu lat. Obie żyły bardzo skromnie. Mówiono, że mają pieniądze. Sąsiedzi mówili, że Madame L, wróży — świadek nie wierzył. Nigdy nie widział nikogo wchodzącego, z wyjątkiem matki i córki, i raz czy dwa ekspresa, doktora zaś ośm czy dziesięć razy.

Wielu innych sąsiadów dało podobne wyjaśnienia. O żadnym gościu w domu nie wspominano. Nie wiedziano, czy żyli jacy krewni Madame L. i jej córki. Okiennice frontowych okien były rzadko roztwarte. Tylne zaś były zawsze zamknięte z wyjątkiem wielkiego pokoju na czwartem piętrze. Dom był dobry i nie bardzo stary.

»Isidore Muset, gendarme, zeznaje, że został wezwany do domu około godziny trzeciej rano, i zastał dwadzieścia do trzydziestu osób u drzwi usiłujących wejść. Sforsował drzwi bagnetem. Nie wiele miał trudności w otworzeniu drzwi, ponieważ składały się z dwóch połów i nie były zaryglowane ani u dołu ani u góry. Krzyki przeciągały się, aż do otworzenia drzwi, potem nagle ustały; zdawały się to być krzyki osoby (lub osób) w wielkiej agonii, głośne i przeciągle, a nie krótkie i urywane. Świadek poszedł na górę. Po wejściu na pierwsze piętro słyszał dwa głosy w gniewnej kontrowersyi — jeden szorstki, drugi ostry — i bardzo dziwny. Mógł odróżnić kilka słów pierwszego, w języku francuskim, mógł pochwycić słowa, sacré i diable. Ostry głos należał do cudzoziemca. Nie był pewny czy to był głos mężczyzny czy kobiety, nie mógł nic zrozumieć, ale zdaje mu się, że obcy mówił po hiszpańsku. Stan pokoju i ciał został przez świadka opisany tak, jak podaliśmy wczoraj.

»Henry Duval, sąsiad, złotnik, zeznaje, że był jednym z tych, co pierwsi weszli do domu. Potwierdza ogólnie zeznanie Museta. Jak tylko sforsowali wejście, zamknięto znowu drzwi, dla powstrzymania tłumu, który zbierał się bardzo szybko, pomimo późnej godziny. Świadek sądzi, ze ostry głos należy do Włocha.

Pewny, że nie do Francuza. Nie mógł powiedzieć, że to głos męski — mógł być kobiecym. Nie zna języka włoskiego. Nie mógł rozróżnić słów, ale z intonacyi wnioskował, że to byt włoski język. Znał madame L. i jej córkę. Rozmawiał często z obiema. Zapewniał, że ostry głos nie należał do żadnej ze zmarłych.

»Odenheimer, restaurator. Ten świadek zgłosił się sam. Nie mówi po francusku, wzięto więc tłómacza. Pochodzi z Amsterdamu; przechodził koło domu podczas krzyków, które trwały przez kilka minut — może dziesięć. Były one głośne i przeciągłe — straszne i przygnębiające. Był jednym z tych, co weszli do domu. Potwierdza poprzednie zaznania, z wyjątkiem jednego punktu. Był pewny, że ostry głos należał do mężczyzny i Francuza. Nie mógł odróżnić słów. Były głośne i szybkie — nierówne — wyduszone, zarówno w obawie jak w gniewie. Głos był szorstki — nie tyle ostry, co szorstki. Nie mógł go nazwać ostrym głosem. Gruby głos wołał kilkakrotnie: »sacré, diable«, a raz, »mon Diceu!«

»Jules Mignaud, piekarz, z firmy Mignaud & Fils, Rue Deloraine. — Jest starszym Mignaud. Madame L’Espanaye posiadała jakąś własność. Otworzyła konto w jego banku na wiosnę roku — (ośm lat przedtem). Składała często drobne kwoty. Nie brała nic, aż dopiero na trzy dni przed śmiercią, kiedy wyjęła osobiście 4.000 frcs. Suma ta wypłacona została w zocie i odesłana przez chłopca.

»Adolphe Lebon, subjekt u Mignaud & Fils, zeznaje, że w południe towarzyszył madame L’Espanaye do jej domu z 4.000 frc., w dwóch workach. Gdy drzwi się otworzyły, zjawiła się Mademoiselle L. i wzięła od niego jeden z worków, a matka drugi. Ukłonił się i poszedł sobie. Nie widział w tej chwili nikogo na ulicy. Jest to bardzo pusta, boczna uliczka.

William Bird, krawiec, zeznaje, że był jednym z tych, co weszli do domu. Jest Anglikiem. Mieszka w Paryżu dwa lata. Jeden z pierwszych wbiegł na schody. Słyszał kłócące się głosy. Szorstki głos należał do Francuza. Słyszał słowa, ale nie mógł sobie wszystkich przypomnieć. Słyszał wyraźnie »sacré« i »mon Dieu!« W danej chwili słychać było tak, jakby walczyło ze sobą kilka osób. Ostry głos był bardzo głośny — głośniejszy od szorstkiego. Jest pewny, że to nie był głos Anglika. Zdaje mu się, że to był Niemiec. Mógł być kobiecym. Nie rozumie po niemiecku. —

Czterej wyżej wymienieni świadkowie powołani powtórnie zeznali, że drzwi pokoju, w którym znaleziono Mademoiselle L. były zamknięte od wewnątrz. Panowała zupełna cisza — nie było słychać żadnych jęków. Po wyłamaniu drzwi nie widziano nikogo. Okna, zarówno od frontowego, jak i od tylnego pokoju, były mocno od wewnątrz zamknięte. Drzwi między dwoma pokojami były zawarte, ale nie zamknięte. Drzwi, prowadzące z frontowego pokoju do korytarza, były zamknięte na klucz od wewnątrz. Mały pokój na froncie domu, na czwartem piętrze, na końcu korytarza, był otwarty na oścież. Pokój był zawalony staremi łóżkami, skrzyniami i t. d. Wyciągnięto je i przeszukano starannie, nie pominięto przy badaniu ani cala w całym domu. Przez kominy przepuszczano miotły. Dom był czteropiętrowy z poddaszem (mansardes). Drzwi na dach prowadzące były zabite ćwiekami — widać od lat nie otwierane. Świadkowie różnie oznaczali czas, który upłynął od słyszenia spierających się głosów do otwarcia drzwi. Jedni oznaczali go na trzy minuty — drudzy na pięć. Drzwi otwarto z trudem.

»Alfonzio Gardo, grabarz, zeznaje, że mieszka na Rue Morgue.

Jest rodowitym Hiszpanem. Był jednym z tych, co weszli do domu. Nie wchodził na schody. Jest nerwowy i obawiał się skutków wzburzenia. Słyszał głosy. Szorstki należał do Francuza. Nie mógł rozpoznać słów. Ostry głos należał do Anglika — pewny tego. Nie rozumie po angielsku — ale sądzi z intonacyi.

»Alberto Montani, cukiernik, zeznaje, że jeden z pierwszych wszedł na schody. Słyszał głosy — szorstki należał do Francuza. Odróżnił kilka słów. Mówca zdawał się czynić wyrzuty. Nie mógł rozpoznać słów ostrego głosu, mówił szybko i nierówno.

Myśli, że to był Rosyanin. Potwierdza ogólne zeznania. Jest Włochem. Nigdy nie mówił z rodowitym Rosyaninem.

»Kilku świadków, powołanych powtórnie, zeznawało, że kominy wszystkich pokoi na czwartem piętrze były za wązkie na to, aby człowiek mógł przejść. Cylindryczne miotły przeprowadzono przez wszystkie kominy w domu. Nie ma wyjścia tylnego, którem możnaby zniknąć niepostrzeżenie. Ciało Mademoiselle L’Espanaye było tak mocno wklinowane w komin, że trzeba było połączonego wysiłku czterech ludzi dla jej wydobycia.

»Paul Dumas, lekarz, zeznaje, że wezwano go do obejrzenia ciał o świcie. Oba trupy leżały na sienniku w pokoju, w którym znaleziono Mademoiselle L. Ciało młodej dziewczyny było potłuczone i podrapane. Stan ten wyjaśniał zupełnie fakt wpakowania jej w komin. Szyja była mocno otarta. Bezpośrednio pod brodą było kilka głębokich zadraśnień, razem z seryą sinych plam, wyraźnie odcisków palców. Twarz była strasznie zabarwiona, oczy wylazły na wierzch. Język był częściowo przegryziony. Na brzuchu znaleziono wielki siniec, wywołany wyraźnie naciskiem kolana. Według P. Dumas, Mademoiselle L’Espanaye została zaduszona na śmierć przez nieznaną osobę, lub osoby. Ciało matki było strasznie pokaleczone. Wszystkie kości prawej nogi i ręki były mniej lub więcej potrzaskane. Lewa tibia mocno popękana, zarówno jak wszystkie żebra po lewej stronie. Ciało strasznie posiniaczone. Nie podobna powiedzieć, jak uszkodzenia zostały zadane. Ciężka pałka drewniana — albo szeroki pręt żelazny — krzesło — każda wielka, ciężka i tępa broń, wywołałaby taki skutek w rękach potężnego mężczyzny.

Kobieta nie mogła zadać tych ciosów żadną bronią. Głowa zmarłej, kiedy widziana przez świadka, była całkiem oddzielona od ciała i też mocno strzaskana. Szyja widocznie była cięta nadzwyczaj ostrym instrumentem — zapewno brzytwą.

»Aleksander Etienne, chirurg, został wezwany razem z Mr. Dumas do obejrzenia ciał. Potwierdził zeznanie i opinię Mr. Dumas.

»Nie uzyskano nic więcej ważnego, chociaż kilka innych osób zbadano. Morderstwo tak tajemnicze i tak zagmatwane w szczegółach, nie było nigdy przedtem w Paryżu wykonane — jeżeli to wogóle było morderstwo. Policya jest zupełnie zmylona wobec tak niezwykłego zdarzenia. Nie ma atoli ani cienia wskazówki co do sprawców.«

Wieczorne wydanie dziennika twierdziło, że największe wzburzenie panowało wciąż w Ouartier St. Roch — że dom został powtórnie przetrząśnięty, że zbadano świadków powtórnie, bez żadnego wyniku. Dopisek atoli oznajmił, że Adolphe Lebou został zaaresztowany i uwięziony — chociaż nic, oprócz wyżej wymienionych faktów, nie świadczyło przeciw niemu.

Dupin interesował się bardzo przebiegiem sprawy — tak przynajmniej wnioskowałem z jego zachowania się, bo zresztą nic nie mówił. Dopiero po uwięzieniu Mr. Deboux zapytał, co myślę o morderstwach.

Mogłem się jeno zgodzić z całym Paryżem na to, że były nierozwiązaną zagadką. Nie widziałem sposobu wykrycia mordercy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.