Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Gdy młody niewolnik Morandor wszczyna bunt w koldarskiej kopalni, nie zdaje sobie sprawy, że rozpoczyna lawinę wydarzeń, które na zawsze zmienią świat. Ucieczka przed dawnymi panami prowadzi buntowników do dziewiczych krain, w których szukają swojego miejsca do życia. Mają tam przeciwko sobie naturę z całą jej surowością oraz nieznane wcześniej choroby. Wiedzą także, że koldarzy nie odpuszczą i będą ich ścigać, gdziekolwiek się nie znajdą.
Oto opowieść o tym, jak rodzi się historia.
Oto opowieść o tym, jak rodzą się kraje.
Oto opowieść o tym, jak powstają mity.
Oto opowieść o tym, jak rodzą się bogowie.
A także opowieść o tym, że uzyskanie wolności to dopiero początek prawdziwych kłopotów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Henryk Tur
All rights reserved
Projekt okładki: Tomasz Maroński z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji
Redakcja: Bartosz Szumowski
Korekta: Dorota Piekarska
Skład i łamanie: Karolina Kaiser
Opracowanie wersji elektronicznej:
Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: [email protected]
www.drageus.com
ISBN EPUB 978-83-68593-63-1
ISBN MOBI 978-83-68593-64-8
Była w górach Koldar kopalnia Gudd…
W jej wnętrzu zawsze panował migotliwy półmrok. Chodniki oświetlały zawieszone co kilkanaście kroków pochodnie, które często kopciły niemiłosiernie, dając więcej ciemności niż światła. Używano ich także na wyrobiskach, zaś tam, gdzie nie dawały go wystarczająco, wspomagano się łuczywami. Dzień w dzień rozbrzmiewały tu dźwięki setek kujących twardą skałę kilofów i młotów, a chodniki i szyby przemierzali młodzi chłopcy, przenoszący w wiklinowych koszach na plecach odłamki ze sztolni. Trafiały w wyznaczone miejsce na zewnątrz, gdzie inni ładowali je na wozy zaprzęgnięte w woły.
Były to jeszcze dzieci. Już krótko po tym, gdy nauczyły się chodzić, musiały pomagać na przodkach, zbierając urobek i go załadowując. Wiele z nich nie dożywało wieku dorosłego. Zabijało je wycieńczenie spowodowane harówką ponad siły. Na samych wyrobiskach pracowali dorośli mężczyźni, czyli ci, którzy przeżyli taką młodość – co oznaczało uznanie przez nadzorców, że są wystarczająco silni, aby powierzyć im inne zadania. Zazwyczaj miało to miejsce, gdy młodzieniec osiągał piętnasty rok życia.
Śmierć zbierała tu obfite plony niezależnie od wieku – marli dorośli mężczyźni, marli młodzieńcy, marły dzieci.
Ludzie padali od pylicy i chorób płuc, które sprawiały, że kaszleli flegmą zmieszaną z krwią. Jeszcze inni ginęli od wybuchów zbierających się w korytarzach gazów, a jeśli rozrzedzenie tychże było zbyt małe, aby doszło do eksplozji, długotrwałe wdychanie lotnych trucizn wywoływało nieuleczalne szaleństwo. Wielu powoli ślepło, gdyż większość dnia spędzali w ciemnych tunelach, a ich oczy narażone były na unoszące się w powietrzu pyły oraz odpryski skał. Niemal wszyscy po kilku latach pracy przy kuciu ścian cierpieli na zwyrodnienia stawów i kręgosłupa. Wielu od ciągłego podtruwania dymem pochodni miało zniszczone płuca. Nierzadko zdarzały się również zawały, grzebiące górników pod masami skał.
Lecz kogo mógł obchodzić los ludzi z rasy nazwanej przez koldarów „thal”?
To właśnie koldarzy panowali tu niepodzielnie. Byli nieco niżsi od thalów, których pod względem wiedzy wyprzedzali o całe stulecia, a to dawało im przewagę pod każdym względem. Koldarskie mity mówiły, że sam najwyższy bóg przekazał im sekret obróbki żelaza, z którego wyrabiali noże, narzędzia, napierśniki, hełmy, miecze, topory, kilofy i kolczaste okucia na ciężkie pałki. Innym sekretem była tajemnica budowy potężnych miast-fortec, znajdujących się na wschód od gór, w krainie Koldan, położonej na Wielkiej Równinie. Te gigantyczne budowle zwały się „kanahami”.
Nikt z thalów pracujących w ciemnych sztolniach Gudd nie miał pojęcia, ile istnieje kanahamów. Ich świat ograniczał się do trzech miejsc – kopalni, obozu kobiet oraz osobnego obozu mężczyzn, czyli baraków, do których wracali po pracy i które można było określić jako ich wspólny dom. Nie wiedzieli, dokąd zabierane są wydobywane przez nich rudy żelaza oraz węgiel. Lecz nawet gdyby wiedzieli, że te kamienie służą budowaniu kolejnych miast-fortec i reperowaniu już istniejących, niczego by to w ich życiu nie zmieniło, bowiem nie znali innego niż ciężka praca od najmłodszych lat.
O istnieniu świata poza kopalnią świadczyły pojawiające się wozy z Koldanu. Dostarczały pochodnie, drewno na stemple i do budowy lub napraw baraków, żelazne narzędzia, czasem także żywność. Wszystko, co było potrzebne do pracy i utrzymania kopalni w ruchu, pochodziło z zewnątrz. Koldarscy woźnice zazwyczaj nocowali w budynkach zajmowanych przez ich pobratymców, które stały pomiędzy obozem mężczyzn i kobiet. Thalom wstęp do nich był zakazany.
Raz na jakiś czas Gudd odwiedzali także przedstawiciele goran – rasy potężnie zbudowanych, wyższych o dwie głowy od thalów ludzi. Koldarowie sprzedawali im żelazo oraz węgiel, a czasami również thalów, których zabierali gdzieś na zachód lub na południe i słuch o nich ginął. Ich los nikogo nie interesował. Thal był tylko parą rąk do pracy, żywym narzędziem, towarem do wymiany za zwierzęce skóry lub mięso.
Niegdyś koldarscy wojownicy zapuszczali się raz do roku w góry Dehedor, leżące na północny zachód od Koldaru, i tam chwytali thalów, którzy żyli w dzikich hordach. Oswajano ich za pomocą tortur, aż w końcu stawali się posłuszni swoim nowym panom. Wyprawy takie trwały przez niespełna dwa wieki, po czym ich zaprzestano, bowiem wydawało się, że już wszyscy w zasięgu koldarów thalowie zostali wyłapani i zniewoleni.
W dziesiątkach kopalń gór Kolidu, Koldaru i Halatu setki niewolników tej rasy rodziły się, umierały i spędzały całe swe życie. Starcy i niedołężni nie byli potrzebni. Usuwano ich bezlitośnie, najczęściej rzucając w górskie przepaście, na których dnach gromadziły się dzikie zwierzęta przyzwyczajone do tego, że posiłek sam spada im z wysokości. Czasem łaskawie rozbijano przedtem głowę ofiary młotem lub toporkiem.
Była w górach Koldar kopalnia Gudd…
Podobnie jak i w innych każdego dnia koldarscy nadzorcy chodzili pomiędzy pracującymi, pilnując, aby roboty – kucie szybów i sztolni za pomocą kamiennych, rzadziej żelaznych, kilofów i młotów – szły bez opóźnień. Leniwych poganiano rzemiennymi biczami, a jeśli to nie pomagało, wymierzano im solidne baty. I choć najwyższy z koldarów ledwie sięgał czubkiem głowy podbródka thala, to ci – wychowani od najmłodszych lat w duchu pokory wobec swoich panów – bali się ich jak ognia i posłusznie znosili kary oraz niezasłużone zazwyczaj razy.
Efekty pracy thalów widać było na Wielkiej Równinie, gdzie szybko rosły i rozbudowywały się kanahamy. Dostarczane z gór kamienie stanowiły budulec dla domów, świątyń, dróg i umocnień, rud używano do tworzenia żelaza, z niego zaś powstawały narzędzia i broń. Minerały miały rozmaite zastosowania – od ozdób i biżuterii po składniki leków. Koldarzy potafili korzystać ze wszystkich skrywanych w głębi ziemi skarbów i wciąż odkrywali nowe sposoby ich zastosowania.
Najwspanialszym z miast-fortec był Halaman, najstarsze siedlisko koldarów i ich stolica, wspierająca się od północy o skalne ściany gór Koldar, od których rasa ta brała swą nazwę. To tam zapadały decyzje dotyczące całej krainy – sięgającej od gór Halatu na północy, po rzekę Zhavir, będącą południową granicą z Garvirgarem, gdzie władali gorańscy hegemoni. Królestwo Halamanu handlowało z nimi, wymieniając minerały i żelazo na drewno, zwierzęta oraz owoce żyznych lasów leżących na południu Garvirgaru. Od czasu do czasu dochodziło również do lokalnych wojen, przy czym ataki następowały z obu stron.
Goranie przybyli w te rejony ze wschodniej części świata, a w zachodniej walczyli ze sobą o władzę i najlepsze tereny do wypasu bydła. Zasiedlili nie tylko ziemie na południe od Koldanu, ale również i na zachodzie – za dwoma łańcuchami górskimi, Koldarem i Kolidem, wyznaczającymi granicę Królestwa. Rozciągała się tam kraina lasów, obcych i nieprzyjaznych dla wywodzących się z gór koldarów, gdzie istniały nieliczne gorańskie osady, z którymi kontakty handlowe były sporadyczne. Góry odcinały od siebie dwie krainy, czyniąc z nich niezależne byty.
Na północnym zachodzie Koldar zmieniał się w poszarpane góry Dehedor, skąd wyłapywano niegdyś thalów i gdzie grasowały abonidy – wielkie, silne małpy o białej sierści. Na południowym wschodzie, w dolnym Kolidzie, istniała mała ilość gorańskich kopalń i kolonii, które nie stwarzały dla koldarów zagrożenia, toteż utrzymywano z nimi przyjazne stosunki.
Władcy rezydujący w Halamanie zadowalali się tym, co mieli. Nie pragnęli wojen ani wielkich podbojów na powierzchni świata, lecz chcieli zdobywać jego wnętrzności, niejako przy okazji zyskując skrywające się w nich minerały i surowce. Tunele, przy kopaniu których od kilku wieków marły kolejne pokolenia thalów, ciągnęły się coraz dalej i głębiej, populacja koldarów rosła, zaś każda ich generacja dbała o to, aby powstawały kolejne sztolnie. Nie było to jednak działanie nastawione tylko na zysk płynący z używania skarbów ziemi.
Celem było dotarcie do położonej w najgłębszych czeluściach świata krainy Untorkhyr.
Wedle dawnych legend koldarzy żyli niegdyś w świecie ponad chmurami, który w przedziwny sposób łączył się z najgłębszymi czeluściami ziemi. Zwał się on Yzgrim. Nie było tam chorób ani śmierci. Nie było też wrogów, którzy mogliby zagrażać koldarom. Lud ten żył więc dostatnio i spokojnie pod okiem boga Aslagarandira, niezrównanego mistrza sztuki kowalstwa i obróbki kruszców. Tworzył on wspaniałe przedmioty – tak zachwycające, że nikt nie potrafił wykonać choćby podobnych. Przedmioty te nie tylko pięknie wyglądały, lecz były również obdarzone boskimi mocami.
Aslagarandir miał wielu pojętnych uczniów. Po latach prób i nauk pod okiem boga jedna z ich grup stworzyła w końcu coś, co mogło równać się jego dziełom – koldarscy kapłani przez lata toczyli ze sobą spory o to, czy był to napierśnik, którego żadna siła nie była w stanie przebić, czy też młot potrafiący wszystko rozbić. Jakkolwiek by było, Aslagarandir rozgniewał się, gdyż poczuł, że oto uczniowie mogą przewyższyć kunsztem swojego nauczyciela. W furii roztrzaskał wspaniały przedmiot, zaś samych koldarów wyrzucił z Yzgrim.
Tak oto trafili oni do świata, gdzie istniały choroby, śmierć, wrogowie i niedola.
Jednak po pewnym czasie zapalczywy bóg pożałował swej decyzji. Doszedł bowiem do wniosku, że to, czego dokonali jego uczniowie, nie powinno wywoływać jego gniewu, a wręcz przeciwnie – napawać go dumą.
Dlatego grupę, która stworzyła wspaniały przedmiot, wywyższył jako pomniejszych bogów. Zasiedlili oni najgłębsze czeluście świata – Untorkhyr. Na ich samym dnie Aslagarandir ustanowił przejście, przez które można było dostać się do niebiańskiej krainy. Pozostałym koldarom rzekł poprzez usta prorokini Mitt:
– Udowodnijcie, żeście godni zamieszkać w Yzgrim. Wydrzyjcie głębinom ziemi wszystkie tajemnice, dotrzyjcie do Untorkhyr, a wówczas dane wam będzie żyć tam, gdzie najpojętniejsi z mych uczniów, gdyż będzie to znaczyło, że staliście się tacy jak i oni. Gdy zaś dotrą tam wszyscy, przejście zostanie otwarte. Przekazuję wam trzy dary: sekret żelaza, sekret budowy i sekret tworzenia kopalń. Przystąpcie do dzieła!
Dlatego też koldarscy nadzorcy z taką zapalczywością gnali thalów do pracy – aby jeszcze za życia dotrzeć do bogów i odbudować połączenie z niebiańską krainą.
Lecz czekali na to już od setek lat…
Była w górach Koldar kopalnia Gudd…
W ówczesnym języku, którym mówili koldarzy – kharsirze – „Gudd” znaczyło „Przeznaczenie”. Kopalnia miała ponad trzy wieki. Jej korytarze były liczne i jeśli bóg Aslagarandir spojrzałby na nią z wysokości Yzgrim, ujrzałby poprzez skały mozaikę podpartych drewnianymi stemplami chodników, sztolnie, szyby i wyrobiska. Mógłby spoglądać na groty, jaskinie, pieczary, a także podziemne strumienie, pędzące w skalnych korytach oraz kolonie rosnących wokół nich grzybów, z których kobiety thalów przyrządzały posiłki dla mężczyzn. Ujrzałby też wielkie, pełne stalaktytów i stalagmitów korytarze, przepaści i formacje skalne tak dziwne, że nikt nie mógł uwierzyć w ich naturalne pochodzenie.
„Bogowie to stworzyli” – cieszyli się każdym ich odkryciem koldarscy nadzorcy i kapłani, a potem otaczali takie miejsce czcią. Traktowano je niczym znak pokazujący, że kopią tunele w dobrym kierunku, zaś Untorkhyr jest coraz bliższe. Przodkowie koldarów zaczynali je wykuwać w Gudd jeszcze za pomocą kamiennych młotów, dopiero w dalszych latach upowszechniło się żelazo i pojawili thalowie, którym powierzono to zadanie.
Nikt już nie pamiętał, skąd się wzięła nazwa „Gudd”. Czyżby ten, kto nadał to miano, przewidział w jakiś sposób, że kopalnia stanie się miejscem narodzin tego, który raz na zawsze zmieni oblicze tej części świata Jold, a pośrednio i jego całego? Gdyby koldarzy o tym wiedzieli, w roku dwieście czterdziestym ósmym przed Bitwą Świata zabiliby wszystkie noworodki z drewnianych baraków w dolinie nieopodal kopalni.
Tam właśnie trzymano thalskie kobiety. Miały lepsze warunki życia niż mężczyźni. Zajmowały się dziećmi do czasu, gdy kazano chłopcom przenosić się do dorosłych mężczyzn przy kopalniach. Poza tym uprawiały żyzne gleby, a zapasy, które robiły, zapewniały przetrwanie zimy wszystkim thalom. Ich obóz otaczała solidna, drewniana palisada. Nie wolno im było wychodzić poza nią – jedynie do upraw, a wówczas robiły to pod okiem kilkunastu koldarskich strażników.
Koldarzy musieli dbać o kobiety, gdyż rodziły kolejnych niewolników i niewolnice. Dlatego raz na dziesięć dni prowadzili do nich wybranych mężczyzn.
Wtedy nikt nie dzielił czasu na lata „przed Bitwą Świata” i „po Bitwie Świata”. Taki sposób określania wydarzeń w historii miał pojawić się wieki później. Praktycznie każdy mniej lub bardziej cywilizowany kraj używał swojego własnego kalendarza. Dwieście czterdziesty ósmy rok przed Bitwą Świata był w Królestwie Halamanu ósmym rokiem panowania Amderrana, potomka i dziedzica prorokini Mitt.
Rok ten zmierzał ku końcowi – dla koldarów początek zimy był zarazem początkiem nowego. Jednak śniegi zdarzały się czasami szybciej, niż oczekiwano. I takiego jesiennego jeszcze dnia, gdy nocą chwycił przymrozek, a od świtu z nieba sypały liczne płatki śniegu, thalka powiła dziecko, by umrzeć krótko potem w połogu. Lecz nim to się stało, nadała nowo narodzonemu chłopcu imię. Jego biologiczny ojciec wraz z innymi ludźmi był w potężnej kopalni, która – jak zawsze – rozbrzmiewała dźwiękiem setek kujących skałę kilofów. Nie było wówczas wśród thalów pojęcia „ojcostwa” ani „rodziny”. Nikt nie wiedział, ile ma dzieci i z jakimi kobietami. Dzieci były sprawą kobiet, a potem trafiały do pracy, gdzie starsi byli ich przewodnikami w świecie kopalni.
Toteż i on nie miał pojęcia, że jego dziecko przyszło na świat.
A chłopiec ten został nazwany przez matkę imieniem Morandor.
Pot zalewał brudne od węglowego pyłu czoło, ściekając do obolałych, zaczerwienionych oczu.
Morandor uderzył potężnie kilofem w skałę, odłupując spory kawał węgla, i przystanął na moment, chcąc nabrać oddechu w płuca. Wiele by dał, aby poczuć w nosie świeże, górskie powietrze, lecz nie było to jeszcze możliwe. Mieli pracować aż do momentu, gdy nadzorcy ogłoszą czas spoczynku. Nie miało się to stać zbyt szybko.
Splunął na ziemię ciemną śliną, spoglądając w tył, czy gdzieś w pobliżu nie ma nadzorcy. Po ostatnim uderzeniu bicza pozostała mu jeszcze czerwona pręga na twarzy.
Trzech jego towarzyszy – mężczyzn w różnym wieku – w milczeniu pracowało na swoich stanowiskach. Ich obnażone do pasa ciała były ciemne, a twarze stały się czarnymi maskami, w których bieliły się oczy i zaciśnięte z wysiłku zęby.
Dziesięcioletni chłopiec przybiegł truchtem do ich korytarza, zaciskając piąstki na ramiączkach wiklinowego kosza. Twarz miał załzawioną. Łzy, które spłynęły po umorusanej buzi, zostawiły na niej jaśniejsze szlaczki.
– Znowu dostałeś? – zagadnął go Morandor.
Chłopak skinął głową, zatrzymując się przy nim. Zdjął z pleców kosz i ustawił na ziemi, a następnie zaczął wrzucać do niego bryłki węgla. Na jego wychudzonych piersiach widoczne były blizny od wielu uderzeń biczami. Świeża jeszcze krwawiła.
– Memdarowi zawsze za wolno. – Chłopiec nie spojrzał na Morandora, lecz kierował te słowa do niego. – Jak szybko bym nie biegł, zawsze mówi, że się guzdrałem i daje mi „nauczkę na przyszłość”.
Morandor westchnął i wziął kilof w dłonie.
– Gdyby ta ściana była nim, to bym go wyrąbał – mruknął do siebie.
Kujący obok Temdar roześmiał się.
– Dostałbyś toporkiem i tyle by cię było – zwrócił się do Morandora, a potem zakasłał i siarczyście splunął. – Wiesz, jak karzą buntowników? Wiesz.
Morandor nie odpowiedział, tylko uderzył z furią w ścianę. Posypało się kilka bryłek. Kuł zapamiętale przez następną godzinę, rozważając słowa, które co parę dni powtarzał im Ridden, koldarski kapłan: „A gdy bogowie świat stworzyli, koldarom panowanie nad nim dali i rzekli: wskażcie rasę, która służyć wam będzie! A ojcowie nasi thalów wybrali i odtąd thal służyć ma koldarowi. Taki bowiem został ustanowiony porządek świata. I takim pozostanie po kres czasów”.
– Gadanie! – odezwał się w końcu sam do siebie.
– Co mówiłeś? – zapytał Temdar.
– Mówiłem, że słowa Riddena to gadanie!
Temdar aż przystanął.
– To… to bluźnierstwo! – Z najwyższym przerażeniem popatrzył na Morandora. Ten wzruszył tylko ramionami. Odgarnął ciemne od pyłu włosy z twarzy i spojrzał na towarzysza wyzywająco.
– A jeśli nie?
Teraz i dwaj pozostali robotnicy przerwali pracę. Morandor zmarszczył brwi. Nie znał ich, spali w innym baraku niż on. Dlatego też mogli donieść jednemu z nadzorców o bluźnierstwie, za co Morandor zostałby ukarany, a donosiciele dostaliby w nagrodę większe porcje jedzenia. Temdar był pewien – mieszkali w tym samym baraku, prycza obok pryczy. Między ludźmi dzielącymi codzienne trudy w naturalny sposób wytwarzała się solidarność.
– I na co się gapicie? – warknął do nieznanej dwójki. W rozświetlanym pochodniami półmroku ich ciemne twarze zdawały się być maskami jakichś podziemnych duchów.
Wziął kilof i zaczął kuć, gdyż pojawił się nadzorca. Tamci milczeli, a więc nie zamierzali na niego donieść. Dobre i to.
Gdy wracali z kopalni, na zewnątrz maszerowali zawsze w długiej kolumnie, liczącej sobie po trzech górników w każdym rzędzie. Przodem szli najmłodsi, za nimi starsi. Na świecie już zmierzchało. Koldarscy wojownicy eskortowali ich ze wszystkich stron. Było ich pięciokrotnie mniej niż thalów, lecz mieli uzbrojenie – solidne, żelazne toporki, a na głowach nosili hełmy. Inni stali też na skałach, koło których przechodził pochód i w miejscach, gdzie któryś z thalów mógłby próbować ucieczki.
Lecz nawet jeśliby ktoś chciał dokonać tego wyczynu, nie miałby na to sił po dniu pracy w czeluściach Gudd. Szli wolno, ze zwieszonymi głowami, obojętni i zrezygnowani, myśląc tylko o tym, aby zjeść przygotowany przez kobiety posiłek, rzucić się na pryczę i zasnąć. A rano wstać, zjeść większy posiłek – co drugi dzień z mięsem – oraz znowu dać się pochłonąć wnętrznościom Gudd. I tak przez całe życie.
Obolały Morandor maszerował w środku kolumny, Temdar po jego prawej, zaś po lewej Jargan z ich baraku. Był starszy od Morandora o wiele lat. Gdyby którykolwiek z thalów potrafił liczyć i znał kalendarz, mógłby powiedzieć, że Morandor ma lat dwadzieścia, Temdar – dwadzieścia sześć, zaś Jargan – trzydzieści osiem. Może też dodałby, że rzadko który z thalów w Gudd dożywa ponad czterdziestu wiosen, bo to wiek zarezerwowany dla najbardziej wytrzymałych.
Idący przed Morandorem człowiek kręcił głową na boki, jakby usiadł na niej giez. Zapewne pracował na odcinku, gdzie było dużo zatrutego powietrza i stał się ofiarą gorączki wywołanej jego całodziennym wdychaniem. Morandor spojrzał na Temdara i Jargana. Obaj szli ze spuszczonymi głowami, wbijając wzrok w grunt przed stopami.
„Przewróci się czy nie?” – pomyślał z obojętnością Morandor. Nieraz już widział, jak ludzie padali na twarze, zaś ich czoła stawały się cieplejsze niż ogień w koksownikach, które wystawiano w chłodne dni przed kopalnią. Albo też zaczynali bełkotać lub pluć krwią.
Nieznany Morandorowi z imienia mężczyzna jęknął boleśnie – dwaj idący koło niego ani trzej przed nim nie reagowali. Może nie mieli sił, a może po prostu nie wiedzieli, co robić? Nikt z nich nie umiał leczyć ran ani chorób. Umiejętność tę miały kobiety, lecz nie było ich tutaj. Ponadto nie potrafiły leczyć wielu poważniejszych przypadłości. Kto zapadł na taką chorobę i okazywała się ona silniejsza od jego organizmu, najczęściej konał w męczarniach.
Kilka dni wcześniej w baraku Morandora zmarł młodszy od niego chłopak. Złamał sobie nogę tak paskudnie, że poniżej kolana wystawała biała, ułamana kość, świecąca na tle pobrudzonej węglem skóry. Do baraku przyszedł wówczas jakiś koldar. Popatrzył na nogę i machnął ręką.
– Niech leży przez parę dni. Zobaczymy, co się da zrobić – powiedział i wyszedł.
Kobiety owinęły mu nogę paskami płótna, aby schować kość. Dwa razy dziennie któraś przychodziła do niego z lekiem mającym zbić gorączkę. Inni jeńcy starali się pomóc chłopcu, lecz cóż mogli uczynić? Skończyło się na pomocy przy karmieniu i okrywaniu go, jeśli mówił, że marznie. Gdy wyszli pewnego dnia do kopalni, jego czoło było gorące. Pod wieczór już nie żył. Na rozkaz nadzorców wynieśli go na skały i porzucili dla zwierząt.
Każdy z thalów mógł tylko mieć nadzieję, że nic złego mu się nie przytrafi. Najmniejsze złamanie oznaczało koniec.
Chory mężczyzna przed nim zachwiał się nagle i upadł na bok drogi, skręcany torsjami. Kilku maszerujących spojrzało w jego stronę – niektórzy obojętnie, niektórzy ze smutkiem. Być może go znali. Kolumna się nie zatrzymała. Morandor jeszcze parę razy odwrócił głowę, aby spojrzeć, czy tamten wstanie.
Gdy widok już znikał za zakrętem, zobaczył, jak do chorego, wciąż leżącego na gruncie, zbliża się bez pośpiechu koldar z tylnej straży. Wzniesiony przez niego topór miał być lekiem, który na zawsze wyzwoli thala od choroby.
– Znasz tych dwóch, co byli koło nas? – spytał Temdara, gdy zasiedli na pryczach. Każdy z nich trzymał glinianą miskę, a w niej zielonkawą, ciepłą zupę z kawałkami brukwi i twardych ziemniaków.
– Nie – odpowiedział Temdar i wzniósł miskę, aby z niej upić.
– Mogą donieść – zauważył Morandor, wyjmując palcami brukiew z gorącej wody. Rozgryzł ją z przyjemnością.
– Mogą – zgodził się jego towarzysz, a chwilę później oblizał wargi.
– Ale nadal myślę to, co myślałem.
– Milcz! – syknął Temdar i powiódł wzrokiem po baraku. Pod jego niskim sufitem siedziała niecała setka mężczyzn. Oświetlał ich blask odkrytych kaganków z żelaza. – Mamy nowych, oni nie są pewni…
Morandor skinął głową, przyznając mu rację. Parę dni temu przywiedziono kilkunastu thalów. Podobno byli z innej kopalni, którą koldarzy z nieznanych przyczyn porzucili w trakcie kucia pierwszych korytarzy. Plotki mówiły, że odkryto tam coś, co nie powinno wydostać się na światło dnia. Cóż to jednak mogło być – tego nie wiedział nikt.
– Nie powtarzaj tego ani teraz, ani nigdy więcej! – Temdar postawił pustą miseczkę pod swoją pryczą. – Nie chcę być zabity razem z tobą!
Zrzucił bluzę, zsunął spodnie, położył się na deskach swojej pryczy i okrył wyleniałą, wilczą skórą. Silniejsi zabierali dobre, puszyste skóry słabszym. Morandor też stracił swoją. Wyższy od niego o głowę, czanobrody Merkanor rządził w baraku, gdyż był najsilniejszy. Ale to była rzecz normalna. Wśród thalów zawsze rządziły najmocniejsze pięści, a ci, którzy je mieli, zabierali innym, co tylko im się podobało. Czasem dochodziło na tym tle do bójek – krótkich, gdyż zazwyczaj po paru chwilach drzwi baraku otwierały się i wbiegali koldarscy strażnicy. Pół biedy, jeśli walczący od razu przestawali. Wtedy kara była mniejsza – kilkanaście kijów i praca kilka dni pod rząd na najcięższym odcinku kopalni. Co bardziej buntowniczy skazywani byli na biczowanie w specjalnie w tym celu przygotowanym miejscu nieopodal obozu. Taką karę musieli oglądać wszyscy, dlatego też wykonywano ją, gdy powracali z kopalni.
Gorzej, jeżeli walczący wpadli w taką furię, że trudno ich było rozdzielić. Koldarscy strażnicy uderzali wtedy bezlitośnie toporkami, nie bacząc na to, czy któregoś zabiją. Morandor widział raz, jak taki cios rozłupał głowę chłopakowi, któremu Bariden zabrał miskę zupy. Dla prowodyra skończyło się to dotkliwą chłostą, po której leżał na pryczy przez więcej dni, niż mają palców obie dłonie. Wylizał się jednak z ran i pracował jak wszyscy.
Teraz ten właśnie Bariden siedział koło Merkanora i Modara. Mówili o czymś cicho, spoglądając na jednego z nowych.
Tamten był może w wieku Morandora. Tak samo jak on miał jasne, splątane włosy, krótką bródkę i brudne ubranie. Siedział na pryczy, nieświadomy spojrzeń, które słali ku niemu trzej wielcy mężczyźni. Morandor domyślał się, o co im chodzi. Raz na tyle dni, ile jest palców u rąk, koldarzy prowadzili ich do kobiet w dolinie, trzymanych w innych barakach. Noc upływała im na parzeniu się, a nad ranem powracali i do pracy szli dopiero wtedy, gdy słońce stało w swym zenicie. Morandor mile wspominał te chwile, gdyż były one jedynym wytchnieniem od zabójczej, szarej codzienności w niewoli.
Niektórym jednak nie starczało pozbycie się nasienia raz na taki czas. Czasem w nocy po baraku rozchodziły się odgłosy spółkujących ze sobą mężczyzn, czasem niektórzy zaspokajali się sami, ciężko przy tym dysząc. Ci trzej mieli zapewne ochotę złączyć się z nowym, bez względu na to, czy on tego chciał.
Morandor spojrzał na siedzącego kilka pryczy dalej. Merkanor uśmiechał się lubieżnie w jego stronę, lecz młody tego nie zauważał.
„Zaczekają, aż koldarzy każą zgasić ogień” – pomyślał Morandor. – „Wtedy rzucą się na niego we trzech i nie będzie miał szans…”
Nigdy przedtem nie czuł dla nikogo współczucia, lecz tym razem to obce uczucie ukłuło go w serce. Coś dziwnego było w tym człowieku, który nocą miał paść ofiarą żądz trzech swoich towarzyszy z baraku. Od jego twarzy coś biło… Ale co? Morandor nie potrafiłby tego określić.
Spojrzał na niego uważniej. Niebieskie oczy wyłapały jego spojrzenie i nowy uśmiechnął się do niego smutno. Morandor rzucił szybkie, lękliwe spojrzenie na Merkanora – najsilniejszy człowiek w baraku zauważył to i skrzywił się wściekle, myśląc, że Morandor sam ma ochotę na nowego. A Morandor przełknął nerwowo ślinę. Nie chciał narażać się na gniew najsilniejszego z thalów w Gudd.
Zerknął na uchylone drzwi baraku. Na tle zboczy widać było pokryte gwiazdami niebo, a ciepłe powietrze wdzierało się do wnętrza, dając wytchnienie zbolałym płucom górników i zmniejszając fetor dziesiątek niemytych ciał.
„Jakby to było żyć bez strachu…?” – zamyślił się i popuścił wodze fantazji. – „Chodzić tam, gdzie się chce i kiedy się chce. Nie pracować cały dzień pod ziemią. Spać samemu, tak jak nadzorcy. Keternor mówił, że każdy z nich ma swoją izbę w ich chatach…”
Westchnął ciężko.
Dyskretnie spojrzał w stronę siedzącej trójki. Merkanor nadal wpatrywał się w młodego, tłumacząc coś Baridenowi i Modarowi. Zapewne ustalali, kto pierwszy posiądzie dzisiejszą ofiarę.
Zacisnął pięści, lecz nie wiedział, co ma robić. Ostrzec nowego? I gdzie ucieknie? Koldarzy zamykają barak na noc i nikogo nie wypuszczają. Byłaby szansa, jeśli nowy zacząłby krzyczeć. To zaalarmowałoby straż.
„Tak”. – Uśmiechnął się z zadowoleniem, lecz zaraz zmarszczył czoło. – „Jak mu to powiedzieć, nie narażając się na gniew Merkanora?”
Zabębnił palcami o nieheblowaną deskę pryczy. Może przejść koło niego i rzucić mu cicho: „Krzycz”? Ale dokąd ma niby iść? Od razu zobaczą, że coś mu powiedział, a wtedy nie tylko nowy, ale i Morandor padnie ofiarą ich chuci. Jednemu może by jeszcze dał radę, bo zaliczał się do silnych, lecz trzem…
Z pomocą nikt nie przyjdzie, wiadomo. Nikt nie chce ryzykować. Ani gniewu koldarów, ani Merkanora i jego przyjaciół.
A może samemu zacząć krzyczeć? Lecz co powie, gdy wejdą strażnicy? Że coś go ugryzło? Miał zły sen? Dostanie baty, a kiedy będzie leżał bez sił na pryczy, tamci i tak zrobią z nowym to, co zechcą.
Spojrzał na Temdara. Zmęczony towarzysz już spał z lekko rozchylonymi wargami. Morandor widział pieńki sczerniałych zębów, ciemnoczerwone kłaki wąsów pod nosem i szramy na policzku. Temdar nie miał zmartwień. Żył jak inni. Pogodzony ze swym losem i niewyobrażający sobie, aby mogło być inaczej.
– Gasić, thalskie ścierwa!
Szum rozmów urwał się jak nożem uciął. Do baraku wszedł Rigard, koldarski kapitan. Był sporo niższy od Morandora, gdyby stanęli obok siebie, sięgałby mu klatki piersiowej. Rigard spojrzał na wnętrze baraku oczyma skrytymi za przyłbicą żelaznego hełmu. Nie był mu on w obozie potrzebny, jednak zakładał go, aby budzić większy respekt wśród thalów.
Potrząsnął kijem, od którego spływało ku ziemi kilkanaście cienkich witek.
– A żebym was nie usłyszał przed świtem!
Głowa w hełmie rozejrzała się z lewa na prawo. Nikt nie śmiał nawet głośniej oddychać.
– Gasić! – Rigard wskazał ręką na kaganki.
Kilku thalów siedzących najbliżej nich zgasiło ogień. Zapadła ciemność, a koldarzy zamknęli drzwi. Morandor z ciężkim sercem legł na plecach. Nie mógł zasnąć. Ciekaw był, czy Merkanor zdecyduje się na to, co planował.
„A co mnie to obchodzi?” – pomyślał i ziewnął szeroko. Zmęczenie dawało o sobie znać, jak co wieczór. – „Nie wezmą tego, to wezmą innego”.
W baraku zapadła cisza, gdzieniegdzie dało się słyszeć chrapanie. Morandor zapadał już w sen, kiedy posłyszał jakiś ruch w kącie, przy pryczy Merkanora. To go rozbudziło.
„Wstał”.
Po chwili do uszu Morandora dotarły dźwięki zsuwanych skór, a potem ściszone szepty. Merkanor, Bariden i Modar szli gęsiego pomiędzy pryczami. Morandor się nie mylił – zmierzali do nowego, leżącego nieco dalej.
„Dlaczego?” – pomyślał niespodziewanie. – „Dlaczego miast pomagać sobie w ciężkiej doli, jeden chce posiąść drugiego jak koldar thala…?”
Zabolało go to tak mocno, że słysząc szamotaninę w miejscu, gdzie spał młody, zerwał się z pryczy. Szybko wciągnął spodnie, a potem buty na nagie stopy. Dwaj zapewne obezwładnili tamtego, a trzeci – na pewno Merkanor – zaraz miał zabrać się za zaspokojenie chuci. Spod przyduszonej wilczą skórą głowy dał się słyszeć zduszony jęk. Ofiara szarpała się i próbowała wzywać pomocy, lecz tamci wiedzieli, co robią. Nie był to ich pierwszy raz.
– Nie róbcie tego – powiedział cicho, zbliżając się w ciemności do źródła dźwięków.
– Morandor… – rozległ się wściekły szept Merkanora. – Wiedziałem, że masz na niego ochotę. Ale ja byłem pierwszy! Wracaj na pryczę i zadowól się ręką albo zaczekaj, aż my skończymy.
Rozległy się ciche śmiechy Baridena i Modara.
– Puśćcie go – syknął Morandor, czując, jak wzbiera w nim gniew.
– Sprzeciwiasz mi się? – Merkanor zszedł z pryczy nowego i sądząc po skrzypieniu podłogi, zrobił parę kroków w stronę Morandora.
Ten zamilkł. Merkanor był bardzo silny, starcie z nim nie miałoby sensu. Chłopak był chwilowo uratowany, ale tylko chwilowo. Merkanor zawrócił do obezwładnionego.
– Kładź się! – Morandor usłyszał głośny szept Temadara.
– Nie! – Podniósł głos do poziomu normalnej rozmowy. – Nie będę patrzył bezczynnie, jak ten wielki… ten wielki… – Szukał w głowie jakiejś obelgi, lecz nic nie chciało mu przyjść na myśl. W końcu palnął: – Jak ten wielki, śmierdzący koldar rządzi się w naszym baraku!
Merkanor zatrzymał się w pół kroku.
– Coś ty powiedział? – warknął.
– Powiedziałem, że jesteś jak koldar. Śmierdzący koldar! – krzyknął głośno Morandor.
– Zabiję! – Merkanor ruszył ku Morandorowi, lecz ten nie czekał bezczynnie. Wskoczył na najbliższą pryczę, odbił się od niej i w ciemności skoczył ku wielkiemu chłopisku, mierząc kopniakiem w miejsce, gdzie powinna być twarz.
Trafił – szpic jego skórzanego, zdartego buta trafił w policzek mężczyzny. Rozległ się zduszony krzyk bólu. Merkanor ustał, lecz cofnął się o parę kroków, sapiąc wściekle.
– Brać go! – nakazał dwóm towarzyszom.
W ciemnościach baraku rozległy się odgłosy cichej pogoni – Morandor nie czekał na kolejne starcie z Merkanorem, lecz przeskoczył przez pryczę, a potem przez kolejną, dezorientując napastników. Tupoty w ciemności trwały chwilę – Morandor przyczaił się, a gdy usłyszał nadbiegającego, uderzył z całej siły tam, gdzie biegnący powinien mieć klatkę piersiową.
Na szczękę pochylonego Baridena spadła pięść i odrzuciła go do tyłu. Runął z hukiem na czyjąś pryczę i spoczywającego na niej człowieka, a potem opadł na podłogę. Nikt w baraku nie przyszedł żadnemu z walczących z pomocą. Mężczyźni woleli leżeć i nie ruszać się podczas takich zdarzeń. Gdyby teraz do środka wbiegli strażnicy, każdy nieleżący dostałby co najmniej kije. Dlatego woleli pozostawić sprawy losowi.
A miały się one następująco: Morandor przeskoczył pryczę, aby znów zmylić wrogów, lecz tym razem szczęście go opuściło – zderzył się z nadbiegającym Modarem. I to on pierwszy zerwał się po upadku. Morandor poczuł eksplozję bólu w brzuchu, gdy został kopnięty po raz pierwszy, a potem kolejne, gdy Modar kopał go podczas wstawania. Morandor schwycił jego nogi i uderzył głową w krocze przeciwnika. Zabrzmiał okrzyk bólu, który urwał się gwałtownie, gdy Morandor poprawił atak ciosem w szczękę Modara.
Jednak nie zdążył zrobić nic więcej, bowiem coś z wielką siłą uchwyciło go z tyłu za włosy i obróciło, a potem ciemność zmieniła się w jasny błysk, słony smak wypełnił usta, a krew zaczęła wypływać przez nozdrza. Runął w tył, na wijącego się z bólu Modara, wywrócił o niego i padł na czworaka, a wtedy pokonany przed momentem strzelił go łokciem po kręgosłupie.
Kolejna fala bólu ogarnęła Morandora, który zwinął się w kłębek, próbując rękoma zasłonić przed kolejnymi ciosami, gdy nagle usłyszał głośny krzyk gdzieś z baraku. Nie był to okrzyk bólu czy też strachu. Ktoś krzyczał celowo, aby sprowadzić straże i przerwać tę nierówną walkę!
Merkanor zareagował na krzyk pierwszy – wiedział, że za chwilę drzwi otworzą się z hukiem, a do środka wpadnie grupa uzbrojonych koldarów. Obrócił się na pięcie, aby dobiec na czas do swojego posłania, lecz w tym momencie półprzytomny Morandor wzniósł nogę, w desperackiej próbie próbując uniknąć kolejnego kopnięcia Modara. Podcięty Merkanor runął na twarz, uderzając o brzeg pryczy, a przy okazji zwalając się na niego.
Morandor schwycił spadającego w objęcia, wyszukał policzek Merkanora, szybko przesunął głowę ku górze i zacisnął zęby na jego uchu. Rozległ się okrzyk bólu olbrzyma, lecz Morandor wyłączył świadomość na ból i zadawane mu przez jego pięści razy, którymi Merkanor okładał go po żebrach i głowie. Zaciskał zęby z całej siły, a w końcu szarpnął głową w tył.
Merkanor runął na bok, jego krew opryskała twarz Morandora, który chciał usiąść na podłodze, lecz w tym momencie stało się tak, jak przewidział – do baraku wbiegło kilkunastu uzbrojonych w topory i bicze strażników z pochodniami. Z krzykiem pędzili pomiędzy pryczami, zaś Morandor schował głowę między kolanami, a dodatkowo zasłonił ją dłońmi zwiniętymi w pięści.
Kilka świstów, smugi bólu rozpływające się po całym ciele.
Rozległ się krzyk tuż obok – Merkanor również dostawał baty.
I wówczas Morandor spadł w ciemną otchłań, podobną do szybu podziemnej, co jakiś czas rozświetlanej przebłyskami studni.
Potem osiągnął jej dno i wszystko stało się nieprzeniknionym mrokiem, w którym nie było żadnych zmysłów…
