Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech - James Holland - ebook

Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech ebook

James Holland

0,0
89,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ponad 75 tysięcy ofiar

Pięć miesięcy walk

Jedna z najbardziej krwawych i legendarnych bitew II wojny światowej

W 1944 roku Hitler wydał rozkaz, by bronić każdego skrawka włoskiej ziemi. Alianci, przekonani, że droga do Rzymu stoi przed nimi otworem, utknęli na potężnych umocnieniach Linii Gustawa. To właśnie tutaj, podczas wyniszczającej bitwy o Monte Cassino, żołnierze 2. Korpusu gen. Władysława Andersa zapisali jedną z najchwalebniejszych kart polskiej historii.

James Holland, uznany historyk II wojny światowej i autorytet w dziedzinie kampanii włoskiej, opierając się na latach badań oraz dziesiątkach pamiętników, listów i relacji świadków, kreśli wielowymiarowy obraz jednej z najkrwawszych kampanii wojny. Ukazuje wydarzenia z perspektywy alianckich i niemieckich żołnierzy, dowódców, pielęgniarek, włoskich cywilów i partyzantów, odsłaniając ludzkie losy skryte za wielką historią.

„Monte Cassino 1944” to najbardziej wszechstronne i kompleksowe opracowanie, które nie tylko odtwarza przebieg walk, lecz także pozwala spojrzeć na jedno z najważniejszych starć II wojny światowej z zupełnie nowej perspektywy.

Obowiązkowa propozycja dla czytelników zainteresowanych historią XX wieku, II wojną światową oraz dziejami polskiego żołnierza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1039

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Cassino ’44. The Bloodiest Battle of Italian Campaign

Opieka redakcyjna: MAŁGORZATA DUDZIAK

Konsultacja: MICHAŁ MACKIEWICZ

Redakcja: MATEUSZ CZARNECKI

Korekta: ALEKSANDRA KALINOWSKA, EWA KOCHANOWICZ, Pracownia 12A

Opracowanie okładki: ANNA PAPIERNIK

Opracowanie map: MIRON KOKOSIŃSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Projekt okładki wydania oryginalnego: Anthony Maddock/TW

Zdjęcie na okładce: © Imperial War Museum, NA 13810

Copyright © 2024 by Griffon Merlin Ltd © Copyright for the Polish translation by Maciej Antosiewicz © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09396-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Alowi Murrayowi

Wokół mnie rozciągał się świat cieni; pierwotnego mroku,

rodzącej się przemocy zawartej w groźbie. Patrzyłem

w głąb przyprawiającego o zawrót głowy tunelu, gdzie

wszystko było ciemne i krwawe, a potężny wiatr ostatecznego

spustoszenia wył i pochłaniał. Byłem sam. Beznadziejnie

sam w świecie, którego nie znałem.

PORUCZNIK FARLEY MOWAT

Od autora

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Główne postacie

Amerykanie

Sierżant Maurice „Frenchy” Bechard

kompania A, 16. Pułk Saperów, 1. Dywizja Pancerna

Porucznik Harold L. Bond

pluton moździerzy, 141. Pułk Piechoty, 36. Dywizja Piechoty „T-Patchers”

Sierżant Ross C. Carter

kompania B, 1. batalion, 504. Pułk

Piechoty Spadochronowej

Generał Mark Clark

dowódca 5. Armii

Pułkownik William O. Darby

dowódca komandosów

Kapitan Roswell K. Doughty

oficer wywiadu, S-2, i dowódca plutonu wywiadowczego i rozpoznawczego, 141. Pułk Piechoty, 36. Dywizja Piechoty „T-Patchers”

Generał dywizji Ira Eaker

naczelny dowódca Śródziemnomorskich Alianckich Sił Powietrznych

Pułkownik Hamilton Howze

dowódca 13. Pułku Pancernego, 1. Dywizji Pancernej

Kapitan Klaus H. Huebner

chirurg batalionowy, 3. batalion, 349. Pułk Piechoty, 88. Dywizja Piechoty

Porucznik Ralph „Lucky” Lucardi

64. Dywizjon Myśliwski, 57. Grupa Myśliwska, USAAF

Generał dywizji John Lucas

dowódca VI Korpusu

Sierżant Audie Murphy

kompania B, 1. batalion, 15. Pułk Piechoty, 3. Dywizja Piechoty

Szeregowy Frank Pearce

kompania C, 111. batalion saperów, przydzielony do 143. Pułku Piechoty, 36. Dywizji Piechoty

Sierżant Ralph B. Schaps

kompania H, 2. batalion, 135. Pułk Piechoty, 34. Dywizja Piechoty „Red Bull”

Kapitan Felix Sparks

dowódca, kompania E, 2. batalion, 157. Pułk Piechoty, 45. Dywizja Piechoty „Thunderbird”

Kapitan Robert Spencer

dowódca kompani F, 2. batalion, 143. Pułk Piechoty, 36. Dywizji Piechoty

Porucznik T. Michael Sullivan

bombardier, 429. Dywizjon Bombowy, 2. Grupa Bombowa, 15. Armia Powietrzna

Generał dywizji Lucian Truscott

dowódca 3. Dywizji Piechoty, później VI Korpusu

Porucznik Robert A. „Smoky” Vrilakas

pilot P-38, 94. Dywizjon Myśliwski, 1. Grupa Myśliwska

Australijczycy

Major Lawrence Franklyn-Vaile

1. batalion Królewskich Fizylierów Irlandzkich, 38. Brygada Irlandzka, 78. Dywizja Piechoty

Brytyjczycy

Generał sir Harold Alexander

dowódca 15. Grupy Armii

Brygadier Donald Bateman

dowódca 5. Hinduskiej Brygady Piechoty, 4. Dywizji Hinduskiej

Porucznik David Cole

oficer batalionu łączności, 2. Pułk Królewskich Fizylierów Inniskilling, 13. Brygada Piechoty, 5. Dywizja Piechoty

Szeregowy Edward Danger

5. batalion grenadierów gwardii, 24. Brygada Gwardii, 1. Dywizja Piechoty

Kapitan Michael Doble

2. Pułk Królewskiej Artylerii Konnej

Kapitan Leonard Garland

70. Pułk Artylerii Polowej, Królewska Artyleria

Major Michael Gordon-Watson

zastępca dowódcy 1. batalionu Gwardii Irlandzkiej, 1. Dywizji Piechoty

Generał dywizji John Harding

szef sztabu generała Alexandra, 15. Grupa Armii

Sierżant Norman Lewis

podoficer wywiadu, 312. Polowa Sekcja Bezpieczeństwa

Harold Macmillan

minister stanu

Kapitan John Strick

oficer wywiadu, później kompania D, 1. Londyński Pułk Strzelców Irlandzkich, 168. 168. Brygada Piechoty, 56. Dywizja Piechoty

Generał sir Francis Tuker

dowódca 4. Dywizji Hinduskiej

Kapral Harry Wilson

szyfrant przy sztabie 8. Dywizji Hinduskiej, a później 17. Brygady Hinduskiej

Porucznik Ted Wyke-Smith

281. kompania polowa saperów,

214. kompania polowa Królewskich

Saperów, 78. Dywizja Piechoty

Kanadyjczycy

Major Roy Durnford

kapelan batalionu Seaforth Highlanders of Canada, 1. Kanadyjska Dywizja Piechoty

Francuzi

Kapitan Jacques Denée

9. kompania, 2. batalion, 4. Pułk Strzelców Tunezyjskich,

3. Algierska Dywizja Piechoty, FKE

Major Paul Gandoët

dowódca, 3. batalion, 4. Pułk Strzelców Tunezyjskich,

3. Algierska Dywizja Piechoty, FKE

Niemcy

Sierżant Rudolf Donth

6. kompania, 2. batalion, 4. Pułk Strzelców Spadochronowych, 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych

Generał porucznik Valentin Feurstein

dowódca LI Korpusu Górskiego

Porucznik Hans Golda

dowódca 8. baterii, 71. Pułk Wyrzutni Rakietowych 15. Dywizja Grenadierów Pancernych

Kapitan Jürgen Harder

Kapitan eskadry

7. Jagdgeschwader 53, później dowódca dywizjonu 1. JG 53

Feldmarszałek Albert Kesselring

Naczelny Dowódca Grupy Armii „C”

Plutonowy Jupp Klein

2. kompania, 1. Batalion Saperów, 1. Dywizji Strzelców Spadochronowych

Major Rudolf Kratzert

dowódca 3. batalionu, 3. Pułk Strzelców Spadochronowych,

1. Dywizja Strzelców Spadochronowych

Starszy szeregowy Hans-Paul Liebschner

Grupa bojowa „Gericke”

Doktor Wilhelm Mauss

lekarz naczelny XIV Korpus Pancerny

Kapral Karl Müller

6. kompania, 2. batalion, 4. Pułk Strzelców Spadochronowych, 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych

Sierżant sztabowy Felix Reimann

dowódca działa szturmowego, Grupa bojowa „Gräser”

Generał porucznik Fridolin von Senger und Etterlin

dowódca XIV Korpusu Pancernego

Major Georg Zellner

dowódca 3. batalionu, 134. Pułku Grenadierów, 44. Dywizji „Hoch- und Deutschmeister”

Włosi

Viviana Bauco

osoba cywilna mieszkająca w Ripi

Carla Capponi – „Elena”

członkini ruchu partyzanckiego Gruppi di Azione Patriottica działającego w Rzymie

Hrabia Filippo Caracciolo

członek Partito d’Azione z siedzibą w Neapolu

Don Eusebio Grossetti

mnich benedyktyński w opactwie Monte Cassino

Don Martino Matronola

mnich benedyktyński w opactwie Monte Cassino

Pasua Pisa

osoba cywilna mieszkająca na Monte

Rotundo w pobliżu Amaseno

Nowozelandczycy

Generał dywizji sir Bernard Freyberg

dowódca Nowozelandzkiego Korpusu Ekspedycyjnego

Sierżant Roger Smith

kompania A, 24. batalion, 6. Brygady, 2 Dywizji Piechoty, Nowozelandzki Korpus Ekspedycyjny

Polacy

Generał dywizji Władysław Anders

dowódca 2. Korpusu Polskiego

Porucznik Władysław Rubnikowicz

12. Pułk Ułanów Podolskich, 3. Dywizja Strzelców Karpackich, 2. Korpus Polski

Isaac Akinaka

Generał sir Harold Alexander

Generał Władysław Anders

Carla Capponi

Filippo Caracciolo

Ross Carter

Ottavio Cirulli

Generał Mark Clark

David Cole

William O. Darby

Mike Doble

Rudolf Donth

Roswell Doughty

Ira Eaker

Generał Valentin Feurstein

Lawrie Franklyn-Vaile

Paul Gandoët

Leonard Garland

Mike Gordon-Watson

Jürgen Harder

General John Harding

Klaus Huebner

Feldmarszałek Albert Kesselring

Jupp Klein

Rudolf Kratzert

Ralph „Lucky” Lucardi

Generał John Lucas

Harold Macmillan

Wilhelm Mauss

Audie Murphy

Władysław Rubnikowicz

Ralph Schaps

Generał Fridolin von Senger und Etterlin

John Strick

Generał Lucian Truscott

Generał Francis Tuker

Robert A. „Smoky” Vrilakas

Harry Wilson

Ted Wyke-Smith

Klucz do map

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozmieszczenie sił alianckich i Osi,22 stycznia 1944 roku

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozmieszczenie sił alianckich i Osi,11 maja 1944 roku

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Prolog

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 1

Burza

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 2

Sprytny plan

„W San Vittore rozpętało się piekło – zanotował major Georg Zellner w swojej piwnicy w Cervaro w tę pierwszą niedzielę roku. – Ogień artyleryjski wszelkich kalibrów przez całe godziny”1. Było to preludium, zmiękczanie przeciwnika przed atakiem amerykańskiego II Korpusu. W tym terenie, w warunkach zimowych, trudno było utrzymać normalną mobilność, jaką spodziewali się osiągnąć alianci, ale nadal mogli oni wykorzystać swoją przewagę w artylerii. Grzmot dział, drżenie gruntu, które odczuwało się fizycznie, wycie świszczących nad głowami pocisków, eksplozje, kiedy spadały; trzask walących się budynków, grzechot spadających kamieni, cegieł, ziemi i żwiru. Działa strzelały przez całą noc; nikt w punkcie dowodzenia 3. batalionu nie zmrużył oka.

Następnego dnia, w poniedziałek, była ładna pogoda. To oznaczało, że należy spodziewać się Jabo, myśliwców bombardujących, i rzeczywiście: pojawiły się w dużej liczbie około 16.30 – przelatywały na niskim pułapie i pastwiły się nad Cervaro. Zellner i jego dowództwo batalionu mogli się tylko kulić i mieć nadzieję, że wyjdą z tego cało, ale trudno było nie myśleć o tym, iż w każdej chwili może nastąpić bezpośrednie trafienie. Czasami ziemia sypała im się na głowy. Wszyscy kopcili jak lokomotywy. „Przycupnęliśmy po kątach – zanotował Zellner. – Reidl podnosi się i pije koniak na pusty żołądek, potem znowu siada. Schwarzer bierze kawałek drewna i bawi się nim. Próbuje śpiewać, od czasu do czasu ktoś wstaje, klnie, znowu siada i patrzy w przestrzeń”2. Zellner złapał się na tym, że przenosi się z jednego kąta do drugiego. W pewnym momencie próbował się odezwać, ale jego słowa zginęły w ogłuszającym huku. Kurz i dym wypełniły pomieszczenie. Wszyscy zaczęli kasłać. Nie mogli nic powiedzieć ani zrobić; musieli po prostu pozostać tam, gdzie byli, na stanowisku dowodzenia w Cervaro, i wytrzymać, tak jak musiały to wytrzymać trzy kompanie Zellnera, niedaleko od nich i wokół San Vittore. Musieli znieść to bombardowanie i ostrzał artyleryjski, dopóki nie dostaną rozkazu, żeby się wycofać. W końcu Reidl znowu wstał, zmierzwił włosy, napił się jeszcze koniaku i powiedział: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy przekraczacie bramę koszmaru”3.

Zellner zastanawiał się, czy oszaleje wśród tego nieustannego ostrzału i dudnienia dział. Odczuwał rozpaczliwą, przemożną potrzebę, aby się wypróżnić, ale nie śmiał. W końcu jednak wziął trochę papieru i poszedł do latryny tylko po to, aby sobie uświadomić, że wcale nie musiał iść. „Biorę swój dziennik i piszę – zanotował – i patrzę na zdjęcia swojej rodziny. Krew i nerwy gotują mi się w głowie”4.

Generał Clark chciał podejść pod Linię Gustawa możliwe jak najszybciej. Brytyjski X Korpus torował sobie drogę przez góry na południowy zachód i podążał ku rzece Garigliano, ale to amerykański II Korpus miał przedrzeć się przez przełęcz Mignano, wąski przesmyk, który był kluczowym elementem Linii Bernharda. Za nim wznosiły się ogromne szczyty Monte Sammucro i Monte Camino, a dalej ciągnął się krótki pas niskiego, pofałdowanego terenu, na którym szosa numer 6 – Via Casilina – i linia kolejowa wyłaniały się z przełęczy, wchodziły w dolinę rzeki Rapido na północy i zmierzały ku szerszej dolinie Liri. Drogę zagradzały dwa małe miasta, San Vittore i Cervaro, a także kilka izolowanych niskich gór, nie wyższych niż 250 metrów: Monte Porchia i Colle Cedro na południe od szosy numer 6 oraz Colle Cicerelli i Chiaia na północy; Monte Chiaia wznosiło się pomiędzy San Vittore a Cervaro. A dalej, skutecznie blokując dostęp do doliny Liri, było Monte Trocchio, wąska, niska góra wysokości zaledwie 430 metrów, ze spadzistymi ramionami i wyższym centralnym grzbietem. Trocchio miało wyraźny, charakterystyczny profil i wyrastało pod kątem prostym do szosy numer 6. Clark chciał, aby jak najszybciej znalazło się w rękach aliantów, ponieważ przed rozpoczęciem ataku na Linię Gustawa zamierzał umieścić tam swoją artylerię, aby osłonić ją przed wszystkowidzącymi oczami niemieckich obserwatorów na masywie Monte Cassino. Mógłby też ulokować na szczycie własnych obserwatorów.

Kilkanaście kilometrów na północ od San Vittore, za przełęczą Mignano, góry jednak znowu dramatycznie rosły, a największą z nich było Monte Maio3*, ogromny szczyt osiągający wysokość ponad 900 metrów, wyższy nawet niż Sammucro. Ten olbrzym panował nad doliną Rapido i miał zasadnicze znaczenie dla przyszłego natarcia na Linię Gustawa, a ponieważ rozciągał się stamtąd widok przez dolinę Rapido w kierunku masywu Monte Cassino, Clark chciał tam umieścić swoich obserwatorów. Jego zdobycie pozwoliłoby też wykorzystać górską ścieżkę do podciągnięcia zaopatrzenia na skraj doliny Rapido w taki sposób, aby Niemcy tego nie zauważyli. Podczas gdy Francuzi z FKE mieli posuwać się naprzód przez góry na północ od Maio, zdobycie samego szczytu powierzono amerykańsko-kanadyjskiej jednostce specjalnej, Special Service Force, przeszkolonej właśnie do walki w górach.

Wieczorem 3 stycznia Special Service Force wyruszyła ze swojego rejonu biwakowania w przenikliwym zimnie, pod osłoną ciemności, a towarzyszący jej obserwatorzy artyleryjscy przenosili ciężkie plecaki z radiostacjami przez parowy wypełnione śniegiem i oblodzone ścieżki dla mułów. Generał dywizji Geoffrey Keyes, dowódca II Korpusu, ściągnął zarówno artylerię 36. Dywizji Piechoty „T-Patchers”4*, aby wspierała natarcie, jak i dwa bataliony z 34. Dywizji „Red Bull”, które miały zabezpieczyć i utrzymać teren zdobyty przez Special Service Force. Nocą 6 stycznia, po dwóch dniach oczyszczania przedpola z niemieckich posterunków, komandosi zaatakowali wreszcie szczyt Monte Maio. To ciężkie zadanie utrudniały dodatkowe czynniki: mróz, porywisty wiatr na odsłoniętych stokach i ciemność. Nie były to sprzyjające warunki do walki; nie bez powodu w dawnych czasach kampanie wojenne prowadzono w miesiącach letnich.

Aliantom się jednak spieszyło. Chcieli wygrać wojnę możliwie jak najszybciej, tak aby wszyscy mogli wrócić do domu, a Europa – i świat – wkroczyła w nową erę pokoju. A tak czy inaczej, tutaj, we Włoszech, alianccy dowódcy znajdowali się pod nieustanną presją, aby przeć naprzód, szybko podejść pod Linię Gustawa, a następnie przebić się przez nią i połączyć z siłami, które za kilka tygodni miały wylądować pod Anzio, 65 kilometrów dalej na północ. Mimo przepowiedni generała Gruenthera z 1 stycznia, że „Shingle”, lądowanie pod Anzio, zostanie odwołana, obecnie powrócono do tego zamysłu. Musiało to jednak nastąpić szybko – w ciągu niespełna trzech tygodni. Tymczasem we wtorek 4 stycznia planowanie operacji dopiero się zaczęło i trzeba było dopracować szczegóły. Ponieważ 5. Armia uwikłała się w walki na całym froncie pod Cassino, dawało to sztabowcom bardzo niewiele czasu na przygotowanie tak złożonej operacji.

Podstawowym problemem były okręty, a raczej ich brak. Okazało się to już zmorą kampanii włoskiej i dyktowało również tempo dla lądowania pod Anzio.

Do tego, że operacja „Shingle” nabrała realnych kształtów, przyczynił się głównie brytyjski premier, który powracał do zdrowia po ciężkim, zagrażającym życiu zapaleniu płuc i podczas rekonwalescencji w Tunisie skupił energię na przełamaniu impasu we Włoszech. Churchill rozmyślał już o włoskim dylemacie, kiedy generał sir Alan Brooke, szef Imperialnego Sztabu Generalnego i najwyższy rangą wojskowy w Wielkiej Brytanii, odwiedził go przed Bożym Narodzeniem w drodze powrotnej z wizyty na froncie włoskim. Brooke był mocno zdeprymowany tym, co zobaczył, i doszedł do wniosku, że 5. Armia nie poczyni większych postępów, dopóki ziemia nie obeschnie, co wydawało się mało prawdopodobne przed wiosną. Ponieważ Niemcy mieli we Włoszech więcej żołnierzy niż alianci, mogło to doprowadzić do takich właśnie komplikacji, przed jakimi ostrzegał w październiku generał Alexander.

Na początku października 1943 roku, kiedy kampania włoska trwała zaledwie od miesiąca, Alexander dokonał szczegółowej oceny sytuacji, na którą już wpłynęła decyzja Hitlera, aby walczyć o każdy metr terenu, zamiast wycofać się około 300 kilometrów na północ od Rzymu, czego spodziewali się alianci i na czym opierali swoje plany przed inwazją. Jak podkreślił Alexander, niemiecka przewaga liczebna będzie prawdopodobnie rosnąć, i to przypuszczenie okazało się trafne, ponieważ na początku 1944 roku Niemcy mieli 23 dywizje wobec 18 alianckich – była to poważna dysproporcja, mimo że alianci dysponowali większą siłą ognia artyleryjskiego i panowali w powietrzu. Generał obawiał się stagnacji; do tej pory jego wojska dobrze sobie radziły w warunkach zimowych i w terenie, który sprzyjał Niemcom, ale zawsze istniało ryzyko, że to się zmieni. Gdyby front utknął na Linii Gustawa, obustronne wyczerpanie sił działałoby na niekorzyść aliantów. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyli, było fatalne osłabienie frontu włoskiego tuż przed rozpoczęciem operacji „Overlord”. Co gorsza, Niemcy mogli przeprowadzić lokalną kontrofensywę, aby odzyskać albo kompleks lotnisk pod Foggią, albo kluczowy port w Neapolu. Regres we Włoszech miałby też potencjalnie bardzo niekorzystny wpływ na „Overlord”, ponieważ do Włoch trzeba by przerzucić posiłki, aby porażka nie przekształciła się w katastrofę. Kampania włoska została zaplanowana przede wszystkim po to, żeby wesprzeć „Overlord”; nie można było pozwolić, aby stało się coś wręcz przeciwnego. Alianci nie mogli zatem osłabiać presji wywieranej na nieprzyjaciela. Musieli posuwać się naprzód, zająć Rzym – oraz wszystkie prowadzące z niego i do niego drogi – utworzyć strefę buforową, a tym samym zepchnąć Niemców do defensywy i zabezpieczyć przede wszystkim Foggię.

Odblokowanie Linii Gustawa było podstawową troską Alexandra, kiedy w listopadzie pojawiła się po raz pierwszy idea „Shingle”. Odstąpiono od niej 20 grudnia, ponieważ 5. Armia, chociaż przełamała potężną Linię Bernharda, nie dotarła jeszcze do następnej rubieży obronnej, Linii Gustawa, a panowała zgoda co do tego, że większość okrętów przeznaczonych dla „Shingle” trzeba będzie wycofać do 15 stycznia. Po prostu nie było dosyć czasu, aby operacja ta miała jakiekolwiek szanse powodzenia.

Po konferencji teherańskiej Szefowie Połączonych Sztabów zgodzili się, że operacja „Anvil” powinna zostać przeprowadzona równocześnie z „Overlord” przy użyciu wszystkich dostępnych okrętów. Uzgodniono również, że kampanię włoską należy kontynuować nie tylko po to, aby zająć Rzym, lecz także by osiągnąć linię Piza–Rimini około 300 kilometrów dalej na północ. Chociaż generał Brooke poparł wstępnie „Anvil”, przyszło mu do głowy, że okręty, które w konsekwencji pozostaną na Morzu Śródziemnym, można będzie najpierw wykorzystać do operacji desantowej pod Anzio, w bardziej odpowiednim terminie, niż pierwotnie proponowano. Zanim udał się w drogę powrotną do Zjednoczonego Królestwa, podsunął tę ideę Churchillowi, który leżąc w łóżku i mając dużo wolnego czasu, doszedł do przekonania, że taka operacja pozwoli na przełamanie oczywistego impasu we Włoszech.

Kiedy Brooke odleciał do Londynu, Churchill zmierzył się z problemem armady inwazyjnej. Pod koniec grudnia 1943 roku na Morzu Śródziemnym znajdowało się 246 okrętów desantowych, w tym 96 szczególnie ważnych jednostek. Były ich dwa rodzaje: LST do przewozu czołgów i LSI do przewozu piechoty. Oba wyglądały bardzo podobnie: olbrzymy długości 110 metrów, wielkie jak niszczyciel, z zamkniętymi pokładami, chociaż LST były ważniejsze i liczniejsze. Każdy LST mógł przetransportować 18 czołgów i 217 żołnierzy, ale z pełnym obciążeniem miał zanurzenie dziobowe około 1,2 metra. LSI mógł przewieźć 1500 ludzi prosto na plażę5*. Stanowiły one ogromną innowację i całkowicie zmieniły możliwości aliantów, którzy dysponując tymi okrętami desantowymi oraz różnymi rodzajami barek desantowych, nie potrzebowali już portu, aby dokonać inwazji na wyspę lub pas nieprzyjacielskiego wybrzeża. Przyzwoity odcinek plaży w zupełności wystarczał.

Wymyślony początkowo przez Brytyjczyków, a następnie zbudowany według wspólnego angielsko-amerykańskiego projektu, pierwszy LST – HMS „Boxer” – został zwodowany dopiero w grudniu 1942 roku, natomiast znacznie mniejsze barki desantowe, takie jak amerykańskiego pomysłu LCVP – barka desantowa do przewozu pojazdów i żołnierzy, lepiej znana jako łódź Higginsa – przetestowano w maju 1941 roku. Odkąd alianci przeszli do ofensywy, także na Pacyfiku wraz z inwazją na Guadalcanal w sierpniu 1942 roku, a później w północno-zachodniej Afryce, gdzie w listopadzie tego samego roku przeprowadzili operację „Torch”, cały sposób prowadzenia wojny stał się nierozerwalnie związany z tymi względnie prostymi, ale pomysłowymi nowymi jednostkami. A ze wszystkich skonstruowanych różnorodnych typów szczególne znaczenie miały okręty desantowe – ze względu na niewiarygodne ilości sprzętu, który mogły dostarczyć bezpośrednio na plażę, oraz wynikające z tego korzyści skali, jakie oferowały.

Problem polegał na tym, że wszystkie te innowacje weszły do gry stosunkowo późno i dopiero w maju 1942 roku zainicjowano w Stanach Zjednoczonych intensywny program produkcji jednostek desantowych. Do kwietnia następnego roku zbudowano ich łącznie 8719, w tym 214 okrętów desantowych, ale kosztem konwencjonalnych frachtowców i okrętów wojennych, na które latem 1943 roku znów było ogromne zapotrzebowanie. Dlatego produkcja jednostek desantowych spadła, chociaż amerykańskie stocznie nadal budowały od 18 do 22 LST miesięcznie. Ogółem w grudniu na Pacyfiku były 144 LST, a na wszystkich europejskich teatrach operacyjnych – 138, z czego 105 na Morzu Śródziemnym.

Do 15 stycznia 1944 roku jednak 68 z nich miało wyruszyć do Zjednoczonego Królestwa w celu przeprowadzenia napraw i rozpoczęcia ćwiczeń w ramach przygotowań do „Overlord”. Pozostawało więc zaledwie 37, z których 10 wymagało natychmiastowego remontu. Kolejne 15 było w drodze z Azji Południowo-Wschodniej, gdzie przestały być już potrzebne do operacji desantowej w Birmie, odwołanej właśnie z powodu braku odpowiedniej liczby jednostek desantowych. Te 15 jednak miało zostać wykorzystanych do lądowania na wyspie Rodos we wschodniej części Morza Egejskiego. Co więcej, z 37 znajdujących się nadal na Morzu Śródziemnym 20 przeznaczono do przetransportowania sił powietrznych na Korsykę przed operacją „Anvil”. A zatem na papierze „Shingle” była skazana na fiasko.

Churchill jednak się tym nie zrażał. Tam gdzie była wola, był również sposób. Leżąc w łóżku w Kartaginie, zaczął się zastanawiać, jak dostatecznie długo zatrzymać na Morzu Śródziemnym dostateczną liczbę LST, aby skutecznie przeprowadzić „Shingle”. Był zdecydowany przełamać widoczny impas we Włoszech, po części dlatego, że od dawna miał obsesję na punkcie zdobycia Rzymu, z całą jego historią i symboliką wielkiej stolicy europejskiej. Ale chciał też przeć dalej na północ, ponieważ zawsze był orędownikiem kampanii włoskiej i uważał, że sukces na tym teatrze przyczyni się w największym stopniu do powodzenia inwazji na Normandię przez kanał La Manche. Churchill wierzył również w strategię śródziemnomorską: okoliczności zmusiły tam wojska brytyjskie do walki, kiedy we wrześniu 1940 roku Włosi najechali Egipt. To doprowadziło do ewolucji długiej kampanii afrykańskiej, nieudanej interwencji w Grecji i upokorzenia na Krecie. Ale doprowadziło też do zwycięstwa w Tunezji i na Sycylii oraz do lądowania we Włoszech. Stamtąd alianci mogli najlepiej wesprzeć partyzantów Tity w Jugosławii. A po osiągnięciu doliny Padu na północ od Apeninów mogli skierować się albo na zachód, do południowej Francji, albo prosto przez Bramę Lublany na Bałkany. Tego ostatniego obawiał się Stalin, ale również Amerykanie, zaniepokojeni, że powojenna brytyjska gra o wpływy opiera się na priorytetach militarnych. Było w tym trochę prawdy, jednak rejon śródziemnomorski był teatrem, w którym Churchill instynktownie chciał doprowadzić rzecz do zwycięskiego zakończenia, a nie wycofać się w środku bitwy.

W Wigilię Bożego Narodzenia 1943 roku premier po raz pierwszy przedyskutował ideę wskrzeszenia „Shingle” z Alexandrem i generałem Henrym Maitlandem Wilsonem, który niebawem miał objąć naczelne dowództwo w rejonie śródziemnomorskim. We trzech pracowali do późnego wieczora, Alexander i Wilson siedzieli przy łóżku Churchilla, a on na pościeli w piżamie i wymyślnym jedwabnym szlafroku. Najważniejsza kwestia sprowadzała się do tego, jak taka operacja desantowa mogłaby zmienić sytuację we Włoszech na korzyść aliantów i jakie siły trzeba by do tego przeznaczyć, aby osiągnąć zamierzony cel. Dla Churchilla szczególnie cenną zdobyczą był Rzym, gdyby udało się go zająć w wyniku takiej operacji oskrzydlającej, natomiast Alexandrowi zależało raczej na tym, aby skłonić Niemców do wycofania XIV Korpusu Pancernego, który zajmował pozycje naprzeciwko 5. Armii. Gdyby alianci zdołali wysadzić na plażach co najmniej dwie dywizje, a później jeszcze dwie, wówczas na tyłach niemieckiej 10. Armii znalazłyby się siły o rozmiarach korpusu. To stanowiłoby wystarczające zagrożenie zarówno dla linii zaopatrzeniowych wojsk na froncie pod Cassino, jak i dla samego Rzymu. Alexander zakładał, że jeśli Niemcy znajdą się w takich kleszczach, w których front i zaplecze będą zagrożone, to pojawi się spora szansa, że się wycofają. Uważał, że aby ten blef odniósł pożądany skutek, siły inwazyjne powinny się posuwać w głąb lądu, z płaskiego obszaru nadbrzeżnego w kierunku Colli Albani na południe od Rzymu wokół południowo-zachodniego rejonu Colli Laziali, czyli około 30 kilometrów na północ od Anzio. Był w tym, jak przyznawał, element hazardu, bo gdyby Niemcy pospiesznie skoncentrowali swoją 14. Armię, rozproszoną do tej pory po całej północnej części Włoch, to nie dałoby się utrzymać takiego szerokiego przyczółku siłami jednego korpusu. Pomimo wyjątkowo zaciętych walk w południowych Włoszech Niemcy nie przejawiali jednak jak dotąd skłonności do przerzucenia całej 14. Armii na południe. Oczywiście początkowe lądowanie trzech, a nie dwóch dywizji byłoby lepszym rozwiązaniem, dającym większe szanse sukcesu, ale wszystko zależało od tego, ile LST uda się zgromadzić.

W ciągu następnych kilku dni Churchill przekonał do tej idei Eisenhowera i marszałka lotnictwa sir Arthura Teddera, którzy mieli wyruszyć niebawem do Anglii w związku z „Overlord”, jak również brytyjskich szefów sztabów – choć nie bez trudu – a w końcu prezydenta Roosevelta. Uznano, że 88 LST powinno wystarczyć. Operacja przeciwko Rodos została odwołana i zdecydowano, że bardzo doświadczone załogi LST znajdujące się już na Morzu Śródziemnym nie będą potrzebowały aż tak długiego szkolenia w Wielkiej Brytanii, jak początkowo zakładano, toteż 68 wyznaczonych do „Overlord” mogło zostać na miejscu nieco dłużej. Po zażartych kłótniach udało się zebrać ponad 80 potrzebnych LST, chociaż z zastrzeżeniami. Na przykład 33 musiały odpłynąć do Anglii nie później niż 5 lutego. Gdyby operacja „Shingle” rozpoczęła się, dajmy na to, 20 stycznia, wszystkie te LST byłyby dostępne przez dwa tygodnie. Później reszta miała być wyekspediowana do stoczni na Malcie i w innych miejscach w celu przeprowadzenia napraw przed „Anvil”. Po 5 lutego do bieżącej służby pod Anzio pozostałoby tylko sześć, ponieważ operacja „Overlord” uzyskała bezwzględny priorytet. Nic nie mogło kolidować z tymi planami i tylko pod tym warunkiem zgodzono się na „Shingle”.

Wszystko to wydawało się dosyć proste, ale przygotowanie takiego przedsięwzięcia w niecały miesiąc w połączeniu z działaniami na froncie pod Cassino nie było łatwym zadaniem. Mnóstwo różnych czynników musiało ze sobą współgrać, co wymagało koordynacji sztabów wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej. Cały plan opierał się również na uzasadnionych domysłach, jak może zareagować przeciwnik, ale na niczym więcej. Jak dotąd w kampanii włoskiej alianci nie wykazali się nadmierną przenikliwością w odgadywaniu niemieckich zamiarów.

Odkąd sytuacja zmieniła się na korzyść Brytyjczyków, co nastąpiło w sierpniu 1942 roku na Pustyni Zachodniej, alianci unikali wszelkiego ryzyka. Zanim zaatakowali pod Al-Alamajn, zgromadzili takie siły, że wynik mógł być tylko jeden, czyli zwycięstwo. Podobnie postąpili w Tunezji i znowu na Sycylii. Zamierzali zastosować takie samo podejście dla „Overlord”. Ale Włochy stanowiły wyjątek. To, że pozbawiona odpowiedniego wsparcia 5. Armia generała Clarka uzyskała przewagę pod Salerno, było w takim samym stopniu rezultatem niemieckich błędów, jak skuteczności alianckich sił lądowych, powietrznych i morskich. A teraz planowano kolejne ryzykowne przedsięwzięcie. Warto było podjąć to ryzyko, ponieważ rozwiązanie alternatywne – próbę przebicia się przez Linię Gustawa – uważano za jeszcze bardziej karkołomne. Churchill zawsze popierał szaleńcze projekty i niekonwencjonalne podejście; Alexander zdawał sobie z tego sprawę, ale w przypadku „Shingle” starannie rozważał wszystkie za i przeciw. Niezaprzeczalnie ryzyko było ogromne, lecz gdzieś w tyle głowy kołatała mu myśl, że Szefowie Połączonych Sztabów nie dopuszczą do katastrofy. Czynnikiem niekorzystnym dla „Shingle” były okręty, jednak wiedział, że jak przyjdzie co do czego, rzeczywista operacja weźmie górę nad planowaną. Desant pod Anzio mógł nie osiągnąć zamierzonego celu, lecz wydawało się mało prawdopodobne, aby zakończył się klęską. A przyczółek na tyłach nieprzyjaciela zawsze byłby odciążeniem dla głównego wysiłku na linii frontu na południu.

Cieniem na przyszłą aliancką strategię we Włoszech kładło się przekonanie narastające w umysłach amerykańskich i brytyjskich decydentów wojskowych, że kampania włoska nie spełnia oczekiwań. To jednak było w znacznym stopniu ich winą, nie zaś Alexandra, dowódców jego armii czy żołnierzy walczących w niesprzyjającym górskim terenie w środku ciężkiej zimy. Nie oznaczało to, że inwazja na Włochy była złą decyzją, ponieważ korzyści w postaci związania znacznych sił niemieckich we Włoszech oraz na Bałkanach i w rejonie Morza Egejskiego, jak również zdobycia jakże ważnych lotnisk pod Foggią okazały się spore. Gdyby jednak kampania włoska uzyskała wcześniej odpowiednie wsparcie, zanim zaczęło się odliczanie przed „Overlord”, i na Pacyfiku można by jeszcze podjąć inne decyzje, to udręczeni żołnierze Alexandra nie musieliby zapewne walczyć w błocie i w górach z upartym przeciwnikiem ani zmagać się z problemami logistycznymi, jakie napotkali. Alianci nie musieliby też zamyślać ryzykownego przedsięwzięcia, którego ryzyko zwiększały dodatkowo absurdalnie napięte ramy czasowe. Z pewnością, gdy generał Alexander jechał zobaczyć się z dowódcą armii, którego żołnierze mieli odegrać rolę „kociego pazura”, jak nazwał operację Churchill, dźwigał na barkach ciężkie brzemię – podobnie jak generał Mark Clark.

Generał sir Harold Alexander zjawił się w obozie Clarka w Casercie 4 stycznia około godziny 12.30, przyleciawszy tego ranka z Tunisu do Neapolu. Ciągłe podróżowanie samolotem wiązało się z ryzykiem, było wyczerpujące i – prawdę mówiąc – też zabierało sporo czasu, ale w minionych tygodniach z powodu dwóch wielkich narad strategicznych i późniejszych poważnych zmian w alianckim dowództwie Alexander miotał się po całym basenie śródziemnomorskim jak jo-jo. Ostatnio również chorował – nie otarł się wprawdzie o śmierć tak jak premier, ale miał ostry atak żółtaczki; żołnierze frontowi byli często wyłączeni z walki przez kilka miesięcy z powodu tej nieprzyjemnej i wycieńczającej choroby, lecz Alexander, który wiedział, że czas nagli, i czuł ciążące na nim brzemię odpowiedzialności, stanął na nogi w ciągu tygodnia.

Alexander – albo „Alex”, jak nazywali go koledzy i przełożeni – 52-letni, przystojny, z bladoniebieskimi oczami, starannie przystrzyżonymi wąsami i zmarszczkami wokół oczu, był dowcipny i zawsze skory do żartów. Miał też dużo osobistego wdzięku, znał kilka języków: niemiecki, włoski, francuski, rosyjski i urdu, a w trakcie swojej niezwykłej kariery dowodził żołnierzami na polu walki w różnych rangach, czym nie mógł się poszczycić żaden generał żadnego walczącego kraju. Sprawował nawet dowództwo nad żołnierzami niemieckimi, kiedy w 1919 roku otrzymał przydział do bałtyckiej Landwehry walczącej z Rosjanami. Podczas ewakuacji wojsk brytyjskich z Dunkierki w 1940 roku był ostatnim brytyjskim żołnierzem, który wszedł na pokład okrętu, wymyślił i założył szkoły wojskowe, w których zastosował nowe podejście do szkolenia, w maju 1942 roku skutecznie wyprowadził Korpus Birmański z Birmy do Indii, trzy miesiące później objął naczelne dowództwo na Bliskim Wschodzie i szybko doprowadził do radykalnej zmiany losów wojny na korzyść Brytyjczyków. W lutym 1943 roku został mianowany dowódcą Grupy Armii Afryka w Tunezji i znowu przyczynił się do poprawy sytuacji, tym razem w niespełna dwa tygodnie. Później była Sycylia, która znalazła się w rękach alianckich w ciągu zaledwie 38 dni, a jego wojska we Włoszech osiągnęły trzy cele inwazji z czterech już po trzech tygodniach walk. Kulturalny, uzdolniony artystycznie i opanowany, wyróżniał się też niezwykłym jak na oficera tej rangi brakiem jakichkolwiek ambicji osobistych; starał się po prostu wypełniać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Słynął z tego, że nigdy nie wpadał w gniew i nie przeklinał publicznie; cechowała go spokojna powściągliwość. Jako dowódca raczej sugerował, niż wyraźnie rozkazywał, co umacniało poczucie współpracy i pozwalało jego podwładnym wierzyć, że występują z własnymi pomysłami, a nie narzuconymi przez zwierzchnika. Miał w sobie zapewne rys próżności, ponieważ dbał o to, aby zawsze utrzymywać nieskazitelny wygląd, i dawało się dostrzec coś zawadiackiego w sposobie, w jaki nosił czapkę zrobioną na specjalne zamówienie, ale żaden inny aliancki dowódca nie był tak powszechnie lubiany ani ujmujący. W przypadku człowieka na takim stanowisku było to naprawdę coś wyjątkowego.

W ten wtorkowy poranek Alexander nie był jednak w najlepszej formie, czemu trudno się dziwić, zważywszy na niedawną chorobę. Zmieniał również właśnie swojego szefa sztabu. Generał Alec Richardson opuszczał go, aby objąć dowództwo dywizji, a jego następca, generał John Harding, który towarzyszył mu podczas spotkania z Clarkiem, miał za sobą kilka ciężkich dni. Przyleciawszy 1 stycznia z Anglii do Algieru przez Gibraltar, odleciał następnego dnia do Neapolu. Gdy tylko zjawił się we Włoszech, dowiedział się, że jego nowy przełożony już wyjechał, by zobaczyć się z premierem w Tunisie. Następnego dnia, w poniedziałek 3 stycznia, Harding wyruszył więc z powrotem do Afryki Północnej, gdzie wreszcie dołączył do Alexandra i wziął udział w rozmowach na temat „Shingle”, a potem wrócił ze swoim przełożonym do Neapolu. On też nie był więc u szczytu formy.

Clark nie był zadowolony z planu „Shingle”. Dwa dni wcześniej Alexander wysłał z Tunisu depeszę, w której uprzedził go, że z powodu ciągłych awantur o LST dostępnych będzie najwyżej 91, a w najgorszym przypadku zaledwie 80 tych jednostek. Wszystkie jednak oprócz sześciu trzeba będzie zwrócić 3 lutego, ponieważ 5 lutego wyruszą w drogę do Anglii, na Korsykę lub do stoczni. Tak szybka utrata LST była całkowitym zaskoczeniem dla Clarka, który natychmiast przekazał ostrzeżenie, że w tej sytuacji przedsięwzięcie staje pod jeszcze większym znakiem zapytania. „Stanowczo nalegam – napisał do Alexa – aby dołożył pan wszelkich starań, żeby zatrzymać odpowiednią liczbę okrętów dla «Shingle» do czasu, aż powodzenie operacji będzie zapewnione”5.

W ten pierwszy wtorek stycznia Alexander przyjechał, aby porozmawiać z nim na ten temat osobiście. Clark miał zwyczaj mówić prosto z mostu, toteż po przybyciu Alexandra wraz z Hardingiem i Richardsonem – który jeszcze nie wyjechał – przedstawił swoje stanowisko jasno i wyraźnie. „Mamy tam popłynąć – powiedział – wysadzić na brzeg dwie dywizje i tylu żołnierzy korpusu, ilu dostaniemy, z niewystarczającą liczbą okrętów, bez zaopatrzenia i posiłków, i czekać, aż reszta armii do nas dołączy”. Był gotów podjąć się takiej operacji i zapewnić jej wszelkie szanse powodzenia, ale stwierdził wprost, że nie da się tego zrobić, jeśli LST nie pozostaną dłużej, niż w tej chwili planowano.

Clark powiedział również Alexandrowi, że to on jako dowódca Grupy Armii Afryka powinien określić rozmiary i skalę nieprzyjacielskich sił, które będą próbowały udaremnić lądowanie. Podkreślił, iż najświeższe informacje wywiadowcze sugerują, że 29. Dywizja Grenadierów Pancernych została przerzucona z frontu pod Cassino na pozycje bliżej Rzymu; tak jednak nie było, chociaż 90. Dywizja Grenadierów Pancernych – a raczej to, co z niej pozostało, czyli niewiele – wycofała się z wybrzeża adriatyckiego. Przyjąwszy do wiadomości te zastrzeżenia, Alexander zgodził się przedstawić je Churchillowi i zaczął układać depeszę, ale jak zanotował Clark w dzienniku, „miał problemy z faktami i liczbami”6. Dowódca 5. Armii wręczył mu zatem kopię depeszy, którą wysłał dwa dni wcześniej i w której podkreślił, że przy tak niewystarczającej liczbie okrętów desantowych każda z lądujących dywizji będzie miała 1200 pojazdów mniej, niż oczekiwano. A to, jak napisał i znowu powtórzył, odbije się bardzo niekorzystnie na ich skuteczności i zdolności do poruszania się szybko w głąb lądu. Zgodnie z aktualnym planem nie było też wystarczającej liczby mniejszych barek desantowych, by wysadzić na brzeg więcej niż pięć batalionów piechoty i jeden batalion amerykańskich komandosów, to zaś zdecydowanie za małe siły. Clark dał jasno do zrozumienia, że potrzebnych będzie nie 6, lecz co najmniej 20 LST przez minimum 15 dni, a prawdopodobnie dłużej. Czym innym jest skalkulowane ryzyko, czym innym lekkomyślność, a według Clarka w obecnym stanie rzeczy przeprowadzenie operacji graniczyłoby właśnie z lekkomyślnością. Jak utyskiwał później w swoim dzienniku, ci, którzy „beztrosko” zdecydowali się na „Shingle”, zupełnie nie rozumieli, czego się domagają7. Clark miał powody do obaw, ponieważ równoczesne żądania ataku na Linię Gustawa i przeprowadzenia kolejnej – po Salerno – bardzo ryzykownej operacji desantowej spadały na jego barki. Co więcej, zawsze był bardzo drobiazgowy, jeśli chodzi o planowanie oraz pracę sztabową, i brakowało mu cierpliwości do tych, którzy nie spełniali jego wysokich standardów.

W poczuciu wyższości Clarka było jednak trochę arogancji. Rola Alexandra jako dowódcy Grupy Armii Afryka polegała na tym, że wytyczał kierunek i przedstawiał ogólną wizję, a także tworzył dla niej warunki. Na tak wysokim stanowisku nie można było od niego oczekiwać, aby zajmował się drobiazgami; od tego miał szefa sztabu i oficerów sztabowych, którzy dostarczali mu takich informacji. Gdyby nie zamieszanie związane ze zmianą szefa sztabu i niedawny atak żółtaczki, z pewnością wykazałby się lepszą orientacją, jeśli chodzi o fakty i liczby. Mimo to odwiedził dowódcę 5. Armii, aby porozmawiać z nim o jego problemach i pomóc mu w ich rozwiązaniu, i jeszcze tego samego popołudnia depeszował do Churchilla. Podczas konferencji z generałem Clarkiem „wypłynęły pewne niepokojące kwestie – napisał – w wyniku czego zmuszony jestem poprosić Pana o pomoc i wsparcie”8. Mógłby, zapewnił premiera, podjąć ryzyko wysadzenia na brzeg początkowo zaledwie dwóch dywizji, ale tylko jeśli wylądują one z pełnym wyposażeniem. Byłby również gotów zaakceptować groźbę silnego niemieckiego kontrataku, ale nie mógł pozwolić, żeby jego żołnierze zostali odcięci pod Anzio bez wsparcia z morza. Jest zatem sprawą zasadniczą, poinformował premiera, aby pozwolono mu zatrzymać 14 LST na czas nieokreślony i kolejne 10 na okres 15 dni po lądowaniu, dzięki czemu zapewni się dywizjom na przyczółku odpowiednie wsparcie w czołgach, artylerii i zaopatrzeniu. „Nawet jeśli wpłynie to w jakiś sposób na przygotowania do operacji «Anvil» – napisał Alexander – to i tak gra jest warta świeczki”9. Według niego, kiedy już Szefowie Połączonych Sztabów, owi ostateczni arbitrzy, zaangażują się w operację „Shingle”, będą zmuszeni ją wspierać; może nie w stopniu, w jakim by sobie życzył, ale dostatecznym, aby warto było podjąć ryzyko.

Wieczorem tego dnia, 4 stycznia, 50 kilometrów na północ od obozu Clarka w Casercie znowu zaczęła się bitwa. Wśród walczących wzdłuż i na południe od szosy numer 6 znalazła się grupa bojowa z 1. Dywizji Pancernej – znana pod nazwą Task Force Allen, od nazwiska jej dowódcy, generała brygady Franka Allena – składająca się z piechoty zmotoryzowanej wyposażonej w zwiadowcze samochody pancerne i półgąsienicowe transportery opancerzone, a także z dwóch batalionów czołgów Sherman oraz saperów i artylerii. Wcześniej 1. Dywizja Pancerna przeszła kampanię w Tunezji, ale nie uczestniczyła w walkach na Sycylii i została przerzucona do Włoch w październiku, ponieważ dopiero wtedy udało się zgromadzić dostateczną liczbę okrętów, by przetransportować ją z Afryki Północnej. Była to jej pierwsza akcja bojowa po przybyciu do Włoch.

Atak wspierała cała dywizyjna artyleria, na którą składały się trzy bataliony polowe6* po 24 działa każdy, lecz również bateria z brytyjskiego 70. Pułku Artylerii Polowej (PAP), podlegająca Królewskiej Artylerii. Brytyjska 138. Brygada na lewej flance grupy bojowej Allena miała zaatakować sąsiednie Colle Cedro, ale podczas gdy 70. PAP wspierał własną piechotę, kapitan Leonard Garland, dowodzący zwykle 449. baterią, został 2 stycznia przydzielony do sztabu Allena jako oficer łącznikowy.

Garland miał 29 lat, był zatem nieco starszy od wielu swoich kolegów, i rozpaczliwie tęsknił za swoją żoną Ann. Jak wszyscy pełniący służbę daleko od domu żył listami i paczkami, które od niej otrzymywał. W tym czasie przysłała mu kieszonkowy notes, w którym pierwszego dnia roku zrobiła krótki wpis. „Kocham cię, Najdroższy, za wszystkie lata, które dał nam Bóg. Niech cię Bóg błogosławi i niech cię zachowa dla mnie”10. Garland natychmiast zaczął wypełniać notes zgrabnym pismem, odnotowując swoje przybycie do sztabu Allena, w którym przywitano go bardzo ciepło. „Poznali już smak walki – Kasserine – i są gotowi przyznać się do błędów, aby uniknąć następnych – napisał. – Pracowici ludzie i świetni artylerzyści. Niezwykle uprzejme powitanie. Dużo mniej wulgarnego języka”11.

Następnego dnia, 3 stycznia, nowi koledzy zaprowadzili go na front przez przełęcz Mignano, miejsce niezwykle zaciętych niedawnych walk. Tym razem dla odmiany świeciło słońce, powietrze było świeże i rześkie; góry wyglądały oszałamiająco, a Garland miał nadzieję, że pewnego dnia on i Ann zobaczą Włochy w spokojniejszych czasach. Wszędzie wokół jednak zniszczenia były ogromne. Natknęli się na zwłoki, które straszliwie cuchnęły; drzewa były połamane, domy zrujnowane. W sztabie Allena ignorowano takie nieprzyjemne widoki i zapachy; Garland po raz pierwszy spróbował amerykańskich racji żywnościowych, a przy okazji zetknął się z drobnymi różnicami kulturowymi, takimi jak nazywanie mleka śmietanką, łączenie słodkich naleśników z bekonem i dokładanie na ten sam talerz owoców. Papierosy też wydawano szczodrze. „Ten przydział bardzo mi odpowiada – napisał – ale to nie może trwać długo”12. I rzeczywiście, 5 stycznia znalazł się z powrotem w 70. PAP.

Generał Allen zamierzał ulokować dwa bataliony piechoty po obu stronach szosy, każdy z nich wspierany przez batalion czołgów. Ale przed piechotą, aby oczyszczać drogę, mieli się posuwać żołnierze kompanii A z 16. batalionu saperów. To oznaczało, że Kuguary, jak nazywano batalion, stanowiły szpicę natarcia 1. Dywizji Pancernej. Był wśród nich Maurice R.P. Bechard, 22-letni T5 – technik piątego stopnia – z Maine, nazywany przez kolegów „Frenchy”. Latem 1942 roku, zanim dostał powołanie do wojska, zgłosił się sam z poczucia obowiązku i spędziwszy jakiś czas w Cywilnym Korpusie Ochrony Przyrody, jednej z inicjatyw w ramach Nowego Ładu prezydenta Roosevelta, na budowaniu drewnianych mostów i wycinaniu drzew, bardzo się ucieszył, kiedy przydzielono go do saperów. Szybko sobie jednak uświadomił, że jest to jedna z najbardziej niebezpiecznych funkcji w wojsku. Przed atakiem on i jego koledzy z kompanii A pod osłoną ciemności przewieźli na ziemię niczyją cały swój ekwipunek. Składało się na niego 13 ciężarówek amunicji, materiałów wybuchowych, drutu kolczastego i min. Wszystko to ukryli za piętrowym wiejskim domem. Już samo dotarcie tam kosztowało ich sporo nerwów, ponieważ patrol z 36. Dywizji Piechoty wysforował się przed nich i szybko nawiązał kontakt bojowy z przeciwnikiem, a niemieckie pociski moździerzowe padały 200 metrów dalej. Kierowcy ciężarówek pospieszyli pomóc ludziom z kompanii A przy rozładunku, byli jednak roztrzęsieni i marzyli tylko o tym, żeby wydostać się stamtąd możliwie jak najszybciej.

Wyładowawszy wszystko, pomknęli z powrotem, ale jak się okazało, umieszczenie tam składu amunicji takich rozmiarów przed spodziewanym atakiem grupy bojowej Allena nie było najlepszym pomysłem, gdyż następnego dnia niemieckie pociski trafiły prosto w cel. „Nie zostało nic poza wielką dziurą – zanotował Bechard w swoim dzienniku. – Wszędzie poniewierał się drut kolczasty”13. Jeden z saperów poszedł sprawdzić skład i znalazł się w pobliżu, kiedy ten wyleciał w powietrze – na szczęście nie tak blisko, aby zginąć, ale podmuch eksplozji odrzucił go na odległość prawie 30 metrów. „Był mocno wstrząśnięty” – dodał Bechard14.

We wczesnych godzinach następnego ranka, 5 stycznia, żołnierze kompanii A, wśród nich Bechard, zostali rozdzieleni pomiędzy bataliony piechoty, aby rozbrajać miny, co miało wesprzeć atak na Monte Porchia, 240-metrowe wzgórze wyrastające z dna doliny. Piechurzy jednak posuwali się naprzód z ogromnym trudem. Lał deszcz, nieprzyjacielska artyleria, moździerze i karabiny maszynowe przygważdżały ich do ziemi, a niebawem przeciwnik przeszedł do kontrataku i musieli się wycofać, w wyniku czego pozostawili na otwartym terenie dziesiątki zabitych i rannych i nie dotarli do wyznaczonej linii na mapie, którą mieli osiągnąć. Bechard i reszta 3. plutonu ukryli się w zrujnowanym i pozbawionym dachu domu, w którym w deszczu padającym im na głowy jedli kanapki z masłem orzechowym i dżemem, które ktoś zabrał przed atakiem z ciężarówki aprowizacyjnej.

Późnym rankiem deszcz ustał i potrzebny był goniec, żeby nawiązać kontakt z 36. Dywizją Piechoty, sierżant Mitchell Chafin wyznaczył więc „na ochotnika” „Frenchy’ego” Becharda. „Czasem – zauważył Bechard, opisując w trzeciej osobie swoje doświadczenia w dzienniku – czuł się tak, jakby toczył tę pieprzoną wojnę sam. Bierze karabin, idzie w stronę linii, klnąc i czkając masłem orzechowym i dżemem”15.

Kiedy grupa bojowa Allena atakowała Monte Porchia, 135. Pułk Piechoty z 34. Dywizji „Red Bull” nacierał na San Vittore i w kierunku Monte Chiaia, kolejnej niskiej góry wyrastającej z doliny. Sierżant Ralph Schaps i jego kompania H wspierali atak na Chiaia w apokaliptycznej scenerii: okaleczone drzewa, dym snujący się wśród strumieni deszczu, leje po pociskach, a daleko z lewej zrujnowane resztki San Vittore, miasta, w którym nie ocalał prawie żaden budynek. Schaps widział kolumny niemieckich jeńców odprowadzanych na tyły, ale przez cały dzień 5 stycznia z miasta dochodziły odgłosy walki. Intensywny ogień z broni małokalibrowej i głuche eksplozje granatów ręcznych świadczyły o tym, że toczy się bitwa w zwarciu.

Tego odcinka frontu nadal bronił 134. Pułk Piechoty, a 3. batalion Georga Zellnera obsadził San Vittore. W swoim punkcie dowodzenia w Cervaro Zellner przez cały dzień martwił się o los swoich trzech kompanii zajmujących pozycje w mieście i wokół niego. Wszelka łączność telefoniczna i radiowa została zerwana, chociaż gońcy z 10. kompanii meldowali, że przeciwnik wdarł się do miasta i że toczy się zażarta walka wręcz. Nie było żadnych wieści o 9. kompanii. Później nagle pojawił się starszy szeregowy Sitterling, goniec z 9. kompanii. Zameldował, że zostali zaatakowani z dwóch stron w San Vittore. Najwyraźniej sytuacja była rozpaczliwa i musieli się wycofać możliwie jak najszybciej. Zellner z ciężkim sercem rozkazał mu wrócić i dostarczyć rozkazy dla 9. kompanii. Zellner miał słabość do Sitterlinga; 17-letni chłopak, jasnowłosy, o młodzieńczym wyglądzie, zawsze był pogodny, pełen dobrych chęci i pomocny. Teraz z uśmiechem popędził z powrotem. Niebawem przyszła wiadomość, że 11. kompania też walczy i odparła jeden atak. Mijały godziny. Wciąż słyszeli odgłosy walki, ale nie było żadnych dalszych wieści z 9. kompanii i Zellner zaczął się obawiać najgorszego. „Wysyłam kolejną grupę zwiadowczą – zanotował. – Nie mogę zluzować 9. [kompanii], bo nie ma żadnych rezerw. Pułk też nic nie ma. Zapada noc, wciąż walki w S. Vittore. Wracają zwiadowcy. Przebicie niemożliwe”16. I kolejna smutna wiadomość: Sitterlinga znaleziono martwego na skraju miasta. Zellner i jego ludzie przygnębieni usiedli wokół małego ognia, zastanawiając się, co będzie dalej.

Zellner miał nadzieję, że resztki 9. kompanii zdołają się przebić, ale nikt się nie zjawił. „Nie mogę przestać myśleć o 9. [kompanii] – napisał w piątek 7 stycznia. – Biedny porucznik Wünsch, wiedeński żołnierz z krwi i kości, też podobno zginął. Nie chce mi się w to wierzyć”. Pytał każdego żołnierza, każdego gońca, który się pojawił, czy mają jakieś wiadomości o kompanii, ale nie było żadnych. Jakby całkowicie zniknęła, pochłonięta przez piekło bitwy.

Tymczasem kawałek dalej na południe 6 stycznia amerykańska 36. Dywizja Piechoty zdobyła Monte Porchia. Towarzyszył jej „Frenchy” Bechard, pomagając usuwać miny. Cały obszar był usłany minami typu Schü-mine – prostymi, łatwymi do ukrycia, podstępnymi minami przeciwpiechotnymi, zaprojektowanymi tak, aby urywały człowiekowi nogę, a nie zabijały na miejscu. Chodziło o to, aby dwaj inni ludzie musieli odstawić okaleczoną ofiarę na tyły, do punktu sanitarnego. Bechard był przerażony liczbą martwych żołnierzy zaściełających zbocza. Gdy przechodził nad trzema ludźmi zabitymi przez wybuch pocisku, zobaczył, że skóra na ich twarzach jest spalona i ściągnięta, bez powiek i włosów. „Straszny widok” – zanotował. Potem natknął się na martwego Niemca z głową zmiażdżoną pod hełmem. Tak nim to wstrząsnęło, że prawie zemdlał. Inny amerykański sierżant był przepołowiony, rozcięty na dwoje przez pocisk. Później Bechard zobaczył kaprala z 36. Dywizji trafionego kulą. Kiedy upadał, przytrzymując wnętrzności, krzyknął: „Jasna cholera!”, i osunął się na kolana, prosto na Schü-mine, która go zabiła. „Takich scen – napisał Bechard – nigdy się nie zapomina”.

Siła ognia stopniowo przechylała jednak szalę zwycięstwa na korzyść Amerykanów. 7 stycznia Monte Chiaia zostało zdobyte, a San Vittore oczyszczone. Do tego czasu Georg Zellner dowiedział się, że jego 9. kompania przestała istnieć, 11. została prawie całkowicie zniszczona, a 10. była w pełnym odwrocie. Po południu 7 stycznia przeciwnik podszedł tak blisko, że Zellner rozkazał oficerom w sztabie batalionu zniszczyć wszystkie dokumenty i przygotować się do walki. Wieczorem jednak żołnierze Dywizji Spadochronowo-Pancernej „Hermann Göring” pomogli im utrzymać zajmowane pozycje bezsensownym i niezwykle krwawym kontratakiem. „Niczego nie osiągnięto – zanotował Zellner. – Następny cholerny dzień dobiegł końca”17.

Nowy rok zaczął się zaledwie przed tygodniem.

ROZDZIAŁ 3

Nabrzmiewająca tragedia

Odkąd na początku listopada 5. Armia podeszła pod Linię Bernharda, żołnierze zaczęli dostrzegać w oddali niezwykły budynek, usadowiony wysoko na końcu podłużnej górskiej ostrogi. Z odległości wielu kilometrów wydawał się długi, niski i biały, czasem nawet połyskiwał przy tych rzadkich okazjach, kiedy świeciło słońce. Wyróżniał się nawet podczas burzy, niczym latarnia morska na tle ciemnej masy gór i skłębionego, grzmiącego nieba. Teraz, kiedy alianci podeszli bliżej, wyglądał jak wszystkowidzące oko, spoglądające na nich z góry, śledzące każdy ich ruch. Podobne wrażenie wywierał na Niemcach przybywających po raz pierwszy na linię frontu, położony tak wyzywająco, panujący nad okolicą w promieniu wielu kilometrów. Stamtąd było widać wszystko, co działo się w dolinie. Każdą ciężarówkę, każdy czołg. Każdego Jeepa.

Ten dziwny kompleks o zdecydowanie nowoczesnym wyglądzie, w niebywały sposób wybudowany ponad 500 metrów nad poziomem morza, należał do najświętszych i otaczanych największą czcią chrześcijańskich sanktuariów w Europie. Opactwo Monte Cassino powstało w 529 roku, założone przez Benedykta z Nursji, a ponieważ w ciągu następnych stuleci było ustawicznie łupione i odbudowywane, swoją formę zyskało głównie w XVI wieku. Miało potężne warowne mury, ale z galeriami, dziedzińcami i kolumnadami niezwykłej piękności, natomiast sam kościół opactwa był apoteozą baroku: wielkie kolumny z inkrustowanego marmuru, błyszczące złote liście, bogate freski. Oszałamiający hołd złożony wybujałości wcześniejszej epoki na chwałę Boga.

Mimo przepychu bazyliki benedyktyńscy mnisi zamieszkujący opactwo żyli bardzo skromnie. Była to cicha, ascetyczna egzystencja poświęcona modlitwie, nauce, kontemplacji i pracy, zarówno w obrębie murów, jak i poza nimi, ponieważ opactwo miało również gospodarstwo rolne ze zwierzętami, winnicami, ulami i gajami oliwnymi. Aż do października 1943 roku mnisi prowadzili całkowicie samowystarczalne życie, bogate duchowo i intelektualnie, lecz w znacznym stopniu także oderwane od zewnętrznego nowoczesnego świata.

Później przyszli Niemcy i wprowadzili zamęt do tej uporządkowanej, izolowanej egzystencji. Mnisi dowiedzieli się nagle, że znajdują się na linii frontu i że masyw, na którym wznosi się opactwo, jest częścią linii obronnej przebiegającej z jednej strony Włoch na drugą. A ponieważ masyw Monte Cassino panował nad główną drogą do Rzymu, czyniło to występ skalny, na którym znajdowało się opactwo, najważniejszym punktem całej pozycji obronnej, którą Niemcy nazwali Linią Gustawa. Świątobliwy opat Gregorio Diamare miał 78 lat i mimo całej swojej pobożności i uczoności przekonał się, że jest absolutnie nieprzygotowany do tego, aby stawić czoło nieszczęściu, które spadło na mnichów. Przypochlebni niemieccy historycy sztuki w mundurach SS nakłonili go, aby powierzył im na przechowanie liczne skarby opactwa. Ojciec Gregorio dręczył się, targany wątpliwościami, czy można zaufać Niemcom, i w końcu przekazał w ich ręce znaczną część dzieł sztuki i manuskryptów, lecz potajemnie zakopał i ukrył resztę. Kiedy alianci zaczęli regularnie bombardować miasto Cassino, w opactwie schroniło się wielu cywilów, ale co jakiś czas pojawiali się Niemcy, którzy żądali, aby ci zrozpaczeni ludzie się wynieśli. Wszystkie te strapienia często doprowadzały ojca opata do łez; nic w jego bogobojnym życiu nie przygotowało go na los, który spotykał teraz jego trzodę i zagrażał samemu opactwu. Czuł się całkowicie bezradny, niepewny, co powinien zrobić, lecz było przerażająco jasne, że front coraz bardziej się zbliża i że wybudowana przez Niemców linia obronna, której część stanowiło ich izolowane dotąd górskie sanktuarium, doświadczy całej grozy wojny. „Oby Bóg wybaczył nam nasze słabości – zanotował Don Eusebio Grossetti ostatniego dnia 1943 roku – i wynagrodził nam te dni wielkiej i chwalebnej próby”1.

Don Eusebio miał 33 lata, był zarówno zakonnikiem, jak i księdzem w opactwie, a także jednym z najbliższych towarzyszy i doradców ojca opata. Od chwili, kiedy w październiku po raz pierwszy pojawili się Niemcy, skrupulatnie prowadził dziennik, wiedząc, że dla opactwa oraz ich małej wspólnoty nadeszły niezwykłe i burzliwe czasy. Teraz, na początku nowego roku, modlitwa mogła zapewnić jakąś pociechę, ale nie było wątpliwości, że walki toczą się coraz bliżej; ostrzał artyleryjski trwał prawie przez całą noc 4 stycznia i przybrał na sile następnego dnia, kiedy co najmniej 25 pocisków przeleciało z wyciem nad Monte Cassino. Tego samego dnia zjawił się niemiecki tłumacz, aby porozmawiać z ojcem opatem, i poinformował go, że dowództwo armii nie uznaje już 300-metrowej strefy zamkniętej wokół opactwa i że wszyscy cywile bez wyjątku muszą być natychmiast ewakuowani. Ojcu opatowi i mnichom też doradzono, żeby niezwłocznie wyjechali do Rzymu, a następnie tłumacz oznajmił, że wszystkie zwierzęta należące do opactwa zostaną przymusowo wykupione. Później tego ranka nadjechały trzy ciężarówki i do 13.00 wywiozły cały świecki personel opactwa oraz ukrywających się tam cywilów. Pozwolono zostać tylko inwalidom będącym pod opieką mnichów i członkom ich rodzin, zgromadzonym teraz w dolnym szpitalu. Doprowadziło to nawet do gwałtownej kłótni z Niemcami, którzy wyrazili zgodę dopiero wówczas, kiedy ojciec opat wyjaśnił, że ze względu na swój stan chorzy nie nadają się do transportu. Niemcy zaofiarowali się przysłać ambulans. „Nie da się opisać – zanotował Don Eusebio – cóż to był za straszny dzień dla naszej małej wspólnoty [...] przy wtórze nieustannego ostrzału artyleryjskiego, który trwał aż do południa”2.

Następnego dnia ojciec opat oświadczył Niemcom, że on i jego zakonnicy nie opuszczą opactwa ani nie sprzedadzą swoich zwierząt, a także zaprotestował przeciwko temu, co się dzieje, i przeciwko zmianie decyzji przez niemieckie dowództwo; bądź co bądź, zaledwie kilka tygodni wcześniej, 12 grudnia, Niemcy powtórzyli swoją obietnicę, że strefa zamknięta zostanie utrzymana. Mimo protestów ojca opata tego dnia wywieziono część chorych. „Wszyscy płakali” – zanotował Don Eusebio3. Ci, którzy pozostali, byli w stanie krytycznym. Ostatecznie 7 stycznia trzem rodzinom przebywającym nadal w szpitalu udzielono zgody na pozostanie, ale tego samego dnia przyjechały kolejne ciężarówki, aby zabrać większość zwierząt: 14 krów, 35 owiec, 9 jagniąt i osły, a za cały ten inwentarz Niemcy zapłacili mniej, niż wynosiła wartość dwóch krów. Dalsze 88 owiec zabrano dwa dni później, 9 stycznia; pozostało tylko trochę kur, kóz, świń i para osłów; wszystkie je przeniesiono do opactwa, ponieważ pola również zajęli żołnierze. „To istna arka Noego” – napisał Don Eusebio4. Zakonników pilnowali dwaj żandarmi, a w poniedziałek 10 stycznia niemieccy żołnierze całkowicie otoczyli opactwo i zajęli jaskinię bezpośrednio pod budynkiem. Mnisi czuli się jak więźniowie. Tego samego dnia jedna z chorych, 13-letnia dziewczynka nazwiskiem Lucia Verrechia, zmarła; była córką ich kucharza. Don Eusebio musiał sam przygotować trumnę; stał się teraz grabarzem opactwa. „Wciąż bardzo się lękamy o najbliższą przyszłość – napisał – i nie widzimy żadnego promyka nadziei w chwili obecnej”5.

W dole bitwa o podejście do Linii Gustawa niemal dobiegła końca. Amerykańsko-kanadyjska jednostka specjalna (Special Service Force – SSF) zajęła Monte Maio oraz bliźniacze miasta San Vittore i Cervaro – obecnie całkowicie zniszczone – a okoliczne wzgórza również znalazły się w rękach amerykańskich. Na południe od Monte Porchia Brytyjczycy oczyścili też Colle Cedro, gdzie po krótkim oddelegowaniu do grupy bojowej Allena kapitan Leonard Garland został umieszczony jako wysunięty obserwator – była to szczególnie niebezpieczna funkcja, ponieważ znajdował się bardzo blisko linii frontu, a z uwagi na wykonywane zadanie przeciwnik starał się go za wszelką cenę wyeliminować. Wysuniętym obserwatorem nie mógł być człowiek bojaźliwy. Do 10 stycznia jedynym punktem znajdującym się nadal w rękach niemieckich na południe od rzek Rapido i Garigliano było Monte Trocchio. Ale przyszło za to zapłacić wysoką cenę; sama tylko grupa bojowa Allena straciła 66 żołnierzy, 379 zostało rannych oraz kilkuset zaginionych. Na domiar złego kolejnych 516 ludzi było niezdolnych do walki z innych powodów, głównie na skutek odmrożeń i wyziębienia organizmu. Leonard Garland też stracił podczas walk kilku przyjaciół. „Howard Maughan zabity – zanotował 4 stycznia – żona spodziewa się dziecka”6. Trzy dni później dodał: „Tony Gray zginął na miejscu”7. Bitwa nie była nawet głównym wydarzeniem – zaledwie operacją wstępną przed atakiem na Linię Gustawa. Po prawie tygodniu rozbrajania min i walk „Frenchy” Bechard był skrajnie wyczerpany. „Oczyścił mnóstwo ścieżek z min i pułapek – napisał 8 stycznia – wielokrotnie pod ogniem artyleryjskim i moździerzowym”8. Kiedy wreszcie dotarli do rejonu biwakowania, czekała na nich ciężarówka Czerwonego Krzyża z kawą i pączkami, lecz wielu ludzi było tak zmęczonych, że zasnęli w swoich namiotach, nie zawracając sobie głowy jedzeniem. Następnego dnia Bechard rozbroił jeszcze więcej min pułapek, czasem przytwierdzonych do ciał zabitych żołnierzy, czekających na pogrzebanie. Strasznie było znaleźć się w tym czasie w tej części Włoch.

A jeszcze straszniej, jeśli ktoś służył w niemieckiej piechocie. W tych pierwszych dniach stycznia batalion Georga Zellnera został zdziesiątkowany. Resztki zajmowały pozycję nazywaną Linią Cervaro albo Wysuniętą Linią Gustawa, która przebiegała przez zrujnowane miasto i wzdłuż podnóża gór naprzeciwko Monte Cassino. Była to pozycja jeszcze bardziej beznadziejna niż ta wokół San Vittore, ponieważ Amerykanie mogli teraz obserwować ich z góry. Linia biegła na południe wzdłuż Monte Trocchio, następnej poważnej przeszkody, która blokowała podejście do miasta Cassino, ale Niemcy nie liczyli na to, że uda się ją utrzymać, a korzyść płynącą z kilkudniowego opóźnienia amerykańskiego natarcia zrównoważyłyby z nawiązką straty, jakie by przy tym ponieśli. Za nimi czekała Linia Gustawa, przygotowywana od trzech miesięcy, niebywale silna pozycja, której kolejny tydzień majstrowania znacząco by nie wzmocnił.

Wieczorem 8 stycznia Zellner otrzymał 70 ludzi z uzupełnień, co równało się dwóm plutonom, czyli połowie kompanii. „Młodzi chłopcy bez żadnego doświadczenia bojowego – zanotował. – Dobrze, rozdzieli się ich. Rozkazy z pułku takie jak zwykle. Linii należy bronić do ostatniej kropli krwi. Moja odpowiedź: tak, nie możemy pozwolić, żeby zatłukli nas na śmierć”9. Później tego wieczoru siedzieli przy ogniu wśród dudnienia dział i próbowali zgadywać, kiedy przyjdą Amerykanie. Prawdopodobnie jutro – uznali. „Przyniesiono jedzenie – dodał – jest poczta i minął kolejny dzień”. Nazajutrz przybyli dwaj nowi porucznicy, obaj 38-letni i bez żadnego doświadczenia bojowego. Na początku wojny zabierało to dobrze ponad rok, żeby zostać oficerem, a kadeci – Fahnenjunkern – musieli najpierw służyć jako podoficerowie, wykazać się umiejętnością dowodzenia i odwagą na polu bitwy. Mogło to trwać trzy czwarte roku, po czym następowało osiem tygodni szkolenia w Kriegsschule, a później w bardziej wyspecjalizowanej Truppenschule. Te czasy dawno minęły. Nowi ludzie, którzy zameldowali się Georgowi Zellnerowi, byli prawnikami, a to, co zobaczyli na froncie, wyraźnie nimi wstrząsnęło; zupełnie nie tak wyobrażali sobie wojnę. Wydawało się mocno wątpliwe, czy będzie z nich wielki pożytek; Zellner westchnął ze znużeniem i przydzielił ich do swoich przetrzebionych kompanii. Większą wartość miała oddana pod rozkazy Zellnera kompania z Dywizji „Hermann Göring”. Był to jednak wyjątkowo zły sposób gospodarowania zasobami ludzkimi i świadczył o ciężkim położeniu, w jakim znalazł się 134. Pułk, ponieważ odrywanie części składowych od innych dywizji groziło naruszeniem spójności jednostki i wpływało niekorzystnie na morale. Wprowadzanie do walki małych grup bojowych – kompania tu, batalion tam – było potwornie nieefektywne. Nie tak należało wykorzystywać żołnierzy frontowych.

Jeden z nowo przybyłych dostarczał im jednak swego rodzaju rozrywki. Starszy szeregowy Hebeler został przydzielony do punktu dowodzenia Zellnera i natychmiast zaczął ich raczyć opowieściami o swoim skomplikowanym życiu miłosnym. Chociaż był żonaty, jego żona miała dziecko z innym mężczyzną, natomiast on też miał dziecko z inną kobietą. Aby nie okazać się gorszą, jego siostra, również zamężna, zaszła w ciążę z mężczyzną, który nie był jej mężem, natomiast ojciec Hebelera spłodził sześcioro nieślubnych dzieci. „Mimo swojej ordynarności – napisał Zellner – jest on dla nas błogosławieństwem. Ma nieskomplikowany pogląd na życie. Pozbawiony zahamowań, nieustannie opowiada o swoich przygodach miłosnych, które nas bawią”10. Wszyscy tego potrzebowali.

Niebawem jednak krótka przerwa w walkach dobiegła końca i 12 stycznia rozpoczął się kolejny amerykański atak. Nowi chłopcy, obaj oficerowie i ludzie z uzupełnień, zostali rzuceni do bitwy z przewidywalnymi rezultatami. Przeciwnik zajął Wzgórze 190, później także 186, ale w uświęcony tradycją sposób od żołnierzy 3. batalionu oczekiwano, że przejdą do kontrataku, co też zrobili, chociaż Zellner ustawicznie wysyłał do sztabu pułku meldunki o coraz bardziej rozpaczliwej sytuacji. Własna artyleria otworzyła ogień, niemniej pociski spadały za blisko, prawie na nich. Przyprowadzono amerykańskiego jeńca, który psioczył na wojnę, przeklinając dowódców, którzy chcą kontynuować walkę. „Szaleństwo trwa zatem dalej” – zanotował Zellner11. O zmierzchu 13 stycznia obawiał się, że zostali otoczeni, ale o godzinie 2.00 14 stycznia przyszły rozkazy, aby wycofali się przez dolinę rzeki Rapido do Cassino. To nie było łatwe, ponieważ amerykańska artyleria ostrzeliwała wszystkie podejścia. O 3.00 Zellner poprowadził sztab batalionu w trzykilometrową podróż. „Najpierw biorę głęboki wdech, myślę o swojej rodzinie, a potem ruszam – napisał. – To będzie wyzwanie. Dysząc, docieramy do ostrego zakrętu”12. Nad głowami zawył pocisk i Zellner rzucił się ślizgiem na ziemię, kiedy stanowczo zbyt blisko nastąpiła eksplozja. Żwir, kamienie, dym, Zellner i jego ludzie jęczą i klną, potem śmieją się z piłkarskiego wyczynu swojego dowódcy – niegdyś, w szczęśliwszych czasach przed wojną, Zellner był bramkarzem drużyny w Regensburgu. Wreszcie ruszyli dalej. Przed nimi był most, niebezpieczne wąskie gardło, ale udało im się przez niego przebiec, tylko Zellner potknął się o jakiś kabel telefoniczny i wpadł głową naprzód do rowu. Nadleciały kolejne pociski, jeden z żołnierzy został ciężko ranny, ale podjechał do nich ambulans, zabrał rannego i popędził z powrotem. Kiedy dotarli do miasta, nie było tam nikogo; Zellner zaniepokoił się, że źle zrozumiał rozkaz i będą musieli wracać. Saperzy kładli miny. Pojawił się pojazd – tak, byli we właściwym miejscu, a teraz mieli się udać do Castrocielo, kilka kilometrów na tyłach. Wycofano ich z pierwszej linii. Kiedy mknęli przez miasto w świetle księżyca, Zellner dostrzegł niewyraźne postacie skulone pod ścianami. „Teraz oni zajmują tę pozycję. Biedni ludzie – napisał, po czym dodał: – Co to znaczy: biedni ludzie? Jutro albo pojutrze znowu przyjdzie nasza kolej”13.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 4

Irytujące ingerencje

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 5

Garigliano

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 6

Los cywilów

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 7

Największe siły powietrzne na świecie

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 8

Rapido

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 9

„Shingle”

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 10

Błyskawiczna reakcja

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 11

Odległe wzgórza

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 12

Belvedere

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 13

Cisterna

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 14

Tak blisko, a tak daleko

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 15

Bitwa o kciuk

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 16

Wzgórze 593

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ 17

Maszynka do mięsa