Moje smoki na dobre i na złe - Jerzy Stuhr - ebook
Opis

Smoki mogą być złe, ale też dobre. Złe trzeba pokonać, z dobrymi można się zaprzyjaźnić. Ale, jak sam mówi: „smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba, zwłaszcza jeśli ma się na imię Jerzy“. Smoczej metafory Jerzy Stuhr używa do refleksji o swoim życiu. Ze smokami miał do czynienia nierzadko, a z tym najgroźniejszym – chorobą – postanowił walczyć bez pardonu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 215

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Jerzy Stuhr, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce Bartek Molga

Redakcja Sylwia Frołow

Korekta Agnieszka Gzylewska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A. Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7700-291-9

Wstęp

Proszę Państwa – zacznę od smoka. Kiedy w 2012 roku wychodziłem z choroby nowotworowej, kończyłem pisać dziennik, później wydany pod tytułem Tak sobie myślę… Pod datą 30 kwietnia zanotowałem wówczas taki oto apel: „Drogi Czytelniku, zamieniaj się pomału w mego Drogiego Widza. Jest prawie maj! Tak jakeśmy sobie z moją żoną Basią przyrzekli, że do maja Jerzy pokona smoka”. To był smok choroby – najgroźniejszy ze wszystkich smoków, z którymi przyszło mi się w życiu zmagać. Choć było ich więcej. Jak pisał ksiądz Benedykt Chmielowski: „Smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba”[1]. Zwłaszcza kiedy ma się na imię Jerzy.

Proszę Państwa – a teraz przejdę do Triestu. W stanie wojennym podpisałem świetny kontrakt z Teatro Stabile w Trieście. Mogłem nawet wybierać, w jakiej walucie chciałbym mieć płaconą gażę: w lirach, markach czy dolarach. Z Krakowa do Triestu jest zaledwie tysiąc kilometrów, można dojechać. Żona jednak powiedziała „nie”... Dla Basi Triest to był Zachód z niepewnością życia artysty. Dla mnie był tylko przeciwległą granicą Mitteleuropy, dokąd jeździli przed wojną moi dziadkowie na wakacje. To nadmorskie miasto zamożnych mieszczan było bowiem jedynym portem monarchii austro-węgierskiej, bramą, przez którą kultura Mitteleuropy wychodziła w świat. Znana jest powszechnie miłość triesteńczyków do kawy. Wokół Piazza Unitá d’Italia wciąż znaleźć można kawiarnie, w których zbierała się kosmopolityczna śmietanka miasta: Włosi, Austriacy, Słoweńcy, Niemcy i Żydzi, wadzący się i dyskutujący naprzemiennie w różnych językach. Rodowity triesteńczyk, Claudio Magris pisał o swoim rodzinnym mieście: „Włoskie miasto, które przeszło przez doświadczenie narodowego zrywu i którego patrioci nosili często nazwiska niemieckiego albo słowiańskiego pochodzenia, podobnie jak w Pradze, gdzie niemieccy nacjonaliści nosili czeskie nazwiska i vice versa”[2]. Od siebie dodałbym – i podobnie jak w Krakowie, gdzie prezydenci nosili austriackie i niemieckie nazwiska, jak Dietl i Friedlein, a najbardziej patriotyczny malarz czeski – Matejko... A więc Triest to kwintesencja Mitteleuropy, po słowiańsku zwanej też Cekanią.

I teraz macie Państwo prawo zadać mi pytanie: „Co ma Mitteleuropa wspólnego ze smokiem?”. Francuski mnich z czasów wypraw krzyżowych, Fulko z Chartres, twierdził, że smok ma uszy niczym rogi, ciało jaszczurcze, nogi jak orle pazury, a skrzydła nietoperza. A więc połączenie gada z ptakiem i ssakiem. Idealne zwierzę kosmopolityczne... Zaznaczmy jeszcze, że smoki dzielą się na dobre i złe. Na takie, których należy się bać, i takie, z którymi można się zaprzyjaźnić, a nawet wejść w związek małżeński.

Mitteleuropa miała swojego smoka nacjonalizmów. Ale miała też przyjaznego smoka. Ba, bez niego nie mogłaby przetrwać. Był to smok ironii. Według Magrisa ironia właśnie „zadecydowała o wielkości cywilizacji środkowoeuropejskiej”, gdyż „była sztuką omijania własnej jałowości i pokonywania słabości, była poczuciem dwoistości rzeczy, a zarazem ich prawdy, ukrytej, lecz jednej”[3]. Smok ironii miał też brata – smoka tragikomedii. Zrozumieć to może tylko człowiek Mitteleuropy. Kiedy studenci we Włoszech pytają mnie, czy Matka Witkacego to komedia, czy tragedia, odpowiadam, że jedno i drugie.

– Jak to możliwe? – dziwią się. – Albo dell’arte, albo dramaty Szekspira.

– Żeby to zrozumieć – tłumaczę – trzeba wywodzić się z Mitteleuropy.

Od Triestu przez Wiedeń, Pragę po Kraków to się rozumie. I, co najważniejsze – z tym da się żyć! Bo to Kafka i Szwejk w jednym. Franz Kafka zmagający się ze smokiem egzystencji. I wojak Szwejk – żłopiący piwo niczym smok... To we mnie koegzystuje i potrafię z tym żyć. Jako Jerzy walczący ze smokiem choroby, jako Stuhr obłaskawiający smoka inności i jako Osioł będący mężem Smoczycy...

A poza tym – Kraków, moje rodzinne miasto, ma Smoka Wawelskiego. A Triest... Istnieje duże prawdopodobieństwo, że smoki wodne wywodzą się od odmieńców jaskiniowych, czyli gatunku ślepego płaza ogoniastego z rodziny odmieńcowatych. Płaz ten żyje w podziemnych wodach jaskiń krasowych Gór Dynarskich na południu Europy. Szczególnie upodobał sobie basen rzeki Socza w okolicy Triestu... Nazywany jest „ludzką rybą”, ze względu na kolor skóry przypominający ludzką skórę. Niewielki płaz, z oczami ukrytymi pod skórą, żyje w ciemnościach na dnie jaskiń. W literaturze siedemnastowiecznej zaczęto go nazywać smoczym niemowlęciem. A więc odmieniec – smok odmienności, zwierzę mitteleuropejskie.

Z wiekiem coraz bardziej uświadamiam sobie, że jestem Mitteleuropejczykiem.

Jerzy Stuhr

1 Benedykt Chmielowski, Nowe Ateny, Lwów 1745.

2 Claudio Magris, O demokracji, pamięci i Europie Środkowej, Kraków 2016.

3 Claudio Magris, Dunaj, przeł. J. Ugniewska i A. Osmólska-Mętrak, Warszawa 1999.

Rozdział I  

Po raz pierwszy poczułem, co to Mitteleuropa, w 1974 roku. Ze Starym Teatrem pojechaliśmy do Wiednia na festiwal teatralny – Wiener Festwochen. Graliśmy Proces Kafki. Akurat w tym czasie odbywały się w Niemczech mistrzostwa świata w piłce nożnej. Nasze przedstawienie wypadało w dniu meczu z Argentyną. Z zapartym tchem gapiliśmy się w ekran telewizora, dosłownie do ostatniej chwili przed wejściem na scenę. Janek Nowicki, czyli Józef K., na całe gardło wydzierał się przy każdej bramce. Uściski, łzy radości, fruwające marynary... Obsługujący festiwal nie mogli zrozumieć, że taka szacowna impreza, że taki szacowny teatr i tak poważne przedstawienie, a tymczasem... aktorzy wyją przed telewizorem. No ale jak tu nie wyć, kiedy dla Polski było 3:2!

I wtedy, w tymże Wiedniu, kiedy poszedłem do kawiarni na kawę, kelnerka podała mi ją ze szklaneczką wody. Natychmiast stanął mi przed oczami dziadek Oskar Stuhr, który nie wziął kawy bez szklaneczki wody albo – jak to się nazywało w Krakowie – krachli, czyli oranżady. Jako dzieciak biegałem z syfonami do napełniania, żeby dziadek zawsze miał tę wodę do kawy. Dzisiaj to oczywistość, w każdej kawiarni podają szklaneczkę wody do espresso. Lecz w PRL-u piło się tak zwaną kawę plujkę. A tu, proszę, szklaneczka wody... która nagle coś mi uświadomiła – skąd tak naprawdę jestem. Że moja rodzina pochodzi właśnie z tego kręgu kulturowego.

Czyż z tej historii nie wyziera mitteleuropejski smok ironii? Kafka, mecz i szklaneczka wody...

Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się niemal sto lat wcześniej, w 1879 roku – w Dolnej Austrii. Tego właśnie roku moi pradziadkowie wzięli ślub. Leopold Stuhr pochodził z miejscowości Wildendürnbach, jego przyszła żona, Anna Thill, z sąsiedniego Schrattenbergu. Okolice znane były z winnic. Tradycja rodzin pradziadków również wiązała się z uprawą winorośli i produkcją win. Oni jednak mieli opuścić rodzinne strony. Anna dostała posag, Leopold uzbierał trochę oszczędności – i postanowił, że wyjadą. Gospodarstwa Stuhrów i Thillów miały bowiem przejść w ręce ich starszego rodzeństwa.

Dla Anny najpiękniejszym miejscem do zamieszkania i założenia rodziny jawił się Wiedeń. Tam zresztą przebywała część rodziny, w tym wujostwo Ungerowie, do których zjeżdżało się w odwiedziny. Ale praktyczny Leopold wybrał Kraków. Anna po raz pierwszy o tym mieście usłyszała z ust przyszłego męża. Nie wiedziała o Krakowie nic ponad to, że z pewnością nie jest pięknym Wiedniem... Leopold jednak przekonywał, że w tym mieście żyje się coraz zdrowiej, czyściej i ozdobniej, o czym zapewniała rada miejska i krakowski prezydent Józef Dietl na łamach poczytnych pism Cekanii. No i – tak dużo tu kościołów, że uznano Kraków za polski Rzym. Było jeszcze kilka zalet. Zdecydowanie taniej niż w Wiedniu, a jednak przy odpowiednim poziomie życia miejskiego. Dobre szkoły, uniwersytet i gwarancja stabilizacji. Polacy znani byli w całej Europie ze skłonności do wywoływania powstań. Ale Kraków, po traumie powstania z 1846 roku i rzezi galicyjskiej, wybrał inny sposób przetrwania. Tu politykę prowadzili stańczycy – lojalni wobec cesarza konserwatyści. Komuś takiemu jak Leopold, rodowity Austriak, dawało to gwarancję spokojnego, godnego życia.

– Przecież to ta sama Galicja! – przekonywał Annę.

Zjechali niedługo po ślubie. Leopold wynajął apartament w pałacyku Steinkellera przy ulicy św. Tomasza. W głównym budynku pałacyku mieściła się redakcja krakowskiego „Czasu”, związanego ze środowiskiem stańczyków. Późniejszy redaktor tego pisma, Rudolf Starzewski, stanie się pierwowzorem Dziennikarza w Weselu Wyspiańskiego.

Leopold postanowił zostać restauratorem. Wynajął lokal na rogu ulic Kolejowej i Lubicz, w którym działała nieciesząca się do tej pory dobrą renomą restauracja. Leopold przede wszystkim zmienił menu. Wprowadził sznycel wiedeński i kapustę z grzybami... słowem, postawił na taki dobór potraw, aby zaspokoić przeróżne gusta. No i słusznie – restauracja zaczęła stawać na nogi. Serwowano wódkę i słynne w Krakowie nalewki. Nowością okazały się białe wina, sprowadzane przez Leopolda z rodzinnych okolic. W tym również wina musujące, które damy uwielbiały pić do szarlotki na ciepło.

Kiedy poznałem już rodzinną historię i dowiedziałem się, skąd pochodzą pradziadkowie, po raz pierwszy ruszyłem do Wildendürnbachu i Schrattenbergu. Odnalazłem dom Anny, spróbowałem tamtejszych win. I wtedy ze zdziwieniem stwierdziłem, że tak naprawdę te tereny znam. Bo niejednokrotnie tamtędy przejeżdżałem samochodem w drodze do Włoch. Zawsze w tych okolicach zatrzymywaliśmy się na obiad. Nie znałem niemieckiego, nie byłem Austriakiem, a jednak... To było moje! Ja byłem stąd!

Leopold szybko nauczył się języka polskiego, Anna przyswajała szeleszczącą słowiańską mowę bez skutku. Na świat przyszli kolejno ich trzej synowie – Rudolf, Oskar i najmłodszy Leopold, mój przyszły dziadek. Dla chłopców Kraków był już ich miastem. Lecz wciąż nad rodziną Stuhrów ciążyła pewna niezałatwiona sprawa. Od 1849 roku w całej monarchii austro-węgierskiej obowiązywało prawo posiadania aktu swojszczyzny, czyli Heimatrechtu. Ten akt zapewniał opiekę państwową w przypadku biedy i kalectwa, i zapewniał, że z gminy, w której się mieszka, nie zostanie się wydalonym w chwili dokonania jakiegoś przestępstwa lub podejrzenia o działalność antypaństwową. Najprościej mówiąc: kto miał Heimatrecht, ten był swój... W miejscu urodzenia otrzymać taki glejt można było niejako z automatu. W przypadku osiedlenia wymagano co najmniej dziesięciu lat pobytu, i to wzorowego, oraz nabycia nieruchomości.

Stuhrowie wszystkie te warunki spełnili. A jednak Heimatrechtu wciąż nie mogli otrzymać. Wtedy Leopold zainteresował się Podgórzem – wówczas leżącym po drugiej stronie Wisły osobnym miastem, które zaczęło się prężnie rozwijać. To tam mieściły się kamieniołomy, cementownie i wyrastały fabryki. Na dodatek Podgórze nie było przeludnione, w przeciwieństwie do Krakowa. Chętnie przyjmowano przybyszów z zewnątrz, którzy się całkiem łatwo tu asymilowali. Obok siebie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy, bez potrzeby tworzenia etnicznych gett. No i wieść niosła, że właśnie budowana elektrownia zagwarantuje całemu Podgórzu prąd. Leopold zaczął się więc rozglądać za najlepszym miejscem dla rodziny. I upatrzył sobie wystawioną na sprzedaż kamienicę przy ulicy Wiślanej 1, dzisiejszej Celnej. Dwupiętrowa narożna kamienica z poddaszem i parterem, na którym spokojnie można było otworzyć restaurację, zdawała się idealnym lokum. Okna wychodziły na zieleń placu przed kościołem św. Józefa, co dodatkowo przemawiało na korzyść. Więc stało się – Leopold został właścicielem kamienicy. Pięcioosobowa rodzina Stuhrów zajęła pięciopokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.