Moje młode lata - Artur Rubinstein - ebook

Moje młode lata ebook

Artur Rubinstein

3,0
34,06 zł

lub
Opis

Słynna autobiografia Artura Rubinsteina (1887-1982) – urodzonego w Łodzi polskiego pianisty żydowskiego pochodzenia. Artysta pisze o swojej młodości – edukacji, rodzinie, początku kariery i o ludziach, których spotkał i którzy wywarli wpływ na jego twórczość. Jest to również przekonujący, napisany barwnym językiem opisem środowiska artystycznego Belle Epoque i pierwszych dziesięcioleci XX wieku, a także niezwykle ważne świadectwo osobowości jednego z największych polskich artystów.

 

Rubinstein zabiera nas w fascynująca podróż przez ziemie polskie pod zaborami, a także Europę przełomu XIX i XX wieku. Fotograficzna pamięć autora, lekkość pióra i zainteresowanie wszystkim co piękne sprawia, że książka jest niezwykłym pamiętnikiem i przewodnikiem po miejscach, które zostały już dawno zapomniane. Rubinstein był niedoścignionym interpretator utworów Fryderyka Chopina, „New York Times” okrzyknął go jednym z największych pianistów XX w. Pomimo, że większość swojego życia spędził w Stanach Zjednoczonych, nigdy nie wyrzekł się swojego polskiego-żydowskiego pochodzenia. Żoną Artura Rubinsteina była Aniela Młynarska  – autorka słynnej książki kucharskiej „Kuchnia Neli”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 892

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Copyright ©Arthur Rubinstein, 1980

Copyright © for the Polish translation by Wanda Waligóra, 2019

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2019

TYTUŁ ORYGINALNY My Young Years

Publikacja na podstawie II wydania książki Moje młode lata z roku 1986 (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków) w tłumaczeniu Tadeusza Szafara

OPIEKA REDAKCYJNA Jacek Tokarski

REDAKCJA Mariola Będkowska

KOREKTA Katarzyna Szajowska

PROJEKT OKŁADKI I TYPOGRAFIA Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

ŁAMANIE Iwona Tokarska

Wydawnictwo Wysoki Zamek

ul. Dzielskiego 2 lok. 225, 31-420 Kraków

tel. +48 12 411 05 56

e-mail:[email protected]

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.wysokizamek.com.pl

ISBN 978-83-953999-3-0

Neli, mojej ukochanej żonie od lat czterdziestu,

Która zachęciła mnie do napisania tej książki

I okazywała tyle cudownej wyrozumiałości

dla moich burzliwych młodych lat

Dla mojego ojca muzyka była rzeczą najważniejszą

Dla mojego ojca muzyka była rzeczą najważniejszą. I chodziło nie tylko o aspekt zawodowy, o planowanie i rozwój kariery pianisty, lecz przede wszystkim o muzykę jako taką, ten metafizyczny, zachwycający, podniecający, emocjonujący, tragiczny, komiczny i złożony niewerbalny byt. To muzyka płynęła w żyłach mojego ojca, tworzyła obrazy w jego głowie, inspirowała go oraz trzymała przy życiu przez blisko 96 lat. Znajdowała się w centrum wszystkiego. W moich oczach ojciec istniał w dwóch postaciach: jedną z nich był człowiek, z którym musiałem się układać, jak każde dziecko ze swoim rodzicem. Mój tata. Drugą był człowiek grający na fortepianie. Muzyk skupiał w sobie wszystkie pozytywne cechy mojego ojca w skoncentrowanej, czystej i klarownej formie. Fascynowało mnie, że mogę doświadczać ojca zarówno jako człowieka, jak i pianistę. Oczywiście stanowili jedną, rozpoznawalną osobę, ale kiedy grał, wyrażał się z bezpośredniością i prostotą, pokorą i miłością, które nie zawsze były obecne w jego życiu poza fortepianem.

Ludzie, którzy go znali, nawet niezbyt dobrze, prawdopodobnie widzieli w nim światowca, poliglotę i ekstrawertyka, silnego i pewnego siebie. Widzieli jego urok, ogromny apetyt na życie, dobre maniery, znali jego przezabawne anegdoty. Jego bliscy, zwłaszcza rodzina, wiedzieli, że chociaż posiada te wszystkie cechy, to bywa też w wielu aspektach bardzo niepewny siebie, skupiony na sobie, ambitny, wyjątkowo uparty, a często wręcz nietolerancyjny wobec odmiennych opinii. Był uzależniony od częstych zapewnień o miłości i lojalności — w które nie zawsze wierzył lub których nie przyjmował, nawet kiedy je uzyskał. Z drugiej strony był szalenie szczodry. Szedł przez życie z głębokim entuzjazmem i rozmachem. Miał rozwinięte poczucie humoru i śmiał się zaraźliwie. Był też wyjątkowo temperamentny. Zdarzało się, że wybuchał niespodziewanie i irracjonalnie, a urazę pamiętał i potrafił ją nosić przez dziesięciolecia.

Zapalczywość, która charakteryzowała go w życiu prywatnym, momentalnie znikała w muzyce, z chwilą kiedy zasiadał do fortepianu. Jego gra, chociaż dynamiczna, nie była tak skomplikowana jak on sam. Była bezpośrednia, nie neurotyczna, pozbawiona zbędnych ozdobników i manieryzmów. Potrafił przełożyć swój olbrzymi wachlarz emocji i doświadczeń życiowych na muzykę, bez udziału ego. W służbie kompozytora nabierał pokory. Dzięki poczuciu godności i siły jego gra nigdy nie była sentymentalna, ale nie umiał zagrać żadnej frazy sucho, czysto intelektualnie. Muzyka zawsze płynęła z serca.

Na szczęście potrafił mówić o tym, jak gra i dlaczego w taki właśnie sposób, oraz chciał się tym dzielić. Kochał grać dla innych i był charyzmatycznym muzykiem. Często mawiał, że gdyby nikt nie przychodził na jego koncerty, to płaciłby ludziom, żeby go słuchali. Był świadomy obecności słuchaczy i podchodził do nich z głębokim szacunkiem. Czasem wybierał sobie jedną osobę z publiczności, kogoś zupełnie obcego, żeby zagrać koncert „dla” tej osoby. Nie interesowało go jednak pokazywanie, co potrafi. To nie było: „Chodźcie, patrzcie, zachwycę was”. Raczej chciał powiedzieć: „Zajrzyjcie w moje serce. Dam wam wszystko, co mam”.

To muzyka zawsze odgrywała nadrzędną rolę. Rubato wynikało ze zdrowego rozsądku, nie było nastawione na potencjalny efekt. Harmonie były klarowne i inspirujące, nigdy dziwaczne czy ekscentryczne. Tempo dyktowały charakter i wymagania utworu, nie wrażenie, jakie może wywołać błyskawiczna lub powolna gra. Ojciec mawiał, że fraza zależy od „oddechu”, jakby fortepian śpiewał. Potrafił jakimś sposobem oddać ten obraz, grając, i pod jego palcami instrument śpiewał. Dzięki takiemu podejściu utwory w jego interpretacji płynęły naturalnie, bez gwałtownych, narzuconych zmian. Nie wykonywał delikatnych pasaży w ledwie słyszalny sposób, bo to pozbawiłoby je emocji i znaczenia. Zawsze mocno wciskał palce w klawisze i grał na różnych poziomach forte, ale, jak mówił, „z delikatnością piano” (i wykorzystaniem odpowiedniego pedału), kiedy było to na miejscu. Efektem był pełny dźwięk — jeden ze znaków rozpoznawczych ojca. Jak głosi anegdota, wybitny wiolonczelista Piatigorski zapytany, kto wydobywa najbogatsze tony z wiolonczeli, odpowiedział: Rubinstein.

Ojciec czuł się wyjątkowo silnie związany z historią. Wiedział bardzo wiele o życiu kompozytorów, których utwory grywał. Opowiadał o nich z wielką miłością, a nawet poufałością. Z niektórymi, jak z Szymanowskim, Strawinskim, Albénizem i Poulencem, rzeczywiście się znał lub przyjaźnił. Ale wszyscy — Mozart i Brahms, Chopin i Beethoven, Liszt i Bach, byli obecni w nim, kiedy wykonywał ich utwory. Potrafił bez wysiłku zarówno wkładać w wykonywane utwory swoją własną osobowość, jak i wczuć się w wyobrażony stan umysłu kompozytora.

Mozarta grał więc z iście dziecięcym poczuciem humoru i niewinnością, ale zabarwionymi dojrzalszą złożonością melodii. W Chopinie słychać było jego miłość do Polski, znajomość tańców ludowych oraz ogromną odwagę i ducha Polaków. Podstawą dla interpretacji Chopina było wyczucie elegancji, siły i emocjonalności kompozytora. Ojciec otwarcie sprzeciwiał się tendencji niektórych pianistów do grania Chopina w sposób sentymentalny, lekki i frywolny, z meandrującym rytmem. Dzikie pasaże Beethovena wykonywał z ogromną fizyczną siłą, bo wiedział, czym jest gniew — i własny, i ten Beethovena. Moim zdaniem jednak pod względem temperamentu najbliższy był mu spragniony miłości i niepewny siebie Brahms. Pamiętam, że ojciec potrafił godzinami czytać listy Brahmsa i Clary Schumann. Jego improwizacje brzmiały jak Brahms. Twórczość tego kompozytora współgrała z dużymi dłońmi ojca, jego instynktem i pasją, a także jego zrozumieniem dla bliskiej relacji między pięknem a smutkiem.

Miał talent do przyswajania języków i charakteru miejsc, w których mieszkał i grał, podobnie jak potrafił wejść w serce i duszę kompozytora. Czuł się szalenie dumny z Polski i jego korzenie wybrzmiewały, kiedy grał polskich kompozytorów. Jednak w Hiszpanii stawał się Hiszpanem i grał Fallę, Albéniza i Granadosa z rodowitym iberyjskim ogniem oraz zapamiętaniem. We Francji, która była jego domem przez większą część życia, utożsamiał się z delikatną teksturą i romantyczną naturą francuskiej muzyki — Debussy’ego, Milhauda, Ravela, Poulenca, Francka, Faurégo i Chabriera grał jak Francuz.

Często pytano go, kto jest jego ulubionym kompozytorem albo który utwór najbardziej lubi wykonywać. Niezmiennie odpowiadał: „Najbardziej lubię ten, który właśnie gram!”. I jego zaangażowanie w utwór było tak przekonujące i zaraźliwe, że nie miało się wrażenia, że jeden człowiek interpretuje i prezentuje dzieło innego — pianista i kompozytor zdawali się wspólnie tworzyć jednolite, spontaniczne, naturalne brzmienie.

Ponieważ dla mojego ojca najważniejsza była muzyka i kiedy grał, potrafił pokazać swoją najlepszą stronę, przez całe życie czułem, że przy fortepianie przemawia do mnie w sposób osobisty, głęboki, barwny i bezpośredni. Nieustannie słuchałem, jak ćwiczy w domu. Często z nim podróżowałem i setki razy słyszałem, jak gra przed publicznością lub w studiu nagraniowym. Z tego względu ta wyjątkowa, jednostronna komunikacja — pozbawiona słów, ale intensywna — stanowiła szalenie istotny element naszej relacji. Kiedy dziś, wiele lat po śmierci ojca, słucham nagrań, czuję, jakby ciągle był w pokoju i opowiadał mi o najbardziej intymnych, głębokich oraz istotnych sprawach w sposób, który najłatwiej mu przychodził. Swobodnie, poprzez muzykę.

John Rubinstein

I. Dzieciństwo w Polsce

1

Życie zawdzięczam ciotce Salomei. Miałem być siódmym z kolei dzieckiem, urodzonym w osiem lat po najmłodszym z rodzeństwa, rodzice więc absolutnie nie życzyli sobie mego przyjścia na świat i gdyby nie entuzjastyczne perswazje ciotki Salomei Meyer, z pewnością zdołano by zapobiec mojemu wtargnięciu do tej doliny łez i cierpienia.

Rodzice mieszkali w Łodzi, mieście w zaborze rosyjskim. Położona nieopodal Warszawy Łódź była najmłodszym, a mimo to drugim co do wielkości miastem Polski. Mniej więcej w połowie XIX wieku car Mikołaj I, dążąc do stworzenia nowoczesnego przemysłu wełnianego i bawełnianego, zaczął sprowadzać niemieckich mistrzów tkackich ze Śląska; osiedlali się oni w zapadłej mieścinie, która nazwę Łódź nosiła jak na ironię — w pobliżu bowiem nie było żadnej rzeki. Do miasta napływały setki rzemieślników, którzy otwierali warsztaty, budowali wspaniałe fabryki i szybko doprowadzili do rozkwitu przemysłu. Przyciągani obietnicą nowych bogactw, do młodego miasta z całego kraju ściągali Żydzi. Rychło przyswoili sobie niemieckie metody przędzenia wełny i niebawem zaczęli nawet dorównywać mistrzom. Między tymi dwiema grupami doszło wkrótce do zażartego współzawodnictwa; fabryki rosły jak grzyby po deszczu. W mgnieniu oka wyrastały też domy, hotele, teatry, kościoły i synagogi. Dysponując rynkiem zbytu w całej Rosji, a także w znacznej części Azji, Łódź stała się obok Moskwy największym ośrodkiem przemysłowym w cesarstwie.

Rodzima ludność polska nie przejawiała zbytniego zainteresowania tymi ogromnymi możliwościami. Nie pociągał jej świat interesów, ulubionymi zajęciami pozostawały nadal rolnictwo, nauka i sztuka. Pracy w fabrykach poszukiwały jedynie tysiące chłopów. I tak wkrótce — choć brzmi to jak paradoks — Łódź przekształciła się w obce miasto w samym sercu Polski.

Mój dziadek Heyman był jednym z pierwszych, którzy szukali szczęścia w nowym mieście. Powiodło mu się, dochował się też ośmiu córek i dwóch synów; najstarsza była moja matka. Ojciec pochodził z Pułtuska, miasteczka położonego na północ od Warszawy. Założył niewielki warsztat wyrabiający samodziałowe sukno i poślubił moją matkę. W niewielkich odstępach czasu wydali na świat sześcioro dzieci, trzy córki i trzech synów, a potem — w osiem lat później, 28  stycznia 1887 roku — ja, spóźniony i raczej nieproszony gość, zapukałem do furtki życia. Opowiadano mi, że matka miała ogromne trudności z wydaniem mnie na świat, ale nic nie było w stanie przeszkodzić mi w tryumfalnym wkroczeniu do tej doliny łez. Chciano dać mi na imię Leon — przypuszczam, że z jakichś sentymentalnych względów — ale mój brat Ignacy, który liczył sobie wówczas osiem lat, gwałtownie zaprotestował:

— On musi nazywać się Artur — zawołał. — Skoro Artur X. (syn jednego z sąsiadów) tak pięknie gra na skrzypcach, to może i ten mały wyrośnie na wielkiego muzyka!

Tak więc zostałem Arturem.

Zajmowaliśmy obszerne, słoneczne mieszkanie w ładnym domu przy głównej ulicy Piotrkowskiej. Troskę o moje potrzeby cielesne powierzono mamce imieniem Tekla, która była mi bardzo oddana, ale później, jak słyszałem, przyłapano ją na kradzieży i osadzono w więzieniu. Byłem ogromnie przestraszony, czy aby wraz z jej mlekiem nie wyssałem także któregoś z jej haniebnych nałogów, ale przyszłość pokazała, że były to obawy nieuzasadnione: nigdy niczego nie ukradłem — jak na razie!

Moje pierwsze muzyczne przeżycia kształtowało posępne, płaczliwe zawodzenie setek fabrycznych syren budzących robotników o szóstej rano, gdy miasto spowite było jeszcze w ciemność. Wkrótce jednak zacząłem spożywać znacznie przyjemniejszą muzyczną strawę: na podwórzu naszej kamienicy pojawiali się Cyganie, którzy śpiewali i tańczyli ze swymi poprzebieranymi małpkami, a człowiek orkiestra przygrywał im na dziwnych instrumentach. Do tego dochodziły jeszcze monotonne nawoływania żydowskich handlarzy starzyzną, rosyjskich sprzedawców lodów, a także polskich wieśniaczek, śpiewnie zachwalających przyniesione jaja, warzywa i owoce. Uwielbiałem te dźwięki, a choć żadna siła nie mogła mnie skłonić do wypowiedzenia choćby jednego słowa, zawsze gotów byłem śpiewać, a raczej naśladować głosem wszystkie zasłyszane dźwięki, co u nas w domu budziło istną sensację. Sensacja ta rychło jednak przerodziła się w swoisty sport: wszyscy usiłowali uczyć mnie jakichś piosenek. W ten sposób nauczyłem się rozróżniać ludzi według kojarzących mi się z nimi melodii.

— Kto ci dał ciastko? — zapytywała mnie mama.

— A-a-a-a-a-a — śpiewałem w odpowiedzi, a matka z zadowoleniem kiwała głową:

— Aha, rozumiem, to ciocia Lucia…

Kiedy zaś chciałem, aby dano mi kawałek świątecznego mazurka, śpiewałem jakąś znaną melodię mazurkową.

Przez mniej więcej dwa lata bawiła mnie ta rola papugi w ludzkim ciele, aż wreszcie pewne doniosłe wydarzenie zupełnie przeobraziło moje życie. Rodzice nabyli pianino, na którym dwie starsze siostry, Jadwiga i Hela, rozpoczęły naukę gry. Pojawienie się tego boskiego instrumentu wywarło na mnie tak ogromne wrażenie, że odtąd salonik stał się dla mnie rajem. Ponieważ zaś krzyk i płacz stanowiły mój jedyny oręż, posługiwałem się nim do woli, kiedy tylko ktoś usiłował mnie stamtąd przepędzić.

Tak się złożyło, że najstarsza siostra, wówczas już zaręczona, pobierała lekcje gry na pianinie, co miało przydać blasku jej edukacji. Każde słowo, każda uwaga wypowiedziana przez nauczycielkę Jadwigi, korpulentną panią Kijeńską, znajdowały we mnie najuważniejszego słuchacza — a cóż to była za rozkosz patrzeć, jak pani Kijeńska bije siostrę po łapach za zagranie fałszywej nuty! Bywało, że gdy siostra w czasie ćwiczeń popełniała błąd, ja byłem tym, który karcił ją klapsem. Pół żartem, pół serio, nauczyłem się nazw wszystkich klawiszy i odwrócony tyłem do pianina wykrzykiwałem nazwy dźwięków każdego akordu, nawet najbardziej dysonansowego. Opanowanie zawiłości klawiatury stało się już teraz dla mnie dziecinną igraszką, niebawem zaś nauczyłem się wygrywać — najpierw jedną ręką, a potem obiema — każdą melodię, jaka tylko wpadła mi w ucho. Czasem zamiast siostry grywałem z panią Kijeńską utwory na cztery ręce, wtedy to w odpowiednim momencie uroczyście przerywałem, by przewrócić kartkę, udając, że rzeczywiście czytam nuty.

To wszystko nie mogło, rzecz jasna, nie wywrzeć wrażenia na całej rodzinie, w której — trzeba to tu powiedzieć — nikt, nie wyłączając dziadków, wujków i ciotek, nie przejawiał najmniejszych uzdolnień muzycznych. Początkowo robili wrażenie rozbawionych, ale później odkrycie tak przekonywających dowodów mojego talentu wprawiło ich w istne osłupienie. Ojciec miał słabość do skrzypiec — uważał je za instrument bardziej ludzki i znacznie wytworniejszy niż fortepian. Powodzenie kilku „cudownych dzieci” także wywarło na nim pewne wrażenie. Podarował mi kiedyś małe skrzypki, które natychmiast rozbiłem na kawałki, za co oczywiście dostałem lanie. Ojciec próbował raz jeszcze przekonać mnie o wyższości szlachetnego instrumentu strunowego, ale spotkało go zdecydowane niepowodzenie. Instynktownie czułem potrzebę polifonii, harmonii, a nie jednego jedynego, cieniutkiego brzmienia często zresztą nienastrojonych skrzypiec, zawsze niemal uzależnionych od akompaniatora!

To zdumiewające — minęło przecież tak wiele lat — jak wyraźnie zachował mi się w pamięci obraz najwcześniejszego dzieciństwa. Jeszcze dziś mógłbym narysować rozkład naszego mieszkania; dokładnie pamiętam owe ranki i ten straszliwy hałas, jaki wszczynali moi bracia i siostry, zawsze wychodzący do szkoły za późno; matka i służąca przygotowywały dla nich całe stosy kanapek. Zgiełk, bieganina i sprzeczki, zapominanie rzeczy — przywodziło to na myśl wymarsz wojska na wojnę, a potem zalegała absolutna cisza, ja zaś pozostawałem sam na sam z pianinem.

Kiedy miałem trzy i pół roku, moja pasja stała się tak oczywista, że rodzina postanowiła coś z tym moim talentem zrobić. Wuj Natan Follman, który biegle władał językiem niemieckim, napisał do Józefa Joachima, najsławniejszego w owym czasie skrzypka, dyrektora Cesarsko-Królewskiej Akademii Muzycznej w Berlinie, szczegółowo opowiadając mu o mnie i prosząc o radę, jak należy pokierować takimi uzdolnieniami. Profesor Joachim odpowiedział bardzo uprzejmie. Stwierdził, że nie trzeba nic robić, dopóki nie skończę sześciu lat, wówczas zaś wskazane byłoby powierzenie mnie pieczy dobrego pedagoga. „Jeśli uda się Panu przywieźć dziecko do Berlina, z przyjemnością je zobaczę” — napisał także, co w całej rodzinie wywołało niemałe poruszenie: wielki Joachim zainteresował się małym Arturkiem!

Rozważano i roztrząsano najrozmaitsze plany, aż wreszcie zapadło postanowienie wyjazdu do Berlina. Narzeczonym mojej siostry Jadwigi był znakomity młody pośrednik w branży wełnianej, Maurycy Landau — wysoki, przystojny brunet, który zdobył jej serce w niemałym stopniu dzięki temu, że szczodrze obdarowywał mnie kosztownymi zabawkami — i rodzice pragnęli, by ślubna wyprawa najstarszej córki uszyta została w stolicy Niemiec. To była doskonała okazja: matka i siostra mogły zabrać mnie z sobą.

Wyjechaliśmy w parę dni później. Jedyne, co z tej podróży pamiętam, to granicę rosyjsko-niemiecką, na której znaleźliśmy się w środku nocy. Złowieszczy dzwonek wyrwał nas ze snu; matka trwożnie zaczęła mnie uspokajać. Zapanowała chwila ciszy, a potem do przedziału wtargnęło trzech brodatych rosyjskich żandarmów uzbrojonych w pistolety i długie szable; pobrzękując ostrogami, grubiańsko zażądali naszych paszportów. Rosja i Turcja były wówczas jedynymi w Europie państwami, które takich dokumentów wymagały. Byłem przerażony i prawie pewien, że za chwilę poprowadzą nas na szubienicę — obawa ta dręczyła mnie zawsze, ilekroć przekraczałem granicę carskiej Rosji.

W Berlinie zatrzymaliśmy się u ciotki Salomei Meyer, która była moją chrzestną i przyjęła mnie tak serdecznie, że wkrótce poczułem się jak w domu. Jedyne moje wspomnienia z wielkiego miasta to tramwaje i windy, chodniki wykładane mozaiką czarnych i białych kamiennych płyt, czyste ulice i domy, nade wszystko zaś brak znajomych kominów i fabrycznych syren. Dochowało się zdjęcie, na którym jako czteroletni chłopiec stoję z moją ładniutką kuzyneczką Fanny Meyer; zawsze przywodzi mi ono na myśl tę pierwszą wizytę w Berlinie.

Pewnego ranka zaprowadzono mnie do profesora Joachima, który czekał na nas w swoim gabinecie. Wielki mistrz, liczący sobie wówczas około sześćdziesiątki, był słusznego wzrostu i dość mocnej budowy, twarz zaś niemal całkowicie zasłaniały mu szpakowata, artystyczna czupryna, półokrągło strzyżona broda, sumiaste wąsy, bokobrody i bardzo krzaczaste brwi. Nawet ogromne uszy zdobiło obfite owłosienie. Początkowo przeraził mnie głuchy, jakby z głębi trzewi dobywający się głos, ale zaraz otuchy dodała mi dobroć i słodycz jego oczu. Józef Joachim nie zwracał uwagi na siostrę, która szczegółowo opowiadała o moich uzdolnieniach. Zamierzał przekonać się o tym osobiście, a ponieważ podejrzliwie odnosił się do tak zwanych cudownych dzieci, zaczął badać mnie skrupulatnie jak lekarz pacjenta.

Najpierw kazał mi wymieniać nazwy dźwięków wielu złożonych akordów, które uderzał na fortepianie, a potem musiałem w inny jeszcze sposób wykazywać się słuchem absolutnym. Pamiętam, że na koniec kazał mi odegrać piękny drugi temat z „Niedokończonej” Symfonii Schuberta, który uprzednio zagwizdał. Musiałem odszukać właściwe akordy, a potem przetransponować melodię do innej tonacji.

Kiedy w sposób zadowalający wywiązałem się z tych wszystkich poleceń, profesor Joachim uniósł mnie z podłogi, ucałował i poczęstował wielkim kawałkiem czekolady. Później zwrócił się do matki i Jadwigi:

— Ten chłopiec może zostać bardzo wybitnym muzykiem… Na pewno ma talent. Niech słucha dobrego śpiewu, ale nie trzeba go siłą zmuszać do muzyki. Kiedy nadejdzie czas na rozpoczęcie poważnych studiów, proszę przywieźć go do mnie, z przyjemnością będę czuwał nad jego edukacją artystyczną.

Pożegnaliśmy się uszczęśliwieni, dziękując mistrzowi za ogromną dobroć. W dwa tygodnie później, kiedy wyprawa Jadwigi była już gotowa, powróciliśmy do Łodzi, gdzie czekało nas gorące przyjęcie. Rodzina w podnieceniu chłonęła opowieści o wspaniałej przyszłości, jaka się przede mną roztacza; opinią Joachima poruszone było również całe miasto, i to tak dalece, że nawet w prasie ukazały się entuzjastyczne relacje z naszej wyprawy do Berlina.

Wrzawa, jaką wszczynano wokół spraw tak błahych, jak wygrywanie przeze mnie nut czy zgadywanie akordów, wydawała mi się bzdurą, zwłaszcza że inne moje bohaterskie wyczyny, takie jak przeskakiwanie trzech schodów naraz czy bieganie szybciej niż inni chłopcy, mijały bez echa.

Kiedy Jadwiga wychodziła za mąż, wyprawiono jej w domu piękne żydowskie wesele. Na przyjęcie wynajęto niewielką kapelę złożoną z czterech czy pięciu muzyków, którzy po zakończeniu ceremonii zaczęli grać. Dźwięki ich muzyki tak mnie podnieciły, że wdrapałem się na stołek i udając dyrygenta, zacząłem gwałtownie wymachiwać rękami. Skończyło się to upadkiem na ziemię, wielkim guzem na głowie i rozkwaszonym nosem. Najwidoczniej nie była mi pisana kariera dyrygenta.

2

Mój ojciec nabył dom1, w którym zajmowaliśmy połowę drugiego piętra, w pozostałej zaś części zamieszkali dziadkowie Heymanowie. Sąsiedztwo to wydatnie umocniło naszą więź z resztą rozległej rodziny matki, ściśle przestrzegającej surowej żydowskiej ortodoksji. Idąc za tradycją, zgodnie z którą co piątek cała rodzina powinna zbierać się wokół głowy rodu, zaczęliśmy również u nas w domu bardzo uroczyście przestrzegać sabatu.

Wraz z pojawieniem się uroczej, słodkiej dziewczynki imieniem Noemi, która była moją kuzynką i miała dokładnie tyle samo lat co ja, moje życie w tym środowisku potoczyło się nowymi torami. Ta adoptowana córeczka ciotki Frandzi, jednej z trzech bezdzietnych sióstr mojej matki, mieszkała w najbliższym sąsiedztwie.

Noemi wyglądała jak aniołek namalowany przez Rafaela: miała okrągłą twarzyczkę okoloną złotymi lokami, błękitne oczy błyszczące nieziemskim blaskiem i śliczną delikatną skórę. Usposobienie jej było łagodne i pełne słodyczy, toteż pokochaliśmy się tak ogromnie, że staliśmy się nierozłączni. Ponieważ rodzona matka Noemi zmarła przy jej urodzeniu, a ojciec, wujek Paweł Heyman, ożenił się powtórnie, czułem się w obowiązku występować w roli jej opiekuna.

Ciotka Frandzia uwielbiała dziewczynkę, a ponieważ jej mąż był człowiekiem zamożnym, robiła, co mogła, aby umilić życie Noemi, a pośrednio i mnie. Miejscem naszych codziennych zabaw był prześliczny pokój dziecinny, a właściwie dwa przestronne, słoneczne pokoje wypełnione zabawkami. Zawsze czuwała nad nami guwernantka, która wyprowadzała nas też na spacer; posiłki jadaliśmy na przemian albo u ciotki, albo u nas w domu. Noemi — ja mówiłem do niej Nemutka — lubiła bawić się ze mną szczególnie w męża i żonę. Była mi ślepo posłuszna, przy jedzeniu zawsze pozostawiała mi najlepsze kąski, a ilekroć widziała mnie w opałach, natychmiast wybuchała płaczem. Kiedy siadałem do pianina, z podziwu wstrzymywała oddech. Myślę, że byliśmy chyba najszczęśliwszymi dziećmi pod słońcem.

Następne dwa lata minęły jak sen — były to dni cudownie szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa. Kiedy zmęczyła nas zabawa, Noemi i ja słuchaliśmy bajek, które czytała nam guwernantka, wkrótce jednak zaczęliśmy wymyślać nasze własne opowieści i w miarę jak namiętność ta wzrastała, całe życie coraz bardziej wydawało się nam jedną nieustającą bajką. Z radością muszę stwierdzić, że temu podejściu do życia pozostałem wierny na zawsze…

Łódź to było kiedyś najbardziej niezdrowe i niehigieniczne miasto, jakie tylko można sobie wyobrazić: brakowało parków, skwerów, alei i miejsc zabaw dla dzieci. Powietrze zatruwały wyziewy z fabryk chemicznych, a unoszący się z kominów gęsty, czarny dym przesłaniał niebo, toteż nasz codzienny spacer dla zachowania zdrowia miał charakter czysto symboliczny. W nocy było jeszcze gorzej. Z braku nowoczesnego systemu kanalizacji nieczystości wywożono z miasta w niewielkich żelaznych pojemnikach ciągnionych przez konie, co wypełniało ulice nieznośnym fetorem.

Ale Noemi i ja zupełnie innym okiem patrzyliśmy na wszystkie te niedostatki: kochaliśmy Łódź! Wydawało się nam, że fabryki to zamki ze wspaniałymi wieżami, carscy stójkowi to potwory, a przechodnie na ulicach — to poprzebierani książęta i księżniczki.

W domu zazwyczaj ilustrowałem na pianinie nasze bajki lub scenki z życia codziennego. Najbardziej cieszyło wszystkich parodiowanie sprzeczek między babcią a kucharką. Trémolo basów — na przykład — zwiastowało nadciągającą burzę, następnie dwa głosy toczyły z sobą pojedynek w nieprzerwanym crescendo, aż wreszcie krótki urwany akord kończył cały dramat.

Pewnego wieczoru rodzice zabrali mnie do Opery, gdzie wędrowna trupa włoska wystawiała Aidę. Zarówno śpiewacy, jak i inscenizacja wywarły na mnie wielkie wrażenie, ale przy pierwszym forte puzonów zacząłem krzyczeć z przerażenia i trzeba było pospiesznie zabrać mnie do domu. Po tym wieczorze przez długi czas nie mogłem znieść dźwięku puzonów. Bardziej powiodło mi się na pierwszym koncercie, na który mnie zaprowadzono; innym razem słuchałem gry polskiego pianisty Józefa Śliwińskiego, ale byłem za mały, aby go należycie docenić.

W tym samym mniej więcej czasie przyjechało do miasta z koncertem „cudowne dziecko”, odnosząc wielki sukces. Był to skrzypek Bronisław Huberman, który miał wówczas dziesięć lat. Byłem zachwycony jego grą, a rodzice zaprosili go do nas. W domu graliśmy dla siebie nawzajem, on zaś był dla mnie przemiły. Pozostaliśmy przyjaciółmi aż do jego śmierci.

Najważniejszym jednak wydarzeniem owych czasów stał się dla mnie przyjazd do Łodzi niewielkiej orkiestry symfonicznej, którą dyrygował Holender Julius Kwast. Orkiestra wykonała wtedy I Suitę z Peer Gynta Griega, która poruszyła mnie do tego stopnia, że po powrocie do domu — ku zdumieniu rodziny — zagrałem ją niemal w całości z pamięci. Pan Kwast, zaproszony do naszego domu, wysłuchał mojej gry i orzekł, że czas już, bym zaczął pobierać lekcje gry na fortepianie. Bezzwłocznie postanowiono zastosować się do jego rady. Wtedy to mój ojciec kupił fortepian firmy Schrödera.

Pierwszą nauczycielką była pani Pawłowska, przedstawicielka starej szkoły, która zabiegała głównie o to, abym łokcie trzymał blisko ciała, a wygrywając gamy, nie zrzucił miedziaka, którego kładła mi na wierzchu dłoni. Po trzech miesiącach daremnych zmagań musiała przyznać się do niepowodzenia, moją zaś edukację powierzono Adolfowi Prechnerowi, dziwnemu, nieco demonicznemu osobnikowi o ospowatej twarzy i żółtawym sumiastym wąsie. Miał zwyczaj albo mówić za cicho, albo krzyczeć na cały głos, ale znał się na rzeczy. W ciągu krótkiego czasu poczyniłem znaczne postępy i wkrótce potrafiłem już grać utwory Mozarta, Mendelssohna i Bacha.

Pewnego ranka do mojego pokoju wszedł ojciec; na jego twarzy malowało się najwyższe wzburzenie. Wymachując trzymaną w ręku gazetą, zwrócił się do mnie głosem niezwykle dramatycznym:

— Arturze, czy wiesz kto zmarł?

Przestraszony tym pytaniem, wybuchnąłem płaczem.

— Antoni Rubinstein — wymamrotał. — Twoja przyszłość legła w gruzach!

Ojciec najwidoczniej zamierzał posłać mnie do tego wielkiego muzyka, którego nazwisko przypadkowo nosiłem. Był on dyrektorem Konserwatorium w Petersburgu, a jego przedwczesna śmierć obróciła wniwecz plany i nadzieje ojca. Wtedy nie byłem w stanie pojąć rozmiarów tej straty i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak odmiennie mogłaby się potoczyć moja kariera artystyczna, gdyby Antoni Rubinstein żył o kilka lat dłużej.

Pewnego dnia zarząd jakiejś instytucji zwrócił się do rodziców z prośbą o wyrażenie zgody na mój udział w koncercie, z którego dochód przeznaczono na cele dobroczynne. Dla rodziców była to niełatwa decyzja — nie miałem jeszcze ośmiu lat. Należało również zapytać o zdanie pana Prechnera. Kiedy się zgodził, zaczęliśmy natychmiast przygotowywać repertuar mojego debiutu w roli pianisty wirtuoza.

Termin koncertu ustalono na 14 grudnia 1894 roku. Rankiem tego dnia cały dom popadł w stan najwyższego podniecenia i tylko ja byłem spokojny i zadowolony. Otrzymałem właśnie piękne, wspaniałe ubranko z czarnego aksamitu z białym koronkowym kołnierzykiem, czułem się więc ogromnie ważny. Koncert wypadł znakomicie. Jakaś młoda dama zagrała Koncert skrzypcowy Mendelssohna, jakiś mężczyzna odśpiewał kilka pieśni, a potem przyszła kolej na mnie. Ponieważ w garderobie artystów już wcześniej zauważyłem wielkie pudło czekoladek, w nader szczęśliwym nastroju wykonałem sonatę Mozarta, a także dwa utwory Schuberta i Mendelssohna, publiczność zaś, złożona głównie z członków mojej rodziny, ich przyjaciół, a także łódzkich melomanów, Żydów i Niemców, nagrodziła mnie gorącą owacją. Noemi była ze mnie dumna, a to napawało mnie szczególną radością.

W dwa tygodnie później posłano mnie do szkoły — z konieczności do szkoły rosyjskiej, nie zezwalano bowiem na istnienie szkół polskich. Zaczęto od nauczenia nas szybkiego odklepywania oficjalnych tytułów cara i carskiej rodziny: „Jego Cesarska Mość, Samodzierżca Wszechrosji, Król Polski, Wielki Książę Finlandii itd.”, oraz do śpiewania rosyjskiego hymnu państwowego. Nienawidziłem tego, buntowałem się przeciwko narzucaniu mi czegoś równie obcego. W domu mówiliśmy po polsku, byłem Polakiem. Znamienne, jak bardzo ta nienawistna atmosfera szkoły uświadomiła mi, że kocham Polskę. Po południu z siostrą Franią odbywałem lekcje języka polskiego, które były dla mnie źródłem wielkiej radości.

Przez rok życie toczyło się w sposób jednostajnie uporządkowany aż do chwili, gdy pewnego wieczoru zupełnie nieoczekiwanie zaprowadzono mnie na noc do domu siostry Jadwigi. Od dwóch dni nie widziałem Noemi. Powiedziano mi, że jest chora. Podejrzewałem, że dzieje się coś złego, ale na moje pytania odpowiadano wymijająco: „Nie możesz się z nią spotykać. Noemi źle się czuje” — a twarze wszystkich były przy tym poważne i pełne napięcia. Kilka następnych dni było dla mnie męczarnią: dorośli zachowywali się dziwnie, w mojej obecności mówili szeptem, unikali mnie. Czułem się jak pies porzucony przez pana. Wreszcie pewnego popołudnia Jadwiga wróciła do domu cała we łzach. Na mój widok załamała się zupełnie, a ja od razu wszystko zrozumiałem. Domyśliłem się całej prawdy: nie ma już Nemutki, moja kochana Nemutka nie żyje!

Jadwiga powiedziała zduszonym głosem:

— Nemutka wyjechała w daleką podróż… Kiwnąłem głową głupawo, udając, że wierzę. Nie mogłem znieść prawdy. Nie chciałem jej usłyszeć. Pragnąłem tylko, aby pozostawiono mnie w spokoju.

Jest polskie słowo „żal”, słowo piękne i niemal nie do przetłumaczenia. Oznacza smutek, nostalgię, rozżalenie, ból serca i jeszcze coś więcej. Wyraża uczucie, kiedy w człowieku coś wyje w środku, uczucie nie do zniesienia, od którego pęka serce.

Nazajutrz ojciec zabrał mnie na spacer. Po pierwszych jego słowach: „Wiesz, Arturze…” — przerwałem mu i powiedziałem szybko:

— Tak, wiem, wiem, ojcze. Nemutka odeszła, ale wróci…

Był to koniec mojego dzieciństwa; teraz byłem już dorosłym chłopcem. Dopiero po latach mogłem o tym mówić i wysłuchać szczegółów tej straszliwej choroby, szkarlatyny, która mi ją zabrała. Moja mała słodka Nemutka — jeżeli istnieją anioły, z pewnością znajduje się dziś w ich gronie!

Przeżywałem ciężki okres. Stałem się nerwowy i nieposłuszny, nie chciałem jeść, stroniłem od domowników, a w szkole prowokowałem bójki z chłopcami. Nikt nie potrafił nakłonić mnie do grania na fortepianie dla przyjemności. Leniwie i bez przekonania wygrywałem codzienne gamy. Lubiłem tylko grać w karty z chorym dziadkiem, który absorbował moją uwagę, ucząc mnie najbardziej skomplikowanych gier. Nie mogłem pogodzić się z utratą mojej przyjaciółki: miotała mną wściekłość, uraza i żal do czegoś czy do kogoś — sam już nie wiem co. Pewnej nocy, kiedy leżałem, nie mogąc zasnąć, przyszło nagłe olśnienie. Tak, to Bóg, Bóg, do którego mój dziadek modlił się tak gorąco, zapewniając mnie, że On jest wszechwiedzący, wszechobecny, że zna nasze najskrytsze myśli, chroni nas i nigdy się nie myli. „A więc — myślałem rozgoryczony — jak mógł uczynić coś równie niesprawiedliwego i okropnego! Musiał być roztargniony albo nieuważny, ale u Boga — powiadają — jest to niemożliwe”. Opanowało mnie desperackie pragnienie. Musiałem koniecznie przekonać się, czy On naprawdę istnieje, czy wie o moich wątpliwościach. „Tak, muszę zaryzykować, nawet jeśli miałbym przypłacić to życiem”. Siedziałem na łóżku wyprostowany, mały, śmiertelnie przerażony chłopczyk, wstrzymywałem oddech i powtarzałem w myśli straszliwe słowa: „BÓG JEST GŁUPI!”. Oczekiwałem Jego natychmiastowego objawienia, śmiertelnego ciosu lub przynajmniej pioruna, ale nic się nie stało. Zacząłem więc na cały głos wykrzykiwać najstraszliwsze bluźnierstwa — i ciągle nic! Noc po nocy przeżywałem tę samą scenę, co bardzo niekorzystnie wpływało na stan moich nerwów. Poza tym w szkole czułem się nieszczęśliwy, bo musieliśmy sobie wszystko przyswajać zbyt mechanicznie, nigdy nie wkładając serca w to, co robimy. Jednak nauczyłem się mówić po rosyjsku, a także po niemiecku, którym to językiem wszędzie wokół mnie się posługiwano. Razem z rodzimym, polskim, znałem więc już trzy języki.

W owych latach w Rosji panował niepokój, raz po raz wybuchały jakieś zamieszki. Niezadowoleni robotnicy chętnie dawali posłuch ideom socjalistycznym, głoszonym przez inteligencję, przeważnie studentów uniwersytetu, a także innych wyższych uczelni. Ponieważ walka z tą propagandą stawała się coraz trudniejsza, rosyjska tajna policja chwytała się swojej osławionej metody: „prowokacji”. Na legalnym, spokojnym zgromadzeniu, w czasie procesji lub jakiejś uroczystości, w tłum mieszał się jeden z agentów. Taki agent provocateur wykrzykiwał nagle coś obraźliwego pod adresem cara i rządu lub oddawał strzał — sygnał do policyjnej interwencji, bicia ludzi i aresztowania przywódców. Akcje te były właśnie pretekstem do „pogromów”.

Na nieszczęście byłem raz świadkiem podobnej sceny. Pewnego dnia, po wyjściu ze szkoły, wraz z kilkoma chłopcami zatrzymałem się, żeby obejrzeć pogrzeb jakiegoś robotnika, jak sądzę — działacza politycznego. Za trumną spokojnie kroczyły setki jego towarzyszy pracy, gdy nagle rozległ się głośny krzyk. Nie wiadomo skąd pojawiło się mnóstwo żandarmów, którzy z obnażonymi szablami wdarli się w tłum i zaczęli siec przechodniów. Przerażeni, szukając schronienia, biegiem rzuciliśmy się do najbliższej bramy i stamtąd obserwowaliśmy całe zajście. Uczestnicy pogrzebu początkowo chcieli się rozejść, zabierając rannych, ale gdy żandarmi zaatakowali ich po raz wtóry, wpadli w gniew i zaczęli walczyć z napastnikami. Wtedy stało się coś strasznego. Z bocznej ulicy wypadł oddział kozaków, wymachując nahajkami (nazywaliśmy ich kozakami, ale w rzeczywistości byli to sprowadzeni z Syberii Mongołowie). Na niedużych konikach, w czapkach zsuniętych na jedno ucho, z wściekłością natarli na tłum, bijąc wszystkich niemiłosiernie, a gdy ofiary z rozpaczliwym wrzaskiem uciekały, aby ocalić życie, rozwścieczeni kozacy napadali na niewinnych przechodniów, przeważnie starych Żydów w długich chałatach, tratując i raniąc, kogo popadło. Potem zabrali się do rozbijania witryn sklepowych. Wszędzie widniały ślady krwi, a na twarzach ofiar malowało się straszliwe przerażenie. W długi czas po zakończeniu się tego wszystkiego wracaliśmy do domu; w sercach nieśliśmy śmierć, a nasze oczy na zawsze były pełne widoku tych okropności.

Pewnej nocy umarł mój ukochany dziadek Heyman. Od dłuższego czasu chorował; zgasł cichutko, we śnie. Obudził mnie płacz i zawodzenie. Nazajutrz pojawiła się cała rodzina, wszyscy byli w żałobie i mieli łzy w oczach; mówili stłumionym głosem, kręcili się tam i z powrotem, omawiając szczegóły pogrzebu. Jeśli o mnie idzie, to i tym razem udawałem, że nie rozumiem, co się stało, i nikomu nie pozwalałem sobie tego wytłumaczyć. Nienawidziłem śmierci, a właściwie bałem się jej, i to tak bardzo, że zacząłem wypytywać szkolnych kolegów należących do różnych wyznań, pragnąc dowiedzieć się, jaka religia przejawia największą troskę o ciała zmarłych. Nie chciałem, żeby mnie pogrzebano. Chciałem leżeć w przezroczystej trumnie na wysokim katafalku w potężnym mauzoleum.

Rodzice byli coraz bardziej zaniepokojeni moimi ponurymi rozmyślaniami i niechętnym stosunkiem do szkoły. Zaniedbywałem nawet fortepian, a pan Prechner skarżył się na moją nieuwagę i lenistwo. Lubiłem tylko czytać: pożerałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Do moich najulubieńszych należały powieści Sienkiewicza i Juliusza Verne’a, baśnie, książki historyczne, a także życiorysy sławnych ludzi. Wszystko, z wyjątkiem poezji: poezję uważałem za fałszywą muzykę, za coś w rodzaju „ubogiej krewnej muzyki”. Odczuwałem zawstydzenie, słysząc, jak forma, takt i rytm służą nie dźwiękom, lecz wzniosłym słowom. Ilekroć któraś z młodych panienek w naszej rodzinie zaczynała deklamować wiersze (jak to wówczas było w modzie), dostawałem nerwowego ataku śmiechu i musiałem wychodzić z pokoju.

Rodzice postanowili, że powinienem przenieść się do Warszawy

3

Byłem zadowolony, że wyjeżdżam z Łodzi. Poczyniono spieszne przygotowania i pewnego poranka matka i ja pojechaliśmy do Warszawy. Tylko trzy godziny jazdy pociągiem dzieliły oba miasta, ale uderzył mnie kontrast między nimi. Opuszczało się ziemię niczyją, aby znaleźć się w samym sercu Polski — odwiecznym pobojowisku Europy.

Kocham mój kraj rodzinny, ale jest to miłość, która nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem czy szowinizmem. Z mojej opowieści wyniknie, jak małą część życia spędziłem w kraju. Ale wszystko, co polskie, ma dla mnie nieodparty urok i często przyprawia mnie o nostalgię. Źródłem tego uroku może być coś, co nazwałbym autentycznością. Pory roku na przykład są tu autentyczne: nie ma mowy o pomyłce, są tym, czym powinna być symfonia — czterema częściami, idealnie z sobą zharmonizowanymi. Nie ma żadnego pomieszania, każda pora roku przeżywa swój krótki żywot, osiągając pełnię właściwego dla niej piękna i budząc najgłębsze doznania. Wielki polski pisarz Władysław Reymont w nagrodzonej Nagrodą Nobla powieści Chłopi pokazał, jak życie chłopów, ich namiętności i nadzieje, radości i smutki podporządkowane są rytmowi pór roku. Ja osobiście ponad wszystko przedkładam polską jesień i jej miękkie, melancholijne zmierzchy, kiedy kraj przybrany we wszystkie odcienie złota i brązu staje się naturalną scenerią najpiękniejszych nokturnów Chopina.

Te lasy jak gdyby specjalnie stworzone dla baśni! I pola, na których złociste łany dostojnie kołyszą się na wietrze! Nigdy nie potrafiłem przyglądać się im bez uczucia jakiegoś dławienia w gardle. Nawet ludzi charakteryzuje jakiś szczególny autentyzm: szlachcic, wieśniak, Żyd, ksiądz, dama, dziwka, robotnik, student — każdy z nich posiada coś własnego, bezspornie indywidualnego. Chłopi zachowali nawet tradycję barwnych strojów regionalnych.

Kraj, w którym się urodziłem, obejmował zaledwie jedną trzecią terytorium Polski. Haniebne przymierze trzech szczwanych władców — pruskiego króla Fryderyka „Wielkiego”, osławionej rosyjskiej carycy Katarzyny II, również zwanej „Wielką”, oraz cesarzowej Austrii Marii Teresy — podzieliło Polskę na trzy zabory. Część północno-wschodnią, której stolicą była Warszawa, obłudnie proklamowano Królestwem Polskim, a tytuł monarszy przywłaszczył sobie car rosyjski; część północno-zachodnią zamieniono w niemieckie Ostmarken ze stolicą w Poznaniu; południe natomiast Austriacy nazwali Galicją — w jej skład wchodziła historyczna stolica Polski, Kraków, natomiast siedzibą Sejmu Krajowego był Lwów.

Byłem bardzo podniecony, ujrzawszy po raz pierwszy prawdziwe barwy mojego kraju rodzinnego. Stanęliśmy w Hotelu Angielskim, tym samym, w którym kiedyś Napoleon w czasie kampanii rosyjskiej spędził noc; jak urzeczony patrzyłem na paradne, oświetlone kandelabrami pokoje, wspaniałe stare meble i ciężkie lustra.

W pobliżu hotelu rozciągał się sławny Ogród Saski, założony przez Augusta Mocnego, króla Polski. Wspaniałe pałace arystokracji oraz stary Zamek Królewski przydawały Warszawie atmosfery szczególnego dostojeństwa. Ludzie na ulicach byli weseli i wylewni — nic bowiem nie jest w stanie odebrać Polakom radości życia. Szczególnie atrakcyjnie prezentowały się kobiety — eleganckie, pełne werwy. W atmosferze tego miasta było coś nieodparcie radosnego, coś, co porwało moje serce bez reszty! Tutaj jeszcze bardziej raziła mnie obecność rosyjskich żandarmów. Z nienawiścią patrzyłem na rosyjskie tłumaczenia umieszczone nad polskimi szyldami, ale największą wściekłość wzbudzały we mnie wzniesione w najbardziej widocznych miejscach pomniki upamiętniające rosyjskie zwycięstwa lub będące wyrazem hołdu dla polskich zdrajców. Przypominam sobie w związku z tym pewną zabawną anegdotę. Opowiadano, że nowo mianowany gubernator polskiego miasta zawezwał wszystkich co znaczniejszych obywateli i przemawiając z wielką elokwencją, wzywał ich do składania hojnych datków na pomnik rosyjskiego generała, który uśmierzył polskie powstanie. — Jemu to zawdzięczacie — zakończył — że znów należycie do naszej Świętej Mateczki Rosji i do naszego Ojczulka cara. Obecni, ponuro kiwając głowami, deklarowali się: ten da pięć rubli, inny dziesięć. Gubernator był wniebowzięty — odwalił solidny kawał roboty, co z pewnością zostanie należycie ocenione w Petersburgu.

— Dziękuję wam, panowie — powiedział. — A kiedy moi adiutanci mogą przystąpić do zbierania pieniędzy?

— Pieniądze? Kto mówił o pieniądzach? — zdumiał się najstarszy z Polaków. — Wolelibyśmy to odsiedzieć. Pięć rubli to mniej więcej dziesięć dni aresztu, dziesięć rubli to piętnaście dni i tak dalej…

Matka była umówiona z wybitnym pianistą, Aleksandrem Michałowskim, najznamienitszym profesorem Warszawskiego Konserwatorium. Gabinet muzyczny, w którym zostaliśmy przyjęci, wyglądał zupełnie jak panteon — cały obwieszony tuzinami laurowych wieńców poprzewiązywanych wielobarwnymi jedwabnymi wstęgami; wieńce te były trofeami z koncertów. Niebawem miałem się przekonać, że wśród polskich muzyków panuje taka właśnie moda ich eksponowania. Jednakże na liściach osiadło tyle kurzu, że aż trudno było grać — nie mogłem powstrzymać się od kaszlu i kichania. Mimo to profesor Michałowski dodał mi otuchy, mówiąc, że jego zdaniem jestem jeszcze za mały, bym mógł od razu rozpocząć u niego naukę, ale mniej więcej za rok gotów jest przesłuchać mnie po raz wtóry. Na razie radził udać się do profesora Różyckiego, autora wielu ćwiczeń i etiud na fortepian. Matka porozumiała się więc z Różyckim, który przyjął mnie jako ucznia, nie zadając sobie nawet trudu posłuchania, jak gram.

— Ocena mego wybitnego kolegi wystarcza mi w zupełności — oświadczył.

Pozostawiono mnie pod opieką jednej z naszych krewnych, pani Glass, wdowy, mieszkającej z córką Izabelą, bardzo ładną dziewczynką. Ich mieszkanie na trzecim piętrze w oficynie starej odrapanej kamienicy samo w sobie nie miało nic atrakcyjnego. Wynajęte pianino wniesiono do przeznaczonego dla mnie ciemnego, zagraconego pokoju: miałem tam spędzić następnych kilka lat życia. Kiedy matka wyjechała, poczułem się straszliwie samotny, ale nie minęło parę dni, a czar Warszawy zaczął działać.

Mogłem przynajmniej bawić się z moimi polskimi rówieśnikami w urzekającym Ogrodzie Saskim, co stało się dla mnie nowym źródłem przyjemności. Prywatne lekcje — po polsku — ciekawiły mnie niezmiernie, przekonałem się też, że pani Glass posiada zakazane książki o historii Polski. Czytywałem je namiętnie, podobnie jak epicką Trylogię Sienkiewicza. Jedna z nowel tego autora, Hania, natchnęła mnie nawet myślą skomponowania opery — z entuzjazmem zabrałem się do pracy. Wszystko to było dla mnie wyjątkowo podniecające, w przeciwieństwie do lekcji gry na fortepianie u pana Różyckiego. Był to potężny, otyły staruszek, o długiej, siwej brodzie, leniwy i ślamazarny. Na pierwszej lekcji przyjął mnie dość obojętnie i kazał zagrać jedną z sonat Mozarta, ale ku mojemu osłupieniu zasnął w trakcie gry. Obudzony ostatnim akordem, wymamrotał coś niezrozumiałego, polecił mi nabyć kilka opublikowanych przez niego ćwiczeń i grywać je po trzy godziny dziennie, po czym odesłał mnie do domu. To samo powtarzało się na wszystkich kolejnych lekcjach.

Zaniedbywałem więc nudne odrabianie ćwiczeń w domu i grałem tylko taką muzykę, która mnie interesowała. Ustalony tryb codziennych zajęć przerywał często przyjazd któregoś z moich wujków z Łodzi. Zabierali mnie wówczas do restauracji, a następnie do Opery. Bardzo dziwni byli ci moi wujkowie — każdy z nich reprezentował indywidualność szczególnego rodzaju. Wuj Paweł Heyman, ojciec Noemi, uchodził za najlepiej ubranego mężczyznę w Łodzi. Naśladując styl bycia księcia Walii (późniejszego króla Edwarda VII), garnitury i kapelusze kupował w Londynie, włosy i brodę strzygł na modłę Edwarda i lubił fotografować się w pozie swego królewskiego pierwowzoru, często z pejczem w ręce, mimo że nigdy nie dosiadł żadnego konia. Miał zresztą jeszcze inną manię. Wuj Paweł należał, jak by to powiedzieć, do ludzi „policzkujących” — po francusku powiedziałoby się o nim, że il avait la main leste2 — był skory do bicia. Jeśli ktokolwiek przeciwstawiał mu się w interesach, wuj uciekał się do tego przekonywającego argumentu, choć w rzeczywistości był najłagodniejszym z ludzi. Za to jego młodszy brat, Jakub, był całkiem inny. Zatwardziały kawaler, wiódł wesoły żywot prawdziwego birbanta, odwiedzającego wszystkie nocne lokale. Lubił zapraszać mnie na śniadanie, z reguły złożone z kawy, rogalików i prasowanego kawioru; nucił przy tym nieprzyzwoite piosenki z music-hallów.

Inny wujek, Bolesław Sznek, podarował mi na urodziny dwa małe gliniane popiersia — Beethovena i Mozarta, a ponieważ był wielkim miłośnikiem opery, powiedział uroczyście:

— Pamiętaj, Arturze, trzech jest wielkich geniuszy muzyki: Beethoven, Mozart i Battistini!

Przez kilka lat byłem o tym absolutnie przeświadczony, zwłaszcza gdy usłyszałem tego włoskiego barytona w Demonie Antoniego Rubinsteina i w Traviacie Verdiego. Zrobił na mnie ogromne wrażenie — obok Carusa i Szalapina był to najpiękniejszy głos męski, jaki w życiu słyszałem.

Profesor Różycki w dalszym ciągu smacznie sypiał na lekcjach, co znacznie opóźniało moje postępy. Od czasu do czasu pani Glass wręczała mi kopertę zawierającą honorarium za lekcje, a ja zanosiłem ją profesorowi. Któregoś dnia, kiedy zadzwoniłem do drzwi, zamiast pokojówki otworzył mi młody, może trzynastoletni chłopiec:

— Przyniósł kawaler pieniądze? — zapytał niegrzecznie.

— Nie — odparłem cicho.

— No to nie będzie lekcji! — zawołał i zatrzasnął drzwi.

Byłem wstrząśnięty. Po raz pierwszy w życiu zostałem upokorzony, co tak mnie zabolało, że usiadłem na schodach i długo płakałem. Napisałem do rodziców list, opisując całą scenę i skarżąc się na śpiączkę, na którą zapada profesor.

Wkrótce potem przyjechała matka, żeby mnie zabrać do domu. Żegnając się ze mną, pan Różycki oświadczył, że nie widzi dla mnie wielkiej przyszłości w charakterze pianisty. Stwierdził, że w czasie lekcji jestem zbyt nieuważny. Chłopcem, który mnie obraził, był jego syn, Ludomir Różycki, który miał później stać się znanym kompozytorem oper, baletów i innych utworów. Nigdy w życiu nie zagrałem ani jednej przez niego napisanej nuty.

Tym razem mój powrót do Łodzi nie był tak tryumfalny jak kiedyś. Czułem wokół siebie atmosferę rozczarowania i potępienia; byłem przeświadczony, że stałem się całkowitym życiowym bankrutem, a dym i smród miasta, ludzie spieszący i gestykulujący na ulicach, brak drzew wreszcie — wszystko to pogłębiało moją depresję.

Po śmierci dziadka rodzice przejęli tradycję obchodzenia sabatu — choć nie tyle w duchu religijnym, ile raczej w czysto towarzyskiej, serdecznej atmosferze. Kolację podawano dla około dwudziestu osób, najbliższych członków rodziny, reszta zaś dołączała później. Kuchnia była wyśmienita; matka — prawdziwa artystka, jeśli idzie o przyrządzanie karpia i szczupaka po żydowsku — także w sztuce gotowania kury, kaczki i gęsi nie miała sobie równej!

Ogromnie lubiłem te piątkowe wieczory, nie tylko ze względu na atrakcje kulinarne, choć bynajmniej ich nie lekceważyłem, ale dla ich miłej, ciepłej atmosfery. W czasie kolacji rozpoczynała się dyskusja, początkowo spokojna, później coraz głośniejsza, na koniec zaś wszyscy wykrzykiwali swoje racje jednocześnie. Uważano to za coś całkiem normalnego: po prostu dawano w ten sposób ujście naturalnym siłom witalnym. Wuj Follman, dowcipny gawędziarz, zawsze miał coś nowego do opowiedzenia. „Policzkujący” wuj Paweł bawił nas szczegółami swych najnowszych wyczynów. Czasem proszono mnie, bym zagrał; aż do późnej nocy podawano gorącą, słabą herbatę z cytryną, a do tego smakowite ciasteczka domowego wypieku.

Piątkowe wieczory obchodzono zgodnie ze zwyczajem, aż kiedyś, któregoś wieczoru, zorientowałem się, że nastrój uległ zmianie. Mężczyźni rozmawiali przyciszonym głosem, matka była strasznie podenerwowana, a mnie posłano wcześniej do łóżka. Tylko ojciec pozostawał spokojny i milczący, lecz to jego zachowanie wydało mi się dziwne — i ono właśnie zaniepokoiło mnie najbardziej.

Na koniec bomba wybuchła. Ćwiczyłem w salonie, gdy nie zdejmując z głowy kapelusza, wpadł wysoki, potężny kuzyn mojej matki i krzyczał na cały głos. Matka starała się go uspokoić, ale zdołała tylko jeszcze bardziej go rozwścieczyć: obrażał ojca tak ordynarnie, grożąc mu postępowaniem sądowym, że nie mogłem tego znieść. Rzuciłem się na niego znienacka i z wściekłością ugryzłem go w rękę; polała się krew, kuzyn zawył, uderzył mnie w głowę i wybiegł. Wtedy to matka opowiedziała mi o wszystkim. W Łodzi wybuchł kryzys ekonomiczny; wielkie fabryki, zatrudniające tysiące robotników i wyposażone w nowoczesne maszyny, wyparły wszystkie ręczne warsztaty tkackie. Jako jeden z pierwszych ofiarą kryzysu padł mój ojciec — został kompletnie zrujnowany. Nasz kuzyn obawiał się, że straci pieniądze, które przed jakimś czasem pożyczył ojcu. Ale matka twierdziła, że wszystkie pożyczki spłacimy co do grosza, nawet gdyby przyszło nam głodować. Ojciec rzeczywiście słowa dotrzymał — sprzedał dom, fabrykę, część umeblowania, a także srebra i inne kosztowności. Później zdarzyło mi się spotkać kiedyś tego kuzyna. Uśmiechnął się do mnie, ale udawałem, że zupełnie tego nie dostrzegam.

Ojciec był człowiekiem interesującym, posiadał umysł analityczny, a nawet nieco filozoficzny. Wychowany w duchu ortodoksyjnym, uczęszczał do szkoły hebrajskiej — chederu, gdzie studiował Talmud, ale nie zaspokajało to jego umiłowania wiedzy; opanował więc francuski i niemiecki, by móc czytać pisma wielkich filozofów. Był jeszcze chłopcem, gdy w czasie powstania 1863 roku od rosyjskich pocisków zginęli tego samego dnia jego rodzice, dlatego też — jak wielu jemu podobnych — w poszukiwaniu szczęścia wywędrował do Łodzi. Tu poznał matkę i aby móc ją poślubić, jął się interesów, oczywiście w branży włókienniczej.

Kiedy się urodziłem, ojciec był już dobrze po czterdziestce. Średniego wzrostu, trzymał się bardzo prosto; miał małe oczy, długi, ostry nos, piękne czoło i krótki spiczasty podbródek. Nie przypominam sobie, aby miał choć jeden siwy włos. Nie był przystojny, ale odznaczał się subtelnym urokiem, rozbrajającym uśmiechem i wytwornością manier. Nie cierpiał interesów i pieniędzy; jedyną jego rozrywką była lektura, podczas której zawsze pod ręką musiał mieć szklankę herbaty z cytryną. Bardzo dumny był ze swej fantastycznej pamięci wzrokowej: wystarczyło, by rzucił okiem na jakąś liczbę, datę czy nazwisko, a pozostawała ona na zawsze wyryta w jego pamięci. Talent ten wyrodził się później w nieco pedantyczną manierę. Zadręczał nas takimi na przykład pytaniami:

— Dzieci, co wydarzyło się siedem lat temu?

Głuche milczenie.

— No, proszę, kto pamięta? — upierał się.

Nikt nie odzywa się ani słowem.

— Bismarck doprowadził do sławnego zatargu z cesarzem Wilhelmem II — uśmiechał się tryumfalnie.

W ten sposób trwał nieustający przegląd wszystkich ważniejszych i mniej ważnych wydarzeń minionego stulecia.

Rodzinę ojciec kochał na swój nieco niedbały i dyskretny sposób, rzadko się do nas wtrącał, nieczęsto też tracił panowanie nad sobą, ale kiedy się to już zdarzyło, stawał się naprawdę przerażający.

Matka była zupełnie inna; kipiała nadmiarem energ, żyła wyłącznie teraźniejszością, zwłaszcza zaś dniem dzisiejszym rodziny — każdego z jej członków. Biedna mamusia, znałem ją, kiedy stale była przygnębiona lub chora. Za młodu przystojna i zdrowa, później nabawiła się jakiegoś chronicznego nieżytu dróg oddechowych, powodującego najbardziej gwałtowne ataki kaszlu, jakie kiedykolwiek słyszałem; zawsze budziły we mnie śmiertelny strach. Nigdy nie troszczyła się o siebie, za to od rana do nocy zamartwiała się o wszystkich innych. Jeśli sprawy zdawały się toczyć gładko, matka wzdychała i jęczała z bólu, udając, że nie może się ruszyć. Ale na wieść, że ktoś inny w rodzinie źle się czuje, natychmiast zrywała się na równe nogi i z niesłychaną energią spieszyła do chorego, gdzie obejmowała bezwzględną kontrolę nad biegiem wydarzeń. Tylko wtedy czuła się dobrze i była szczęśliwa! Cała rodzina ją ubóstwiała, ojca natomiast uważano za zbyt zamkniętego w sobie. Nie rozumiano jego powściągliwości. Ale mimo iż często dochodziło między nimi do gwałtownych sprzeczek, całym sercem oddany był matce.

Gdy zaczęły się nasze kłopoty finansowe, dwie najstarsze siostry były już zamężne. Jadwiga miała troje dzieci, Helena zaś była małżonką doktora Adolfa Landaua, starszego brata Maurycego, człowieka bezwzględnie uczciwego i bardzo sympatycznego. Frania, najmłodsza z sióstr, była zaręczona. Najstarszy brat, Stanisław, bezpretensjonalny młody człowiek o złotym sercu, pracował w banku; bardzo go kochałem. Dawid, mój drugi brat, studiował elektrotechnikę w Berlinie. Najmłodszy zaś, Ignacy, ten który nadał mi imię, uchodził w naszej rodzinie za czarną owcę, ale był najinteligentniejszy. Relegowany ze szkoły za działalność socjalistyczną, wstąpił do partii rewolucyjnej i popadł w prawdziwe tarapaty, które nam wszystkim przysparzały bardzo wielu zmartwień.

Rodzina rozdzieliła się: rodzice zamieszkali w gościnnym pokoju u Follmanów, Stanisław i Frania znaleźli pomieszczenie w mieszkaniu innej ciotki, mnie zaś Jadwiga zabrała do Inowłodzia, letniskowej miejscowości nad Pilicą. Kiedy byłem młodszy, spędzaliśmy część lata w okropnej małej wiosce leżącej tak blisko Łodzi, że nigdy nie czułem się wolny od dymu i wycia syren. Za to Inowłódź okazał się uroczą miejscowością. Willa Jadwigi stała blisko rzeki, a z okien rozciągał się widok na położone na przeciwległym brzegu pola i lasy. Szczęśliwie udało nam się zdobyć pianino, na którym z powodzeniem mogłem ćwiczyć, dołączyłem więc do klasy prowadzonej przez młodego studenta z Warszawy, noszącego się z wielką powagą. Zaprzyjaźniłem się też z kilkorgiem uroczych dzieci i wszyscy razem korzystaliśmy z wakacji — przed obiadem kąpaliśmy się w rzece, potem zaś chodziliśmy na lekcje, które kończyły się grą na pianinie. Po południu urządzaliśmy wycieczki do lasu albo szliśmy na przyjęcie do jednej z willi. Dwa razy w tygodniu pobieraliśmy lekcje tańca, co przede mną otworzyło zupełnie nowy świat. Wtedy to zakochałem się po raz pierwszy w życiu. Miała na imię Mania, była szczupłą i dość wysoką dwunastoletnią dziewczynką. Dwa kruczoczarne warkocze opadały jej do pasa, miała zgrabne nogi i oczy perskiej księżniczki. A kiedy ze mną tańczyła, byłem tak wniebowzięty, że ze wzruszenia z trudem tylko zdołałem bąknąć jakieś słówko.

Mania zdawała sobie sprawę z mojej namiętności. Czasem mnie całowała — chłopczyka, który tak ładnie grał na pianinie. Wtedy drapałem ją i wściekły uciekałem. Nie mogłem znieść, by traktowała mnie inaczej niż jak swego ukochanego! Czasem Jadwiga pozwalała mi wynająć bardzo starego i spokojnego konia do jazdy wierzchem; dosiadałem wtedy mojego Rosynanta i przybrawszy pozę hiszpańskiego konkwistadora, wyruszałem z samego rana, pragnąc wzbudzić zainteresowanie wybranki. I spotykałem moją Manię flirtującą z jakimś szesnastoletnim starcem, na domiar złego rudym! Jakże go nienawidziłem!

Z nadejściem jesieni trzeba było wracać do miasta. Dla mnie życie w Łodzi nie miało w sobie wówczas nic wesołego. Ojciec przyjął posadę księgowego w jednej z fabryk wujka. Był, jak zawsze, pogodny i w dalszym ciągu każdą wolną chwilę poświęcał lekturze, nie okazując żadnego przygnębienia. Ale nie da się tego powiedzieć o mojej biednej mamie: ostatni rok wpłynął na nią fatalnie. Stała się jeszcze bardziej nerwowa, ataki kaszlu zaś bywały wręcz przerażające. Ignacego aresztowano, bo policja znalazła w jego pokoju jakieś rewolucyjne materiały propagandowe. Nie wiedzieliśmy nawet, dokąd go wywieziono.

W moim życiu zapanował całkowity chaos. Musiałem spać na kozetce w saloniku Follmanów, fortepianu nie było, nie uczęszczałem na żadne lekcje, nie miałem też nic do roboty. Mimo to czułem się szczęśliwy, a nawet bardzo szczęśliwy. Okazało się bowiem, że Mania Szer, moja pierwsza miłość, mieszka w domu po drugiej stronie ulicy. Całymi dniami wystawałem więc w oknie i jak pies czekałem na jakiś znak, jakiś ruch w mieszkaniu naprzeciwko. Ilekroć dostrzegłem jej rękę uchylającą firanki albo — gdy była odwrócona — jeden z jej warkoczy, serce zaczynało mi walić jak młot.

Pewnego dnia matka i ja musieliśmy w związku ze sprawą brata złożyć koszmarną wizytę u szefa Ochrany, rosyjskiej tajnej policji. Przyjął nas cały w uśmiechach i uprzejmościach, mówił łagodnym, miłym głosem, ale jego oczy miały zimne i okrutne spojrzenie lamparta. Ponieważ lubił muzykę, zagrałem mu na pianinie, a wówczas matka wybuchnęła płaczem. Na koniec raczył nas poinformować, że Ignacy znajduje się w więzieniu w Warszawie, że można mu posyłać pieniądze, papierosy i żywność i jeśli będzie się dobrze sprawował, po jakimś czasie zostanie — być może — zwolniony. W efekcie po dwóch miesiącach Ignacemu pozwolono wrócić do domu. Przybladł nieco, spuścił z tonu i było mu bardzo przykro, że przysporzył nam tylu zmartwień, ale odnieśliśmy wrażenie, że nie wyrzekł się rewolucyjnych ideałów i nie zrezygnuje z niebezpiecznej działalności. Po kilku tygodniach aresztowano go ponownie i zesłano na pięć lat na Syberię.

W tym czasie trwały niekończące się dyskusje i narady na temat mojej przyszłości. Miałem dziesięć lat i czas był najwyższy, aby wreszcie coś konkretnego o mnie zdecydować. Z Warszawą nie wyszło. Petersburg po śmierci Antoniego Rubinsteina nie wchodził w rachubę. Pozostawał naturalnie Wiedeń, gdzie działał sławny profesor Teodor Leszetycki, ale tam nie mieliśmy znajomości, tak więc ponownie wyłoniła się myśl posłania mnie do Berlina.

II. Dojrzewanie w Berlinie

4

Zapadła doniosła decyzja: za kilka dni matka i ja wyjedziemy do Berlina. Tym razem jednak serce ściskało mi się na myśl o wyjeździe, zwłaszcza gdy pomyślałem, że nigdy więcej nie ujrzę Mani. Łatwo było wyjeżdżać do urzekającej Warszawy, tak blisko domu, ale teraz rzecz miała się zupełnie inaczej: przypominała ucieczkę z tonącego okrętu, na którego pokładzie pozostają najbliżsi. Serce wyrywało mi się do ojca — on zaś był jak zawsze spokojny, nie okazywał najmniejszego wzruszenia, nie zaprzestał nawet sprawdzania naszej pamięci.

— Co się stało pięć lat temu?

Konsternacja!

— Artur oblał ciocię Rózię gorącą czekoladą.

Ojciec jednak był nieszczęśliwy: kochał mnie ogromnie, wiedziałem więc, czym jest dla niego nasze rozstanie. I miał rację: odtąd życie rozdzieliło nas na zawsze.

A zatem matka i ja znów wyruszyliśmy do Berlina. Ciotka Salomea, jej mąż, Siegfried Meyer, i ich czworo dzieci przyjęli nas serdecznie. Na pewien czas zamieszkałem u nich. Był to dla mnie okres niezmiernie wyczerpujący: każdego dnia byłem umówiony z innym wybitnym nauczycielem fortepianu. Musiałem grać przed profesorem Ehrlichem, profesorem Jedliczką, Scharwenką i innymi, mniej znanymi.

Jedną z tych wizyt pamiętam dokładnie. Miałem się zaprezentować Hofmannom, ojcu i synowi, do których matka otrzymała list polecający; byłem ogromnie przejęty myślą o spotkaniu ze sławnym Józefem Hofmannem. Pochodził z Krakowa, miał wówczas dopiero 22 lata, ale już był sławą. W Rosji uważano go za jedynego godnego następcę swego nauczyciela, nieodżałowanego Antoniego Rubinsteina, w Stanach Zjednoczonych zaś za jedynego rywala uwielbianego tam Paderewskiego. Łatwo się domyślić, jak byłem przerażony, gdy przyszło mi grać w jego obecności. Przyjęto nas z tradycyjną polską gościnnością; miły okazał się zwłaszcza starszy Hofmann, nauczyciel gry na fortepianie. On też był jedynym, który uważnie przysłuchiwał się mojej grze. Młody Józef zachowywał całkowitą obojętność, choć kiedy popis muzyczny dobiegł końca i zbieraliśmy się już do odejścia, ku naszemu zdumieniu usiłował nas zatrzymać i z jakąś dziecinną dumą zaczął pokazywać mi przeróżne swoje drobiazgi. Były tam też podarunki od wielkiego wynalazcy Tomasza Edisona, a choć wszystko to wywarło na mnie duże wrażenie, byłem nieco rozczarowany jego obojętnym stosunkiem do muzyki.

Na nieszczęście Ferruccio Busoni wyjechał właśnie na tournée koncertowe, co okazało się dotkliwym ciosem dla mojej kariery artystycznej. Był to bowiem człowiek, który znacznie lepiej pokierowałby moim talentem — człowiek o szerokich horyzontach, zarówno artystycznych, jak i kulturalnych, a przy tym prawdziwie ludzki. Nieco zniechęcona ogólnym brakiem zainteresowania moją osobą, a także propozycjami niezmiernie kosztownych lekcji u sławnych nauczycieli matka postanowiła zaprowadzić mnie ponownie do Józefa Joachima. Choć jako skrzypek mniej mógł się interesować młodym pianistą, pragnęła zasięgnąć jego rady. Przyjął nas z tą samą szlachetną serdecznością jak za pierwszym razem.

— Zagraj mi coś Mozarta, mein Junge — jego niski basowy głos brzmiał miękko i łagodnie. Ku wyraźnemu zadowoleniu mistrza zagrałem Rondo a-moll. Wyszedł wówczas z pokoju i po chwili wrócił z tabliczką gorzkiej czekolady Lindta. Później profesor Joachim poprosił matkę do drugiego pokoju na naradę w sprawie mojej przyszłości i wtedy to zapadła najdonioślejsza w moim życiu decyzja! Ten wielki człowiek wziął na siebie obowiązek pokierowania moją edukacją kulturalną i muzyczną. Matka nie posiadała się z wdzięczności. W ciągu zaledwie kilku dni zdołał przekonać trzech swoich przyjaciół, by wyłożyli większość potrzebnych pieniędzy, sam zaś zobowiązał się pokryć czwartą część tego funduszu. Cóż za niezwykle wspaniałomyślny gest wielkiego artysty, który sam bynajmniej nie był bogaty — i to na rzecz młodego cudzoziemca, jedynie dlatego, że zdradzał zapowiedź talentu! Jego trzej przyjaciele okazali się znanymi bankierami: Robert Mendelssohn, wiolonczelista amator, był stryjecznym siostrzeńcem sławnego kompozytora Feliksa; Robert Warschauer sam był człowiekiem zupełnie niemuzykalnym, ale jego żona uwielbiała Joachima; Martin Levy wreszcie — biznesmen, który wycofał się z czynnego życia, a jego hobby stanowiło komponowanie kwartetów smyczkowych, napisanych co prawda dobrze, ale nieodznaczających się szczególną oryginalnością. On jeden z tej trójki okazywał mi osobiste zainteresowanie. Miał zwyczaj gromadzić u siebie na proszonych kolacjach najbardziej arystokratycznych przedstawicieli feudalnych Prus oraz berliński korpus dyplomatyczny; często zapraszał także mnie, abym grał dla jego gości.

Jednym z głównych warunków, jakie profesor Joachim postawił matce, było — że nie będzie się mnie wykorzystywać w roli „cudownego dziecka”. Twierdził stanowczo, że przed osiągnięciem artystycznej dojrzałości powinienem otrzymać wszechstronne wykształcenie, i muszę stwierdzić z dumą, że rodzice dotrzymali tej obietnicy!

Rozpocząłem więc nowe życie. Heinrich Barth, najpoważniejszy profesor pianistyki w Cesarsko-Królewskiej Akademii Muzycznej, przyjął mnie na podstawie rekomendacji Joachima. Co więcej, zgodził się uczyć mnie bez wynagrodzenia i zająć się w moim imieniu całą stroną finansową, czyli inkasowaniem wpłat od czterech fundatorów i pokrywaniem z tego funduszu wszystkich moich wydatków na życie, pozostałe lekcje itp. Chwilowo sprawy przedstawiały się więc dość pomyślnie, a moja najbliższa przyszłość zdawała się zapewniona i złożona w doskonałe ręce.

Bardzo istotnym problemem była kwestia mojej edukacji szkolnej, toteż Joachim, Barth i matka omawiali go wielokrotnie. Na koniec postanowili nie posyłać mnie do Realgymnasium, doszli bowiem do wniosku, że lepiej będzie, abym nauki pobierał w domu. Niełatwo było jednak znaleźć odpowiednią osobę, która by mnie przygotowywała do corocznych egzaminów gimnazjalnych, trzymając się pełnego programu nauki szkolnej.

Ostatecznie znaleziono doktora Theodora Altmanna, który sam gotów był wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za moje wykształcenie. Pewnego poranka o godzinie dziewiątej profesor Barth zaprowadził mnie na pierwszą lekcję. Nauka miała się odbywać codziennie, po dwie godziny.

Dzień, w którym poznałem Theodora Altmanna, był niezapomniany! Wydał mi się wysokim (byłem jeszcze mały, rzecz jasna), mocno zbudowanym i dość tęgim mężczyzną około czterdziestki, o dużej okrągłej twarzy; na nosie miał pince-nez w stalowej oprawie, uwiązane na czarnej wstążeczce. Włosy nosił ostrzyżone krótko, na niemiecką modłę, ale ciepły, inteligentny błysk w oku sprawiał, że pokochałem go od pierwszego wejrzenia.

Pragnę w tym miejscu dać wyraz najserdeczniejszej wdzięczności dla tego wspaniałego człowieka. Mój drogi, kochany Panie Theodorze! Początkowo udzielałeś mi lekcji jak każdy zwykły nauczyciel. Zaczynaliśmy od historii Niemiec, geografii, łaciny, i — jakże groźnej i nienawistnej mi — matematyki. Znakomicie potrafiłeś zaznajomić mnie z tymi rozmaitymi przedmiotami, a ja gorliwie chłonąłem każde wypowiadane przez ciebie słowo. Formułowałeś myśli, posługując się jasnymi, precyzyjnymi, zrozumiałymi dla mnie terminami, tak że słuchanie cię było czymś przyjemnym i ekscytującym.

Co do matematyki — to mój brak zainteresowania okazał się wprost katastrofalny. Często gniewałeś się, chodziłeś nawet na skargę do profesora Bartha — wszystko na próżno. Wielki Pitagoras czy Euklides, szlachetna nauka algebry nudziły mnie śmiertelnie!

— Dlaczego każe mi pan sprawdzać ich teorie? — protestowałem zrozpaczony. — Wierzę w nie bez zastrzeżeń.

Jednakże po kilku burzliwych lekcjach dostrzegłem — jestem tego całkowicie pewny — twoje mrugnięcie oka, a w spojrzeniu wyczytałem sympatię i skrywane zrozumienie dla moich ciężkich doświadczeń. Wiedziałeś doskonale, że nieznajomość wyższej matematyki nie zaszkodzi mi w przyszłości. Od tej chwili — dzięki tobie — życie stało się dla mnie nieprzerwanym pasmem radosnego zdobywania wiedzy. Odkryłeś przede mną filozofów wszystkich czasów — Platona, Sokratesa i Arystotelesa, później zaś Kanta i Schopenhauera. Razem czytywaliśmy Tako rzecze Zaratustra Nietzschego, a ja byłem urzeczony pięknem jego prozy, znacznie mniej tokiem rozumowania, choć pierwsze jego dzieło, Narodziny tragedii, w którym tak jasno wykłada różnicę między muzyką a innymi dziedzinami sztuk pięknych, zyskało moją całkowitą aprobatę. Kiedy zabieraliśmy się do historii, bardzo szybko odchodziłeś od suchego tekstu podręcznika i wiodłeś mnie w podróż poprzez stulecia ludzkich doświadczeń, ukazując, jak błędy — żądza władzy i zło tkwiące w ludziach — zaciążyły na czasach, w których żyjemy.

W chwilę potem otwierałeś mi oczy na piękno życia we wszystkich jego odmianach, na nieskończone możliwości, jakie życie nam ofiarowuje, a jednocześnie budziłeś we mnie odwagę do stawiania mu czoła.

Książki, które dawałeś mi do czytania, stały się na zawsze moimi najwierniejszymi przyjaciółmi, dzięki Tobie poznałem Goethego, Heinego, Kleista, Balzaka, Maupassanta, Dostojewskiego, Gogola i Tołstoja; mając lat jedenaście, byłem pod ich przemożnym wpływem. Tak, traktowałeś mnie jak dorosłego, z wyrozumiałością i widocznym zainteresowaniem wysłuchiwałeś moich uwag i opinii, tolerując nawet ostro sformułowaną krytykę.

Za wszystko to dziękuję Ci, mój drogi Theodorze Altmann, dziękuję z całego serca.

5

Matka musiała wracać do domu, żeby zająć się resztą rodziny, zaczęła więc gorączkowo rozglądać się za lokum, a także odpowiednimi ludźmi, którym mogłaby powierzyć pieczę nade mną. Nie było to łatwe zadanie. W większości Familienpension — jak je nazywają Niemcy — wzdragano się przed przyjęciem pianisty, nie życzono sobie bowiem kłopotliwych ćwiczeń, a nadto obawiano się odpowiedzialności związanej z opieką nad malcem w moim wieku. Mama nigdy nie zdradziła mi, w jaki sposób zdołała wreszcie sprawę załatwić, ale znalazła na koniec odpowiednie — jej zdaniem — miejsce i osobę.

Frau Johanna Rosentower, kobieta po sześćdziesiątce, była wdową po zamożnym kupcu. Urodziła się w Polsce i nadal, choć z pewną trudnością, mówiła po polsku. Mąż pozostawił ją ze skromnymi dochodami, obszernym eleganckim mieszkaniem, trzema córkami i synem, który wyjechał do Londynu i odtąd słuch po nim zaginął. Jedynym sposobem utrzymania mieszkania i prowadzenia dostatniego życia było wynajmowanie pokoi młodym dziewczętom przybywającym do Berlina głównie dla nauki języka niemieckiego. Obecnie dom przekształcony został w pensjonat dla młodych panien. Właśnie tam miałem spędzić kolejne trzy lata życia, ale wyznać muszę, że czułem się jak Achilles — jedyny chłopiec otoczony wyłącznie niewiastami!

Po wyjeździe matki pozostałem pod opieką pani Rosentower. Każda z jej córek była zupełnie inna: najstarsza, Maria, długie chude stworzenie o bardzo czarnych włosach i z nosem przypominającym dziób drapieżnego ptaka, odznaczała się wprawdzie dobrocią charakteru, ale zupełnie brakowało jej wdzięku. Skazana była na staropanieństwo. Jej siostra Elsa, mniej więcej dwudziestopięcioletnia, była dość urodziwa — wysoka, o dumnej postawie, delikatnym nosie i ustach (bardzo ją lubiłem). Najmłodsza z tej trójki, Alice, była brzydka — miała szaro-rude włosy, czerwony, zapuchnięty i wiecznie zakatarzony nos, krótkie, niezgrabne nogi, a na domiar złego antypatyczny charakter. Wszystkie trzy tworzyły muzyczne trio: Maria była pianistką, Elsa skrzypaczką, Alice zaś usiłowała grać na wiolonczeli. Elsa przez pewien czas marzyła o karierze muzycznej, dwie pozostałe nie wychodziły poza amatorstwo. Bezzwłocznie zaadoptowany zostałem przez całą rodzinę i w tej babskiej atmosferze czułem się zupełnie szczęśliwy.

Jeśli idzie o moją edukację muzyczną, Herr Barth, mój profesor i odtąd także opiekun, postanowił udzielać mi prywatnie dwóch lekcji tygodniowo, nie w Akademii, gdzie na każdą lekcję poświęcić mógł najwyżej pół godziny, ale u siebie w domu, gdzie lekcja często przeciągała się do półtorej godziny. Ponadto miałem pobierać korepetycje u jego byłego ucznia, Miguela Caplloncha, pochodzącego z Majorki. Otrzymałem też specjalny przywilej: zezwolenie na naukę teorii, harmonii i gry zespołowej w Akademii Cesarsko-Królewskiej, umożliwił mi to Józef Joachim, który był jej dyrektorem. Od czasu do czasu pozwalał mi także przychodzić w charakterze akompaniatora do jego klasy skrzypiec, co było dla mnie wspaniałą okazją do poznania całej literatury skrzypcowej.

Profesor Barth był postacią imponującą. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był potężnej budowy, ale szybki w ruchach. Szpakowata czupryna zaczynała mu się lekko przerzedzać. Długa broda à la Brahms, koloru soli z pieprzem, oraz sumiaste wąsy pokrywały łagodne raczej usta i podbródek, lecz okulary w złotej oprawie nadawały mu pozory bezkompromisowej surowości.

Budził we mnie przerażenie. Nikt nigdy nie napawał mnie takim lękiem, jak ten sześćdziesięcioletni mężczyzna! Ale widząc po każdej lekcji wielu innych uczniów tonących we łzach, rychło przekonałem się, że nie jestem jedyną jego ofiarą. Traktował nauczanie z jakąś naiwną uczciwością i prawością: miał na przykład wśród studentek kilka Amerykanek z rodzaju tych, które wysyłano do Berlina, by udoskonaliły znajomość niemieckiego, zwiedzały muzea, bywały w Operze i ewentualnie wzięły kilka lekcji gry na fortepianie u jakiegoś sławnego profesora — ot, dla samej tylko przyjemności zaimponowania otoczeniu. Ale nie — profesor Barth nie uznawał takiego podejścia do rzeczy: jego uczennice musiały ciężko i pilnie pracować.

— Nie będę pomagał w okradaniu pani ojca z pieniędzy! — wykrzykiwał. — Jeśli zamiast ćwiczyć na fortepianie, zamierza pani marnować czas w teatrach i na tańcach, to ja na to nie pozwolę. Pani ojciec dowie się ode mnie o wszystkim.

Można sobie wyobrazić, jak blade i wychudzone były owe nieszczęsne dziewczęta po kilku tygodniach takiego traktowania. Musiały zgodzić się na mozolny trud ćwiczenia całymi godzinami.

Mój przypadek był, rzecz jasna, odmienny. Przede wszystkim dlatego, że na teatr i tańce byłem za młody, a zresztą nie mogłem okradać ojca z pieniędzy. Ponadto posiadałem wrodzony dar gry na fortepianie, który można by nawet nazwać talentem, i szybko zorientowałem się, że Barth żywi dlań pewien szacunek. Niebawem zauważyłem nawet, że mnie autentycznie polubił. Od czasu do czasu, zwykle po jakimś udanym występie, w jego oczach pojawiał się czulszy błysk, a na posępnej zazwyczaj, surowej twarzy wykwitał nieśmiały chłopięcy uśmiech. Ale mój Boże, co się działo, jeśli na lekcję przyszedłem nieprzygotowany! Zaczynałem grać, ale uderzywszy fałszywy ton, z przerażeniem dostrzegałem, jak jego długa broda stopniowo unosi się do pozycji horyzontalnej, co znaczyło, że wciągnął dolną wargę i zagryza ją z wściekłości — a potem zaczynało się istne piekło i szatani! Zrywał się na równe nogi, obrzucał mnie obelgami, pięściami walił w fortepian, po czym znikał na jakiś czas. Uspokoiwszy się nieco, z ponurą miną, bez słowa, odsyłał mnie do domu.

Drugi mój nauczyciel, Capllonch, okazał się całkiem inny. Młody jeszcze, bo mający około trzydziestki, był typowym przedstawicielem Europy romańskiej: wesoły, o roześmianych niebieskich oczach, miękkich jasnych wąsach i słonecznym podejściu do muzyki. Kiedy grywał klasyków, na jego twarzy nie było ani śladu tej tak powszechnej wśród Niemców i tak lubianej przez krytyków srogiej miny, mającej świadczyć o „głębi uczuć”. Dla niego muzyka stanowiła najczystszą rozkosz — i rozkosz tę umiał dzielić ze mną. Z zapałem grywaliśmy którąś z symfonii Schumanna w układzie na cztery ręce albo jeden czy dwa kwartety Beethovena, później raczyliśmy się doskonałymi czekoladkami, które zawsze miewał na podorędziu, a wreszcie jako radosne finale Capllonch grał mi coś z ludowej muzyki hiszpańskiej… Uwielbiałem to!

Niestety, idylla nie trwała długo. Profesor Barth, zauważywszy moją sympatię do Majorkanina, poczuł taką zazdrość, że szybko, pod pierwszym lepszym pretekstem, zwolnił kochanego Caplloncha. Zwrócił się też natychmiast do innej swojej dawnej uczennicy, leciwej starej panny, Clary Hempel, by przygotowywała mnie do lekcji z nim na jego sposób, co znaczyło, że należy „skończyć z tą bzdurą szukania radości w muzyce”, traktować pracę z całą powagą, niezmordowanie wygrywać gamy… krótko mówiąc — pogrążyć mnie w mozolnej harówce.