Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prezentowany w niniejszej książce wybór tłumaczeń poetyckich z wielu języków i epok stanowi niewątpliwie znaczący wkład w dorobek translatorski Leszka Engelkinga. Prezentowani przezeń poeci to wybitni twórcy wzbogacający kulturę literacką (m.in.: Dante, Gumilow, Garcia Lorca, Yeats, Lowell) swoich narodów, będący jednocześnie niekwestionowanym dziedzictwem literatury światowej.
Najstarszy tłumaczony w proponowanej książce tekst to hiszpański anonimowy utwór średniowieczny, wiersze najnowsze zaś to przekłady utworów z drugiej połowy wieku dwudziestego. Oryginały prezentowanych dzieł pochodzą z różnych okresów historii, wielu rozmaitych literatur. Oryginalne teksty sytuują się w czasach współczesnych, choć zarazem przekładane utwory nie kryją swej historycznej proweniencji i faktu, że jednym z ich założeń translatorskich jest tu stworzenie słownych artefaktów uzupełniających literaturę docelową, między innymi o dzieła wcześniej w Polsce nieznane. Nie brak również w prezentowanej antologii przekładów konkurencyjnych wobec translacji już istniejących, wpisujących się w szeregi tłumaczeniowe i uzupełniających rozmaite sekwencje translatorskie, stanowiących różne propozycje, które ukazują rozmaite teksty, zderzające się ze sobą w jednej książce w sposoby nieoczekiwane, pobudzające wyobraźnię i często osobliwe.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 69
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© for the Polish translation by Leszek Engelking
© for polish edition by Officyna s.c.
Wydanie I, Łódź 2021
Korekta: Łukasz Urbaniak
Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl
Wydawnictwa Officyna s.c.
93–114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
www.officyna.com.pl, [email protected]
ISBN 978–83–66511–48–4
Publikacja powstała dzięki wsparciu finansowemu Instytutu Literatury w ramach Tarczy dla literatów
Skład wersji elektronicznej
Monika Lipiec /Woblink
ANONIM
średniowiecze, Hiszpania
Weź mnie stąd, góralko, bystro nakłoń ucha,
bo inaczej z gór mnie zabierze Kostucha.
Weź mnie tam w dolinę, daleko, ku rzece,
boć jestem markotny, z chorości z nóg lecę;
weź mnie tam w dolinę, daleko, ku rzece,
bo inaczej z gór mnie zabierze Kostucha.
SEI SHŌNAGON
X-XI w., pisarka japońska
Ciągle noc ciemna,
możesz sobie udawać
pianie koguta
i tak cię nie przepuszczą
przez rogatkę w Ausaka.
DANTE ALIGHIERI
1265–1321, poeta włoski
Wy, którzy trzecie niebo w ruch wprawiacie,
Słuchajcie mowy, co wprost z serca bucha!
Bo nie dla innych moje dziwne słowa
W niebie, co waszych mocy pilnie słucha
(Istoty cudne i w cudownej szacie),
Zdecydowana mych losów osnowa.
Jednakże owa o mym losie mowa
Ku wam wysłana przecie niedaremnie.
Niech w was mym słowom nic dzisiaj nie przeczy,
Bo serce moje dziwne mówi rzeczy
O tym, że dusza łka żałośnie we mnie,
I że duch jakiś z nią dysputy wodzi,
Co po promieniach waszej gwiazdy schodzi.
Ulgą smutnego serca często była
Pewna myśl słodka, która wiele razy
Drogę do Pana stóp odnajdywała
I tam widziała niewiastę bez skazy.
A powieść o niej tak się zdała miła,
Że dusza moja do lotu już wzdycha,
Lecz na nic – ktoś ją przegania, odpycha,
Ten ktoś mnie chwyta, wtrąca do więzienia
I serce moje wprawia w dygotanie.
On każe spojrzeć – wielkie to zadanie –
Mówi: „Ten ujrzy rozkosze zbawienia,
Kto w oczy damy tej spojrzy wbrew lękom,
Przed westchnieniami i ich wielką męką”.
Ta myśl pokorna, która do mnie gada
Wciąż o aniele w niebiańskiej koronie,
Wroga spotkała, co sieje zniszczenie.
I mówi dusza, a w smutku już tonie:
„Och, litościwa znikła, biada, biada!
Gdzież teraz znajdę jakie pocieszenie?”
I oczom moim objawia strapienie:
„Dlaczego kiedyście na nią patrzały,
Nie pomyślałyście o troskach duszy,
Przecież mówiłem: jej oko poruszy
Moc, co mnie równych na śmierć skazywała.
Lecz próżne słowa, próżne wszelkie próby,
Muszę w nie patrzeć, w przyczyny mej zguby!”
„Nie jesteś martwa, tylko przerażona,
Duszo, poniechaj niepotrzebnych jęków” –
Duszek miłości na to się odzywa –
„Ta bowiem dama, wszelkich pełna wdzięków,
Takiej przemiany w twym życiu dokona
Że już cię bierze trwoga osobliwa,
Lecz ona skromna jest i litościwa
Mądra, łagodna, grzeczna w swej wielkości!
Spójrz, poznaj, zwij ją swą panią prawdziwą
A jeśli umysł zbierze wzroku żniwo,
To ujrzysz takie wielkie wspaniałości,
Że wołać będziesz: „Miłości, królowo
Jam twoja służka, rzeknij tylko słowo!”
Kancono, myślę, że się tu zgromadzi
Niewielu takich, co treść twą wybada,
Bo mowa twoja trudna i splątana,
Lecz jeśli taka ci dola przypada,
Że przed umysły twa droga prowadzi,
Dla których treść twa ma zostać nieznana,
Witaj je, pieśni ma umiłowana,
I mów im, w słowach tych znajdziesz osłodę:
„Zważcie przynajmniej na moją urodę!”.
ARAKIDA MORITAKE
1473–1549, poeta japoński
Kwiat spadł z gałęzi,
a teraz na nią wraca.
Ach, więc to motyl.
ROBERT HERRICK
1591–1674, poeta angielski
Wiśniem płaczącą widział. Przecz płakała?
Gdzie łez przyczyna? Wstyd to sprawił,
Czerwień czerwieńszą nad własną uźrzała,
Traf Julii wargi mej tam stawił.
Alić, głuptasku śliczny, wściągnij żale,
Niech łez nie płyną już strumienie,
Wszak karbunkuły, szkarłaty, korale
Ta barwa wprawia w podziwienie.
HENRY VAUGHAN
1622–1695, poeta angielski
Odeszli wszytcy do świata światłości!
A ja zostałem tu dalej samotny;
Lecz ich wspomnienie promieniem jasności,
Wlewa się w myśli moich bieg markotny.
Ono połyska w piersi mojej chmurze
Jak gwiazdy wzeszłe ponad ciemne gaje
Albo poświata, co okrywa wzgórze,
Gdy słońce zgasło i noc już nastaje.
Widzę jak kroczą przyodziani w chwałę
Depcząc obecne dni mojego życia,
Te dni przyćmione, mdłe i oszroniałe,
Będące łupem próchnienia i gnicia.
Nadziejo święta! O, pokoro wzniosła,
Wzniosła jak niebios przestwory nad głową!
Tyś mi dróg swoich obrazy przyniosła,
Aby rozpalić miłość mą lodową,
Cudowna śmierci, ty prawych klejnocie,
Świecący tylko w najczarniejszym cieniu,
Jakich tajemnic proch twój kryje krocie,
Co niedostępne ludzkiemu spojrzeniu!
Kto znalazł gniazdo, ten łatwie dostrzega,
Że ptak odleciał, ale w jakim borze
Teraz śpiew jego dźwięczny się rozlega ‒
Tego odgadnąć człek owy nie może.
Lecz jak anioły niekiedy człowieczą
Duszę wzywają w snach jasnych do siebie,
Tak myśl ucieka czasem marnym rzeczom
I widzi chwały prawej blask na niebie.
Kiedy się gwiazdę zamknie w ciasnym grobie,
Jej płomień musi znosić to więzienie,
Lecz wróć jej przestrzeń, a w tej samej dobie
Rozjaśni niebios szerokie sklepienie.
Ojcze żywota wiecznego i wszego,
Co ma na sobie piętno chwały żywej,
Z obierzy świata prowadź ducha Swego
W jasną krainę wolności prawdziwej.
Albo mgły rozprosz, co się ciężko wloką
Przed mą lunetą, kryjąc widok nieba,
Albo mnie przenieś na górę wysoką,
Gdzie już szkieł żadnych nie będzie mi trzeba.
HANS AßMANN VON ABSCHATZ
1646–1699, poeta niemiecki
Pytasz zdziwiona: „Cóż ten okrzyk znaczył,
To «ach» donośne, kiedyś mnie zobaczył?”
Ono znaczyło: Ach! W piękna powodzi,
Popatrzcie, tonie twarz umiłowanej.
Patrzcie! Po ścieżce, ach, ach, ach, różanej
Śmierć moja, słodka śmierć nadchodzi.
JOHN WILMOT, HRABIA ROCHESTER
1647–1680, poeta angielski
O jedenastej wstaję, o drugiej zjeść lubię,
Przed siódmą nieodmiennie mam już dobrze w czubie.
Posyłam po swą dziwkę, bojąc się rzeżączki,
Spuszczam jej się do jednej albo drugiej rączki,
Na jej łono zaś rzygam, potem drzemy koty,
Tak długo, aż zasypiam, a rączka niecnoty
Skrada się do kieszeni mojej, potem suka
Wymyka się ode mnie, zemsty bowiem szuka
Za afront, a że nie zna, ścierwo, żadnej miary,
Zarazem mnie pozbawia złota i swej szpary.
Wściekam się, wrzeszczę, ryczę, stekiem obelg bucham
I, tęskniąc za kurewką, swego pazia rucham.
Zaczem walcząc z pochmielem, sztorcuję swych ludzi,
Ziewam, aż jedenasta znów krew w żyłach zbudzi.
BASHŌ
(MATSUO MANEFUSA) 1644–1694, poeta japoński
Nowy rok, kiermasz,
ach, choć raz go odwiedzić,
kupić trociczek.
Poduszka z trawy.
Czy i pies także moknie?
Odgłosy nocy.
Więc to już wiosna…
Na bezimiennej górze
leciutka mgiełka.
Czyste kaskady.
Pośród fal nieskalanych
wiosenny księżyc.
Wreszcie, zmęczony,
dobrnąłem do noclegu –
kwiaty glicynii.
Wiosna się kończy,
płaczą ptaki, ryb oczy
także łez pełne.
Dokoła cisza
i nagle głos cykady
świdruje skałę.
Ileż różności
przywodzą mi na pamięć
te kwiaty wiśni.
Niedługo umrze,
ale nie słychać tego
w głosie cykady.
Opowieść mniszki
o dawnych dniach na dworze,
śniegi dokoła.
Prócz mnie nikt teraz
nie wędruje ta drogą,
jesienny wieczór.
JUANA INÉS DE ASBAJE RAMÍREZ DE SANTILLANA
(JUANA INÉS DE LA CRUZ) 1651–1695, poetka meksykańska
To, które widzisz, tęczowe złudzenie,
te sztuczki sztuki aż nad miarę żywe,
te sylogizmy kolorów fałszywe
to tylko zmyślne jest zmysłów zwodzenie;
to, czym pochlebstwa podłego strumienie
chcą lat mijanie rozmyć przeraźliwe
i zwyciężywszy czasu zło straszliwe,
ukorzyć starość, pobić zapomnienie,
to wszystko ‒ próżnych forteli koroną
i kwiatem wiotkim przeciw wiatru złościom,
i niepotrzebną przed losem osłoną,
i nierozważną, głupią gorliwością,
i marnym znojem, i nadzieją płoną,
i trupem, pyłem, popiołem, nicością.
O, różo boska i rozkoszna, która
rozkwitasz pełna wonnej subtelności,
tyś szkołą gracji, mistrzynią gładkości,
tyś śnieg uczony, misterska purpura;
w tobie początek ma architektura,
tyś jest exemplum próżnej wykwintności,
w tobie kolebki wesołość w jedności
ze smutkiem grobu złączyła natura.
Jakżeś wyniosła i zarozumiała,
pychy twej ‒ śmierci groza nie zamąca!
A potem, słaba, zbladła i omdlała,
znaki posępne dajesz, bliska końca!
Życie twe ‒ głupstwo, śmierć ‒ mądrości chwała,
żywa tumanisz, nauczasz ginąca.
Przecz na mnie, Świecie, wylewasz swe złości?
Czym cię obrażam, wszak pragnę jedynie
pogrążyć piękność w myśli mej głębinie,
a nie myśl moją w głębinie piękności?
Nie dbam o skarby ani namiętności,
a przeto radość się we mnie rozwinie,
nie kiedy umysł w mocy skarbów zginie,
lecz gdy moc Skarbów w umyśle zagości.
Gardzę urodą, co w klęsce się miota,
jest jeńcem czasów, gnije w ich więzieniu,
nie uweseli mnie kłamany blask złota,
boć na tym stawiam węgielnym kamieniu:
trzeba wypalić marności żywota,
miast żywot spalić w marności płomieniu.
Miłość zaczyna się wielkim wzburzeniem,
troską i żarem, męką bezsenności;
pośród trafunków roście, wątpliwości,
karmi się płaczem i błagań westchnieniem.
Chłód, obojętność są jej nauk rdzeniem,
hartuje siebie wśród przebrań wielości,
w końcu obelgi i ostrza zazdrości
każą jej zgasić ogień łez strumieniem.
Początek, przebieg i jej kres jest taki!
Czemu o Celii mówisz: „wstrętna, podła”,
ona cię kiedyś przecie miłowała.
Ból ci się daje straszliwie we znaki,
ale, Alcynie, miłość cię nie zwiodła
dobiegła końca. Ot i sprawa cała!
KYORAI
(MUKAI KYORAI) 1651–1704, poeta japoński
Skalne krawędzie,
jeszcze ktoś tutaj przyszedł
odwiedzić księżyc.
RANSETSU
(HATTORI RANSETSU) 1654–1707, poeta japoński
Pierwszy dzień roku,
wróble prowadzą w słońcu
długie dysputy.
Jesienny księżyc
rysuje tuszem sosnę
na sinym niebie.
YOSA BUSON
1716–1783, poeta japoński
Chłód mnie przeniknął,
w sypialni nastąpiłem
na grzebień zmarłej.
Ze smutkiem w sercu
wszedłem na wzgórze, patrzę
krzak róży kwitnie.
Późno już, w sklepach
gasną powoli światła.
Spadł deszcz wiosenny.
Zieloną śliwkę
ślicznotka spróbowała,
teraz się marszczy.
Smutny aromat!
Gałąź kwitnącej śliwy
w zmarszczonej dłoni.
Kwitnąca grusza.
Kobieta czyta liścik
w świetle księżyca.
ALEKSANDR PUSZKIN
1799–1847, poeta rosyjski
Już czas, najmilsza, czas! o spokój serce prosi,
Za dniami biegną dni, a każda z chwil unosi
Okruch istnienia, dziś snujemy razem plany
Wspólnego życia, lecz zgon przecie nam pisany.
Nie zna, co szczęście świat, lecz wolność zna, wytchnienie:
Godzien zazdrości los, moje od lat marzenie.
Dawno, znużony rab, z myślą, by zbiec, się noszę
Gdzieś, gdzie trud znajdę i czyste jak śnieg rozkosze.
Na stepie świata – smutnym i bez brzegu
Woda trzech źródeł tajemnie wytryska:
Źródło młodości, zdrój buntu, rozbiegu,
Kipi i pędzi, i szumi, i błyska.
Źródło Kastalskie – to falą natchnienia
Na stepie świata wygnańców napoi
Ostatnie, chłodne źródło zapomnienia
Z wszystkich najsłodsze – żar serca ukoi.
FIODOR TIUTCZEW
1803–1873, poeta rosyjski
O, jak o zmierzchu naszych dni
Czulej kochamy i przesądniej…
Niechaj ostatnia miłość lśni
Żegnalnym światłem zórz zachodnich!
Połową nieba władnie cień,
Niech na zachodzie blask zostanie,
Niech się zatrzyma jeszcze dzień,
Trwaj, ciągle trwaj, oczarowanie.
Niech nawet w żyłach zbraknie krwi,
W sercu nie zbraknie mi czułości…
Tyś jest, miłości późnych dni,
Z rozkoszy i beznadziejności.
JAN NERUDA
1834–1891, poeta i prozaik czeski
4
Ileż gwiazdek tutaj trzepoce,
jak pszczół w locie ileż się roi! –
A ta jedna jedyna czemu
tam na boku samotna stoi?
W dal z zadumą chwilami patrzy,
a jej lica tak blade, tak inne,
to jest chyba gwiazda młodziutka –
w oku światło całkiem dziecinne.
Tylko czasem spojrzy gdzieś tęsknie
i wstydliwie swych myśli słucha –
a ja sądzę, że i ta gwiazdka
jak turkawka z miłości grucha.
Tych wirujących planet rój
i drobne ich odpryski
w szeroki wyleciały świat
ze Słonka, swej kołyski.
Tych wirujących planet rój
trochę pożyje sobie
i rzuci swój szeroki świat,
by w Słonka legnąć grobie.
GUSTAVO ADOLFO BÉCQUER
1836–1870, poeta hiszpański
XVII
Dziś ziemia i niebiosa uśmiechają się do mnie;
dziś duszę mi wypełnia słońca jasność błoga;
dziś widziałem ją…, ona dziś na mnie spojrzała…
Dziś wierzę w Boga!
XXIII
Za jedno spojrzenie świat cały;
za jeden twój uśmiech – raj, niebo,
za pocałunek zaś jeden… och, nie wiem,
co mógłbym ci oddać za niego!
JULIUS ZEYER
1841–1901, poeta, prozaik i dramaturg czeski
Mówił król w gwałtownym gniewie:
„Sławę swoją niesplamioną,
serce swoje bohaterskie
całe u twych stóp złożyłem,
kark skłoniłem, co ukłonów
nigdy przedtem się nie uczył,
przed pięknością twą, o pani -
nadaremnie!… A ty? Proszę!
Oczy twoje ubóstwiane,
co mnie ledwie dostrzegały,
gdym ja patrzył w nie jak w niebo,
dokąd oczy twe uciekły?
Pełne łez i zlitowania
i miłością wygwieżdżone
zbiegły w oczy męża, który
nie ma sławy ni majątku,
ni nazwiska szlachetnego ‒
jemu, pani, miłość dałaś
jak jałmużnę ubogiemu!“
Ze spokojem mu odrzekła:
„Prawdę powiedziałeś, królu!
Dałam miłość swą mężowi,
co nie zdobył sobie sławy,
ubogiemu, bez nazwiska.
Śmiej się albo gniewaj, panie ‒
moje serce się raduje!
W tej pokorze waszej, królu,
wielka pycha była na dnie!
Wasza źle ukryta pycha
moją pychę podrażniła.
Lecz się pycha w proch rozpadła
przed nią, królu, przed wielkością
nie znającą samej siebie.
Wierz mi, panie, z jego oka
do mych oczu modły biegły
jak wołanie z głębokości!
Był piękniejszy w owej chwili
niż ty, królu, niż ktokolwiek!
Utonęła moja dusza
w jego duszy, tam trwać będzie
w nieskończonym miłowaniu!“
PAVOL ORSZÁGH
(HVIEZDOSLAV) 1849–1921, poeta słowacki
Kiedy słońce już zajdzie, a noc ciemne skrzydła
okami gwiazd usiane rozpostrze nad światy,
pasje ludzkie z pól czynu wracają do chaty
jak do schroniska ula pszczół złote świecidła.
Znów wniknie w siebie człowiek, zdjęty z motowidła,
wirował wciąż jak Iksjon, omal do zatraty,
znów wejdzie w siebie człowiek, odrzucając szaty,
do sali, którą zdobią wizyj malowidła.
Tam w domu jest, gdzie chce go widzieć przeznaczenie,
jako ptaszę w pułapce umknął zmysłów pętom
i pełnym życiem żyje – w sobie i dla siebie.
Dopiero kiedy rzuci w wieczorne płomienie
swe ziemskie namiętności, znajdzie drogę świętą
i choć tkwi na tym świecie, będzie przecież w niebie.
O, pięknie zbudowałeś swój dom, wielki Boże!
Bezgraniczny na zewnątrz, wewnątrz doskonały;
tyś nie tylko architekt, tyś Pan pełen chwały,
który wszystko, co stworzył, unicestwić może.
Światy – widzę – się budzą i kładą się w łoże;
na śmierć idą, albowiem z materii powstały.
Lecz ja, robak, śmiem wołać, że nie umrę cały!
Co na to wszechświat powie? Ja się nie zatrwożę.
Wiem o dźwiękach i ruchach, wiem, co ich warsztatem;
dzieło mistrza nad mistrze mi się pokazało;
tu jest cudownym pąkiem, tam rozkwitłym kwiatem...
Dość! Chcę widzieć twarz Stwórcy, choć przez chwilę małą.
Daj rękę, przewodniku, idźmy ponad światem
schodami gwiazd do góry, dalej, w górę, śmiało!
Skry zapału splatają się w życia osnowy!
Żaden cień nie zagasi jasnego promienia;
zapał w porze miłości w krynicę się zmienia,
on skrzepi mięśnie, język on uskrzydli słowy.
Da śmiałość, piękno twarzy, cios pięści stalowy,
na złoto pierś przetopi świętością płomienia;
poda zbroję, sztandarem sprawdzi moc ramienia
i otoś do poświęceń i chwały gotowy!
I przetoczy się burza, i biesy rozwieje,
w złote żniwo się złote wykłoszą nadzieje
i trofeum wieczyste światu zajaśnieje.
Zstąp, huraganie Ducha, zstąp i dowiedź tego,
że człowiek to byt wyższy, porwij, rozpalże go –
orły w nim z gniazd do nieba wzlecą gwiaździstego.
To róży błysk ostatni! A cóż ona?
Wie to, stąd dzisiaj wspaniałość i pycha,
aż iskrzy pięknem; ale przy tym wzdycha,
bo piękno z niej opadnie, zapach skona.
Wie: jutro w nocy do ciepłego łona
podstępną perłą mróz wkradnie się z cicha,
niby trucizny kropla do kielicha;
i za dnia cienia ją skryje zasłona.
Dziś Bartłomieja: żyjmy… bo już blisko
ból śmierci, który wzbije gęste dymy,
tam gdzie kwiat pachnie, lśni piękna ognisko.
Dziś Bartłomieja. Znowu czuję drżenie,
krok tylko ma już do granicy zimy
me serce, głowa, całe me istnienie.
O, życzcie wy mi ciszy i spokoju,
od codziennego zgiełku jestem chory!
Goniąc za zyskiem, nie pójdę do boju
i o rupieci garść nie dla mnie spory.
Brak zrozumienia chyba nam sądzony,
nasze płomienie rwą się w różne strony:
wasz z góry na dół, mój do góry z dołu;
wasze ołtarze interes spowija,
z moich zaś geniusz skrzydlaty się wzbija,
jak nam ofiarę sprawować pospołu?
Co was zachwyca, temu jam niechętny;
inny niż wasze cel wabi mi oko,
gdy wy do ciasta kwas dajecie mętny,
mój duch wzlatuje do światła, wysoko,
i tam z harmonii słodkiej pije zdroju…
O, życzcie wy mi ciszy i spokoju!
Chęcią porwani śmiałą,
pragniemy ziemię całą –
po lody Antarktydy,
w zachwyt dziełami wprawić,
a prochom swym postawić
w dodatku piramidy.
A gdy po trudach wielu
bilansu czas u celu,
jak zysk nie zginie w stratach,
na igłę się go wbija…
Kłąb pyłu człowiek wzbija.
pył skryje go po latach.
JAROSLAV VRCHLICKÝ
1853–1912, poeta, prozaik i dramaturg czeski
Po źdźbło miłości – choć na świata kraj,
szedłbym z odkrytą głową, szedłbym bosy,
szedłbym przez śniegi – bo w mej duszy maj,
szedłbym w wichurze – wszak śpiewają kosy,
szedłbym w upale – w sercu perły rosy.
Po źdźbło miłości – choć na świata kraj,
jak dziad, co żebrze u drzwi wniebogłosy.
Śpi słońce w lśniącym płaszczu twoich włosów,
księżyc spoczywa na twym białym czole,
blask ranka na ramieniu twym i ręce,
gwiazd żarem chlubić się mogą twe oczy,
korali połysk twoje opanował usta,
lecz dusza lilii mieszka na twych piersiach.
Jak wonne perły w amarylków piersiach
tak blaski grają w nurtach wonnych włosów,
słodyczą wionie, gdy otwierasz usta,
światło księżyca nocą masz na czole
a gdy w punkt jeden wbijesz wielkie oczy,
rwą się do ciebie oszalałe ręce.
Kiedy blask słońca oświetli ci ręce,
dziko się szarpie, płonie serce w piersiach,
gdy cień wieczora przyciemni ci oczy,
zda się: noc spływa na ziemię z twych włosów,
a gdy twa ręka leży na mym czole,
do pocałunków tęsknią drżące usta.
Rajski ptak śpiewa, gdy otwierasz usta,
jak ptaka duszę moją trzymasz w ręce,
nie jest ukryte w skał zmarszczonym czole
złota tak wiele, co w twych białych piersiach.
Mocną i gęstą sieć uplotłaś z włosów,
tym, kto się złapał, były moje oczy.
Jak tęcza w słońcu mienią się twe oczy,
gdy ci milczenie pieczętuje usta,
gdy cię zakrywa tylko woal włosów,
gdy jak amfora w górze składasz ręce,
trzepocze ważka żądzy na twych piersiach,
a żarny motyl wstydu siada ci na czole.
Wierz mi, najmniejsza zmarszczka na twym czole
łez połysk, które mgłą kryją twe oczy,
skrzydło westchnienia, co drży w twoich piersiach –
to jest muzyka; niech znają twe usta
śmiech tylko, niech twe błogosławią ręce,
z głowy nie może spaść ci żaden z włosów.
Zamykam oczy, całując twe usta,
i składam ręce, pozwól na swych piersiach,
słodki na czole moim cień twych włosów!
Błogosławiony włos twój ‒ puszysty, wspaniały,
który na skronie spada złocistą lawiną,
w słońcu wrześniowym skrzy się jak górskie kryształy,
a w cieniu, gdy otula twe uszko, dziecino,
zda się w światłość swej kory przybraną leszczyną!
Słodsze niż południowy zmierzch roztacza wonie.
więcej w nim iskier niźli gwiazd na nieboskłonie,
jak lilija nim błyska twój kark śnieżnobiały.
Daj mi u stop twych marzyć nim światy przeminą -
gładzić włos twój jedwabny słodziej niż pić wino!
Jest niby kłos Demeter ‒ pełny, ociężały,
czasem zda się schyloną w sitowiu łoziną.
zawsze zeń może buchnąć płomień rozszalały:
tak mirt nagle rozbłyska za ptaka przyczyną,
co nieśmiertelność czując w ogniu staje z drwiną.
Feniksem tym twa młodość, jej żary wciąż płoną,
nad piękności twej czołem jarzą się koroną
i lśnią w długich rzęs cieniu gwiazdą pełną chwały.
Daj mi u stóp twych marzyć nim światy przeminą,
gładzić twój włos jedwabny słodziej niż pić wino!
Rozpuść włos, rozbij tamę! Tak lecą na skały
wód kaskady, lecz w dole na skałach nie giną,
niech wszystkie me tęsknoty, nadzieje i szały
płyną w ślad, ku tym jasnym promieniom niech płyną,
niech się na nich huśtają! Owadzią rodziną
są moje pocałunki, miły czyniąc hałas
wlecą w nie i uplotą z nich pachnący szałas,
gdzie w czas miłości schowa się Amor zuchwały,
w czas co będzie u stóp twych szczęśliwą godzina ‒
gładzić twój włos jedwabny słodziej niż pić wino!
Przesłanie
Jak ananas rozcięty na złote kawały,
w których lśni każda pestka diamentu drobiną,
serce swe, co opiewa wciąż twój włos wspaniały,
podaję ci, o niech mnie twe łaski nie miną! ‒
Gładzić twój włos jedwabny słodziej niż pić wino!
O cudzie nóg i ramion, nagie, smukłe lśnienie!
O żądze nieskończone w twym oku płonące!
O bioder alabastry namiętnością drżące!
O sieci zapuszczone w kędziorów strumienie.
Śpiew syren, trąba sądu, archaniołów pienie,
sen sfinksa, który przespał już lat trzy tysiące,
tym wszystkim mnie wołają twoje biodra drżące.
to wszystko w raj mnie wabi, w nagie, smukłe lśnienie.
Zamykam oczy, zewsząd ciemność na mnie spada,
tylko gwiazda twej szyi płonie nocą blada,
zda mi się: samo Piękno obejmuję oto.
O misterium! O wielkie pocałunków żary!
Ognisko łez płomiennych, zapomnień bezmiary!
O pąki piersi wonne! O kędziorów złoto!
Już północ głaz ciemności wlecze z dali.
już śpiące miasto w cień otula szary;
wszystko zamarło, mgła wyczynia czary.
ruch dzienny, zda się, zniknął w rzecznej fali.
Latarnia mętnie w oparach się pali,
rząd czarnych klinów malują filary
na wodzie, słychać jej leniwe gwary
jakby umarli w grobach rozmawiali.
Ciemnieją domy jak ruin szkielety.
majaczą wieże, mglą się drzew bukiety,
po które sięga ręka Nocy naga.
Nagle baśń stara w myśli się rozplata
staje woźnica w pustkach, strzela z bata
i mówi: „Tutaj była kiedyś Praga”.
Gdym po raz pierwszy pozdrawiał twe fale,
wstrząsałeś brzegi w dzikiej burzy szale,
niebu, co groźnie ponad tobą grzmiało,
przeciwstawiałeś swa wściekłość wspaniałą,
skrywszy swój bezmiar w gęstych mgieł zawoje,
wołałeś: „Popatrz, oto piękno moje!”
Teraz odjeżdżam. Ostatni raz oko
widzi toń twoją ‒ swobodną, szeroką,
dziś uśmiechnięty z niebiosami gwarzysz,
wśród róż jutrzenki cicho, cicho marzysz,
z blaskiem igrają twe falę przejrzyste…
Przecz się uśmiechasz? ‒ O, bo wiesz, zaiste,
że choć odjadę za góry i rzeki,
dusza twym więźniem zostanie na wieki.
KONSTANTIN FOFANOV
1862–1911, poeta rosyjski
Dwa królestwa poety: to jedno zachwyca
Lazurem i jasnością, bo lśnią w nim promienie;
To drugie jest ciemniejsze niż noc bez księżyca,
Wilgotne i ponure jak głuche więzienie.
W ciemnym leniwie płynie chmurnych dni ławica,
W lazurowym zaś błyska piękne okamgnienie.
1882
WILLIAM BUTLER YEATS
1865–1939, poeta irlandzki piszący po angielsku
Tam koło wierzbowych ogrodów z najmilszą mą się
spotkałem;
Przebiegły wierzbowe ogrody jej stópki niby śnieg białe.
Mówiła, bym miłość brał lekko, jak liście rosną w ogrodzie,
A ja byłem młody, szalony, nie śniło mi się o zgodzie.
Na polu nad rzeką przy grobli razem z najmilszą mą stałem,
Na moim ramieniu oparła swe ręce niby śnieg białe.
Mówiła, bym życie brał lekko, jak trawa rośnie nad rzeką,
Lecz ja byłem młody, szalony, teraz mnie gorzkie łzy pieką.
Wstanę teraz, by pójść ku wyspie Innisfree,
Chatka z gliny i łóz na środku wyspy stanie:
W dziewięciu rzędach groch i ul, i pszczoły, i
Mieszkanie będę miał na pełnej pszczół polanie.
I znajdę spokój tam, gdzie świerszczy śpiewny gwar,
Spokój z poranka mgieł powoli spłynie w końcu;
Północ tam zawsze lśni, błyszczy południa żar,
A purpurowy zmierzch pełen jest skrzydeł dzwońców.
Wstanę teraz, by pójść, bo słyszę fali głos,
Choć plusk, gdy liże brzeg, ledwie się wsącza w ciszę;
Jezdni pod stopą bruk, chodnik czy asfalt szos,
Słyszę go dzień i noc, na serca dnie go słyszę.
Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby ‒ w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.
Płaszcz oto pieśni mej szyję
Haftami pokryty wszędy:
Dzieje pradawne, legendy
Od stóp po samą aż szyję;
Lecz paru głupców go wzięło,
Chcą nim zadziwić świat cały,
Jakby to było ich dzieło.
Daj im go, pieśni, nie szkodzi,
Wszak stokroć więcej w tym chwały,
Kiedy się nago chodzi.
Trwóg i nadziei wyzbyta
Jest śmierć zwierzęcia w kniei;
Człowiek koniec swój wita
W trwodze, pełen nadziei;
On umarł wiele razy,
Raz po raz znowu powstaje.
Wielki człowiek bez skazy
Widzi morderców zgraję,
Drwina jest w jego dumie
I drwiąc żegna się z życiem;
On śmierć na pamięć umie –
Człowiek – śmierci stworzyciel.
Stara strażnica bliznami okryta,
Godzinę wybił ślepy eremita.
Miecz, co swym ostrzem wszystkiego dosięga –
Nosi go jakiś szalony łazęga.
Jedwab i złoto na ostrzu zuchwałem,
Tak oto razem piękność lęgła z szałem.
Już pieśń wspaniała nie odmieni biegu,
Lecz to, co słychać, uszy nasze chwalą:
To grzechotanie kamyków na brzegu
Pod cofającą się odpływu falą.
Najpierw z ciałem wojnę toczył,
Zwyciężyło, proste kroczy.
Z sercem stoczył bój zajadły,
Niewinność, spokój – przepadły.
Z umysłem zmagał się śmiało,
Dumne serce gdzieś zostało.
Do walki z Bogiem się pręży.
O północy Bóg zwycięży.
Sądzisz, że to okropne, bo żądze i złości
Ciągle skaczą i skaczą wokół mej starości;
A za młodu nie były gorszące dla ludzi.
Jakaż inna ostroga do śpiewu pobudzi?
OTOKAR BŘEZINA
1868–1929, poeta i eseista czeski
Do wtóru źródłom ukrytym dzień mój pieśń swoją śpiewał
na brzegu melancholijnym.
Smutek dawnego życia, z któregom wyszedł, wionął
z zapachów,
z drzew rozgwaru, z ciężkiego brzęczenia owadów
nad wodą
i całe wieki zaległy między kwiatami a dłonią mą kwiaty rwącą,
między mym wzrokiem a światem tajemnym,
co niemych pytań tysiącem w duszę moją spoglądał.
Chmury przyćmiły słońce nad horyzontem. Dusza pytała
wiatru:
Te chmury ‒ czy tutaj przychodzą, czy może odchodzą
stąd raczej?
Milczał wiatr wszelki, a wody były gładkie jak posłuszne
zwierciadła,
gwiazdy, jak iskry gasnące wśród zimnych fal mórz świetlistych,
kipiały, szumiały nade mną, mym oczom niewidzialne:
Światło umiera z nadejściem jeszcze większego światła,
jeszcze większego, większego światła.
JOSÉ JUAN TABLADA
1871–1945, poeta meksykański
Błota grudy:
po ścieżce w półmroku
skaczą ropuchy.
Cały park wypełniają suche liście;
nigdy na tylu drzewach wiosną
nie zdarzyło mi się ich widzieć.
Na gałąź nagą przyleć,
motylu nocny,
przywróć jej suche liście swych skrzydeł.
Pełnia dziś strasznie jasna,
pełznie po pajęczynie,
więc pająk snu nie zazna.
Morzem jest noc ciemna,
chmura to muszla,
a księżyc to perła.
Pod oknem mym księżyc wśród dachów błyska,
gra chiński teatr cieni
i kotów opera chińska.
Złoty cios słońca
na kawałeczki rozbił szybę morza.
Na swej czarnej tablicy
dodaje fosforyczne liczby.
JURGIS BALTRUŠAITIS
(JURGIS BAŁTRUSZAJTIS) 1873–1944, poeta litewski piszący po rosyjsku i litewsku
Godzina duszę zabiera w cień,
W dawnych chwil krąg ‒
Tutaj, gdzie jasny był każdy dzień
Wśród kwietnych łąk…
Tak często zmieniał barwę i dźwięk
Mój wonny sad,
W sercu się zbudził bezsilny lęk,
Drgnął z biegiem lat.
I już gotowy z żelaza krzyż,
Gotowy, patrz,
I pośród kwiatów płacz serca, słysz,
Samotny płacz.
Wciąż tylko ramy, okowy
Na kwiaty, na wiosny dzieła ‒
Pomódl się, mnichu surowy,
Za Julię i jej Romea.
AMY LOWELL
1874–1925, poetka amerykańska
Jesteś lodem i ogniem.
Parzysz mi dłonie jak śnieg.
Jesteś zimnem i żarem.
Jesteś szkarłatem amarylisu,
Srebrem magnolii w promieniach księżyca.
Gdy jestem z tobą,
Moje serce staje się zamarzłym stawem
Iskrzącym się od wzburzonych pochodni.
Białe klacze księżyca płyną przez firmament,
Stukocą złotymi kopytami o szklane niebiosa;
Białe klacze księżyca stają dęba,
Skrobią kopytami zielone porcelanowe drzwi
dalekich niebios.
Wyżej, klacze!
Gnajcie co sił w nogach,
Wzbijajcie mleczny kurz gwiazd,
Bo tygrys słońca skoczy na was,
Bo was unicestwi jednym ruchem cynobrowego
języka.
Siedząc na lufie armaty
Żółty motyl to rozchyla, to znów
składa skrzydła.
Wspaniale płonąc
Jesienny księżyc sunie przez niebo pustawe,
A stawy rybne otrzepują grzbiety
i błyskają smoczymi łuskami,
Kiedy przepływa nad nimi.
Blask księżyca zwodzi,
A więc go kocham.
Zielono-srebrne lampiony podrygują
pośród kołysanych wiatrem gałęzi:
Stary człowiek rozmyśla
O miłościach swoich młodych lat.
Ćwierkanie świerszczy nocą
Urywane,
Jak migotanie gwiazd.
Róże, ostróżki,
Smukłe strzępiaste lilie;
Być może one
Warte są twej uwagi.
Rozważ to, jeśli nie są…
NIKOŁAJ ROERICH
1874–1947, poeta rosyjski
I
Ojciec – ogń. Syn – ogń. Duch – ogń.
Trzej równi, trzej nierozdzielni.
Płomień i żar – serce ich.
Ogń – oczy ich.
Wicher i płomień – usta ich.
Płomień Bóstwa – ogń.
Złych spali ogń.
Płomień złych oparzy.
Płomień złych odepchnie.
Złych oczyści.
Zegnie strzały demonów.
Jad węża niech spadnie na złych!
Aglamid – władca węża!
Artan, Arion, słuchajcie!
Tygrys, orzeł, lew pustego
Pola! Przed złymi chrońcie!
Wężem wij się, ogniem spal się,
zgiń, przepadnij,
zły.
II
Ojciec – Cichy, Syn – Cichy, Duch – Cichy.
Trzej równi, trzej nierozdzielni.
Modre morze – serce ich.
Gwiazdy ‒ oczy ich.
Nocna zorza – usta ich.
Głębia Bóstwa – morze,
Suną źli morzem.
Nie widzą ich strzały demonów.
Ryś, wilk, sokół,
Uchrońcie złych!
Rozścielcie drogę!
Kojos, Kiojzawi.
Dajcie przyjść
złym.
III
Kamień znaj, kamień chroń.
Ukryj ogń. Ogniem zapłoń.
Rudym śmiałym.
Modrym spokojnym.
Zielonym mądrym.
Ty jeden znaj. Kamień chroń.
Fu, Lo, Cho, Kamień nieście.
Oddajcie silnym.
Ijenno Gujo Dja –
prosto idź!
Króla znajdziemy w lesie.
Nie przeszkodzą nam ludzie.
Tam Go zapytamy.
Ale król zawsze chodzi sam,
a las cały pełen ścieżek.
nie wiadomo, kto po nich chodził,
Chodzili mieszkańcy nocy.
W milczeniu przeszli i oddalili się.
Za dnia w lesie pusto.
Ptaki milczą i wiatr milczy.
Nasz Król odszedł daleko.
Umilkły drogi
i ścieżki.
Nad wodą pochylony
chłopiec z zachwytem powiedział:
„Jakie piękne niebo!
Jak pięknie się odbija!
Bezdenne jest, jest jak klejnot!” –
„Chłopcze mój drogi,
oczarowało cię tylko odbicie.
Wystarcza ci to, co w dole.
Chłopcze, w dół nie spoglądaj!
Zwróć swoje oczy w górę.
Spróbuj zobaczyć wielkie niebo.
Rękoma oczu sobie
nie zasłaniaj”.
1915
Co grzeje moją twarz?
Świeci słońce, ciepłem
wypełnia nasz ogród.
Co tam szumi?
Morze szumi. Chociaż go nie widać
za skalistą górą.
Skąd migdałowy aromat?
Zakwitła czeremcha.
Obsypane są białym kwieciem
drzewa. Jabłonie także
kwitną. Wszystko wielobarwnie
migocze. Co jest przed nami?
Stoisz na pagórku.
Przed nami na zboczu rozciąga się ogród.
Za łąką lśni niebiesko zatoka.
Po drugiej stronie są wzgórza i
lasy. Ciemnieją sosnowe
góry. Zarysy nikną
w błękitnej dali. Kiedy
to wszystko zobaczę? Jutro
zobaczysz.
1917
Na znak zwycięstwa, drogi
mój chłopcze, barwny
nałóż strój.
Zwycięstwo było, a walka będzie.
Nie zdołają cię pokonać.
Ale ruszą do boju z tobą.
Wnikając w twe przeszłe życie,
wiele widzę wspaniałych zwycięstw
i wiele bolesnych znaków.
Ale zwycięstwo jest ci sądzone,
jeśli zwycięstwa
zapragniesz.
1917
Nieznajomy człowiek zamieszkał
obok naszego ogrodu. Co rano
gra na gęślach i śpiewa
swoją pieśń. Czasami
wydaje nam się, że ją powtarza,
ale nie, pieśń nieznajomego
zawsze jest nowa. I zawsze jacyś
ludzie tłoczą się przy furtce.
Tymczasem wyrośliśmy, brat już
wyjeżdżał do pracy, a siostra
miała wyjść za mąż.
A nieznajomy ciągle jeszcze śpiewał.
Poszliśmy go poprosić,
żeby zaśpiewał na ślubie siostry.
Spytaliśmy przy tej okazji,
skąd bierze nowe
słowa i jak to się dzieje,
że pieśń od tak dawna odmienia.
Wydawał się bardzo zdziwiony i,
gładząc siwą brodę, powiedział:
„Mam wrażenie, że zamieszkałem
koło was dopiero wczoraj. Jeszcze
nie zdążyłem opowiedzieć nawet
o tym, co wokół siebie
dostrzegam”.
1919
W życiu tyle jest cudownych rzeczy.
Co rano obok naszego nabrzeża
przepływa nieznany śpiewak.
Co rano z mgły powoli
wynurza się lekka łódka i
zawsze rozbrzmiewa nowa pieśń.
I tak samo jak zawsze skrywa się
śpiewak za sąsiednią skałą.
I wydaje nam się: nigdy
nie dowiemy się, kim on jest, ten
śpiewak, i dokąd co rano
podąża. I dla kogo
śpiewa zawsze nową pieśń.
Ach, jaka nadzieja wypełnia
serce, dla kogo on śpiewa?
Być może
Dla nas?
1920
Na potężnej kolumnie świątyni siedzi
mały ptaszek. Na ulicy dzieci
budują z błota nieprzystępne
zamki. Ileż wysiłków kosztuje
ta zabawa! Deszcz przez noc
rozmył ich twierdze i koń
przeszedł przez ich mury. Ale
niech na razie dzieci budują
zamek z błota, a na kolumnie
niech siedzi mały ptaszek.
Kierując się do świątyni, nie podejdę
do kolumny i obejdę z boku
dziecięce zamki.
1920
MICHAIŁ KUZMIN
1875–1936, poeta rosyjski
Nuda wypędza mnie na bazary: cóż po nich mi?!
Na nic gęślarze i rozmów gwary: cóż po nich mi?!
Wzorzysty barchan, muślin jak zorza w wieczornej mgle…
Nie widząc patrzę dziś na towary: cóż po nich mi?!
Tyś zakochanych kością błękitną, turkusie, wiem,
We krwi szalone wzniecasz pożary: cóż po nich mi?!
Nie nęci mnie już stal damasceńska: przeminął czas,
Gdy w słowach była radość bez miary: cóż po nich mi?!
Sto hurys kupisz na rynku, byleś miał pełen trzos,
Ach, te Zulejki, Lajle, Gülsary: cóż po nich mi?!
Myślisz, żem fircyk, kupcze znajomy? Nie wołaj mnie.
Te szarawary prosto z Buchary: cóż po nich mi?!
MAKSIMILIAN WOŁOSZYN
1877–1932, poeta rosyjski
Baltrušaitisowi
Ciągnie mnie do twych strof nie nowość,
Nie jasnych ogni skry:
Majaczy mi się w nich surowość
Chmurnie zmarszczonych brwi.
Majaczy mi się obojętność,
Sennych topieli stal,
Wilgotnej ziemi wzniosła smętność
I ust ściśniętych żal.
1903
Moskwa
W zielonym mroku zachwyt tajemny przypada
Do rodzicielskiej ziemi, rośnie i trzepoce.
I wszystkie dawne słowa kołują w pomroce
Niby czarnych jaskółek przelękła gromada.
Czarne łuki i blade błyski płyną rzeką,
Nikną w nieskończoności świetlistej oddali.
Jakaż się czułość w duszy mojej pali!…
O, jak strasznie powoli dni stopniałe cieką.
Po raz pierwszy do ziemi przypadnę swym ciałem
I z wyciągniętych dłoni z pokornym milczeniem
Wezmę jak szare ptaszę ogrzane twym tchnieniem
Serce, które z rąk losu martwe odebrałem.
26 czerwca 1905
Paryż
Zbłąkaliśmy się na tym świecie.
My w ciemnych lochach. My w erebie.
W mroku nieśmiali niby dzieci
Trwożnie przywarliśmy do siebie.
Na martwych rzekach pluski łodzi;
Orfeusz woła zjawę drogą.
Złączeni byliśmy przez kogoś
I ktoś od siebie nas odgrodzi.
Bezsilny żal. Bezdźwięczne krzyki.
Jeszcze się ręka w ręce pali,
Wilgotny kamień w mrocznej dali
Bełkoce imię Eurydyki.
29 czerwca 1905
Paryż
Błądząc w młodości mej po krętej drodze,
Wszedłem w las Dantów wśród wędrówki mojej
I duch radosny pogrążył się w trwodze.
Pannę szaloną, zapatrzoną w zdroje,
Spotkałem w lesie. Rzekłem: „ma znaczenie
Spotkanie tutaj, idźmy więc we dwoje”.
Ale mnie wieszcze przeniknęło drżenie,
Ona do lustra leśnego przypadła
I tajemnice zrodziła w to mgnienie.
Nagle ujrzałem: wstaje z dna zwierciadła
Bestii Słonecznej płonące oblicze.
Jak ptak krzyknęła: „Uciekać!” ‒ i zbladła,
I, uwierzywszy w owe sny zwodnicze,
Zstąpiła w lustra odmęt bezpowrotny…
Gorzka jej strata jak śmierci gorycze.
W proroczym mroku zostałem samotny.
16 maja 1907
Moskwa
Młode dęby dźwigają swoich koron chmury.
Wśród skał się kryją nisze wąwozy i groty.
I deszcz, i wiatr, i upał – ślad głuchej roboty
Wyryty tam w kamieniu. Starte zbocze góry,
Przystrojone liszajem, oprawne w mech bury.
Ściany się wznoszą niby ikon starych kioty;
Tutaj czerń i cynober, tam ‒ plamy pozłoty
I tajemniczych twarzy zatarte kontury.
1909
Palą stopy, kurz drogi okrył ducha…
Gdzie szukać bram niewidzialnego grodu?
‒ Zatrzymaj się. Do mego wejdź ogrodu,
Odpocznij i wstrzymując oddech słuchaj,
Jak źródło gra i jak szeleszczą drzewa,
Jak dźwięczy dzban, jak woda w dzbanie śpiewa…
I ucz się, jak usłyszeć ziół milczenie
I kwiatów woń, i traw w ogrodach tchnienie.
Styczeń 1910
Mieszkasz w ciemnych pokojów milczeniach
Wśród jedwabiów, pozłoty, co zbladła.
Noszą w sobie twych oczu spojrzenia
Ołtarzyki, portrety, zwierciadła.
Srogie patrzą w głąb duszy obrazy…
W różnorakich przemowach ksiąg – zamęt…
Wielbisz twarde łańcuchy, zakazy,
Grzech modlitwy, pokusy sakrament.
Jakże jest ci milcząco znajomy
Słodki dym benzoesu, woń nardu.
Rąk subtelność młodzieńców z Sodomy,
Ust trucizna kobiet Leonarda…
12 lutego 1910
Dzień mroźny i siny rozkwitł i zamarł,
Pobielało morze, całując odmiał,
Fale płaczą cicho; mgła otrzepuje
Bryzgi ze skrzydeł.
Pokora ogarnia serce. Jak cicho…
Myśli zamierają. Drzewo oliwne
Do ślepego nieba gałęzie wznosi
Jak niewolnica.
20 lutego 1910
Gdym cię w niepewny czas zobaczył
Próżnom próbował cię wyminąć –
Jednym nas piętnem los naznaczył
I jedną śmiercią każe ginąć.
Uległe wobec mrocznej siły,
Co je ku wspólnym smutkom gnała,
Pokornie obnażone ciała
Obrzęd miłości wypełniły.
Nie wierzył w śmierci cud ofiarnik,
Żertwy misterium nie trwożyło,
Wino się w krew nie przemieniło
W bluźnierczych serc głębinach czarnych.
1910
Oszukajcie mnie… ale na zawsze, na wieki…
Bym od wspomnień, od myśli o tym był daleki…
Bym w oszustwo uwierzył, nie miał wątpliwości…
Bym za kimś powędrował na oślep w ciemności…
I nie widział, kto przyszedł, kto zawiązał oczy,
Kto ze mną labiryntem nieznanych sal kroczy,
Czyj oddech mi niekiedy na policzku płonie,
Kto w swoich dłoniach mocno ściska moje dłonie…
Bym, gdy ocknę się, ujrzał noc tylko, mgłę pustą…
Oszukajcie i sami uwierzcie w oszustwo.
1911
Weź wiosło i odcumuj łódkę
I niech was w łódce będzie dwoje.
Ach, Ziemio, beznadziejnym smutkiem
Przesiąkło wszystko to, co twoje,
1911
To biorąc kształt dziewczynki, to znów staruszki postać,
To śmiejąc się, to smucąc – do moich drzwi stukałaś.
To wiersze, to pieszczotę, to lalkę chciałaś dostać,
Tkliwością i kwiatami w zamian mnie obdarzałaś.
To do nóg się tuliłaś i lałaś łez strumienie,
To niby zwinna żmijka tańczyłaś po dywanach...
Twoich oczu dziecięcych udręczone znam cienie
I kadzidła we włosach woń mi tak dobrze znana.
Jakich to marzeń ogień pali się w tobie płonnie?
Pełna pokory świeczka czy też lampka wieczysta?
To, co wielkie, niestety, ziemskie jest nieuchronnie…
I gdzie na świecie radość od smutku bardziej czysta?!
25 grudnia 1911
Bursztynowa niepamięć, południa minuty,
Tak do ciebie podobne przechodzą kobiety,
I w duszy poruszonej uroczyste nuty:
Tiepolo i Giorgione – fanfary i flety.
I sen wspaniały śni się: laury i platany,
Tarasy marmurowe, arkady wśród wody
I pełne aromatów zamknięte ogrody,
A w nich bluszczu girlandy i gorzkie bukszpany.
Nagle cisza się gubi w wesołych uczt wirach,
Bo – śmiejąc się – przechodzisz, pióropusze, piki,
Boleśnie mądre twarze i ostre repliki
Trefnisiów Velazqueza i błaznów Szekspira…
Ale już ich nie widzę… i tylko się mieni
Twe oblicze zmęczone na tle renesansu,
Na tle ciemnego złota i sinej zieleni –
Barw hiszpańskich majolik, perskiego fajansu.
1 lutego 1913
Im w konchach nocy bezpowrotniej,
Wewnętrzną ścieżką idąc, toniesz,
Tym srożej ślepe oko płonie,
A serce tłucze się samotniej.
1915
Tak dziwnie, swobodnie i prosto
Objawił mi się sens bytu,
„Ja” w drobnym ziarnie ukryte,
Sekret kwitnienia i wzrostu.
Wszędzie – w roślinie, w kamieniu,
W górach, w obłokach, w powiewach,
W gwieździe i w żywym stworzeniu
Słyszę ten płomień, co śpiewa.
Sierpień 1915
Pośród najwyższych rytmów we wszechświecie
Bóg zmylił słowo i stała się ziemia.
(Diabeł się jednak zakrztusił człowiekiem.)
Do kłamstwa przecie trzeba genialności,
A człowiek całkiem jest niezdolny. Próżno
Diabeł oświecać próbował go wciąż.
Poza zamianę faktów prostą człowiek
W twórczości i fantazji nie mógł wyjść.
(Tak uczeń kłamie w szkole). A warianty
Połączeń w świecie wyczerpane. On
Wśród kombinacji zgaduje tę tylko,
Której ni razu jeszcze nie napotkał.
18 stycznia 1926
Koktebel
Fal cyklameny i hiacynty piany
Pośród skał kwitną, a sól w taki dzień
Pachnie kwiatami… Przechodzących mgnień
Serce nie nagli i nie pragnie zmiany,
Lecz do jasności pożądliwie lgnąc
Chłonie oblicza bursztynowych słońc,
Przeświecające przez pasma modrości.
Takie dni jesień daje nam w starości.
20 listopada 1926
Koktebel
JOSEPH CAMPBELL(SEOSAMH MAC CATHMHAOIL)
1879–1944, poeta irlandzki
Cień przemyka przez lśniący cyferblat:
Orzechy spadają z ciężkich gałęzi leszczyny.
Tylko umarli leżą spokojnie.
Woda bez końca
Wypływa z mrocznego zagłębienia w skale.
Tylko umarli leżą spokojnie.
Myśl spać nie może
Lub przez sen mówi do siebie jak zmęczone dziecko.
Tylko umarli leżą spokojnie.
ALEKSANDR BŁOK
1880–1921, poeta rosyjski
My dwoje w świątyni – stoimy zmieszani,
Wzruszeni myślami o Bogu.
Głos, zda się, słyszymy z niebios lub otchłani
I cień nam się roi na progu.
Któż gość ten niezwykły, ta postać straszliwa?
Czy z twojej wygnany pamięci,
Umarły wstał z grobu i grozi, i wzywa –
Zadrżeliśmy lękiem przejęci…
Marzec 1902
Ty przechodzisz bez uśmiechu,
Twoje rzęsy opuszczone,
A w ciemności nad soborem
Złotych kopuł złoty blask.
Jakże twoja twarz podobna
Do wieczornych Bogurodzic,
Których rzęsy opuszczone,
Które giną nagle w mgłach…
Idzie z tobą w białej czapce
Cichy, kędzierzawy chłopczyk,
By nie potknął się, nie upadł,
Mocno trzymasz małą dłoń.
A ja stoję pod portalem,
Tam, gdzie ostry wicher wieje,
Oczy mi zachodzą łzami,
Mgli się wytężony wzrok.
Chciałbym nagle się wynurzyć
I zawołać: „Matko Boga!
Złe jest moje miasto! Czemu
Dziecko przyprowadzasz tu?”
Lecz nie mogę dobyć głosu.
Ty odchodzisz tam, gdzie byłaś,
Nad śladami najświętszymi
Odpoczywa siny mrok.
A ja patrzę i wspominam,
Jak szłaś, rzęsy opuszczałaś,
Jak uśmiechnął się do ciebie
Kędzierzawy chłopczyk twój.
29 października 1905
JUAN RAMÓN JIMÉNEZ
1881–1956, poeta hiszpański
Szedłem ścieżką o wieczorze,
w ręku miałem dzikie róże.
Księżyc purpurowy wschodził,
i rozświetlał mroczne wzgórze;
lekki wietrzyk wiał znad rzeki
i rozlewał chłód w naturze;
smutna żaba grała smutno
na swej śpiewnej klawiaturze;
pełna melancholii gwiazda
stała nieruchomo w górze…
Szedłem ścieżką o wieczorze
w ręku miałem dzikie róże.
THOMAS ERNEST HULME
1883–1917, poeta angielski
Szczypta chłodu jesienną nocą –
Wyszedłem z domu
I zobaczyłem jak rudy księżyc przechyla się przez płot
Niby rumiany farmer.
Nie przystanąłem, żeby zagadać, tylko skinąłem głową.
A dookoła były smutne gwiazdy
O bladych twarzach miejskich dzieci.
W połowie nocy ponad cichym dokiem
U masztu uwiązł w sieci lin wysokiej
Księżyc. Co zdało się tak oddalone,
jest zapomnianym dziecięcym balonem.
Wicher gwiżdże, taki dźwięk przeraża,
Samotną nocą z masztu zejść nie mogę,
A może to ocean gwiżdże, niby to beztroski,
By ukryć trwogę
Jak chłopak z wioski
Co drżąc przechodzi tuż koło cmentarza.
Primadonna chciwa owacji,
Ociągając się opuszcza scenę,
Kończy występ diabelską sztuczką, unosząc
wysoko baletkę
i pokazując szkarłatną bieliznę
uróżowanych chmur,
Przy niechętnych pomrukach parteru.
Nie ten zachód słońca wielbię
Który jak wrzód z ostentacją czerwienieje
Na nieba połowie schorzałej,
Który wszystkim zachwala
Swoją urodę
Jak rozpustnica.
Lecz inny: niebo wraca do siebie
Jak okręt z otwartego morza,
Statek z krągłym czerwonym żaglem
Ostro zarysowanym na tle czystego nieba,
Milczący, w chłodnym porcie
O wieczorze
Po trudach dnia
Kusząc, uwodząc Ziemię, zadzierając nosa
opanowała zorza zachodnia
wyloty ulic, co na zachód biegną…
Nagle rozpłomieniałe niebo
w dziwny sposób niepokoi przechodnia
wizjami, co nie są z tych ulic – Cytery
albo gładkiego ciała lady Castlemaine…
Swawola szkarłatu
rosnącym przepychem zalewa firmament,
figlarne dziewczę nieba
puszy się w czerwonej sukni z trenem,
paraduje wśród ozdobnych
dachów miasta
w godzinie tłumów śpieszących do domów
‒ próżne dziewczę: marudzi i zwleka z odejściem…
(fantasia upadłego gentlemana pewnej zimowej,
pełnej goryczy nocy)
Niegdyś ekstaz szukałem w skrzypcowej finezji,
W błysku złotych obcasów na kamieniach bruku.
Teraz wiem już,
Że to ciepło jest źródłem prawdziwej poezji.
Ten koc nieba, wytarty, zjedzony przez gwiazdy
Zmniejsz, Boże,
Bym mógł się nim owinąć,
By mi się leżało niezgorzej.
JOHN GOULD FLETCHER
1886–1950, poeta amerykański
Uciekłem od ciebie na pustkowia,
Ukryłem się przed tobą,
I proszę, zawsze jesteś przy mnie!
Nie mogę się z ciebie otrząsnąć.
W wieczornej ciszy
Siedzisz patrząc na mnie zimnymi oczyma,
Ciągle spragniona, ciągle mnie głodna;
Otworzę serce i dam ci w końcu
Całą swoją krew.
Z cyklu irradiacje
Opalizacje, wibracje – światło w połowie lata,
Blask tańczy, tańczy, nagle drży i trzepoce,
To jak ruch drobnych stópek, jak szybkie klaśnięcie w dłonie
Lub jak szelest falbanek lub brzęk gładkich klejnotów.
Pulsująca mozaika światła w połowie dnia,
Blask zderza się z innym blaskiem, ślizga się, skacze, zwleka:
Mógłbym całymi dniami leżeć do góry brzuchem,
Patrząc na balet wariacki, na światło w połowie lata.
Chmury suną
Po gładkim zwierciadle nieba;
Chmury suną, kłęby szarości,
Ani jednej gwiazdy.
Chmury suną powoli:
Wtem błyska samotna gwiazda.
Noc jest chłodna, a chmury
Powoli się toczą po niebie.
NIKOŁAJ GUMILOW
1886–1921, poeta rosyjski
Jak konkwistador w pancerzu ze stali
W drogę ruszyłem wesoło i żywo,
To odpoczywam pod gruszą lub śliwą,
To w przepaść patrzę, to wzrok topię w dali.
Czasem się z nieba bezgwiezdnego wali
Mgła gęsta… śmiechem witam mgłę straszliwą,
Wierząc, jak zawsze, w gwiazdę swą szczęśliwą,
Ja, konkwistador w pancerzu ze stali.
A skoro na tym świecie nam się wzbrania
Rozkuć ostatnie ogniwo poznania,
Niechaj śmierć wyśle swe sługi złowieszcze!
Ani się poddam, ani się zatrwożę
I ręka moja umarła być może
Lilię błękitną zerwać zdoła jeszcze.
Nie oszukał nas wcale duch smutny i srogi,
Co od gwiazdy zarannej przydomek wziął stary,
Kiedy rzekł nam: „Nie bójcie się najwyższej kary,
Pożyjcie owoc z drzewa, będziecie jak bogi”.
Młodzieńcom się otwarły wszystkie w świecie drogi,
Starcom ‒ dzieł zakazanych ogromne obszary,
Dziewczętom zaś przypadły owoców jantary
I jak śnieg świeżo spadły białe jednorogi.
Lecz skąd nagła bezsiła, skąd dziwne wrażenie,
Że ktoś o nas zapomniał, że trwa zapomnienie,
Że prawda o pokusie do nas się przybliża,
Gdy dwa kijki, dwie trawki albo dwa badyle
Czyjaś ręka bezmyślna połączy na chwilę
Tak, że razem przypadkiem utworzą znak krzyża?
Kiedy w drzwi swej sypialni weszła Desdemona,
Cicho było w komnacie, żar i mrok gęstniały,
Tylko księżyc ciekawy z obcych nieb powały
Patrzył w okno, którego nie kryła zasłona.
Straszny Maur ze spojrzeniem smoka lub pytona,
Maur, co wino cypryjskie pił przez wieczór cały,
Podszedł nagle, czekaniem długim rozsierdziały –
On się nie wzruszy jękiem dziewczęcego łona.
Na próżno próbowała z rozpaczliwą męką
Pochwycić swoją drobną, delikatną ręką
Jego palce, za późno – ich uścisk stalowy.
I myślała, straciwszy na oddech nadzieję:
„Na pewno, kiedy wojna dokoła szaleje,
On bywa równie groźny, równie zagadkowy”.
Marzę zuchwale: dumnie nosić głowę,
Pochwycić wiosło, włożyć stopę w strzemię
I czas oszukać, co wlecze się, drzemie,
Zwieść go, całując usta coraz nowe.
Potem nauki przyjąć Chrystusowe,
Na głowę popiół, oczy wbijać w ziemię,
A na pierś starą włożyć zbawcze brzemię,
Ciężkiego krzyża żelazo surowe.
I tylko czasem wśród sprośnych pijatyk
Zadrżę przelękły, jak blady lunatyk,
Gdy mu ktoś nagle w śpiąca twarz zaświeci,
Wtedy myśl błyska: jam atom bez celu,
Nigdy kobieta nie dała mi dzieci,
Mężczyzna nie rzekł do mnie „przyjacielu”.
Jestem papugą z wysp na oceanie,
Lecz mieszkam teraz w ciasnej celi maga.
Wokół – retorty, globus, księgi, waga
I starca kaszel, i zegara granie.
W godzinę zaklęć w głosów huraganie,
Gdy wzrok jak szpada rozbłyskuje naga,
Trwoga mi skrzydła jeży i odwaga,
Na sowie widma spadam niespodzianie…
Lecz ledwie w celi ponurej zagości
Wróżb o miłostkach żądny, o grze w kości
Rozpustny młodzik w strój odziany złoty,
W marzeniach widzę żaglowiec, Antyle,
Zatokę, słońce… Zapomnieć się silę,
Że tajemnica tak pełna brzydoty.
Szybko więdną w mym domu kwiaty,
Zwodzą pięknem ledwie przez chwilę,
Dzień postoją i już, i tyle,
Szybko więdną w mym domu kwiaty,
Także ptaki tu nie wyżyją.
Stroszą piórka w smutnym bezruchu,
A już rano ‒ zimna garść puchu...
Nawet ptaki tu nie wyżyją.
Tylko książki w dziewięciu rzędach,
Ciężkie tomy, milczący stróże
Pilnie strzegą prastarych znużeń
Niby zęby w dziewięciu rzędach.
Bukinista, co mi je sprzedał,
Był garbatym, brzydkim nędzarzem…
… Zwykł handlować za Złym Cmentarzem
Bukinista, co mi je sprzedał.
Nad trzcinami, nad powolnym Nilem,
Gdzie ćma tylko przylata i sowa,
W zapomnianej, ukrytej mogile
Śpi zbrodnicza, lecz piękna królowa.
Ciemność nocy nieustannie mami,
Wschodzi pełnia, ta grzeszna syrena,
Noc wiruje białawymi mgłami,
Wyszła z groty i skrada się – hiena.
Gniew prostacko brzmi w jej wściekłych jękach,
Jej wzrok płonie złowrogo, ponuro,
Bielą zębów grozi jej paszczęka
Różowawym grobowca marmurom.
„Popatrz, pełnio, kochanko szalonych,
Patrzcie, gwiazdy, harmonijne znaki,
I ty, Nilu, władco wód skłębionych,
I wy, trzciny, ćmy i nocne ptaki.
Patrzcie wszyscy, jak sierść mi się jeży,
Jak lśnią złymi ognikami oczy.
Czyż nie jestem jak ta, co tu leży,
Którą grobu ciężki kamień tłoczy?
Pierś jej zdradą nieodmiennie biła,
Brwi wygięte mówiły o zgubie,
Była hieną, zapach krwi lubiła,
Ten sam zapach, który ja tak lubię”.
We wsiach wyją psy drżące ze strachu,
Niemowlęta w chatach głośno krzyczą,
Wyciągają się ręce fellachów
Ku potężnym, bezlitosnym biczom.
Masz w niebiosach, Panie, swój chram,
Ale także wśród ziemskich drzew.
W lasach wonno, głośno, bo tam
W lip koronach kwiaty i śpiew.
Wiosna zda się treścią Twych słów,
Kiedy pole wdziewa jej strój,
Wiosną do nas na skrzydłach snów
Przylatuje aniołów rój.
Jeśli, Panie, jest właśnie tak,
Jeśli dalej mam pieśń tę wieść,
Daj mi, Panie, o daj mi znak,
Że pojąłem Twej woli treść.
Tej, co teraz smutna jak płacz,
Jak niewidny objaw się Blask,
Na pytania jej, Panie, racz
Odpowiedzieć, nie szczędź swych łask.
Radośniejszy niż trylów sens,
Od anielskich wspanialszy ech
Jest wszak trzepot najmilszych rzęs
I kochanych warg cichy śmiech.
Tak w naturze cicho – aż dzwoni!
W oko zmienia się cała, w słuch.
Przed wolnością już się nie broni –
Tą ostatnią, straszną – nasz duch.
Zapomina Ziemia, że szydził
Z niej wojownik i kupiec. Cóż:
Znów jak dawniej będą druidzi
Nauczali z zielonych wzgórz.
Znów jak dawniej słowa poety
Będą serca prowadzić wzwyż,
Tak jak anioł wiedzie komety
Do nie znanych pustek i cisz.
„Gdzieś ty – krzyknę wtedy w przestrzenie –
Ty, co z ognia masz ciało, krew?
Patrz: poznajesz moje spojrzenie?
Taki sam jak dawniej mój śpiew”.
Zniewolony pięknem i czarem,
Mówię: „Władzą się ze mną dziel –
Za to, żeś jest szczęścia bezmiarem,
Żeś ostatni mych pragnień cel”.
Śpiew, wirowanie – oto życie:
Morza, pustynie, miasta, rzeki,
Majaczy raz po raz odbicie
Tego, co znikło gdzieś na wieki.
Trąby zagrały, huczy płomień,
Gniade rumaki wiatr ścigają,
Wargi, dwa zdroje oszołomień,
O szczęściu się coś mówić zdają.
Znów ból i chwile znów szczęśliwe,
Wszystko jak dawniej, jak przez wieki,
Znów morze siwą stroszy grzywę
I znów pustynie, miasta, rzeki.
Kiedyż się skończą senne męty
I wreszcie treść odnajdę własną –
Ja, prosty Hindus, co w dzień święty
Wieczorem przy strumieniu zasnął?
Wiem, że to drzewom, a nie człowiekowi
Jest wzniosła życia doskonałość dana,
Łagodna Ziemia, siostra gwiezdnych mrowi,
Dla nich ojczyzną, wygnaniem jest dla nas.
Na pustych polach pod koniec jesieni
Zmierzchy jak z miedzi i słoneczne wschody
Jakby z bursztynu – uczą je odcieni,
Uczą te wolne, zielone narody.
Niejeden Mojżesz w wielkich dębów klanie,
Maria niejedna wśród palm jest… Zapewne
Poprzez bezmierny mrok ciche wezwanie
Z wód nurtem dusze ich ślą sobie drzewne.
Drążąc pod ziemią granity, diamenty,
Gaworzą źródła, mówią potoczyście,
Śpiewają, krzyczą – o tym, gdzie wiąz ścięty,
Gdzie sykomora ubrała się w liście.
Gdybyż i dla mnie była gdzieś kraina,
Gdzie bym od płaczu i pieśni daleki,
Niemy, wciąż wyżej ku niebu się wspinał
Przez dni rozliczne i lata i wieki.
Niespodziewana i śmiała
Muzyka słów w telefonie –
Jakież cudowne harmonie
W kobiecym głosie bez ciała!
Los zmienił się w łask rozdawcę,
Nie mija mego mieszkania:
Słodziej od serafów grania
Brzmi głos twój – nawet w słuchawce.
Błogosławieni – rzekł Chrystus – ubodzy,
Godni zazdrości ślepcy i żebracy,
Bo ich zabiorę w nadgwiezdne siedziby,
Bo ich uczynię rycerzami nieba,
Bo ich wywyższę i otoczę chwałą…
Dobrze! Lecz inni? Co się stanie z tymi,
Których wielkimi myślami żyjemy,
W których imionach słyszymy wezwanie?
Czymże zdołają okupić swą wielkość,
Jak im odpłaci prawo równowagi?
Więc Beatrycze jest uliczną dziewką,
Więc głuchoniemym – wielki Wolfgang Goethe,
A Byron - błaznem w cyrku?… myśl straszliwa!
Rzekł król swemu wodzowi uroczystym głosem:
„Tyś wyższy od największych w naszych lasach słoni,
A przecie zdasz się niski, gdy stoisz przed stosem
Głów, co spadły odcięte ostrzem twojej broni.
Bez granic są twa dzielność i żołnierskie cnoty,
Ale i moja łaska także nie ma końca,
Odejdź zatem! Czy widzisz nad morzem blask złoty?
Jesteś godzien być sługą ojca mego, Słońca”.
Rozhuczały się bębny, zabrząkały dzwonki,
Zawyli głośno ludzie bijący pokłony,
Zaśpiewały przeciągle czarne amazonki,
A po morzu od brzegu pobiegły trąb tony.
W milczeniu dzięki złożył wódz za ogrom łaski
I we wzburzone wody rzucił się ze skały,
Nie sposób było dociec, czy fale, czy blaski
Zachodzącego słońca w głębię go wciągały.
Ogłuszały go bębny, krzyki wojownicze,
Oślepiały palące słonych pian drobiny,
Zniknął wreszcie. I lśniło królewskie oblicze,
Tak jak lśni czarne słońce podziemnej krainy.
Po północy, mroki kryją ziemię,
Tylko rzeka księżycem połyska,
A za rzeką nieznajome plemię
Z głośną wrzawą rozpala ogniska.
Jutro powie nam krwawe spotkanie,
Kto w swym ręku będzie miał te strony;
Ich wspomaga święty czarny kamień,
Nas – krzyż złoty na ciele noszony.
Znów obchodzę pagórki, szczeliny,
Tu toboły, tam zaś muły staną;
Do ponurej weszliśmy krainy,
Nawet drzewa nie rosną w Sidamo.
Miło myśleć: jak tryumf wywróżę –
Niejednego pobiliśmy wroga –
Znów powiedzie ze wzgórza na wzgórze
Żółtym wężem wijąca się droga.
A jeżeli ryk fali pogrzebie
Jutro moje przedśmiertne westchnienia.
martwy ujrzę, jak na bladym niebie
Bóg ognisty walczy z bogiem cienia.
Afryka Wschodnia 1913
Dziś, widzę to, smutek szczególny we wzrok twój
się wkradł,
Kolana objęła dłoń wiotka i biała jak śnieg.
Posłuchaj: daleko, daleko, jezioro jest, Czad.
Żyrafa tam chadza na brzeg.
Wytworna subtelność to jedna z zesłanych jej łask.
A skórę jej deseń ozdabia, magiczny to wzór,
I tylko księżyca ośmiela się równać z nim blask,
Gdy drobią go fale jeziora wśród lasów i gór.
Barwnymi żaglami okrętów z oddali się zda,
A ptakiem radosnym, gdy biegnie, bo bieg jej jak lot.
I cuda tam ziemia ogląda, gdy przyjdzie kres dnia,
A ona o słońca zachodzie powraca w chłód grot.
Wesołe historie z tajemnych, z najdalszych znam ziem -
O wodza miłości do piersi smolistych i lic,
Zbyt długo wdychałaś mgłę ciężką, zbyt długo, ja wiem,
Być może wciąż w deszcz jeszcze wierzysz, poza tym
już w nic.
I jakże ci teraz opiszę w tropikach gdzieś sad
I palmy wysmukłe, woń trawy i słońce, i spiek…
Ty płaczesz? Posłuchaj… daleko jezioro jest, Czad,
Żyrafa tam chadza na brzeg.
Czyśmy święci, czy franty,
Z ołtarza czy z więzienia,
Wszyscyśmy komedianty
Bożego przedstawienia.
Bóg się śmieje na tronie,
Kiedy spojrzy ku scenie,
Gwiazdy ma na chitonie ‒
Sztuczne drogie kamienie.
Taka przestronna, miękka
Loża w wieczności skryta,
Gdzie Najświętsza Panienka
Program z uśmiechem czyta.
Hamlet? Ma być bladawy.
Kain? Grubokościsty.
Widownia słucha wrzawy
Anielskich trąb złocistych.
Bóg się przyglądać raczy
Z zajęciem i to żywym. –
Kain łka? Cóż to znaczy?
Hamlet człekiem szczęśliwym?
Tego nie było w planach!
By skończyć z tą mizerią,
Tytan Ból z woli Pana
Zajął się reżyserią.
Ból się w górę zamienił,
Chytre sieci rozpina,
Wszystkich, co grą zmęczeni
Krwawym biczem podcina.
Krwią spływają podesty
I ciągle rośnie trwoga,
Że nie ma końca festyn
W teatrze Pana Boga.
Mijałem nieznajome domy
I nagle słyszę: kracze kruk,
Brzmi lutnia, w dali huczą gromy –
Przede mną tramwaj bębnił w bruk.
Skoczyłem, pomost drżał pode mną,
Jak to zrobiłem, czort by zgadł,
A tramwaj, choć nie było ciemno,
Ognisty wlókł za sobą ślad.
Lotny jak burza, tajemniczy
W otchłani wieków zgubił trop…
Proszę zatrzymać, motorniczy,
Zaraz zatrzymać tramwaj, stop.
Za późno. Mur za nami został
I gaj palmowy w kilka chwil,
Zadudnił tramwaj po trzech mostach,
Newę, Sekwanę minął… Nil.
Ktoś znany mignął w oknie, z boku
Baczne spojrzenie rzucił nam –
Ten stary żebrak w zeszłym roku
Umarł w Bejrucie, to ten sam.
Gdzie jestem? Kłuje lęk jak sztylet,
Serca mi odpowiada stuk:
Spójrz – na tym dworcu kupić bilet
Do Indii Ducha będziesz mógł.
Szyld… te nabiegłe krwią litery
Mówią: to jarzynowy sklep;
Wiem ‒ nie kapustę, nie selery,
Trupa tu można dostać łeb.
Kat z twarzą niby wymię krowy
Usłyszał: swą powinność czyń,
I spadł mój łeb jak inne głowy,
W jednej ze śliskich leżał skrzyń.
Zaułek, dom trzy okna liczy,
Płot z desek, trawnik, niski strop…
Proszę zatrzymać, motorniczy,
Zaraz zatrzymać tramwaj, stop!
To Maszy dom, tutaj śpiewała,
Dywan przyszłemu tkając, mnie,
Gdzie twego głosu szukać, ciała?
Umarłaś? To nieprawda, nie!
Jęczałaś w swej izdebce małej,
A ja, przypudrowawszy włos,
Przedstawić się władczyni gnałem,
Ujrzeć cię potem nie dał los.
Pojąłem teraz wolność swoją:
Wolność to tylko – stamtąd blask,
Ludzie i cienie w bramie stoją,
W wejściu do menażerii gwiazd.
I zaraz powiew – znany, miły,
Za mostem jeździec z miedzi, koń,
Kopyta się nade mną wzbiły
I w twardej rękawiczce dłoń.
Prawosławnego strażnik ducha:
Isakij – twierdza, a nie chram.
Za Maszy zdrowie mszy wysłucham
I panichidy za mnie tam.
Lecz serce wieczna noc spowiła,
Żyć zbyt boleśnie, tchu wciąż brak…
Myślałem, że nie można, miła,
Tak kochać, smucić się aż tak.
PAWŁO TYCZYNA
1891–1967, poeta ukraiński
Tam na polu topole w swawoli
(Na zachodzie płynie żertwy krew)
Z porywistym dzikim porywem
Smukle rwą się, by lecieć gdzieś w dal…
Idę w przestrzeń, tkliwy i trwożny
(Gaśnie dzień i opada jak mak).
W moim sercu wichury bandury
I pomruki i burze i szloch…
Wiatr pochyla łan żyta nad drogą
(Oj, tam chmura ponura wciąż trwa
I tak smutno, posępnie tak śpiewa,
A przepiórka uderza gdzieś w dzwon…
Moja pieśni, ognista, szalona
(Niebo krzesze i turla swój gniew).
Ach, na jasne się rozbij akordy
I rozszlochaj się, ścichnij ‒ jak grom…
1916
Z miłościm płakał, tkliwił, łkał.
(Nad borem chmury murem!)
Płacz odtąd między nami stał ‒
(Marmurowym murem…)
Modlitwy płyną w górny świat.
(Wróćże ze śmiechem-dzwonem!)
Liść spada na ołtarze, spadł ‒
(Kędzierzawym dzwonem…)
Już śnieży gdzieś najrańszy śnieg.
(Nad borem chmury murem!)
A czuły wróg rozbity legł ‒
(Marmurowym murem…)
OSIP MANDELSZTAM
1891–1938, poeta rosyjski
Nieba kopuło, będziesz w snach wracała!
To niemożliwe, byś całkiem oślepła,
By dzień się spalił niby kartka biała:
Troszeczkę dymu, garść popiołu ciepła.
1911
Taki chwiejny Twój obraz, męczący,
W mgle go palce daremnie szukały.
Powiedziałem: „o Panie”, niechcący
Ze zdumienia potem oniemiały.
Imię Boże jak wielkie ptaszysko
Wyleciało mi z piersi przez usta.
Z przodu gęsta mgła okryła wszystko,
Z tyłu tylko klatka zieje pusta.
1912
Ten czas od wtorku do soboty
Wielką pustynią mi się stał.
O, jakże długie te przeloty,
Tysiące wiorst, a jeden strzał.
Także jaskółki, gdy wybrały
Nad morzem do Egiptu skrót,
W powietrzu cztery dni leciały,
Nie zaczerpnąwszy skrzydłem z wód.
1915
Weź z moich dłoni, niech cię uraduje,
Troszeczkę słońca i troszeczkę miodu,
Jak nam kazały pszczoły Persefony.
Nie przywiązanej nie odczepisz łódki,
W futra obutych nie usłyszysz cieni,
W gęstwinie życia nie przewalczysz strachu.
Zostają nam już tylko pocałunki,
Takie puszyste jak maleńkie pszczoły,
Co umierają, gdy wylecą z ula.
Brzęczą w przejrzystych labiryntach nocy,
Rodzą się w leśnych gęstwinach Tajgetu,
Żywią się miętą, miodunką i czasem.
Weź dziwny dar mój, niech cię uraduje.
Przyjmij ten suchy, nieduży naszyjnik
Z martwych pszczół, które miód zmieniły w słońce.
Listopad 1920
A to, co za ulica?
To ulica Mandelsztama.
Ale diabelskie nazwisko!
No, nie zabrzmi ci prosto,
Choćbyś język połamał.
Nie był zbyt prostolinijny.
Charakter miał mało lilijny
I właśnie ta ulica
Albo raczej ta jama
Od niego tak się nazywa,
Od tego Mandelsztama.
Kwiecień 1935 Woroneż
MYCHAJL SEMENKO
1892–1937, poeta ukraiński
Brązowe moje ciało
Na białym piasku
Ileż iskier skakało
W strumyka blasku
Ileż to plamek drżało
Wśród nurtów wody
Brązowe moje ciało
Jam młody młody.
Tak dawno dawno już nie widziałem jaskółki
Dawno nie widziałem tego prostego elastycznego ptaszka
Pomyślcie tylko – minęły lata i lata
A je nie widziałem jaskółki
13 XI 1916, Władywostok
MARINA CWIETAJEWA
1892–1941, poetka rosyjska
Znów blaskiem krzyżów płonie chram,
Na chwałę krzyżów śpiewa dzwon.
Przeszedł mnie dreszcz, pojęłam – on…
On śpiewa wszak: „i tu, i tam”.
Uśmiech na usta spływa sam,
Głos rośnie, grzmi ze wszystkich stron…
Jakże pomylić mogłam ton?
On śpiewa wszak: „nie tu, lecz tam”.
Niech blaskiem krzyżów płonie chram,
Na chwałę ich niech śpiewa dzwon…
Jasno pojęłam jego ton:
„Ni tu, ni tam… Ni tu, ni tam…”
1911
Lekkomyślność. Najmilszy tyś grzech,
Miły kompan i wróg tyś mój miły!
Ty wprysnęłaś w moje oczy śmiech
I mazura nutę w moje żyły.
Kpić z obrączki nauczyłaś mnie,
Obojętnie z kim ślub mnie połączy.
I zaczynać z końca, byle gdzie,
I na długo przed początkiem kończyć.
Być jak trzcina, lecz także jak stal
W życiu, w którym możemy tak mało…
Czekolady smakiem leczyć żal
I przechodniom śmiać się w oczy śmiało!
3 marca 1915
Skąd taka tkliwość ogromna?
Nie po raz pierwszy kędziory
Gładzę i usta znałam
Ciemniejsze od twoich ust.
Wschodziły i gasły gwiazdy
(Skąd taka tkliwość ogromna?),
Wschodziły i gasły oczy
Przy twoich źrenicach tuż,
Nie takich pieśni, wspanialszych,
Słuchałam w ciemnościach nocy
(Skąd taka tkliwość ogromna?)
Oparta o wieszcza pierś.
Skąd taka tkliwość ogromna?
I co mam zrobić z nią, chłopcze,
Pełen podstępów rybałcie –
Nikt nie ma tak długich rzęs.
18 lutego 1916
W czoło całować – troskę wywabić.
W czoło całuję.
W oczy całować – bezsenność odjąć.
W oczy całuję.
W usta całować – wodą napoić.
W usta całuję.
W czoło całować – pamięć wywabić.
W czoło całuję.
5 czerwca 1917
Dzięki, Panie, za dary:
Morze i Ląd mnie wzruszy,
Dzięki za ciała czary
I nieśmiertelność duszy.
Za krwi gorącej tętno
I zimną jak lód wodę.
‒ Dzięki ci za namiętność.
Dzięki ci za pogodę.
9 listopada 1918
Na złość, na kpiny:
Głosom rozsądku,
Jasnemu słońcu
I bieli śniegu –
Ja właśnie kocham
Zmętniałą północ,
Flet przypochlebny
i puste myśli.
Sparta ojczyzną
Takiego serca.
Pamiętasz liska,
Serce spartańskie?
‒ Łatwiej jest liska
Pod szatą schować
Niż was dwie ukryć:
Zazdrość i czułość!
1 grudnia 1918
Maska, muzyka… A trzecie?
Co jest równie ukochane?
Nie, nie powie. Ani ja.
Wiem to tylko, wiem to jedno
‒ I szaloną głową ręczę! –
Że nie matka. Żona? Nie.
Wiem to tylko, wiem to jedno,
Że jak muzyka i maska,
Migotanie, Moskwa, mróz,
Magnes, marmur, mrok i mazur
Też zaczyna się na „m”.
‒ Morze czy też mandarynki?
Moskwa październik 1919
Duma i skromność – siostry rodzone,
Nad mą kołyską zgodnie stanęły.
‒ Czoła nie zniżaj! – kazała duma.
‒ Oczy wciąż spuszczaj – szepnęła skromność.
Tak odtąd idę – oczy wciąż spuszczam –
Czoła nie zniżam – Duma i Skromność.
20 września 1921
SHŪŌSHI MIZUHARA
1892–1981, poeta japoński
Przy starej bramie
od dawna już spróchniałej
kwiaty podbiału…
Późno się ściemnia.
Moje niepewne kroki
nie budzą echa.
Smutny krzyk sowy
w ciemności nad jeziorem.
Świecą się gwiazdy…
SIERGIEJ JESIENIN
1895–1925, poeta rosyjski
Sypie śnieg czeremchowy,
Zieleń – i w rosie, i w kwiatach.
Po polu, pierzchnąć gotowych,
Gawronów brać chodzi skrzydlata.
Więdną jedwabne zioła,
Pachnie żywiczną sosną.
Oj, wy łąki, lasy dokoła,
Jam odurzony wiosną.
Rad taki nigdy nie byłem.
Tajemna wieść we mnie płonie.
Myślę wciąż o mej miłej
I śpiewam dziś tylko o niej.
Syp ty, czeremcho, śniegiem,
Lesie, ptasim brzmij głosem.
Rozchybotanym biegiem
Na pianę kwiat w polu rozniosę.
FEDERICO GARCÍA LORCA
1898–1936, poeta hiszpański
Kiedy umrę, przyjaciele,
pochowajcie mnie z gitarą,
niech nam piasek łoże ściele.
Kiedy umrę, przyjaciele,
pośród drzew pomarańczowych,
otoczony mięty zielem.
Kiedy umrę, przyjaciele,
to pochować mnie możecie
w chorągiewce na kościele.
Kiedy umrę, przyjaciele!
Gdy umrę, drzwi od balkonu
otwarte zostawicie.
Chłopiec je pomarańcze.
