Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 509

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 7 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 7 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Opis ebooka Misery - Stephen King

Paul Sheldon jest autorem poczytnych tandetnych romansideł. Jego cykl o Misery Chastain zdobył ogromną popularność. Autor miał jednak już dość swojej bohaterki i w ostatniej powieści ją uśmiercił. Teraz postanowił zająć się pisaniem poważniejszych książek. Pewnego razu podczas zamieci śnieżnej jadąc po pijanemu samochodem uległ poważnemu wypadkowi. Odzyskał przytomność dopiero w stojącym na odludziu domu Annie Wilkes, byłej pielęgniarki uwielbiającej jego książki o Misery. Pobyt w domu Annie zamienia się w prawdziwy koszmar, gdy kobieta wraca z miasta z ostatnią książką Paula...

Opinie o ebooku Misery - Stephen King

Fragment ebooka Misery - Stephen King

StephenKing

Misery

Przełożył Robert P. Lipski
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dla Stephanie i Jima Leonardów,

którzy wiedzą dlaczego.

O, tak – oni wiedzą na pewno

Bogini Afryki

Chciałbym w tym miejscu złożyć wyrazy wdzięczności trzem pracownikom służby zdrowia, którzy służyli mi fachową poradą przy pisaniu niniejszej książki. Są to:

Russ Dorr – agent prasowy,

Florence Dorr – dyplomowana pielęgniarka,

Janet Ordway – lekarz medycyny i doktor psychiatrii.

Jak zawsze pomagali mi przy szczegółach, na które zapewne nie zwróciliście uwagi. Jeżeli dostrzeżecie jakiś poważny błąd, jest to tylko i wyłącznie moja wina.

Rzecz jasna narkotyk zwany novrilem nie istnieje, ale jest kilka medykamentów bazujących na kodeinie, zbliżonych do niego pod wieloma względami, a – na nieszczęście – niektóre apteki szpitalne i pracownie farmaceutyczne nie przywiązują dostatecznej wagi do tego, aby podobne środki trzymać pod kluczem i wydawać pod ścisłą kontrolą.

Miejsca i postacie wymienione w tej książce są fikcyjne.

S.K.

Część pierwsza ANNIE

Kiedy wejrzysz w otchłań,

otchłań wejrzy również w głąb ciebie.

Friedrich Nietzsche

1

umbra brooooom

wrooom umbra broooom

fayunnn

Te dźwięki słychać nawet we mgle.

2

Ale czasami te dźwięki – jak ból – słabły i pozostawała jedynie mgiełka. Pamiętał ciemność: nieprzenikniony mrok, który trwał przed nadejściem mgiełki. Czy to oznaczało, że robił postępy? Niech stanie się światłość (nawet zamglona), bo światło było dobre. Itp., itd. Czy te dźwięki istniały w ciemności? Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań. Czy rozsądnie było w ogóle je zadawać? Na to pytanie również nie potrafił odpowiedzieć.

Ból znajdował się gdzieś poniżej poziomu dźwięków. Ból był wschodem słońca i południem jego uszu. To wszystko, co wiedział.

Przez jakiś czas – miał wrażenie, że bardzo długo (jak się okazało, słusznie – odkąd ból i burzliwa mgiełka były jedynymi istniejącymi dla niego rzeczami) – te dźwięki były jedynymi odgłosami zewnętrznej rzeczywistości. Nie miał pojęcia, kim był, gdzie się znajdował, ale w gruncie rzeczy w ogóle go to nie obchodziło. Chciał umrzeć, ale przez skąpaną w bólu mgiełkę, która wypełniała jego umysł jak letnia burzowa chmura, nie wiedział, że tego pragnął.

Po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że były też okresy, kiedy nie odczuwał bólu, i powtarzały się one cyklicznie. I po raz pierwszy, odkąd wynurzył się z najgłębszej czerni, która poprzedziła mgiełkę, w jego mózgu pojawiła się myśl, obecna niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdował. Myślał o starym, zarwanym pomoście, z którego został jedynie nagi pal, wystający z piasku na plaży Revere. Jego matka i ojciec zabierali go często na Revere Beach, gdy był dzieckiem, a on zawsze nalegał, żeby rozłożyli koc tak, aby mógł patrzeć na pal, który przypominał mu pojedynczy kieł pogrzebanego potwora. Lubił siedzieć i patrzeć, jak poziom wody podnosi się i przykrywa pal. Potem, wiele godzin później, po zjedzeniu kanapek i sałatki ziemniaczanej, po wypiciu ostatniej kropelki Kool-Aid z olbrzymiego termosu ojca, tuż przed tym, jak matka mówiła, że już czas się zbierać i iść do domu, czubek przegniłego pala ponownie wynurzał się spośród fal – z początku sam czubek, a potem, stopniowo, coraz więcej i więcej. Zanim ich śmieci zostały zebrane i wrzucone do olbrzymiego pojemnika z napisem: ZACHOWAJ CZYSTOŚĆ NA PLAŻY – Paulie zdążył pozbierać swoje zabawki

(Paulie – nazywam się Paulie i dziś mama będzie nacierać mi poparzoną skórę olejkiem Johnson’s Baby – rozmyślał wewnątrz Czaszkogromu, w którym obecnie zamieszkiwał)

i złożyć koc, pal wyłonił się spośród fal na nowo, a jego poczerniałe, śliskie od szlamu boki otaczały płaty gęstej piany. To był przypływ – próbował wyjaśnić mu ojciec – ale on zawsze wiedział, że to był pal. Przypływ pojawiał się i znikał, a pal pozostawał. To było to, czego czasami nie potraficie pojąć. Bez pala nie było przypływu. To wspomnienie krążyło i krążyło jak oszalałe, niczym natrętna mucha. Zastanawiał się, co to mogło oznaczać, ale jego rozmyślania na dłuższy czas przerwały mu odgłosy;

fayuunn

wszystko czerrrrwooone

umbraaaa broooom

Czasami odgłosy milkły. Czasami on sprawiał, że milkły. Jego pierwsze prawdziwe czyste wspomnienie tego teraz, teraz spoza burzliwej mgiełki, dotyczyło zatrzymania akcji płuc – przekonania, że nie może zrobić kolejnego oddechu – i to było w porządku; to było dobre – aczkolwiek niezbyt przyjemne – czuł jeszcze ból, ale nie w takim stopniu jak dotychczas, i cieszył się, że udało mu się wypaść z gry.

Potem poczuł czyjeś usta – usta kobiety, to nie ulegało wątpliwości, mimo iż były zimne i pozbawione uczucia. Jej oddech przez gardło wypełnił jego płuca. Kiedy wargi odsunęły się, po raz pierwszy poczuł zapach swojego strażnika; poczuł ten zapach, kiedy wdychała powietrze do jego płuc, wdzierając się w niego siłą, tak jak mężczyzna mógłby wsunąć część samego siebie do wnętrza niepokornej kobiety – przeraźliwą mieszankę ciasteczek waniliowych, lodów czekoladowych, pieczonego kurczaka i masła orzechowego.

Usłyszał kobiecy głos:

– Oddychaj! Do diabła, oddychaj, Paul!

Usta znów przywarły do jego ust. Strumień powietrza znów wdarł się do jego gardła. Wdarł się do środka niczym podmuch wiatru, który zrywa się po przejeździe mknącego z zawrotną prędkością wagonu metra, wzbijając w powietrze strzępy gazet i opakowania po cukierkach; usta odsunęły się, a on pomyślał: na litość boską, tylko nie próbuj czasem oddychać przez nos – ale nic nie mógł na to poradzić i – och, co za smród – co za smród, o kurwa, CO ZA SMRÓD!

– Oddychaj, do cholery! – wrzasnął niewidzialny głos, a on pomyślał: zrobię, co zechcesz, tylko proszę, nie rób tego więcej, nie zakażaj mnie już więcej, i spróbował, ale zanim zdążył naprawdę zacząć, usta znów przykleiły się do jego warg, usta tak suche i martwe, jak kawałki nasolonej skóry, i ponownie zgwałciły go swym nieświeżym oddechem.

Kiedy tym razem oderwała się od niego, nie pozwolił jej odetchnąć, tylko sam zrobił wydech i wypuścił powietrze z płuc. Wydusił to z siebie.

Czekał, aż jego niewidzialna pierś znów z własnej woli zacznie się wznosić i opadać równomiernie, tak jak to robiła przez całe życie bez jakiejkolwiek pomocy z jego strony. Kiedy tak się nie stało, łapczywie i gwałtownie wciągnął powietrze do płuc i w chwilę później już oddychał normalnie – starając się jak najszybciej pozbyć jej smaku i zapachu, przepełniających jego wnętrze.

Normalne powietrze nigdy nie smakowało mu tak jak teraz. Znów zaczął zapadać się w mgiełkę, ale zanim świat wokół niego zdołał rozpłynąć się w bezkształtną szarość, usłyszał głos kobiety, która mruknęła:

– Ho, ho, to dopiero było zbliżenie.

Nie dość bliskie, pomyślał i usnął.

Śnił o palu i był to sen tak realistyczny, że czuł, iż gdyby tylko wyciągnął rękę, mógłby dotknąć zielonoczarnego, spękanego drewna.

Kiedy powrócił do swego poprzedniego stanu półświadomości, bez trudu zdołał odnaleźć związek między palem a swoją aktualną sytuacją. Ból nie przychodził falami. To była lekcja ze snu, który tak naprawdę stanowił wspomnienie. Tylko wyglądało, że ból pojawiał się i znikał. Był jak pal – czasami ukryty, a czasami widoczny, ale był zawsze. Przez cały czas. Kiedy ból nie dawał mu się we znaki, nie mogąc przedrzeć się poprzez gęstą kurtynę szarych chmur, był za to w głębi duszy wdzięczny i dawał się oszukiwać, ale teraz kiedy już wiedział – nie da się więcej omamić. Ból był tam stale, czekał tylko na dogodną chwilę, aby powrócić. I pal wcale nie był jeden. Były dwa pale. Ból był dwoma palami i właściwie czuł to, zanim większa część jego umysłu zdołała pojąć, iż te połamane pale to jego strzaskane nogi. Ale sporo jeszcze czasu upłynęło, nim w końcu przełamał zaschłą warstewkę śliny, która skleiła jego wargi jak cement, i wychrypiał: – Gdzie ja jestem? – do kobiety, która siedziała przy jego łóżku z książką w ręku. Człowiek, który napisał tę książkę, nazywał się Paul Sheldon, i kiedy zdał sobie sprawę, że to nie kto inny, tylko właśnie on, wcale go to nie zaskoczyło.

– W Sidewinder w Kolorado – odparła, kiedy w końcu zdołał zadać jej pytanie. – Nazywam się Annie Wilkes i jestem...

– Wiem – powiedział. – Jesteś moją najzagorzalszą wielbicielką.

– Tak – przytaknęła z uśmiechem. – Właśnie tym jestem.

3

Ciemność. Potem ból i mgiełka. Następnie świadomość, że choć ból trwał stale, czasami się cofał, i to sprawiało mu ulgę.

Pierwsze prawdziwe wspomnienie: zatrzymanie akcji płuc i przywrócenie go siłą do życia przez cuchnący, nieświeży oddech kobiety. Następne prawdziwe wspomnienie: jej palce wsadzające mu coś do ust w regularnych odstępach czasu. Coś jak kapsułki contaca, tylko że nie dostawał wody do popicia, i kiedy rozpuszczały mu się w ustach, czuł przeraźliwą gorycz, przypominającą nieco smak aspiryny. Byłoby nieźle, gdyby mógł wypluć z ust tę gorycz, ale wiedział, że lepiej tego nie robić. Bo gorzki smak powodował przypływ i zakrycie sterczących i potrzaskanych pali

(PALE – to są PALE – są DWA, dobra, dobrze, są dwa, tylko już ciii... cicho sza...)

i ból na chwilę odchodził.

Wszystkie te rzeczy pojawiały się w miarę regularnie, ale już wkrótce, tak jak sam ból, który wcale nie ustawał, tylko był w jakiś sposób erodowany (czy, jak pal z Revere Beach, ulegał erozji – pomyślał – bo nic nie trwa wiecznie, choć dziecko uznałoby tego typu wypowiedzi za czystą herezję), rzeczy z zewnątrz zaczęły uderzać weń coraz bardziej gwałtownie, dopóki świat obiektywny wraz z całą masą wspomnień, doświadczeń i przyzwyczajeń nie ukonstytuował się na nowo. Nazywał się Paul Sheldon i pisał dwojakiego rodzaju powieści – dobre i bestsellery. Był dwukrotnie żonaty i dwa razy się rozwodził. Palił za dużo (być może była to już kwestia przeszłości – niezależnie od tego, jak miałaby się owa przeszłość przedstawiać).

Przydarzyło mu się coś bardzo złego, ale nadal żył. Ciemnoszara chmura zaczęła rozpraszać się coraz szybciej. Minie jeszcze trochę czasu, nim jego najzagorzalsza wielbicielka przyniesie mu starego, rozklekotanego royala z uśmiechniętą, przepastną jamą ust i głosem przypominającym Ducky’ego Daddlesa. Ale Paul już znacznie wcześniej zdał sobie sprawę, że wpakował się w cholerne tarapaty.

4

Ta bardziej przewidująca część jego umysłu zobaczyła ją, zanim zdał sobie sprawę, że ją dostrzegł, i z całą pewnością zrozumiała ją, zanim zdał sobie sprawę, że ją rozumie. No bo niby dlaczego kojarzył sobie z jej osobą wszystko, co najgorsze i najbardziej przerażające? W każdym razie, kiedy weszła do pokoju, przyszły mu na myśl wyryte w kamieniu wizerunki bożków czczonych przez przesądne szczepy afrykańskie w powieściach H. Ridera Haggarda – kamienny monolit i nieuchronność losu.

Wyobrażenie Annie Wilkes jako afrykańskiego bożka, jakby żywcem wyjętego z powieści „Ona” albo „Kopalnie króla Salomona”, było tyleż absurdalne, co dziwnie trafne. Była potężną kobietą, która oprócz tego, iż nieprzyjazne nabrzmienie piersi ukrywała pod stale noszonym, szarym, wełnianym swetrem, zdawała się nie mieć żadnych typowo kobiecych zaokrągleń – krągłych bioder czy piersi; nawet jej łydki, starannie zakrywane długą wełnianą spódnicą, nie były krągłe (wróciła do swojej niewidocznej sypialni, aby włożyć dżinsy, zanim zaczęła się przy nim krzątać). Ciało miała potężne, ale niezbyt hojnie obdarowane przez naturę.

Zbita, zwarta, bardziej kojarzyła się z korkiem ulicznym niż z otwartą, pustą przestrzenią – miejscem upstrzonym lukami i otworami.

Przede wszystkim odniósł niepokojące wrażenie jej twardości – solidarności – jakby nie miała w sobie żył, w których przepływa krew (w ogóle jakichkolwiek narządów wewnętrznych), i jakby twarda, niewzruszona Annie Wilkes została wyciosana od stóp do głów z jakiegoś litego materiału. Z każdą chwilą ogarniało go coraz większe przekonanie, że jej oczy, które zdawały się poruszać, były tylko i wyłącznie namalowane, i nie bardziej ruchliwe niż oczy na portretach w pokoju, śledzące każdy twój ruch. Miał wrażenie, że gdyby ułożył dwa palce w literę V i spróbował włożyć jej do nosa, zagłębiłyby się w nim nie więcej niż na jedną ósmą cala, aż natrafiłyby na twardą (a może lekko uginającą się pod naciskiem) zaporę. Że nawet jej szary sweter i bezkształtne spódnice, jakie nosiła, i wytarte poprzecierane robocze dżinsy, były częścią tego twardego, włóknistego, pozbawionego wnętrza ciała. Dlatego też jego odczucie, że przypominała posąg wyjęty z kart jakiejś egzotycznej powieści przygodowej, wcale nie było tak bardzo zaskakujące. Tak jak posąg emanowała tylko jedno: wrażenie niepewności, zmieniające się z wolna i nieubłaganie w przygnębiający strach. Tak jak posąg pochłaniała wszystko inne.

Nie, chwileczkę, to nie wszystko. Ona dawała coś jeszcze. Dawała mu pigułki, które sprowadzały fale zatapiające pale bólu. Pigułki były przypływem. Annie Wilkes była księżycową obecnością, która wkładała mu je do ust jak towar wyrzucany za burtę dla odciążenia statku i połykany przez fale. Przynosiła mu po dwie pigułki co sześć godzin. Z początku odbierał jej obecność tylko jako parę palców wkładających mu coś do ust (wkrótce nauczył się ssać te palce pomimo ich gorzkiego smaku), potem dostrzegł jej postać w wełnianym swetrze i jednej z pół tuzina spódnic – zwykle z którąś z jego powieści pod pachą. Nocą przychodziła do niego w śmiesznej różowej koszuli nocnej, a jej twarz błyszczała od jakiegoś kremu (bez trudu go rozpoznawał, nawet gdy nie widział tubki, z której go wyciskała – woń lanoliny była dusząca i wyraźna), i budziła go bezceremonialnie z mrocznego, głębokiego snu, z pigułkami trzymanymi w dłoni i ospowatą tarczą księżyca, który zagnieździł się w oknie ponad jednym z jej potężnych ramion. Po jakimś czasie, gdy niepokój stał się zbyt silny, aby mógł go zignorować – zdołał domyślić się, czym go karmiła. To był środek przeciwbólowy z dużą zawartością kodeiny – novril. Powodem, dla którego podawała mu go tak rzadko, nie było jedynie to, iż znajdował się obecnie na diecie złożonej głównie z płynów i galaretek (wcześniej, kiedy był w chmurze, karmiła go dożylnie), ale również to, że novril należał do środków mogących doprowadzić pacjenta do uzależnienia. Innym efektem uzależnienia, chyba poważniejszym, były kłopoty z oddychaniem, jakie mogły wystąpić u wrażliwszych osób. Paul nie zaliczał się do nich, choć był od osiemnastu lat zatwardziałym palaczem, a mimo to przynajmniej raz (być może zdarzyło się to częściej, ale we wszechogarniającej go mgle tego nie pamiętał) płuca odmówiły mu posłuszeństwa.

To właśnie wtedy zrobiła mu sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Mógł to, rzecz jasna, być jeden z tych wypadków, które czasami się zdarzają, ale później doszedł do wniosku, że o mało nie umarł, ponieważ omyłkowo zaaplikowała mu zbyt dużą dawkę narkotyku.

Nie znała się na tym, co robiła, tak bardzo, jak w to wierzyła. Była to jedna z tych cech Annie, która naprawdę go przerażała. Odkrył trzy rzeczy niemal jednocześnie – stało się to w dziesięć dni po wynurzeniu się z mrocznej chmury. Po pierwsze, Annie Wilkes dysponowała sporym zapasem novrilu (w rzeczywistości miała również całą masę innych narkotyków). Po drugie, on był uzależniony od novrilu. Po trzecie wreszcie, Annie Wilkes była niebezpieczną wariatką.

5

Ciemność była prologiem bólu i burzowej chmury. Kiedy powiedziała mu, co się z nim stało, zaczął sobie przypominać zdarzenia sprzed ciemności. Było to krótko po tym, jak zadał jej typowe pytanie człowieka, który dopiero co się obudził, i usłyszał w odpowiedzi, że się znajduje w Sidewinder, małym miasteczku w Kolorado. Na dodatek dorzuciła, że przeczytała wszystkie jego osiem powieści przynajmniej dwukrotnie, a jej ulubione – z cyklu „Misery” – po cztery, pięć, a może nawet sześć razy. Chciała tylko, aby mógł pisać je szybciej. Powiedziała, że początkowo nie dowierzała, iż jej pacjent był naprawdę tym Paulem Sheldonem, nawet gdy zajrzała mu do portfela i przejrzała jego dokumenty.

– À propos, gdzie jest teraz mój portfel? – zapytał.

– Schowałam go u siebie – powiedziała. Jej uśmiech zmienił się nagle w grymas czujności, którego nie lubił – to było jak odkrywanie głębokiej szczeliny skrytej w cieniu letnich kwiatów pośrodku radosnej, pogodnej łąki. – Czy myślisz, że mogłabym ci coś ukraść?

– Nie. Oczywiście, że nie. Tylko że...

Tylko że znajduje się w nim cała reszta mojego życia, pomyślał. Moje życie poza murami tego pokoju. Poza bólem. Poza wstęgą czasu, ciągnącą się jak długa, różowa struna gumy do żucia, którą jakiś znudzony dzieciak zaczyna wyciągać z ust. To było, zanim zaczęło się przyjmowanie pigułek.

– Tylko że co, mój drogi panie? – naciskała i z przerażeniem zauważył, że jej spojrzenie staje się coraz groźniejsze. Szczelina rozszerzała się, jakby pod jej brwiami przybierało na sile trzęsienie ziemi. Słyszał niezmienny, jękliwy szum wiatru na zewnątrz i nagle przed jego oczyma pojawiła się wizja tej kobiety, unoszącej go w powietrze i przerzucającej go sobie przez ramię jak worek cementu, a potem wynoszącej go na dwór i rzucającej bezceremonialnie w zaspę. Zamarzłby na śmierć, ale zanimby to nastąpiło, jego nogi dałyby o sobie znać bólem i przeraźliwym krzykiem.

– Chodzi o to, że ojciec zawsze mi powtarzał, bym miał swój portfel na oku – powiedział, dziwiąc się sobie, że to kłamstwo tak gładko przeszło mu przez gardło. Jego ojciec zajmował się wyłącznie własną karierą i nie zwracał uwagi na Paula bardziej, niż musiał, i jeśli Paul dobrze zapamiętał, dał mu w życiu tylko jeden prezent. Na czternaste urodziny dostał od ojca prezerwatywę marki Red Devil, w foliowym opakowaniu. ,,Włóż do portfela – powiedział Roger Sheldon – i w razie czego, jak podczas jakiegoś numerku w kinie dla zmotoryzowanych będziesz zbytnio podniecony, nie omieszkaj tego nałożyć. Na świecie jest już zbyt wielu sukinsynów, a ja nie chcę, aby wzięto cię do wojska w wieku szesnastu lat”.

– Chyba powtarzał mi to tyle razy, że utkwiło mi w głowie na dobre. Jeżeli cię uraziłem, to przepraszam – kontynuował Paul.

Rozluźniła się. Uśmiechnęła. Szczelina się zamknęła. Letnie kwiaty skinęły radośnie raz jeszcze. Pomyślał, że gdyby wyciągnął rękę w kierunku tego uśmiechu, nie natrafiłby na nic prócz jednolitego, nieprzeniknionego mroku.

– Nic się nie stało. Jest w bezpiecznym miejscu. Chwileczkę. Mam coś dla ciebie.

Wyszła i wróciła z parującą miską zupy. Po jej powierzchni pływały jakieś warzywa. Nawet nie przypuszczał, że zje jej tak dużo. Wyglądała na zadowoloną. To właśnie wtedy, kiedy jadł zupę, opowiedziała mu, co się stało, i wszystko sobie przypomniał. W gruncie rzeczy uznał, że dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego skończył z połamanymi nogami, ale sposób, w jaki poznał prawdę, był wielce niepokojący – jakby dotyczyło to postaci z jakiejś książki czy sztuki, postaci, której przeszłość w gruncie rzeczy nie jest przeszłością, a jedynie zwykłą fikcją literacką.

Pojechała do Sidewinder samochodem, żeby kupić trochę karmy dla zwierząt, które ma w gospodarstwie, i nieco artykułów spożywczych... oraz aby wpaść do Wilson’s Drug Center i zapytać o nową dostawę książek. Chodziło jej o wydania w miękkiej oprawie. Była środa – prawie dwa tygodnie temu. Dostawy książek są zawsze we wtorki.

– Właśnie myślałam o tobie – powiedziała, wsuwając mu kolejną łyżkę zupy do ust, a potem z wprawą wycierając kąciki ust chusteczką. – Dziwny zbieg okoliczności, prawda? Liczyłam, że „Dziecko Misery” ukaże się koniec końców w paperbacku, ale, niestety, nie miałam szczęścia. Zbierało się na burzę, ale do południa wszystkie stacje meteorologiczne były przekonane, że przejdzie bokiem i przesunie się na południe, w kierunku Nowego Meksyku i Sangre de Cristos.

– Tak – rzekł, przypominając sobie to wszystko. – Powiedzieli, że przejdzie bokiem. Dlatego wybrałem tamtą drogę. – Próbował przesunąć nogi. W odpowiedzi poczuł falę potwornego bólu, przeszywającego całe ciało, i jęknął.

– Nie rób tego – ostrzegła. – Twoje nogi, Paul, nie wydobrzeją, jak będziesz tak nimi przebierał... a ja nie mogę dać ci kolejnej porcji pigułek wcześniej niż za dwie godziny. I tak już dałam ci za dużo.

Dlaczego nie jestem w szpitalu? Było to pytanie, które chciał jej zadać, ale nie wiedział, czy którekolwiek z nich chciało, aby ono padło. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Kiedy poszłam do sklepu z żywnością, Tony Roberts zaproponował mi, żebym lepiej zaczekała u niego, niż próbowała zdążyć wrócić przed burzą, a ja powiedziałam...

– Jak daleko jest stąd do miasta? – zapytał.

– Tak sobie – odparła niejasno, odrywając wzrok od okna. Nastąpiła dziwna chwila ciszy, a Paul przeraził się wyrazem twarzy swojej opiekunki – było to czarne nic, czeluść otwierająca się w poprzek górskiej łąki, czerń, w której nie rosły żadne kwiaty – gdy się w nią wpadło, można było lecieć bardzo długo. Było to oblicze kobiety, która chwilowo zatraciła wszelkie oznaki życia, kobiety, która nie tylko zapomniała o dopiero co opowiadanej historii, ale w ogóle wydawała się wyprana z wszelkich wspomnień. Pewnego razu odwiedził szpital psychiatryczny – przed wieloma laty, kiedy pracował nad „Misery”, pierwszą z czterech powieści, które stały się podstawowym źródłem jego dochodów przez kolejnych osiem lat – i widział tego typu spojrzenia albo raczej ich brak, jak w tym wypadku. Stan ten określano mianem katatonii, lecz nie owo precyzyjne słowo go przerażało – budziło w nim strach raczej nieokreślone porównanie: miał wrażenie, że jej myśli stały się takie same jak jego wyobrażenie o całej reszcie jej ciała – twarde, włókniste, pełne, bez jakichkolwiek luk czy szczelin.

Jej twarz z wolna pojaśniała. Zdawać by się mogło, że myśli znów zaczęły napływać do mózgu. Później zrozumiał, że określenie „napływały” nie było w tym wypadku zbyt trafne. Ona nie „napełniała się” jak staw czy przydomowy basen – ona się podładowywała. Tak, ona się podładowuje, jak jakieś niewielkie urządzenie elektryczne – toster albo grzejnik.

– Powiedziałam do Tony’ego: „Burza przejdzie na południe”. – Mówiła z początku wolno, prawie nieskładnie, aż wreszcie złapała rytm i zaczęła mówić normalnie. Mimo to jednak niepokój, jaki się w nim obudził, nie wygasł. Wszystko, co powiedziała, było odrobinę dziwne, troszkę podejrzane. Słuchając Annie, odnosiło się wrażenie, jakby słuchało się płyty puszczonej na niewłaściwych obrotach.

– Tony uważał, że widocznie zmieniła zdanie, ale ja powiedziałam: „Co mi tam, ruszam moim rumakiem w drogę”. Na to on znowu: „Na pani miejscu zostałbym w mieście, pani Wilkes. Mówią przez radio, że zapowiada się niezła śnieżyca i nikt nie jest na to przygotowany”. Ale ja oczywiście musiałam wrócić, oprócz mnie nie ma tu nikogo, kto mógłby nakarmić zwierzęta. Najbliższymi sąsiadami są Roydmanowie, lecz oni mieszkają parę mil stąd. Poza tym Roydmanowie niezbyt mnie lubią.

Przy ostatnich słowach rzuciła mu przenikliwe spojrzenie, a kiedy nie zareagował, stuknęła apodyktycznie łyżką o krawędź miski.

– Już?

– Tak. Najadłem się, dziękuję. Było bardzo dobre. Dużo masz tu zwierzaków?

Bo, pomyślał z rozwagą, jeżeli tak, to znaczy, że musisz mieć tu kogoś do pomocy, na przykład jakiegoś wynajętego faceta. „Pomocnik” było tu właściwym słowem. W każdym razie tak mu się zdawało, gdyż zdążył już zauważyć, że nie miała na palcu obrączki ślubnej.

– Niezbyt dużo – powiedziała. – Pół tuzina kur niosek. Dwie krowy. I Misery.

Zamrugał powiekami.

Roześmiała się.

– Pewno nie przypadnie ci do gustu fakt, że nazwałam maciorę imieniem tak wspaniałej i pięknej kobiety, którą stworzyłeś. Ale tak się właśnie nazywa i nie chciałam cię w ten sposób urazić.

Po chwili namysłu dodała:

– Jest bardzo przyjacielska.

Kobieta zmarszczyła nos i na chwilę stała się świnią, a parę jasnych włosków na jej podbródku dopełniło tego obrazu. Wydała z siebie głośnie kwiknięcie:

– Chrum – chrum, kwiiik – kwiiik!

Paul spojrzał na nią rozszerzonymi oczyma.

Nie zauważyła tego. Znowu pogrążyła się w myślach – jej spojrzenie było zamglone i zadumane. W oczach nie odbijały się świetlne refleksy, ale lampa na nocnym stoliku rozbłysła dwukrotnie i jej blask na krótką chwilę zamieszkał w źrenicach kobiety.

Wreszcie zastartowała na nowo i powiedziała:

– Przejechałam jakieś pięć mil, kiedy zaczęła się śnieżyca. Zaczęła się ostro i gwałtownie – tutaj zawsze tak się dzieje. Jechałam wolno na włączonych światłach i nagle zobaczyłam twój wóz przewrócony w rowie.

Spojrzała na niego z dezaprobatą.

– Nie miałeś włączonych świateł.

– Burza mnie zaskoczyła – odparł, przypominając sobie, jak w drodze złapała go śnieżyca. Zapomniał jednak, że miał trochę w czubie.

– Zatrzymałam się – powiedziała. – Gdyby to było na większej stromiźnie, pewnie bym nie stanęła. Wiem, to niezbyt po chrześcijańsku, ale na drodze leżały już trzy cale śniegu i nawet jak masz dobry wóz z napędem na cztery koła, nie możesz być pewny, że zdołasz ruszyć z miejsca, gdy się już zatrzymasz na dobre. Łatwiej jest sobie powiedzieć: „E, oni na pewno wysiedli i złapali jakąś okazję”. Ale to było na samym szczycie trzeciego ze sporych wzgórz, niedaleko Roydmanów, i tam jest w miarę płasko. No to zatrzymałam wóz i jak tylko wysiadłam, usłyszałam jęk. To byłeś ty, Paul.

Obdarzyła go dziwnym, matczynym uśmiechem.

Wtedy właśnie po raz pierwszy w mózgu Paula Sheldona pojawiła się myśl: wpakowałem się w niezłą kabałę. Ta kobieta ma nierówno pod sufitem.

6

Prawie przez dwadzieścia minut siedziała obok niego w czymś, co mogło być gościnną sypialnią, i mówiła. Kiedy jego żołądek przetrawił zupę, ból w nogach odezwał się na nowo. Bardzo się starał skoncentrować na jej słowach, ale nie udało mu się osiągnąć pełnego sukcesu. Jego mózg pracował dwutorowo. Z jednej strony słuchał opowieści o tym, jak wyciągnęła go z wraka jego camaro rocznik ’74, cały czas mając świadomość bólu, który ćmił i dawał mu się we znaki jak para starych, potrzaskanych pali, zaczynających wyłaniać się spośród fal podczas odpływu. Z drugiej strony widział siebie w hotelu Boulderado, kończącego swoją nową powieść, która – Bogu niech będą dzięki za jego drobne łaski – nie dotyczyła losów Misery Chastain.

Co najmniej z kilku powodów nie chciał pisać o Misery, ale był jeden najważniejszy – niepodważalny i niewzruszony. Misery – dzięki Bogu za otrzymane łaski – nareszcie nie żyła. Zmarła na pięć stron przed końcem „Dziecka Misery”. W domu wszyscy się spłakali, kiedy to się stało (łącznie z Paulem, tyle tylko że jego łzy były rezultatem histerycznego śmiechu). Kończąc nową książkę – współczesną, opowiadającą o złodzieju samochodów – przypomniał sobie, jak wystukiwał ostatnie zdanie „Dziecka Misery”: „Potem zaś Ian i Geoffrey opuścili razem cmentarz Dunthorpe, wspierając się nawzajem w smutku, przekonani, że w jakiś sposób uda się im odnaleźć utracony sens życia”. Kiedy pisał tę linijkę, chichotał tak obłąkańczo, że z trudem trafiał w odpowiednie klawisze i musiał robić to kilka razy. Dzięki Bogu za taśmę korekcyjną starego IMB.

Napisał pod spodem KONIEC, a potem zaczął biegać w kółko po pokoju, krzycząc: „Nareszcie wolny! Nareszcie wolny! Boże wszechmogący, jestem wolny! Ta głupia dziwka wreszcie kopnęła w kalendarz!”.

Nowa powieść nosiła tytuł „Szybkie samochody” i kiedy ją skończył, nie wybuchnął śmiechem. Po prostu siedział przez jakiś czas przy maszynie, myśląc: może nawet dostaniesz Nagrodę Pulitzera w przyszłym roku, przyjacielu, a potem...

– ...niewielkie obrażenia na twojej prawej skroni, ale to nie wyglądało niebezpiecznie. To były twoje nogi. Pamiętam dobrze tę scenę, widzę, jak...

...podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił po obsługę pokoju. Zamówił dom perignon. Przypomniał sobie, jak czekał, aż mu go przyniosą, chodząc tam i z powrotem po pokoju, w którym skończył wszystkie swoje książki od 1974 roku. Przypomniał sobie, jak dał kelnerowi pięćdziesięciodolarowy napiwek i spytał go, czy słyszał prognozę pogody, jak zadowolony, podniecony i uśmiechnięty kelner powiedział mu, że burza najprawdopodobniej przejdzie bokiem na południe, w stronę Nowego Meksyku. Przypomniał sobie chłód trzymanej w dłoni butelki, dyskretny dźwięk wyjmowanego korka, ostry, cierpko-kwaśny smak pierwszego kieliszka, a także jak otworzył torbę podróżną, żeby spojrzeć na bilet lotniczy do Nowego Jorku. Przypominał sobie nagle, jak pod wpływem chwilowego podniecenia powziął decyzję...

– ...zabieram cię do domu! To było dopiero zadanie, żeby cię wsadzić do tej ciężarówki, ale jestem silną, potężną kobietą – jak zapewne zauważyłeś – i miałam parę koców z tyłu. Wsadziłam cię do wozu, opatuliłam jak należy i nawet wtedy, w półmroku, wydawałeś mi się znajomy. Myślałam, że może...

...powinien wziąć starego camaro z parkingu i po prostu pojechać na zachód, zamiast lecieć samolotem. No bo niby po cholerę lecieć do Nowego Jorku? Moloch, pusty, ponury, nieprzyjazny, pełen różnego rodzaju mętów. Pieprzyć to! – pomyślał i wypił kolejny kieliszek szampana. Na zachód, młody człowieku, na zachód! Ten pomysł był na tyle szalony, że wydawał się całkiem sensowny. Wziąć jedynie parę ubrań i...

– ...torbę, którą znalazłam. Również ją włożyłam do środka, ale nie było nic innego, a przynajmniej nic nie zauważyłam i bałam się, że możesz mi zemrzeć albo co, no to odpaliłam Starą Bessie, no i zabrałam cię...

...manuskrypt „Szybkich samochodów”, a potem ruszyć drogą do Vegas albo Reno lub, kto wie, może nawet do Miasta Aniołów. Przypomniał sobie pomysł, który z początku wydawał mu się idiotyczny – podróży, którą obmyślił jako dwudziestoczteroletni dzieciak po sprzedaniu swojej pierwszej powieści – ale którego nie zrealizował do dnia, kiedy stał się dojrzałym, czterdziestodwuletnim mężczyzną. Jeszcze parę kieliszków i ten pomysł wcale nie przedstawiał się tak idiotycznie, jak początkowo przypuszczał. W gruncie rzeczy był nawet interesujący. Rodzaj Wielkiej Odysei Dokądś. Coś, dzięki czemu mógłby powrócić na nowo do rzeczywistości po długim okresie przebywania w świecie literackiej fikcji. A kiedy się znalazł...

– ...wywiozłam cię stamtąd, jak mogłam najszybciej. Byłam pewna, że umrzesz. To znaczy, wydawało mi się, że umierasz. Byłam pewna, że umrzesz. Wyjęłam ci z kieszeni portfel i spojrzałam na prawo jazdy. Zobaczyłam personalia Paul Sheldon i pomyślałam: „O, to musi być po prostu jakiś dziwny zbieg okoliczności”, ale na zdjęciu w prawie jazdy wyglądałeś identycznie; tak się przestraszyłam, że aż musiałam usiąść przy kuchennym stole. Początkowo wydawało mi się, że zemdleję. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, że może zdjęcie to też zwykły zbieg okoliczności – te zdjęcia w prawach jazdy zwykle nie przypominają nikogo i niczego – ale potem znalazłam twoją kartę Writers Guild, legitymację Pen Clubu i wtedy nabrałam pewności, że byłeś...

...w kłopotach, gdy śnieg znów zaczął sypać, ale sporo wcześniej zatrzymał się w barze Boulderado i dał George’owi dwudziestaka, żeby przyniósł mu drugą butelkę szampana, a potem wypił ją, jadąc wzdłuż I-70 pośród Gór Skalistych, pod niebem koloru ołowiu. Gdzieś na wschód od tunelu Eisenhowera, na jednym ze wzgórz zjechał z drogi i ruszył w przeciwną stronę, bo na szosie było pusto, burza przesuwała się na południe, a on nie cierpiał tuneli. Na magnetofonie zamontowanym pod deską rozdzielczą swego wozu puszczał taśmę starego Bo Didleya, ale nie włączył radia, dopóki camaro nie zaczął gwałtownie tracić przyczepności i ślizgać się po oblodzonej szosie; dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że pogoda wyraźnie się pogorszyła oraz że zapowiada się poważna śnieżyca. Niewykluczone, że burza wcale nie przesuwała się na południe. Być może sunęła wprost na niego i już wkrótce znajdzie się w poważnych tarapatach

(w takich kłopotach, w jakich jesteś właśnie teraz)

ale miał tak w czubie, że potrafił sobie wmówić, iż można się z tego wydostać. Toteż zamiast zatrzymać się w Cana i tam poszukać schronienia, ruszył w dalszą drogę. Przypomniał sobie popołudniowe niebo, zmieniające barwę na ciemnoszarą, jakby ktoś włączył nagle przyciemniony filtr. Przypominał sobie, jak sięgnął do deski rozdzielczej po papierosy i w tej samej chwili wozem gwałtownie zarzuciło – próbował odzyskać nad nim kontrolę, ale bezskutecznie; było jeszcze gorzej. Przypomniał sobie ciężki, stłumiony odgłos uderzenia i jak cały świat przez chwilę zawirował mu przed oczami. Zaczął...

– ...krzyczeć! I kiedy usłyszałam twój krzyk, wiedziałam, że będziesz żył. Umierający rzadko krzyczą. Nie mają w sobie dość energii. Wiem. Zdecydowałam, że sprawię, byś żył. Wzięłam trochę leków przeciwbólowych z szafki i wmusiłam je w ciebie. Potem usnąłeś. Kiedy się obudziłeś i znowu zacząłeś krzyczeć, dałam ci kolejną porcję. Przez pewien czas miałeś gorączkę, ale i z nią poradziłam sobie raz-dwa. Dałam ci keflex. Miałeś jedną czy dwie ciężkie chwile, ale teraz już niebezpieczeństwo minęło. Przyrzekam.

Wstała.

– Czas już, żebyś trochę odpoczął, Paul. Musisz nabrać sił.

– Bolą mnie nogi.

– Nie wątpię. Za jakąś godzinę dostaniesz kolejną porcję lekarstwa.

– Teraz. Proszę. – Wstydził się, że prosi, ale nic na to nie mógł poradzić. Trwał odpływ i rozłupane pale sterczały, nagie, niewzruszone, realne – rzeczy, których nie sposób było nie dostrzegać ani tym bardziej ignorować.

– Za godzinę – powiedziała łagodnie. Ruszyła w stronę drzwi z miską i łyżką w jednej ręce.

– Zaczekaj!

Odwróciła się, patrząc na niego srogo, a zarazem z uwielbieniem. Nie lubił u niej tego wyrazu twarzy. W ogóle tego nie lubił.

– Minęły dwa tygodnie, odkąd mnie wyciągnęłaś?

Na jej twarzy pojawił się nieokreślony grymas lekkiego rozbawienia. Mógł przypuszczać, że miała dość kiepskie poczucie czasu.

– Mniej więcej.

– Byłem nieprzytomny?

– Prawie cały czas.

– Jak mnie karmiłaś?

Zmierzyła go wzrokiem.

– Dożylnie – odparła krótko.

– Dożylnie? – spytał, a ona odebrała jego zaskoczenie i oszołomienie jako wyraz ignorancji.

– Dożylnie – powiedziała. – Kroplówką. To od tego masz te ślady na rękach. – Jej spojrzenie nagle stało się stanowcze i uważne. – Zawdzięczasz mi życie, Paul. Mam nadzieję, że będziesz o tym pamiętał. Mam nadzieję, że o tym nie zapomnisz. To rzekłszy, wyszła.

7

Minęła godzina. W jakiś sposób wreszcie minęła cała godzina. Leżał w łóżku, pocąc się i drżąc. Z drugiego pokoju doszły doń pierwsze odgłosy Hawkeye’a i Hot Lips, a potem dyskdżokejów z WKRP, którejś z dzikich i szalonych stacji Cincinnati. Rozległ się głos spikera zachwalającego noże Ginsu, podał liczbę 800 i poinformował tych ze słuchaczy, którzy byli zainteresowani zakupem noży, że operatorzy czekają na ich telefony.

Paul Sheldon również czekał.

Gdy zegar w drugim pokoju wybił ósmą, pojawiła się z dwiema kapsułkami i szklanką wody.

Podniósł się na łokciach, kiedy usiadła na łóżku.

– Wreszcie kupiłam twoją nową książkę, przed dwoma dniami. – W szklance brzęknęły kostki lodu. Odgłos doprowadzający do szaleństwa. – „Dziecko Misery” – uwielbiam ją... Jest tak samo dobra jak pozostałe. Więcej! Najlepsza!

– Dziękuję – wykrztusił. Czuł, jak pot występuje mu na czoło. – Proszę... moje nogi... bardzo boli...

– Wiedziałam, że poślubi Iana – rzekła z uśmiechem, rozmarzona – i jestem pewna, że Geoffrey i Ian w końcu się pogodzą. Znów będą przyjaciółmi. Prawda? – I nagle dodała: – Nie, nie mów! Chcę dojść do tego sama. Dojdę do tego. To zawsze trwa tak długo, zanim powstanie następna.

Ból rozdzierał mu nogi i obejmował jego krocze niczym stalowe szczypce. Dotknął tego miejsca i pomyślał, że miednica musi być nietknięta, choć czuł, że jest dziwnie powykrzywiana i skręcona. Poniżej kolan natomiast chyba wszystko było naruszone. Nie chciał patrzeć. Widział poskręcane, pomarszczone kształty przykryte pościelą i to mu wystarczyło.

– Proszę, panno Wilkes! Ból.

– Mów mi Annie. Wszyscy moi przyjaciele tak mnie nazywają.

Dała mu szklankę. Była chłodna i wypełniona płynem. Trzymała kapsułki w dłoni. Ona była księżycem sprowadzającym przypływ, który przykrywał pale. Przysunęła kapsułki do jego ust, które on natychmiast otworzył, a potem cofnęła rękę.

– Pozwoliłam sobie przejrzeć twoją torbę. Nie masz nic przeciwko temu, prawda?

– Nie. Oczywiście, że nie. Lekarstwo...

Strużki potu pojawiły się na jego czole – czuł na przemian chłód i gorąco. Czy krzyczał? Miał wrażenie, że tak.

– Widziałam tam maszynopis – oznajmiła. Trzymała kapsułki w prawej ręce, która teraz nieco się pochyliła. Przerzuciła je do lewej ręki. Podążył za nimi wzrokiem. – Nazywa się to „Szybkie samochody”. To nie jest powieść z cyklu „Misery”, wiem o tym. – Spojrzała na niego z niewielką dezaprobatą, ale tak jak i poprzednio była ona zmieszana z wyrazem miłości. To było matczyne spojrzenie. – W dziewiętnastym wieku nie było samochodów, ani szybkich, ani jakichkolwiek innych! – Zachichotała z tego drobnego żarciku. – Pozwoliłam sobie również go przejrzeć... Chyba nie masz mi tego za złe, co?

– Proszę – jęknął. – Nie, ale proszę...

Jej lewa ręka przesunęła się ku dołowi. Kapsułki przetoczyły się po wnętrzu dłoni. Zawahała się, a potem przerzuciła kapsułki do prawej ręki. Zagrzechotały cichutko.

– A gdybym go przeczytała? Gdybym przeczytała maszynopis twojej nowej powieści? Miałbyś mi to za złe?

– Nie...

Jego kości były potrzaskane, nogi jakby wypełnione ropiejącymi odłamkami potłuczonego szkła.

– Nie... – Zmusił się do uśmiechu. – Nie, oczywiście że nie.

– Bo nigdy nie odważyłabym się tego zrobić bez twojego przyzwolenia – powiedziała z przejęciem. – Za bardzo cię szanuję. Prawdę mówiąc, kocham cię, Paul.

Poczerwieniała nagle, zatrwożona. Jedna z kapsułek wypadła jej z ręki na pościel. Paul sięgnął po nią, ale była szybsza. Jęknął, lecz w ogóle tego nie zauważyła; kiedy schwyciła kapsułkę, znów powróciła do swojej nieodgadnionej postawy i przez chwilę w milczeniu spoglądała w stronę okna.

– Twój umysł – powiedziała. – Twoja twórczość. Oto co ma dla mnie największe znaczenie.

W rozpaczy, bo to było jedyne, o czym mógł myśleć w obecnej chwili, powiedział:

– Wiem. Jesteś moją najzagorzalszą wielbicielką.

Tym razem się nie uśmiechnęła. Po prostu zapłonęła uśmiechem.

– Otóż to! – krzyknęła. – Właśnie. To jest to! I chyba nie miałbyś mi za złe, gdybym przeczytała tę twoją powieść właśnie w tym duchu, prawda? W duchu... miłości zagorzałej wielbicielki. Nawet jeżeli nie przepadam za innymi twoimi powieściami tak jak za cyklem o Misery?

– Nie – powiedział i zamknął oczy.

Nie. Zrób sobie ze stron tego maszynopisu papierowe czapeczki, jeżeli chcesz, tylko... Proszę... Ja tu zaraz umrę...

– Jesteś dobry – kontynuowała łagodnie. – Wiedziałam, że będziesz dobry. Już czytając twoje książki, wiedziałam, że tak będzie. Człowiek, który mógł wymyślić Misery Chastain, a potem tchnąć w nią życie, nie mógł być inny. Po prostu nie mógł.

Jej palce znalazły się nagle w jego ustach – były szokująco zażyłe, nieczysto serdeczne. Oczekiwane. Wyssał spomiędzy nich kapsułki i połknął je, zanim rozlewając część zawartości na pościel, zdołał podnieść do ust szklankę z wodą.

– Jak dziecko – powiedziała, lecz nie widział jej, bo oczy miał nadal zamknięte i czuł w ich kącikach kąsające żądła łez. – Ale dobrze. Jest tyle rzeczy, o które chciałabym cię zapytać – tak chciałabym wiedzieć.

Sprężyny zaskrzypiały, kiedy wstała.

– Będziemy tu we dwoje naprawdę szczęśliwi – rzekła.

Mimo że w tej samej chwili uczucie przejmującego przerażenia wdarło się do jego serca, Paul nadal nie otwierał oczu.

8

Dryfował. Nastąpił przypływ i on unosił się swobodnie na fali. Dryfował. W drugim pokoju grał telewizor, po jakimś czasie przestał. Czasami odzywał się zegar, a on próbował liczyć uderzenia, lecz zazwyczaj tracił rachubę.

Kroplówka! To od tego masz te ślady na rękach.

Podniósł się na jednym łokciu i sięgnął w stronę lampy. Po chwili udało mu się ją zapalić. Spojrzał na swoje ręce i w zgięciach łokci zobaczył blednące, zachodzące na siebie cienie w kolorze purpury i ochry – otwory wypełnione czarną krwią pośrodku każdego z siniaków.

Położył się z powrotem, patrzył w sufit i nasłuchiwał wiatru. Był blisko szczytu Great Divide w samym środku zimy z kobietą, która miała nie po kolei w głowie, z kobietą, która podłączyła go do kroplówki, kiedy był nieprzytomny, z kobietą dysponującą najwyraźniej niekończącym się zapasem prochów, która nie zdradziła nikomu, że znajduje się u niej w domu.

Były to rzeczy ważne, ale z wolna zaczął zdawać sobie sprawę, że było coś o wiele ważniejszego. Znowu zaczynał się odpływ. Zaczął czekać na dźwięk budzika w jej pokoju na górze. Minie jeszcze trochę czasu, zanim to się stanie, uznał jednak, że już najwyższa pora, aby zacząć wyczekiwać tej chwili.

Była szalona, ale jej potrzebował.

Boże, ale się wpakowałem, pomyślał i patrzył niewidzącymi oczyma w sufit, a na jego czole znów zaczęły się gromadzić kropelki potu.

9

Następnego ranka przyniosła mu więcej zupy i powiedziała, że przeczytała czterdzieści stron tego, co nazywała jego „książką w maszynopisie”. Nie uważała jej za równie dobrą jak pozostałe.

– Trudno nadążyć za akcją. Przeskoki w czasie są za duże i za częste.

– Technika – powiedział. Był gdzieś pomiędzy okresem bólu i niebólu, dlatego też mógł myśleć w miarę logicznie o tym, co do niego mówiła. – Technika, ot co. Temat... temat dyktuje formę.

W jakiś niejasny sposób przypuszczał, że tego typu zawodowe sztuczki mogą ją zainteresować, a nawet zafascynować. Bóg mu świadkiem, że fascynowały bywalców warsztatów pisarskich, gdzie jako młody człowiek przychodził niekiedy na wykłady.

– Umysł chłopaka, rozumiesz, jest co nieco pomieszany i dlatego...

– Tak. Jest bardzo pomieszany, a to czyni go mniej interesującym. Nie nieinteresującym – jestem pewna, że nie mógłbyś stworzyć nieinteresującej postaci – ale mniej interesującym. I ta profanacja! To słownictwo! To po prostu...

Zamyślona, karmiła go automatycznie i ocierała mu usta, gdy wyciekało mu z kącików, prawie na niego nie patrząc; tak jak wprawny maszynista rzadko spogląda na pulpit sterowniczy. Zrozumiał bez trudu, że musiała być pielęgniarką. Nie lekarzem, o nie – lekarze nie wiedzieliby, kiedy zaczyna wyciekać mu z ust, ani nie umieliby z tak niesamowitą dokładnością przewidzieć kierunku spływania strużki.

Gdyby meteorolog przepowiadający tę burzę był choć w połowie tak dobry w swoim fachu jak Annie Wilkes w swoim, nie tkwiłbym teraz w tym pieprzonym bajzlu, pomyślał z goryczą.

– W tym nie ma szlachetności! – krzyknęła nagle, podskakując i niemal rozlewając zupę z kaszą i wołowiną na jego białą, uniesioną twarz.

– Tak – rzekł cierpliwie. – Rozumiem, o co ci chodzi, Annie. To prawda, że w postaci Tony’ego Bonasaro nie ma szlachetności. To dzieciak ze slumsów, próbujący wyrwać się ze swego środowiska, rozumiesz, i te słowa... wszyscy używają tych słów jak...

– Wcale nie! – powiedziała, rzucając mu zakazujące spojrzenie. – A jak sądzisz, co ja robię, kiedy idę do sklepu z artykułami spożywczymi w miasteczku? Jak sądzisz – co mówię? „Tera, Tony, daj no mi tu, k... coś na ząb, coś, żebym se mogła, do ch... pochlać i dołóż też trochę tych pier... lekarstw”. I jak sądzisz, co on mi na to odpowie?

– Nieźle, k... Annie, grypsujesz, ja cię pier... naprawdę nieźle.

Spojrzała na niego, a jej twarz przypominała niebo, na którym lada chwila mogły pojawić się chmury burzowe. Położył się wygodnie. Był przerażony.

Miska zupy, którą trzymała w dłoniach, drżała. Jedna, potem dwie krople skapnęły na narzutę.

– A potem idę do banku na końcu ulicy i mówię do pani Billinger: „Mam tu, k... niezły czek, to mi go k... zrealizuj – dawaj no tu pięćdziesiąt pier... dolców, tylko k... szybko, bo mi się bardzo spieszy”? Czy uważasz, że jak mnie postawili przed sądem w Den...

Strumień brunatnej zupy na wołowinie popłynął na narzutę.

Spojrzała na nią, potem na niego i jej twarz wykrzywił dziwny grymas.

– No tak! Zobacz, co przez ciebie zrobiłam!

– Przepraszam. Przykro mi.

– Pewno, że ci przykro! – krzyknęła i rzuciła miską w kąt, gdzie roztrzaskała się na kawałki. Zupa rozbryzgnęła się na ścianie.

Jęknął.

Wtedy się wyłączyła. Po prostu siedziała tam przez chwilę, która z pewnością nie trwała dłużej niż trzydzieści sekund. W tym czasie Paul Sheldon miał wrażenie, że jego serce przestało bić.

Rozbudziła się trochę i zachichotała.

– Nerwus ze mnie – powiedziała.

– Przykro mi – odparł z suchym jak pieprz gardłem.

– Powinno ci być. – Mięśnie jej twarzy znów się rozluźniły.

Patrzyła ponuro na ścianę. Pomyślał, że znów ma zamiar się wyłączyć, ale zamiast tego Annie westchnęła i podniosła się z łóżka.

– Nie masz zwyczaju używać tego typu słów w powieściach o Misery, bo oni po prostu wtedy w ogóle nie znali takiego słownictwa. Nie zostało jeszcze wymyślone. Zwierzęce czasy wymagają zwierzęcego słownictwa, jak sądzę, ale muszę przyznać, że w tamtych czasach było o wiele lepiej. Powinieneś pozostać przy swoim cyklu o Misery, Paul – mówię poważnie. Szczerze. Jako twoja najzagorzalsza wielbicielka.

Podeszła do drzwi i spojrzała na niego.

– Włożę ten „książkowy maszynopis” z powrotem do twojej torby i skończę czytać „Dziecko Misery”. Może wrócę do tamtej później, jak już skończę.

– Jeżeli cię to denerwuje, nie rób tego – powiedział. Próbował się uśmiechnąć. – Nie chciałbym, żebyś się denerwowała. I do tego przeze mnie. W pewnym stopniu jestem od ciebie uzależniony – wiesz o tym.

Nie zrewanżowała się uśmiechem.

– Tak. Jesteś. Jesteś, prawda, Paul?

Wyszła.

10

Nastąpił odpływ. Pale powróciły. Zaczął wyczekiwać odgłosów zegara. Miał wybić drugą. Wreszcie. Leżał podparty na poduszce, wpatrując się w drzwi. Na sweter i jedną ze swoich spódnic miała nałożony fartuch. W ręce trzymała wiadro z wodą.

– Przypuszczam, że chciałbyś już dostać lekarstwo – powiedziała.

– Tak, proszę. – Próbował się do niej uśmiechnąć błagalnie i znów zrobiło mu się wstyd; czuł się dziwnie, niemalże obco.

– Mam je – oznajmiła. – Ale najpierw muszę oczyścić ten śmietnik w kącie. Śmietnik, który zrobiłeś. Będziesz musiał poczekać, aż z tym skończę.

Leżał na łóżku z nogami przypominającymi połamane gałęzie nakryte narzutą, a pot spływał mu po twarzy zimnymi, drobniutkimi strumyczkami; leżał i patrzył, jak podeszła do kąta, postawiła wiadro na ziemi, a potem pozbierała kawałki miski, wyniosła i znów wróciła, uklękła przy wiadrze, sięgnęła do środka i wyjęła z niego namoczoną w wodzie z mydłem ścierkę, i zaczęła zmywać zeschłe strugi zupy ze ściany. Leżał i patrzył, aż w końcu dostał dreszczy, które sprawiły, że jego ból stał się jeszcze bardziej przejmujący, lecz nic nie mógł na to poradzić. Kiedy się odwróciła i zobaczyła, że drży owinięty przepoconą pościelą, obdarzyła go tak szelmowskim uśmiechem, że gdyby mógł, zabiłby ją na miejscu.

– Niestety pozasychało. – Odwróciła twarz w jego stronę. – Obawiam się, że to trochę potrwa.

Zabrała się do szorowania. Zaciek powoli znikał ze ściany, ale ona raz po raz zanurzała ścierkę w wiadrze, wyżymała ją, tarła, po czym znów powtarzała cały cykl od początku. Nie widział jej twarzy, ale myśl – przekonanie – że znów zamknęła się w sobie i mogła tak szorować ścianę przez wiele godzin, nie dawała mu spokoju.

Wreszcie, tuż przedtem, jak zegar wybił jeden raz na 2.30, wstała i wrzuciła ścierkę do kubła. Bez słowa wyniosła wiadro z pokoju. Leżał w łóżku, nasłuchując skrzypienia podłogi, które znaczyło każdy jej krok, słyszał, jak wylewa wodę z kubła i – co nieprawdopodobne – szum napuszczanej do wiadra wody. Zaczął krzyczeć bezgłośnie. Odpływ nigdy nie dotarł tak daleko; nie widział nic prócz zeschłej połaci błota i tych spękanych pali, którym towarzyszyły ich na wieki uszkodzone cienie.

Wróciła i przez chwilę stała w drzwiach, patrząc na jego mokrą twarz ze znaną mieszanką rozdrażnienia i matczynego uwielbienia. Potem jej wzrok przesunął się w kąt, gdzie nie pozostał nawet ślad po rozlanej zupie.

– Teraz muszę to spłukać – powiedziała – w przeciwnym razie mydło zostawi matową plamę. Muszę zrobić to wszystko. Muszę to zrobić, jak należy. Jak człowiek żyje samotnie, nie może wymówić się od jakiegokolwiek zajęcia. Trzeba być wszechstronnym. Moja matka mawiała: „Kto raz nabrudzi, nigdy nie będzie dbać o porządek”, a ja żyję zgodnie z jej dewizą.

– Proszę – jęknął. – Proszę, ten ból – ja umieram.

– Nie. Nie umierasz.

– Będę krzyczał – ostrzegł, podnosząc głos. Krzyk bolał. Ranił jego nogi i ranił serce. – Nic na to nie poradzę.

– No to krzycz – odparła. – Ale pamiętaj, że to ty nabrudziłeś. Nie ja. To tylko i wyłącznie twoja wina.

Jakimś sposobem zdołał powstrzymać się od krzyku.

Patrzył, jak moczyła, wyżymała i tarła, wyżymała i tarła. Wreszcie, kiedy zegar w czymś, co najprawdopodobniej było salonikiem, zaczął wybijać trzecią, wstała i podniosła kubeł.

Teraz wyjdzie i usłyszę, jak wylewa wodę, i być może nie wróci tu przez godzinę, bo kto wie, może jej zdaniem kara nie była dość surowa.

Ale zamiast wyjść, podeszła do jego łóżka i sięgnęła ręką do kieszeni fartucha. Wyjęła z niej nie dwie kapsułki, lecz trzy.

– Masz – powiedziała czule.

Włożył je do ust, a kiedy uniósł wzrok, zobaczył, jak podsuwa w jego stronę żółte, plastikowe wiaderko. Przesłaniało mu pole widzenia jak spadający księżyc.

Szara woda przelewała się ponad krawędzią, zachlapując pościel na łóżku.

– Popij je tym – powiedziała. Jej głos nadal brzmiał czule.

Spojrzał na nią oczyma rozszerzonymi ze zdumienia.

– Zrób to – poleciła. – Wiem, że możesz je połknąć bez wody, ale proszę, uwierz mi, mogę sprawić, że bardzo szybko je zwrócisz. Poza tym to tylko mydliny. Nic ci się nie stanie.

Pochyliła się nad nim jak monolit, kubeł przechylił się nieznacznie. Widział ścierkę, obracającą się powoli w mrocznych odmętach niczym topielec; widział kilka mydlanych baniek na powierzchni wody. Całym sobą czuł obrzydzenie, ale nie zawahała się żadna jego cząstka. Popił szybko pigułki i poczuł w ustach taki smak jak wtedy, gdy matka kazała mu umyć zęby mydłem.

Jego żołądek skurczył się i coś w nim zaburczało.

– Nie wymiotowałabym na twoim miejscu, Paul. Do dziewiątej wieczorem nic nie dostaniesz.

Patrzyła na niego przez chwilę mętnym, pustym spojrzeniem, a potem jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– Nie zdenerwujesz mnie już więcej, prawda?

– Nie – wyszeptał.

Złościć księżyc, który powodował przypływ? Cóż to za idiotyczny pomysł. Doprawdy, IDIOTYCZNY!

– Kocham cię – powiedziała i pocałowała go w policzek. Wyszła, nie oglądając się za siebie, wynosząc kubeł, tak jak twarda wieśniaczka mogłaby wynosić wiadro z mlekiem – lekko odsunięty od ciała, jakby w ogóle o nim nie myślała, tak by nie uronić z niego ani kropli.

Położył się, czując w gardle i w ustach piasek i gips. I smak mydła.

Nie wyrzygam... Nie wyrzygam... Nie wyrzygam!

Wreszcie ta myśl przestała go dręczyć i zdał sobie sprawę, że ogarnia go senność. Zdołał zatrzymać to w sobie, dopóki lekarstwo nie zaczęło działać.

Wygrał.

Tym razem.

11

Śniło mu się, że pożerały go ptaki. To nie był dobry sen. Potem rozległ się głuchy huk i pomyślał: Tak, dobrze – właśnie tak! Zastrzel go! Zastrzel tego cholernego ptaka!

Po chwili obudził się ze świadomością, że to tylko Annie Wilkes zamknęła z trzaskiem drzwi. Wyszła nakarmić zwierzęta na farmie. Słyszał chrzęst jej kroków na śniegu. Przeszła obok jego okna w grubej kurtce z naciągniętym głęboko kapturem.

Para oddechu buchała z jej ust, a wiatr zwiewał ją z powrotem, omiatając nią twarz. Nie spojrzała na niego. Przypuszczalnie szła do stodoły.

Nakarmić zwierzęta, zrobić porządek w oborze, może przy okazji rzucić też trochę uroków – tego typu skojarzenia nasuwały mu się niemal automatycznie. Niebo pociemniało purpurą. Zbliżał się zachód słońca. Była 5.30, może nawet 6.00. Trwał przypływ i bez trudu znów mógłby zapaść w sen – a chciał zasnąć – lecz musiał zastanowić się nad swoją okropną sytuacją, a teraz mógł w miarę racjonalnie myśleć.

Najgorsze było jednak to – o czym się wkrótce przekonał – że nie chciał o tym myśleć nawet wówczas, kiedy mógł, nawet kiedy zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie zacznie się nad tym zastanawiać, to nigdy nie wyplącze się z tej kabały. Jego umysł starał się usuwać to w kąt jak dziecko, które próbuje odsunąć od siebie talerz z jedzeniem, choć powiedziano mu, że nie może odejść od stołu, dopóki nie zje wszystkiego. Nie chciał o tym myśleć, bo już samo życie z tym było dostatecznie uciążliwe. Nie chciał o tym myśleć, gdyż cokolwiek robił, przeszkadzały mu w tym nieprzyjemne obrazy – sposób, w jaki odcinała się od wszystkiego, sposób, w jaki kojarzyła mu się z posągami i wizerunkami bożków, a teraz również z obrazem żółtego plastikowego wiadra, zmierzającego w kierunku jego twarzy jak spadający księżyc. Myślenie o tych rzeczach nie zmieniłoby jego sytuacji, ale było to lepsze niż nic. Wystarczyło, aby jeden jedyny raz zamyślił się nad osobą Annie Wilkes i własną pozycją tu, w jej domu, a te myśli przesłaniały wszystkie inne. Jego serce zaczęło bić nazbyt szybko, głównie ze strachu, ale po części również ze wstydu. Zobaczył siebie, przytykającego usta do brzegu żółtego wiadra, dojrzał brunatną wodę z mydłem i pływającą w niej ścierkę – widział to wszystko, ale mimo wszystko wypił – nie wahając się ani przez chwilę. Nigdy nie powiedziałby o tym nikomu, zakładając, że w ogóle uda mu się stąd wydostać; przypuszczał, że okłamanie samego siebie przyszłoby mu z łatwością, jednak w głębi duszy wiedział, że nie potrafiłby tego zrobić.

Tak – godny pogardy czy nie (ale raczej tak) nadal chciał żyć.

Myśl o tym, do cholery! Jezu Chryste, tak bardzo się boisz, że nawet nie chcesz spróbować!

Nie – prawie tak bardzo się boisz.

Potem dziwna, wściekła myśl przyszła mu do głowy: ona nie lubi tej nowej powieści, bo jest za głupia, żeby zrozumieć, o co w niej chodzi.

Myśl nie była taka całkiem dziwna – w tych okolicznościach uczucie, jakim darzyła „Szybkie samochody”, było całkiem nieistotne. Ale myślenie o tym, co powiedziała, stanowiło coś w rodzaju nowej uliczki, a uczucie wściekłości do niej było lepsze od strachu przed nią, dlatego też chwycił się tej myśli z żarliwością.

Za głupia? Nie. Zbyt ograniczona. Nie tylko nie chce się zmienić, ale co więcej – sprzeciwia się jakiejkolwiek perspektywie zmiany.

Tak. I ponieważ ona najprawdopodobniej była szalona, nic dziwnego, że miała odmienne zdanie na temat jego powieści niż setki i tysiące innych ludzi w całym kraju (90 procent spośród nich to kobiety) – kto mógłby czekać na kolejny pięciusetstronicowy epizod z burzliwego życia podrzutka, który dorósł, by poślubić para? Nie, to nie tak. Oni chcieli Misery, Misery, Misery. Za każdym razem napisanie powieści zabierało mu dwa lata. Z początku pisał z pewnością, potem z nadzieją, a w końcu ze zwyczajną rozpaczą – pod presją lawiny listów od tych kobiet, których wiele określało siebie mianem jego „najzagorzalszych wielbicielek”. Ton tych listów wahał się od oszołomienia (to w jakiś sposób bolało najbardziej) przez wyrzuty aż do otwartej wściekłości, ale treść była zawsze jednakowa: „To nie było to, czego oczekiwałam – to nie było to, czego chciałam. Proszę, wróć do Misery, chcę więcej, co się dzieje z Misery?”.

Mógł napisać nowoczesne „Pod wulkanem”, „Tessę”, „Wściekłość i wrzask”, ale to się nie liczyło. Oni nadal będą chcieli Misery, Misery, Misery.

„Trudno za tym nadążyć... On nie jest interesujący. I to słownictwo – profanacja!”...

Znów rozgorzał w nim gniew. Gniew skierowany przeciwko jej nieugiętości, twardości, wściekłość wynikająca z faktu, że po prostu go porwała – trzymała go tu jak więźnia, zmuszała do dokonywania wyboru pomiędzy piciem brudnej wody z kubła i bólem promieniującym z jego potrzaskanych nóg – a potem, na dodatek, pozwoliła sobie skrytykować najlepszą rzecz, jaką kiedykolwiek napisał.

– Pieprzę cię – powiedział i nagle zrobiło mu się jakby lżej; znów był sobą, choć wiedział, że jego bunt był nikły i nic nieznaczący – była w stodole, gdzie nie mogła go usłyszeć, a pale znajdowały się jeszcze pod wodą. Nadal.

Przypomniał sobie jej wejście tutaj, jak wyjmowała kapsułki, wymuszając pozwolenie przeczytania maszynopisu „Szybkich samochodów”. Czuł ogarniający go wstyd, od którego poczerwieniał na twarzy – ale w tej chwili zawstydzenie i upokorzenie były zmieszane z wściekłością. Drobniutki płomyczek zmienił się w płonącą żagiew. Nigdy nie pokazywał nikomu maszynopisu przed dokonaniem korekty i ponownym przepisaniem. Nigdy. Nawet swojemu agentowi, Bryce’owi. Nigdy. Dlaczego. Przecież...

Przez chwilę nie myślał o niczym. Z oddali dochodziło stłumione muczenie krów.

Maszynopis „Szybkich samochodów” znajdował się teraz w rękach Annie Wilkes, a był to jedyny istniejący egzemplarz tej powieści. Spalił nawet wszystkie swoje notatki.

Dwa lata ciężkiej pracy – powieść nie podobała się Annie – a Annie była szalona.

Lubiła tylko Misery. Tylko ją – nie jakiegoś tam drobnego złodziejaszka kradnącego samochody, chłopaka o ciętym języku, nieprzebierającego w słowach, chłopaka rodem z hiszpańskiego Harlemu.

Pamiętał, jak pomyślał: Zrób z kartek mojego maszynopisu papierowe czapeczki, tylko... proszę... Gniew i upokorzenie znów wdarły się do jego serca, budząc pierwszą tępą zapowiedź bólu w jego nogach. Tak. Praca, duma ze swojej pracy, wartość pracy, którą ma za sobą... Wszystkie te rzeczy zaczęły niknąć w cieniach magicznej latarni, zmieniając się w rzeczywistość, kiedy ból stawał się nie do zniesienia. To, co by z nim zrobiła i co mogła z nim zrobić, kiedy większość życia spędził w przekonaniu, że słowo „pisarz” jest najważniejszą definicją samego siebie, sprawiło, że w jego oczach stała się czymś potwornym – czymś, przed czym musiał uciec. Naprawdę była czymś w rodzaju bożka i jeżeliby go nie zabiła, mogłaby zabić to, co w nim było.

Teraz słyszał pełne entuzjazmu kwiczenie świń.

Myślała, że go tym urazi, ale on uważał, że Misery to wspaniałe imię dla świni. Przypomniał sobie, jak wyglądała, jak jej górna warga się uniosła ku nosowi, policzki jakby się trochę spłaszczyły – i w tej właśnie chwili upodobniła się do prawdziwej świni – kwiiik – kwiiik – kwiiik.

Ze stodoły dobiegł jej głos:

– Eeejże, świnko, świneczko.

Zakrył oczy ręką i skoncentrował się na wściekłości, bo ona dodawała mu odwagi. Odważny człowiek potrafi myśleć. Tchórz – nie.

Znajdował się u kobiety, która kiedyś na pewno była pielęgniarką. Czy nadal była pielęgniarką? Nie – bo nie chodziła do pracy. Dlaczego nie pracowała w swoim zawodzie? To wydawało się oczywiste. Brakowało jej klepek. Niektóre najwyraźniej się obluzowały. Jeżeli on to dostrzegał nawet poprzez mgiełkę bólu, w której żył, musiało to być równie oczywiste dla jej kolegów. A on dysponował dodatkową porcją informacji, na podstawie których mógł się domyślić, jak bardzo była nienormalna. Wyciągnęła go z wraku samochodu i zamiast wezwać policję czy ambulans, ulokowała go w pokoju gościnnym, podłączyła do kroplówki i naszpikowała prochami. Podała mu taką dawkę, że płuca na chwilę odmówiły posłuszeństwa. Raz. Przynajmniej raz. Tyle pamiętał. Nie wspominała o tym nikomu ani słowem i jeżeli nie zrobiła tego do tej pory, to najwyraźniej nie miała takiego zamiaru. Czy postąpiłaby tak samo, gdyby miała do czynienia z Joe Blowem z Kokomo? Gdyby to jego wyciągnęła z rozbitego samochodu? Nie. Uznał, że nie. Uwięziła go, bo był Paulem Sheldonem, a ona...

– Ona jest moją najzagorzalszą wielbicielką – wymamrotał Paul.

Z ciemności wyłoniło się nieprzyjemne wspomnienie. Mama zabrała go do zoo w Bostonie. Przyglądał się wielkiemu ptakowi. Miał najpiękniejsze pióra – czerwone, purpurowe i błękitne – najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widział, i najsmutniejsze oczy. Spytał mamę, skąd pochodził ten ptak, a ona odpowiedziała: „Z Afryki”. Zrozumiał, że los tego ptaka jest przesądzony, że przyjdzie mu umrzeć tu, w klatce, w której go zamknięto, z dala od rodzinnych stron, i zapłakał. Mama kupiła mu lody i wtedy się uspokoił, ale potem znów przypomniał sobie tę scenę i ponownie zebrało mu się na płacz, toteż zabrała go do domu, a kiedy wracali tramwajem do Lynn, powiedziała mu, że jest beksa i maruda.

Jego pióra. Jego oczy.

Ból w nogach stał się dotkliwszy.

Nie! Nie! Nie!

Docisnął przedramię do oczu. Ze stodoły dochodziły stłumione odgłosy uderzeń. Nie sposób powiedzieć, co oznaczały, ale w wyobraźni (twój umysł, twoja twórczość – to wszystko, co się dla mnie liczy) widział ją, jak spycha nogą ze strychu bele siana, widział, jak spadają na podłogę stodoły.

Afryka. Ptak pochodzi z Afryki. Z...

I wtedy jego myśli przerwał jej podniesiony, niemal wrzaskliwy głos: „Czy myślisz, że jak mnie postawili przed sądem w Den...”.

...Przed sądem w Denver... Czy myślisz, że jak mnie postawili przed sądem w Denver.

Czy przysięgasz mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Tak mi dopomóż Bóg?

(Nie wiem, gdzie to mu się przytrafiło).

Aja wiem.

(On zawsze pisze takie rzeczy).

Podaj swoje nazwisko

(Nikt z mojej strony rodziny nie miał takiej wyobraźni jak on)

Annie Wilkes

(Tak żywej!)

Nazywam się

Annie Wilkes

Chciał, by powiedziała coś więcej. Ale nie powiedziała.

– No, dalej – mruknął z ręką na oczach. W ten sposób myślało mu się najlepiej, w ten sposób najlepiej wszystko sobie wyobrażał. Jego matka lubiła mówić do pani Mulraney, mieszkającej po sąsiedzku, jak wspaniałą miał wyobraźnię, jak bardzo żywą, jak cudowne historyki pisywał (z wyjątkiem, rzecz jasna, chwil, kiedy nazywała go beksą i marudą). – No dalej, dalej, dalej!

Widział salę sądową w Denver, widział Annie Wilkes na sali nie w dżinsowych spodniach, ale w purpurowo-czarnej sukience i potwornym słomkowym kapeluszu. Widział, że na sali sądowej było niewielu widzów, a sędzia był łysy i nosił okulary. Sędzia miał siwy wąsik. Pod wąsikiem niewielkie znamię. Biały wąsik przykrywał je, ale nie całkiem.

Annie Wilkes

(Czytał już w wieku trzech lat! Czy możecie sobie wyobrazić!)

Duch miłości typowy dla wielbicieli.

(On zawsze pisał takie rzeczy, tworzył je...)

Teraz muszę spłukać

(Afryka. Ten ptak pochodzi z Afryki)

– Dalej – wyszeptał, ale nie mógł posunąć się dalej.

Pomocnik szeryfa raz po raz żądał, by podała swoje nazwisko, ona zaś odpowiadała, że nazywa się Annie Wilkes, ale nie mówiła nic więcej. Siedziała tam ze swoim włóknistym, twardym, złowieszczym ciałem wypierającym powietrze, co chwila powtarzając, jak się nazywa, ale nie mówiąc ani słowa ponadto. Paul odpłynął w objęcia snu, usiłując bezskutecznie się domyślić, z jakiego powodu była pielęgniarka, która go uwięziła, mogła stanąć kiedyś przed sądem w Denver.

12

Był w szpitalu. Poczuł nagłą ulgę – tak wielką, że chciało mu się płakać. Coś się stało, kiedy spał, ktoś przyszedł albo być może Annie zmieniła zdanie. Może to był głos serca. A zresztą nieważne. Położył się spać w domu kobiety-potwora, a obudził w szpitalu. Ale czy oddział w szpitalu jest aż tak długim pomieszczeniem? Było olbrzymie jak hangar lotniczy! Wewnątrz stały rzędem łóżka, w których leżeli identyczni ludzie (z identycznymi butelkami kroplówek zwisającymi z wieszaków stojących obok ich łóżek). Usiadł i zobaczył, że mężczyźni byli identyczni. Tacy jak on. Byli nim. Potem jakby z oddali usłyszał bicie zegara i zrozumiał, że odgłos ten dobiegał spoza muru snu. To był sen. Smutek zastąpił ulgę.

Otworzyły się drzwi na końcu olbrzymiej sali i stanęła w nich Annie Wilkes – tyle tylko że miała na sobie długą koronkową suknię i stylowe nakrycie głowy. Była ubrana jak Misery Chastain w „Miłości Misery”. Pod pachą trzymała wiklinowy koszyk. Zawartość przykrywał ręcznik. Kiedy patrzył, wolno zdjęła ręcznik. Sięgnęła do środka, wyjęła pełną garść czegoś i rzuciła tym w twarz jeszcze zaspanego Paula Sheldona. To był piasek – jak zauważył – a Annie Wilkes była Misery, grającą rolę Piaskowego Człowieka. A raczej Piaskowej Kobiety.

Wtedy zauważył, że twarz Paula Sheldona po obsypaniu jej piaskiem staje się upiornie biała – uczucie potwornego przerażenia pomogło mu wyrwać się z objęć snu i przeniosło go na powrót do sypialni, gdzie nad jego łóżkiem pochylała się Annie Wilkes. W jednej ręce trzymała gruby egzemplarz „Dziecka Misery”. Zakładka w książce wskazywała, że przeczytała już dwie trzecie powieści.

– Jęczałeś – powiedziała.

– Miałem zły sen.

– O czym?

Odpowiedział natychmiast, wypowiadając pierwsze słowo, które przyszło mu na myśl.

– O Afryce.

13

Następnego ranka, gdy przyszła, jej twarz przybrała kolor popiołu. Drzemał, ale obudził się natychmiast i uniósł na łokciach.

– Panno Wilkes? Annie? Nic pani nie j...

– Nie.

Chryste, ona miała atak serca, pomyślał i na chwilę zamarł z przerażenia, ale uczucie to bardzo szybko zostało zastąpione przez wewnętrzne zadowolenie. No i dobrze. Niech ma atak serca. I to poważny! Prawdziwy zawał. Byłby bardziej niż szczęśliwy, gdyby mógł doczołgać się do telefonu, niezależnie od tego, jakby to miało być bolesne. Doczołgałby się do telefonu po tłuczonym szkle, gdyby tylko mógł. I to był atak serca, ale nie taki, o jakim myślał. Podeszła do niego, nawet się nie zataczając, tylko sunąc, jak marynarz, który wreszcie zszedł ze statku po wyjątkowo długim rejsie.

– Co... – próbował się od niej odsunąć, ale nie było dokąd. Miał za sobą tylko zagłówek, a jeszcze dalej ścianę. – Nie!

Dotarła do brzegu łóżka, naparła na nie, pochyliła się i przez chwilę zdawało się, że na niego runie. Ona po prostu tam stała, patrząc w dół, na niego, jej twarz była papierowobiała, żyły na szyi nabrzmiałe, jedna z żył, na środku czoła, pulsowała rytmicznie. Jej dłonie rozwarły się, szponiaste palce zacisnęły się w pięści twarde jak kamienie, a potem znów rozluźniły.

– Ty... ty... ty... obrzydliwy ptaku!

– Co... Nic nie... – Ale nagle zrozumiał i całe jego wnętrze stało się jakby puste. Po prostu zniknęło.

Przypomniał sobie, gdzie tkwiła ostatniej nocy używana przez nią zakładka. W trzech czwartych grubości książki. Skończyła ją. Teraz wiedziała już wszystko. Wiedziała, że to nie Misery, tylko Ian był bezpłodny. Siedziała tam, w niewidocznym z jego łóżka pokoju; był ciekaw, czy jej oczy się rozszerzyły, a usta rozwarły, kiedy Misery dowiedziała się wreszcie prawdy, podjęła decyzję i wymknęła się na spotkanie z Geoffreyem? Czy jej oczy wypełniły się łzami, gdy zrozumiała, że Misery i Geoffrey, dalecy od nawiązywania romansu za plecami mężczyzny, którego oboje kochali, dali mu największy dar, jaki mogli – dziecko, które będzie uważał za swoje? I czy jej serce przepełniło się radością, gdy Misery powiedziała Ianowi, że jest w ciąży, on przytulił ją mocno do siebie i łzy pociekły mu z oczu, a z ust raz po raz dobiegał szept: „Kochana, moja kochana...”.

W ciągu kilku sekund nabrał pewności, że wszystkie te rzeczy musiały się wydarzyć. Ale zamiast płakać w egzaltowanym smutku – co powinna była zrobić, gdy Misery opuszczała ten ziemski padół, pozostawiając na nim potomka, którego wychowania podejmą się zapewne Geoffrey i Ian – wpadła w prawdziwą furię.

– Ona nie może umrzeć! – wrzasnęła na niego Annie Wilkes. Jej dłonie rozwarły się, szponiaste palce zaciskały się i rozchylały w coraz to szybszym tempie. – Misery Chastain nie może umrzeć!

– Annie – Annie, proszę.