Minecraft. Wypadek - Tracey Baptiste - ebook

Minecraft. Wypadek ebook

Tracey Baptiste

4,0

Opis

Druga po "Minecraft". "Wyspa" oficjalna powieść "Minecraft"!

Nastoletnia Bianca po ciężkim wypadku samochodowym, w którym uczestniczyła wraz ze swoim przyjacielem Lonniem, ucieka w świat wirtualnej rzeczywistości Minecrafta. Wkrótce jednak zdaje sobie sprawę, że grając na szpitalnym serwerze, znalazła się w grze, w której nie obowiązują zwykłe zasady, a postacie, które ją atakują, przypominają osoby z prawdziwego życia. Pojawia się tam także ktoś wyglądający jak Lonnie, jednak z awatarem chłopca nie ma kontaktu .

Bianka musi rozwikłać tajemnice tego nowego świata: dlaczego się w nim znalazła? Kim są groźne postacie, które ją śledzą? Czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę? Jak dotrzeć do Lonniego i pomóc mu, by znowu stał się sobą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Minecraft. The Crash

Projekt okładki i ilustracje: Ian Wilding

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© 2018 by Mojang AB and Mojang Synergies AB

„Minecraft is a trademark or registered trademark of Mojang Synergies AB”.

This translation published by arrangement with Del Rey, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Ewa Ziembińska

ISBN 978-83-287-1183-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Dla Adama, Elliota, Avery’ego i Lindsay

ROZDZIAŁ I

Chciałabym odszukać tego, kto wymyślił sentencję, że „nic nie dzieje się bez przyczyny”, i powiedzieć mu, co o niej sądzę. Bo kiedy świat wali ci się na głowę, wcale nie masz ochoty słuchać, że to właściwie dobrze. I co, nawet gdybyś miał magiczny wehikuł czasu, który przeniósłby cię w przeszłość i pozwolił naprawić błędy, nie powinieneś z niego skorzystać? Taa, jasne. Nikt tak nie myśli.

Wiadomo, trudno znaleźć właściwe słowa, kiedy wszystko dokumentnie się sypie. Lepiej iść naprzód, próbować naprawiać błędy i mieć nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Chyba powinnam powiedzieć coś mądrzejszego, ale niestety nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Aha, i jeszcze tamto o wehikule czasu. Zawsze to coś.

Tak czy inaczej, błąd, który chciałabym naprawić, popełniłam parę dni temu. Ile dokładnie – nie mam pojęcia. Czas… ostatnio trochę mi się plącze. Ale nie tak dawno temu, w piątek, mój najlepszy przyjaciel i ja wybraliśmy się na pierwsze towarzyskie wydarzenie w roku szkolnym, znane również jako mecz z okazji dorocznego zjazdu absolwentów.

Namówiłam Lonniego, żeby ze mną poszedł, chociaż ani on, ani ja nie interesowaliśmy się sportem. Byliśmy graczami. Sport – nie licząc gier wideo – nie plasował się wysoko na naszej liście priorytetów. Pomyślałam jednak, że zjazd absolwentów to jedno z tych żelaznych wydarzeń z życia liceum, o których zawsze tyle mówi się w filmach, więc czemu tam nie zajrzeć? Jako świeżo upieczony pierwszak po cichu nie mogłam się doczekać liceum. To było jak przejście na kolejny poziom gry w życie – pełnowymiarowe szafki na większy ekwipunek, potężniejsi bossowie czy chociażby egzaminy SAT[1], no, wiesz, o co mi chodzi. Lonnie natomiast nie był przekonany do tej imprezy. Osłodziłam mu więc tę decyzję, i to dosłownie. Obiecałam, że zrobię swoje słynne brownie i przyniosę koc, żebyśmy mogli razem posiedzieć, żując czekoladę. Chciałabym wierzyć, że skusiły go brownie i koc, ale nie jestem pewna. To znaczy niewielu trzecioklasistów w szkole średniej ma ochotę pokazywać się z pierwszakami, jednak my przyjaźniliśmy się, odkąd ja miałam sześć lat, a on osiem. W pewien sposób wykraczaliśmy więc poza parametry zwyczajnej licealnej przyjaźni. Tak czy owak, to wszystko była moja wina. Ja jestem odpowiedzialna za to, co się stało.

Lonnie przyszedł koło piątej. Wyskoczyłam z domu, dzierżąc brownie i koc, wsiadłam do samochodu, zaczekałam, aż ruszy, po czym zaczęliśmy rozmawiać o Minecrafcie. Nasz stały temat.

– Zbudowałaś wszystkie pułapki? – zapytał Lonnie.

Zmarszczyłam nos. Nie zbudowałam. Głównie dlatego, że zapomniałam.

– Właściwie to wydaje mi się, że lepiej byłoby rozbudować bazę. Postanowiłam zrobić podłogę ze szkła, żeby można było patrzeć na wszystko z góry.

– Chcesz powiedzieć, że nie skończyłaś tego, co obiecałaś skończyć. Znowu. – Lonnie brzmiał raczej jak rozczarowany ojciec niż jak przyjaciel, a ja odruchowo zaczęłam się bronić.

– Zajmę się tym, kiedy skończę nową szklarnię – powiedziałam. – Nie rozumiem, czemu się tak czepiasz.

– Bianca.

– Lonnie.

– Powinnaś trzymać się planu. Cały ten świat zaczyna się sypać. Jeśli chcemy, żeby coś dobrze działało, musimy robić to, co zaplanowaliśmy. Przecież chyba o to chodzi w testowym świecie? Żeby coś udoskonalić, a potem przenieść się do prawdziwej gry?

– Wydawało mi się, że testowy świat jest po to, żeby robić dziwne rzeczy i sprawdzić, co ma sens, a co nie. Poszaleć, ile się da, wysadzać w powietrze, rozwalać i nie musieć niczego naprawiać.

Lonnie westchnął. Przesunął dłonią po krótko ostrzyżonych włosach i na chwilę mocno zacisnął powieki, jakby coś go bolało. Kiedy z powrotem otworzył oczy, miały kolor zamglonego szarego nieba, nie zaś wyrazisty stalowoszary odcień, który oznaczał u niego dobry humor.

– Myślałem, że chcesz skończyć ten projekt – powiedział. – Mówiłaś, że chcesz stworzyć cały świat. Nowe krajobrazy. Całe wioski. Całkiem nowe zasady społeczne; a potem się tym pobawić.

– Tak, ale…

– Ale najpierw musimy to wszystko zrobić. A żeby to zrobić, potrzebujemy planu, Bianca.

Nie miałam zamiaru się z nim kłócić. Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby przestał sapać, jakby był wściekłym smokiem, który za chwilę zionie na mnie ogniem.

– Nigdy nie trzymasz się planu. Najpierw mówisz, że chcesz coś zrobić, więc ja mówię „OK, plan jest taki”. Ty na to: „Świetny plan!”. A potem nawet nie próbujesz udawać, że robisz to, co proponowałem.

Och, więc to miała być kłótnia z prawdziwego zdarzenia.

– A mimo wszystko robię za twojego szofera – dodał.

– Dopiero co dostałeś prawo jazdy. Musisz ćwiczyć – skwitowałam. – Poza tym pomyśl, jak ci się poszerzą horyzonty: wreszcie idziesz na prawdziwą imprezę sportową!

– Od kiedy to lubisz sport? – zapytał.

Wzruszyłam ramionami.

– To dla mnie pierwsze większe szkolne wydarzenie, więc po prostu chcę zobaczyć, jak to jest, wmieszać się w tłum.

– Tłumy są jak moby. Uwierz mi, liceum to nie bajka. – Lonnie skręcił z piskiem opon w West Elm Road. – To gdzie jest to głupie boisko?

– Dwie ulice dalej, a potem w prawo – powiedziałam wielce z siebie zadowolona.

Zahamował przed światłami i zaryczał silnikiem. Nawet jego ruchy zdradzały irytację. Przygryzłam górną wargę, pociągnęłam za jeden ze swoich warkoczyków i zaczęłam go zwijać i rozwijać na palcu.

– Wiesz, likwidują plac zabaw – powiedziałam nagle.

Światło się zmieniło i samochód wyrwał do przodu.

– No i?

– Chcesz go zobaczyć, zanim zniknie?

– Po co?

– Uch! Bo był scenerią naszych najlepszych przygód? – prychnęłam. – Bo już nigdy nie będzie wyglądał tak samo? Bo to było nasze pierwsze miejsce?

– Tak, jasne.

– Pamiętasz, jak tam dojechać? – spytałam. Popatrzył na mnie tymi swoimi stalowoszarymi oczami, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Znałam to spojrzenie. Oznaczało, że nasza drobna sprzeczka się zakończyła.

Zamiast skręcić w prawo na Grandview, skręcił w lewo.

Plac zabaw przypominał wymarłe miasteczko. Zniknęły siedziska huśtawek, została tylko wyblakła niebieska rama pokryta plamami złuszczonej farby. Jeden koniec mostka linowego leżał na czarnym gumowym podłożu, drugi wciąż trzymał się tego, co kiedyś było ścianką wspinaczkową, z której nadal sterczały uchwyty dla rąk i nóg.

Weszłam na drabinkę, która teraz się chybotała, bo nie była porządnie przymocowana, i zjechałam rurową zjeżdżalnią prosto pod obute w trampki stopy Lonniego.

– Teraz ty – zaproponowałam.

Pokręcił głową.

– Dziwi mnie, że to dopiero pierwszy remont, odkąd byliśmy mali – powiedział. – Powinni byli spisać go na straty dawno temu.

– Ale to jest nasze miejsce! – zaprotestowałam.

– Było – sprostował Lonnie łagodnie. Na tym placu się spotkaliśmy, zaprzyjaźniliśmy i wymyślaliśmy nasze pierwsze światy. Na linowym mostku udawaliśmy awanturniczych piratów, zeskakiwaliśmy z huśtawek jak akrobaci i broniliśmy twierdzy przed oblężeniem wymyślonych zombi. Jednym z naszych pierwszych projektów w Minecrafcie była ulepszona wersja tego placu zabaw. Oczywiście ziemia zawsze była lawą.

Upłynęło tyle czasu, a my wciąż trzymaliśmy się razem, choć sam plac zabaw zaczął się rozpadać.

– Pamiętasz, jak próbowałam skoczyć z drabinek i mnie złapałeś? – zapytałam, próbując nastroić Lonniego nieco nostalgicznie.

– No, a ja w nagrodę złamałem nadgarstek. – Lonnie pokręcił głową. – Już wtedy planowanie nie szło ci najlepiej, zawsze chciałaś przekraczać granice, ale nigdy nie myślałaś, co będzie dalej.

– Wiesz co, gdybym chciała posłuchać wykładu, poszłabym do szkoły. – Splotłam ręce na piersi.

Lonnie wzruszył ramionami, kopnął wyblakłą żółtą plastikową zakrętkę niewiadomego pochodzenia i poszedł w stronę tego, co kiedyś było konstrukcją z drabinek. Jej większa część leżała już na ziemi ułożona w stertę. Dołączyłam do Lonniego. W milczeniu spoglądał na stos drabinek. Właśnie zachodziło słońce, spowijając plac zabaw pomarańczowym blaskiem. Otaczała nas cisza.

Miał rację. To miejsce nie było nasze, już nie.

– Chodźmy stąd – powiedziałam.

– No, lećmy na imprezę! – zakpił.

Wyciągnęłam do niego rękę i poczułam ukłucie prądu, kiedy nasze palce się zetknęły. Machając złączonymi dłońmi, wróciliśmy do samochodu. Większość ludzi się dziwiła, że spędzamy tyle czasu razem. W liceum dwa lata różnicy to przepaść. Szczególnie jeśli chodzi się do dwóch różnych szkół. To trochę jakby rozmawiać z kimś stojącym po drugiej stronie Wielkiego Kanionu, mając do dyspozycji tylko ręce zwinięte wokół ust. Lonnie włączył silnik, zawrócił w wąskiej uliczce i ruszył.

Wyciągnęłam telefon i uruchomiłam Minecrafta.

– Jeśli zamierzasz przez cały wieczór się mnie czepiać o to, że nie zbudowałam twoich durnych pułapek, powinieneś chociaż docenić tę obłędną podłogę w szklarni.

Machnęłam mu telefonem przed twarzą.

– Patrz!

– Bianca, przestań, prowadzę. – Lonnie odepchnął telefon.

Z piskiem opon skręcił ostro w lewo. Pomarańczowy blask zachodzącego słońca oślepił nas na moment i wpadliśmy w lekki poślizg. Lonnie przekręcił kierownicę, próbując wyrównać. Wtedy zauważyliśmy – zbyt późno – że coś się zbliża, że musieliśmy przejechać na czerwonym świetle, ale słońce ciągle świeciło nam w oczy i nie widzieliśmy, co to jest, wiedzieliśmy tylko, że nie jest małe. Wszystko przebiegło jakby w zwolnionym tempie: kilka sekund rozciągniętych w lata, aż nagle z głośników zagrzmiał mechaniczny kobiecy głos.

– Alarm kolizyjny! Sugerowany manewr wymijania!

Atmosfera w samochodzie w jednej chwili przeszła z radosnego podniecenia w paraliżujący strach, bo prosto na nas pędził właśnie samochód, zbyt szybko, żebyśmy zdążyli zareagować.

Kiedy znalazł się bliżej i przesłonił słońce, zobaczyłam, choć niewyraźnie, twarz tamtego kierowcy. Miał ciemne oczy i proste włosy sterczące na wszystkie strony. Jego głowę szarpnęło do tyłu, kiedy zielony samochód, którym jechał, uderzył w nasz niebieski. Pamiętam zgrzyt blachy podczas zderzenia, kiedy miażdżone karoserie zespoliły się w jedno, tworząc niebiesko-zielone kłębowisko, a dookoła zaczęły fruwać kawałki różnych rzeczy. Szkła, metalu. W pewnej chwili nawet światło zdawało się pękać i rozpadać w drzazgi, wybuchając fraktalami[2] promieni i parząc moje oczy oraz skórę. Był jeszcze zapach dymu. I smak krwi. I coś przejechało po moim ciele; czułam, że rozpruwa mnie gdzieś pośrodku. Zastanawiałam się, czy przecięło mnie na pół. Odwróciłam się, chciałam sprawdzić, co się dzieje, chciałam spojrzeć w twarz Lonniego i z jego oczu wyczytać, jak bardzo jest źle. Ale go nie widziałam. Tak jakby zniknął i zostałam tylko ja i niebieski samochód, i zielony samochód, teraz oba zwinięte w jeden kłąb, i brzęk szkła sypiącego się wokół mnie niczym deszcz. I nagle zorientowałam się z przerażeniem, że mężczyzna z drugiego samochodu jest tuż przy mnie, jakbyśmy jechali razem. Był zaraz obok. Mogłabym podnieść rękę i go dotknąć. I próbowałam. Tyle że moje ręce się nie poruszyły. Nic się nie ruszało, oprócz wciąż kołyszących się samochodów. Więc spróbowałam zawołać Lonniego, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.

A potem wszystko zgasło.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1]Scholastic Assessment Test – to egzamin dla uczniów szkół średnich honorowany przez uczelnie w Stanach Zjednoczonych (przyp. red.).

[2] Fraktal – figura geometryczna, której małe fragmenty oglądane w powiększeniu wyglądają tak samo jak cała figura.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz