Miłość, wolność, samotność. Nowe spojrzenie na związki między ludźmi - Osho - ebook
Opis

Osho – charyzmatyczny mistrz duchowy pochodzący z Indii. Znakomity mówca swobodnie posługujący się zarówno wschodnimi tradycjami mistycznymi, jak i zachodnią psychoterapią. Jego nauki dotyczą nie tylko indywidualnego poszukiwania sensu, lecz także najbardziej palących spraw społecznych i politycznych. Książka pomaga zrozumieć, czym tak naprawdę jest miłość, i wyjaśnia, ze jedynie pełne zdemaskowanie lęków przed samotnością i wolnością sprawi, ze będziemy umieli godnie żyć obok drugiego człowieka i stworzyć zdrowy związek. Autor przekonuje, że miłość jest najlepszym sposobem na osiągnięcie spełnienia. Osho mówi: BĄDŹ SOBĄ. Nieustannie poznawaj siebie, zaakceptuj siebie, kochaj siebie. Nie bądź niczyją kopią. Masz własny, potężny i wyjątkowy potencjał – nigdy wcześniej nie było takiego jak ty człowieka i nie będzie nigdy w przyszłości. Pokochaj siebie, abyś mógł prawdziwie kochać innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przedmowa

W Uczcie Platona Sokrates wypowiada takie słowa:

Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości, będzie miał do czynienia nie z obrazem prawdy, ale z jej istotą. Kto jest świadomy tego błogosławieństwa ludzkiej natury, nigdzie nie znajdzie większego wsparcia niż w miłości.

Przez całe życie mówiłem o miłości, na tysiąc różnych sposobów, ale przesłanie zawsze pozostawało takie samo. Wystarczy pamiętać o jednej podstawowej rzeczy: to, co ty uważasz za miłość, nie jest miłością. Zarówno Sokrates, jak i ja mamy na myśli inną miłość.

Miłość, którą znasz, jest tylko potrzebą biologiczną; zależy wyłącznie od reakcji chemicznych i hormonów, może się bardzo łatwo odmienić. Wystarczy mała zmiana w chemii twojego organizmu, a miłość, którą uważałeś za najwyższą prawdę, zwyczajnie zniknie. Pożądanie nazwałeś miłością. Powinieneś pamiętać o tym, że one się różnią.

Sokrates mówi: „Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości…”. Pożądanie nie ma żadnych tajemnic. Jest prostą biologiczną grą; wie o tym każde zwierzę, każdy ptak, każde drzewo. I z pewnością miłość kryjąca w sobie tajemnice będzie zupełnie różna od tej, której zwykle doświadczasz.

Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości, będzie miał do czynienia nie z obrazem prawdy, ale z jej istotą.

Miłość, która da ci kontakt z prawdą, może się zrodzić wyłącznie w twojej świadomości – nie w twoim ciele, ale w samej istocie ciebie. Pożądanie rodzi się w twoim ciele, miłość – w świadomości. Ludzie nie znają swojej świadomości i stąd wynikają nieporozumienia – cielesne pożądanie biorą za miłość.

Bardzo niewielu ludzi poznało miłość. Ci ludzie stali się tacy cisi, tacy spokojni… Poprzez tę ciszę i ten spokój weszli w kontakt z własną istotą, z własną duszą. Gdy raz nawiążesz kontakt ze swoją duszą, miłość przestaje być dla ciebie związkiem, staje się twoim cieniem. Dokądkolwiek się udajesz, z kimkolwiek jesteś, masz podejście pełne miłości.

To, co obecnie nazywasz miłością, jest skierowane do kogoś, ograniczone do jego osoby. A miłość nie jest czymś, co można ograniczać. Możesz ją trzymać w otwartych dłoniach, lecz nie w garści. Gdy zamkniesz dłonie, okaże się, że są one puste; gdy je otworzysz, cała egzystencja stanie do twojej dyspozycji.

Sokrates ma rację: ten, kto zna miłość, zna również prawdę. Są to bowiem dwa słowa nazywające jedno doświadczenie. I wiedz, że jeśli nie poznałeś prawdy, nie poznałeś również miłości.

Kto jest świadomy tego błogosławieństwa ludzkiej natury, nigdzie nie znajdzie większego wsparcia niż w miłości.

CZĘŚĆ I

Miłość

Zapewne zdziwi cię fakt, że angielskie słowo love (miłość) pochodzi od sanskryckiego słowa lobha, oznaczającego żądzę. Być może to tylko przypadek, ale mam wrażenie, że jednak nie. Musi się za tym coś kryć, jakaś alchemia. I rzeczywiście: zawoalowana żądza nazywana jest miłością.

Miłość to dzielenie się; pożądanie to gromadzenie. Pożądanie zawsze chce, ale nigdy nie daje, a miłość zna jedynie dawanie i nigdy nie prosi o nic w zamian; jest bezwarunkowym dzieleniem się. Musi istnieć jakiś powód, dla którego lobha w języku angielskim stała się miłością. Lobha dzięki wewnętrznej alchemii staje się miłością.

1. Czułostki

Nie jest miłością to, co bierzemy za miłość. To, co bierzemy za miłość, jest tylko przebraniem; kryje się za nią coś innego. To, co bierzemy za miłość, jest potrzebą; prawdziwa miłość nie zna żądań, jedynie radość dawania.

Zwyczajna miłość zbyt często udaje. Ta prawdziwa jest bezpretensjonalna; po prostu jest. Zwyczajna miłość wywołuje niemal mdłości, to przesłodzone, błahe czułostki. Mdlące i obrzydliwe. Prawdziwa miłość jest pokarmem, wzmacnia twoją duszę. Zwyczajna miłość karmi jedynie twoje ego – nie to, kim naprawdę jesteś, ale twoje fałszywe ja. Pamiętaj: fałsz zawsze karmi fałsz, a prawda – prawdę.

Stań się sługą prawdziwej miłości, a mam tu na myśli miłość w jej najczystszej postaci. Dawaj, dziel się wszystkim, co masz, dziel się tym i ciesz. Nie traktuj tego jak obowiązku, bo zniknie cała radość. I nawet przez moment nie wyobrażaj sobie, że możesz drugiego człowieka do czegoś zobowiązać. Miłość nigdy nie zobowiązuje. W rzeczywistości jest odwrotnie – to ty, dając miłość, odczuwasz zobowiązanie.

Miłość nigdy nie czeka na nagrodę, nawet na podziękowanie. Jeśli druga strona okazuje wdzięczność, miłość zawsze jest zaskoczona – przyjemnie zaskoczona, ponieważ niczego w zamian nie oczekiwała.

Prawdziwej miłości nie da się zasmucić, ponieważ nie ma ona żadnych wymagań. W nieprawdziwej nigdy nie znajdziesz spełnienia, gdyż stawia ona tak wiele żądań, że cokolwiek uczynisz, nigdy nie będzie dość. Oczekiwania są tak ogromne, że nikt nie może im sprostać. Toteż nieprawdziwa miłość zawsze wywołuje frustrację, a prawdziwa daje spełnienie.

Kiedy mówię: „Stań się sługą miłości”, nie mam na myśli stawania się sługą osoby, którą kochasz. Nie mówię, byś się stał sługą ukochanej osoby. Chcę, byś się stał sługą miłości. Powinieneś uwielbiać czystą ideę miłości. Osoba, którą kochasz, jest tylko jednym z ucieleśnień tej idei, a cała egzystencja zawiera w sobie miliony form, w których przejawia się miłość. Kwiat jest jedną z jej form, księżyc kolejną, kochanek jeszcze inną… Twoje dziecko, twoja matka, twój ojciec, oni wszyscy są formami, falami na oceanie miłości. Nigdy jednak nie stawaj się niewolnikiem tego, kogo kochasz. Nie zapomnij, że to tylko jedna, mała część miłości.

Służ miłości za pośrednictwem ukochanej osoby, ale nigdy się nie przywiązuj. Kiedy nie czujesz przywiązania, miłość wznosi się na wyżyny. Z chwilą, gdy się przywiążesz, zaczynasz lecieć w dół. Przywiązanie jest rodzajem grawitacji – brak przywiązania to łaska. Nieprawdziwa miłość jest właśnie przywiązaniem, prawdziwa jest niezależna.

Nieprawdziwa miłość pełna jest troski, ciągle zaniepokojona. Prawdziwa miłość jest uprzejma, lecz spokojna. Jeśli naprawdę kogoś kochasz, będziesz miał na względzie jego potrzeby, ale nie będziesz się przejmował jego głupimi fanaberiami. Będziesz się troszczył o jego potrzeby, ale nie będziesz zaspokajał jego wydumanych żądz. Nie zrobisz niczego, co mogłoby go skrzywdzić. Na przykład nie będziesz karmił jego ego, mimo że będzie się ono tego domagać. Osoba troszcząca się zanadto i przywiązana będzie wypełniać żądania ego – czyli zatruwać ukochanego. Rozwaga pozwoli ci dostrzec, że coś nie jest prawdziwą potrzebą, a jedynie potrzebą ego; nie będziesz się nią przejmował.

Miłość zna współczucie, ale nie zna obaw. Bywa trudna, bo czasem musi taka być. Bywa pełna rezerwy. Jeśli to potrzebne – nabiera dystansu. Czasem jest lodowata; jeśli lepiej, by była zimna – staje się zimna. Bez względu na to, jaka jest potrzeba, miłość będzie współodczuwająca, ale spokojna. Nie będzie zaspokajać żadnych nierzeczywistych potrzeb; nie będzie realizować niczyich niegodziwych pomysłów.

Poszukuj w miłości, medytuj nad nią, eksperymentuj. Jest ona najwspanialszym życiowym eksperymentem, a ci, którzy żyją, nie eksperymentując z energią miłosną, nie dowiedzą się, czym jest życie. Będą się poruszać po jego powierzchni, ale nigdy nie wejdą w nie głębiej.

Moje nauki nastawione są na miłość. Bez problemu mogę odrzucić słowo „Bóg” – ale nie odrzucę słowa „miłość”. Jeśli miałbym wybierać między słowem „miłość” a słowem „Bóg”, wybrałbym miłość; zapomniałbym o Bogu, ponieważ ci, którzy znają miłość, i tak poznają Boga. Nie działa to jednak w drugą stronę: ci, którzy myślą i filozofują o Bogu, być może nigdy nie poznają miłości; zresztą Boga też nie.

2. Rzeczywistość i fikcja – krok pierwszy

Kochaj siebie i obserwuj – dzisiaj, jutro, zawsze.

Zacznijmy od jednej z najważniejszych nauk Gautamy Buddy:

Kochaj siebie.

Wszystkie tradycje świata, cywilizacje, kultury, kościoły nauczają czegoś zupełnie przeciwnego. Mówią: „Kochaj innych, nie siebie”. Za tą nauką kryje się pewna przebiegła strategia.

Miłość jest pokarmem dla duszy. Miłość jest dla duszy tym, czym jedzenie dla ciała. Bez jedzenia ciało jest słabe; bez miłości dusza jest słaba. Żadne państwo, żaden kościół, żaden kapitalista nie chce, by ludzie mieli silne dusze, gdyż człowiek przepełniony energią duchową jest potencjalnym buntownikiem.

Miłość zmienia cię w buntownika, rewolucjonistę.Miłość daje ci skrzydła, byś mógł szybować wysoko. Miłość pozwala ci wniknąć w istotę rzeczy, tak że nikt nie może cię zwieść, wykorzystać ani zniewolić. A księża i politycy funkcjonują dlatego, że mogą żerować na tobie, że mogą wykorzystywać innych.

Wszyscy księża i politycy to pasożyty. Znaleźli niezawodną, w stu procentach skuteczną metodę, by cię osłabić duchowo. Wpajają ci, byś przestał kochać siebie. Jeśli bowiem człowiek nie potrafi pokochać siebie, nie potrafi również pokochać nikogo innego. Ich nauka jest bardzo podstępna. Mówią: „Kochaj innych”, ponieważ wiedzą, że jeśli nie kochasz siebie, nie jesteś w stanie kochać w ogóle. Po wielokroć powtarzają: „Kochaj innych, kochaj ludzkość, kochaj Boga. Kochaj naturę, kochaj swoją żonę, swojego męża, kochaj swoje dzieci, rodziców”. Ale nie kochaj siebie – ponieważ ich zdaniem jest to egoistyczne. Potępiają miłość do samego siebie bardziej niż cokolwiek innego.

Dołożyli wszelkich starań, by ich nauki wyglądały logicznie. Mówią: „Jeśli kochasz siebie, staniesz się egoistą, staniesz się narcyzem”. To nieprawda.

Człowiek kochający siebie odkrywa, że nie ma w nim ego. To przez kochanie innych bez kochania siebie, przez usiłowanie kochania innych, ego wzrasta. Misjonarze, reformatorzy społeczeństwa i działacze społeczni mają najbardziej rozbudowane ego. To oczywiste, bo wydaje im się, że są nadludźmi. Nie są zwyczajni – zwyczajni ludzie kochają samych siebie. Oni kochają innych, kochają ideały, kochają Boga.

Cała ich miłość jest fałszywa, ponieważ nie ma solidnej bazy.

Człowiek, który kocha siebie, stawia pierwszy krok w stronę prawdziwej miłości. To jak wrzucenie kamienia do spokojnego jeziora: najpierw wokół tego kamienia, w jego pobliżu, pojawią się kręgi – to oczywiste, gdzież indziej mogłyby się pojawić? Następnie kręgi zaczną się rozchodzić, aż dotrą do najodleglejszych brzegów. Jeśli powstrzymasz powstawanie kręgów na wodzie w pobliżu kamienia, te dalsze w ogóle się nie pojawią. Nie ma nadziei, że utworzą się takie, które mogłyby dotrzeć do brzegu; to niemożliwe.

Księża i politycy uświadomili sobie ten fenomen: powstrzymaj ludzi od kochania samych siebie, a zniszczysz ich zdolność kochania w ogóle. Cokolwiek uznają za miłość, będzie jedynie pseudomiłością. To może być obowiązek, ale nie miłość – a obowiązek to brzydki dziewięcioliterowy wyraz. Rodzice wypełniają obowiązki wobec swoich dzieci, dzieci w zamian wypełniają obowiązki wobec rodziców. Żona ma wiele zobowiązań wobec męża, mąż wobec żony. Gdzie tu jest miłość?

Miłość nie zna pojęcia obowiązku. Obowiązek to brzemię, formalność. Miłość jest radością, dzieleniem się, miłość nie jest formalna. Kochając, nie odczuwasz nigdy, że zrobiłeś już wystarczająco dużo; czujesz, że zawsze możesz zrobić więcej. Kochanek nigdy nie myśli: „Zobowiązałem kogoś”. Wręcz przeciwnie – myśli: „Jestem wdzięczny za to, że moja miłość została przyjęta. Druga osoba wyświadczyła mi uprzejmość, przyjmując mój dar, nie odrzucając go”.

Człowiek obowiązkowy myśli: „Jestem lepszy, uduchowiony, wyjątkowy. Spójrzcie, jak służę innym ludziom!”. Ci słudzy ludzkości są najbardziej fałszywymi i przebiegłymi ludźmi na świecie. Jeśli pozbylibyśmy się ich, ludzkość zrzuciłaby brzemię, znów poczułaby się lekka, roztańczona i rozśpiewana.

Tymczasem przez wieki wasze korzenie były odcinane i zatruwane. Doprowadzono do tego, że boicie się nawet kochać samych siebie – a jest to pierwszy krok do miłości, jej pierwsze doświadczenie. Człowiek, który kocha siebie, szanuje siebie. A człowiek, który kocha i szanuje siebie, szanuje również innych, ponieważ wie: „Inni są tacy jak ja. I podobnie jak ja zasługują na miłość, szacunek, respekt”. Zaczyna być świadomy tego, że w najważniejszych sprawach nie ma między nami różnic. Jesteśmy jednością. Podlegamy tym samym prawom. Budda mówi, że podlegamy temu samemu wiecznemu prawu – aes dhammo sanantano. Możemy być odmienni w szczegółach – jest to piękne i wprowadza różnorodność – ale w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy częścią tej samej natury.

Człowiek, który kocha siebie, odnajduje w tej miłości radość, czuje taką błogość, że wkrótce miłość zaczyna go przepełniać, przenosić się na innych. Musi się przenosić! Jeśli żyjesz miłością, potrzebujesz się nią podzielić. Nie będziesz w nieskończoność kochać jedynie siebie, gdyż bardzo szybko zdasz sobie sprawę z tego, że jeśli miłość do jednej osoby, do samego siebie, jest tak niesamowicie ekstatyczna i piękna, to podzielenie się nią z innymi wywoła o wiele większą ekstazę!

Kręgi na wodzie będą się rozchodzić dalej i dalej. Kochasz innych ludzi, następnie zaczynasz kochać zwierzęta, ptaki, drzewa, skały. Możesz wypełnić cały wszechświat swoją miłością. Wystarczy jeden człowiek, aby wypełnić cały wszechświat miłością, tak jak pojedynczy kamień wypełni całe jezioro rozchodzącymi się kręgami; niewielki kamyk.

Tylko Budda może powiedzieć: „Kochaj siebie”. Żaden ksiądz, żaden polityk się z tym nie zgodzi, ponieważ zburzyłoby to wzniesiony przez nich gmach, całą strukturę wyzysku. Jeśli człowiekowi nie wolno kochać siebie, jego duch, jego dusza stają się z każdym dniem słabsze i słabsze. Jego ciało może się rozwijać, ale nie rozwinie się jego wnętrze, ponieważ brak mu pokarmu. Pozostanie on ciałem prawie bez duszy lub jedynie z potencjałem, możliwością powstania duszy. Dusza jest jak nasionko – i pozostanie nim, jeśli nie znajdzie odpowiedniej gleby miłości, by mogła wzrastać. A nie znajdzie jej, jeśli podporządkujesz się temu głupiemu poleceniu: „Nie kochaj siebie”.

Ja także nauczam, byś w pierwszej kolejności kochał siebie. Nie ma to żadnego związku z ego. W rzeczywistości miłość jest tak silnym światłem, że nie mogą przy nim istnieć mroki ego. Jeśli kochasz innych, jeśli skupiasz swą miłość na innych, to sam będziesz żył w ciemności. Skieruj światło najpierw na siebie, stań się przede wszystkim światłem dla samego siebie. Pozwól światłu rozproszyć twój wewnętrzny mrok, twoją wewnętrzną słabość. Pozwól miłości wytworzyć w tobie ogromną moc, siłę duchową.

Gdy twoja dusza stanie się silna, będziesz wiedział, że nie umrzesz, że jesteś nieśmiertelny, że jesteś wieczny. Miłość daje ci pierwszy wgląd w nieskończoność. Miłość jest jedynym doświadczeniem, które pokonuje czas – dlatego ci, którzy kochają, nie boją się śmierci. Miłość nie zna śmierci. Jedna chwila miłości znaczy więcej niż cała wieczność.

Ale miłość musi się zacząć od początku, od tego pierwszego kroku:

„Kochaj siebie”.

Nie potępiaj siebie. Potępiano cię tak często i ty to zaakceptowałeś. Teraz wymierzasz sobie karę. Nie doceniasz siebie, nie uważasz, że jesteś cudownym dziełem Boga; nie czujesz się potrzebny. Te toksyczne myśli biorą się stąd, że zostałeś zatruty. Wyssałeś truciznę z mlekiem matki – i to stanowi całą twoją przeszłość. Ludzkość żyła w gęstym mroku samopotępienia. Jakże mógłbyś się rozwijać, jeśli potępiasz siebie? Jak mógłbyś dojrzeć? A ponadto – jeśli potępiasz siebie, jak mógłbyś szanować egzystencję? Jeśli nie możesz docenić wartości własnej egzystencji, nie docenisz także wartości egzystencji innych; to niemożliwe.

Możesz się stać częścią całości, tylko jeśli szanujesz Boga mieszkającego w tobie. Jesteś gospodarzem, Bóg jest twoim gościem. Kochając siebie, będziesz wiedział: Bóg cię wybrał, byś nosił go w sobie. Wybierając ciebie, obdarzył cię szacunkiem, pokochał cię. Stworzył cię, okazując w ten sposób miłość do ciebie. Nie stworzył cię przez przypadek; stworzył cię w pewnym konkretnym celu, z konkretnymi możliwościami; chce, byś dostąpił konkretnej chwały. Tak, Bóg stworzył człowieka na własne podobieństwo. Człowiek musi się stać Bogiem. Dopóki tego nie zrobi, nie poczuje spełnienia, satysfakcji.

Ale jak stać się Bogiem? Twoi księża mówią, że jesteś grzesznikiem. Mówią, że jesteś przeklęty, skazany na pójście do piekła. Sprawiają, że bardzo się boisz pokochać siebie. Ich sztuczki polegają na podcinaniu korzeni miłości. To bardzo sprytni ludzie, a ich zawód wymaga ogromnej przebiegłości. Nawołują: „Kochaj innych”, ale to wszystko jest jakby z plastiku, sztuczne; to jedynie poza, gra.

Mówią: „Kochaj ludzkość, kraj, z którego pochodzisz, ziemię ojczystą, życie, egzystencję, Boga”. Są to wielkie słowa, ale całkowicie pozbawione znaczenia. Czy spotkałeś się kiedyś z ludzkością? Spotykasz jedynie istoty ludzkie – i potępiłeś pierwszego człowieka, którego spotkałeś, czyli samego siebie.

Nie szanowałeś i nie kochałeś siebie. A teraz zamierzasz zmarnować swoje życie, potępiając innych. Właśnie dlatego ludziom tak łatwo przychodzi wytykanie cudzych błędów. Znajdują w sobie wiele wad – więc jak mogliby uniknąć dostrzegania tych samych wad u innych? Oczywiście, że je znajdą i wyolbrzymią do monstrualnych rozmiarów. Wydaje im się, że to jedyne wyjście; muszą to robić, aby zachować twarz. Dlatego tak dużo jest wszędzie krytyki, a tak mało miłości.

Uważam, że to jedna z najznakomitszych sutr Buddy i jedynie osoba oświecona może ci dać tak mądrą wskazówkę.

Budda mówi: „Kochaj siebie…”. Może się to stać podstawą radykalnej przemiany. Nie bój się kochać siebie. Kochaj bezgranicznie, a będziesz zaskoczony: dzień, kiedy przestaniesz potępiać i lekceważyć siebie, kiedy odrzucisz ideę grzechu pierworodnego, kiedy zaczniesz myśleć o sobie, jak o kimś wartościowym i kochanym przez egzystencję – ten właśnie dzień przyniesie ci poczucie błogosławieństwa. Od tego dnia zaczniesz dostrzegać ludzi rozpromienionych prawdziwym światłem, zaczniesz współodczuwać. I nie będzie to współczucie wyuczone, ale naturalne i spontaniczne.

Osoba, która kocha siebie, bardzo łatwo może wejść w stan medytacji, ponieważ medytowanie oznacza po prostu przebywanie z samym sobą. Jeśli nienawidzisz siebie – a tak właśnie jest, tak ci kazano i ty się na to godzisz – jeśli więc nienawidzisz siebie, jak mógłbyś przebywać ze sobą? A medytacja to nic więcej, jak czerpanie radości z bycia samemu. Czczenie siebie jest esencją medytacji.

Medytacja nie jest relacją pomiędzy dwiema osobami; jesteś samowystarczalny. Jesteś skąpany we własnej chwale, we własnym blasku. Cieszysz się, ponieważ żyjesz, ponieważ jesteś.

Największym cudem świata jest to, że istniejesz ty, że istnieję ja. Istnienie jest najwspanialszym cudem – a medytacja otwiera do niego drzwi. Lecz jedynie człowiek, który kocha siebie, może medytować; bez tej miłości zawsze uciekasz od siebie, unikasz samego siebie. Kto chciałby patrzeć na brzydką twarz i kto chciałby poznać bliżej brzydką istotę? Kto chciałby pogrążyć się we własnym błocie, własnym mroku? Kto chciałby wstąpić do piekła, którym jest? Chcesz trzymać siebie pod przykryciem z pięknych kwiatów i robić uniki.

Dlatego ludzie zawsze szukają towarzystwa. Nie mogą być sami; chcą się otaczać innymi. Szukają każdego rodzaju towarzystwa; wszystko jest dla nich lepsze niż samotność. Spędzą trzy godziny w kinie na oglądaniu czegoś głupiego. Będą czytać godzinami powieści detektywistyczne, tracąc czas. Będą czytać w kółko tę samą gazetę, byleby tylko się czymś zająć. Będą grać w karty i w szachy tylko po to, aby zabić czas – tak, jakby mieli go zbyt dużo!

Nie mamy zbyt dużo czasu. Nie mamy go wystarczająco dużo, by rosnąć, by być i by się wszystkim nacieszyć.

Jest to jeden z podstawowych problemów wykreowanych przez niewłaściwe wychowanie: unikasz siebie. Ludzie siedzą przed telewizorami, przyklejeni do krzeseł przez cztery, pięć, a nawet sześć godzin. Przeciętny Amerykanin ogląda telewizję przez pięć godzin dziennie, a choroba ta rozprzestrzeni się w końcu na cały świat. A co można tam zobaczyć? Co stamtąd otrzymać? Można jedynie popsuć sobie wzrok…

Zawsze tak się działo; nawet wtedy, gdy nie było jeszcze telewizji, były inne rzeczy. Problem jest ten sam: jak unikać siebie z powodu własnej brzydoty? A kto cię tak oszpecił? – twoi tak zwani religijni ludzie, papieże, shankaracharjasini. Oni są odpowiedzialni za niszczenie waszych twarzy – i odnieśli sukces; sprawili, że każdy uważa się za brzydkiego.

Każde dziecko rodzi się piękne, ale zaraz potem zaczynamy zniekształcać jego piękno, okaleczając je na różne sposoby, paraliżując, zakłócając jego proporcje, pozbawiając je równowagi. Prędzej czy później zaczyna ono odczuwać do siebie taki wstręt, że gotowe jest związać się z każdym. Może nawet iść do prostytutki, aby tylko uniknąć siebie.

Budda mówi: „Kochaj siebie”. To może zmienić świat. Może zniszczyć całą okropną przeszłość. Może zapoczątkować nadejście nowego wieku, może być początkiem dla nowej ludzkości.

Dlatego tak wielki nacisk kładę na miłość – lecz miłość zaczyna się w tobie, dopiero później może się rozprzestrzeniać. A robi to sama z siebie; ty nie musisz jej w żaden sposób pomagać.

Budda mówi: „Kochaj siebie” i dodaje: „A także obserwuj”. Tym jest medytacja – oto, jak Budda określa medytację. Ale pierwszym warunkiem jest kochać siebie, a dopiero później obserwować. Jeśli nie kochasz siebie, a zaczynasz obserwować, możesz poczuć się tak, jakbyś popełniał samobójstwo! Wielu buddystów tak się czuło, ponieważ nie zwracało uwagi na pierwszą część sutry. Od razu przechodzili do drugiej: obserwowania siebie. Tak naprawdę nigdy nie natknąłem się na żaden komentarz do Dhammapady, który omawiałby znaczenie słów: „Kochaj siebie”.

Sokrates mówi: „Poznaj siebie”, a Budda: „Pokochaj siebie”. I to on jest dużo bliższy prawdy, ponieważ dopóki nie pokochasz siebie, nie będziesz mógł siebie poznać – poznanie przychodzi później. Miłość przygotowuje grunt. Stwarza możliwość poznania siebie i pomaga ci w tym.

Zatrzymałem się kiedyś u buddyjskiego mnicha Jagdisha Kashyapa; niestety już nieżyjącego. Był dobrym człowiekiem. Rozmawialiśmy o Dhammapadzie i natknęliśmy się na tę sutrę, a on zaczął mówić o obserwowaniu siebie, tak jakby nie zauważył pierwszej części. Żaden tradycjonalistyczny buddysta nigdy nie zwraca uwagi na pierwszą część tej sutry; po prostu ją omija.

Powiedziałem do niego: „Poczekaj! Przeoczyłeś coś bardzo istotnego. Obserwowanie jest drugim krokiem, a ty robisz z niego krok pierwszy. Ono nie może być pierwszym krokiem”.

Przeczytał sutrę jeszcze raz i zmieszany powiedział: „Przez całe życie czytałem Dhammapadę i przeczytałem ją zapewne z milion razy. Jest ona moją codzienną poranną modlitwą, znam ją niemal na pamięć, ale nigdy do głowy mi nie przyszło, że »Kochaj siebie« to pierwsza część medytacji, a obserwowanie to druga”.

Dotyczy to miliona buddystów na całym świecie – dotyczy również neobuddystów, ponieważ obecnie buddyzm rozwija się na Zachodzie. Nadszedł tam czas na Buddę – teraz Zachód jest gotowy, aby zrozumieć jego nauki, i popełnia ten sam błąd. Nikomu do głowy nie przyjdzie, że kochanie siebie musi być podstawą poznania siebie, obserwowania siebie… Ponieważ dopóki nie pokochasz siebie, nie poznasz prawdy o sobie. Będziesz tego unikał. Obserwowanie może być twoim sposobem unikania siebie.

Po pierwsze: „Kochaj siebie i obserwuj – dziś, jutro, zawsze”.

Wytwórz dokoła siebie miłosną energię. Kochaj swoje ciało, kochaj swój umysł. Kochaj cały swój organizm. „Kochaj” oznacza „akceptuj takim, jakie jest”. Nie staraj się niczego tłumić. Tłumisz to, czego nienawidzisz, czemu jesteś przeciwny. Nie tłum, ponieważ jeśli stłumisz, nie będziesz w stanie obserwować. Nie można spojrzeć głęboko w oczy wrogowi. Można patrzeć w oczy jedynie ukochanej osobie. Jeśli nie kochasz siebie, nie będziesz mógł spojrzeć sobie w oczy, spojrzeć na swoją twarz, na swoją rzeczywistość.

Obserwowanie jest medytacją; tak ją określa Budda. „Obserwuj” jest hasłem przewodnim Buddy. Mówi on: Bądź świadomy, uważny; nie bądź nieświadomy. Nie zachowuj się jak większość ludzi, jakbyś spał. Nie zachowuj się jak maszyna, jak robot.

Mike właśnie wprowadził się do nowego mieszkania i postanowił zapoznać się z sąsiadem z naprzeciwka. Gdy otworzyły się drzwi, ku jego przyjemnemu zaskoczeniu ukazała się w nich piękna, młoda blondynka ubrana w przeźroczysty peniuar.

Mike spojrzał jej w oczy i wypalił:

– Cześć! Jestem twoim nowym cukrem z naprzeciwka, czy mogę pożyczyć szklankę sąsiada?

Ludzie żyją nieświadomie. Nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią, z tego, co robią – nie obserwują. Zgadują, zamiast patrzeć, brak im wglądu, nie mogą go mieć. Tworzy się on jedynie poprzez obserwację; i wtedy jesteś w stanie widzieć nawet z zamkniętymi oczami. W tej chwili nie widzisz nawet z otwartymi. Zgadujesz, wnioskujesz, narzucasz, planujesz.

Grace leży na kozetce u psychiatry.

– Zamknij oczy i odpręż się – mówi terapeuta – a ja przeprowadzę eksperyment.

Wyjmuje z kieszeni skórzany pokrowiec z kluczami, otwiera go i potrząsa nim.

– Co przypomina ci ten dźwięk? – pyta.

– Seks – odpowiada Grace.

Terapeuta zamyka pokrowiec i dotyka nim skierowanej wnętrzem do góry dłoni dziewczyny. Jej ciało sztywnieje.

– A to? – pyta psychiatra.

– Seks – nerwowo odpowiada Grace.

– Teraz otwórz oczy – mówi lekarz – i powiedz mi, dlaczego to, co robiłem, pobudziło cię seksualnie.

Grace z wielkim trudem otwiera oczy. Widzi pokrowiec na klucze w ręku psychiatry i na jej twarzy pojawia się rumieniec.

– Cóż… hm, od czego by tu zacząć – mamrocze. – Wydawało mi się, że pierwszy dźwięk, który usłyszałam, to był dźwięk rozsuwania pańskiego suwaka…

Twój umysł stale coś tworzy – tworzy siebie. Nieustannie ingeruje w rzeczywistość, ubarwia ją i wyostrza, nadaje jej zupełnie inny kształt. Umysł nigdy nie pozwala ci zobaczyć tego, co istnieje w rzeczywistości; pozwala ci zobaczyć jedynie to, co chce, żebyś zobaczył.

Naukowcom kiedyś wydawało się, że oczy, uszy, nos, zmysły, umysł to wstęp do rzeczywistości, jak mosty prowadzące do niej. Jednak ich poglądy się zmieniły. Teraz mówią, że nasze zmysły i umysł nie są mostami wiodącymi ku rzeczywistości, lecz strażnikami uniemożliwiającymi dostęp do niej. Przepuszczają one tylko dwa procent tego, co rzeczywiste, a dziewięćdziesiąt osiem zatrzymują. Te dwa procenty, które przenikają do ciebie, do twojej istoty, ulegają zniekształceniu. Muszą przejść przez wiele barier, dostosować się do wymagań umysłu i kiedy docierają do ciebie, nie są już takie same.

Medytacja oznacza wyłączenie umysłu tak, by dłużej nie zakłócał rzeczywistości, byś mógł zobaczyć wszystko takie, jakie jest naprawdę.

Dlaczego umysł zniekształca? Ponieważ stworzyło go społeczeństwo. Jest jego agentem w tobie; nie podlega twojej kontroli, pamiętaj! Jest twój, ale nie pod twoją kontrolą; spiskuje przeciw tobie. Został uwarunkowany przez społeczeństwo; to ono wszczepiło mu większość jego obecnych cech. Jest twój, ale nie służy tobie, służy społeczeństwu. Jeśli jesteś chrześcijaninem, twój umysł funkcjonuje jako agent Kościoła chrześcijańskiego; jeśli jesteś hinduistą, jest nim również twój umysł; jeśli jesteś buddystą, buddystą jest twój umysł. A rzeczywistość nie jest ani chrześcijańska, ani hinduistyczna, ani buddyjska; rzeczywistość po prostu jest, jaka jest.

Trzeba odstawić te umysły na bok: umysł komunistyczny, faszystowski, katolicki, protestancki. Na świecie istnieją trzy tysiące różnych religii – dużych religii, małych religii, bardzo małych sekt oraz sekt w sektach – w sumie trzy tysiące. Toteż istnieją trzy tysiące umysłów, trzy tysiące typów umysłów – a rzeczywistość jest jedna, egzystencja jest jedna i prawda jest jedna!

„Medytuj” oznacza „pomiń umysł i obserwuj”. Pierwszy krok – „pokochaj siebie” – niezmiernie ci w tym pomoże. Kochając siebie, pozbędziesz się wielu zaszłości, które zaszczepiło w tobie społeczeństwo. Uwolnisz się choć trochę od niego i od zasad przez nie narzuconych.

Drugi krok to „patrz” – po prostu patrz. Budda nie mówi, co powinieneś zobaczyć; zobacz wszystko! Chodząc, obserwuj, jak idziesz. Jedząc, patrz, jak jesz. Biorąc prysznic, patrz na wodę, zimną wodę spływającą po tobie, na jej dotyk, chłód, dreszcz, który przebiega ci po kręgosłupie – patrz na wszystko. „Dzisiaj, jutro, zawsze”.

Nadejdzie nawet moment, w którym będziesz w stanie obserwować swój sen. To jest właśnie esencja patrzenia. Ciało idzie spać, ale obserwator ciągle czuwa, oglądając w ciszy uśpione ciało. To właśnie esencja patrzenia. Obecnie jest wręcz przeciwnie: twoje ciało czuwa, a ty śpisz. Nadejdzie moment, w którym ty będziesz czuwać, a ciało będzie spać.

Ciało, w przeciwieństwie do świadomości, potrzebuje odpoczynku. Twoja świadomość jest świadomością; jest czujna, gdyż taką ma naturę. Ciało się męczy, ponieważ podlega sile grawitacji. To grawitacja sprawia, że jesteś zmęczony – przez nią biegnąc i wchodząc po schodach, tak szybko się męczysz. W rzeczywistości męczysz się nawet stojąc i siedząc. Jedynie gdy leżysz płasko, w pozycji horyzontalnej, twoje ciało może zaznać trochę odpoczynku. Współdziałasz bowiem wówczas z siłą grawitacji. Kiedy stoisz, występujesz wbrew tej sile; krew płynie do mózgu wbrew tej sile; serce musi ciężko pracować.

Świadomość nie podlega sile grawitacji; dlatego nigdy się nie męczy. Grawitacja nie ma nad nią władzy; świadomość nie jest skałą, nie ma ciężaru. Podlega za to prawu łaski lub, jak to jest nazywane na Wschodzie, prawu lewitacji. Grawitacja ciągnie w dół, lewitacja unosi do góry.

Ciało jest nieustannie ciągnięte w dół – właśnie dlatego będzie musiało kiedyś leżeć w grobie. To będzie dla niego prawdziwy odpoczynek, bo z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Ciało wraca do źródeł, cichnie zgiełk, nie ma już żadnego konfliktu. Cząsteczki twojego ciała odnajdą prawdziwy odpoczynek dopiero w grobie.

Dusza wznosi się wyżej i wyżej. W miarę jak stajesz się coraz lepszym obserwatorem, wyrastają ci skrzydła – całe niebo należy do ciebie.

Człowiek to miejsce spotkania ziemi z niebem, spotkania ciała z duszą.

3. Dobre strony bycia samolubnym

Pamiętaj, że nie będąc samolubnym, nie staniesz się także altruistą. Jeśli nie jesteś samolubny, nie będziesz potrafił być niesamolubny. Jedynie naprawdę samolubna osoba może się zachowywać bezinteresownie. Jak rozumieć to na pozór paradoksalne stwierdzenie?

Podstawową cechą osoby samolubnej jest skupienie się na sobie. Drugą – doszukiwanie się w sobie boskości. Jeśli koncentrujesz się na sobie, to cokolwiek zrobisz, będzie samolubne. Możesz służyć ludziom, ale będziesz to robił dlatego, że sprawia ci to przyjemność, że kochasz to robić, że czujesz się wtedy radośnie i błogo – czujesz, że jesteś sobą. Nie jest to twoim obowiązkiem, nie służysz ogółowi ludzkości, nie stajesz się męczennikiem; nie poświęcasz się. Takie sformułowania są bezsensowne. Po prostu cieszysz się na swój własny sposób – jest to dla ciebie dobre. Idziesz do szpitala i zajmujesz się chorymi ludźmi albo pomagasz biednym, ale kochasz to robić. W ten sposób dorastasz. W głębi odczuwasz błogość i ciszę, zadowolenie z siebie.

Osoba skoncentrowana na sobie zawsze szuka szczęścia dla siebie. Na tym polega piękno, że im bardziej szukasz szczęścia dla siebie, tym bardziej pomagasz innym je odnaleźć. Jest to jedyny sposób, by być szczęśliwym. Jeśli wszyscy wokół ciebie będą nieszczęśliwi, ty też nie będziesz odczuwał szczęścia, bo człowiek nie jest wyspą. Jest częścią wielkiego kontynentu. Jeśli chcesz być szczęśliwy, musisz pomóc innym w odnalezieniu ich szczęścia. Wtedy – i tylko wtedy – możesz być zadowolony.

Musisz stworzyć wokół siebie atmosferę szczęśliwości. Jakże mógłbyś się cieszyć, jeśli wszyscy są smutni? Uległbyś ich wpływowi. Nie jesteś kamieniem, jesteś bardzo delikatną i wrażliwą istotą. Jeśli wszyscy wokół ciebie są nieszczęśliwi, ich smutek będzie miał na ciebie wpływ. Nieszczęście jest zaraźliwe jak każda inna choroba. Szczęście też. Jeśli pomagasz innym w odnalezieniu szczęścia, sam w końcu również je znajdziesz. Człowiek głęboko zainteresowany własnym szczęściem jest zainteresowany szczęściem innych – ale nie robi tego dla nich. Gdzieś w głębi troszczy się o siebie, dlatego pomaga innym. Jeśli każdy człowiek na świecie nauczyłby się bycia samolubnym, cały świat byłby szczęśliwy. Nikt nie byłby przygnębiony.

Chcąc zachować zdrowie, nie możesz żyć wśród chorych. Jak udałoby ci się pozostać zdrowym? To wbrew prawom natury. Trzeba pomóc chorym w przezwyciężeniu choroby. Ich zdrowie zagwarantuje zdrowie tobie.

Ucz każdego, jak być samolubnym – altruizm będzie tego naturalną konsekwencją. Altruizm jest w zasadzie tym samym co egoizm. Początkowo może się wydawać, że altruizm nie jest egoistyczny, ale w końcu przynosi on spełnienie tobie. A wtedy szczęście można mnożyć: przez tyle, ilu jest wokół ciebie szczęśliwych ludzi; właśnie tyle szczęścia zacznie na ciebie spływać. Będziesz mógł się stać absolutnie szczęśliwy.

Osoba szczęśliwa jest tak szczęśliwa, że chce zostać sama, by móc się cieszyć szczęściem. Chce zachować prywatność. Chce żyć wśród kwiatów, poezji, muzyki. Po co iść na wojnę, zabijać lub dać się zabić? Skąd miałyby się brać instynkty zabójcze i samobójcze? Tylko osoba niekochająca siebie mogłaby to zrobić, ponieważ nigdy nie zaznała prawdziwej przyjemności: nigdy nie doświadczyła tego, w jaki sposób można być, jak naprawdę się cieszyć. Nigdy nie zatańczyła, nigdy nie zachłysnęła się życiem. Nigdy nie zaznała przebłysku boskości, ponieważ rodzi się on z głębokiej szczęśliwości, zaspokojenia i zadowolenia.

Osoby niesamolubne są wykorzenione, rozstrojone. Żyją w głębokiej neurozie, w konflikcie z naturą; nie mogą być zdrowe i czuć się jednością. Idą pod prąd życia, istnienia, egzystencji, próbują być bezinteresowne. Nie mogą być bezinteresowne – ponieważ tylko osoba samolubna może taka być.

Gdy masz szczęście, możesz się nim dzielić. Nie możesz podzielić się tym, czego nie masz. Aby się czymś dzielić, trzeba to mieć. Osoba niesamolubna zawsze jest poważna, chora wewnętrznie, obolała. Przegapiła swoje własne życie. Pamiętaj, że jeśli tęsknisz za swoim życiem, stajesz się mordercą, samobójcą. Kiedy człowiek żyje w smutku, ma potrzebę niszczenia.

Cierpienie jest destruktywne, szczęście kreatywne. Istnieje tylko jedna kreatywność, oparta na rozkoszy, zadowoleniu, zachwycie. Gdy jesteś zachwycony, chcesz coś stworzyć – może zabawkę dla dziecka, może wiersz, może obraz, cokolwiek. Kiedy przepełnia cię zachwyt nad życiem, pragniesz to wyrazić. Tworzysz coś. A gdy jesteś nieszczęśliwy, pragniesz łamać i niszczyć. Chcesz stać się politykiem, żołnierzem – chcesz wywołać sytuację, w której mógłbyś niszczyć.

Właśnie dlatego co jakiś czas gdzieś na świecie wybucha wojna. To straszna choroba. Wszyscy politycy mówią o pokoju – przygotowują się do wojny, ale mówią o pokoju. Mówią: „Przygotowujemy się do wojny w obronie pokoju”. Cóż za irracjonalność! W jaki sposób chcesz chronić pokój, jednocześnie przygotowując się do wojny? By bronić pokoju, trzeba się przygotowywać do pokoju.

To właśnie dlatego nowe pokolenie na całym świecie stanowi zagrożenie dla obecnego ładu. Jest zainteresowane tylko tym, by być szczęśliwym. Jest zainteresowane miłością, medytacją, muzyką, tańcem… Politycy całego świata stali się bardzo czujni. Nowa generacja nie jest zainteresowana polityką – ani lewicową, ani prawicową. Nie, zupełnie nie. Nie są komunistami; nie należą do żadnego „-izmu”.

Osoba szczęśliwa należy sama do siebie. Dlaczego miałaby należeć do jakiejś organizacji? Tak czynią nieszczęśliwi: chcą się identyfikować z jakąś organizacją, jakimś tłumem, ponieważ nie mają korzeni, nie przynależą do niczego. To powoduje bardzo głębokie uczucie niepokoju: przecież powinni do czegoś należeć. Tworzą zatem substytut przynależności. Zostają członkami partii politycznych, organizacji rewolucyjnych czy czegokolwiek innego – na przykład – grupy wyznaniowej. Wówczas mają się z czym identyfikować: mogą się zakorzenić w tłumie.

A każdy powinien być zakorzeniony w samym sobie, ponieważ to prowadzi w głąb egzystencji. Jeśli należysz do tłumu, jesteś w martwym punkcie; stąd żaden rozwój nie jest możliwy. To koniec, ślepy zaułek.

Dlatego nie mówię, byś był bezinteresowny, ponieważ wiem, że jeśli będziesz samolubny, to altruizm przyjdzie automatycznie, spontanicznie. Jeśli nie lubisz siebie, zagubiłeś się, nie możesz także skontaktować się z innymi – ponieważ brakuje ci tego, co stanowi podstawę. Zapomniałeś o pierwszym kroku.

Zapomnij o świecie, zapomnij o społeczeństwie, o utopiach i Karolu Marksie. Zapomnij o tym wszystkim. Przyszedłeś tu tylko na parę lat. Ciesz się, zachwycaj, bądź szczęśliwy, tańcz, kochaj; a z twojej miłości i twojego tańca, z twojej głębokiej samolubności wypłynie energia. Będziesz się nią mógł dzielić z innymi.

Twierdzę zdecydowanie, że miłość jest jedną z bardziej samolubnych rzeczy.

4. Całkowity brak przywiązania

Jedynie miłość daje ci wolność od przywiązania. Kiedy kochasz wszystko, nie przywiązujesz się do niczego. Mężczyzna, który w imię miłości stał się więźniem kobiety, oraz kobieta, która w imię miłości stała się więźniem mężczyzny – w równej mierze pozbawieni są prawa do klejnotu zwanego wolnością. Ale kobieta i mężczyzna zjednoczeni w miłości, nierozdzielni, nierozróżnialni, w pełni zasługują na tę nagrodę.

Księga Mirdada, Mikhail Naimy

Księga Mirdada to moja ulubiona lektura. Mirdad jest postacią fikcyjną, ale każde jego twierdzenie i czyn są niezwykle istotne. Książka ta nie powinna być czytana jako powieść, ale jako święty przekaz, święte pismo – być może jedyne święte pismo.

Już w powyższym cytacie możesz zauważyć ślady wnikliwości, świadomości i zrozumienia, jakie ma Mirdad. Mówi: „Jedynie miłość daje ci wolność od przywiązania…”, a ty zawsze słyszałeś, że miłość jest jedynym przywiązaniem. I w tym też zgadzają się wszystkie religie: miłość jest jedynym przywiązaniem.

A ja zgadzam się z Mirdadem:

Jedynie miłość daje ci wolność od przywiązania. Kiedy kochasz wszystko, nie przywiązujesz się do niczego.

W rzeczywistości musimy jednak zrozumieć fenomen przywiązania. Dlaczego do czegoś lgniesz? Ponieważ się boisz, że to stracisz. Być może ktoś ci to ukradnie. Twój lęk bierze się ze świadomości, że coś, co dziś jest ci dostępne, jutro stanie się niemożliwe do osiągnięcia.

Kto wie, co wydarzy się jutro? Ktoś, kogo kochasz – może się do niego zbliżysz, może się od niego oddalisz. Znów staniecie się dla siebie obcy albo zjednoczycie się do tego stopnia, że nie będzie można o was mówić oddzielnie; oczywiście nadal pozostaną dwa ciała, ale serce będzie jedno, pieśń z niego wypływająca będzie jedna, a nastrój uniesienia otoczy was niczym chmura. I w niej znikniecie: ty nie jesteś tylko sobą, ja nie jestem tylko mną. Miłość jest tak ogromna, wspaniała i wszechobecna, że nie będziesz w stanie pozostać sobą; utoniesz w niej i znikniesz.

A kto i do kogo miałby być przywiązany w tym zapomnieniu? Wszystko jest. Gdy miłość rozkwita, wszystko po prostu jest. Nie narasta w tobie lęk przed jutrem; dlatego nie pojawiają się pytania o przywiązanie, lgnięcie do kogoś, małżeństwo, jakiekolwiek umowy, zniewolenie.

Bo czym są wasze małżeństwa, jeśli nie kontraktami handlowymi? „Powierzamy się sobie nawzajem przed obliczem sędziego pokoju” – obrażacie miłość! Podążacie za ludzkim prawem, najniższą i najbrzydszą rzeczą pod słońcem. Gdy przynosicie miłość do sądu, popełniacie niewybaczalną zbrodnię. Zobowiązujecie się w sądzie, wobec sędziego, że: „chcecie być małżeństwem i chcecie nim pozostać”. To wasza przysięga, dana wobec prawa: „Nie rozejdziemy się ani nie okłamiemy”. Nie sądzicie, że to znieważenie miłości? Czy nie stawiacie prawa ponad miłością?

Prawo jest dla tych, którzy nie wiedzą, jak kochać. Prawo jest dla ślepych, nie dla tych, którzy widzą. Prawo jest dla tych, którzy zapomnieli języka serca i znają tylko język umysłu. Oświadczenie Mirdada jest tak ważne, że trzeba je dokładnie zrozumieć – nie tylko intelektualnie, nie tylko emocjonalnie, ale całym sobą. Całe twoje jestestwo powinno tym przesiąknąć:

„Jedynie miłość daje ci wolność od przywiązania” – ponieważ kiedy kochasz, nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym. „Kiedy kochasz wszystko, nie przywiązujesz się do niczego”. Każda chwila zaskakuje cię swoją wspaniałością, chwałą, pieśnią; każda uczy nowego tańca. Być może partnerzy się zmieniają, ale miłość pozostaje.

Przywiązanie to pragnienie, by partner nigdy się nie zmienił. Podejmujesz więc takie zobowiązanie przed sądem, przed społeczeństwem – to wszystko głupie formalności. A jeśli sprzeciwisz się tym formalnościom, stracisz honor i uznanie w oczach ludzi, wśród których żyjesz.

Miłość nie wie, co to przywiązanie, ponieważ nie boi się utraty dostojeństwa. Miłość jest godnością samą w sobie, poważaniem samym w sobie i nie można nic na to poradzić. Nie mówię, że partnerzy nie mogą się zmieniać, bo nie ma to znaczenia. Nawet jeśli się zmienią, a miłość nadal będzie płynąć jak rzeka, to na świecie będzie o wiele więcej miłości, niż jest dziś. Bo teraz jest jak kapiący kran – kap, kap, kap. Nie zaspokoi niczyjego pragnienia. Miłość w swej naturze jest wielka jak ocean, nie zaś kapiąca jak kran w publicznej toalecie. A wszystkie małżeństwa są publiczne.

Miłość jest uniwersalna. Miłość nie zaprasza do świętowania tylko kilkorga ludzi, miłość zaprasza gwiazdy i słońca, i kwiaty, i ptaki; wszystko, co istnieje.

Miłość nie potrzebuje niczego więcej – tylko rozgwieżdżonej nocy. O co jeszcze mógłbyś prosić? Wystarczy kilku przyjaciół… a cały wszechświat jest przyjazny. Nigdy nie zdarzyło mi się zobaczyć drzewa, które miałoby coś przeciwko mnie. Podróżowałem po górach, ale żadna nie była mi wroga. Wszystko, co istnieje, jest przyjazne.

Kiedy twoje rozumienie miłości w pełni się rozwinie, nie będzie w nim mowy o przywiązaniu. Będziesz mógł zmieniać partnerów, ale nie będzie mowy o zdradzie. Będziesz mógł wrócić do poprzedniego partnera, nie będzie mowy o żadnej urazie do niego.

Człowiek powinien zrozumieć samego siebie, być jak dziecko bawiące się na plaży, zbierające muszelki, kolorowe kamyczki, bezgranicznie zadowolone, jakby znalazło skarb. Jeśli umiesz doceniać w życiu małe rzeczy, potrafisz żyć w stanie wolności i pozwalasz na to innym, cały świat może być przyjazny. Będzie piękny, pełen wdzięku; będzie jaśniał wśród rozpalonych serc. A kiedy już poznasz ten ogień, jego płomienie zaczną wzrastać. Płomienie miłości wzrastają bowiem podobnie jak drzewa; płomienie miłości rodzą kwiaty i przynoszą owoce, podobnie jak drzewa.

Ale to, co nazywasz miłością, wcale nią nie jest. Dlatego wszystko wydaje się takie dziwne. Ktoś mówi ci: „Jak pięknie wyglądasz! Tak bardzo cię kocham, w całym wszechświecie nie ma piękniejszej kobiety”. A ty nigdy nie odpowiesz: „Nie masz prawa tak mówić, ponieważ nie znasz wszystkich kobiet we wszechświecie”. Słysząc tak piękne słowa, zapominasz o tym, że są nieprawdziwe.

Tych wszystkich dialogów ludzie uczą się z filmów, z powieści – a one znaczą jedynie: „Chodź do łóżka”. Lecz ponieważ jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, wypada nam poczynić jakieś wstępne starania, zanim powiemy: „Chodź ze mną do łóżka”. Kobieta pobiegłaby na policję ze skargą: „Ten człowiek składa mi nieprzyzwoite propozycje!”. Gdy postąpisz w sposób cywilizowany, zaproponujesz lody – dla orzeźwienia serca – przyniesiesz róże, powiesz kilka słodkich bzdurek… Oboje i tak rozumieją, że musi się to skończyć wspólnym porannym kacem, bólem głowy, migreną; rano będą patrzeć na siebie skrępowani, zachodząc w głowę, jak to się stało, że wylądowali razem w tym łóżku. Jedno schowa się za gazetą, jakby ją rzeczywiście czytało, a drugie zajmie się przygotowaniem kawy czy herbaty, żeby jakoś zapomnieć o tym, co się stało.

Dalej Mirdad mówi:

Mężczyzna, który w imię miłości stał się więźniem kobiety, oraz kobieta, która w imię miłości stała się więźniem mężczyzny – w równej mierze pozbawieni są prawa do klejnotu zwanego wolnością. Ale kobieta i mężczyzna zjednoczeni w miłości, nierozdzielni, nierozróżnialni, w pełni zasługują na tę nagrodę.

W tym momencie miłość staje się przywiązaniem, staje się związkiem. A gdy wymagania rosną, zamienia się w więzienie. Zniszczyła twoją wolność; donikąd nie polecisz, jesteś w klatce. I dziwisz się… W zasadzie ja też się temu dziwię. Ludzie zastanawiają się, co robię w pokoju sam. A ja pytam – co może robić w pokoju dwoje ludzi? Ja, będąc sam, relaksuję się. Jeśli jest ze mną jeszcze ktoś, pojawia się problem; coś musi się wydarzyć. Cisza nie może trwać: ktoś o coś pyta, coś mówi, coś robi albo sprawia, że ty musisz coś zrobić. Ponadto gdy ta sama osoba robi to ciągle, dzień po dniu…

Człowiek, który wymyślił podwójne łóżko, był jednym z największych wrogów ludzkości. Nawet w łóżku żadnej wolności! Nie możesz się poruszyć; druga osoba jest obok. I zazwyczaj to ona zabiera większość miejsca. Jeśli potrafisz zachować choć trochę miejsca dla siebie, jesteś szczęściarzem – ale pamiętaj, druga osoba ciągle rośnie: bardzo dziwny świat, w którym kobieta rośnie, a mężczyzna się kurczy. Ale to wszystko jego wina – to on sprawia, że kobieta staje się grubsza, zachodzi w ciążę. Znów więcej problemów. Kiedy spotkają się dwie osoby, kobieta i mężczyzna, szybko pojawi się też trzecia. Jeśli jej nie będzie, sąsiedzi zaczną się niepokoić: „Co się dzieje? Dlaczego nie ma dziecka?”.

Mieszkałem z wieloma ludźmi, w wielu miejscach. Byłem zdziwiony – dlaczego tak bardzo chcą tworzyć innym problemy? Gdy ktoś nie jest żonaty, martwią się: „Dlaczego się nie ożenisz?” – jak gdyby małżeństwo było jakimś uniwersalnym prawem, za którym trzeba podążać. Torturowany przez otoczenie człowiek myśli, że już lepiej się ożenić. Ale jest w błędzie. Gdy się ożeni, zaczną pytać: „A kiedy dziecko?”.

Pojawia się bardzo trudny problem. Jego rozwiązanie nie leży w twoich rękach: dziecko może przyjdzie, a może nie – wszystko w swoim czasie. Ale ludzie będą cię gnębić… „Dom bez dziecka nie jest prawdziwym domem”. To prawda – dom bez dziecka zdaje się cichą świątynią; z dzieckiem – domem wariatów! A jeśli dzieci jest więcej, przybywa również problemów.

Siedzę w ciszy, w moim pokoju, przez całe życie. Nie naprzykrzam się nikomu, nie pytam: „Dlaczego się nie ożeniłeś? Dlaczego nie stworzyłeś dziecka?”. Uważam, że zadawanie takich pytań, wyrażanie takich wątpliwości zakłóca czyjąś wolność.

Ludzie żyją ze swoimi żonami, z dziećmi – a ponieważ obecność każdego nowego członka rodziny zakłóca wiele spraw, automatycznie stają się coraz mniej wrażliwi. Słyszą mniej, widzą mniej, czują mniej smaków i zapachów.

Nie używają w pełni swoich zmysłów. To dlatego, gdy ktoś zakochuje się po raz pierwszy, można zauważyć, że jego twarz się rumieni. Jego chód jest sprężysty, jakby roztańczony; krawat ma poprawnie zawiązany, ubrania wyprasowane. Coś się stało. Ale ten stan nie trwa długo. W ciągu tygodnia lub dwóch powraca nuda; kurz znów zaczyna się zbierać. Światło niknie; człowiek znów, zamiast tańczyć, powłóczy nogami. Kwiaty nadal kwitną, ale on już nie widzi ich piękna. Gwiazdy nadal go prowokują, ale on już nie patrzy w niebo.

Są miliony ludzi, którzy nigdy nie patrzyli do góry. Ich wzrok skierowany jest ku ziemi, tak jakby się bali, że spadnie na nich jakaś gwiazda. Bardzo niewielu ludzi chciałoby spać pod gołym, rozgwieżdżonym niebem – czują lęk przed bezmiarem, samotnością, ciemnością.

Wielu ludzi uważa, że gdyby zostali sami, nie dręczyliby się miłością, małżeństwem, ale teraz już nic nie można zrobić. Nie można wrócić, nie można znów stać się kawalerem. W rzeczywistości być może tak bardzo przyzwyczaiłeś się do życia w więzieniu, że nie chcesz go opuścić. Daje ci ono pewien rodzaj bezpieczeństwa, wygodnego, mimo że nieszczęśliwego. Koc jest przegniły, ale pozostaje podwójne łóżko – w końcu nie jesteś sam w swoim nieszczęściu, ktoś dzieli je z tobą. W rzeczywistości ten ktoś je dla ciebie tworzy, a ty tworzysz je dla niego.

Miłość powinna dawać ci wolność, a nie nowy łańcuch; miłość uskrzydla, pomaga wzlecieć tak wysoko, jak to tylko możliwe.

Ale kobieta i mężczyzna zjednoczeni w miłości, nierozdzielni, nierozróżnialni, w pełni zasługują na tę nagrodę.

Księga Mirdada jest jedną z tych, które będą trwały wiecznie, dopóki na Ziemi pozostanie choć jeden człowiek. Ale o autorze zupełnie zapomniano. Mirdad jest postacią fikcyjną. Mirdad to imię bohatera. Człowiek, który napisał tę książkę, nazywał się Mikhail Naimy, jednak jego imię nie ma tu znaczenia. Jego książka jest wspaniała, wspanialsza od niego. On osobiście całe życie starał się urzeczywistnić to, o czym pisał, ale mu się nie udało. Napisał też wiele innych książek, ale Księga Mirdada jest jak Mount Everest. Pozostałe są jak pagórki, właściwie się nie liczą.

Jeżeli miłość rozumiana jest jako spotkanie dwóch dusz – nie tylko jako seksualne, biologiczne połączenie męskich i żeńskich hormonów – wówczas dodaje skrzydeł, umożliwia pełne zrozumienie życia. A kochankowie po raz pierwszy mogą się stać przyjaciółmi. W przeciwnym razie na zawsze pozostaną zamaskowanymi przeciwnikami.

Religie i tak zwani święci, którzy uciekli od świata, tchórze niepotrafiący stawić czoła życiu i rozprawić się z nim, zatruli ideę miłości, mówiąc, że miłość jest wyłącznie duchowa. Potępili seks, a wraz z nim potępili też miłość; ludzie uważają te dwa słowa za synonimy. Ale to nie są synonimy. Seks jest zaledwie małą częścią twojej biologicznej energii. Miłość jest całym twoim jestestwem, miłość jest twoją duszą. Musisz się nauczyć, że seks jest po prostu potrzebą społeczeństwa, rasy, by mogła trwać – możesz brać w tym udział, jeśli chcesz. Ale nie możesz uchylać się przed miłością. W momencie, kiedy ją odrzucasz, tracisz całą swoją kreatywność, wszystkie zmysły stają się nieczułe; pokrywa cię gruba warstwa kurzu. Stajesz się żyjącym nieboszczykiem.

Owszem, oddychasz, jesz, mówisz i idziesz codziennie do pracy, dopóki nie przyjdzie śmierć i nie wyzwoli cię z tej nudy, którą musiałeś dźwigać przez całe życie.

Jeśli seks jest wszystkim, co masz, to nie masz nic; jesteś tylko biologicznym instrumentem do reprodukcji. Maszyną, fabryką. Ale jeśli potrafisz pojąć miłość jako twoje prawdziwe istnienie, miłość jako głęboką przyjaźń, jako wspólny taniec dwóch serc, tak jednolity, że zdaje się tańcem jednego serca, nie potrzebujesz żadnej innej duchowości. Już ją masz.

Miłość prowadzi do ostatecznego doświadczenia – zwanego Bogiem, absolutem, prawdą. To są tylko nazwy. W rzeczywistości ostateczność nie ma imienia; jest bezimienna, a miłość prowadzi w jej kierunku.

Jeśli myślisz tylko o seksie i nigdy nie starasz się poczuć miłości, to jakbyś płynął rurą kanalizacyjną. Owszem, wyprodukujesz dzieci, ale będziesz żył w nieszczęściu, grał w karty, oglądał filmy i mecze piłki nożnej, będziesz miał poczucie beznadziei, nudy, wojny, odczuwał ciągłe zaniepokojenie zwane przez egzystencjalistów angst (strach). Nigdy nie poznasz piękna życia, prawdziwej ciszy ani spokoju, panujących w kosmosie.

Miłość może sprawić, że stanie się to możliwe.

Ale pamiętaj, miłość nie zna granic. Miłość nie może być zazdrosna, bo miłość nie może posiadać. Sama idea tego, że posiadasz kogoś, ponieważ go kochasz, jest ohydna. Posiadać kogoś oznacza zabić go i sprowadzić do roli towaru.

Tylko przedmioty mogą być posiadane. Miłość daje wolność. Miłość jest wolnością.

Pytania

Opowiedz, proszę, o różnicy między zdrową miłością do siebie samego a egoistyczną dumą.

Między nimi jest ogromna różnica, mimo że wydają się bardzo podobne do siebie. Zdrowa miłość do siebie samego stanowi wielką wartość duchową. Osoba, która nie kocha samej siebie, nie będzie w stanie kochać nikogo innego, nigdy. Pierwsza fala miłości musi powstać w twoim sercu. Jeśli nie narodzi się dla ciebie samego, nie narodzi się dla nikogo innego, ponieważ wszyscy inni są od ciebie oddaleni.

Należy kochać swoje ciało, należy kochać swoją duszę, należy kochać siebie jako całość. I to jest naturalne; inaczej nie byłbyś w stanie w ogóle przeżyć. I to jest piękne, ponieważ czyni cię piękniejszym. Osoba, która kocha siebie, staje się pełna wdzięku, elegancka. Osoba, która kocha siebie, ma szansę stać się cichsza, bardziej skłonna do medytacji i modlitwy niż osoba, która siebie nie kocha.

Jeśli nie kochasz swojego domu, nie będziesz w nim sprzątać; jeśli nie kochasz swojego domu, nie będziesz malować w nim ścian; jeśli go nie kochasz, nie otoczysz go pięknym ogrodem ze stawem ukwieconym lotosem. Natomiast jeśli kochasz siebie, stworzysz ogród, który cię otoczy. Będziesz się starał zwiększyć swój potencjał, będziesz się starał wydobyć wszystko, co masz w sobie. Jeśli kochasz, będziesz dla siebie szczodry, będziesz o siebie dbał.

Jeśli kochasz siebie, spotka cię niespodzianka: inni także będą cię kochać. Nikt nie jest w stanie pokochać osoby, która nie kocha siebie samej. Jeśli nawet ty nie potrafisz pokochać siebie, to kto inny zada sobie ten trud?

Osoba, która nie kocha siebie samej, nie może pozostać neutralna. Pamiętaj, w życiu nie ma neutralności. Osoba, która nie kocha siebie samej, nienawidzi – będzie musiała nienawidzić; życie nie zna neutralności. Życie to zawsze wybór. Jeśli nie kochasz, nie znaczy to, że możesz po prostu pozostawać w stanie niekochania. Nie, będziesz nienawidzić. A osoba, która nienawidzi siebie, staje się destruktywna. Osoba, która nienawidzi siebie, znienawidzi wszystkich wokół – będzie wściekła i agresywna, wciąż zagniewana. Jak taka osoba mogłaby się spodziewać, że inni będą ją kochać? Całe jej życie ulegnie zniszczeniu. Kochać siebie – to ogromna wartość duchowa.

Uczę, jak można kochać samego siebie. Pamiętaj, że miłość do siebie nie oznacza egoistycznej dumy. Właściwie znaczy coś wręcz przeciwnego. Osoba, która kocha siebie, odkrywa, że nie ma w sobie ego. Miłość zawsze stopi ego – to jeden z alchemicznych sekretów, które należy poznać i zrozumieć, których należy doświadczyć. Miłość zawsze stopi ego. Kiedy kochasz, ego znika. Kochasz kobietę i przynajmniej przez kilka chwil, kiedy jest w tobie prawdziwa miłość do tej kobiety, nie ma w tobie jaźni, nie ma ego.

Ego i miłość nie mogą współistnieć. Są jak światło i ciemność: gdy pojawia się światło, ciemność znika. Jeśli kochasz siebie, spotka cię niespodzianka – miłość do samego siebie oznacza, że jaźń zniknie. W miłości własnej nie można się doszukać jaźni. Jest to paradoks: miłość własna jest w najwyższym stopniu pozbawiona jaźni. Nie jest egoistyczna – ponieważ w pełnym świetle nie ma ciemności, a w miłości nie ma miejsca na ego. Miłość je roztapia. Ego jest jak bryła lodu, miłość jak poranne słońce. Ciepło miłości… i ego zaczyna topnieć. Im bardziej kochasz siebie, tym mniej ego odnajdujesz w sobie i wówczas staje się to wspaniałą medytacją, ogromnym krokiem w kierunku boskości.

I ty już to poznałeś! Być może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ponieważ nie kochałeś siebie. Ale kochałeś przecież innych ludzi; takie olśnienia musiały ci się zdarzać. Musiały być czasem takie momenty, gdy przez chwilę, ni stąd, ni zowąd, ciebie już nie było, a była tylko miłość. Tylko energia miłości płynąca bez źródła, znikąd donikąd. Gdy dwie kochające się osoby siedzą razem, to jakby siedziały ze sobą dwie nicości, dwa zera – i to jest piękno miłości, która całkowicie uwalnia od jaźni.

A więc pamiętaj, egoistyczna duma nigdy nie jest miłością do siebie. Egoistyczna duma jest jej przeciwieństwem. Osoba, która nie była zdolna do kochania samej siebie, staje się egoistyczna. Egoistyczna duma jest tym, co psychoanalitycy nazywają narcystycznym wzorem życia, narcyzmem.

Musiałeś kiedyś słyszeć mit o Narcyzie: zakochał się w sobie. Patrząc w taflę jeziora, zakochał się w swoim odbiciu.

Teraz zauważ różnicę: człowiek, który kocha siebie, nie kocha swojego odbicia, on po prostu kocha siebie. Niepotrzebne jest lustro; on zna siebie od wewnątrz. Nie znasz siebie takim, jakim jesteś od wewnątrz? Potrzebujesz dowodu, że jesteś? Potrzebujesz lustra, by dowieść, że istniejesz? Czy gdyby nie było lustra, zwątpiłbyś w swe istnienie?

Narcyz zakochał się w swoim odbiciu – nie w sobie. To nie jest prawdziwa miłość do siebie. Zakochał się w swoim odbiciu; kochać odbicie to coś zupełnie innego. Stał się dwojgiem ludzi, został rozdzielony. Narcyz był rozdarty. Popadł w pewien rodzaj schizofrenii. Stał się dwojgiem – kochającym i kochanym. Stał się obiektem własnej miłości – i to właśnie przydarza się często wielu ludziom, którym się wydaje, że są zakochani.

Kiedy zakochujesz się w kobiecie, bądź czujny, miej się na baczności – to może być jedynie narcyzm. Twarz kobiety, jej oczy, słowa, mogą być tylko substytutem jeziora, które pozwala ci wpatrywać się w twoje odbicie. Moja własna obserwacja jest następująca: wśród stu miłości dziewięćdziesiąt dziewięć jest narcystycznych. Mężczyźni nie kochają kobiet, które są z nimi. Kochają akceptację, którą dają im te kobiety, uwagę, którą im one poświęcają, pochlebstwa, które wypowiadają. Kobieta pochlebia mężczyźnie, mężczyzna pochlebia kobiecie – takie tam wzajemne pochlebianie sobie. Kobieta mówi: „Jesteś najpiękniejszy na świecie. Jesteś cudem! Jesteś najwspanialszym z boskich stworzeń. Nawet Aleksander Wielki nie mógłby się z tobą równać”. A ty robisz się napuszony, twoja klatka piersiowa powiększa objętość dwukrotnie, czujesz, że rośniesz – to wszystko fikcja, ale ty czujesz się dowartościowany. I mówisz kobiecie: „Jesteś najwspanialszym stworzeniem bożym. Nawet Kleopatra nie może się z tobą równać. Jesteś tak doskonała, że nawet Bóg nie mógłby już nic poprawić. Już nigdy nie będzie tak pięknej kobiety”.

I ty to nazywasz miłością! To narcyzm – mężczyzna staje się taflą wody, by stworzyć odbicie kobiety, kobieta zaś staje się taflą wody i tworzy odbicie mężczyzny. W istocie nie ukazują oni rzeczywistości, lecz dekorują ją, upiększają na tysiąc i jeden sposobów, by wyglądała na coraz wspanialszą. To jest to, co ludzie nazywają miłością. A przecież wcale nią nie jest; jest wzajemnym zaspokajaniem ego.

Prawdziwa miłość nie wie, co to ego. Prawdziwa miłość zaczyna się jako miłość do samego siebie.

Oczywiście, masz ciało, istotę, jesteś w niej zakorzeniony – ciesz się tym, szanuj to, zachwyć się tym! Nie ma tu mowy o dumie czy ego, bo nie porównujesz siebie z nikim innym. Ego pojawia się tylko wtedy, gdy porównujesz. Miłość do samego siebie nie wie, co to porównanie – jesteś sobą, to wszystko. Nie mówisz, że ktoś inny jest gorszy od ciebie; nie czynisz w ogóle porównań. Kiedy tylko pojawia się porównanie, wiedz, że to nie miłość; jest gdzieś jakaś sztuczka, ukryta taktyka ego.

Ego istnieje dzięki porównaniu. Kiedy mówisz kobiecie: „Kocham cię”, to jedno, a kiedy mówisz: „Kleopatra nie może się z tobą równać”, to co innego – zupełnie co innego, coś wręcz przeciwnego. Po co ci Kleopatra? Czy nie możesz kochać tej kobiety bez wciągania w to Kleopatry? Kleopatrę wykorzystujesz do napompowania ego. Kochaj tego człowieka – Aleksandra Wielkiego w to nie mieszaj.

Miłość nie wie, co to porównanie; miłość po prostu kocha bez porównywania.

Gdy tylko pojawia się porównanie, pamiętaj, że to egoistyczna duma. To narcyzm. A gdy nie ma porównania, pamiętaj, że to miłość; do samego siebie albo do kogoś innego.

W prawdziwej miłości nie ma podziałów. Zakochani wtapiają się w siebie. W egoistycznej miłości jest podział na kochającego i kochanego. W prawdziwej miłości nie ma relacji. Powtarzam: w prawdziwej miłości nie ma żadnych relacji, bo nie ma dwóch osób, które mogłyby je tworzyć. W prawdziwej miłości jest tylko miłość, rozkwit, aromat, stapianie się, połączenie. Tylko w egoistycznej miłości są dwie osoby, kochająca i kochana. A wtedy miłość znika. Zawsze kiedy pojawia się miłość, zarówno kochający, jak i kochany znikają w niej. Miłość jest fenomenem; ego nie może w niej ocaleć.

Prawdziwa miłość zawsze dotyczy teraźniejszości. Egoistyczna duma zawsze dotyczy przeszłości albo przyszłości. W prawdziwej miłości trwa gorący spokój. Brzmi to paradoksalnie, ale wszystkie wspaniałe doświadczenia w życiu są paradoksami; toteż ja używam określenia gorący spokój: jest w niej ciepło, ale nie ma żaru. Niewątpliwie znajduje się w niej ciepło, ale jest ona jednocześnie opanowana, spokojna, lekka. Miłość sprawia, że jesteś mniej rozgorączkowany. Jeżeli zaś nie jest to miłość prawdziwa, lecz egoistyczna, wówczas jest w niej wielki żar. Wówczas namiętność jest jak żar, nie ma w niej spokoju.

Jeśli będziesz o tym pamiętać, będziesz miał kryteria oceny. Powinieneś zacząć od siebie, nie ma innej drogi. Powinieneś zacząć od miejsca, w którym jesteś.

Kochaj siebie, kochaj bezgranicznie – w tej miłości zniknie cała twoja duma, całe twoje ego i cały ten bezsens. A kiedy już duma zniknie, twoja miłość zacznie dosięgać innych ludzi. I nie będzie ona związkiem, ale dzieleniem się. Nie będzie przedmiotem/podmiotem relacji między ludźmi, ale wtapianiem się, wspólnotą. Nie będzie gorąca, będzie gorącym spokojem. Będzie zarówno ciepła, jak i chłodna. Da ci pierwszy posmak paradoksalności życia.

Dlaczego miłość tak boli?

Miłość boli, ponieważ toruje drogę rozkoszy. Miłość jest bolesna, ponieważ przemienia; miłość jest przeobrażeniem. Każda transformacja musi być bolesna, bo stare musi zostać porzucone na rzecz nowego. Stare jest znajome, niebudzące obaw, bezpieczne; nowe jest zupełnie nieznane. Będziesz się poruszać po niezbadanym oceanie. W stosunku do nowego nie możesz posługiwać się rozumem; ze starym już się oswoił. Umysł potrafi funkcjonować tylko ze starym; w nowym staje się zupełnie bezużyteczny.

Toteż narasta lęk, a w miarę jak opuszczasz stary, wygodny świat, świat udogodnień, narasta także ból. To ten sam ból, który czuje dziecko, gdy wychodzi na świat z brzucha matki. To ten sam ból, który czuje ptak, gdy wykluwa się z jajka. To ten sam ból, który czuje ptak, gdy po raz pierwszy próbuje latać. Lęk przed nieznanym wobec bezpieczeństwa tego, co już poznane, niebezpieczeństwo niewiadomego, nieprzewidywalność niewiadomego, sprawiają, że czujesz się taki przestraszony.

A ponieważ transformacja będzie się odbywać z jaźni do niejaźni, agonia jest bardzo głęboka. Nie doświadczysz jednak ekstazy bez przejścia przez agonię. Jeśli złoto ma być oczyszczone, musi przejść przez ogień. Miłość jest ogniem.

To przez ten ból miliony ludzi wiodą życie bez miłości. Oni także cierpią, ale ich cierpienie nic im nie da. Cierpiąc z miłości, nie cierpisz na próżno. Cierpienie z powodu miłości jest twórcze; wznosi cię na wyższe poziomy świadomości. Cierpienie bez miłości jest pozbawione sensu; prowadzi cię donikąd, obracasz się w błędnym kole.

Człowiek bez miłości jest narcystyczny, jest zamknięty. Zna tylko siebie. A jak bardzo był w stanie poznać siebie, jeśli nie poznał innych? Tylko inni ludzie mogą być jak lustro. Nigdy nie poznasz siebie bez znajomości innych. I, oczywiście, bez miłości. Osoba, która nie poznała innych w głębokiej miłości, w ogromnej namiętności, w pełni ekstazy, nie będzie zdolna do zrozumienia, kim jest, ponieważ nie będzie lustra, w którym mogłaby zobaczyć własne odbicie.

Związek jest jak lustro, a im prawdziwsza jest w nim miłość, im szlachetniejsza, tym lepsze, tym czyściejsze jest lustro. Ale tak wielka miłość wymaga od ciebie otwartości, wrażliwości. Musisz zrzucić swój pancerz, co jest bolesne. Nie możesz stać bezustannie na straży. Musisz odrzucić kalkulujący umysł. Musisz zaryzykować. Musisz żyć niebezpiecznie. Inni mogą cię zranić; to jest ryzyko bycia bezbronnym. Inni mogą cię odepchnąć; to jest ryzyko bycia zakochanym.

Odbicie siebie, które zobaczysz w innym człowieku, może być brzydkie – stąd zaniepokojenie; starasz się unikać lustra. Ale unikając go, nie staniesz się piękny. I nigdy nie dorośniesz. Musisz podjąć to wyzwanie.

Wejdź w miłość. Jest to pierwszy krok w kierunku Boga i nie może zostać pominięty. Ci, którzy nie robią tego kroku, nigdy nie dotrą do Boga. To jest absolutnie niezbędne, gdyż jedynie w obecności drugiego człowieka stajesz się świadomy pełni własnego jestestwa; twoje istnienie rozwija się dzięki drugiemu człowiekowi, zostajesz zabrany ze swojego narcystycznego, zamkniętego świata na otwartą przestrzeń.

Miłość jest jak otwarta przestrzeń. Kiedy kochasz, to jakbyś dostawał skrzydeł. Ale nieograniczona przestrzeń z pewnością budzi lęk.

Odrzucenie ego jest bardzo bolesne, ponieważ uczono nas, by je rozwijać. Myślimy, że ego jest naszym jedynym skarbem. Chroniliśmy je, upiększaliśmy i polerowaliśmy. Lecz kiedy miłość puka do drzwi, jedyne, czego potrzeba, by w nią wejść, to odrzucenie ego. Tak, to boli. Pracowałeś nad nim całe życie, jest ono wszystkim, co udało ci się stworzyć; twoje szpetne ego, to przekonanie, że ty i egzystencja jesteście oddzieleni.

To przekonanie jest złe, ponieważ nie jest prawdziwe. Jest jedynie złudzeniem, ale nasze społeczeństwo funkcjonuje, opiera się na myśli, że każda osoba jest osobą, a nie obecnością.

Prawda jednak jest taka, że na całym świecie nie ma ani jednej osoby; jest tylko obecność. Nie ma ciebie – nie ma ego oddzielonego od całości. Jesteś częścią całości. Całość przepływa przez ciebie, oddycha w tobie, pulsuje w tobie; ta całość jest twoim życiem.

Miłość daje ci pierwszą szansę zestrojenia z czymś, co nie jest twoim ego. Miłość daje ci pierwszą lekcję, jak harmonijnie współistnieć z kimś, kto nigdy nie był częścią twojego ego. Jeśli potrafisz żyć w harmonii z kobietą, jeśli potrafisz żyć w harmonii z przyjacielem, z mężczyzną, ze swoim dzieckiem, ze swoja matką, dlaczego nie miałbyś potrafić żyć w harmonii ze wszystkimi istnieniami ludzkimi? A skoro bycie w harmonii z jedną osobą daje tyle przyjemności, to wyobraź sobie, co osiągniesz, będąc w harmonii ze wszystkimi ludźmi. A jeśli potrafisz być w harmonii ze wszystkimi ludźmi, dlaczego nie miałbyś być w harmonii ze zwierzętami, ptakami i drzewami? Wówczas jeden krok prowadzi ku następnemu.

Miłość jest jak drabina. Zaczyna się od jednej osoby, a kończy na osiągnięciu pełni. Miłość jest początkiem, Bóg jest końcem. Bać się miłości, bać się narastającego bólu miłości, to jakby pozostawać zamkniętym w ciemnej komórce. Nowoczesny człowiek żyje w ciemnej komórce. To jest narcystyczne – narcyzm jest największą obsesją nowoczesnego umysłu. I wówczas pojawiają się problemy, które nie mają żadnego znaczenia. Są problemy twórcze, prowadzące cię do wyższej świadomości. Są i takie, które prowadzą donikąd; po prostu trzymają cię na uwięzi, w starym bałaganie. Miłość stwarza problemy. Możesz ich uniknąć, unikając miłości – ale te problemy są bardzo ważne! Musisz wyjść im naprzeciw, rozprawić się z nimi; przeżyć je, rozwiązać i zamknąć. Musisz przez nie przejść; tędy wiedzie droga. Miłość to jedyna sprawa, którą warto się zajmować. Wszystko pozostałe jest wtórne. Jeśli coś pomaga miłości, jest dobre. Wszystko inne jest środkiem, miłość jest celem. Tak więc, bez względu na to, jak wielki byłby ból, wejdź w miłość.

Jeśli – tak jak wielu innych ludzi – zdecydujesz, że nie zagłębisz się w miłości, wówczas ugrzęźniesz w samym sobie. Twoje życie nie będzie pielgrzymką, nie będzie rzeką płynącą do oceanu, będzie jak brudne bajoro, a w końcu pozostaną w nim tylko brud i błoto. By zachować czystość, trzeba płynąć. Rzeka pozostaje czysta, ponieważ cały czas płynie. Przepływ jest procesem pozwalającym pozostać wiecznie dziewiczym.

Kochanek pozostaje dziewiczy – wszyscy kochankowie są czyści. Ludzie, którzy nie kochają, nie mogą tacy pozostać; stają się ospali, statyczni, wcześniej czy później zaczynają cuchnąć – i to raczej wcześniej niż później – ponieważ nie mają dokąd pójść. Ich życie jest martwe.

Właśnie w tym miejscu znajduje się współczesny człowiek i z tego powodu szerzą się nerwice i wszelkiego rodzaju choroby psychiczne. Nie kilka chorych psychicznie osób – prawdziwa epidemia. Ziemia stała się domem wariatów. Cała ludzkość cierpi na pewien rodzaj nerwicy, której przyczyną jest narcystyczny zastój. Każdy ugrzązł we własnej iluzji posiadania oddzielnego „ja”; i dlatego oszalał. Takie szaleństwo nie ma żadnego sensu, jest bezproduktywne i bezwartościowe. Ludzie zaczynają popełniać samobójstwa. Ale one również są bezproduktywne i niczego nie dają.

Nie musisz popełniać samobójstwa, zażywając truciznę lub skacząc z urwiska; możesz rozciągnąć je w czasie – i tak się właśnie dzieje. Niewielu ludzi popełnia samobójstwo nagle. Większość zdecydowała się na powolne samobójstwo; stopniowo, powoli, powoli umierają. Tendencje samobójcze stały się czymś niemal normalnym.

Nie da się żyć w taki sposób. Główny powód jest taki, że zapomnieliśmy języka miłości. Nie jesteśmy wystarczająco odważni, by podjąć przygodę zwaną miłością.

Toteż ludzi interesuje seks, bo nie wiąże się z tak wielkim ryzykiem. Jest chwilowy, nie wymaga zaangażowania. Miłość to zaangażowanie, to zobowiązanie. Nie jest chwilowa. Kiedy zapuści korzenie, może być wieczna. Może być zaangażowaniem trwającym całe życie. Miłość potrzebuje bliskości. I tylko wtedy, gdy jesteście sobie bliscy, ta druga osoba staje się lustrem. Kiedy spotykasz się z kobietą lub mężczyzną w celach seksualnych, to tak, jakbyście się w ogóle nie spotkali; w rzeczywistości unikacie duszy tej drugiej osoby. Użyłeś ciała i uciekłeś, druga osoba postąpiła podobnie. Nigdy nie staniecie się sobie tak bliscy, by odnaleźć nawzajem swoje prawdziwe twarze.

Miłość jest jak najwspanialszy koan zen.

Jest bolesna, ale nie unikaj jej. Jeśli jej unikasz, tracisz także wspaniałą okazję, by dorosnąć. Wejdź w to, doznaj bólu miłości, a dzięki cierpieniu przyjdzie wspaniała ekstaza. Tak, miłość jest jak agonia, ale z niej rodzi się ekstaza. Tak, będziesz musiał umrzeć jako ego, ale jeśli umrzesz jako ego, to narodzisz się jako Bóg, jako oświecony.

Miłość da ci posmak tao, sufizmu, zen. Miłość da ci pierwszy dowód na to, że życie nie jest bez znaczenia. Ludzie, którzy mówią, że życie nie ma wartości, to ludzie, którzy nigdy nie kochali. Oni mówią, że miłość ich ominęła.

Pozwól zaistnieć bólowi, pozwól zaistnieć cierpieniu. Idź przez ciemną noc, a dojdziesz do pięknego wschodu słońca. Tylko w łonie ciemności rodzi się słońce. Poranek przychodzi po nocy.

Wszystko, co robię, ma związek z miłością. Nauczam miłości, miłości i niczego innego. Możesz zapomnieć o Bogu; to tylko puste słowo. Możesz zapomnieć o modlitwach, ponieważ to tylko narzucone ci przez innych rytuały. Miłość jest naturalną modlitwą, której nikt nikomu nie narzuca. Rodzisz się z nią. Miłość jest prawdziwym Bogiem – nie Bogiem teologów, ale Bogiem Buddy, Jezusa, Mahometa, sufich. Miłość jest narzędziem, jest sposobem na to, by unicestwić cię jako osobną jednostkę i pomóc ci stać się nieskończonością. Kropla deszczu stanie się oceanem – będziesz jednak musiał przejść przez drzwi miłości.

To oczywiste, że ktoś, kto żył jak kropla deszczu, po wielu latach zaczyna znikać. Pojawia się wówczas ból spowodowany myślą: „Jestem tym, a teraz to odchodzi. Umieram”. Ale ty nie umierasz, umiera tylko iluzja. Utożsamiasz się z iluzją, to prawda, ale iluzja zawsze pozostaje iluzją. I tylko wtedy, kiedy pozbędziesz się iluzji, będziesz się w stanie przekonać, kim jesteś. Takie odkrycie daje poczucie wiecznej szczęśliwości, błogostanu, nieprzerwanej rozkoszy.

Dlaczego inskrypcja na greckiej świątyni w Delfach głosi: „Poznaj siebie”, a nie: „Pokochaj siebie”?

Grecki umysł ma obsesję na punkcie wiedzy. Grecki umysł funkcjonuje pod znakiem wiedzy: „jak się dowiedzieć?”. To właśnie dlatego Grecy stworzyli najwspanialszą tradycję filozofów, myślicieli, logików – wielkie, racjonalne umysły. Ich pasją była wiedza.

Na świecie, tak jak ja to widzę, są tylko dwa rodzaje umysłów: grecki i hinduski. Pasją umysłu greckiego jest wiedzieć, a hinduskiego – być. Umysł hinduski nie troszczy się zbytnio o wiedzę, troszczy się o istnienie. Sat, jestestwo, to obiekt poszukiwań: kim jestem? Nie chodzi o poznanie w sposób logiczny, ale o wejście we własną egzystencję, by jej spróbować, by nią być – ponieważ nie ma innej drogi, by naprawdę wiedzieć. Jeśli zapytasz Hindusów, powiedzą ci, że jedyny sposób, by wiedzieć, polega na tym, żeby być. Jak inaczej mógłbyś poznać miłość? Jedynym sposobem na to jest zostanie kochankiem. Zostań kochankiem, a się dowiesz. A jeśli próbujesz stać poza tym doświadczeniem, być tylko obserwatorem, wówczas możesz dowiedzieć się czegoś o miłości, ale nigdy jej nie poznasz.

Grecki umysł stworzył cały postęp naukowy. Nowoczesne społeczeństwo jest produktem ubocznym pracy greckiego umysłu. Nowoczesna nauka kładzie nacisk na obiektywizm, brak zaangażowania, obserwację, bezstronność. Być obiektywnym, być bezosobowym – to są podstawowe wymagania, które trzeba spełnić, by zostać naukowcem. Należy być bezosobowym, nie pozwalać swoim emocjom ubarwić niczego; należy być obiektywnym, praktycznie niezainteresowanym żadnymi hipotezami. Po prostu obserwuj fakty – nie angażuj się, pozostawaj z boku. Nie bądź uczestnikiem. To grecka pasja: obiektywne poszukiwania wiedzy.

Ona pomogła, ale tylko w jednym obszarze, obszarze rzeczywistości materialnej. To droga poznania materii. Ten sposób nie pomoże ci w poznaniu umysłu. W ten sposób nigdy nie poznasz świadomości. Możesz poznać to, co na zewnątrz, ale nigdy nie poznasz wnętrza – ponieważ we wnętrze jesteś zaangażowany. Nie ma możliwości, by stać z boku, ponieważ już jesteś w środku. Środek to ty – jak mógłbyś stanąć z boku? Mogę oglądać obiektywnie kamień, skałę, rzekę, ponieważ jestem od nich oddzielny. Jak mógłbym obiektywnie patrzeć na siebie? To mnie dotyczy. Nie mogę być na zewnątrz. Nie mogę się zredukować do bycia rzeczą. Pozostanę podmiotem, pozostanę obiektem – cokolwiek zrobię, będę wiedzącym, a nie wiedzą.

Dlatego grecki umysł stopniowo ewoluował w kierunku materii. Napis umieszczony na delfickiej świątyni: „Poznaj siebie”, stał się podstawą całego postępu naukowego. Ale jednocześnie sama idea obiektywnej wiedzy odwodziła umysły świata zachodniego coraz dalej od ich własnego jestestwa.

Drugi typ umysłu, hinduski, prowadzi w inną stronę, w stronę bycia. W Upaniszadach wielki mistrz Udallak mówi do swojego syna i ucznia Swetketu: „To jest tobą” – Tatwamasi, Swetketu. „To jest tobą” – nie ma żadnego rozróżnienia między „to” i „ty”. „To” jest twoją rzeczywistością; „ty” jesteś rzeczywistością – nie ma podziału. Nie ma możliwości, by poznać to tak, jak znasz skałę. Nie możesz poznać tego tak, jak poznajesz rzeczy; możesz tylko tym być.