11,99 zł
Aristide Angelico spotykał się ze Scarlett Pearson, lecz zawsze dawał jej do zrozumienia, że nie chce się wiązać na stałe ani mieć dzieci. Niemile go jednak zaskoczyła jej decyzja, by poślubić innego. Gdy po dwóch latach mąż Scarlett ginie w wypadku, Aristide pojawia się ponownie w jej życiu. Sam nie bardzo wie, czego chce, ale zaprasza ją na weekend do Włoch, na rodzinne spotkanie. Ten wspólny wyjazd na zawsze odmieni jego życie…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 147
Rok wydania: 2026
Lynne Graham
Miłość to wszystko
Tłumaczenie:
Adam Bujnik
Tytuł oryginału: Two Secrets to Shock the Italian
Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2024
Redaktor serii: Marzena Cieśla
Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla
© 2024 by Lynne Graham
© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2026
Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.
HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A
www.harpercollins.pl
ISBN: 978-83-291-2073-9
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Miliarder Aristide Angelico, założyciel Angelico Technologies, a niegdyś znany playboy, rozsiadł się wygodnie w swojej limuzynie, w drodze na nabożeństwo żałobne po śmierci Luke’a Walkera. Był mężczyzną o smukłej, ale atletycznej budowie ciała i wzroście przekraczającym metr dziewięćdziesiąt, z zielonymi oczyma oraz gęstwiną niesfornych czarnych loków, które okalały bardzo przystojną twarz.
– Dlaczego pan tam w ogóle jedzie? – spytała go rano zaskoczona asystentka. – Przecież właściwie go pan nie znał.
Prawda była taka, że Aristide jechał na nabożeństwo z czystej i niepohamowanej ciekawości.
Wcześniej nie zamierzał przyglądać się temu, jak jego była dziewczyna lamentuje nad trumną swojego męża. Jej rozpacz potwierdzałaby tylko, że miał do czynienia z osobą dwulicową i płytką emocjonalnie. Zamiast więc na samym pogrzebie, Aristide postanowił pojawić się tylko na organizowanym jakiś czas później dodatkowym nabożeństwie żałobnym.
Aristide sypiał z sentymentalną nauczycielką klas jeden-trzy Scarlett Pearson przez prawie rok, uważając, że zna ją na wylot. Okazało się jednak, że jego zaangażowanie w związek z tą filigranową rudowłosą pięknością było przejawem czystej głupoty i naiwności. Jakież było bowiem jego zaskoczenie, gdy – po kilku tygodniach trudnej do wytłumaczenia niedostępności – Scarlett oznajmiła mu nagle, za pomocą tchórzliwego esemesa, że wychodzi za mąż za swojego przyjaciela z dzieciństwa Luke’a Walkera… z którym jej relacja, jak wielokrotnie zapewniała Aristide, ma charakter czysto platoniczny.
Aristide czuł, że po prostu wystrychnięto go na dudka! A najbardziej przerażające było to, że chociaż tak bardzo starał się panować nad sytuacją, i tak nie uniknął zranienia i padł ofiarą kobiety – jak wcześniej jego dziadek, ojciec i zmarły brat, Daniele. Mężczyźni z rodu Angelico po prostu nie mieli szczęścia do kobiet. I między innymi dlatego dorastający Aristide postanowił wieść żywot beztroskiego playboya. Teraz miał lat dwadzieścia dziewięć, ale już jako osiemnastolatek mocno używał życia. Zawsze dbał jednak o to, by przypadkiem nie związać się zbyt mocno z jakąś nieczułą jędzą, jak jego matka, czy pokrętną naciągaczką, czego doświadczył jego nieszczęsny brat.
Aristide bał się, że za chwilę jego życie zatoczy jakieś makabryczne koło. Matka wywierała na niego olbrzymią presję, by się ożenił, a on czuł, że długo jeszcze nie będzie gotowy wpaść w szpony tej instytucji. Mógł wprawdzie nie przejmować się matką, ale oznaczałoby to, że lekceważy ostatnią prośbę swojego zmarłego brata. Kierując się więc treścią listu pożegnalnego, który zostawił dla niego Daniele, Aristide starał się wykazywać przynajmniej trochę zrozumienia dla trudnego charakteru matki, chociaż wiele go to kosztowało.
Przy każdej okazji matka podsuwała mu kolejne kandydatki na żonę, a on zaczynał mieć już tego serdecznie dość. Dla niego małżeństwo wchodziło bowiem w grę dopiero w wieku średnim i wyłącznie w celu spłodzenia spadkobiercy. Miał też konkretne wyobrażenie o tym, jakimi przymiotami powinna się wykazywać kandydatka na żonę: musi mieć urodę, własny majątek i dobrze rozwinięty instynkt macierzyński. Ten ostatni warunek był szczególnie nienegocjowalny, bo nikt nie wiedział lepiej od Aristide, czym jest dorastanie w obecności zimnej i okrutnej matki.
– Jesteś wykończona – zauważyła tonem pełnym współczucia teściowa Scarlett, Edith, przyglądając się jej podkrążonym oczom w słabo oświetlonej kruchcie kościoła.
– Ty też – odparła smutno Scarlett, ponownie uświadamiając sobie, jak potworny wpływ na całą rodzinę miała niespodziewana śmierć jej męża.
Luke zginął w wypadku rowerowym, w drodze do pracy. Przez dwa miesiące po wypadku leżał w śpiączce, ponieważ jednak nie było żadnej nadziei na powrót świadomości, Scarlett, wspólnie z teściami, podjęła decyzję o odłączeniu go od aparatury.
Miał zaledwie dwadzieścia cztery lata – przypomniała sobie Scarlett, ciężko wzdychając.
Nie potrafiła już płakać. Tygodnie, w których Luke pozostawał w śpiączce całkowicie opróżniły ją z łez, bo na początku był to naturalny sposób wyrażania żalu. W dodatku, nie była to pierwsza tragedia rodzinna, której doświadczyła Scarlett w ostatnim czasie. Niedługo po tym, jak wyszła za mąż, zmarli jej przybrani rodzice – jedno z nich po długiej chorobie, drugie zaś po olbrzymim wylewie, prawdopodobnie spowodowanym żalem po śmierci współmałżonka. Tracąc rodziców, Scarlett tym mocniej cieszyła się obecnością Luke’a i jego rodziców. Teraz, bez Luke’a, czuła się poważnie rozchwiana, choć miała świadomość, że musi sobie z tym poradzić, bo miała do wychowania dwójkę małych dzieci.
Gdy w drzwiach kościoła, w którym stała w otoczeniu teściów i grupki przyjaciół, pojawił się jej były chłopak, od razu wiedziała, że nie jest na ten widok gotowa. W ciemnym garniturze, Aristide Angelico wyglądał bardzo elegancko i dokładnie tak, jak go pamiętała. Nie było w tym też nic dziwnego, bo Scarlett wiedziała, że niewiele jest go w stanie dotknąć, a po raz ostatni widziała go zaledwie dwa lata temu. Dla niej jednak te dwa lata wypełnione były ciążą, ślubem, narodzinami bliźniąt i próbą zbudowania nowego życia, przerwaną przez śmierć Luke’a. A wszystkie te elementy tak bardzo różniły się od tego, czego doświadczała, będąc z Aristide.
Na jego widok Scarlett poczuła, że uginają się pod nią kolana, a w jej krwioobiegu zaczyna się rozchodzić jakaś dziwna substancja. Przed oczami stanęły jej wszystkie złe wspomnienia: wielka miłość, wobec której czuła się bezbronna, i ciągły lęk przed tym, że ją straci. Siła tych przykrych wspomnień pomogła jej chociaż trochę zapanować nad własną reakcją, gdy Aristide wyciągnął rękę do Edith, pochylając głowę i wypowiadając uprzejme słowa kondolencji.
Potem zaś zwrócił się do niej…
Patrząc w jego szmaragdowe oczy, nie rozumiała, co do niej mówi. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że na chwilę dotknął jej dłoni. Mając wrażenie, że w jego oczach czai się niechęć i szyderstwo, podświadomie zrobiła krok w tył, on zaś zwrócił się z wyrazami współczucia do Toma, ojca Luke’a.
A potem wróciło następne wspomnienie: urzekająca twarz Aristide, gdy zobaczyła go po raz pierwszy… Uśmiechnięty i zatroskany, nachylił się nad nią, gdy podczas joggingu skręciła kostkę. Wcześniej nie wierzyła, że można się zakochać od pierwszego wejrzenia. A jednak zauroczenie, którego wówczas doznała, było natychmiastowe i wszechogarniające. Zanim naprawdę dotarło do niej, z kim ma do czynienia, z czym praktycznie wiąże się jego bogactwo i status społeczny – i jaki miało to wpływ na jego oczekiwania względem niej – była już zbyt zakochana, by się wycofać.
Nie, nie! – powtarzała sobie teraz w duchu ze złością – tylko nie dzisiaj, nie w dniu poświęconym mojemu największemu przyjacielowi…
Aristide usadowił się w kościelnej ławce, z odległości obserwując profil pogrążonej w smutku wdowy. Z porcelanowej cery Scarlett można było sporo wyczytać. Choć od śmierci męża minęło już kilka miesięcy, nadal wyglądała blado, a pod pięknymi, niebieskimi oczami widniały ciemne sińce. Pozbawiona blasku skóra zbyt mocno kontrastowała z ciemnokasztanowymi włosami, o odcieniu stopionej miedzi, upiętymi w brzydki kok. Ku własnemu zaskoczeniu, Aristide zdał sobie sprawę, że widok cierpiącej Scarlett sprawia mu mniejszą przyjemność, niż się spodziewał.
Powtórzył sobie jednak ponownie, że – na szczęście – Scarlett nie ma już w jego życiu i dobrze, że pozwolił, by się tak stało. Nie śledził jej dalszych losów i przestał się nią interesować. Wiedział, że w ogólnym rozrachunku łatwiej jest pogodzić się z rozstaniem niż zastanawiać się, jak przebiega jej życie z innym mężczyzną.
Nie oznacza to, że w zakamarkach jego umysłu przestały kłębić się pytania, na które wówczas postanowił nie szukać odpowiedzi – by się nie poniżać. Czy będąc z nim, jednocześnie kochała Luke’a Walkera? Czy sypiała z nim tylko po to, by rozbudzić zazdrość i pożądanie u swego przyjaciela? A może cały czas sypiała z oboma – uwikłana w jakiś toksyczny układ, z którym nie potrafiła sobie poradzić?
Aristide zawsze jasno mówił o tym, co może, a czego nie może jej dać. A ona – podobnie jak wszystkie kobiety, z którymi miał wcześniej do czynienia – akceptowała zaproponowane warunki. W jego odczuciu Scarlett miała jednak pewne trudności z poruszaniem się w obrębie granic, które wyznaczył: nie przyjmowała od niego drogich prezentów czy kosztownych wyjazdów i nie potrafiła pogodzić się z tym, że jego praca na stanowisku dyrektora generalnego międzynarodowej korporacji ma w naturalny sposób pierwszeństwo przed jej znacznie skromniejszymi potrzebami. Zachowania Scarlett były dla niego czasami tak trudne, że nieraz zastanawiał się, dlaczego w ogóle z nią jest.
A gdy odeszła, potrafił przyznać się przed samym sobą, że Scarlett Pearson-Walker intrygowała go również dlatego, że była jedyną kobietą, która go porzuciła.
Ale fakt ten wciąż go drażnił – i wiele dałby za to, by się dowiedzieć, w czym inny mężczyzna okazał się od niego lepszy.
Po skończonym nabożeństwie, wraz z innymi gośćmi udał się na poczęstunek przygotowany w sali wspólnotowej. Słuchając spontanicznych wystąpień upamiętniających postać Luke’a Walkera – który okazał się znanym wolontariuszem, angażującym się w wiele działań prowadzonych przez lokalną parafię i inne podmioty – Aristide czuł się totalnie wyobcowany. Chodzący ideał – pomyślał – zastanawiając się, jakie mroczne sekrety musi kryć w sobie ten nieskazitelny obraz…
Nie potrafił sobie wyobrazić, jak Scarlett w ogóle mogła z kimś z takim być. A myśl, że mogła go nawet podziwiać, irytowała go do głębi. Przypomniał sobie, że gdy ją poznał, ona też każdą wolną chwilę poświęcała na działania filantropijne. Aż kiedyś musiał jej jasno powiedzieć, że ta „cała dobroczynność” sprawia, że nigdy nie ma dla niego czasu wtedy, gdy on tego potrzebuje. I dopiero wówczas Scarlett zaczęła bardziej koncentrować się na nim. Słuchając pochwał dotyczących jej męża, uświadomił sobie, że w ogóle jej nie znał. Nigdy nie zadał sobie trudu, by spróbować wejść w jej świat – konserwatywny, uporządkowany i pełen konwenansów. Świat, którego fundamentalnie nie rozumiał, bo tak bardzo różnił się on od jego otoczenia kierującego się zupełnie inną dynamiką.
Aristide nigdy nie doznał ciepła czy wsparcia ze strony rodziny. Odkąd pamiętał, jego rodzice nienawidzili się nawzajem. Ojciec nie znajdował przyjemności w małżeństwie czy ojcostwie. Matka zaś, szczególnie po śmierci swojego drugiego syna, próbowała zrobić z Aristide rodzinne bożyszcze, ale on po cichu jej nienawidził i unikał.
Niezależnie od wszystkiego, utrzymanie dobrego imienia firmy wymagało tworzenia pozorów jedności, godności i odpowiedzialności za rodzinę. Naprawdę zaś Aristide kochał tylko swojego brata bliźniaka, który sześć lat wcześniej odebrał sobie życie. Po śmierci zwykle optymistycznie nastawionego do życia Daniele, świat był dla Aristide miejscem z gruntu ponurym, czasami nieco rozjaśnianym obecnością Scarlett.
Widząc, że omijając grupki zaproszonych gości, Aristide zmierza w jej stronę, Scarlett zamarła. Siedziała z rodzicami Luke’a, ukradkiem obserwując każdy jego ruch. Ze względu na wysoki wzrost łatwo było go dostrzec w tłumie, a rozpoznawalność zwiększał jeszcze nienaganny garnitur, kosztowny złoty zegarek i eleganckie spinki.
Aristide prezentował się naprawdę dobrze. Scarlett z trudem próbowała pozbyć się tej myśli i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego pojawił się na nabożeństwie. Bo, według jej wiedzy, nie było go na pogrzebie.
A musiał przecież przelotnie spotkać Luke’a co najmniej z dziesięć razy, nigdy nie wykazując najmniejszego zainteresowania jego osobą. I chociaż z jego ust nie padło też choćby jedno słowo krytyki i nigdy w nic nie ingerował, Scarlett czuła, że nie podoba mu się to, że ona przyjaźni się z innym mężczyzną. Potrafiła już wówczas rozpoznawać rzeczy, które go denerwują, i jeszcze na długo przed tym, jak się rozstali, tak dobrze odczytywała jego myśli, że mogłaby napisać o nim książkę.
– Mogę zamienić z tobą kilka słów? – zapytał uprzejmie Aristide.
Scarlett podniosła się z miejsca, czując, że trzęsą jej się nogi.
– Jasne – odparła, a gdy oddalili się od teściów, dodała nerwowym szeptem:
– Dlaczego tu przyjechałeś?
– Z ciekawości.
Wpatrując się w porcelanową skórę Scarlett nieprzesłoniętą na szyi prostą sukienką, pragnął zobaczyć więcej. I nagle brak takiej perspektywy bardzo go zirytował. Analizując wydatny, choć łagodny kształt jej warg, mimowolnie przypomniał sobie smak jej ust.
Gwałtownie rosnące podniecenie zbiło go na moment z tropu. Czuł, że to reakcja nie na miejscu – niewłaściwa, niesmaczna i niezgodna z jego osobowością – a świadomość tego drażniła jego dumę.
– Co to znaczy z ciekawości? – spytała z pozornym zdziwieniem Scarlett.
Aristide, który chlubił się tym, że nigdy nie tracił panowania nad sobą, poczuł przetaczającą się przez jego wnętrze falę gniewu. Był pewny, że Scarlett bawi się jego uczuciami, ale nie pozostawało mu nic innego, jak wziąć udział w prowadzonej przez nią grze.
– Choćby to, dlaczego mnie zostawiłaś – odparł oschle, z nutą niechęci w głosie.
Scarlett spojrzała na niego z wyraźnym zdumieniem, rozszerzając szafirowoniebieskie oczy.
– To chyba oczywiste – odpowiedziała beznamiętnie, odwracając się w kierunku innej osoby, która zwróciła się do niej z jakimś pytaniem.
Oczywiste? By móc zamknąć tę sprawę, Aristide potrzebował wyjaśnień. Powinien był już dawno o wszystkim zapomnieć, ale Scarlett tkwiła mu w głowie jak cierń – dręcząc podświadomość i nie dając się usunąć z myśli.
Wyczerpana i roztrzęsiona tą krótką rozmową, Scarlett wróciła na miejsce obok teściów. Nachylając się ku niej, Edith położyła dłoń na jej rozdygotanych kolanach, próbując ją uspokoić.
– Czy to on? – spytała cicho. – Jest taki podobny do naszych wnucząt.
Bladość Scarlett była najlepszym potwierdzeniem. Z wdzięcznością pomyślała teraz o mądrości zmarłego męża, który ujawnił swoim rodzicom fakt, że jest gejem oraz nalegał, by nie ukrywać przed nimi, kto jest ojcem dzieci.
– Tak – potwierdziła krótko Scarlett. Zresztą oliwkowa karnacja skóry, ciemne loki i jasnozielone oczy i tak czyniły z Rome i Alice miniaturowe sobowtóry ich ojca.
– Przyprowadzę dzieci dopiero za godzinę – zapowiedziała Edith, rozmawiając ze Scarlett przez telefon. – Na razie bawią się na zjeżdżalni. Mam tu jeszcze dla nich coś do jedzenia, a potem wrócimy do domu. Na pewno będą zmęczone i pójdą na trochę do łóżka, a ty będziesz miała jeszcze chwilę, żeby odpocząć.
– Nie potrzebuję specjalnego odpoczynku – broniła się lekko Scarlett. – Dzisiaj nie byłam przecież w pracy.
– Ale na pewno miałaś coś do roboty w domu.
To prawda – przyznała w duchu Scarlett. Włożyła do wózka zrobione pranie, by wywieźć je na dwór i rozwiesić w tylnej części ogrodu. Jak właściwie każdego dnia od śmierci Luke’a, również dzisiaj czuła się zmęczona. Zaczynała wierzyć, że stan chronicznego wyczerpania jest po prostu częścią składową żałoby. Życie bez Luke’a było dla niej trudniejsze i bardziej samotne. A i tak miała dużo szczęścia, że na piętrze tego samego domu mieszkali kochający ją teściowie.
Od kilku tygodni znów pracowała – choć tylko na część etatu – w szkole, w której była zatrudniona od momentu ukończenia studiów. O tym, czy chce wrócić na cały etat, mogła zdecydować dopiero po wakacjach. Na szczęście Luke miał dobre ubezpieczenie na życie, więc gdy zginął, Scarlett przez kilka miesięcy mogła bez problemu zajmować się wyłącznie dziećmi.
Po ślubie teściowie przebudowali swój obszerny dom, dzieląc go na dwie niezależne części, by Luke i Scarlett z dziećmi mogli zamieszkać na parterze, ciesząc się bezpośrednim dostępem do ogrodu. W praktyce wszyscy korzystali z ogrodu w podobnych proporcjach, a za zajmowanie się roślinnością nadal odpowiadał Tom, dla którego jak zawsze była to świetna odskocznia od pracy w biurze rachunkowym, które prowadził.
Gdy odezwał się dzwonek do drzwi, Scarlett zmarszczyła czoło, bo nie spodziewała się żadnych gości, a jej najbliższa przyjaciółka, Brie, była jeszcze w pracy. Zakładając, że musi to być jakaś dostawa, wyszła z kuchni, przeszła przez wąski korytarz i z uśmiechem otworzyła drzwi.
Gdy zobaczyła, kto stoi po drugiej stronie, z jej twarzy natychmiast znikł uśmiech i na sztywnych nogach pospiesznie zrobiła krok do tyłu.
– Zadzwoniłbym, że chcę wpaść, ale nie mam twojego aktualnego numeru.
– Aristide… – mruknęła chrapliwie Scarlett, czując suchość w gardle, bo fakt, że stał w progu jej domu, wypełniał ją paniką.
W pierwszym odruchu podziękowała niebiosom, że dzieci są ciągle na dworze z teściową, przez ułamek sekundy zastanawiając się, czy w salonie zostały posprzątane zabawki. Następnie, zdając sobie sprawę, że w mieszkaniu są pooprawiane w ramki zdjęcia dzieci, wyszła na zewnątrz, by nie wpuścić gościa do środka.
– Co ty tu robisz? – spytała sztywno, nie potrafiąc wyobrazić sobie powodu wizyty.
– Dopóki będziesz trzymać mnie na dworze, nie jestem gotowy odpowiedzieć na to pytanie – odpowiedział sucho Aristide.
Scarlett niezdarnie weszła do środka, wpuszczając go za sobą. Gdy otwierała drzwi do salonu, modliła się w duszy, by był w nim porządek. Z prawdziwą ulgą zobaczyła, że niezliczone rupiecie wiążące się z posiadaniem małych dzieci zostały pochowane do plastikowych skrzyni, ukrytych teraz za sofami, a jej oczy przywitał widok pustej drewnianej podłogi.
Po raz kolejny uświadomiła sobie, o ile wyższy jest od niej Aristide. Scarlett miała zaledwie sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, a teraz była jeszcze boso – ubrana w znoszone dżinsy i koszulkę. Na twarzy nie miała makijażu, a czesała się ostatni raz o świcie.
– Gdy spotkaliśmy się na nabożeństwie, zadałem ci pytanie. Nie był to odpowiedni czas ani miejsce, za co przepraszam, chciałbym jednak usłyszeć odpowiedź – wyjaśnił Aristide.
Scarlett nie mogła uwierzyć własnym uszom.
– Aristide, to było dwa lata temu. Do czego ci to teraz potrzebne?
– Czy pytając cię o to, wyrządzam ci jakąś krzywdę?
– Nie sądzisz, że to trochę dziwne, skoro wówczas nie zależało ci na tym, żeby poznać moje motywy? – odparła stanowczo Scarlett, zaciskając w pięści zwieszone po bokach dłonie. – Zresztą to żadna tajemnica. Chodziło o Cosettę Ricci i galę, na którą ją zabrałeś, nie uprzedzając mnie o tym ani nie wyjaśniając dlaczego. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Jak mogłam konkurować o twoje względy z modelką i spadkobierczynią fortuny?
– Nie umawialiśmy się na wyłączność…
– I w chwili, gdy uświadomiłam sobie, że faktycznie nie ma wyłączności, poczułam, że chcę odejść – zakończyła Scarlett bez zażenowania.
– Nie poczułaś, że chcesz ode mnie odejść, tylko że chcesz poślubić swojego przyjaciela – zaprzeczył Aristide matowym głosem, przeszywając ją wzrokiem ostrym jak nóż.
– Wyjaśniłam ci to, co chciałeś – odparła beznamiętnie Scarlett. – Więc, proszę, idź już…
– Cosetta Ricci? – powtórzył z niedowierzaniem Aristide. – Ona była dla mnie nikim.
– Podobnie jak ja – wypaliła Scarlett, zanim zdążyła się powstrzymać. Bo co miała na ten temat myśleć, gdy Aristide po prostu nie odpowiedział na jej esemesa? Nie walczył o nią, nie stawiał pytań, nie szukał uzasadnienia… Po prostu pozwolił jej odejść.
– Cosetta jest dla mnie zwykłą koleżanką. A to była gala charytatywna organizowana przez fundację mojej rodziny, na którą zaprosiła ją moja matka, w charakterze osoby mi towarzyszącej…
– I zapewne nie mogłeś nic z tym zrobić! Proszę, idź już – zaczęła nalegać Scarlett, podchodząc do drzwi wejściowych i otwierając je na znak, że ma wyjść.
Aristide zbliżył się do drzwi, lecz zatrzymał się w progu, pytając z niedowierzaniem:
– Naprawdę usiłujesz mnie przekonać, że ponieważ raz nie zaproszono Kopciuszka na bal, to natychmiast wyszedł za innego mężczyznę?
Z twarzą czerwoną jak burak Scarlett zatrzasnęła za nim drzwi i wróciła do kuchni, chodząc po niej w kółko ze złości i frustracji. Mogłaby powiedzieć o wiele więcej, bo istniała cała litania powodów takiej, a nie innej decyzji!
Nie obarczając go dziećmi, których nie chciał, i nie wywołując skandalu towarzyskiego, Scarlett właściwie wyświadczyła mu ogromną przysługę.
Bo dla jego rodziny nigdy nie była wystarczająco dobra. Choć Aristide dbał o to, by nie miała wielu kontaktów z jego rodziną, na jednej z imprez zaczepiła ją jego matka, w okrutny sposób wyśmiewając jej robotnicze pochodzenie oraz brak informacji o prawdziwych rodzicach. Elisabetta Angelico nie pozostawiła najmniejszych złudzeń, że Scarlett jest wyborem najgorszym z możliwych i nigdy nie będzie niczym więcej niż przelotnym romansem jej syna.
A Scarlett od dawna wiedziała, kim są jej rodzice, którzy w momencie jej urodzenia byli w wieku szkolnym i natychmiast oddali ją do adopcji. Matka, którą spotkała tylko raz w życiu, w swoje osiemnaste urodziny, robiła karierę w świecie mody, a ojciec w wieku dwudziestu kilku lat zginął w wypadku motocyklowym.
W następnym tygodniu Aristide ponownie zawitał do domu Scarlett. Zapukał do drzwi i usłyszał zbliżające się kroki, jednak tym razem w drzwiach pojawiła się smukła sylwetka teściowej Scarlett. Ku jego zaskoczeniu starsza kobieta powitała go przyjaznym uśmiechem.
– Ach, pan Angelico. Scarlett jest jeszcze w pracy, ale kończy za piętnaście minut.
Nagle na podłodze pojawiło się bardzo małe dziecko, obejmując babcię za nogę. Po chwili zaś drugie dziecko – łapiąc ją za drugą nogę. Na Aristide patrzyły dwie pary rozwartych z ciekawości oczu. W twarzach tych dzieci jest coś dziwnego – pomyślał Aristide – jakby znajomego…
Marszcząc w zamyśleniu czoło, spytał o aktualne miejsce pracy Scarlett i poprosił o jej numer telefonu, by móc ją uprzedzić, że zamierza podjechać pod szkołę. Bez problemu uzyskał obie informacje, jednak teściowa wydawała się traktować go jak zwykłego kolegę swojej synowej, co trochę go denerwowało.
Zastanawiając się przez moment, czyje to mogą być dzieci, szybko wsiadł do limuzyny i podał szoferowi adres szkoły. Potem napisał esemesa do Scarlett – z szelmowskim rozbawieniem wyobrażając sobie panikę, w jaką wpadnie. Był zaskoczony, że ciągle pracuje w tym samym miejscu i że dalej mieszka z teściami. Z drugiej strony, trudno się dziwić – wszak z premedytacją odrzuciła jego styl życia i prezenty, którymi ją obdarzał. Widocznie to rodzina Walkerów jest szczytem jej marzeń – pomyślał rozdrażniony.
Gdy byli razem, też czasami podjeżdżał po nią pod szkołę. Denerwowała się wówczas, co sobie ludzie pomyślą, widząc, że wsiada do limuzyny. A gdy podjeżdżał sportowym ferrari, było jeszcze gorzej…
Szła teraz w kierunku jego samochodu, w zwisającym z wąskich ramion beżowym prochowcu przykrywającym nudną brązową spódnicę i bluzkę. Aristide wiedział jednak, że wystarczy ubrać ją w markowe ciuchy, by oglądał się za nią na ulicy każdy mężczyzna. I nagle pomyślał, że to wielka szkoda, że Scarlett nie będzie mogła być jego partnerką na przyjęciu, które za dwa tygodnie wyprawiała mu rodzina z okazji trzydziestych urodzin.
Nie prosił rodziców o to przyjęcie, a właściwie nawet go nie chciał. Do tego stopnia, że rozważał, żeby się na nim w ogóle nie pojawić, poniżając w ten sposób przed przyjaciółmi i krewnymi swoją bardzo wrażliwą towarzysko matkę. Wiedział jednak, że w oczach zmarłego brata, Daniele, byłby to akt skrajnego okrucieństwa względem matki. Zaciskając więc zęby, postanowił wziąć udział w uroczystości. Teraz zaś przyszło mu do głowy, że ponowne pojawienie się w jego życiu Scarlett byłoby cudownym sposobem na to, by z jednej strony zdenerwować matkę, a z drugiej – umilić sobie wieczór i pozbyć się zabiegających o jej względy potencjalnych kandydatek na żonę. Właściwie dlaczego miałbym jej nie zaprosić? – pomyślał. Przecież to nie to samo, co ponowny romans.
Scarlett wślizgnęła się do limuzyny, marząc o tym, by samochód jak najszybciej odjechał, nie przyciągając więcej ludzkich spojrzeń. Była wściekła na Aristide, że znowu udało mu się ją zaskoczyć.
– Co ty tu, u licha, robisz? – spytała podirytowanym głosem.
Czuła, że bliskość Aristide ogarnia ją jak lawina. Minęły tylko dwa lata od momentu, gdy po raz ostatni jej dłonie szukały kontaktu z jego ciałem, ale dla niej była to wieczność. Bliskość Aristide wywoływała w niej falę pożądania, której towarzyszyło poczucie winy.
– Przywiozłem ci coś, co zostawiłaś u mnie w domu…
– Mogłeś mi to wysłać pocztą.
– Wiem, że jest to dla ciebie coś cennego, więc nie ryzykowałem – wyjaśnił spokojnie.
Jego głęboki głos zapadał w nią coraz głębiej, wibrując wzdłuż kręgosłupa aż po strefy intymne. Choć starała się na niego nie patrzeć, myśl o tym, że jest tak blisko, wywoływała w niej dreszcze. Nie potrafiąc skupić się na rozmowie, czuła się jak kocica nad miską z kocimiętką. Miała totalną pustkę w głowie, a jej ciało napinało się coraz mocniej, w oczekiwaniu na atak.
Aristide przyglądał jej się uważnie, a gdy skrzyżowała smukłe nogi i spod ołówkowej spódnicy wyłonił się na chwilę fragment gładkiej skóry na wewnętrznej części uda, aż się skrzywił z podniecenia. Z wszystkich sił próbował jednak powstrzymać reakcję organizmu.
Limuzyna zatrzymała się pod domem, a szofer otworzył drzwi pasażera.
– Co to za miejsce?
– Tutaj teraz mieszkam. Zjemy lunch i trochę porozmawiamy, a potem odwiozę cię do domu i wrócę do pracy – rzekł Aristide dziwnie spokojnym tonem, jakby była to rzecz oczywista.
– A o czym tu rozmawiać? – jęknęła Scarlett.
– Możesz być zaskoczona – zażartował Aristide.
Pewno dowiedział się o dzieciach albo przynajmniej coś podejrzewa – pomyślała załamana Scarlett. Wygramoliła się z limuzyny, stając na chwiejnych nogach – jakby znajdowała się na wzburzonym morzu i w stanie najwyższego zagrożenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
