Miłość i inne sporty ekstremalne - Curtaz Paolo - ebook + książka

Miłość i inne sporty ekstremalne ebook

Curtaz Paolo

0,0

Opis

Miłość
to ogromne ryzyko i wyzwanie, dlatego wymaga odwagi, wyjątkowych zdolności i odpowiedniego przygotowania. Wiąże się z wielkimi emocjami i osiąganiem tego, co niemożliwe. Tak, miłość to sport ekstremalny.

Paolo Curtaz wczytując się w Pismo Święte, swoje własne życie i przykłady spotkanych przez siebie par próbuje dowiedzieć się o co chodzi w miłości, szczególnie w miłości małżeńskiej. Porusza między innymi kwestie rodzicielstwa, wierności, fascynacji drugą osobą, pożądania, a nawet zdrady. Autor pisze o trudnych zagadnieniach, ale unika kościelnego żargonu. W efekcie otrzymujemy książkę tchnącą świeżością spojrzenia na nasze codzienne pytania i zmagania, opartą na zaskakujących interpretacjach znanych fragmentów Pisma Świętego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

L’amore e altri sport estremi

© EDIZIONI SAN PAOLO s.r.l. – Cinisello Balsamo (MI)

© Wydawnictwo WAM, 2013

Redakcja Małgorzata Płazowska

Projekt okładki i stron tytułowych Marta Wenda

Łamanie Jacek Zaryczny

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Alchemia miłości

„Miłość jest starsza niż niebo i ziemia, Miłość nie w naszym czasie się zrodziła” – tak o niej mówił jeden z mistyków[1]. Słowa Hafeza w inny sposób wyrażają prawdę objawioną, że Bóg jest miłością (J 4, 16). Miłość to słowo, bez którego nie możemy się obejść, choć tak wiele sprawia nam kłopotów. Czy możemy bowiem żyć bez miłości? Mistycy mówią nam, że miłość jest nieodłącznym elementem stworzenia, a nie czymś wynalezionym przez ludzi na opisanie odczuwanych emocji. Przed tajemnicą miłości kapitulują również naukowcy. „Matka seksuologii” Virginia Johnson w jednym z wywiadów na pytanie dziennikarza, czy udało jej się odkryć, czym jest miłość, powiedziała: „Nie. Ludzie mówią o chemii. Mówią o znajdywaniu w drugiej osobie rzeczy, które lubisz i które sprawiają, że jest ci dobrze. Ale nie, nie sądzę, żeby istniała dobra naukowa definicja miłości. Miłość jest tym wszystkim, czym ludzie uważają, że jest”[2].

A jak pokazują nasze czasy, ludzie mają coraz więcej coraz bardziej rozbieżnych wyobrażeń na temat miłości i samych siebie i coraz bardziej się gubią. Wymowne w tym względzie są statystyki. W książce Miłość i inne sporty ekstremalne odnoszą się one głównie do sytuacji Włoch, skąd pochodzi i gdzie żyje jej Autor. Ale Włosi nie są pod tym względem jakoś „uprzywilejowani”. W Polsce dzisiaj na tysiąc zawartych małżeństw rozpada się około trzystu. Jak pokazują dane – z roku na rok coraz więcej. W roku 2000 rozpadło się ich dwieście na tysiąc, a ponad trzydzieści lat temu – sto. Coraz częściej padają pytania, „czy formuła małżeństwa już się przypadkiem nie wyczerpała i czy jest adekwatna do dzisiejszych czasów i ludzi – kobiety i mężczyźni przecież się zmienili, tempo życia przyśpieszyło, mamy większe możliwości, ale też więcej oczekiwań i wobec siebie nawzajem, i wobec życia w ogóle. A mimo to ludzie z jakiś powodów wciąż biegną pod ołtarz, by złożyć przed światem deklarację, że chcą być ze sobą do końca życia. Wciąż wielu z nas wzrusza obrazek pary staruszków trzymających się za ręce i też tak byśmy chcieli – na zawsze. Więc dlaczego nie wychodzi? Czy staliśmy się bardziej wymagający wobec siebie? Mniej skłonni do kompromisów? Mniej tolerancyjni dla cudzych wad i niedostatków? Może bardziej zachłanni – na szczęście, na realizację siebie, na to, ile się nam należy od życia? A może po prostu jesteśmy bardziej uczciwi, prawdziwi, mniej uwięzieni w konwenansach?”[3].

Jakie odpowiedzi na te pytania ma nam do zaoferowania Biblia? Czy w XXI wieku może nam jeszcze powiedzieć coś sensownego o uczuciach, małżeństwie i rodzinie? Zdaniem Paola Curtaza Biblia obiecuje przemianę chemii uczuć w alchemię miłości. Ta książka jest o tym, jak czytać Biblię, aby się o tym przekonać, i jak doświadczyć w życiu miłości, pomimo że czasy są trudne. Żeby kochać – trzeba zaryzykować – bo miłość to „sport ekstremalny” dla każdego…

Jacek Prusak SJ

Poznajmy się

Meteorologowie twierdzą, że to był najcieplejszy wrzesień w tym stuleciu.

Wierzę im.

Tu u nas, w górach, w październiku na ogół wieczorami trzeba już ogrzewać dom, a rano, zanim wstanie słońce, na dwór wychodzi się w kurtce z podpinką.

Tymczasem w tym roku nadal odbieram syna ze szkoły ubrany w podkoszulek i bermudy, jak w środku lata.

Promienie słońca wpadają do mojej jadalnio-pracowni przez duże okna, a od strony schodów dochodzi zapach fermentującego moszczu.

Wczoraj mój brat zakończył winobranie. Z podwórka zniknęły już traktory, skrzynie ze świeżo zebranymi, gotowymi do wyciskania winogronami oraz odbywające się w miejscowym dialekcie pogawędki przyjaciół i krewnych, którzy brali udział w wielkim święcie zbiorów.

Lubię ten zapach. Towarzyszy miod dzieciństwa, a teraz przypomina mi, że lato już się skończyło i lada chwila nadejdzie długa zima. Temperaturowe anomalie ostatnich miesięcy rozgrzały mi kości, przygotowując na długi okres mrozów i śniegu.

Eksperci twierdzą, że ochłodzi się lada moment.

To dobrze, nie mogę się doczekać, kiedy pójdę na narty.

Ale jesień to dla mnie także pora podróży i pisania.

Od wielu lat jeżdżę po Włoszech, dzieląc się swoimi refleksjami na temat Pisma Świętego. Krótkie okresy nieobecności w domu przeplatam całymi tygodniami niemal pustelniczego życia, które za przyzwoleniem rodziny spędzam na studiowaniu i porządkowaniu przemyśleń.

...

Musiało upłynąć kilka ładnych lat, zanim zdałem sobie sprawę, że jestem pisarzem. Nawet teraz, kiedy pracuję nad piętnastą książką, niełatwo przychodzi mi przedstawiać się w ten sposób.

Wielką radość sprawiło mi odkrycie, że rozważania, którymi wcześniej dzieliłem się z najbliższymi przyjaciółmi, również dla innych ludzi mogą być źródłem inspiracji, zachętą i impulsem do życiowej zmiany.

Do pisarstwa początkowo podchodziłem nieśmiało, później z coraz większym przekonaniem, aż w końcu stało się ono moim pełnoetatowym zajęciem.

J., mój syn, kiedy ktoś pyta go, co robi tata, odpowiada niezmienne: jest biblistą.

Wyjaśnienia

W moich dotychczasowych książkach poruszałem różne tematy związane z duchowością i z Pismem Świętym.

Dotychczas – sądząc po danych dotyczących sprzedaży – najbardziej spodobała się książka o rodzinie, zatytułowana We dwoje zBogiem[4]. W ostatnich latach otrzymałem setki maili od ludzi, którzy ją docenili i zrobili z niej dobry użytek. Dziękuję im za to.

Intrygująca relacja, jaka tworzy się między pisarzem a czytelnikiem – relacja intymności i wzajemnego odkrywania się – pobudza mnie do działania.

Jestem podekscytowany myślą, że moje rozważania angażują uwagę niektórych czytelników równie mocno, jak mnie angażuje lektura dzieł innych pisarzy.

We wstępie do wspomnianej wyżej książki, którą spotkał tak szczęśliwy los, pisałem z lekkim zażenowaniem, że jako ksiądz nie mam osobistego doświadczenia życia w związku z drugą osobą. Dlatego mogę się odwoływać tylko do doświadczenia rodzin, które zachciały się ze mną podzielić swoją codziennością.

Od tamtego czasu wiele się w moim życiu zdarzyło.

Podjąłem kilka niezwykle bolesnych decyzji i poprosiłem władze Kościoła o uwolnienie mnie od ciężaru kapłańskiej posługi, którego nie byłem już w stanie nieść ze spokojem ducha.

Naprawdę pragnąłem poświęcić życie na głoszenie Dobrej Nowiny zgodnie z wymogamichrześcijańskiej wspólnoty. Zdałem sobie jednak sprawę z własnych ograniczeń i musiałem uznać, że nie jestem w stanie wypełnić zadania, którego dobrowolnie się podjąłem.

Kościół z macierzyńską dobrocią przyjął moją prośbę i zwolnił mnie z obowiązków wynikających z przyjęcia święceń kapłańskich.

Obecnie moje życiowe doświadczenie jest więc zupełnie inne. Nadal jestem księdzem (zgodnie z teologią kapłanem pozostaje się do końca życia), nie pełnię jednak kapłańskiej posługi. W ciągu tych lat założyłem rodzinę, zostałem ojcem i dzięki temu lepiej poznałem naturę Bożego ojcostwa. Ożeniłem się i nadal poświęcam swój czas i zdolności szerzeniu królestwa Bożego.

Nie chciałbym, żeby ktokolwiek pomyślał, że w moich książkach będę bronił wyborów, których dokonałem, opowiadał o swoich życiowych doświadczeniach lub stawiał siebie za przykład.

Boże broń!

Ja, podobnie jak wy i razem z wami, poszukuję Boga. Jako ojciec, a teraz także jako mąż, od wielu lat szukam sensu życia, pragnę odnaleźć wspaniały plan, który uzasadnia ludzką egzystencję.

Ja, podobnie jak wy, szukam odpowiedzi na szereg pytań, które całe życie noszę w sercu.

Jednym z tematów, które zaprzątają moje myśli, jest miłość.

Miłość, która pochodzi od Miłości; miłość, która jest uczuciem i siłą, ale jednocześnie wysiłkiem i rozczarowaniem.

Zastanawiam się, czy Ewangelię można traktować poważnie, czy trzeba uznać ją jedynie za pobożną utopię. Czy są to mrzonki dla emocjonalnie słabych jednostek, czy potężna wizja, która daje początek wszystkiemu.

Zastanawiam się, czy Bóg istnieje i czy rzeczywiście jest taki, jakim przedstawiał go Jezus.

Zastanawiam się, czy miłość i cierpienie to dwie strony tego samego medalu.

Wsłuchując się w głos licznej rzeszy członków Kościoła, którzy przede mną szli za Nazarejczykiem, staram się, aby światło Jego słów odbijało się we mnie i było dla mnie bodźcem do rozwoju.

Jedynym światłem, które świeci we mnie niczym mała latarka w ciemnościach, jest wiara w Boga, wiara w blask Jego słowa.

Jest to światło słabe, wątłe, ale dostateczne.

Kiedy przed świtem wychodzi się z alpejskiego schroniska, ruszając w kierunku szczytu, światło czołowej lampki z trudem rozprasza ciemności, ale wystarczy akurat na tyle, aby zrobić kolejny krok lub dwa – aby kontynuować wspinaczkę.

Tak oto, zachęcany przez mojego cierpliwego wydawcę, zdecydowałem się ponownie podjąć temat uczuć, małżeństwa i rodzicielstwa, biorąc za podstawę słowo Boże, którym nieustannie dzielę się z ludźmi poszukującymi.

Znajdą się tutaj zarówno teksty rozważane już wcześniej na głos podczas weekendowych spotkań organizowanych przez Associazione culturale Zaccheo(Towarzystwo Kulturalne Zacheusz), w których uczestniczą setki par darzących mnie zaufaniem i przyjaźnią, jak i teksty, które obecnie porządkuję w formie pisemnej, aby mogły stać się inspiracją dla czytelników tych stron.

Czas zasiąść do pisania.

W naszym kruchym świecie

Nie widzieliśmy się od dłuższego czasu. Spotykam go na ulicy, a on zaprasza mnie na kawę.

Czemu nie.

J. ma wyjść ze szkoły za dwadzieścia minut. Akurat tyle, żeby napić się kawy.

Wiem, że spotkał go jakiś zawód miłosny.

Wie, że miałem jakieś kłopoty w pracy. Byłem księdzem, a teraz uprawiam wolny zawód kaznodziei.

Doszły mnie słuchy, że rozwiódł się trzy lata temu. Szkoda – ja sam z radością udzielałem im ślubu, ponieważ robili na mnie wrażenie zakochanych i mocno zmotywowanych.

Prawdopodobnie chce opowiedzieć mi o swoich doświadczeniach i usprawiedliwić się.

Nie inaczej.

„Wiesz, Paolo, przeceniłem swoje siły. Mamy z M. różne charaktery i coraz trudniej było nam się porozumieć, nasze rozstanie nie było więc zbyt dramatyczne. Ona początkowo źle to przyjęła, ale później jakoś wszystko sobie wytłumaczyła. Ja czuję ulgę, po prostu nie nadaję się do małżeństwa. Szkody nie są zbyt wielkie, ponieważ nie mieliśmy dzieci. Zorganizowałem sobie życie na nowo i czuję się znacznie lepiej, uwolniłem się od dużego ciężaru...”.

Słucham go z szacunkiem.

Na podstawie tonu jego wywodu dochodzę do wniosku, że nie ma najmniejszego zamiaru się spierać, chce tylko udzielić sobie pełnego rozgrzeszenia, błędnie uważając, że ja go oceniam!

Opowiada o życiu singla i o swoich planach. O byłej żonie nie wspomina ani słowem.

W pewnej chwili spuszcza wzrok i obniża głos.

„Na początku nie chciałem nawet słyszeć o innych kobietach. Owszem, miałem kilka przygód, ale nic na poważnie. Teraz wydaje mi się, że coś może wyjść z historii, którą zacząłem trzy miesiące temu z pewną znajomą. Podobamy się sobie, ale nie chcę, żeby cała sprawa przekroczyła pewne granice. Tylko nie wspólne mieszkanie, na miłość boską! No i żadnych zobowiązań... Spotykamy się poza domem, jakiś koncert, kino, trochę pieszczot, a potem każde wraca do siebie. W ten sposób człowiek się zbytnio nie przywiązuje. Można powiedzieć, że dotrzymujemy sobie towarzystwa jak dwoje dorosłych, świadomych ludzi”.

Kręcę głową.

Patrzy na mnie z pytającym wyrazem twarzy.

Wypowiadam więc na głos psotną myśl, która przyszła mi do głowy.

„Wybacz: wiesz, że szanuję twój wybór, ale coś mi tutaj nie pasuje. Zastanawiam się mianowicie, jak rozumiesz słowo historia. Historię na ogół tworzy się co najmniej przez kilka lat. Dana rzecz jest historyczna, ponieważ pozostawia po sobie ślad, ponieważ czas tworzy wokół niej otoczkę zdarzeń, które naznaczają i zmieniają uczestniczące w nich osoby. Wydaje mi się, że trzy miesiące to za mało, aby mogło się wydarzyć coś historycznego, rozstrzygającego. To, co przeżywasz, nie jest historią, ponieważ nie dodajesz najważniejszego składnika, dzięki któremu może zasłużyć na to miano – nie dodajesz czasu!”.

Teraz jego spojrzenie wyraża coś pośredniego między zdziwieniem a zmieszaniem.

Przesadziłeś, Paolo.

Staram się rozładować sytuację.

„Jeszcze może być z tego historia, jeśli w nią uwierzysz i zainwestujesz. Na pewno tak właśnie będzie! Ale powiedz, grasz jeszcze w piłkę na hali?”.

Requiescat in pace

Małżeństwo umarło, amen.

Bądźmy szczerzy, nikt po nim nie płacze.

Monogamiczny związek dwojga ludzi, którzy ślubują sobie wierność na całe życie. Patriarchalny model rodziny, w której ojciec decyduje o wszystkim, kobieta – to zrezygnowana i poddana pani domu...

Jak dobrze, że to wszystko odeszło do przeszłości!

Po krótkiej chorobie nastąpił definitywny zgon małżeństwa w katolickim stylu.

Najwyższy czas.

Alternatywne propozycje są o wiele ciekawsze.

Związki otwarte, tymczasowe, poszerzone rodziny.

Mniej zmartwień, mniej ograniczeń, mniej obowiązków. Liczy się tylko wolna miłość – bez dokumentów, bez żalu.

A jeśli coś pójdzie nie tak, bez paniki: urządzi się na nowo, przecież życie to szansa; wejdzie się znowu na właściwe tory, znajdzie się nowego partnera. Tylko tym razem bez zobowiązań – bo to już przecież znamy.

Powiedzmy otwarcie: życie jest zbyt długie, aby wiązać się na zawsze z jedną osobą.

A jeśli po jakimś czasie okaże się, że jest inna, niż nam się wydawało?

Nie okłamujmy się: małżeństwo to przeżytek.

Co innego ślub – ślub jest fantastyczny.

Dzisiaj ludzie się pobierają, ponieważ to jest trendy.

I oczywiście cool.

Istnieje nawet kanał satelitarny, w którym tłoczy się widzom do głów obrazy weselnych tortów, ślubnych sukien i mówi się o idealnym dniu (!). Na innym kanale uczy się nas, prowincjuszy, jak ubierać się z klasą i gustem. Na kolejnym oferuje się kuracje odchudzające przygotowujące na tę wielką chwilę (nic nie zmyślam!). A jeżeli ktoś chciałby trochę sobie pofolgować, telewizja przyśle mu do domu profesjonalną nianię, która nauczy go, jak się wychowuje dzieci. Cuda naszych czasów: dzisiaj znajdzie się ekspert od wszystkiego.

Od znajomego z Francji wiem, że istnieją firmy specjalizujące się w organizacji najdrobniejszych szczegółów wielkiego dnia (słono sobie za to licząc!); młoda para ma nawet do dyspozycji „mistrza ceremonii”, który podpowiada jej – krok po kroku – co powinna robić w kościele i w restauracji!

Zabawne – kręcimy nosem na pompatyczne liturgie papieskie, a wymyślamy nowe, własne i... równie pompatyczne.

Obecnie ludzie często myślą w ten sposób: skoro już chcemy ukoronować marzenie o miłości, weźmy ślub, ale bez większego przekonania.

Wystarczy zadbać o odpowiednią oprawę – istota leży przecież gdzie indziej. Kochamy się – cóż więcej nam trzeba? Czego jeszcze możemy się nauczyć?

Taki piękny ślub, jaki widuje się w filmach, jaki biorą celebryci, księżniczki i wielkie gwiazdy (czasami dwa, trzy lub cztery razy w życiu)!

Przedmałżeńskie spotkania z tym nudziarzem, księdzem, to tylko zło konieczne, drobna niedogodność, poświęcenie na rzecz kościelnej władzy.

A zresztą to, co mówi ksiądz, nie ma żadnego znaczenia. On tylko robi to, za co mu płacą!

No bo co on może wiedzieć o małżeństwie, skoro żyje w celibacie?

Tych kilka spotkań w parafii to tylko niezbyt przyjemna cena, jaką trzeba zapłacić za możliwość wzięcia ślubu.

Kilka nudnych wieczorów, a potem już można wyprawić zapadającą w pamięć uroczystość, która zostanie udokumentowana przez niezwykle drogich fotografów i doczeka się iście Hollywoodzkich produkcji filmowych.

Zamieniliśmy uroczystość zaślubin w farsę.

Nie, nie jestem przeciwny świętowaniu.

Nie mam wątpliwości, że święto jest potrzebne. Ale niech to będzie święto autentyczne, które nie powtarza utartych schematów, nie jest kopią innych uroczystości (na ogół niewiarygodnie tandetnych) i nie chce dorównać hipotetycznym, wymyślonym wzorcom.

Istota świętowania nie leży w przepychu, lecz w sercach ludzi, którzy biorą udział w uroczystości.

Święto rodzi się z zadziwienia odkryciem, że dwie osoby decydują się zaufać sobie wzajemnie i zawierzyć się Bogu, który wymyślił miłość i nieustannie ją odnawia.

(Ktoś powinien wytłumaczyć nowożeńcom we Włoszech, że cały ten cyrk wynaleziono bardzo niedawno, a nasze babcie – owszem – szły do ślubu w odświętnym stroju, ale nie w białej sukni, a uroczystości nie odbywały się o siódmej rano. Ktoś mógłby im powiedzieć, że to, co sprzedaje się nam jako „tradycyjne” małżeństwo, w rzeczywistości jest udanym zabiegiem marketingowym).

Wiem, przesadzam. Proszę o wyrozumiałość. Nie chcę nikogo obrazić, ani nawet moralizować.

Po prostu robi mi się przykro, kiedy widzę, do czego został sprowadzony pasjonujący znak obecności Boga wśród ludzi.

To ma być chrześcijańskie małżeństwo?

Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się.

Rodzinna fotografia

Jaka jest kondycja włoskiej rodziny?

Analiza tego, co dzieje się wokoło, nie nastraja optymistycznie. Czytając gazety, oglądając telewizję, słuchając rozmów w barze lub u fryzjerki, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z uczuciowym zepsuciem, ze swoistym tsunami w sferze relacji międzyludzkich, z bolesną anarchią emocji.

A jakie są fakty?

Aby nie polegać wyłącznie na subiektywnych wrażeniach, odwołajmy się do pomocy socjologów, którzy od dłuższego czasu badają tę dziedzinę życia[5].

Obiektywny opis aktualnej sytuacji rodziny nie jest zadaniem łatwym. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat nastąpiły tak liczne i głębokie zmiany, że naukowcom trudno jest sformułować jednoznaczną opinię w tej kwestii.

Udało się już jednak wysunąć kilka powszechnie akceptowanych wniosków.

W społeczeństwach zachodnich dominuje model rodziny określany terminem affective family. Kładzie się w nim przede wszystkim nacisk na relacje między poszczególnymi członkami rodziny, która staje się miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa. W takiej rodzinie dominują bliskie i przyjazne relacje, co powszechnie uważa się za zaletę.

Ten rodzaj rodziny ma jednak również pewną wadę. Otóż nie przygotowuje młodych ludzi do wejścia w społeczeństwo, a wręcz staje się dla nich schronieniem, miejscem bezpiecznych relacji, które niczym nie może zaskoczyć.

Dawniej powszechnie akceptowano wyraźne rozdzielenie ról matki i ojca. Rodzice przygotowywali dzieci do życia, przekazując im wartości, które sami wcześniej otrzymali. Wzajemne relacje nie były jednak oparte na zaufaniu i bliskości.

Obecnie związek dzieci z rodzicami jest „ciepły”, serdeczny, intymny.

Z zaskoczeniem obserwujemy, że niezwykle wrażliwi włoscy nastolatkowie – wbrew stereotypom na ich temat – na pierwszym miejscu listy najważniejszych spraw w swoim życiu umieszczają więzy rodzinne!

Młodzi ludzie bardzo kochają rodzinę. Jednak tylko tę, w której się wychowali, nie tę, którą sami mają stworzyć.

Część socjologów zwraca uwagę na fenomen tak zwanej „długiej rodziny” (la famiglia lunga) – rozpowszechniony przede wszystkim we Włoszech – w której dzieci nie przechodzą ważnych etapów dojrzewania i nie doświadczają momentu wejścia w świat dorosłych.

W którym momencie życia człowiek przestaje być młody we współczesnych Włoszech?

Zaledwie kilkadziesiąt lat temu znakiem wejścia w dorosłe życie – przynajmniej dla mężczyzn – była służba w wojsku, ukończenie studiów lub podjęcie stałej pracy. W przypadku kobiet punktem zwrotnym było zazwyczaj małżeństwo.

A dzisiaj?

Ponieważ ludzie bardzo często w ogóle nie mają nawyku podejmowania zdecydowanych kroków i brania na siebie odpowiedzialności, nie potrafią również podejmować ważnych decyzji w sferze uczuć. Związki, które tworzą, są więc słabe i nigdy nie mają ostatecznego charakteru.

Ślub bierze się ze zmęczenia, nie dostrzegając większej różnicy między „przed” i „po”.

Kiedy ludzie pobierają się w wieku dojrzałym, mają mniej elastyczne podejście do życia we dwoje i mniejszą zdolność do zmierzenia się z ograniczeniami, które w nieunikniony sposób się z nim łączą.

Zawarcie związku nie jest już faktem społecznym, wielkim wydarzeniem w życiu wspólnoty, bliższej i dalszej rodziny, dzielnicy i kraju. Teraz jest to wydarzenie prywatne, dotyczące prawie wyłącznie (a i to nie zawsze!) rodzin, z których pochodzą partnerzy. Z jednej strony brak presji społecznej ma charakter pozytywny, z drugiej jednak prowadzi do izolacji małżonków. O ile kiedyś zbytnio wtrącano się w sprawy innych, o tyle dzisiaj nikt nie zauważa kryzysu w związku dwojga ludzi, którzy pozostają sami ze swoimi problemami.

Wierność jest obecnie wartością wspólną, która wiąże się nie z osobą, lecz z istnieniem relacji: pozostaję ci wierny/a, dopóki trwa nasz związek. To nieprawda, że dzisiaj nie docenia się wierności, uważa się jednak, że nie powinna być kulą u nogi, szczególnie gdy uczucie wygasa.

Jak jednak zobaczymy, nie tak łatwo określić moment, w którym miłość się kończy i można poczuć się zwolnionym z obowiązku dochowywania wierności!

Wbrew powszechnemu przekonaniu wierność wciąż ma dla młodych ludzi duże znaczenie i jest decydującym kryterium oceny udanego związku.

Zapadło mi w pamięci pewne spotkanie z grupą około trzydziestu nastolatków, podczas którego rozmawialiśmy o uczuciach. Nadmiar testosteronu u chłopców postawił przede mną wysokie wymagania! Udało mi się jednak nakłonić chłopców i dziewczyny do pracy w oddzielnych grupach. Mieli za zadnie wymienić dziesięć cech, które ich zdaniem koniecznie musi posiadać partner w związku uczuciowym. Wynik był zaskakujący: okazało się, że obydwie grupy na pierwszym miejscu listy umieściły wierność!

Obecnie najbardziej poszukiwaną wartością w związku dwojga ludzi jest umiejętność komunikacji (wyrażanie szacunku, rozmowa). Jest ona znacznie wyżej ceniona niż inne kryteria (wysokość zarobków, dom). Dawniej mówiło się o „dobrej partii”, jeżeli przyszły mąż miał znaczącą społecznie lub dobrze płatną pracę, obecnie uczucie jest ważniejsze od pozycji społecznej. Powszechnie uważa się, że jest to pozytywna zmiana. Oto ludzie pobierają się z miłości – czyż to nie piękne!

Są jednak również gorsze strony takiej sytuacji. Otóż miłość (rozumiana wyłącznie w kategoriach emocji, uczuć, relacji) jest jedynym czynnikiem, który łączy dwoje ludzi. Tylko ona nas jednoczy!

Nie liczy się już ocena innych, nie liczą się potrzeby ekonomiczne ani uznanie społeczne – liczy się tylko miłość. Trzeba więc dobrze zastanowić się nad znaczeniem tego słowa...

Rozpad rodzin często następuje pod wpływem kultury eksperymentowania lub jest wynikiem starzenia się związku. Prawie zawsze natomiast jest źródłem ogromnego cierpienia. Rzadko kto wspomina o tym fakcie w atmosferze zbiorowej hipokryzji, która pozwala wychwalać możliwość nawiązywania wielu związków, zapominając o bólu nierozerwalnie związanym z rozstaniem.

Nowe formy rodzinnego życia pojawiają się nie dlatego, że odnaleźliśmy ideał rodziny, lecz dlatego, że nastąpił bolesny upadek wcześniej obowiązującego modelu.

Kwestia zalegalizowania związków partnerskich, która obecnie jest szeroko dyskutowana na forum publicznym, jest po prostu kuriozalna. Przecież istnieje już instytucja, która uprawomocnia tego rodzaju związki – jest nią małżeństwo cywilne. Chęć wprowadzenia skrajnej formy, która zapewnia małżonkom prawa, nie nakładając na nich żadnych obowiązków, jest absurdem!

Inną kwestią – o wiele bardziej delikatną – jest zalegalizowanie związków homoseksualnych.

Z socjologicznego punktu widzenia punktem odniesienia pozostaje dotychczasowy model rodziny, który nie odpowiada osobom mogącym go realizować, a jest celem tych, którzy go realizować nie mogą.

Osoby żyjące w związku homoseksualnym chcą, aby uznano je za rodzinę, natomiast osoby, które mogą stworzyć rodzinę, nie chcą tego robić!

Kto chce, nie może, kto może, nie chce...

Marzymy o tradycyjnej rodzinie, ale tworzenie jej przychodzi nam z wielkim trudem. Pozostaje więc ona tylko punktem odniesienia.

Mówi się o nieuchronnym zmierzchu tradycyjnego modelu rodziny, a jednocześnie tworzy się modele alternatywne, które są jego kopiami.

Czarno na białym

Aby wyrobić sobie obiektywną opinię na temat stanu włoskiej rodziny, musimy odwołać się do nieocenionej pracy włoskiego głównego urzędu statystycznego (ISTAT).

W 2010 roku zawarto 217 tysięcy małżeństw (cywilnych i konkordatowych), czyli o 30% mniej niż w roku 2008.

W tym samym roku mniej więcej 140 tysięcy małżeństw zdecydowało się na rozwód lub separację.

O ile w 1995 roku odsetek separacji w stosunku do liczby zawartych małżeństw wynosił 25% (250 rozwodów na 1000 ślubów), o tyle obecnie odsetek ten wnosi 47% (prawie jeden rozwód na dwa małżeństwa!). Średnia długość trwania małżeństwa wynosi 15 lat.

Z własnego wyboru żyje samotnie 20% ludzi aktywnych zawodowo (około 6 milionów Włochów), a konkubinaty stanowią 6% wszystkich związków.

Małżeństwa konkordatowe, zawarte w obrządku katolickim, stanowią 65% małżeństw, pozostałe 35% to małżeństwa cywilne, jednak 10% z nich zostało zawartych po raz drugi, co oznacza, że nie istniała możliwość zawarcia małżeństwa kościelnego.

Inne bardzo ciekawe dane, do których jeszcze się odniesiemy, pokazują, że w 15% małżeństw zawartych w 2010 roku jedno z małżonków nie było Włochem. Integracja kulturowa zaczyna się w rodzinie.

Schizofrenia uczuć

Jak widzicie, sytuacja jest bardzo złożona!

Rozglądając się dokoła, można odnieść wrażenie, że – jak napisałem kilka lat temu – mamy do czynienia ze schizofrenią uczuć.

Dzisiejszy świat wysyła do nas dwa sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, podkreśla znaczenie miłości jako ostatecznego i jedynego powodu, dla którego warto żyć po upadku ideałów poprzednich stuleci (zarówno politycznych, jak i nacjonalistycznych).

Mówi się nam: miłość jest wspaniała. To najsilniejsze uczucie, najpiękniejsza rzecz, jaka może spotkać człowieka.

Warto przeżywać ją wielokrotnie – najczęściej jak się da, ponieważ miłość ostatecznie zwycięży, nawet po rozpadzie związku.

Z drugiej strony, z bezwzględnym cynizmem neguje się możliwość długotrwałej miłości.

Miłość jest wieczna, ale tylko dopóki trwa!

Jeżeli pojawiają się trudności, para po prostu powinna się jakoś dogadać. Nikt więc tak naprawdę nie wie, jaki czynnik decyduje o jedności związku (zakochanie? atrakcyjność seksualna? przyzwyczajenie?).

Miłość to najpiękniejsza rzecz w życiu. Szkoda tylko, że nie trwa długo!

Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy naprawdę musimy ustąpić wobec siły dowodów? Rzeczywiście musimy się poddać?

Czy nasi dziadkowie i rodzice ulegli złudzeniu?

Czy dawniej ludzie się pobierali (i żyli razem do końca życia) tylko dlatego, że nie mieli innego wyboru? Czy naprawdę ludzie byli ulegli, a naród głupi?

Czy dopiero współczesny człowiek uświadomił sobie – ze sporą dawką cynizmu –że nie da się kochać jednej osoby przez całe życie?

Czy naprawdę nadszedł czas, aby odprawić mszę żałobną za małżeństwo?

Nie sądzę.

Trudności w Kościele

Ech! – westchnie pewnie niejeden czytelnik.

Nie ma się z czego cieszyć.

Świat zachodni przeżywa właśnie głęboki kryzys uczuć. Z jednej strony zwraca się uwagę na negatywne aspekty trwałego związku, z drugiej podkreśla się najbardziej spontaniczny, emocjonalny aspekt zakochania, promując tym samym unikanie odpowiedzialności.

Miłość jest radosna, po co obciążać ją obowiązkami i zasadami?

Czytelnicy, którzy właśnie przygotowują się do małżeństwa, mogą popaść w przygnębienie!

Ale – pomyślą pewnie co bardziej pobożni z was – na szczęście jest Kościół, bezpieczna przystań, wieża z kości słoniowej, która chroni nas przed wzburzonymi falami współczesnego świata! Właśnie dlatego ślub bierze się w kościele: aby mieć choć trochę pewności, aby otrzymać błogosławieństwo, które pozwoli przetrwać naszemu małżeństwu!

Tak, to prawda. Kościół w dobrych i złych chwilach nieustannie propaguje życie w zgodzie z Ewangelią i wierzę, że jeżeli pozostanie wierny swojej misji, Bóg nadal będzie go wspierał.

Kropka.

Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że na oczach całego świata Kościół przeżywa właśnie jeden z najtragiczniejszych okresów w swojej historii.

Łatwo pisać takie słowa w czasach, kiedy wszyscy linczują Kościół, wytykając mu jego błędy.

Oczywiście nie chcę dołączać do tych, którzy przywdziewają szaty proroka (na ogół lamentującego Jeremiasza, dużo rzadziej pokrzepiającegoIzajasza!) i nieustannie biczują Kościół.

Nie zamierzam też jednak udawać, że nic się dzieje i wszystko jest w najlepszym porządku.

Najlepiej będzie zdać się na wywarzony osąd człowieka, który naprawdę co nieco o Kościele wie – poznajmy więc opinię papieża.

Podczas podróży do Niemiec w 2011 roku Ojciec Święty Benedykt XVI powiedział na spotkaniu z przedstawicielami świeckich stowarzyszeń katolickich:

Prawdziwy kryzys Kościoła w świecie zachodnim jest kryzysem wiary. Jeśli nie odnowimy wiary, wszystkie reformy strukturalne będę nieskuteczne.

Podczas pobytu w Anglii Benedykt XVI miał odwagę powiedzieć, że Kościół przeżywa właśnie najtrudniejszy okres od czasu prześladowań pierwszych chrześcijan. Trudności te wynikają nie tylko z działań wrogów chrześcijaństwa (aktywnych i zaciekłych jak nigdy wcześniej), lecz przede wszystkim z niespójnej postawy samych wyznawców Chrystusa.

Oczywiście, Kościół znajduje się w kryzysie, ponieważ nasilają się prześladowania (według OBWE w 2011 roku zabito 105 tysięcy chrześcijan), a w świecie zachodnim wzmaga się intelektualna nietolerancja wobec religii, a przede wszystkim wobec katolicyzmu. Jednak największe szkody wyrządzamy my sami – chrześcijanie, ponieważ zachowujemy jedynie pozory chrześcijaństwa, a nie jego istotę. Deklarujemy niejasne, słabe przywiązanie do wartości, którym nie jesteśmy wierni na co dzień.

Na Zachodzie katolicyzm przestał być niezwykłym doświadczeniem obecności Boga w Jezusie, a stał się religią społeczną, wyrazem kulturowej przynależności!

Religia społeczna

Włoski filozof liberalny Benedetto Croce, którego z pewnością nie można podejrzewać o bigoterię, opublikował w 1942 roku niewielki esej zatytułowany Perché non possiamo non dirci „cristiani” (Dlaczego nie możemy nie nazywać się chrześcijanami).

Te słowa nic nie straciły na aktualności. My, Włosi, nie możemy nie nazywać siebie „chrześcijanami”. Przecież wszyscy wiemy, co dzieje się w Boże Narodzenie, wiemy, czym zajmuje się zakonnica, wiemy, co oznacza bicie dzwonów w kościele. Włoska historia, literatura i sztuka pełne są odniesień do Ewangelii. Chrześcijaństwo rozwijało się razem z włoskim społeczeństwem i przyczyniło się do powstania włoskiego państwa.

Nie możemy nie nazywać się chrześcijanami.

Byłoby jednak pięknie, gdybyśmy wreszcie stali się uczniami Chrystusa!

Można chodzić na Mszę we wszystkie święta nakazane i posyłać dzieci na religię, ale nigdy nie spotykać Boga.

Moim zdaniem coraz bardziej realne jest ryzyko, że w zmęczonych włoskich parafiach katolicyzm zostanie zredukowany do funkcji religii społecznej.

Religia oferuje nam szereg szlachetnych, powszechnie akceptowanych, wzniosłych wartości. Obawiam się jednak, że to wszystko często nie ma nic wspólnego z Bogiem.

Można być chrześcijaninem, nie będąc uczniem Chrystusa.

Aby zrozumieć, co mam na myśli, mówiąc o religii społecznej, wystarczy rzucić okiem za ocean. Pewnie nie wszystkim wiadomo, że prezydent Stanów Zjednoczonych, rozpoczynając kadencję, składa przysięgę na Pismo Święte.

Nawet jeżeli jest ateistą.

Religia nie jest już osobistym doświadczeniem, lecz przede wszystkim społecznym spoiwem.

Jak już kiedyś pisałem, niewiele brakuje, abyśmy uczynili z katolicyzmu religię bez wiary.

Chrześcijaństwo bez Chrystusa.

Istny obłęd.

Wiele osób wierzy, że wierzy. Wydaje im się, że doskonale wiedzą, o co chodzi w chrześcijaństwie.

Podczas licznych rozmów i w korespondencji mailowej ludzie często zadają mi pytania, które świadczą o niemal całkowitej nieznajomości spraw Bożych.

Zapomnieliśmy alfabetu wiary. Zgubiliśmy wspaniały skarb, zamieniając go na tanią podróbkę, a prawie nikt się nie zorientował!

Przesiąkliśmy chrześcijaństwem społecznym. Uważamy, że aby być chrześcijaninem, wystarczy pójść do kościoła w Boże Narodzenie i zrobić odpis podatkowy na rzecz Kościoła katolickiego...

Mało komu przychodzi do głowy, że chrześcijaństwo jest drogą, która prowadzi do Boga, Jezusa Chrystusa.

Wielu ludzi zadowala się wiarą powierzchowną, przesądną, która opiera się na uczuciach i cudach, w której ważną rolę odgrywają ukazujące się madonny i etatowi jasnowidze, ale która nie angażuje inteligencji, rozumu i wolnej woli człowieka.

Źródłem chrześcijaństwa jest objawienie Boga. Boga, który opowiada ludziom o sobie i pragnie angażować całego człowieka, nie wyłączając jego inteligencji.

Kościół od początku swojego istnienia naucza, że wiara jest zgodna z rozumem.

Czym zatem jest nasza wiara?

Szeregiem niechętnie przyjmowanych przekonań, niewyraźnym znakiem przynależności społecznej, na którą pomstujemy, kiedy wytyka nam się krzyż, religijnym uczuciem, któremu pozwalamy dojść do głosu w trudnych chwilach?

Taka wiara nie przemienia serc, nie zmienia historii.

Uczestniczy w niej, ucieka od niej, boi się jej.

W naszych czasach ludzie umierają z pragnienia, znajdując się o kilka kroków od źródła.

Nie chcą pić, ponieważ uważają, że znają już smak wody, albo nie wierzą, że jest czysta i dobra. Nie gaszą pragnienia, ponieważ powstrzymują ichprzeróżne uprzedzenia dotyczące spraw Bożych.

I Kościoła.

Kościół obecnie nie cieszy się zaufaniem ludzi.

Osłabiły go skandale i brak jedności, a trudności w komunikowaniu się nie ułatwiają sprawy.

Mam ochotę krzyczeć na cały świat, że Bóg przemówił do ludzi poprzez swojego Syna, Jezusa Chrystusa i nadal mówi do nich poprzez swoich uczniów.

Bóg zaplanował dla ludzkości światło, dobro oraz niezmierzoną, intymną radość. Prosi więc każdego człowieka, aby współpracował z Nim w realizacji marzenia o królestwie Bożym.

Wiara nie jest tą groteską, którą żyją niektórzy ludzie.

Nie jest też zbiorem zasad moralnych.

Ani dobrym zwyczajem przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Ani uczuciem wywoływanym przez cudowne zdarzenia.

Wiara jest spotkaniem.

Małżeństwo w kościele czy w Kościele?

Jedna z bolesnych uwag w kwestii kryzysu odnosi się właśnie do małżeństwa.

Z pewnością nikt nie śmiałby podważać dwóch tysięcy lat kulturowego dziedzictwa i silnej tradycji, której źródłem jest Ewangelia.

Jednak konfrontacja tradycyjnych wartości ewangelicznych ze współczesnością jest przyczyną licznych napięć.

Nowe spojrzenie na rolę kobiety w świecie, odmienne rozumienie seksualności człowieka czy zmieniająca się rola rodziców ujawniły ograniczenia tradycyjnej postawy chrześcijańskiej.

Aspekt społeczny i aspekt religijny – jak we wszystkich kulturach – mieszały się ze sobą przez stulecia, aż w końcu stały się nierozróżnialne.

Bardzo często normy i reguły, które w rzeczywistości są wynikiem społecznej umowy, przedstawia się jako zasady chrześcijańskie.

Na siłę szuka się potwierdzenia własnych poglądów u Boga i w Objawieniu.

Od wielu stuleci, na przykład, Pismo Święte interpretuje się na korzyść mężczyzn, aby uzasadnić kulturowy status quo, w którym żona jest poddana mężowi.

Warto więc zadać sobie kilka przewrotnych pytań.

W jakim stopniu tradycyjny pogląd na seksualność człowieka (albo na rolę kobiety) rzeczywiście związany jest z Biblią?

Jak wiele społecznych i kulturowych wpływów znajdujemy w katolickim modelu małżeństwa?

Jeżeli porównamy wywodzące się z różnych kręgów kulturowych i z różnych religii tradycje związane z małżeństwem, ze zdziwieniem zauważymy, że – jak dowodzą antropolodzy i socjolodzy – wszystkie społeczne zwyczaje mają ewidentne cechy wspólne.

Czy można zatem przyjąć, że to, co nazwaliśmy „chrześcijańskim” małżeństwem, jest po prostu „naturalną” formą związku dwojga ludzi?

Czy istnieje w ogóle jakaś cecha wyróżniająca małżeństwo chrześcijańskie? Jeśli tak, to jaka? Na czym polega wyjątkowość modelu ewangelicznego?

Nie mam nic przeciwko uniwersalnemu, powszechnie akceptowanemu stanowisku dotyczącemu sfery ludzkich uczuć (używając tego pojęcia, mam na myśli, na przykład, seksualność, wierność, prokreację itp.). Chciałbym jednak wiedzieć, czy chrześcijańska wizja czymś się wyróżnia, czy ewangeliczne przesłanie niesie ze sobą „coś więcej”.

Trzeba wam wiedzieć, że teologiczna refleksja nad małżeństwem przez wieki była karygodnie zaniedbywana. Wychodzono bowiem z założenia, że tradycja kulturowa może zastąpić refleksję biblijną i teologiczną. Pisano więc opasłe traktaty teologiczne na temat Boga, Kościoła, moralności, sakramentów, ale bardzo niewiele o samym małżeństwie.

W ten sposób znaleźliśmy się w paradoksalnej sytuacji, w której nie potrafimy określić specyficznie chrześcijańskich cech małżeństwa.

Przecież ludzie nie potrzebują Jezusa Chrystusa, aby się w sobie zakochać i wziąć ślub!

Jestem pewien, że czytelnicy znają przykładnie żyjące pary agnostyków i ateistów!

Czym zatem model chrześcijański wyróżnia się spośród innych?

Istnieje sposób, aby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Trzeba mianowicie – na co wyraźnie wskazuje Kościół – pogłębić teologiczną refleksję nad znaczeniem małżeństwa, biorąc za punkt wyjścia słowo Boże.

Pewnie wyda się to wam niewiarygodne, ale przez dwa tysiące lat nikt nie podjął się tego zadania.

Śmiechu warte...

W tym sensie możemy uważać się za pokolenie szczęściarzy. Przez dwa tysiące lat Biblia była przeszukiwana, badana, analizowana, rozważana, omadlana i służyła za punkt odniesienia dla milionów osób. Jednak dopiero niedawno rozwinął się „oblubieńczy” nurt w interpretacji słowa Bożego.

Gdybyście mieli okazję zapoznać się z podręcznikami dla kaznodziei wydawanymi w zeszłych stuleciach, zauważylibyście niemal całkowity brak odniesień do małżeństwa – może poza fragmentami dotyczącymi moralności seksualnej. Prawie nigdy punktem wyjścia dla tego rodzaju rozważań nie było słowo Boże.

Dlatego właśnie chcemy zmierzyć się ze słowem Bożym, aby odnieść je do życia współczesnych małżeństw. Wierzymy bowiem, że Bóg nadal mówi do ludzi.

Chcielibyśmy dokładnie zbadać słowo Boże, nawiązując do dwutysiącletniego nauczania Kościoła, aby przekonać się, czy znajdziemy w nim nowe, aktualne treści, które wykraczają poza kontekst historyczny oraz utrwalone zwyczaje i tradycje.

Problem jednak polega na tym, czy potrafimy uwierzyć, że to słowo zawiera konkretne wskazówki dotyczące sfery ludzkich uczuć.

Czy potrafimy wznieść się ponad stereotypy dotyczące chrześcijańskiego małżeństwa.

Czy potrafimy powstrzymać się od redukowania chrześcijańskiego przesłania do rzekomo doskonale znanych, szczegółowych przepisów, takich jak dobry katolik nie ogląda filmów pornograficznych i nie używa prezerwatyw (zasłyszane od pewnego znajomego!)...

Czy potrafimy słuchać wewnętrznego głosu i dostrzegać w słowie Bożym miecz, który trafia w głąb ludzkich serc.

I wreszcie – czy potrafimy uwierzyć.

Jeżeli bowiem to Bóg wymyślił miłość, jeżeli wie, na czym polega jej działanie, jeżeli rzeczywiście chciał, aby istota ludzka istniała jako kobieta i mężczyzna, którzy się ze sobą jednoczą, to ja naprawdę bardzo chciałbym się dowiedzieć, o co chodzi w miłości!

Nie obchodzą mnie głupstwa tego świata, które rozbudzają zachcianki, a nie mogą nasycić duszy. Nie zamierzam ulec fatalistycznej postawie, która odrzuca marzenia i zadowala się byle czym. Nie chcę poddać się klimatowi cynicznej dekadencji charakterystycznemu dla czasów upadku imperium, który odczuwalny jest w każdym miejscu świata.

Nie chcę też jednak wierzyć, że przesłanie Boga dotyczące związku dwojga ludzi można zredukować do kościelnego ślubu, podczas którego panna młoda ubrana jest w białą suknię, a ciotki wzruszają się do łez. Nie chcę wierzyć, że w czasach upadku, którego jesteśmy świadkami, jedynym wyjściem jest zamknięcie się w swojej warowni i udawanie Amiszów. Nie chcę też zachowywać się jak dzielni katolicy, którzy patrzą na wszystkich z góry, ponieważ nasiąkają prawdą niczym ciasteczko zanurzane każdego ranka w kawie z mlekiem.

Chcę słuchać. Naprawdę.

Chcę zrozumieć, co Bóg myśli o miłości.

I o co Mu chodziło, kiedy stwarzał człowieka kobietą i mężczyzną.

Przekonania

Jaki mamy cel?

Otóż chodzi nam o to, aby ewangelizować świat, nie o to, by go oceniać. Chodzi o to, aby wydobyć ze słowa Bożego wnioski, modele interpretacyjne dotyczące małżeństwa, rodziny oraz sfery uczuć ze świadomością, że wkraczamy na obszar w znacznej mierze niezbadany.

Znajdujemy się w roku zerowym, jeśli chodzi o teologiczno-duchową refleksję nad związkiem dwojga ludzi. Cudownie! Jak wielkie możliwości otwierają się przed nami!

Bóg, który wymyślił miłość, ma nam coś do powiedzenia na temat małżeństwa!

Zamierzam podzielić się z wami swoimi rozważaniami wynikającymi z lektury Pisma Świętego.

Drogi czytelniku – niezależnie od tego, czy żyjesz sam, czy w związku z drugą osobą – zapraszam Cię do odnalezienia w słowie Bożym jakiejś myśli odnoszącej się do twojego/waszego „dzisiaj”. Nie idealizuj jej zbytnio, pozwól natomiast, aby ciebie/was oświecała i dodawała otuchy na drodze rozeznawania powołania lub na drodze wspólnego życia, którą idziesz/idziecie. Bóg bowiem kocha miłość!

W początkach istnienia Kościoła Jezusa nazywano Oblubieńcem.

Biblia zawiera dziesiątki fragmentów odnoszących się do zakochania, małżeństwa i wesela, które opisują relacje między Bogiem a Izraelem oraz między Bogiem a ludzkością.

Dlatego właśnie podchodzimy do słowa Bożego z zaufaniem, rozwijając żagle w oczekiwaniu na tchnienie Ducha Świętego.

Zanim rozpoczniecie lekturę, muszę wam jednak wyznać, że noszę w sercu kilka przesądów, których nie jestem w stanie się pozbyć.

Wymienię je niżej, żeby nie zostawiać żadnych niedomówień.

Wierzę mianowicie, że kobieta i mężczyzna mogą kochać się przez całe życie.

Pragnę, abyście – jeżeli jesteście małżeństwem – odsunęli na bok sprawy, które je zaciemniają, i pozwolili ukazać się pierwotnemu światłu w czasie, gdy będziemy się poddawać działaniu słowa Bożego.

Mam nadzieję, że naprawdę chcecie zostać razem, wzajemnie się wspierać, kochać, odkrywać siebie na nowo, ponieważ postępując w ten sposób, oddajecie chwałę Bogu, który jest twórcą miłości.

Skoro wszystko jasne, możemy ruszać w drogę.

Adam i Ewa od zakochania do miłości

Z prognozy pogody dowiaduję się, że od dzisiejszego popołudnia zacznie się ochładzać. W wyniku załamania pogody śnieg spadnie w rejonach górskich, czyli na mój dom.

Postanawiam więc zabrać laptopa, kamerę i nacieszyć się ostatnim dniem lata.

Wychodzę w dolinę Valnontey, aby pospacerować, nagrać kilka komentarzy do Ewangelii i trochę popisać.

Źle obliczyłem czas i przychodzę za wcześnie. Słońce dociera tutaj dopiero po jedenastej, a w bądź co bądź jesiennym cieniu nie da się jednak zbyt długo wytrzymać.

Opuszczona Valnontey przedstawia spektakularny widok.

Często przyjeżdżam tutaj zimą, aby pobiegać na nartach w mniej mroźne dni (w styczniu temperatura sięga nawet dwudziestu stopni poniżej zera i trudno się biega w takich warunkach!), lub latem, żeby pojeździć z J. na rowerze górskim. Dla niego zawsze jest to heroiczny wyczyn!

Przeważnie są tu jednak tłumy.

Dzisiaj dolina świeci pustkami. Robię sobie przerwę na kawę w jedynym otwartym barze, piszę kilka stron i wyruszam na szlak.

Drzewa właśnie zaczynają zmieniać kolor. Sosny i jodły oczywiście pozostają zielone, ale modrzewie najpierw przybierają żółty kolor, a następnie gubią igły. Światło jesiennego poranka oraz promienie słońca, które oświetlają majaczące w tle szczyty masywu Gran Paradiso, podkreślają niezwykłe barwy: ciemną zieleń i brąz lasu, szarość skał, pomarańcz i intensywną czerwień modrzewi. Za podkład dźwiękowy służy delikatny szum przepływającego obok strumienia...

Chłonę po drodze każdy szczegół, tymczasem ostrze słońca obniża się powoli, oświetlając i ogrzewając dno niewielkiej doliny rozciągającej się od miejscowości Cogne.

Zastanawiam się nad tematami do pisania, przypominam sobie trudne sytuacje życiowe, o których opowiadali mi ludzie, wybiegam myślą do konferencji, które mają się odbyć w przyszłym tygodniu.

Czuję, że mój umysł zaczyna się męczyć. Tak się dzieje zawsze, kiedy myślami zagłębiam się w strukturę książki.

Modlę się.

Wdycham ostre powietrze, które wypełniając mi płuca, sprawia lekki ból.

Nagle przypominam sobie, że właśnie dzisiaj kończę pierwszy tydzień mojego małżeńskiego życia.

...

Pobraliśmy się z L. po przejściu długiej i krętej drogi.

Ślub miał skromny, kameralny charakter. Czwartek rano w piętnastowiecznej kapliczce w mojej rodzinnej parafii. Ksiądz, my, świadkowie oraz babcie J.

Woleliśmy unikać rozgłosu, aby ustrzec się przed wścibstwem plotkarskich gazet. Zawsze znajdzie się przecież jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz.

Otrzymaliśmy mnóstwo wyrazów sympatii.

W ostatniej chwili poprosiłem znajomą z parafii, aby udekorowała kościół słonecznikami ze szklarni drogiego przyjaciela – prawdziwa feeria barw. Fotograf po raz pierwszy występuje w takiej roli – na co dzień jest bowiem uznanym grafikiem. Poprosiłem go o tę przysługę, a on zgodził się z radością. Vincent, ksiądz, z którym wiele razem przeszliśmy, zostawił wszystkie sprawy i przyjechał z Brukseli specjalnie na nasz ślub.

Moi świadkowie przyjechali z Mediolanu. Jeden z nich, współbohater kilku moich książek, uciekł z ważnych spotkań biznesowych tylko po to, by być z nami! Świadkowie mojej żony także przyjechali z daleka – dziewczyna aż z Australii, dokąd kilka lat temu wyjechała w związku z pracą męża.

Drobne historie, drobne przyjaźnie jako dowód Bożej czułości, tak jakby jeszcze trzeba było ją udowadniać.

Pewne zdanie z błogosławieństwa udzielanego po ślubie przykuwa moją uwagę.

Wypowiadałem je wiele razy, kiedy stałem po drugiej stronie ołtarza.

Teraz, kiedy słyszę je skierowane do nas, czuję wzruszenie.

Na początku on i ona

Kiedy poruszany jest temat obrazowania miłości w Piśmie Świętym, natychmiast przychodzi na myśl najbardziej znany fragment Księgi Rodzaju, opisujący stworzenie Adama i Ewy, mężczyzny i kobiety.

Skoro jednak mówimy o Księdze Rodzaju, musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy. Lata powierzchownej edukacji religijnej często przynoszą więcej szkód niż korzyści. Znam wielu dorosłych ludzi, którzy nie mają pojęcia o gatunkach literackich i zupełnie nie rozumieją sensu określenia „Księga natchniona”, używanego w odniesieniu do Biblii!

O tym fragmencie z Księgi Rodzaju wspominałem już w mojej poprzedniej książce na temat małżeństwa. Teraz chciałbym jednak poddać go głębszej analizie, poprzedzając ją kilkoma akapitami wprowadzenia. Chciałbym bowiem odciąć się od pozbawionej złudzeń postawy współczesnego człowieka, który, uważając się za oświecone dziecko rozumu, uważa ten tekst za zwykłą bajkę przedstawianą jako wydarzenie historyczne.

Powiedzmy więc jasno: pierwsze dwanaście rozdziałów Księgi Rodzaju to rzeczywiście „bajka”, a właściwie – stosując bardziej techniczną terminologię – mityczna interpretacja historii. Słowo „mit” nie oznacza tu jednak fałszowania rzeczywistości, lecz poetyckie, twórcze rozważania dotyczące kwestii fundamentalnych, które stają się punktem odniesienia dla danej wspólnoty.

Znaczenie tego terminu lepiej wyjaśni Mircea Eliade: „Mit opowiada historię świętą, opisuje wydarzenie, które miało miejsce w okresie wyjściowym, legendarnym czasie «początków». [...] Tak więc zawsze jest to opowieść o «stworzeniu», relacja o tym, jak coś powstało, zaczęło być”[6].

Omawiamy zatem tekst poetycki, który został zredagowany w ostatecznej formie pół wieku przed Chrystusem i był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Jest on próbą udzielenia odpowiedzi na egzystencjalne pytania ludzkości. W rzeczywistości znajdujemy się więc w prehistorycznym okresie Objawienia, który poprzedza włączenie się Boga w historię Abrahama.

Egzegeci uważają, że Księga Rodzaju została zredagowana przez czterech autorów, a dwa opisy aktu stworzenia posiadają dwóch autorów. Drugi z nich posiłkował się wersją poprzednika, dlatego mamy do czynienia z licznymi powtórzeniami, w których te same wydarzenia opisywane są z różnych punktów widzenia.

Język ma charakter poetycki, nie rości sobie pretensji do naukowości, a autorzy z pewnością nie zamierzają prowadzić naukowych wywodów!

Autorzy fragmentów dotyczących opisu stworzenia odpowiadają na szereg pytań, które od zarania dziejów niepokoją człowieka: Jak powstał świat? Skąd wzięła się miłość? Jakie są źródła grzechu?

Wspierani działaniem Ducha Świętego i doświadczeniem wiary formułują oryginalne, głębokie refleksje, które mogą być pożyteczną lekcją także dla współczesnych par.

Boskie natchnienie nie wyraża się więc w precyzji historycznego opisu, lecz w aktualności odpowiedzi udzielanych na fundamentalne pytania. Autorom Księgi Rodzaju nie zależy na zdawaniu relacji z wydarzeń historycznych. Chcą natomiast dać czytelnikom klucz do interpretacji świata.

Na przykład kiedy autor Księgi Rodzaju w pierwszym zdaniu pisze:

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię (Rdz 1, 1)[7],

w kilku słowach przeciwstawia się wierzeniom wszystkich okolicznych ludów ówczesnego świata. Stwierdza oto, że czas musiał mieć początek, nie jest więc szeregiem powtarzających się cykli. Nie uznaje istnienia wielu Bóstw, lecz jedynego Boga, który postanawia stworzyć ziemię i niebo, czyli dokonuje wyboru wynikającego z Jego wolnej woli!

Dokonawszy tego uściślenia, możemy przejść do uważnej lektury opisu stworzenia mężczyzny i kobiety zawartego w Księdze Rodzaju.

Zrozumieć słowo Boże

Potem Pan Bóg rzekł: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc”. Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa”. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny (Rdz 2, 18-20).

A zatem: Bóg stworzył świat, wyprowadził porządek do chaosu, wyodrębnił cztery żywioły, ukształtował istotę ludzką i tchnął w nią życie. Następnie zauważa samotność stworzonej istoty i szuka rozwiązania tego problemu, angażując ją w swoje dzieło. Człowiek, który jeszcze nie jest podzielony, nadaje imię wszelkiemu stworzeniu.

Człowiekiem nazywam niepodzielną istotę ludzką, hermafrodytę, która łączy w sobie element kobiecy i męski.

W Piśmie Świętym akt nadawania imienia oznaczał dogłębną znajomość, wejście w posiadanie.

Jaka piękna idea: Bóg zauważa samotność człowieka, opiekuje się nim i znajduje rozwiązanie, które jednak okazuje się nieskuteczne.

Jak bardzo taki obraz Boga różni się od karykatury, którą nosimy w sercu! Bóg nie jest despotycznym policjantem, egocentrycznym i niedostępnym władcą, od którego możemy oczekiwać najwyżej wyrazów nikłego zainteresowania. Bóg jest Stwórcą wszechświata, domagającym się współpracy od stworzenia, które postawił nad wszystkimi pozostałymi żywymi istotami.

Omawiany przez nas fragment opisuje dynamiczną relację między Bogiem a człowiekiem. Po raz pierwszy pojawia się tutaj koncepcja, która powraca również w innych miejscach Pisma Świętego. Chodzi mianowicie o twierdzenie, że Bóg także może zmienić zdanie, Bóg także eksperymentuje.

Zaproponowane przez Boga rozwiązanie nie satysfakcjonuje człowieka. Ani posiadanie, ani poznanie (nadawanie imienia) nie jest w stanie zapełnić pustki jego serca. Obyśmy pamiętali o tej prawdzie, kiedy poświęcamy życie na gromadzenie materialnych dóbr! Obyśmy przypomnieli ją sobie, kiedy ulegamy złudzeniu, że wiedza jest w stanie ukoić głębokie pragnienie naszych serc!

Człowiek odczuwa niepokój, ponieważ został stworzony na obraz Boga, a ponieważ został stworzony na podobieństwo Nieskończonego, pragnie nieskończonego dobra!

Człowiek czuje, że nie ma w sobie odpowiedzi na dręczące go pytania. Nie ma istoty odpowiedniej dla niego, czyli takiej jak on, równej mu. Taki stan rzeczy jest dla niego źródłem cierpienia, chociaż ma do dyspozycji cały stworzony świat.

Opis ten zawiera niezwykle ważne przesłanie: samotność nie jest dobrem, ponieważ człowiek jest relacją, związkiem. Podstawą ludzkiej natury jest wzajemna pomoc.

Zastanówmy się dobrze: Czego się boimy?

Cierpienia? Śmierci?

Tak, z pewnością. Najbardziej jednak przeraża nas samotność.

Potrafimy znosić cierpienia i stawić czoła śmierci, jeżeli jest przy nas ktoś, kto nas kocha!

Słusznie boimy się samotności, ponieważ oddala nas ona od naszego pierwotnego stanu.

Słusznie boimy się samotności, ponieważ jest ona przeciwieństwem naszej najgłębszej natury.

Słusznie postępujemy, kiedy ignorujemy sugestie świata, który wychwala egoizm i samotność: kto robi sam, robi za trzech; lepiej samemu niż w złym towarzystwie.

Tymczasem według słowa Bożego człowiek w pełni wyraża swoją naturę wyłącznie w relacjach, nawet jeżeli są one wymagające i uciążliwe.

Bóg zauważył tę samotność i opracował lekarstwo:

Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę (Rdz 2, 21-22).

Człowiek jest teraz podzielony na dwie części nazywane isz i iszsza[8] (on/ona, mężczyzna/kobieta).

Kobieta (iszsza) została stworzona w odpowiedzi na potrzebę odpowiedniości, czyli równości z człowiekiem, który stał się mężczyzną (isz).

Oto pierwsze niezwykłe spostrzeżenie: związek dwojga ludzi jest odpowiedzią na samotność człowieka, a różnice płciowe odzwierciedlają dwie strony jednej monety. Istota ludzka, człowiek, został podzielony na mężczyznę i kobietę.

Z istoty ludzkiej zostały wyodrębnione dwa uzupełniające się aspekty, które tworzą całość, jeżeli są zjednoczone.

Nie zakochujemy się w osobie, która jest naszą wierną kopią, a jeżeli tak się dzieje, trzeba bardzo uważać!

Nie zakochuję się w tobie dlatego, że jesteś moim lustrzanym odbiciem, ani dlatego, że odbija się w tobie moje ego.

Nie mam zaufania do par, które łączy dosłownie wszystko: zainteresowania, pasje, sport, kultura, muzyka.

Oczywiście, powinno się mieć wspólne zainteresowania, biada jednak tym, którzy starają się przypodobać partnerowi, bezkrytycznie przyjmując jego styl życia.

Piękno związku dwojga ludzi wynika właśnie z różnorodności, która jest okazją do poznania nowego świata!

Męski i kobiecy sposób postrzegania świata różnią się od siebie diametralnie.

Zaakceptowanie punktu widzenia drugiej osoby bywa bardzo trudne. Wymaga bowiem wyjścia poza ramy swojego światopoglądu, wymaga dialogu i spotkania, wymaga gotowości do zrewidowania własnych poglądów.

Celem osób tworzących związek nie jest przekonywanie partnera do tego, aby stał się taki jak ja, ale wspólne dążenie do tego, by stworzyć coś nowego z połączenia dwóch jednostek!

Podział, o którym mówiliśmy, dokonuje się podczas snu. Mężczyzna nie uczestniczy w stwarzaniu kobiety. To, co się dzieje, jest tajemnicą.

Każdy człowiek jest tajemnicą dla drugiego.

Możemy żyć ze sobą przez wiele lat, a i tak każde z nas pozostanie tajemnicą dla siebie (zmieniamy się wraz z upływem czasu; nikt z nas nie jest tym człowiekiem, którym był dwadzieścia lat wcześniej!) i dla drugiej osoby. Jeżeli nie uznajemy istnienia niedostępnego nam, tajemniczego aspektu natury drugiego człowieka, negujemy rzeczywistość, zaprzepaszczając okazję do wspólnego rozwoju. Znajdujemy wygodną ucieczkę w stereotypowym przekonaniu, że wiemy wszystko o swoim mężu, dziecku, przyjacielu.

Przekonanie, że druga osoba nie może nas już niczym zaskoczyć, zabiło już niejedną miłość. A przecież to właśnie proces nieustannej przemiany, któremu podlegamy zarówno jako jednostki, jak i jako para, nadaje smak naszemu związkowi!

I przyprowadził ją do mężczyzny.

To Bóg zawsze jest tym, który prowadzi ją/jego – nas. Nawet jeżeli wydaje nam się, że prowadzimy grę, w rzeczywistość prowadzi ją Bóg.

Oczywiście, ludzie poznają się i zakochują w przeróżnych okolicznościach, jednak Księga Rodzaju pokazuje, że za „przypadkowością” spotkania zawsze kryje się wola Boga.

Bóg, oczywiście, nie wpływa bezpośrednio na konkretne zdarzenia. Nie opóźnia przyjazdu pociągu, aby ktoś mógł spotkać swojego przyszłego męża (lub żonę). Z perspektywy czasu zawsze jednak można dostrzec Jego dobroczynną obecność w ciągu zdarzeń, które doprowadziły do ich spotkania.

Brać ślub w Bogu to znaczy przyjąć Jego przewodnictwo ze świadomością, że od Niego pochodzi miłość, którą odczuwamy, a On łagodnie wpływa na życiowe zdarzenia, aby zrealizować przewidziany dla nas plan.

Mężczyzna powiedział: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta” (Rdz 2, 23).

Adam po raz pierwszy się odzywa! Po raz pierwszy coś komunikuje, po raz pierwszy mówi coś do kogoś równego sobie.

Tym razem, po kilku próbach, pojawia się miłość. Nawet jeżeli przeżyliśmy w życiu wiele przygód, ostatecznie czujemy jednak, że liczy się jedynie miłość prawdziwa, w którą chcemy zainwestować, która wydobywa nas z samotności i kieruje ku pełni człowieczeństwa.

Wypowiedź Adama jest wyrazem zdumienia. My również nie wiemy, dlaczego zakochaliśmy się w tej osobie, a nie w innej, być może lepszej. Zakochanie to nieoczekiwany dar, wywołany przez drugiego człowieka. Ukochana osoba zostaje uznana za część naszej istoty. Jest to chwila euforii, intensywnej radości, w której jednoczą się dwie części jednego stworzenia (isz/iszsza).

Zakochania nie da się zaprogramować. Jest ono całkowicie niezależne od naszej woli. Jest to przeżycie tak intensywne, tak silne, że może zawładnąć wszystkimi naszymi emocjami i myślami. To szalone zdarzenie odurza nas, wytrąca z równowagi i podwaja naszą energię.

Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2, 24).

Oto logiczna konsekwencja zakochania. Zakochanie prowadzi do porzucenia swoich korzeni, do uwolnienia się od doświadczeń rodzinnych (zarówno radosnych, jak i bolesnych), wywołuje poczucie przywiązania (!), pragnienie bycia z drugim człowiekiem, zjednoczenia w jednym ciele – nie tylko w sensie fizycznym, lecz przede wszystkim w sensie wewnętrznym. Czuję, że druga osoba jest moim uzupełnieniem.

Zakochanie jest podstawą do stworzenia związku z drugim człowiekiem. Emocje, które odczuwam w chwili poznania, sprawiają, że pragnę dzielić z tobą resztę życia.

Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu (Rdz 2, 25).

Kiedy jesteśmy zakochani, nie boimy się swoich ograniczeń, dostrzegamy tylko to, co najlepsze, możemy sobie ufać, polegać na sobie, dawać sobie siebie. Przecież druga osoba z pewnością nas nie zrani. Zakochanie ma moc terapeutyczną, leczy rany z przeszłości, sprawia, że widzimy szklankę w połowie pełną, i uzupełnia zapasy energii.

Jest to jednak bardzo delikatny stan równowagi: niezwykle cenny, ale bardzo kruchy.

Jakiś uraz, dramatyczne zdarzenie łatwo mogą tę równowagę naruszyć.

Nieposłuszeństwo – słaba strona miłości

Wszyscy doświadczamy w życiu porażek.

Autorzy Księgi Rodzaju stawiają pytanie: skoro stworzony świat jest dobry, skoro pragnienia serca człowieka podzielonego na kobietę i mężczyznę zostają wreszcie zaspokojone, to skąd wzięło się zło, niezadowolenie, grzech?

W Biblii „grzech” znaczy przede wszystkim „minięcie się z celem”, a nie „przekroczenie zasad”.

Zostaliśmy stworzeni po to, aby poznać Boga, aby szybować w przestworzach jak orły, a tłoczymy się w swoim gronie jak kurczaki na podwórku. Jesteśmy niepowtarzalnymi arcydziełami, a kopiujemy tylkoinne kopie. Jesteśmy piękni, a ukrywamy się za maskami. Jesteśmy cennymi klejnotami, a zakładamy na siebie podróbki...

Grzech jest złem nie dlatego, że tak zdecydował Bóg, lecz dlatego, że wyrządza nam krzywdę.

Odpowiedź udzielona w Księdze Rodzaju jest niezwykła: zło istnieje, ponieważ człowiek uważa, że może być taki jak Bóg, i nie uznaje swoich ograniczeń. Ma do dyspozycji wszystko z wyjątkiem drzewa poznania dobra i zła, ale to mu nie wystarcza.

Źródłem wszelkiego zła jest ludzka zachłanność, nadmierne pragnienie poznania i posiadania.

[...] Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł (Rdz 3, 6).

Wąż, uciekając się do kłamstwa, sugeruje Iszszy, że Bóg nie chce, aby jedli owoce z drzewa stojącego pośrodku ogrodu, dlatego, że mogliby się stać tacy jak On. Daje w ten sposób do zrozumienia, że Bóg jest zazdrosny o człowieka! Wątpliwości wkradają się w serce Iszszy, która nie zwraca uwagi naabsurdalność takiego twierdzenia!

Pokusa przenika do naszych myśli, kiedy zaczynamy widzieć w Bogu konkurenta, przeciwnika naszego szczęścia.

Wąż składa kobiecie pozytywną propozycję: ma się stać taka jak Bóg.

Zło zawsze jest kuszące, zawsze przedstawia siebie jako coś lepszego, jako coś więcej, ale takie nie jest.

Isz daję wiarę Iszszy i oboje zjadają owoc z drzewa poznania.

Oszustwo wychodzi na jaw. Ludzie nie tylko nie stają się tacy jak Bóg, lecz zdają sobie sprawę z własnej słabości.

Zaufanie ślepo pokładane w drugim człowieku prowadzi w przepaść, usuwa zdolność osądu i chęć dialogu. Zakochanie sprawia, że ufamy drugiej osobie, nigdy jednak nie wolno rezygnować z ważnego trudu wzajemnej konfrontacji.

Ludzie żyjący w związku doskonale wiedzą, że najbardziej boli zdrada zaufania. Świadomie powierzam siebie w twoje ręce, wiem, że mogę na ciebie liczyć, wiem, że możemy iść razem w tym samym kierunku, a tymczasem ty podążasz gdzie indziej i mnie okłamujesz.

A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski (Rdz 3, 7).

Oto pierwsza konsekwencja grzechu: jedno dostrzega w drugim słabość i wstydzi się własnej słabości.

Gorzej: wzajemnie wykorzystują tę słabość przeciwko sobie!

Na początku nie wstydzili się swojej nagości... Wykorzystywanie słabości drugiej osoby, aby ją ranić i upokarzać, to najcięższy grzech.

Kiedy w małżeństwie, w rodzinie dochodzi do tego, że ranimy drugą osobę, wykorzystując jej słabość, którą nam powierzyła w krystalicznie czystym, intymnym geście miłości, to znaczy, że mamy do rozwiązania gigantyczny problem...

Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu (Rdz 3, 8).

Od tej chwili są współwinni. Inaczej postrzegają otaczający ich świat. W sobie samych, a także w Bogu, widzą przeciwników. Co Bóg ma do ich związku? Może chce robić im wyrzuty? Będzie się wtrącał w nie swoje sprawy?

A wystarczyłaby odrobina uczciwości, wystarczyłoby poprosić Stwórcę o pomoc, wystarczyłoby przyznać się do winy.

Niestety.

Pierwsi ludzie nie przyznają się do błędu, nie są skłonni do autorefleksji i wypaczają obraz Boga.

Od tej chwili Bóg nie jest dla nich wynalazcą miłości, lecz wrogiem, przed którym trzeba uciekać.

Dramat współczesnego człowieka wynika ze złudnego przekonania, że można pozostawać w ogrodzie, w raju, skrywając się przed oczami Boga! Pragniemy Edenu bez Boga, udajemy szczęście, odrzucając Jedyną istotę, która rzeczywiście może nam je dać!

Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: „Gdzie jesteś?”. On odpowiedział: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się”. Rzekł Bóg: „Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?” (Rdz 3, 9-11).

Bóg jednak się nie zniechęca. Nieustannie przywołuje człowieka, zaprasza go, aby ponownie stał się sobą.

My również zadajemy sobie pytanie: Gdzie jesteśmy? Jaką drogę przeszło każde z nas osobno, a jaką drogę przeszliśmy jako para? Bóg zawsze jest przychylnyautentyczności!

Wbrew twierdzeniom ludzi, którzy uważają, że Bóg pastwi się nad człowiekiem, On zobowiązuje nas do szczerości wobec siebie. Zawsze pomaga człowiekowi wzrastać w prawdzie!

Ponieważ jednak człowiek zauważył swoją nagość, myśli, że Bóg może go skrzywdzić. To jest wypaczenie obrazu Boga! Kiedy stawiamy siebie w miejscu Stwórcy, przypisujemy Mu swoje paranoje i ograniczenia. W ten sposób powstaje zdeformowany, karykaturalny obraz.

Mężczyzna odpowiedział: „Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem”. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: „Dlaczego to uczyniłaś?”. Niewiasta odpowiedziała: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam” (Rdz 3, 12-13).

Straszne! Nie są już parą, oskarżają się wzajemnie, przerzucają winę jedno na drugiego. To przez niego miłość jest taka trudna! Oto postawa charakterystyczna dla człowieka, który poza sobą szuka uzasadnienia swojego nieszczęścia.

Jeżeli nasz związek przeżywa kryzys, to ty przede wszystkim jesteś za to odpowiedzialny/a!

Prawda zostaje rozmyta. Mężczyzna nie uważa już kobiety za drugą połowę swojej istoty, nie stwierdza z zadziwieniem, że daje mu ona okazję do osiągnięcia pełni. Uważa ją za przeszkodę.

[...] Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą (Rdz 3, 16).

To nie jest kara wymierzona przez obrażonego Boga, lecz konsekwencja braku zaufania! Kiedy wypaczamy obraz Boga, wypaczamy również własne oblicze i własne czyny.

Jeżeli nie rozpoznajemy obecności Boga, którynam się objawia, wprowadzamy zmiany do Jego pierwotnego planu. Rodzenie odbywa się w bólach (nie tylko w sensie fizycznym, lecz również duchowym), relację dwojga ludzi charakteryzuje nieustanne napięcie między namiętnością a chęcią dominacji. Od tego faktu w zasadzie trzeba zaczynać wszelkie rozważania o miłości.

Przeklętaniech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli.

W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz (Rdz 3, 17-19).

Od tej chwili związek między dwojgiem ludzi może się rozwijać tylko wówczas, gdy po spontanicznym, naturalnym momencie zakochania będzie odpowiednio pielęgnowany.

Wchodzimy w logikę troski, trudu, pielęgnowania.

Bóg daje ludziom szansę, aby nauczyli się, jak pielęgnować miłość.

I to właśnie chcemy robić.

Od słowa Bożego do życia

Po tej krótkiej analizie postaramy się teraz dokładniej omówić kilka kwestii, które wiążą się z tym tekstem.

Fragment ten mówi o zakochaniu par excellence. Opowiada o wydarzeniu niespodziewanym, elektryzującym, o spontanicznym, tajemniczym, pociągającym zadziwieniu drugim człowiekiem.

Kiedy ludzie mówią o miłości, na ogół mają na myśli właśnie okres zakochania, który podnieca, zniewala i pozostaje w pamięci. Ludzie się spotykają, poznają, podobają się sobie i w sobie się zakochują...

Cały świat nabiera różowych, fantastycznych barw.

Droga jednak nie może się kończyć w tym miejscu!

Natura, że się tak wyrażę, zna się na swojej pracy. Wymyśliła więc zakochanie, aby dwoje ludzi wzajemnie okazywało sobie miłość, aby byli ze sobą na stałe i rozmnażali się, towarzysząc sobie w podróży przez życie.

Zakochanie jest reklamą miłości, ale jednocześnie jest tylko pierwszym, podstawowym etapem pewnej drogi: początkiem czegoś silniejszego, bardziej trwałego i stabilnego.

Silnik został uruchomiony, jeżeli jednak nie ruszymy się z miejsca, samochód będzie tylko spalał benzyną, a donikąd nas nie zawiezie!

Wydaje mi się, że na tym właśnie polega wielkie nieporozumienie naszych czasów. O ile w nie tak odległej przeszłości deprecjonowano stan zakochania, podkreślając znaczenie innych aspektów miłości (jak zrozumienie, stabilność, pozycja społeczna), o tyle obecnie miłość sprowadza się do tego pierwotnego, intensywnego uczucia.

Moi dziadkowie poznali się i pobrali na początku lat trzydziestych XX wieku. Mieli ku temu wiele powodów. Przede wszystkim nie do pomyślenia było, aby tu, w górach, kobieta żyła sama, na utrzymaniu rodziny. Mężczyzna z kolei potrzebował kobiety, aby realizować plany związane z pracą. Od kobiety z pewnością nie wymagano, aby była piękna i atrakcyjna fizycznie! Miała być silna, zdrowa i pracowita, by móc zajmować się dziećmi i dbać o gospodarstwo (babcia opowiadała mi, że urodziła mojego ojca o odpowiedniej porze, ponieważ o piątej rano mogła już iść do obory, aby wydoić krowy!). Mężczyzna natomiast musiał być godny zaufania i absolutnie nie mógł mieć skłonności do picia...

Być może po pewnym czasie rzeczywiście zakochiwali się w sobie, ale nie było to absolutnie konieczne.

W dzisiejszych czasach ludzie przede wszystkim muszą się sobie podobać. Z jednej strony to dobrze.

Istnieje jednak ryzyko, że atrakcyjność seksualna, a więc uczucie, stanie się jedynym, wątpliwym kryterium oceny wartości drugiej osoby...

Zapożyczając sposób obrazowania z Księgi Rodzaju, można powiedzieć, że pozwalamy, aby dzika roślinność rajskiego ogrodu rozwijała się samorzutnie: to tak, jak gdyby mężczyzna i kobieta postanowili żyć w raju, nie troszcząc się o jedzenie, o ochronę przed chłodem i przed zwierzętami...

Aby ogród wydawał owoce, trzeba go uprawiać!

Zdaniem ekspertów obecnie w świecie zachodnim dominują dwie charakterystyczne postawy wobec miłości.

Po pierwsze, dość powszechnie uznaje się, że zakochanie ma wyłącznie spontaniczny charakter. Nie dba się więc o to, aby miłość dojrzała, łudząc się, że młodość i uczucia będą trwały wiecznie. Wiemy jednak dobrze, że emocje tworzą tylko jeden z licznych wymiarów ludzkiego życia i bardzo często wymykają się nam spod kontroli.

Jeżeli miłość jest tylko pięknym uczuciem, nie wiemy skąd przybywa i dokąd prowadzi!

Podobnie jak złość, smutek, nuda, strach...

Jeżeli miłość jest doświadczeniem zupełnie niezależnym od naszej woli, to znaczy, że jesteśmy wyłącznie ofiarami uczuć, przed którymi nie ma żadnej ochrony. Nigdy więc nie możemy czuć się bezpiecznie.

Ileż to razy spotykałem się z sytuacją, w której w momencie kryzysu małżeńskiego jedno z małżonków wyznawało, że niczego już nie czuje do drugiej osoby! Jak gdyby niespodziewanie wyschło jakieś źródło.

Miłość jest jak delikatny kwiat – jeżeli nie będziemy o niego dbać, umrze.

Stanowczo zbyt często miłość pozostawia się dzisiaj w kołysce, nie dbając o jej rozwój, nie dostarczając jej pożywienia.

Uczucie, które nie przemienia się w odpowiedzialny, świadomy i dojrzały wybór, z góry skazane jest na porażkę.

Druga problematyczna postawa wobec miłości jest bezpośrednią konsekwencją uproszczonego podejścia do sfery uczuć. Chodzi mianowicie o chęć nieustannego powrotu do momentu zakochania, wynikającą ze złudnego przekonania, że zakochanie może być niewyczerpanym źródłem uczuć.

Zjawisko to doskonale zilustrował Mozart w tragicznej operze Don Giovanni. Opisał je też Hermann Hesse, który stwierdził, że etap zalotów to jedyna interesująca rzecz w miłości...

Usiłujemy wciąż od nowa przeżywać moment narodzin miłości lub dążymy do wyeliminowania pozostałych etapów jej rozwoju.

Ponadto obecnie uważa się, że seks jest tylko jednym z wielu sposobów pozwalających na wzajemne poznanie, a nawet zakochanie się.

Zakochanie bywa nawet utożsamiane ze zjednoczeniemseksualnym. Zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli udowodnić, że początek jest spełnieniem, głębokim językiem płciowości posługujemy się w niezwykle powierzchowny sposób.

Ponieważ jestem katolikiem, powyższe słowa mogą być uznane za próbę moralizowania. Dlatego chciałbym od razu wyjaśnić pewną sprawę. Problem, który omawiam, nie ma natury etycznej (nie chodzi o normy postępowania), lecz ontologiczną (miłość po prostu taka jest!).

Ograniczanie zakochania wyłącznie do sfery emocji nie jest złe ani dobre. Chodzi po prostu o to, że próby nieustannego zakochiwania się nigdy nie pozwolą zrozumieć istoty miłości!

Dwoje nastolatków, którzy po imprezie (przypuszczalnie zakrapianej alkoholem) uprawiają seks, ponieważ chcą się wzajemnie odkryć lub pokazać, na co ich stać, nie postępuje wbrew jakiejś wydumanej, nieżyciowej, księżowskiej zasadzie. Nie – oni popełniają błąd, ponieważ mylnie sądzą, że to, czego doświadczają, jest miłością.

Możemy więc pokusić się o sformułowanie pierwszego ważnego wniosku wynikającego z lektury biblijnego opisu stworzenia. Z euforycznego stadium zakochania koniecznie trzeba przejść do kolejnego etapu rozwoju miłości, który charakteryzuje się większą odpowiedzialnością.

Wybór między dwoma światami

Idylliczna opowieść o parze pierwszych ludzi prowadzi do bardzo realistycznej i raczej mało romantycznej konstatacji: zakochanie staje się miłością tylko wtedy, gdy poprowadzimy je dobrą drogą, właściwie korzystając z daru wolności.

Bóg dał nam wolność: możemy widzieć w nim Ojca, który nas kocha i pomaga nam się rozwijać, lub złośliwego despotę, który rzuca nam kłody pod nogi. Możemy wybierać między miłością spontaniczną i nieodpowiedzialną a miłością, która bierze odpowiedzialność za przyszłość ukochanej osoby.

Następnie wąż sugeruje człowiekowi, że zakochanie można przeżywać w sposób spontaniczny, niesamowity, niezwiązany z obowiązkami, wysiłkiem i codzienną rutyną.

To prawda, ale przyjmując taką postawę, nie doczekamy się owoców, których pragniemy!

Jej rezultatem nie jest bowiem niezwykłe przeżycie upodabniające człowieka do Boga, lecz doświadczenie kruchości naszej natury!