99,99 zł
Rewolucjonista, który zdobył rząd dusz? Demiurg czy herold? Przez kogo kochany, dla kogo wróg?
Biografia intelektualna Adama Michnika pióra Anny Nasalskiej poszukuje odpowiedzi na te pytania, sięgając do samych źródeł: tekstów, lektur i inspiracji redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. W monumentalnych rozmiarów pracy, odpowiada na nie z pietyzmem, przenikliwością i naukową dyscypliną.
Michnik. Człowiek, który zredagował Polskę to nie tylko portret jednej z najbardziej wpływowych postaci polskiej inteligencji XX i XXI wieku, ale również kronika formowania się całego pokolenia, które dojrzewało w cieniu totalitaryzmów, marzeń o wolności i lęków o kruchą demokrację.
Anna Nasalska, badaczka kultury i świadek epoki, ukazuje Michnika jako pisarza, myśliciela i redaktora, którego słowo – równe czynom – współtworzyło polską rzeczywistość. Z rozmów, esejów, sporów i przyjaźni autorka tka panoramę intelektualną minionego półwiecza. To książka o sile języka, o dialogu, o niezgodzie na cynizm historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 2140
Data ważności licencji: 12/10/2030
Projekt okładki Michał Pawłowski
Fotografia na okładce pierwszego tomuWaldemar Kompała/Agencja Wyborcza.pl
O ile nie zaznaczono inaczej, fotografie w książce pochodzą z archiwum prywatnego Adama Michnika.
FotoedycjaMarcin Kapica
Redakcja i adiustacjaWaldemar Kumór
PrzedmowaJan Pomorski
PosłowieAndrzej Friszke
Opieka redakcyjnaKarol Kleczka
Adiustacja i redakcja językowaKrzysztof Bernaś, Maciej Zalewski / e-DYTOR
KorektaAgnieszka Kwaterska, Irena Piecha / e-DYTOR
Indeks osóbAndrzej Sokulski / e-DYTOR
Copyright © by Anna NasalskaCopyright © by Jan PomorskiCopyright © by Andrzej FriszkeCopyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025
ISBN 978-83-240-4517-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Jan Pomorski
Powiedzieć, że otrzymaliśmy dzieło niezwykłe, to nie powiedzieć nic.
Gatunkowo jest to biografia intelektualna – ale nie tyle jednej postaci, ile całego pokolenia, dla którego Adam Michnik stał się punktem odniesienia: inspiracją i kością niezgody, zadrą i wyrzutem sumienia, buntownikiem i uwodzicielem, idolem i diabłem wcielonym, bezwolnym narzędziem i demiurgiem. Listę określeń, które z biegiem lat przypisywano jego nazwisku, można by ciągnąć jeszcze długo.
Nie jednostkowe losy są jednak w tej opowieści najważniejsze (choć autor posłowia, prof. Andrzej Friszke, tak ją odczytuje, dając przy tym wiele cennych objaśnień faktograficznych), lecz formatywna obecność pisarstwa Michnika w życiu polskiej i europejskiej inteligencji na przestrzeni ostatniego półwiecza. To właśnie ona – ta „intensywna obecność”, by użyć słów Anny Nasalskiej – staje się tu przedmiotem analizy.
Autorka patrzy z perspektywy pokoleniowego świadka wydarzeń z życia Adama Michnika, ale przede wszystkim z pozycji badaczki kultury, która wie, że słowo może mieć moc sprawczą: potrafi wpływać na umysły i zmieniać samą rzeczywistość. Dlatego można powiedzieć, że w tej książce analizie poddano dzieje polskiej i europejskiej kultury intelektualnej XX i XXI wieku. To właśnie odróżnia ją od wszystkich pozostałych biografii Michnika – dzieje kultury z polityką w tle.
W naszej środkowoeuropejskiej części świata inna niż upolityczniona kultura intelektualna po prostu istnieć nie mogła. Ludzkie losy przez dziesięciolecia konfrontowały się tu przecież z codzienną „banalnością zła” w wydaniu dwóch totalitaryzmów i ich współczesnych naśladowców.
Michnik wyrasta z tego doświadczenia – z oporu wobec totalitaryzmów – a jego życie staje się znakiem sprzeciwu wobec nieuchronności historii. Daje temu wyraz słowem i czynem, lecz to właśnie tekst jest w tej opowieści głównym bohaterem.
Anna Nasalska przekonująco dowodzi, że twórczość Michnika stanowi zapis „świadomości kolektywnej” pokolenia Marca ’68 oraz kolejnych doświadczeń – nabywanych w toku polskich miesięcy, przełomowego roku 1989, Jesieni Ludów, a następnie w realiach III i IV Rzeczypospolitej.
„Jego życie zostawia ślad głęboki i trwały” – pisze autorka. – „Intelekt, odwaga, wrażliwość, dowcip wynoszą go do elitarnego grona pojawiających się w różnych okresach naszej historii przewodników duchowych, którym oświecona epoka dała tytuł trafny, trochę już wyświechtany, ale w tym przypadku nie do zastąpienia – jak z traktatu Głos wolny wolność ubezpieczający. Jego pisarstwo wypływa z tej samej oświeceniowej troski o stan państwa i umysłów Polaków”.
To zwięzłe podsumowanie dokonań bohatera, a zarazem wymowne przesłanie tej książki – opowieści o tym, jak Michnik na przestrzeni przeszło półwiecza „czytał świat” (jak powiedziałby Leszek Kołakowski) i jak komunikował się z publicznością poprzez własne teksty.
Książka stanowi zaproszenie do towarzyszenia Adamowi w jego nieustannym odczytywaniu „lekcji z historii”, w patrzeniu na przeszłość z perspektywy tego, co ważne „tu i teraz” – w odkrywaniu, jak przeszłość uobecnia się w teraźniejszości, wpływając na nasze życie i nasze wybory.
To strategia narracyjna autorki, tak różna od tej zastosowanej przez Romana Graczyka w Demiurgu, wydanej w 2020 roku biografii Adama Michnika. Bez wątpienia Michnik znalazł w Nasalskiej „czułą narratorkę” – by użyć pojęcia Olgi Tokarczuk – czyli kogoś, kto potrafi współodczuwać ze swoim bohaterem, współbyć z nim w świecie. To taki rodzaj intelektualnego i emocjonalnego zespolenia, które otwiera nowe perspektywy poznawcze i daje świeże klucze interpretacyjne. Hermeneutyka tekstu jest tu najwyższej próby, a wspólnota wartości ułatwia porozumienie.
„Michnik jest bowiem idealistą, wierzy w możliwość poprawy świata i próbuje tego dokonać” – już na wstępie charakteryzuje swego bohatera autorka.
Książka jest efektem wieloletniej pracy: studiowania tekstów Michnika oraz rozmów z nim samym na ich temat. Rozmów prowadzonych przez Nasalską przez ostatnią dekadę o sprawach, ludziach, wydarzeniach i książkach, które w życiu Michnika były ważne. Do roku 2020 – czasu COVID-19 i wyborów prezydenckich w Polsce. Rozmów bez kamer i magnetofonów, ale z notatnikiem i tysiącami fiszek w rękach autorki. Konfrontowania jej wiedzy z pamięcią i emocjami Adama, co pozwalało pełniej zarysować i zrozumieć konteksty oraz okoliczności, w jakich powstawały te teksty. Cel swojej pracy autorka ujmuje jednozdaniowo: „omówić twórcze życie i dzieło jednego z najbłyskotliwszych umysłów współczesnych”. W tym przypadku jest to sąd opisowy, a nie wartościujący – sformułowany jako wniosek, a nie punkt wyjścia czy założenie badania.
Wąski krąg zaufanych osób wiedział, że książka powstaje, że rodzi się w dialogu, o którego wartości od początku zarówno autorka, jak i jej bohater byli przekonani. I nie chodziło tylko o możliwość bezpośredniej rozmowy – do takich spotkań rzecz jasna dochodziło, i były one dla merytorycznej zawartości książki niezwykle istotne – ale przede wszystkim o to, co za Buberem, Levinasem i Tischnerem nazywamy współobecnością w dramacie życia. Zapośredniczoną przez słowo pisane, spotkania z Drugim jako podmiotem. To kolejna fundamentalna różnica w pisaniu o Michniku – dotąd stale uprzedmiotawianym! „To dlatego narrator musi być czuły” – przypomina nam noblistka. Aby już więcej nie uprzedmiotawiać.
„Biografię Michnika cechują przede wszystkim wielość i obfitość: zdarzeń, ludzi, miejsc, pomysłów, podróży, zasług, więzień, przyjaciół, wrogów, przeczytanych książek, napisanych książek, nagród, rozmów, zaszczytów. Także ludzkiego uwielbienia i ludzkiej niechęci” – pisze Anna Nasalska.
Przyznaję, że właśnie to „zmapowanie umysłu” Michnika na podstawie listy jego lektur i śladów obecności w jego twórczości – inspiracji zapożyczanych od innych intelektualistów, pozostawionych w samych tekstach – uważam za najwybitniejsze osiągnięcie Anny Nasalskiej. Do tego, co już znajduje się w książce, do której piszę tę przedmowę, trzeba jeszcze doliczyć integralnie z nią powiązany tom drugi, Konteksty.
Część pierwsza tomu drugiego przynosi przekrojowe omówienie ewolucji poglądów Michnika na Kościół, analizę źródeł polskiego i środkowoeuropejskiego antysemityzmu oraz prezentację jego punktu widzenia na Rosję, Ukrainę i Białoruś w kontekście polskiej racji stanu (rozumianej w duchu Jerzego Giedroycia). Jako naczelny „Gazety Wyborczej” Michnik rozbudowuje dawną sieć kontaktów o nowe, ma okazję uczestniczyć w najważniejszych debatach i spotykać pierwszoplanowych aktorów współczesnej historii. W rezultacie powstają nowe źródła dla badaczki jego eseistyki. Nasalska skwapliwie z tego korzysta, porządkując przy okazji tematycznie wątki przewodnie jego dorobku. Powstaje coś, co na swój użytek nazywam „intelektualnym bedekerem” po twórczości Michnika.
Część druga Kontekstów, Przyjaciele pisarze, to zbiór portretów osób dla Michnika intelektualnie najważniejszych, kreślonych przez lata piórem autorki. Ta plejada tworzy gwiazdozbiór najbliższy Michnikowi, a wokół niego orbitują liczne inne postaci, których nazwiska i dzieła przewijają się na kartach jego esejów, a w konsekwencji trafiają także do książki Nasalskiej. Autorka oferuje jedyny w swoim rodzaju intelektualny networking, którego epicentrum stanowi Michnik. Tworzą go „ostatni Mohikanie” świata Gutenberga – kultury słowa drukowanego, zanikającej na naszych oczach. Chlebem powszednim tej odchodzącej generacji była i jest codzienna lektura – fizyczny kontakt ze słowem drukowanym. To nim się odżywiają; inne pokarmy są tylko dodatkiem, ersatzem prawdziwego stołu – stert książek, gazet i czasopism wartych uwagi i niespiesznej lektury. Obcowanie z myślą przyobleczoną w słowa, zmaterializowaną na zadrukowanym papierze. Kolejne pokolenie „rodowodów niepokornych”, by posłużyć się frazą Cywińskiego.
Przedstawmy przynajmniej w kilku zdaniach Czytelnikowi autorkę, choć ona sama nie widzi takiej potrzeby. Dla niej rekomendacją „z górnej półki” było i jest zaufanie Michnika do jej naukowo-literackich kwalifikacji. Gdyby nie dostrzegł w niej partnerki do takiej rozmowy – podobnie jak Tony Judt rozpoznał partnera w osobie Timothy’ego Snydera w Rozważaniach o wieku XX – nie dałby przecież przed wielu laty zgody na powstawanie tego dzieła. To oczywiste!
Adam Michnik dał autorce wolną rękę i przeczytał dopiero finalną wersję książki. Był po lekturze – jak mi powiedział – poruszony: skalą przedsięwzięcia (Nasalska przestudiowała całą jego twórczość i bardzo wiele tekstów o nim) oraz końcowym efektem, ukazującym sieć jego intelektualnych i ideowych powiązań oraz wzajemnych inspiracji. Rozpracowanie tej sieci musiało trwać latami. Trzeba było nie tylko podążać za pozostawionymi tropami, ale również poruszać się sprawnie w obrębie tego samego kręgu hermeneutycznego – lektur Michnika, jego rozmów i jego rozmówców – czyli czytać to samo, co on, starając się zachować porządek chronologiczny. By zrozumieć, jak intelektualnie dojrzewał, jak ideowo się kształtował i jak myślowo „wadził się ze światem”.
Autorka ma podobny inteligencki rodowód co jej bohater, bo wychowywali się na podobnych lekturach. Bez wątpienia to ich zbliżyło, podobnie jak doświadczenie „konspiry” i „drugiego obiegu”, w których Anna Nasalska również była obecna. Z faktograficznego obowiązku wymienię: współzałożycielka NSZZ „Solidarność” na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w 1980 roku, od maja 1981 roku członkini Komisji Zakładowej, działająca w niej aktywnie także po 13 grudnia i aż do obalenia komunizmu w 1989 roku. W stanie wojennym zajmowała się pomocą internowanym, kolportażem oraz publikowała w prasie podziemnej, między innymi w „Kulturze Niezależnej”.
Lublinianka z urodzenia, z wykształcenia polonistka, po uzyskaniu dyplomu w 1967 roku na UMCS została na uczelni, zatrudniając się w Zakładzie Literatury Współczesnej w Instytucie Filologii Polskiej, gdzie pracowała aż do przejścia na emeryturę. W badaniach naukowych i publikacjach zgłębiała twórczość pisarzy polskich i z Polską związanych. Wymienić tu można m.in. Stanisława Vincenza, Kazimierza Brandysa, Tomasa Venclovę, Jerzego Stempowskiego, Jacka Bocheńskiego, Andrzeja Bobkowskiego, Leopolda Ungera czy Uri’ego Orleva. Przez wiele lat Anna Nasalska zajmowała się w szczególny sposób postacią i twórczością Tadeusza Konwickiego, a w 1977 roku obroniła przygotowaną na ten temat rozprawę doktorską Estetyka powieści Tadeusza Konwickiego.
Gdy pisarz przyjechał na spotkanie do Lublina i ubolewał, że niektóre jego książki nie są wszystkim znane, jako że objęte były zakazem cenzury, Nasalska wręczyła mu oprawione maszynopisy Małej apokalipsy i Wschodów i zachodów księżyca z komentarzem: „Ja jestem Pańskim Gebethnerem i Wolffem”. Książki te – czytane w Radiu Wolna Europa – nagrywała i przepisywała zdanie po zdaniu. Cała Hanka (bo tak zwracają się do niej przyjaciele)! Zawsze gotowa do benedyktyńskiej pracy, jeśli cel jest ważny. Nie inaczej było przy pisaniu Michnika.
W latach 1999–2015 Anna Nasalska prowadziła znane nie tylko w Lublinie, lecz również szerzej w Polsce wieczory literackie (w sumie kilkadziesiąt). W spotkaniach tych uczestniczyli najwybitniejsi polscy i związani z Polską pisarze, poeci, publicyści, reportażyści, ludzie kultury i nauki, gromadząc zawsze liczną publiczność. Gościła m.in.: Hannę Krall, Normana Daviesa, Józefa Hena, Jacka Bocheńskiego, Olgę Tokarczuk, Julię Hartwig, Ewę Lipską, Wiesława Myśliwskiego, ks. Jana Twardowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Karola Modzelewskiego, Zygmunta Kubiaka, ks. Adama Bonieckiego, Tomasza Łubieńskiego, Kazimierza Orłosia, a także Adama Michnika.
Zawsze znakomicie przygotowana i empatyczna, oczytana w twórczości bohatera wieczoru, z wielką klasą i kulturą prowadziła rozmowy, zwyczajowo poprzedzone erudycyjnym wprowadzeniem prezentującym dorobek gościa. To wtedy dała się poznać jako świetna interpretatorka twórczości, nie tylko literackiej, z rzadką umiejętnością syntetyzowania tego, co w niej najistotniejsze. Wielka szkoda, że spotkań tych nie rejestrowano i że jej znakomite miniwykłady nie ukazały się drukiem – jest zbyt skromna, by o to zadbać. Klimat tych wieczorów do dziś pozostał we wspomnieniach wielu zaproszonych. Całkiem niedawno przypomniała to Olga Tokarczuk, odbierając doktorat honoris causa na UMCS 25 listopada 2024 roku i wracając pamięcią do rozmowy z Anną Nasalską odbytej 19 lat wcześniej w Centrum Kultury i Języka Polskiego UMCS, w listopadowy wieczór 2005 roku. Zapamiętała to jako niezwykłe doświadczenie.
Przyjemności z lektury Michnika jest wiele, ale jedną chciałbym szczególnie podkreślić: to radość płynąca z obcowania z polszczyzną najwyższej próby. Wykonywaną zarówno przez Adama Michnika, słynącego z tego talentu i obficie tu cytowanego przez Nasalską – dzięki czemu dostajemy prawdziwe perełki – jak i przez samą Autorkę, która w sprawności językowej mu nie ustępuje. Dobór słów, precyzja ich użycia oraz bogactwo i plastyczność języka powodują, że odkładając na chwilę Michnika – bo lektura jest wielodniowa – chce się do dzieła szybko powrócić. Tak te dwa głosy doskonale harmonizują.
Jeśli mają rację Francuzi, twierdząc, że nie ma prawdziwego patriotyzmu bez dogłębnego studiowania języka ojczystego, pracy nad poszerzaniem własnego zasobu leksykalnego i sprawności w posługiwaniu się słowem, to trudno o lepszą lekcję polskiego patriotyzmu niż uważne wsłuchiwanie się w dialog tych dwojga. Bo w istocie jest to dialogiczna rozmowa, choć narzucona przez Nasalską konwencja narracyjna skupia się na postaci pierwszoplanowej, usuwając narratora w cień.
Zarówno autorka, jak i Adam Michnik zapewne podpisaliby się też pod tezą, że intelektualiści muszą bronić deptanych przez polityków wartości w imię ich samych, nawet wtedy, gdy narzucana polityczna poprawność lub utylitaryzm wynikający z aktualnej wykładni polskiej racji stanu nakazywałby zachowanie powściągliwości. Tej postawie niepokornych w PRL historia przyznała rację w 1989 roku. Obydwoje upatrują w tym słusznie powodu do dumy. Ale zgadzają się także w czymś jeszcze: patrząc na to, co działo się w Polsce za czasów rządów PiS, odczuwają swoiste déjà vu. Każda autokracja ma przecież swoje pigułki Murti-Binga, swoje ketmany i swoich Alfę, Betę, Gammę czy Deltę. Jak pisze Nasalska: „Hejt dotyczący Michnika nie jest przy tym wszystkim niczym szczególnym i wpisuje się w standardy moralne PiS-u od początku jego walki o rząd dusz”.
Dopiero przy tak zarysowanym kontekście historycznym w pełni wybrzmiewa znaczenie przesłania – życiowego credo – bohatera książki Nasalskiej, wypowiedzianego w trakcie rozmowy z Jackiem Żakowskim:
Jak się już ma tę wyśnioną, wolną Polskę, to trzeba jej bronić i chronić ją przed demagogią, głupotą, nieodpowiedzialnością, warcholstwem. Nie dać się zepchnąć w żadne ekstremizmy. Pokojowo układać stosunki między grupami społecznymi, budować dobre relacje ze wszystkimi sąsiadami. I przede wszystkim utrzymać kurs na Zachód. Temu podporządkowałem wszystko.
Te słowa równie dobrze mogłyby stać się mottem tej unikatowej biograficznej opowieści z polityką w tle.
Człowiek, który zredagował Polskę
Pisanie biografii Adama Michnika wiąże się z ryzykiem. Bo to człowiek powszechnie znany, od półwiecza współtworzący polską rzeczywistość. Można się spodziewać, że większość dorosłego społeczeństwa nie tylko wie, o kogo chodzi, lecz także ma wiedzę własną i jedynie prawdziwą. W mojej pracy starałam się omówić twórcze życie i dzieło jednego z najbłyskotliwszych umysłów współczesnych. Wykluczyłam pokusy odkrywania tajemnic, nieznanych wątków, demaskowania utajonej prawdy, zeskrobywania werniksu, by odsłonić zamaskowany autentyk. Chcę więcej miejsca poświęcić twórczości Michnika, ogromnej spuściźnie, o której zazwyczaj milczą gorliwi krytycy.
Jego życie zostawia ślad głęboki i trwały. Intelekt, odwaga, wrażliwość, dowcip wynoszą go do elitarnego grona pojawiających się w różnych okresach naszej historii przewodników duchowych, którym oświecona epoka dała tytuł trafny, trochę już wyświechtany, ale w tym przypadku nie do zastąpienia – jak z traktatu Głos wolny wolność ubezpieczający.
Jego pisarstwo wypływa z tej samej oświeceniowej troski o stan państwa i umysłów Polaków.
Zaistniał jako legenda. Nikt – poza Warszawą – nie wiedział, jak wygląda ów Michnik, który rozsierdził pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułkę w marcu 1968 roku, ale nazwisko zapamiętano. Ułatwiła to zresztą usłużna prasa tego czasu oraz – z przeciwnego bieguna – Radio Wolna Europa.
Musiało jednak minąć parę lat, zanim legenda zyskała twarz znaną w całej Polsce. Stało się to w czasie karnawału Solidarności, gdy ratując przed samosądem milicjantów w Otwocku, przedstawił się wściekłemu tłumowi oblegającemu posterunek Milicji Obywatelskiej (MO): „Jestem Adam Michnik, siła antysocjalistyczna”. Tłum uznał jego zasługi i zrezygnował z odbicia uwięzionych. Był to spektakularny moment tworzenia historii przez historyka, który dotychczas tylko o niej pisał.
Biografię Michnika cechują przede wszystkim wielość i obfitość: zdarzeń, ludzi, miejsc, pomysłów, podróży, zasług, więzień, przyjaciół, wrogów, przeczytanych książek, napisanych książek, nagród, rozmów, zaszczytów. Także ludzkiego uwielbienia i ludzkiej niechęci. Ta intensywna obecność odsłania mechanizm napędowy: politykę rozumianą w jej podstawowym i najszlachetniejszym sensie, jako działanie dla wspólnego dobra. Michnik jest bowiem idealistą, wierzy w możliwość poprawy świata i próbuje tego dokonać.
Książka dotyczy głównie tego obszaru jego życia: dla dobra publicznego. Oczywisty, ale tak ogromny i różnorodny, że omówienie go w jednym miejscu może być pożyteczne. Praca nie pomija podstawowych informacji biograficznych, ale też nie wchodzę w ten życiorys zbyt głęboko, bo zakładam, że prywatne losy ludzkie są na ogół do siebie podobne. Uwzględniam to, co wyróżnia życie Michnika i wynika z jego cech wrodzonych i konstytutywnych: od dzieciństwa przez peerelowski barak po rolę polityka znanego w świecie i redaktora naczelnego największej polskiej gazety. Starałam się przeczytać wszystko, co napisał w ciągu półwiecza, choć nie przypuszczam, że mi się udało. Jest to twórczość nieprawdopodobnie obszerna. Michnik pisze nieustannie, wsłuchany w tętno rzeczywistości, chociaż kiedy się wie, jak intensywne jest jego życie, trudno zrozumieć, kiedy to robi. Paradoksalnie tylko w więzieniach miał jako takie warunki.
Jako redaktor „Gazety Wyborczej” zajmuje się publicystyką doraźną, wynikającą z dziennikarskiego imperatywu trzymania ręki na pulsie. Ale też uprawia wysokich lotów eseistykę, obejmującą historię, literaturę, filozofię, politykę czy swego rodzaju pedagogikę społeczną. Historię traktuje jako klucz do współczesności. Magistra vitae w tradycyjnej roli wskazuje tropy, pomaga w rozpoznaniu współczesnych dylematów, a przynajmniej je oswaja. Michnik nauczyciel przerzuca mosty nad czasem, by błędy dziadów przydały się wnukom.
Szczególną formą są jego relacje z podróży. Tradycyjna nazwa gatunku nie oddaje istoty rzeczy. Nie chodzi o gromadzenie wrażeń i epatowanie egzotyką. Jego podróże mają zdecydowanie służbowy charakter. Służą polityce, a ich celem i urobkiem są rozmowy z ludźmi – z głowami państw, politykami, pisarzami, mędrcami. Także z satrapami, z którymi rozmawia szczerze, nie ukrywając, co o nich myśli. Doskonale zorientowany w historii i współczesności, geografii i polityce, błyskotliwy, odważny, dowcipny, świadczy o Polsce na światowych salonach. W ostatnich latach ratuje jej reputację.
Rówieśnicy Polski Ludowej
To pokolenie nazywano rówieśnikami Polski Ludowej. Obarczone przeszłością i nadzieją rodziców, obcujące z wojną z ich wspomnień i misją czujności, by nigdy więcej. Także z ciężarem nowej ideologii, która miała to zapewnić. Dlatego jest niepowtarzalne.
Adam urodził się 17 października 1946 roku jako dziecko Heleny Michnik i Ozjasza Szechtera; był trzecim synem przez nich wychowywanym. Bracia z poprzednich związków rodziców, Jerzy i Stefan, mieli wtedy po 17 lat. Matka Jerzego zmarła przy porodzie, związek Heleny z ojcem Stefana rozpadł się i chłopcy znaleźli się we wspólnej rodzinie i przyjęli jej nazwisko. Mieli wówczas po 10 lat, obaj urodzili się w 1929 roku. Od Adama oddzielała ich cała epoka. Należeli do poprzedniej fazy życia swoich rodziców, nie tylko z powodu rozgraniczającej dwa światy wojny. Był to okres zauroczenia komunistycznego, któremu Helena Michnik i Ozjasz Szechter ulegli wraz z rzeszą młodzieży żydowskiej, zrywającej ze swoim środowiskiem i zafascynowanej szlachetnymi hasłami radzieckiej rewolucji.
Ozjasz Szechter mieszkał we Lwowie i tu wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU); z czasem trafił do jej kierownictwa. Studiów chemicznych nie dało się najwidoczniej pogodzić z polityczną działalnością, bo zrezygnował z nich dość szybko. Po latach jego syn w jednej z pierwszych wypowiedzi dotyczących rodziny nazwie go „wierzącym komunistą”, trafnie ujmując żarliwość i ufność adeptów komunizmu, przyjmujących jego dogmaty1. Ozjasz Szechter zapłacił za to wysoką cenę: był trzykrotnie sądzony i skazany łącznie na 10 lat więzienia; odsiedział 8, 2 razy był objęty amnestią. W łuckim, tym najgłośniejszym, procesie kierownictwa KPZU z 1934 roku akt oskarżenia zarzucał jemu i jego kolegom, że
od stycznia 1930 do 18 listopada 1930 r. na terenie państwa polskiego – w szczególności Wołynia, wschodniej części województwa lubelskiego i Małopolski Wschodniej, należąc do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, weszli (…) w porozumienie z innymi osobami i między sobą w celu zmiany przemocą ustroju państwa polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistycznym oraz oderwania od państwa polskiego południowo-wschodnich województw.
Skazano go na osiem lat, w śledztwie był torturowany2. Zwolnienie w wyniku amnestii przypada na moment ideologicznego otrzeźwienia. Według młodszego syna okres urzeczenia komunizmem w przypadku jego ojca trwał 20 lat i zakończył się w 1936 roku. Wydarzenia tego czasu – głód na Ukrainie, tarcia i czystki w Kominternie, procesy moskiewskie, praktyki partyjne Józefa Stalina – musiały unaoczniać tragiczną pomyłkę.
Minie jednak jeszcze 40 lat, wybuchnie i skończy się wojna, zapanuje i skompromituje się komunizm, zanim z diametralnie innej perspektywy Ozjasz Szechter przedstawi próbę bilansu swej działalności i proces odchodzenia od komunizmu.
Przedtem jednak ideologia formowała jego życie. Obie żony były komunistkami. Po wyjściu z więzienia podjął pracę w lwowskim banku i wkrótce związał się z Heleną Michnik. Pochodziła z Krakowa, z rodziny całkowicie spolonizowanej, skończyła historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim i z Jagiellonów zrobiła doktorat. Pracowała w Drohobyczu, w gimnazjum rozsławionym przez Brunona Schulza.
17 września 1939 roku do Lwowa weszła Armia Czerwona i nastał czas – jak to nazwał Julian Stryjkowski – wielkiego strachu. Sytuacja przez niego opisana w znacznie większym stopniu dotyczyła Ozjasza Szechtera, komunisty bez złudzeń. Jego strach opierał się bowiem na gruntownej znajomości rzeczy, pozbawionej łagodzącego retuszu. Starał się przeżyć, nie angażował się w działalność partyjną, zwłaszcza że otaczała go złowroga aura trockisty.
Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej w 1941 roku rodzina wraz z tysiącami uciekinierów ewakuowała się w głąb Azji Środkowej i osiadła w uzbekistańskim Namanganie, niedaleko granicy chińskiej. Ozjasz Szechter początkowo pracował w banku, ale w 1943 roku został zmobilizowany do Armii Czerwonej i wysłany na granicę radziecko-irańską. Helena uczyła w Namanganie dzieci polskich uchodźców. Spotkali się dopiero po wojnie, w Warszawie w 1945 roku. Jak wielu ocalonych na Wschodzie, nic niewiedzących o losie Żydów w kraju, musieli teraz unieść ciężar unaocznionej Zagłady. Z dwóch dużych rozgałęzionych rodzin pozostało kilkoro dalszych krewnych.
Adam urodził się po roku przeżywania traumy i opłakiwania umarłych. Przypieczętował tym samym decyzję rodziców o pozostaniu w Polsce, mimo że Ozjasz Szechter od powrotu nalegał na wyjazd do USA. Po wojnie myślało o tym wielu polskich Żydów, chcących uciec od cmentarza swojego narodu. Dziecko wyznaczało cezurę, zapowiadało nowe życie.
To życie powstawało na gruzach starego świata, w sensie dosłownym i przenośnym. Wracający z ZSRR Ozjasz Szechter przyjął zmianę ustroju z umiarkowanym entuzjazmem. Wyleczony ze złudzeń dotyczących komunizmu, zapisał się jednak do Polskiej Partii Robotniczej (PPR) z powodów trudnych dzisiaj do jednoznacznego odtworzenia. Może powodowały nim swoiste poczucie odpowiedzialności, przekonanie o konieczności wypicia nawarzonego piwa, może strach, może pokusa drogi prostej i konsekwentnie rekompensującej dotychczasową poniewierkę? A może ciągle żywa jeszcze wiara w ideę czystą, poprawioną i wolną od sowieckich wynaturzeń? Może po prostu nie umiał odejść. Wstąpił do partii, ale nie pozwolił zapisać się żonie, mimo że to ona z entuzjazmem przyjmowała zmiany społeczne nowego ustroju. Dla Ozjasza Szechtera komunizm oznaczał przede wszystkim przemoc i dyktaturę.
Zamieszkali w niezniszczonej przedwojennej kamienicy przy alei Przyjaciół w Warszawie, wytyczonej przez szpaler drzew zasadzonych przed wojną przez odwiedzających pałacyk hrabiów Sobańskich. Teraz była to ulica wielu prominentów nowej władzy, a dom przypadł związkom zawodowym. Ozjasz Szechter pracował jako kierownik działu prasowego w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, potem jako zastępca redaktora naczelnego w związkowym piśmie „Głos Pracy”, a w 1952 roku został redaktorem w wydawnictwie Książka i Wiedza. Helena Michnik uczyła historii; była autorką licealnego podręcznika obejmującego dzieje Polski do roku 1795, z którego korzystały prawie wszystkie pokolenia PRL. W latach 60. pracowała jako dyrektorka sieci Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki.
Doświadczenia Lwowa i ZSRR trwale wpłynęły na stosunek Ozjasza Szechtera do nowej rzeczywistości. Młodszy syn mówi o jego niechęci do wszelkiej kariery, do działalności wykraczającej poza pracę zawodową. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Nienawidził komunizmu i bał się go. Spodziewał się, że i o niego upomni się ludowa sprawiedliwość. Gdy któregoś dnia 1952 czy 1953 roku w mieszkaniu zjawił się mężczyzna od Józefa Światły, wiceministra bezpieczeństwa publicznego, był przekonany, że właśnie po niego przyszli, zanim się okazało, że synek Adam wpadł pod samochód prowadzony przez kierowcę polityka.
Doświadczenia rodziców nie wpływają na ogół na postawy dzieci. W przypadku Stefana Michnika, syna Heleny, miało to szczególnie drastyczny wymiar. Skończył Centralną Szkołę Prawniczą im. Teodora Duracza, przyspieszony kurs prawa dla nowej kadry wymiaru sprawiedliwości, mającej w ramach ideologicznej lustracji zastąpić przedwojennych, a więc obcych klasowo prawników. W okresie najcięższego stalinowskiego terroru, w latach 1951–1953, Stefan wydawał jako sędzia wojskowy wyroki w procesach politycznych, w tym także wyroki śmierci.
Trudno usprawiedliwiać zbrodnie, ale nie można pominąć ducha epoki. Cynicznie stawiano na młodzież jako łatwy przedmiot ideologicznej obróbki. A przynależne wiekowi cechy – żarliwość, podatność na szlachetne hasła, brak doświadczenia – sprzyjały wmówieniu przekonania o słuszności sprawy wymagającej radykalnych metod w walce o lepszy świat. Nie sposób pominąć także zbiorowej mentalności: przecież doświadczenie państwa totalitarnego było nowe, z jego mechanizmami dopiero się zapoznawano. Ludzie przykładali do nowej rzeczywistości dotychczasowe standardy i nie wyobrażali sobie, że państwo może posługiwać się na taką skalę kłamstwem, politycznym kamuflażem i dezinformacją. Nie mieściło się to w głowach niedojrzałych i ufnych, z dobrą wiarą przyjmujących wszystko, co głoszone było oficjalnie, namaszczone autorytetem ludowej ojczyzny. W przypadku Stefana Michnika w grę mogła wchodzić jeszcze ideowość rodziców, zbierająca niefortunne owoce w całkowicie odmienionej sytuacji. Ozjasz Szechter przesunięty w czasie triumf komunizmu mógł przyjąć jako wyjątkowe szyderstwo losu.
Syn z poprzedniego małżeństwa, Jerzy, nie przysparzał takich kłopotów. W 1957 roku wyjechał z Polski, najpierw do Izraela, a stamtąd do USA, niejako realizując zamiar ojca sprzed lat.
Adam, praktycznie jedynak po odejściu z domu braci, wychowywał się wśród dorosłych i siłą rzeczy uczestniczył w ich rozmowach, także politycznych. Matka, całkowicie identyfikująca się z polskością, „dręczyła go swoim patriotyzmem”3, jednocześnie aprobując społeczne dobrodziejstwa komunizmu. Ojcu zaś, nieustannie wykłócającemu się o swoje racje z towarzyszami albo i sąsiadami, mógł zawdzięczać pierwsze lekcje krytycyzmu i samodzielnego myślenia. W domu nie funkcjonował mit Polski przedwojennej; nie mówiło się, jak to przed wojną było dobrze, ale też nie głoszono chwały najlepszego ustroju. Zainteresowania rodziców – literatura, historia, polityka – przejmował w sposób naturalny. Niewątpliwie też doświadczał powszechnego wśród ówczesnych dzieci oddzielania tego, co domowe, prywatne, od tego, co mówiło się w szkole i czytało w czytankach oraz szkolnych lekturach. Pojęcia „dwójmyślenie” nie było jeszcze w powszechnym użyciu.
Należał do pokolenia, które wzrastało pod czujnym okiem Stalina. Kolorowe portrety „ojca narodów” w otoczeniu dzieci wisiały już w przedszkolach.
Miał sześć i pół roku, był w drugiej klasie, gdy Stalin umarł. Dziwił się, że w domu rodzice nie obchodzą żałoby, mimo że cały świat płakał nad swoim sieroctwem.
Śmierć wodza utrwalała jego kult. Pojawiał się na portretach, w nazwach miast, ulic, zakładów pracy, ale także literaturze realizmu socjalistycznego, również tej dla dzieci. Trwało to parę lat i zostało zmiecione przez Październik.
W Elementarzu Mariana Falskiego socrealizm pojawił się dyskretnie; był traktor i internacjonalistyczne przesłanie wierszyka o Murzynku Bambo.
Czytanki do polskiego w następnych klasach przedstawiały świat racjonalny i sprawiedliwy, kształtujący aspiracje na miarę najlepszego z ustrojów. Wpajano przekonanie o wartości pracy, kolektywu, współzawodnictwa. Dzieci z czytanek były rozumne, ambitne, skłonne do wzajemnej pomocy. Ale też zorientowane w sprawach dorosłych: rozmawiały o wojnie i polsko-radzieckim braterstwie broni. Były zorganizowane w drużyny harcerskie – czerwone chusty zdecydowanie przekreślały przedwojenny rodowód – przyjaźniły się z dziećmi radzieckimi i wszystkimi innymi z bratnich, czyli „miłujących pokój”, krajów.
Właściwie nie różniły się zbytnio od dorosłych, pozbawionych prywatności i zaabsorbowanych pracą. W czasie wakacji dzieci pomagały w PGR-ach, walczyły ze stonką ziemniaczaną, zbierały butelki, by wesprzeć fundusz odbudowy Warszawy. W nagrodę przodownicy pracy mogli być przyjmowani w Belwederze przez „Wielkiego Budowniczego Polski Ludowej” Bolesława Bieruta.
Rozziew między życiem codziennym a jego książkowym obrazem był dla tego pokolenia pierwszą lekcją fikcji literackiej albo też nieprzystawalności porządków oficjalnego i prywatnego. W szkole obchodziło się inne święta niż w domu: rocznicę rewolucji październikowej, 1 maja; choinka była noworoczna, a prezenty rozdawał Dziadek Mróz.
Literatura przeznaczona dla dzieci, starając się sprostać priorytetom politycznym, siłą rzeczy sięgała dna. Wierszyki, politycznie słuszne, z trudem przebijały się do dziecięcej wyobraźni, a dla czytających je głośno rodziców były prawdziwą katorgą. „Gdy pokój jest na świecie / i nie ma na nim wojny, szczęśliwe rosną dzieci / bezpieczne i spokojne” – śpiewało się już w przedszkolach wierszyk Czesława Janczarskiego.
Świat bajek też został przykrojony do nowych celów:
Biały gołąbek pokoju
Do klasy naszej wleciał.
Siadł na okienku. Błyszczy
Skrzydełek jego biel.
Już otoczyły go dzieci
Zostań na zawsze przy dzieciach!
Będziemy walczyć o pokój, pokój – to wspólny nasz cel4.
Podejmowano też próby wyjaśniania zjawisk trudniejszych, co było niezbędne do zrozumienia świata:
Plan Sześcioletni, córeczko,
to jest tak wiele.
To na naszej szarej uliczce
świeża zieleń.
To nowa szkoła dla ciebie
i dla innych dzieci.
To boisko sportowe i piłka,
co w niebo wzleci.
To książka, to milion książek
o najciekawszych sprawach.
To kule na choinkę lśniące,
to coraz piękniejsza Warszawa.
To traktory, co pole zaorzą,
to turbiny, co prąd pędzą na wieś.
To okręty, co pomkną przez morze,
by towary przewieźć i zawieźć5.
Przemyślana kompozycja podręcznika po objaśnieniu zasad funkcjonowania świata, dobrego i sensownego, wprowadzała postać stwórcy:
Jest wielki wódz robotników na świecie
Trzeba, byście imię jego znali.
On kocha was, wszystkie robotnicze i chłopskie dzieci,
Imię jego brzmi – Józef Stalin6.
Uwzględniano też postępy w nauce czytania i w drugiej klasie pojawiał się Soso Dżugaszwili, mały chłopiec z gruzińskiego miasteczka Gori, roztaczający już w dzieciństwie objawione zalety swego serca i umysłu.
W następnych klasach powiększała się galeria bohaterów rewolucyjnego trudu. Stalin – w dorosłym wydaniu – i Lenin, ale także Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński, Bolesław Bierut, „chłopiec z Warszawy”, czyli Kostek Rokossowski, oraz tragiczny gen. Karol Świerczewski. Zawsze wśród ludzi, pochłonięci szlachetną ideą poprawy ich życia. W trzeciej klasie wyobraźnię poruszał mały Bolek, który zarabiając noszeniem wody sąsiadkom, zastosował przemyślne szczebelki zapobiegające jej wylewaniu. Zarobione 5 groszy przeznaczył na jajko dla chorej siostry. Cnoty bohaterów lśniły pełnym blaskiem na tle koszmarnej, niesprawiedliwej, opartej na wyzysku przeszłości, przezwyciężonej w wyniku rewolucji społecznej. Nie objęła ona jeszcze krajów kapitalistycznych, ale było to tylko kwestią czasu. W starszych klasach szkoły podstawowej stosunki społeczne w poprzednich epokach ilustrowała literatura pozytywistyczna. Janko Muzykant, Antek, Michałko, Tadeusz, Anielka byli do końca PRL najpopularniejszymi dziecięcymi bohaterami literackimi. Sięgano także do baśni ludowych, w których klasowe konflikty kończyły się z reguły zwycięstwem szlachetnej biedy nad zdeprawowanym bogactwem.
Tak wyglądała przeszłość, biedna, głodna i bezpowrotnie miniona. Nowe pozycje z listy lektur przekazywały obrazy przezwyciężonej biedy i zacofania, dobrodziejstwa nowego ustroju, reformy rolnej, oświaty, elektryczności i traktorów, książek trafiających pod strzechy i beztroskiego dzieciństwa. Kto dziś pamięta poruszające dylematy bohaterów takich opowieści jak: O Stachu, krowie, szkole i traktorze (Anna Lanota), Hela będzie traktorzystką (Marta Michalska), Pietrek będzie budowniczym (Jadwiga Stępieniowa), a także poematów z najwyższej półki, jak O wielkim Stalinie (Lucyna Krzemieniecka), Lenin wśród dzieci czy Lenin w Poroninie (Janusz Minkiewicz)?
Wzorcem była radziecka twórczość dla dzieci, znacznie obfitsza i ciekawsza od polskiej. Mali bohaterowie powieści, żyjący w trudnych warunkach – wojennych, syberyjskich – byli zaradni, samodzielni, dobrzy, pomysłowi i zabawni, wychodzili cało z wszystkich opresji, realizując pomniejszony ideał radzieckiego człowieka. Przygody Timura i jego drużyny albo Czuka i Heka (Arkadij Gajdar) oraz Witii Malejewa w szkole i w domu (Mikołaj Nosow) czytało się bez przymusu i z zainteresowaniem.
Październik 1956 roku unieważnił dotychczasową listę lektur i wyeliminował z niej prominentne nazwiska pisarzy radzieckich, które budowały przez kilka lat wyobraźnię pokolenia Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), także zlikwidowanego. Zamiast utworów Aleksandra Fadiejewa, Mikołaja Aleksiejewicza Ostrowskiego, Borysa Polewoja czytało się teraz Kamienie na szaniec i Chłopców z Placu Broni.
Obowiązujący w szkole okresu stalinowskiego zestaw lektur był tylko częścią tego, co czytało się w domu, a co podsuwali wychowywani przed wojną rodzice. Czytanie było podstawową formą spędzania czasu. Zapytany o najważniejszą książkę z tego najwcześniejszego okresu, Adam Michnik wymienił Trylogię:
Olśnienie. (…) Miałem 11 lat i byłem uwiedziony. Pamiętam, że z wypiekami na policzkach dyskutowałem z tatą, kto jest piękniejszą postacią: Skrzetuski, Kmicic czy Wołodyjowski. Przy Wołodyjowskim tata pokiwał głową: „No tak, dzielny rycerz, dzielny żołnierz, ale gdyby Rzeczpospolita składała się tylko z takich ludzi, to byłaby bardzo uboga7.
Pod wyznaniem Adama podpisaliby się wszyscy ówcześni czytelnicy Trylogii. Łączność międzypokoleniowa miała w niej mocny fundament. Cnoty bohaterów – dzielność Wołodyjowskiego, fantazja i zdolność do nawrócenia Kmicica, wierność Rzeczypospolitej Skrzetuskiego – były niepodważalne i najwyżej cenione. Trafiając na plastyczny grunt dzieciństwa, budowały mimochodem zręby tradycyjnego systemu wartości.
Październik 1956 roku mógł utrwalić się w świadomości dziesięciolatka w swoich najbardziej dramatycznych odsłonach: czerwcowych wydarzeniach w Poznaniu i miażdżonej przez radzieckie czołgi rewolucji na Węgrzech. U dziecka, nieustannie obcującego z propagandowym obrazem robotników zadowolonych i szczęśliwych, bunt poznański, stłumiony krwawo jak w mrocznych epokach niesprawiedliwości i wyzysku, musiał wywołać szok i zamęt. Równie niepojęte wydarzenia w Budapeszcie i reakcja polskiego społeczeństwa – gniew na hegemona, solidarność i braterstwo z Węgrami, a także powszechna wola pomocy – rezonowały w atmosferze domowej. „Pamiętam smutek w moim domu, pamiętam też rozmowę z matką, która skłoniła mnie, by wszystkie swoje oszczędności pieniężne przekazać na pomoc dla węgierskich dzieci” – pisał potem Michnik. „Taką zbiórkę pieniężną zorganizowałem w szkole. Była to pierwsza akcja polityczna w moim życiu”8.
Dopiero kilka lat później dorósł do mitu rewolucji węgierskiej. Włączył ją do najistotniejszych własnych doświadczeń, zanalizował jej mechanizmy i przyjął płynącą z niej lekcję idealizmu pozbawionego złudzeń.
Po Październiku, jakby niezależnie od odwilżowych nastrojów, Adam Michnik spotyka Jacka Kuronia. Uczestniczy, jako 11-latek, w organizowanym przez niego obozie:
Nie potrafię szczegółowo opowiedzieć naszej znajomości. Wtedy, w 1957, w 1958 roku byłem jednym z dzieci Jacka, chłopcem, który przypadkiem trafił do harcerstwa walterowskiego. Jak zapamiętałem tamten czas? Oprócz przygód fascynujących 12-latka, jak rozbijanie namiotów i zdobywanie sprawności, zapamiętałem jakieś ideowe przesłanie tego harcerstwa. Nosiliśmy czerwone chusty, co spotykało się z krytyką i przekąsem naszych kolegów, którzy należeli do harcerstwa zielonego, nawiązującego do tradycji Szarych Szeregów. Jacek z całą świadomością wybierał inną tradycję, choć Aleksandra Kamińskiego, autora Kamieni na szaniec, ogromnie szanował. Jacek świadomie sięgał po tradycję lewicy. Wpajał nam: ważny jest zespół, a w tym zespole ważny jest drugi człowiek. Każdy ma prawo do własnej opinii i każda opinia musi być wysłuchana. Taki jest warunek istnienia zespołu. Ten zespół powinien zmieniać świat, poznając go jednocześnie w ten sposób – i na odwrót – powinien poznawać świat zmieniając go jednocześnie9.
Obozy walterowskie – skauting nasycony duchem marksizmu – miały faktycznie na celu wychowanie młodych komunistów, zaangażowanych w rzeczywistość społeczną i przygotowywanych do jej przekształcania. Jacek Kuroń, urodzony pedagog i członek ZMP, od 1954 roku współorganizował kolonie dla warszawskich dzieci, przekształcone rychło w obozy, którym patronował gen. Karol Świerczewski, „Walter”. Wzór wychowawczy przedstawiał Antoni Makarenko w swoim Poemacie pedagogicznym. Od niego przejął Kuroń metodę wychowania przez pracę zespołową, w której wspólny cel integruje grupę, dając również indywidualną satysfakcję. Odbywały się tam zwykłe zajęcia harcerskie: sport, biwaki, wędrówki po okolicy, zdobywanie sprawności, ogniska. Uczestnicy wynosili z obozów to, czym nasycał je idealista Kuroń, a potem trwali w tym przez całe życie: w przyjaźni, wrażliwości na drugiego człowieka, trosce o słabych i młodszych.
W czerwonym harcerstwie, nastawionym na wykonywanie zadań, nie było mowy o rywalizacji, obowiązkowym w tym czasie współzawodnictwie. Kuroń zastąpił je współdziałaniem: starszych z młodszymi, mocnych ze słabymi. Wszystkie wspomnienia walterowców, spisane po 50 latach, już po śmierci Kuronia, podkreślają tę szczególną atmosferę obozów, opartą na poczuciu wspólnoty, poszanowaniu godności, zaufaniu i solidarności. Rygorystycznie przestrzegano zasad demokracji, prawa do własnego zdania i tolerancji. Rzeczywistość, w której funkcjonowały dzieci i ich wychowawcy, wydaje się żywcem przeniesiona z socrealistycznych czytanek, w których ludzie byli dobrzy, rozumni, pomagali sobie wzajemnie i wspólnie budowali nowy ład.
Adam Michnik po 25 latach, już jako człowiek dojrzały, weryfikuje idealistyczny nastrój walterowskiego harcerstwa:
Bez sentymentu nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i dziewcząt, która latem 1958 roku, w czerwonych chustach nawiedzała chłopskie zagrody śpiewając piosenki po rosyjsku i żydowsku. Było w tym jakieś bezczelne wyzwanie rzucone potocznej mentalności, było też jakieś głębokie niezrozumienie pokaleczonej narodowej pamięci, ale była też i ta cudowna aura zbratania, dzięki której nikt z nas nie czuł się w tym gronie intruzem10.
Wychowaniu dobrych komunistów, przygotowanych do rządzenia w komunistycznym kraju, przyświecało poznawanie osób spoza własnego środowiska i zrozumienie tamtego świata. Bezpośredni kontakt z ludźmi odsłaniał rejony innej rzeczywistości, niedostępnej dotychczasowemu doświadczeniu, niejednoznacznej i wywołującej zamęt.
Zdobywaliśmy jakąś sprawność i przy okazji – z czystej, niezabarwionej żadną intencją ciekawości – robiliśmy na przykład zwiad o pracy milicji, szliśmy na posterunek i staraliśmy się dowiedzieć, jak działa. Jechaliśmy na obóz i poznawaliśmy problemy różnych wsi, albo – tak jak na wakacjach pod Gdańskiem – stykaliśmy się z autochtonami. Nagle, zupełnie ni priczom okazywało się, że istnieje cenzura, policja polityczna i podobne rzeczy. To było zastanawiające i stanowiło drugą szkołę wiedzy społecznej11.
Pomagając miejscowym w pracach, rozmawiając z nimi i wysłuchując ich historii, harcerze dostawali lekcję całkowicie zmieniającą ich obraz świata. W zderzeniu z prawdziwą rzeczywistością kruszył się propagandowy retusz, odsłaniając krzywdy i konflikty niedopuszczalne, a przecież ewidentnie będące winą systemu. Bunt i potrzeba działania okazywały się płonne. Wrażliwość społeczna walterowców kształtowała się równocześnie z rozpoznaniem kłamstwa na usługach ideologii. Zauważyli rysy nawet na posągu głównego bohatera, gen. „Waltera”:
Pojechaliśmy w Bieszczady, zaczęliśmy – dzieci niemalże – rozmawiać z chłopami i naraz wychodziła cała prawda o tej okolicy, o wysiedlaniu, o tym, co tam robiło UB i sam generał jako dowódca sił bezpieczeństwa. I tak dalej, i tak dalej. Naraz wchodziło się w całe skomplikowanie, w politykę. To procentowało potem w Marcu12.
Komunistyczna uczciwość w sposób zupełnie nieplanowany spychała na pozycje opozycyjne. To nie przypadek, że do walterowskich kolegów Adama należało tak wielu późniejszych działaczy opozycji: Seweryn Blumsztajn, Andrzej Titkow, Józef Dajczgewand, Aleksander Perski, Mirosław Sawicki, Andrzej Seweryn, Marcin Kula, Anatol Lawina i inni. Przyjaźnie wówczas zawarte okazały się trwałe. Dobrze się czuli we własnym towarzystwie, razem bawili się na prywatkach, czytali te same książki. I razem konspirowali. Doświadczenia walterowskie konsolidowały grupę i stanowiły zaczątek jej elitarności. Podobnie jak kult Jacka Kuronia.
Dla Adama przeciwwagę komunistycznego entuzjazmu Kuronia stanowiła trzeźwa postawa ojca. Gdy po inwazji w Zatoce Świń w kwietniu 1961 roku, mającej doprowadzić do obalenia Fidela Castro, Adam wziął udział w wiecu potępiającym tę akcję pod ambasadą USA, ojciec nie ukrywał wściekłości na syna i jego mentora. „Trzeba było iść pod sowiecką ambasadę i protestować przeciw inwazji na Węgry – szydził”13.
Lata licealne Adama Michnika biegły dynamicznie, zważywszy na fakt, że zaliczył trzy placówki: Batorego, Reja i Słowackiego. Był niezdyscyplinowany – spóźniał się – i arogancki. Szkoły na ogół nie przepadają za uczniami zbyt rezolutnymi i niezależnymi, zwłaszcza w czasach, gdy przyświeca im cel wychowania obywateli posłusznych i prawomyślnych. Można przypuszczać, że cechy osobowościowe Michnika stawiały go od początku na straconej pozycji. Szkoła nie zaspokajała także w pełni jego zainteresowań. Nie miał serca do przedmiotów ścisłych, był z tego powodu zagrożony powtarzaniem klasy. Nudził się, traktował kolejne szkoły jako zło konieczne. Wcześnie rozbudzony intelektualnie, pochłaniający książki i dyskutujący z rodzicami i ich przyjaciółmi, na własną rękę uzupełniał edukację. Na miejsce wagarów wybierał czytelnię Biblioteki Narodowej. Szybko odkrył dostęp do prohibitów i czytał książki wydawane przez Instytut Literacki, kolejne numery „Kultury”, teksty Róży Luksemburg, Lwa Trockiego i Milovana Dżilasa, a także polskich pisarzy emigracyjnych: Inny Świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Zdobycie władzy Czesława Miłosza, Obóz Wszystkich Świętych Tadeusza Nowakowskiego. Jego przyszywany kuzyn, Andrzej Berkowicz, syn Oskara14, redaktor rozwiązanego pisma „Po Prostu”, zaprowadził 15-latka na zebranie Klubu Krzywego Koła, odbywające się co czwartek w Staromiejskim Domu Kultury. Tym samym Berkowicz, wyrzucony wtedy z partii, rozpoczął proces demoralizacji Adama. Zalecił mu również, by słuchał Radia Wolna Europa.
Był to już okres schyłkowy istniejącego od 1955 roku klubu. Władze coraz krytyczniej traktowały – wprawdzie legalne, ale cieszące się zbyt dużą popularnością – forum myśli niezależnej i nieocenzurowanej. W lutym 1962 roku został ostatecznie zlikwidowany. W ciągu siedmiu lat działalności, z regularnymi, cotygodniowymi spotkaniami, stał się jednak najważniejszym w Warszawie niezależnym od władzy ośrodkiem inteligenckim, w którym słuchano wykładów i dyskutowano.
Opisując fenomen klubu, prof. Witold Jedlicki podkreślał rolę indywidualizmu Jana Józefa Lipskiego, jego uporu i siły woli, które decydowały o trwaniu tego miejsca. Wymieniał też ludzi tworzących ówczesną elitę intelektualną Warszawy. Byli wśród nich m.in. późniejsi założyciele Komitetu Obrony Robotników (KOR): Aniela Steinsbergowa, prof. Edward Lipiński, Jan Olszewski, Wojciech Ziembiński; uczeni różnych specjalności i opcji światopoglądowych: prof. Juliusz Bardach, Władysław Bartoszewski, Władysław Bieńkowski, Helena Boguszewska, Włodzimierz Brus, Tadeusz Byrski, Józef Chałasiński, Stanisław Ehrlich, Marian Falski, Paweł Hertz, Julian Hochfeld, Paweł Jasienica, Stefan Kisielewski, Leszek Kołakowski, Jerzy Kornacki, Tadeusz Kotarbiński, Jerzy Kreczmar, Witold Kula, Aleksander Małachowski, Kazimierz Moczarski, Andrzej Munk, Maria i Stanisław Ossowscy, Juliusz Poniatowski, Julian Przyboś, Artur Sandauer, Adam Schaff, Antoni Słonimski, Andrzej Stawar, Jan Strzelecki, Witold Suchodolski, Melchior Wańkowicz, Jan Wyka, Stefan Zbrożyna, Roman Zimand15.
To grono reprezentowało wszystkie dziedziny szeroko pojętej humanistyki i kultury, a tematy i poziom wystąpień dawały wiedzę z najwyższej półki – nielicencjonowaną i krytyczną. Michnik uważał, że była to ostatnia wyspa Października: „Tam się wciąż mówiło otwartym tekstem, bez autocenzury. Mnie to szokowało, bo nie byłem przyzwyczajony, że tak można publicznie mówić”16.
Wykłady dotyczyły historii, polityki, ekonomii i gospodarki, zarówno krajowej, jak i zagranicznej, socjologii, prawa, filozofii (z uwzględnieniem tematów w Polsce nieobecnych, jak egzystencjalizm i psychoanaliza), kultury. Poruszano aktualne tematy polityczne: XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR), powstanie węgierskie, konflikt sueski, ale także odległe i całkowicie zakazane, jak dzieje Komunistycznej Partii Polski (KPP) przedstawione w referacie Jana Wyki z okazji jej 40-lecia. Towarzyszyły temu dyskusje, nieskrępowane i autentyczne, toczone w poczuciu, że tylko tutaj odbywa się to bezkarnie. Obejmowały one także książki – aktualne i ważne. Dyskutowano np. nad Przepustką do historii Zbigniewa Załuskiego, Polską Piastów Pawła Jasienicy i obrachunkowym opowiadaniem Kazimierza Brandysa Obrona „Grenady”, a także nad filmem Andrzeja Munka Zezowate szczęście.
Adam trafił na ostatnie miesiące istnienia Klubu, otoczonego już legendą opozycyjności i zagrożenia likwidacją. Wpuściła go – razem z Janem Grossem – Aniela Steinsbergowa. „Miejsca było mało, przychodzili najpoważniejsi ludzie w Warszawie – Ossowscy, Kotarbiński, Mazowiecki – a ja się pchałem ze szkolną tarczą na ramieniu. Na ogół tam takich nie wpuszczano”17. Klub Krzywego Koła przeżywał wówczas apogeum popularności. Na wykłady – jakby w przeczuciu końca – ściągały tłumy. Witold Jedlicki wspomina wykład prof. Tadeusza Kotarbińskiego o wolności słowa z 18 stycznia 1962 roku. Wpuszczając przy wejściu publiczność z zaproszeniami, widział dantejskie sceny: „Doszło do tego, że nawet jakiś ubek, nie mogąc dostać się na salę, zdekonspirował się po to, żeby być wpuszczony”.
Na jednym wykładzie obecność Michnika ma charakter domniemany. Uwagę przykuwa fragment wspomnień prof. Jedlickiego, zebranych już na emigracji. Opisuje incydent, który wydarzył się podczas wykładu prof. Mariana Falskiego o programach szkolnych:
W dyskusji nieoczekiwanie poprosił o głos 16-letni chłopiec, który opowiedział, jak nonsensy w układaniu programów szkolnych odbijają się na praktyce nauczania w jednym warszawskim gimnazjum. Przemówienie to było dziecinne, na pewno nieobiektywne w swojej pasji robienia karykatury ze wszystkiego, co się w tej szkole dzieje, ale jakoś ciekawe, tym bardziej, że fakty i przykłady zostały dobrane inteligentnie. Po chłopcu zabrał głos bliżej nikomu nieznany nauczyciel, który w dłuższym przemówieniu dowodził, jak palącą sprawą jest konieczność ochrony autorytetu nauczyciela. Zaatakował on też gimnazjalistę z niesłychaną gwałtownością, używając określeń w najwyższym stopniu obraźliwych za podważanie tego autorytetu. Przewodniczący zebrania przerwał mu natychmiast, domagając się odwołania obraźliwych sformułowań. Mówca zgodził się na to, ale w dalszym ciągu zwracał się do chłopca mówiąc mu „ty”. Wtedy przewodniczący przerwał mu po raz drugi, zwracając mu uwagę, że to jest forma zwracania się do polemistów w Klubie nieprzyjęta. Dyskutant obstawał przy swoim, oświadczając, że jest to ogólnie przyjęta forma zwracania się do uczniów szkolnych. (…) Przez cały czas sala aż wrzała w obronie chłopca i nieszczęsny obrońca autorytetu nauczyciela musiał się potem nasłuchać od następnych dyskutantów wielu rzeczy nieprzyjemnych18.
Profesor Jedlicki wspomina epizod dla scharakteryzowania zasad klubowego parlamentaryzmu, tak odbiegającego od form przyjętych w ówczesnym życiu publicznym. Uwagę dzisiejszego czytelnika zwraca jednak tożsamość anonimowego ucznia, odważnie i ze znajomością rzeczy występującego w dyskusji na tematy edukacyjne. Wydając książkę w 1963 roku, autor mógł nie pamiętać nazwiska, ale późny czytelnik raczej nie ma wątpliwości, o kogo chodzi.
W następnych tygodniach tłumy słuchały referatu Pawła Jasienicy o polskiej anarchii i wykładu prof. Adama Schaffa o konflikcie humanizmów.
Dla władzy był to czytelny sygnał, że zarządzanie duszami inteligenckimi zaczyna jej się wymykać z rąk, a na to nie mogła pozwolić. Tak więc 1 lutego 1962 roku Klub Krzywego Koła przestał istnieć. Jego likwidacja była świadectwem ostatecznej klęski październikowych złudzeń. Władza po raz kolejny udowodniła, że żaden „głos wolny” intelektualistów nie będzie przez nią tolerowany. Zamknięcie Klubu stanowiło dla młodych ludzi silne przeżycie polityczne i cenną lekcję: „Pierwszy raz na własne oczy widziałem cały proces ingerencji, niszczenia, zabraniania i zamykania. Zwykle trudno to zobaczyć. (…) A tu wszystko można było śledzić aż do końca, aż do momentu, kiedy się przychodziło, a na drzwiach był duży napis, że zabronione, i stali milicjanci”19.
Adam, który zdążył zaledwie rozsmakować się w atmosferze autentycznej wiedzy i niekrępowanej myśli, odczuwał niedosyt:
Dla mnie było wtedy oczywiste, że skoro rozwiązali KKK, muszę sobie znaleźć jakieś inne miejsce, i stał się nim Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, którego nazwę wymyślił Staszek Manturzewski. Natomiast Jan Józef Lipski wpadł na pomysł, żebyśmy poszli po protekcję do Schaffa, który miał silną pozycję w partii, a jednocześnie należał do grona rewizjonistycznie nastawionych uniwersyteckich marksistów. Mnie się ten pomysł spodobał. Schaff natychmiast się zgodził i zaczęliśmy działać20.
Miesiąc po zamknięciu Klubu Krzywego Koła, w marcu 1962 roku, powstaje Klub Poszukiwaczy Sprzeczności – zbierający się także w czwartki, początkowo w sali Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego, później w Staromiejskim Domu Kultury – jako niewyartykułowana, ale czytelna kontynuacja poprzedniej inicjatywy. Tym razem miał to być szturm na szkoły i rozbudzenie intelektualne młodzieży licealnej. To już był autorski program Adama. Klub Michnika, jak go określano potocznie, w którym jego twórca zaistniał jako wódz i organizator, także z własną kartoteką w bezpiece. Opiekę nad Klubem sprawował uczelniany Związek Młodzieży Socjalistycznej, kierowany przez Stefana Mellera i Aleksandra Smolara, a jego członkami byli koledzy ze znanych Michnikowi liceów – Batorego, Reja i Słowackiego – a także szkół zaprzyjaźnionych – Gottwalda i Żmichowskiej.
Zaczynali od grupy 20-osobowej, która wkrótce rozrosła się do około setki stałych uczestników spotkań. Wśród nich znaleźli się: Włodzimierz Kofman, Aleksander Perski, Jan Gross, Józef Blass, Irena Grudzińska, Włodzimierz Rabinowicz, Andrzej Titkow, Barbara Toruńczyk, Marta Petrusewicz, Andrzej Rapaczyński, Seweryn Blumsztajn, Michał Kleiber.
Byli powiązani towarzysko, znali się ze szkół, z sąsiedztwa, z prywatek. Tworzyli swoiste milieu: pochodzili z dobrych domów; ich rodzice w większości należeli do komunistycznego establishmentu, a przed wojną do KPP; oni sami przeszli przez harcerstwo walterowskie Kuronia. Przedkładali samokształcenie i dążenie do wiedzy nad zabawę i sport – tym różnili się od rówieśników. Bardziej przypominali, mutatis mutandis, młodzież filomacką z poprzedniego stulecia. Seweryn Blumsztajn, odpowiadając po 40 latach na jeden z głównych marcowych zarzutów pod ich adresem, wyjaśniał charakter ich elitarności: „Tak, to była elitarna młodzież, w większości dzieci warszawskiej inteligencji. Pytania typu: «czy rządząca w krajach socjalistycznych nomenklatura jest klasą społeczną, czy tylko warstwą» interesują tylko elitarną młodzież. Chyba zawsze i wszędzie tak było”21.
Jednoczył ich głód wolności i niechęć do szkolnych rygorów. Wiedza przekazywana oficjalnie miała charakter arbitralny i dookreślony. Ich interesowały tematy nieobecne lub fałszowane, rzeczywistość złożona i najeżona sprzecznościami. Deklarowali przywiązanie do komunizmu, ale raczej w idealistycznej wersji rodziców niż w zdegenerowanym wydaniu znanym z codziennego doświadczenia. Przekonani, że zdradzono rewolucję i ideały socjalizmu, wierzyli w możliwość naprawy komunizmu i prawdziwą demokrację.
Po latach Michnik nazwie to naiwnością i głupotą: „Nie przychodziło nam do głowy, że komunistom w komunistycznym kraju może stać się krzywda. To było głupie, bo przecież znałem już historię przyjaciela mojego ojca, który spędził dwadzieścia lat na Syberii, i znałem historię mojego szwagra, który spędził na Syberii dziesięć lat”22.
Władza nazwała ich klubem raczkujących rewizjonistów, bo też ich mentorami i wykładowcami byli komuniści wyraźnie odchodzący od marksistowskiej ortodoksji: Zygmunt Bauman, Andrzej Walicki, Bronisław Baczko, Włodzimierz Brus, Leszek Kołakowski, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, a także poeta Witold Dąbrowski. Ich wykłady obejmowały zagadnienia, których się na ogół publicznie nie poruszało, a tym bardziej nie poddawało pod dyskusję, np. wolność w systemie dyktatury proletariatu, jednostka a społeczeństwo, jednostka a historia, interwencja sowiecka na Węgrzech, przyczyny rozwiązania KPP, procesy moskiewskie czy trockizm.
Karol Modzelewski, który wrócił właśnie z rocznego stypendium we Włoszech, mówił o włoskiej lewicy, a Witold Dąbrowski przedstawiał młodych poetów z ZSRR i czytał wiersze Jewgienija Jewtuszenki i Andrieja Wozniesienskiego23.
Młodzież też przygotowywała referaty. Pisali artykuły, również wiersze (Andrzej Titkow), przeznaczone do mającego powstać biuletynu. Praca odbywała się w sekcjach: ogólnej, filozoficznej i socjologicznej. Planowali powołanie pedagogicznej, a także kontakty z młodzieżą radziecką i młodymi komunistami włoskimi. Czytali książki wydawane przez „Kulturę”, odwilżowe numery „Po Prostu” i „Nowej Kultury”, a także teksty uznane za niezbędne do kształtowania światopoglądu (Kołakowski).
Władza początkowo traktowała klub z aprobatą, bo przy powszechnej bierności spełniał jej oczekiwania i skupiał młodzież zaangażowaną i ideową. W styczniu 1963 roku telewizja pokazała program o klubie, chwalono go w „Trybunie Ludu” i w „Płomieniach”, zetemesowskim piśmie dla szkół. Tytułowej sprzeczności nie trzeba było jednak długo szukać. W okresie, na który przypadają publiczne sukcesy Klubu, pojawia się także zainteresowanie nim ze strony Służby Bezpieczeństwa. Bezpośrednim powodem były kontakty z Klubem Inteligencji Katolickiej (KIK), które Michnik nawiązał, kierując się swoim głównym celem: zainteresowaniem problematyką ciekawą, a nieznaną. Zaprosili Janusza Zabłockiego z „Więzi” z wykładem o personalizmie Emmanuela Mouniera.
7 lutego Zabłocki, wyraźnie poruszony, zapisał w swoim dzienniku:
Jest na sali około 40 młodych ludzi, licealistów, a może studentów, którzy mnie z uwagą słuchają. Wodzę po nich wzrokiem i nie mogę się oprzeć swoistemu wzruszeniu. Toż to od czasów stalinizmu marzyłem sobie, że gdy zabraknie opozycjonistów mojej, akowskiej, formacji, wyeliminowanej terrorem i grozą więzienia, pojawią się w ich miejsce w następnym pokoleniu tacy właśnie chłopcy i dziewczęta, wychowani przez nowy ustrój, ale zbuntowani przeciw temu, co w nim bezduszne i nieludzkie, zbuntowani przeciw cenzurze, przemocy i totalizmowi. I oni staną się naszą nadzieją, drożdżami humanistycznych a demokratycznych przemian. Czy tacy są ci właśnie siedemnastolatkowie na sali? Więc staram się myśl Mouniera przedstawiać im w sposób możliwie przystępny i przekonujący, uwzględniając stan ich wiedzy, jaką wynieśli z marksistowskiej szkoły i wpojone im kategorie myślenia24.
Zabłocki, w poczuciu misji zbliżenia tej młodzieży do Kościoła, obiecał pomoc w nawiązaniu kontaktu z rówieśnikami z Klubu Inteligencji Katolickiej i z duszpasterstwem. Słowa dotrzymał i ułatwił spotkanie.
Michnik tak to wspomina: „Bardzo dobrze pamiętam, jak z 16-letnimi, rozszalałymi marksistami zgodził się debatować ks. Bronisław Dembowski. Odbyliśmy bardzo ostrą debatę, w czasie której próbowaliśmy księdza Bronisława przekonać, że Bóg nie istnieje. Nie chciał nam uwierzyć. A dla nas to była pierwsza konfrontacja z katolickim duchownym”25.
Tego już dla aparatu partyjnego było za wiele. „Religianctwo” w ramach dyskusji światopoglądowych, firmowanych przez Związek Młodzieży Socjalistycznej, nie mogło ujść płazem. Działalność klubu z dnia na dzień stała się szkodliwa, jego wpływ na młodzież – zgubny. Władza odkryła naganne powiązania z Klubem Krzywego Koła i harcerstwem walterowskim. Schaff zwinął ochronny parasol i Klub Poszukiwaczy Sprzeczności w maju 1963 roku został zlikwidowany. Przy okazji odwołano kierownika Staromiejskiego Domu Kultury.
Poszukiwanie sprzeczności osiągnęło jednak swój cel: młodzież dowiedziała się, że sprzeczne z zasadami systemu jest spontaniczne dążenie do wiedzy, dociekliwość, stawianie pytań.
Władza metodycznie przywracała porządek. W czerwcu zlikwidowała ostatnie czasopisma kulturalne związane z październikową odwilżą: „Nową Kulturę” i „Przegląd Kulturalny”. W ich miejsce powstał nowy tygodnik z nową redakcją i starym tytułem, bo prowokacyjnie, z ostentacyjnym lekceważeniem już istniejącego pisma na emigracji, nazwano go „Kulturą”.
„Kultura” warszawska umacniała stopień upartyjnienia prasy. W artykule wstępnym dostrzega się wyraźne zwarcie szeregów i znaną czujność wobec czających się zagrożeń: „Polska rzeczywistość jest rzeczywistością walki. Walki z reakcyjną ideologią, odradzającą się wciąż jeszcze na polskiej glebie (…), płynącą do nas różnymi kanałami z tamtego kapitalistycznego świata”26.
Także XIII Plenum KC PZPR, w lipcu tego roku, rozwijało temat. Główny referat pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki dotyczył „aktualnych problemów ideologicznej pracy partii”, wśród których mówca wskazał mankamenty literatury współczesnej i polskiego filmu („oderwane od konkretnych warunków społecznej rzeczywistości Polski budującej socjalizm”27 oraz pesymistyczne w traktowaniu losów człowieka), ale także wymienił przeciwników politycznych, m.in. Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. I – po nazwisku – jego założyciela.
Kuroń, który się o tym dowiedział, przekazał wiadomość spotkanemu na ulicy Michnikowi. Ale Adam szedł właśnie zdawać poprawkę z fizyki i „nie miał głowy na głupstwa”.
Jego ostatnia klasa liceum, dziewiąta, przypadała więc na okres uspokojenia i marazmu w życiu społecznym, według trafnej formuły przeniesionej z literatury: naszej małej stabilizacji.
W środowisku młodzieży do niedawna skupionej w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności i przywykłej do przestrzeni wolności, jaką im zapewniał, jego zamknięcie zaogniło sytuację. 22 listopada 1963 roku, kiedy zginął w zamachu prezydent USA John F. Kennedy, a koncertujący właśnie w Polsce idol nastolatków Paul Anka odwołał z tego powodu swój ostatni występ, w Sali Kongresowej, raport bezpieki odnotowuje inne spotkanie.
W klubie studenckim Hybrydy dyskutowano na temat „Stabilizacja a młodzież”, a obszernie cytowane wystąpienie Adama Michnika miało charakter zdecydowanie krytyczny. Mówił o braku możliwości dyskusji, o cenzurze prewencyjnej, którą uznał nawet za „sprzeczną z zasadami ustrojowymi”: „Przecież komuniści na całym świecie z nią walczą, a kraje socjalistyczne powinny pod tym względem przodować”28.
Staranności tajnego współpracownika zawdzięczamy, że uwiecznił tak charakterystyczne dla późniejszego Michnika wyczucie paradoksu: „Powinna u nas istnieć dyktatura robotnicza, a nie dyktatura nad klasą robotniczą, jak to jest obecnie. (…) Młodzież chce socjalizmu, ale chce go sama kształtować”.
Dalsze miesiące roku szkolnego 1963/1964 przebiegały w rytmie narzuconym przez maturę. Działy się jednak rzeczy zwracające uwagę nie tylko maturzystów. W marcu 1964 roku dwuzdaniowy List 34, podpisany przez pisarzy i uczonych, a skierowany do premiera Józefa Cyrankiewicza i wyrażający niepokój z powodu ograniczeń papieru i działalności cenzury, co było zagrożeniem dla kultury narodowej, wywołał niewyobrażalną dzisiaj reakcję władzy. Zaatakowała sygnatariuszy, napiętnowała rzekome szkalowanie Polski Ludowej za pomocą Radia Wolna Europa, które treść listu podało do publicznej wiadomości. W ich obronie studenci Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowali pikietę. Adam zerwał się ze szkoły, by uczestniczyć w pierwszym w swoim życiu wiecu opozycyjnym, ale rozpoznany przez prof. Baczkę, został z niego kategorycznie wyproszony: „Niech pan najpierw zda maturę, a potem może pan wiecować”29.
Profesor Baczko być może rzeczywiście uratował maturę Adama Michnika. I pewnie się nie spodziewał, że już niedługo obaj staną się bohaterami wieców, będą występowali po tej samej stronie i przywoływani w tym samym kontekście.
W maju 1964 roku Adam maturę zdał. Z polskiego wybrał temat o bohaterze prozy współczesnej. Pisał o Maćku Chełmickim z Popiołu i diamentu Jerzego Andrzejewskiego. Następnie zdał egzamin wstępny na historię na Uniwersytecie Warszawskim.
W nagrodę rodzice zafundowali mu podróż na Zachód, gdzie miał spędzić pierwsze długie, studenckie wakacje. Po latach nie ukrywa zdziwienia ówczesnym liberalizmem władzy:
Wyobraźcie sobie, ile jeszcze wtedy było wolności, skoro Gomułka się na mnie publicznie wściekał, a ja mimo wszystko zdałem na studia, zostałem normalnie przyjęty i bez żadnych kłopotów tego samego lata dostałem paszport na Zachód. Kiedy w uchodzących za dekadę wolności latach 70. pierwszy sekretarz się o kimś źle wypowiedział, to przecież był koniec30.
Być może władza wykazałaby większą czujność, gdyby domyśliła się, jakie efekty ta podróż przyniesie. Wypuszczając 18-latka, miała prawo wierzyć, że kieruje nim wyłącznie pragnienie poznania świata. Polacy wyjeżdżali wówczas na Zachód tylko służbowo lub na przysłane zaproszenia. Ci, którzy chcieli wyjechać prywatnie, uruchamiali odległe znajomości, by dostać paszport, ale i zapewnić sobie utrzymanie w świecie niewyobrażalnie drogim dla mieszkańców Europy Wschodniej.
Na zaproszenie znajomej rodziców, z listami polecającymi, 50 dolarami w kieszeni oraz świadomością bycia wybrańcem losu rozpoczął Adam swoją podróż koleją z Warszawy przez Wiedeń, Monachium, Rzym, Paryż i Berlin Zachodni. W Wiedniu zatrzymał się w polskiej ambasadzie, polecony przez sąsiadkę, której znajomy tam pracował. W Monachium – u Wandy Brońskiej-Pampuch, z listem od Andrzeja Berkowicza.
Jego gospodyni była pierwszą z tych niezwykłych politycznych postaci, z którymi spotkania nie podobałyby się władzom PRL. To z jej powodu Józef Światło i Anatol Fejgin, wysocy funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wyjechali w 1953 roku do Berlina Wschodniego. Z pomocą enerdowskiej bezpieki mieli „uciszyć” byłą komunistkę, występującą regularnie w Radiu Wolna Europa w audycjach demaskujących sowiecki komunizm31. Podróż skończyła się spektakularną ucieczką Światły, który przeszedł do Berlina Zachodniego i oddał się w ręce żandarmerii amerykańskiej. Tak więc misja się nie powiodła, a Wanda Brońska-Pampuch umarła w sposób naturalny dużo później.
Po 30 latach od tamtej podróży Michnik wspominał:
W mieszkaniu monachijskim Wandy poznałem Tadeusza Nowakowskiego, autora Obozu Wszystkich Świętych i Syna zadżumionych, dwóch znakomitych powieści rewolucjonizujących wyobrażenia 18-latka o problematyce polsko-niemieckiej. Nowakowski, znakomity pisarz i eseista, pracował w Wolnej Europie. To on zaprowadził mnie do Angielskiego Ogrodu, do oszklonego budynku, gdzie anglojęzyczni strażnicy sprawdzali przepustki, i poprowadził przed oblicze tego Najgorszego ze Złych: Jana Nowaka – Zdzisława Jeziorańskiego. Nowak był diabłem – świetnie o tym wiedziałem z polskich gazet. (…) Był diabłem tym doskonalszym, że świetnie zamaskowanym. Bowiem pod maską wysokiego urzędnika RWE i surowego szefa kryła się nie tylko twarz bohatera Armii Krajowej, Kuriera z Warszawy, ale i ciepła dobroć człowieka zatroskanego o los innych ludzi. Tego spotkania nigdy nie zapomnę: groźny szef Wolnej Europy natychmiast okazał sympatię pętakowi, który deklamował jakieś marksistowskie bałamuctwa. Co więcej – słuchał jego głupstw z sympatią i uwagą. Pozwolił mu być partnerem w rozmowie32.
Jan Nowak-Jeziorański zapamiętał to tak:
Nasz gość miał wygląd chłopięcy, ale już po kilku minutach rozmowy zorientowałem się, że warto poświęcić mu więcej czasu. Zabraliśmy go na całodzienną wycieczkę wzdłuż brzegów Izary. Dołączyli A. Stypułkowska, T. Nowakowski i H. Rozpędowski. Młody Adam wywarł na nas duże wrażenie. Wykazał zdumiewającą na swój wiek dojrzałość umysłową, intelektualną ciekawość rzeczy i ludzi oraz głęboko przemyślany sąd, wolny od wszelkiego fanatyzmu i skrajności. Przede wszystkim uderzało nas w młodym, sympatycznym, zabawnie jąkającym się człowieku niezwykłe przywiązanie do idei, której był bez reszty oddany. (…) Po wielogodzinnej rozmowie doszliśmy do wniosku, że socjalizm Michnika nie ma nic wspólnego z socjalizmem w sowieckim wydaniu obowiązującym w Polsce. Michnik chciał socjalizmu opartego na demokracji i pluralizmie poglądów. Zajmował pozycje bardzo zbliżone do przywódcy PPS, Adama Ciołkosza, i zdecydowanie wrogie wobec kierownictwa PZPR. Zapytany, co go właściwie do nas sprowadza, odpowiedział: ciekawość, chęć poznania z pierwszej ręki poglądów ludzi, których przedstawia się w Polsce jako demonów, wrogów państwa, agentów imperializmu, i wyrobienie sobie o nich niezależnego osądu33.
Porozumieli się natychmiast: akowski konspirator, traktujący rozgłośnię w Monachium jako dalszy ciąg swojej patriotycznej misji, i początkujący rewizjonista, podkopujący system od środka, stosujący bezwiednie rekomendowaną przez redaktora teorię szczeliny. Drążona przez niego rysa w totalitarnym murze była zaledwie draśnięciem, ale przecież dopiero zaczynał. Opowiedział o sobie, o rodzicach, o Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, o którym zresztą Radio Wolna Europa informowało swoich słuchaczy.
Jan Nowak-Jeziorański zachwycał otwartością, krytycyzmem bez zapiekłości, uważnym wysłuchiwaniem racji ludzi żyjących w PRL. Zgodził się z pozytywną oceną przemian ustrojowych i przyjął radę, by w audycjach uwzględnić młodzież i używać języka dla niej zrozumiałego, np. mówić „Związek Radziecki” zamiast „Związek Sowiecki”.
Spotkanie zapoczątkowało okres przyjaźni i wzajemnej fascynacji, a Radio Wolna Europa czujnie reagowało na wszelkie przejawy opozycyjnej aktywności Michnika i kręgu jego przyjaciół.
Doszło również do spotkania zupełnie nieoczekiwanego. Jan Nowak-Jeziorański przedstawił odwiedzającego właśnie radio Adama Zbigniewowi Brzezińskiemu, który – wówczas trzydziestoparoletni – był już uznanym amerykańskim sowietologiem. Rozmowa z 18-latkiem trwała kilka godzin, a na jej zakończenie Brzeziński wręczył Michnikowi swoją najważniejszą wówczas książkę: The Soviet Bloc. Unity and Conflict34. Po 45 latach, 3 grudnia 2009 roku, w siedzibie Woodrow Wilson International Center for Scholars doradca prezydentów amerykańskich przypomniał ten moment w laudacji wygłoszonej z okazji przyznania Adamowi Michnikowi nagrody Fundacji Iona Rațiu za osiągnięcia na rzecz demokracji.
Z Monachium Adam pojechał do Rzymu, gdzie trwały obrady Soboru Watykańskiego II.
22 września Janusz Zabłocki, redaktor „Więzi”, zanotował w dzienniku: „Właśnie w bocznej salce Ufficio Stampa zakończył ksiądz Szczepan Wesoły swój codzienny polskojęzyczny briefing, wygłaszany jak zawsze pół godziny po zamknięciu soborowej Kongregacji Generalnej, gdy spotkała mnie niespodzianka. Uśmiechnięty i nieco jąkający się stanął przede mną młodziutki Adam Michnik”35.
W zapiskach z następnych dni jest to główny temat. Zwiedzają razem miasto, prowadzą rozmowy. Zabłocki nie ukrywa fascynacji rozmówcą. Podobnie jak podczas pierwszego spotkania w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności ma poczucie misji: objaśnia ateiście obcy świat chrześcijaństwa i zauważa natychmiastowe efekty: „Ten chłopak poczuł już (…) smak sacrum, zaczyna już odgadywać, co oznacza wymiar transcendencji”.
Nie jest to prosta relacja wtajemniczony–profan. Adam ciekawi Zabłockiego, nauczyciel przyznaje, że sam się wiele dowiaduje i uczy:
To pasjonujące, jak bardzo jest inny swoją formacją i mentalnością ode mnie w tym wieku, a zarazem jak bardzo mnie przypomina! Adam to niewątpliwie postać w swoim pokoleniu wyróżniająca się i nieprzeciętna, inteligentny i bystry obserwator rzeczywistości, którą nie tylko opisuje, ale i pragnie przemienić. Oby mu do tego wystarczyło sił jak najdłużej!
W tym czasie odbywa się pogrzeb arcybiskupa Józefa Gawliny, biskupa polowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i powojennego duszpasterza całej Polonii. Zjechało wiele osobistości. W rzymskiej kawiarni Adam został przedstawiony gen. Tadeuszowi Borowi-Komorowskiemu.
Zrobił wrażenie w Monachium, o czym świadczyły listy wysyłane do Paryża. Do Jerzego Giedroycia pisał Borys Łewycki, współpracujący z „Kulturą” wybitny sowietolog, niezwykle ceniony przez Redaktora. 24 września ukraiński emigrant relacjonuje w nieco kulejącej polszczyźnie:
Przed paru dniami był tutaj bardzo ciekawy młody facet z Warszawy, syn byłego wyznacznego [wybitnego] działacza KPZU, stały czytelnik Kultury. Namówiłem go, ażeby spotkał się z Panem, on bał się, że przez niedyskrecję dowie się o tym ktoś z kół „syszczyków” [donosicieli]. Więc bardzo proszę Pana, urządzić z nim spotkanie w sposób bardzo dyskretny. Może mógłby Pan coś dla niego zrobić; on jest zainteresowany kontaktami z kołami rewizjonistycznymi. Sam uważa się za przedstawiciela młodych polskich „komunistów-rewizjonistów”. Dla mnie była rozmowa z nim wielką satysfakcją; on opowiadał mi nie tylko o reakcji młodzieży na moje artykuły w Kulturze, ale też sporo dyskutował ze mną i zmusił mnie, ażeby te artykuły jeszcze raz przeczytać, jego polemika była konkretna. (…) Młody gość z Warszawy opowie Panu dużo, czego życzy sobie młoda postępowa generacja od „Kultury”. On nazywa się Adam MICHNIK i zadzwoni do Pana na dniach. Proszę jeszcze raz o dyskrecję. On tutaj spotykał się z wieloma ludźmi – z Nowakowskim, Pampuch – ale czegoś bał się, ażeby ze spotkania z Panem nie wyszły dla niego jakieś specjalne trudności w kraju36.
Redaktor odpisał błyskawicznie, z pewnym zniecierpliwieniem:
Bardzo mnie zainteresował ten Michnik i najchętniej bym z nim porozmawiał, tym bardziej, że problem rewizjonizmu staje się coraz bardziej aktualny. Czemu jednak przypisać te obawy w kontaktach ze mną? Nie przypuszczam, bym był bardziej trefny od ludzi pracujących z F[ree] E[urope] czy innymi instytucjami, jak Nowakowski i Pampuch. Czym Pan to sobie tłumaczy?
Jerzy Giedroyc, zachowując ostrożność, wyznaczył Adamowi spotkanie na 5 października o 16, nie w Maisons-Laffitte, ale w Cafe Cluny na rogu Saint-Michel i Saint-Germain.
Wrażenia ze spotkania pojawiają się natychmiast w korespondencji Redaktora – w listach do Juliusza Mieroszewskiego, Witolda Jedlickiego i Borysa Łewyckiego. Wątek ostrożności znowu wysuwa się na plan pierwszy:
Młody człowiek był u mnie. Robi świetne wrażenie. Dawno nie widziałem tak ciekawego chłopca. Martwi mnie tylko jego niesłychana nieostrożność. Bardzo konspiracyjnie ze mną się spotykał, a potem publicznie w tutejszych polskich księgarniach opowiadał wszystko, co wiedział, ludziom zupełnie sobie nieznajomym. Mam nadzieję, że nie miał po powrocie przykrości. Paryż bowiem jest w tej chwili straszliwie zaszpiclowany przez UB (myślę o polskim Paryżu, ma się rozumieć).
Mieroszewskiemu Redaktor rekomenduje Adama jako entuzjastę jego publicystyki, przytacza opinie o starszym pokoleniu inteligencji i przeciwstawionym mu środowisku rewizjonistycznej młodzieży, czytelników „Kultury”.
Adam z tej rozmowy zapamiętał słowa o tym, że rozsadzenie systemu może dokonać się tylko od środka, za sprawą samych zbuntowanych komunistów. Może dlatego, że tak szybko potwierdziła się ich słuszność.
Jeszcze tylko Berlin i gościna u Bohdana Osadczuka, gdzie świętował 18. urodziny, i jako człowiek w pełni dojrzały, z bagażem lżejszym o kilka książek, które mu na granicy odebrano, i niewymiernym ciężarem cudzych i własnych przemyśleń 19 października przekroczył polską granicę.
Dalsza część w wersji pełnej
CZĘŚĆ I: Człowiek, który zredagował PolskęRozdział I. Rówieśnicy Polski Ludowej
1 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem, Znak, Kraków 1995.
2 O. Szechter, List do Komitetu Obrony Robotników w Warszawie (marzec 1977), [w:] Nasz przyjaciel Adam, red. J. Szczęsna, K. M-G, Warszawa 2006.
3 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
4 C. Janczarski, Gołąbek pokoju.
5 M. Terlikowska, Plan sześcioletni.
6 W. Wasilewska, Do dzieci.
7 A. Michnik, Książki, które zmieniły moje życie. Rozmawiał G. Sroczyński, „Gazeta Wyborcza”, 13 czerwca 2011.
8 Tenże, Gorzka pamięć Budapesztu, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 października 2006.
9 Tenże, Wolność, sprawiedliwość, miłosierdzie. Rzecz o Jacku, „Gazeta Świąteczna”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, 19–20 czerwca 2004.
10 Tenże, Ginąć odświętnie, [w:] tegoż, Niezłomny z Londynu i inne eseje, NOW-a, Warszawa 1984.
11 J. Dajczgewand, Nie chcę być kimś innym, [w:] Krajobraz po szoku, red. A. Mieszczanek, Przedświt, Warszawa 1989.
12 A. Perski, Pustka pełna wolności, [w:] Krajobraz po szoku…
13 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
14 Oskar Berkowicz był przyjacielem Ozjasza Szechtera, przedwojennym komunistą i działaczem KPZU. W obawie przed aresztowaniem w 1933 roku uciekł do ZSRR, by służyć ojczyźnie światowego proletariatu, i tam, w łagrach i na zesłaniu, spędził 20 lat.
15 W. Jedlicki, Klub Krzywego Koła, Instytut Literacki, Paryż 1963.
16 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
17 Tamże.
18 W. Jedlicki, Klub Krzywego Koła…
19 A. Perski, Pustka pełna wolności…
20 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
21 S. Blumsztajn, Nasza kosztowna zabawa w wolność, „Gazeta Wyborcza”, 8–9 marca 2008.
22Pewien polski etos…Rozmowa Dany Cohn-Bendita z Adamem Michnikiem, [w:] A. Michnik, Diabeł naszego czasu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1995, s. 396.
23 Tamże; zob. także A. Friszke, Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi, Znak, Kraków 2010.
24 J. Zabłocki, Dzienniki 1956–1965, t. 1, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2008.
25 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
26 „Kultura” 1963, nr 1. Redaktor: Janusz Wilhelmi, zespół: Jerzy Adamski, Roman Bratny, Bohdan Czeszko, Zbigniew Florczak, Stanisław Grochowiak, Zbigniew Klaczyński, Leopold Lewin, Stanisław Markiewicz, Hieronim Michalski, Zbigniew Mitzner, Jerzy Putrament, Wacław Sadkowski, Stefan Treugutt, Zbigniew Wasilewski, Witold Wasilewski, Stanisław Zieliński.
27 A. Friszke, Anatomia buntu…
28 Tamże.
29 Tamże.
30 A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, Między Panem a Plebanem…
31 O Wandzie Brońskiej-Pampuch pisze Jan Nowak-Jeziorański: „Była ona przedwojenną działaczką komunistyczną, znaną i szanowaną w kołach partyjnych, gdzie wciąż miała wielu przyjaciół. W czasie wielkiej czystki została wraz z rodziną wciągnięta podstępem do Rosji. Jej rodzice zostali straceni, ona sama przesiedziała kilkanaście lat w więzieniach i łagrach. Na skutek interwencji Bieruta, działającego pod naciskiem «towarzyszy», została wypuszczona w roku 1949 i wróciła do Polski, a stamtąd przez Berlin uciekła na Zachód. W jej radiowych opowiadaniach największe wrażenie wywarło ujawnienie ze wszystkimi szczegółami okoliczności, w jakich zginęli przywódcy KPP – Warski i Leński, fakty dotyczące prywatnego życia Bieruta, tragiczne losy dzieci polskich komunistów i opowiadania o poszukiwaniach jej własnej córki. Z powodu tych audycji – mówił Berman – Bierut miał poważne nieprzyjemności ze strony towarzyszy radzieckich”; J. Nowak (Zdzisław Jeziorański), Wojna w eterze, t. 1: 1948–1956, Przedświt, Warszawa 1986.
32 A. Michnik, Moja Wolna Europa, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 czerwca 1994.
33 J. Nowak (Zdzisław Jeziorański), Polska z oddali, KRĄG, Warszawa 1989.
34 Z. Brzezinski, The Soviet Bloc. Unity and Conflict, Harvard University Press, Cambridge 1960 (wyd. pol. Z. Brzeziński, Jedność czy konflikty, Odnova, Londyn 1964).
35 J. Zabłocki, Dzienniki 1956–1965, t. 1…
36 J. Giedroyc, Emigracja ukraińska. Listy 1950–1982, wybór, wstęp i przypisy B. Berdychowska, Czytelnik, Warszawa 2004.
