Michałko - Bolesław Prus - ebook

Michałko ebook

Bolesław Prus

0,0
9,90 zł

lub
Opis

Przejmujące losy wiejskiego biedaka, któremu na imię Michałko. Okoliczni mówią o nim „durny Michałko”, bo zwraca na siebie uwagę, a do tego nie potrafi poradzić sobie w życiu.

Po zakończeniu pracy na budowie nieopodal rodzinnej wsi Michałko nie miał dokąd wracać. Postanowił więc udać się do Warszawy. Bohater ma specyficzne wyobrażenie o wielkim mieście: „Choć go nazywali «durnym», tyle przecie rozumiał, że na świecie mniej przymiera się z głodu i łatwiej o nocleg aniżeli na wsi. O! na świecie chleb jest bielszy, na mięso można choć popatrzeć, domów więcej i ludzie nie tacy mizerni jak u nich”.

W Warszawie Michałko zatrudnia się przy budowie domu. Poznaje dziewczynę, która cierpi, bo jej amant często ją bije i odbiera wszystkie zarobione pieniądze. Michałko zakochuje się w niej. Wkrótce dziewczyna opuszcza go. Michałko nie może zrozumieć, dlaczego poszła za krzywdzącym ją człowiekiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 27




Bolesław Prus

Michałko

Warszawa 2013

Roboty przy kolei skończono. Zarządzający wypłacił, komu co należało, oszukał kogo można, i ludzie poczęli rozchodzić się gromadami, każdy do swojej wsi.

Koło karczmy, co stała przy plancie, do południa było gwarno. Jeden obwarzankami napełniał kobiałkę, drugi kupował wódkę do domu, inny upijał się na miejscu. Potem porobili zawiniątka z grubych płacht i zawiesiwszy je przez ramiona, odeszli, wołając: – Bywaj zdrów, durny Michałku!...

A on został. Został na szarym polu i nie patrzył nawet za swoimi, tylko na błyszczące szyny, co biegły aż tam, het! nie wiadomo gdzie. Wiatr rozrzucał mu ciemne włosy, rozwiewał białą parciankę i z daleka przynosił ostatnią zwrotkę pieśni odchodzących.

Wkrótce za krzakami jałowcu skryły się płachty, parcianki i okrągłe czapki. W końcu i pieśń umilkła, a on wciąż stał z założonymi rękoma, bo – nie miał gdzie iść. Jak ten zając, co w tej oto chwili przeskakuje szyny, tak on, chłopski sierota, gniazdo miał w polu, a spiżarnię – gdzie Bóg da.

Za piaszczystym wzgórzem rozległo się gwizdanie, zakłębił się dym i zaturkotało. Nadjechał roboczy pociąg i zatrzymał się przed niewykończoną stacją. Otyły maszynista i jego młodziutki pomocnik zeskoczyli z lokomotywy i pobiegli do karczmy. Toż samo zrobili brekowi. Został tylko inżynier, który przypatrywał się zamyślony pustej okolicy i przysłuchiwał szmerowi pary w kotle.

Chłop znał inżyniera, więc ukłonił mu się nisko, do ziemi.

– A co ty, durny Michałku! cóż tutaj robisz? – zapytał inżynier. – Nic, panie – odparł chłop. – Dlaczego nie wracasz do wsi? – Nie mam po co, panie.

Inżynier zaczął nucić, a potem rzekł: – Jedź do Warszawy. Tam zawsze znajdziesz robotę. – Kiedy nie wiem, gdzie to. – Siadaj na wagon, to się dowiesz.

„Durny Michałko” skoczył na wagon, jak kot, i usiadł na stosie kamieni.

– A pieniędzy trochę masz? – spytał inżynier. – Mam, panie, rubla i czterdzieści groszy i złoty dziesiątkami...

Inżynier począł znowu nucić i oglądać się po okolicy, a w lokomotywie wciąż warczało. Wreszcie z karczmy wybiegła obsługa pociągu z butelkami i węzełkami. Maszynista i jego pomocnik siedli na lokomotywę – i ruszono.

O jaką milę drogi stąd, na zakręcie, ukazały się dymy i wieś uboga, zbudowana między błotami. Na jej widok Michałko ożywił się. Zaczął się śmiać, wołać (choćby go nie usłyszano z takiej odległości), machać czapką... Aż jadący na wysokim koźle brekowy ofuknął go: – A ty się czego wychylasz? Jeszcze zlecisz i diabli cię wezmą... – Bo to nasza wieś, panie, o, tam, o!... – No, więc kiedy wasza, to siedź spokojnie – odparł brekowy.

Michałko usiadł spokojnie, jak mu kazano. Tylko że go coś bardzo nudziło w sercu, więc zaczął mówić pacierz. Ach! jakżeby on wrócił do swojej wsi, z gliny i słomy ulepionej, tam między błota! Ale nie miał po co. Choć go nazywali „durnym”, tyle przecie rozumiał, że na świecie mniej przymiera się z głodu i łatwiej o nocleg, aniżeli we wsi. O! na świecie chleb jest bielszy, na mięso można choć popatrzeć, domów więcej i ludzie nie tacy mizerni, jak u nich.

Wymijali stację za stacją, zatrzymując się tu dłużej, tam krócej. O zachodzie słońca kazał inżynier dać chłopu jeść, a on za to – do nóg mu się ukłonił.

Wjechali w nową całkiem okolicę. Nie było tu rozlewających się bagien, ale wzgórzyste pola, kręte i szybko płynące rzeczki. Znikły kurne chaty i stodoły plecione z wici, a ukazały się piękne dwory i murowane budynki, lepsze, niż u nich kościoły albo karczmy.

Nocą stanęli pod miastem, zbudowanym na górze. Zdawało się, że domy włażą jeden na drugi, a w każdym tyle światła, co gwiazd na niebie. Na stu pogrzebach nie zobaczyłby tylu świec, co w tym mieście... Grało coś bardzo pięknie, ludzie chodzili tłumem, śmiejąc się i rzechocząc, choć już była taka noc wielka, że we wsi słyszałbyś tylko wołanie puszczyka i ujadanie strwożonych psów.

Michałko nie zasnął. Inżynier kazał mu dać funt kiełbasy i bułkę chleba, a potem – przepędzili go na inny wagon, co wiózł piasek. Ale chłop nie kładł się, tylko siedział w kuczki, jadł kiełbasę z chlebem, aż mu oczy wyłaziły na wierzch, i myślał: – Nie bój się, jakie to są dziwne rzeczy na świecie!...

Po kilkogodzinnym postoju, nad ranem, pociąg ruszył i jechali truchtem. Na jednej stacji, wśród lasu, zatrzymali się dłużej, a brekowy powiedział chłopu, że inżynier pewnie wróci nazad, bo przyszła do niego depesza.

Istotnie inżynier zawołał do siebie chłopa.

– Ja muszę jechać na powrót – rzekł. – A ty sam czy puścisz się do Warszawy? – Bo ja wiem! – szepnął chłop. – No, przecie nie zginiesz między ludźmi? – Komu ja panie zginę, kiedy nie mam nikogo?...

Rzeczywiście, komu on miał zginąć!

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.