Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki ebook

Violetta Ozminkowski

3.83720930232558 (43)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki - Violetta Ozminkowski

Opowieść o pierwszej damie polskiej seksuologii.

Była kobietą silną i odważną czy może pozbawioną zahamowań skandalistką? Odnalezione dzienniki odsłaniają prywatne życie Michaliny Wisłockiej.

Z jej książki „Sztuka kochania”, obowiązkowej przez lata lektury w każdym domu, miliony Polaków uczyło się, jak wielką przyjemnością jest seks, jak wielką sztuką przeżywanie miłości i jak dzięki niewielkim zabiegom wzmóc przyjemność. To ona mówiła o przyjemności kobiety, świadomym macierzyństwie i antykoncepcji. Od niej zaczęła się polska rewolucja seksualna w schyłkowym okresie komunizmu. Ale, choć lubiła powtarzać, że nie ma nic do ukrycia, jej życie pełne było tajemnic.

Kochała wielu mężczyzn, uwodziła ich, choć późno odkryła radość płynącą z seksu. Układała sobie życie w trójkącie z mężem i przyjaciółką. Udawała, że jest matką bliźniaków. Oto opowieść o życiu, które było rewolucją seksualną, bez żadnego tabu.

Odnalezione i dotychczas niepublikowane fragmenty dzienników w połączeniu z opowieściami jej córki oraz bliskich odsłaniają skrywane oblicze jednej z największych ikon PRL-u.

To biografia, na którą moja mama zasługiwała od dawna. Do bólu szczera, prawdziwa, kontrowersyjna. Dokładnie taka, jaka była Michalina Wisłocka.

Krystyna Bielewicz, córka Michaliny Wisłockiej

Violetta Ozminkowski – przez dwanaście lat dziennikarka i redaktorka „Newsweeka”, szefowa działu „Społeczeństwo”. Współautorka biografii Marka Edelmana „Pan Doktor i Bóg”, autorka wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem „Szkiełko i oko”, ostatnio redaktorka książki Moniki Jaruzelskiej „Towarzyszka Panienka”.

Opinie o ebooku Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki - Violetta Ozminkowski

Fragment ebooka Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki - Violetta Ozminkowski

Copyright © Violetta Ozminkowski, 2014

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

Archiwum rodzinne

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Piotr Chojnacki

Korekta

Grażyna Nawrocka

Jolanta Tyczyńska

ISBN 978-83-7961-787-6

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Krzysztofowi – za którym szaleję

Przypomnijmy sobie wiodące hasło mojej seksuologii – wróćmy do radosnej zabawy we dwoje w łóżku i nie tylko w łóżku. Trzeba wreszcie zrozumieć, że szczęście leży na drodze, a nie u celu, i im mniej za nim gonimy, tym na koniec więcej otrzymujemy.

Michalina Wisłocka, Sztuka kochania

ROZDZIAŁ VII

MIŁOŚĆ I ZDRADA

[...]

2

Stach zachowywał się co najmniej dziwnie. W 1955 roku Michalina ze Stachem otrzymali lokal kwaterunkowy przy ul. Częstochowskiej. Mieszkanie było przestronne i w ładnej okolicy, na bliskiej Ochocie. Niestety, wraz z nowym mieszkaniem nadeszły nowe problemy – jak się okazało, nie do pokonania.

Dzieci wysłano do mamy Michaliny. Miała w Łodzi małe przedszkole, gdyż Andrzej, brat Michaliny, już podrzucił tam swoją Ewę. Zrzucali się wszyscy na pomoc dla matki, ale i tak harowała jak wół. Michalina, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, zasuwała z kolei ze zdwojoną siłą na studiach. W domu zrobiło się cicho i smutno, a kiedy jeszcze wyjechał Stach, to i samotnie.

Myślała o małżeństwie, o tym, co może zrobić czas z miłością. A mimo to bardzo tęskniła za Stachem, który wyjechał na jakiś kongres na całe dziesięć dni. Kiedy włożyła rękę do kieszeni jego płaszcza, znalazła klucz. Pobiegła do gabinetu, weszła do pracowni, zatrzymała się na chwilę w mroku. Kiedy zapaliła lampkę, zobaczyła jego fartuch, opatuliła się nim i usiadła za biurkiem. Policzkiem ocierała się o kołnierz fartucha, zachował jeszcze zapach jego ciała. Był to jedyny mężczyzna wśród tych, których poznała, o skórze pachnącej jak gorzkie migdały. Poczuła zapach dawnego, zgubionego gdzieś szczęścia…

Ta romantyczna scena z pamiętnika w sam raz nadawałaby się na kadr z filmu Trędowata. Michalina wiele razy zżymała się później na siebie za swoją skłonność do patosu i egzaltacji. Rzeczywistość przypominała bowiem raczej cyklon. W pamiętniku nie ma o nim ani słowa. Pisze tylko, że kłócą się z „mężusiem”, jak go ciągle nazywa, o jej wyjazd „za pracą i rozwojem naukowym do Białegostoku”. Łudzi się, że pomimo zdrad (które przecież nigdy nie były takie ważne) jeszcze mu na niej zależy. Dzieciaki, kiedy wróciły od mamy, w ciągu tygodnia były praktycznie na głowie Michaliny i gosposi. Weekendy wykończona pracą Michalina spędzała najczęściej w łóżku.

I właśnie w tym łóżku znajduje zdjęcia. Pornograficzne, z genitaliami na wierzchu, w różnych pozach, z udziałem trzydziestu sześciu kobiet. Mówiło się o jej mężu pół żartem, pół serio, że „Stasiu lubi obscena”. To wiedziała, i bolały ją nie tyle same zdrady, ile fakt, że fotografie były robione w ich łóżku, które uważała za ostatni wspólny intymny przyczółek.

Przecież miał pozwolenie na zdrady. Przecież zdradzał je obie. W pewnym momencie tylko Wanda naliczyła aż jedenaście panienek w białych kitlach, z którymi kręcił za ich plecami. Dlaczego podeptał wszystkie świętości i robił to w ich łóżku? Wspomnienie zdjęć znalezionych pod kołdrą będzie prześladować ją do końca życia. Nigdy nie zapomni fragmentów ciał, splotów nóg, wulgarnych min panienek i Stacha.

Poszła do kuchni. Wzięła szczotkę, miednicę z wodą i zaczęła szorować. Myć coraz zapalczywiej. Tarła szczotką tak, jakby chciała wydrzeć dziurę w tapczanie. Potem usiadła i nie mogła się ruszyć do świtu. Zamarła. Zastygła. Czekała, aż otworzy drzwi. Przyszedł nad ranem. Pachniał jeszcze inną kobietą.

– Albo dajesz natychmiast rozwód i się wyprowadzasz, albo pokazuję te zdjęcia twojemu szefowi – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Wyciągnął rękę po odbitki. Odruchowo schowała je za siebie. Wiedziała, że nic jej nie zrobi. Nie rzuci się na nią, nie zabierze. Tyle na szczęście o nim wiedziała. Kiedy dzieci zaczęły tupać bosymi stopami o parkiet, nawet nie drgnęła. Jej miłość, jej Stach, jej Bóg odchodził na zawsze, cały świat się walił. Kiedy czuła się samotna, zadurzała się w swoich profesorach, ale zawsze to była tylko namiastka ich wspólnej miłości. Nigdy go nie zdradziła.

Krysia i Krzyś stali w przedpokoju zaspani i patrzyli, jak ojciec pakuje swoje książki do pudeł.

– Ja od dzisiaj dzieci nie mam, zresztą nigdy nie chciałem ich mieć! – niemal krzyknął do nich na pożegnanie.

Krysia osłupiała i nie powiedziała ani słowa, Krzyś zaczął cicho łkać.

Stach zatrzasnął drzwi, ale po chwili wrócił i dobił ich jeszcze słowami:

– Zapamiętajcie sobie! Żeby żadne z was nie ważyło się do mnie ani dzwonić, ani ze mną kontaktować! Ja od dzisiaj dzieci już nie mam!

I jeszcze głośniej trzasnął drzwiami.

Krzyś zaczął głośno szlochać, Krysia pomyślała sobie, że skoro ojciec nie chce, to nie, pies go drapał. Tak zapamiętała to po latach, ból serca wyparła. Krzyś nie rozumiał, co takiego zrobił, że ojciec tak się na niego wściekł. Żeby powiedział tak straszne słowa, które – jak się później okazało – złamały mu życie.

– Mój ojciec kochał tylko siebie, rzadko człowiek jest tak niesłychanie egocentrycznie zakochany w sobie. Dla niego w życiu nie liczył się żaden człowiek czy zwierzę. To był bardzo zimny, twardy facet, który na widok kaleki na ulicy komentował, że tamten nie powinien pokazywać się publicznie, bo razi jego uczucia estetyczne – wspomina ojca córka, Krystyna Bielewicz.

Szabrował w zbombardowanej Warszawie książki. W ten sposób zdobył ogromną kolekcję białych kruków teologicznych. Był szalenie inteligentny, miał encyklopedyczną pamięć, ale brakowało mu serca.

– Myślał tylko o sobie, nie interesowały go potrzeby matki, jej chęci, jej uczucia. Chciał z niej zrobić podnóżek. Ona, w jego planach, miała skończyć średnią szkołę, iść na medycynę i skończyć dwa lata, nie więcej, bo jemu niepotrzebny był lekarz w domu. Miała być jego laborantką i robić to, co on jej każe. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek ją kochał. Jakiś sentyment do niej miał, na pewno, ale uczuć to... Zresztą on nikogo nie kochał. Mnie nie kochał, syna nie kochał.

Jej matka bardzo długo patrzyła na ojca przez różowe okulary. Powodzenie u kobiet miał ogromne, gdyż był dowcipny, elokwentny, bardzo inteligentny. Wysoki, dwa metry pięć centymetrów wzrostu, szczupły, typowa nordycka uroda. Szare oczy, blond włosy i bardzo zimna natura. Zdaniem Wisłockiej, wszystkie jego czułości zmierzały tylko do tego, żeby coś osiągnąć. Był erotomanem i każdą kobietę traktował jak nieprzyjaciela.

– Moja matka twierdziła, że on ją całe życie kochał. Nie. On jej całe życie potrzebował. Bo z nikim tak jak z nią mu się nie rozmawiało. Do śmierci spotykali się co jakiś czas i gadali przez dwie godziny na jakiś interesujący ich temat. Potem każde szło w swoją stronę. Nigdy nawet nie zapytał, co słychać u dzieci – opowiada Krystyna.

3

Michalina napisała po latach w pamiętniku, że kiedy czyta swoje zapiski z tamtych czasów, nie może uwierzyć, jak bardzo czasem przekłamują prawdziwy obraz jej życia. Na przykład w 1953 roku Michalina Wisłocka przypomina wulkan namiętności i pasji naukowej. Wtedy właśnie, gdy Wisłocki całkiem zaczął się oddalać, a Krysia stała na progu śmierci. Przechodziła odrę, zapalenie płuc, gruźlicę, wszystko naraz. Wtedy właśnie, gdy jej przyjaźń z Wandą zaczynała wchodzić w fazę nienawiści. Gdy chodzili głodni. Na dodatek w tym piekielnym czasie umiera jej matka. Nawet nie wspomniała o tym w notatkach! Po matce zostało niewiele, tylko list i dwie karteczki. Czytała je i płakała. Przede wszystkim z tęsknoty, ale także z żalu. Że tak długo była ślepa i nie widziała, co w życiu ważne, a co najważniejsze.

– Babcia umarła w 1952 roku, miałam wtedy cztery latka i pamiętam, że w środku nocy przyszła wiadomość. Wszyscy się pobudzili, siedzieli na łóżkach i płakali. Utkwiło mi to w głowie, bo to była straszna noc – wspomina córka Wisłockiej.

Matka Michaliny dostała wylewu. Ostatnią kartkę napisała do Stacha, żeby Michalina odczuła, jak bardzo jest jej przykro, że córka nie pisze do niej ani słowa. Już nie mówiąc o odwiedzinach. Tego nigdy i niczym nie zdoła naprawić. Gdy Michalina do niej pojechała, matka nie odzyskała przytomności. Po czterdziestu godzinach Wisłocka zdecydowała, żeby nie podawać matce zalecanych przez lekarza zastrzyków, które utrzymywałyby ją przy życiu. Wiedziała, że nie życzyłaby sobie takiej wegetacji. Zawsze im powtarzała, że nie rozumie, czemu w książeczkach do nabożeństwa jest napisane „od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie”. To właśnie nagła i niespodziewana śmierć była jej zdaniem godziwą nagrodą za uczciwe życie.

Po latach Michalina tak wspominała matkę w pamiętniku:

„Zawsze żyła tylko nami. Rozumiała naszą trójkę, raczej czwórkę, bo i tatę, jak nikt na świecie. A była tak mądra, że każdy z nas mógł liczyć na pełne zrozumienie w jego największych życiowych trudach. Umarła w najcięższych czasach mojego życia, kiedy mogłam tylko brać. Teraz tyle mogłabym jej dać, ale nie doczekała. Miała tylko dwa marzenia i żadne jej się nie spełniło. Marzyła o futerku z zajęcy dla siebie, pod płaszcz zimowy, bo każda zima niosła jej dziesiątki gryp, które rujnowały jej zdrowie. I marzyła o fotelu na biegunach, w którym mogłaby usiąść i poczytać książkę. Biedactwo w ostatnich latach życia była tak zaharowana w tych olbrzymich, zimnych pokojach, bo tam trzeba było w piecach palić, a już nie miała siły. Jej życie to było stanie godzinami na mrozie w kolejkach po ćwierć kilo mięsa, żeby syna i męża wyżywić. Cerowanie, łatanie ubrań bez końca.

Pamiętam, jak przyjeżdżałam czasem do mamy, pakowała mnie do łóżka w różowym pokoju, podtykała przysmaczki pod nos, bo u nas w domu też bieda wtedy była, aż piszczała. Ojciec ledwo, ciut, ciut zarabiał i to wszystko miało starczyć na kilkuosobową rodzinę. Więc trudno było o przysmak. Na przykład zwykły gnieciuch z makiem. I rozmawiałyśmy do czwartej w nocy. Siadywała wtedy na brzegu łóżka i głaskała mnie po ramieniu swoimi opuchniętymi, czerwonymi od pracy rękami. Jak grubymi poduszeczkami.

Pamiętam jeszcze dziś moje zdumienie i zaskoczenie, gdy układałam w trumnie mamy ręce. Palce były szczupłe i białe. Po śmierci ustąpił cały obrzęk. Miałam wrażenie, jakby włożyła nowe, odświętne ręce do trumny. Na tę okazję właśnie, a te zużyte zostawiła w domu. W swojej bezpretensjonalnej sukience w krateczkę i koronie z siwych włosów na głowie leżała uśmiechnięta i zamyślona. Kierownik zakładu pogrzebowego nie mógł zrozumieć, czemu wyśmiałam i wyrzuciłam jego brzuchate, złote anioły z obtrąconymi nosami. Po cóż jej te aniołki, bzdurne błyskotki, pokraczne i głupie? Ona miała swoją ciszę, zapach jodły i róż, które włożyliśmy jej do rąk, i małą książeczkę z pierwszymi wierszami Andrzeja, i zdjęcie dzieci: Ewy, Krysi i Krzysia, które też włożyłam jej do książeczki. Obrączkę mamy i jej błękitny szlafroczek w krateczkę wzięłam dla siebie do domu. Gdy jestem na dnie rozpaczy, przytulam się do niego i jest mi lżej.

Oprócz opieki i serdeczności przez całe życie mama dała to, co miała najcenniejszego: pogodę ducha, ogromne poczucie humoru, bezmierną tolerancję w stosunku do innych ludzi i jakieś ciepłe zainteresowanie dla każdego człowieka, który znalazł się w orbicie jej życia. Na pewno daleko mi jeszcze do jej świata.

Miała Wanda rację, że naukowiec czy artysta nigdy nie powinien mieć rodziny ani mieć dzieci, bo wszystko niszczy i spala na stosie swoich namiętności. Może gdyby nie moje szaleństwa w klinice, Krysia byłaby zadbana, nie chorowałaby w dzieciństwie tak ciężko, nie miałaby gruźlicy przez całe dzieciństwo, której nikt nie zauważył. Może matka moja nie umarłaby samotna i rozgoryczona, pomimo że dawała dla nas z siebie wszystko…”.

4

Z listu Wandy, która zabrała nad morze dzieci i psa Kajtka:

„Kochana Misiu

Krzysiek bardzo ciężko przeżywał te wszystkie sprawy. Płacze nocami i wieczorami tak rozpaczliwie, że serce mi się kraje. Nie mogę go w żaden sposób pocieszyć, choć próbuję w różny sposób. Aż kiedyś powiedziałam do niego: – Czego ty właściwie tak żałujesz, przecież ojciec nigdy nie był dla ciebie dobry ani się z tobą nigdy nie bawił. A on na to powiedział: – Ja wiem, nawet bił mnie czasem. Nawet bił mnie kijem i ja jego nie żałuję, ale to jest mój tata.

(Krystyna zapamiętała z dzieciństwa scenę, gdy ojciec bił Krzysia kijem. Złamał wtedy synowi rękę, Michalina rzuciła się wtedy na męża jak wściekły pies i powiedziała, że jeśli jeszcze raz dotknie któregokolwiek z dzieci, to go zabije. Od tamtej pory już nigdy ich nie uderzył).

Co ty na to, Miśka? Zupełnie mnie zatkało. Wierz mi, że byłam tym zrozpaczona i sama już nie wiem, co robić i co będzie dla Krzysia lepsze. Nie masz pojęcia, jak podle się czuję, gdy patrzę, jak bankrutują wszystkie moje życiowe założenia. Byłam o krok od decyzji, żeby powiedzieć Krzysiowi całą prawdę, bo może wtedy byłoby mu lżej.

Z Krysią to inna sprawa. W Krysi z człowieka w sensie psychicznym nie ma nic. Cały czas obserwowałam ją i wyobrażałam sobie jej reakcję, jak usłyszy tę wiadomość, i czasem miałam ochotę powiedzieć po prostu, żeby potrząsnąć tym zwierzątkiem Krysią. Ale zawsze było mi jej trochę żal i nic nie mówiłam. Rozmawialiśmy z Krzysiem, jak Krysia to przyjmie. On twierdził, że Krysia się tym wcale nie przejmie. Wczoraj po otrzymaniu twojego listu zdecydowałam się powiedzieć Krysi. Mówię: – Krysiu, mam dla ciebie przykrą wiadomość. Twoi rodzice się rozwiedli. Krysia była bardzo zaskoczona w pierwszym momencie, a potem powiedziała: – To dobrze. I tak taty nie lubię. Wiesz, że ta jej reakcja, taka surowa i pozbawiona całkowicie serca, świetnie podziałała na Krzysia. Wypogodniał i doszedł do wniosku, że stało się i świat się nie zawalił. Kryśki rozważania na ten temat są tak zabawne i dziecinne, a właściwie nie dziecinne, choć może i tak, tylko że nie dziecięce, że czasem ręce mi opadają i czuję się przy Krysi zupełnie bezradna. Dziś długo, długo z nią rozmawiałam. Chcę ją jakoś obudzić. Ta jej bezmyślność i ten jej brak serca poraża mnie, Misiu. Z bólem muszę to powiedzieć, że to jest psychicznie wredna, kompletna egoistka, że nic innego nie zauważa oprócz własnej osoby. Jest zdziwiona, jak jej się tłumaczy, jak to wygląda w oczach innych, a poza tym zupełnie nie ma żadnej wyobraźni za grosz.

Aż dziw, że to twoje dziecko. Ona nie ma prawie nic, żadnej psychiki, tylko małpią złośliwość. Przepraszam, choć piszę to do ciebie zupełnie obiektywnie i wierz mi, że martwi mnie to tak samo jak ciebie. Ciekawa jestem, czy moja praca i długie rozmowy, jakie prowadzę teraz z Krysią, odniosą u niej jakiś skutek. Ważne jest, żebyś nie psuła jej swoją pobłażliwością. Uczę ją, jak ma prać swoje bluzki, robi wszystko na opak, mówiąc, że mama ją inaczej uczyła, choć przedtem twierdziła, że jest małe dziecko i co ja od niej wymagam. Żebyś wiedziała, ile Krysia je. Nie wiem, jak ona tyle może jeść, ale to fakt, że rośnie jak wściekła i jest dwa razy już wyższa ode mnie. Czasem to już bzika dostaję... Kończę już, bo chyba dość dużo napisałam. Czekam tylko na listy. Henryk ma tak szczęśliwy głos, że nawet pięćset kilometrów tego nie tłumi. I mnie też się jaśniej w sercu zrobiło. Pozdrów go od nas.

Krysia też wie, najpierw po usłyszeniu tej nowiny stwierdziła, że mamusia na pewno za mąż nie wyjdzie, a później zaczęła się zastanawiać, za kogo mogłaby wyjść. Jak usłyszała, że Henryk, to stwierdziła, że jej się Henryk nawet podoba, a ja jej mówię, że przez nią Henryk ucieknie od was.

I klaruję, żeby matce wstydu nie zrobiła przed Heniem. Oj, Misiu, jestem okrutnie zmordowana i czasem mi się przypomina przysłowie »Bodajbyś cudze dzieci chował«.

Wzdycham już do powrotu do Warszawy.

Wanda”.

[...]

11

Dwa razy zaufała. Stach w dwadzieścia lat zrobił ze zdrowej, spokojnej kobiety strzęp nerwów, zaszczuł ją tak, że śniła ze szczegółami, jak go morduje. Henryk, psychopata i aktor, bawił się jej miłością. Paradował okryty jej miłością jak płaszczem królewskim i paradował w nim bardzo z siebie zadowolony. Znudziło mu się, płaszcz rzucił w kąt, a ją samą przygwoździł teatralną szpadą do ściany jak papierowego pajaca i poszedł. Była wtedy o włos od śmierci, a najbardziej przerażało ją to, że nie mogła zrozumieć, co się stało z jej wielką miłością.

12

Decyduje się na aborcję.

„Z dnia na dzień przejście od miłości, ciepła i nowego życia do pustki i nicości. Jakbym pędziła ze stukilometrową prędkością razem z nim, a wiatr wył nam w uszach jak szczęście i nagle trzask, katastrofa, łup, jesteśmy na drzewie. Dlaczego? Po dwudziestu dniach w raju, potem ciąża, którą tak bardzo chciałam uchronić. Mój maleńki książę, który przecież mógł żyć. To koszmar zabić dziecko, gdy się pragnie go ze wszystkich sił, żeby żyło, a przed tą decyzją koszmar trzech tygodni bezsennych nocy i pragnienie jednego tylko: nie żyć, nie żyć, nie żyć. Przecież tego człowiek nie może wytrzymać. Tyle nocy bez snu, płacz beznadziejny, gryzienie poduszki”.

Córka wspomina: „Mówiła mi, że usunęła trzy ciąże, ale nigdy się do tego nikomu nie przyznawała. Dlatego całe życie tak walczyła o antykoncepcję, bo wiedziała, jak trudne i bolesne są to decyzje dla kobiety. Za każdym razem, kiedy zachodziła w ciążę, zawodził jakiś środek antykoncepcyjny. Testowała je na sobie. Dwie ciąże to były wpadki, tak mi opowiadała. Nie mam pojęcia, z kim je miała, więc usunęła je z mniejszym bólem, ale Henryka kochała, chciała więc mieć owoc swojej miłości. Z drugiej jednak strony zdawała sobie sprawę, że nie potrafi wychować dziecka, że nie jest najlepszą matką. Kiedy byłam w sanatorium chora na gruźlicę dwa lata, odwiedziła mnie tylko raz. Choć to nie znaczy, że mnie nie kochała”.

„Nie mogę o tym pisać, bo znów dostaję ogromnych bólów serca i palpitacji i zbliża się atak. I ten jego telefon w piętnaście minut po zabiegu, jak powiedziałam mu, co się stało, płacząc w męce i bólu, jeszcze oszołomiona narkozą. Gdyby był człowiekiem, gdyby miał choć odrobinę ludzkich uczuć w sercu, powiedziałby jedno słowo żalu, dałby kwiat, pokazałby jakiś gest ludzki, a on tylko zapytał znudzonym głosem: – Czy ty aby nie przesadzasz?

A zadzwonił, bo mamusia koszulki skroiła i co robić? Bo przecież on i tak ich nosić nie będzie. Nie, to zbyt dla mnie było nieludzkie, żeby to opisać. Mamusia koszulki skroiła dla dziecka!

Sprężynka mi pękła, motorek przestał działać i wszystko się rozkręcało. Po zabiegu zakażenie, ostre zapalenie jajników, nerwica, bezsenność. Te ciągłe myśli, które doprowadzały mnie do obłędu. Potem mój wyjazd do Anglii na stypendium. Nie dałam rady. W przeddzień wyjazdu atak serca w nocy.

Dwa miesiące leżenia bez woli, bez sił, bez chęci wyzdrowienia. Ostre zapalenie mięśnia sercowego, ciężka nerwica, bezsenność, ataki i bóle, niechęć do życia i wiecznej udręki. Pierwszy raz w życiu nie miałam chęci żyć, nie miałam bodźca, który by mnie mobilizował. Dosyć tego, znowu mi niedobrze.

Oto bilans starego roku. W zeszłym roku życzyła mi Halinka z Polanicy, moja przyjaciółka, żebym wreszcie się pozbyła kochanego Stasia i takiej udawanej miłości. Pierwsza część sprawdziła się nieoczekiwanie, a druga też. Teraz nie chcę już miłości. Niech mnie kochają, ale abym ja już nigdy nikogo nie pokochała. Chcę ciszy i spokojnego życia, warunków do rozwoju w pracy naukowej, ciepłego i cichego domu. Mnie już nie stać na miłość. Coś mi się zepsuło, serce mi pękło nieodwołalnie, boli mnie jak cholera i dusi przy najmniejszym wysiłku. Całą noc sylwestrową przepłakałam sama w łóżku, pragnęłam całą siłą wyobraźni, żeby stał przy mnie mój duch w zielonej sukni i bolerku ze srebrnej lamy, żeby on na dnie noworocznego kieliszka zobaczył moją twarz, żeby choć w części był tak nieszczęśliwy jak ja. Wczoraj Wanda spotkała Heńka i uciekł przed nią na ulicy. Kto by w to uwierzył? Czy to możliwe, żeby ten smukły i pełen czaru kształt był pustą kukłą?”.