48,00 zł
Lionel Messi jest szczęśliwy. Bo po co gra się w piłkę nożną, jeśli nie po to, by być szczęśliwym? Z dwoma pucharami Copa América, czterema pucharami Ligi Mistrzów i rekordowymi ośmioma Złotymi Piłkami na koncie najlepszy piłkarz świata zdążył tchnąć nowe życie w swoją karierę i zdobył również jedyne wielkie trofeum, którego przez lata mu brakowało: mistrzostwo świata.
Aby poznać i zrozumieć tę nadzwyczajną postać, Sebastián Fest i Alexandre Juillard przemierzyli glob: od Kataru po Brazylię, przez Południową Afrykę, Niemcy, Chiny, Szwajcarię, Rosję, Anglię – i oczywiście Argentynę i Hiszpanię. Rozmawiali z jego rodziną, z osobami, które znały go od dzieciństwa w Rosario, ze świadkami jego dorastania w Barcelonie, z kolegami z drużyny, trenerami przygotowania motorycznego, byłymi agentami i lekarzami, z obserwującymi go obsesyjnie dziennikarzami i rywalami.
Książka analizuje szczegółowo piłkarskie czynniki, sprawiające, że Messi jest piłkarzem wyjątkowym, ale również spory pomiędzy agentami i rodziną, niektóre z mitów jego oficjalnej biografii, rolę żony Antonelli, kontrowersyjne zarządzanie jego fortuną i wizerunkiem, a także nowy, olśniewający etap po wielkim triumfie z reprezentacją Argentyny.
To kompletna i odkrywcza biografia zawierająca nieznane aspekty i nieoczekiwane szczegóły z życia i kariery niemającej sobie równych. Przybliża osobowość, która będąc u szczytu sławy, otworzyła się na świat, i która, nade wszystko, odzyskała radość i dzisiaj bawi się – i bawi innych, grając w piłkę.
Sebastián Fest (ur. 1971, Buenos Aires) był szefem działu sportowego agencji DPA od 2000 do 2015 roku oraz sekretarzem redakcji i szefem działu sportowego argentyńskiego dziennika „La Nación” między 2015 i 2018. Obecnie pracuje jako korespondent hiszpańskiego dziennika „El Mundo” na Argentynę, Chile i Urugwaj. Jest twórcą strony internetowej claytenis.com. Pisał i pisze w mediach, jak „Infobae”, „La Vanguardia”, „Clarín”, „Forbes”, „Rollling Stone”, „Vanity Fair”, „Newsweek”, „Brando”, „Bild”, „Blick”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Die Weltwoche”. Począwszy od roku 1996, komentował wszystkie mistrzostwa świata w piłce nożnej oraz igrzyska olimpijskie, a także ponad sześćdziesiąt tenisowych turniejów wielkoszlemowych. Relacjonował zamachy z 11 września 2001 roku i wybory prezydenckie w 2020 w Stanach Zjednoczonych. Między 2009 i 2015 był współprezesem International Tennis Writers’ Association (ITWA). Napisał książki: „Enredados” – opisującą najtrudniejsze lata Argentyny w rozgrywkach o Puchar Davisa; „Sin red” – dla napisania której zjeździł cały świat, podążając za Rogerem Federerem i Rafaelem Nadalem. Jest również autorem liczącej już wiele wydań biografii Lionela Messiego.
Alexandre Juillard (ur. 1977, Paryż) jest autorem, realizatorem i producentem. Obecnie mieszka w Paryżu. Przez sześć lat był korespondentem „L’Equipe”, „L’Equipe Magazine”, „France Football”, „Europe1”, „RFI” i „RSR” na Amerykę Łacińską z siedzibą w Buenos Aires, co pozwoliło mu śledzić z bliska relację Lionela Messiego z jego rodakami, a także niezliczone mecze reprezentacji Argentyny w Ameryce Południowej. Jest autorem biografii Diego Maradony („Maradona”, Paryż 2010 i 2021). W roku 2017 powołał do życia Alto Prod, firmę zajmującą się produkcją audiowizualną, specjalizującą się w materiałach sportowych dla telewizji i mediów internetowych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 455
Tytuł oryginalny
MESSIÁNICO. LIONEL MESSI:
LA VERDADERA HISTORIA DEL MEJOR
Copyright © 2021, Alexandre Juillard y Sebastián Fest
© 2021, 2023, Penguin Random House Grupo Editorial S.A.,
Humberto I 555, Buenos Aires
© 2023, Penguin Random House Grupo Editorial, S. A. U.,
Travessera de Gràcia, 47-49. 08021 Barcelona
All rights reserved
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcie na okładce
© David Ramos – FIFA/FIFA via Getty Images
Redaktor prowadzący
Adrian Markowski
Redakcja
Dagmara Ślęk-Paw
Korekta
Sylwia Kozak-Śmiech
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8444-637-9
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Wszystkim dziennikarzom,
którzy chcą wykonywać swój zawód
ROZDZIAŁ 1
Puśćmy wodze fantazji: jesteśmy nastolatkami, rodzice wyjeżdżają i zostawiają nam dom pod opieką. Ogród, basen i miejsca co niemiara. Zapraszamy kogo się tylko da: przyjaciół, przyjaciół naszych przyjaciół, przyjaciół przyjaciół naszych przyjaciół. Każdego, kto się nawinie na Instagramie. A na dodatek wkręcają się kolesie, których – moglibyśmy przysiąc – wcale nie zapraszaliśmy.
Efekt? Podczas takiej imprezy wszystko może się zdarzyć – od obrócenia domu w perzynę po ofiary śmiertelne.
A teraz przełóżmy tę sytuację na spontaniczną fiestę, na której zjawia się pięć milionów ludzi w jednej z dwudziestu największych aglomeracji świata. Feta bez udziału państwa, coś w rodzaju niepisanej umowy między sportowcami a kibicami: wyjdźmy na ulice, świętujmy razem, spójrzmy sobie w oczy.
Będziemy szczęśliwi.
Umowa nie zostaje jednak w pełni dotrzymana, bo tak naprawdę mało kto może zobaczyć z bliska sportowców czy trofeum.
Mimo to w porównaniu z innymi podobnymi wydarzeniami nie dzieje się nic strasznego: dwóch półgłówków skacze z mostu, celując w środek autokaru wiozącego drużynę. Jeden ląduje między piłkarzami, drugi pudłuje i rąbie w asfalt.
Nocną euforię wieńczą zamieszki i ogólna demolka, nad słynnym Obeliskiem, symbolem miasta, pastwią się wandale, ulice toną w morzu śmieci, a policja zatrzymuje dwa tuziny szczególnie rozbrykanych fanów.
Cóż za udana impreza!
Mowa o Argentynie, o Lionelu Messim i reprezentacji narodowej, która 18 grudnia 2022 roku w Dosze, stolicy Kataru, po raz trzeci zdobyła tytuł mistrza świata. Jak to możliwe, że narastająca od lat frustracja ludzi w ten słoneczny letni dzień 20 grudnia nie przerodziła się w wybuch wściekłości i przemocy, jak to miało miejsce tyle razy w historii tego kraju?
Wystarczyłoby, żeby zaledwie jeden procent z tych pięciu milionów stracił nad sobą kontrolę, a doszłoby do tragedii. Pięć milionów osób, ponad dziesięć procent ludności Argentyny, wiwatujących na cześć mistrzów świata.
Dlatego też można śmiało powiedzieć, że nic się nie stało. A to, że się nie stało, jest w dużej mierze zasługą Messiego.
Styl kapitana narodowej reprezentacji, tak różny od stylu Maradony, otwiera nową erę dla Argentyny, narodu oszalałego na punkcie futbolu, społeczeństwa, którego nie sposób zrozumieć bez tego sportu.
W niedzielę 18 grudnia i we wtorek 20 grudnia w Buenos Aires nastąpiła eksplozja radości. Świętowały tłumy. Euforia ogarnęła całe miasto. Udzieliła się wszystkim – co nietrudno zrozumieć w kraju nawykłym do kryzysów i złych wiadomości.
Messi nie zaproponował nikomu, żeby „ciągnął druta”, nie wytykał koloru skóry gościowi, który wpakował trzy gole Argentynie i o mały włos nie odebrał jej tytułu, Messi nie wziął płaszcza podarowanego mu przez emira Kataru, nie zwinął go w kłębek i nie cisnął w kąt sceny, na której odbywała się ceremonia.
Jedynym dziwacznym wyskokiem Messiego było rzucenie owego: „Spadaj, głupolu” do swojego rywala.
Rozbrajające. Twierdzenie, że to go „zmaradonizowało” można zrozumieć wyłącznie w kontekście intensywności pragnienia biorącego górę nad rzeczywistością. A także obsesyjnej wiary w to, że Argentynę można pojąć tylko przez pryzmat Maradony – że kraj ten istnieje wyłącznie w jego wymiarze. Owszem, bez Maradony zrozumienie Argentyny byłoby niemożliwe, a nawet niepożądane, ale trzecia dekada tysiąclecia udowodniła, że sam Maradona już nie wystarcza.
Ów spokojny, rodzinny Messi przytulający synów i bawiący się z nimi, Messi uwielbiający swoją żonę, przeniknął do serc i umysłów Argentyńczyków – można być światową gwiazdą najpopularniejszego sportu na kuli ziemskiej i być takim jak on człowiekiem. Nie trzeba zaraz grzmieć na papieża, George’a Busha, zadzierać z FIFA, nie trzeba ubóstwiać Fidela Castro ani Hugona Cháveza. Wystarczy być dobrym chłopakiem, który gra w piłkę nożną.
To prawda, można byłoby oczekiwać, że Messi, światowy idol o gigantycznej popularności, stanie publicznie w obronie irańskiego piłkarza Amira Nasr-Azadaniego, skazanego na karę śmierci przez reżim w Teheranie. Przecież chwilę temu obaj rywalizowali na tym samym turnieju. Mógłby również wykonać jakiś gest w obliczu fobii Katarczyków na punkcie wszystkiego, co przypomina tęczę.
Pewnie mógłby. Ale powtórzmy raz jeszcze, byłoby to prawdopodobnie zbyt wiele, by oczekiwać tego od Messiego. Daleki od idei Argentyny jako potęgi, idei, która na całe dziesięciolecia przeniknęła ósmy co do wielkości kraj świata i której Maradona był żarliwym wyznawcą, Messi jest dzieckiem kryzysu z 2001 roku – usiłuje robić to, co robi, najlepiej jak potrafi. I niewiele więcej. Dla niego to ogrom – nikt nie gra (nie grał?) w piłkę nożną tak jak on.
Spokojny, łagodny Messi miał ogromny wpływ na tę skrzykniętą ad hoc fiestę. Niczego nie obiecywał, nie podżegał, nie rozpalał tłumów. Po prostu wszedł z resztą drużyny do autokaru z odkrytym dachem, w dłoniach trzymał obciętą do połowy plastikową butelkę z alkoholem, i dwukrotnie wykazał się błyskawicznym refleksem, chroniąc kolegów od śmierci przez powieszenie na kablach zwisających nad ulicami gęsto zaludnionych przedmieść Buenos Aires.
W tym skromnym autokarze, niegodnym rangi celebrowanego triumfu, argentyńscy piłkarze byli mocno wstawieni i bliscy udaru słonecznego. A Claudio Tapia, prezes Argentyńskiego Związku Piłki Nożnej (AFA), po prostu ululany – jak twierdziło wielu świadków.
W autokarze podjęto nie do końca zrozumiałe inicjatywy. Alejandro „Papu” Gómez, jeden z mistrzów świata, garściami rozrzucał kibicom banknoty. Bramkarz Emiliano „Dibu” Martínez, bohater finału wygranego w rzutach karnych z Francją, trzymał w ramionach lalkę o twarzy Kyliana Mbappé, kołysząc ją niczym niemowlę. Messi to widział, ale nie odezwał się słowem. Francuzi jakby tylko na to czekali – niezwłocznie podnieśli na cały świat medialne larum. Martínez, bramkarz, którego każda drużyna chciałaby mieć w swoich szeregach w decydujących momentach meczu, jest jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym członkiem reprezentacji: dzisiaj ratuje cię od porażki w finale mistrzostw świata wyciągniętą nogą, nazajutrz pogrąża cię w konfliktach dyplomatycznych godnymi ubolewania odzywkami.
Niezwykłe było to, że pomimo fruwających w powietrzu banknotów, lalki ucharakteryzowanej na Mbappé i fiaska autokarowego objazdu stolicy Argentyńczycy potrafili zachować się na ulicach jak rozsądni obywatele oraz zrozumieć, że ta gigantyczna fiesta nie mogła być idealna.
Dzieci wylały morze łez, rodzicom puszczały nerwy, ale koniec końców ważniejsza niż to, żeby zobaczyć puchar i piłkarzy, była sama obecność w tym miejscu. Wszyscy razem, będąc częścią fiesty gromadzącej najrozmaitszych ludzi, których łączyła koszulka reprezentacji Argentyny, symbol narodowej jedności.
Nie musiała to być fiesta doskonała, wystarczyło, że była fiestą ich życia.
Osaczeni naporem tłumu piłkarze nie byli w stanie kontynuować przejazdu otwartym autokarem i przesiedli się do dwóch helikopterów, w których zrobili kilka kółek nad miastem.
Nie taki był scenariusz, ale wszystkie te minione tygodnie stały się lekcją dla Argentyńczyków upojonych od dziesięcioleci pychą płynącą z przeświadczenia o własnej wyjątkowości – będącej echem złotych lat, które bezpowrotnie przeminęły. Nie bez powodu Argentyńczycy nie są w Ameryce Łacińskiej najbardziej lubianym narodem. Przeszkadza w tym ich poczucie wyższości.
Ale bez wątpienia Argentyńczycy mają w sobie coś szczególnego. Serdeczni i pełni pasji zafundowali sobie fiestę, która stała się częścią historii nie tylko Argentyny, lecz także świata – nigdy w żadnym kraju nie świętowano zdobycia tytułu mistrza na tak masową skalę, z taką euforią i żarliwością.
Zachwycona FIFA zrobiła dobry użytek z historycznych obrazków, które podwyższyły wartość i znaczenie jej produktu.
Nie jest dziełem przypadku, że Argentyna inspiruje do pisania scenariuszy i wzbudza podziw. Poza najlepszym piłkarzem na świecie Argentyńczycy mają w swoich szeregach papieża (Franciszek), królową (Maksymę), a nawet Rafaela Grossiego, człowieka, który w 2022 roku wstrząśnięty toczącą się wojną spotkał się z Władimirem Putinem i Wołodymyrem Zełenskim (niewielu podjęło takie kroki), usiłując zapobiec przerodzeniu się krwawego konfliktu w Ukrainie w światową katastrofę.
Ten kraj na południu Ameryki Południowej to miejsce bezgranicznych pasji, o czym doskonale wie Chris Martin, lider zespołu Coldplay, którego Argentyńczycy wprawili w osłupienie w tym samym 2022 roku, zagrał bowiem aż dziesięć koncertów w Buenos Aires. Żadne inne miasto nawet nie zbliżyło się do tego wyniku.
Należy odnotować jeszcze jedno zdumiewające zjawisko, jakie miało miejsce podczas mistrzostw świata w Katarze w 2022 roku: Brazylijczycy, Chilijczycy, Urugwajczycy, Paragwajczycy, Meksykanie i wiele innych narodów regionu w przeważającej większości kibicowali Argentynie i cieszyli się z jej triumfu nad Francją. Słowa Mbappé o tym, że południowoamerykański futbol jest rzekomo gorszy od europejskiego, zwarły latynoskie szeregi.
Wszystko byłoby prawdopodobnie o wiele trudniejsze, gdyby chodziło o Argentynę Maradony, który jako dobry Argentyńczyk i nieodrodny syn swojej epoki czerpał siłę ze zjadliwości, ironii i konfrontacji.
Siła Messiego tkwiła w garści słów i niemal niczym więcej. Wiedzą o tym również w Morro do Dendé, ubogiej dzielnicy Salvadoru w Bahia w Brazylii, gdzie przed finałem jego mieszkańcy pomalowali ulice w kolorach błękitu i bieli. Było to na kilka dni przed tym, jak Pelé, pierwszy piłkarski idol całego świata, odszedł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat. Dwa lata wcześniej zmarł Maradona w wieku lat sześćdziesięciu.
Brazylia błękitno-biała to zjawisko nie do pomyślenia w epoce „króla” i „D10S”. To przywilej zarezerwowany wyłącznie dla Messiasza.
ROZDZIAŁ 2
Lionel Andrés Messi uśmiechnął się tak, jak to zwykle robi, gdy do zaskoczenia dochodzi odrobina zawstydzenia: głowa lekko pochylona, nieco zmrużone oczy, wyraźnie zarysowane dołeczki w policzkach, przygryzione wargi i ledwie uchwytny gest niedowierzania. Stojąc z rękami splecionymi z tyłu, malutki w centralnym kole oszałamiającego Camp Nou, Messi przekonał się w tę upalną sierpniową noc 2013 roku, że jego krajan jest sprytniejszy – a może odważniejszy? – od niego w kontakcie z kibicami Barcelony. Rodak ów, pochodzący również z Rosario, potrafił zrobić to, czego on sam unikał przez połowę swego życia spędzonego nad brzegiem Morza Śródziemnego. Gerardo „Tata” Martino przemówił publicznie po katalońsku, co jest niezmiernie cenione w skomplikowanym mikrokosmosie drugiego co do wielkości hiszpańskiego miasta. W Barcelonie kochają Messiego, a gdy opublikowano sondaż, w którym dwa procent kibiców Barçy przyznało, że go nienawidzi, w mieście zapanowała powszechna wesołość. Reporter jednej z telewizji przez cały dzień usiłował wytropić kogoś z tych dwóch procent. Nie udało się. Nienawidzić Messiego? Na Boga, przecież to dzięki niemu klub przeżywa swoje najlepsze lata. Tylko nie proście Messiego, żeby mówił po katalońsku. Zrobił to tylko raz, w krańcowej sytuacji, gdy był całkowicie i beznadziejnie zalany w pestkę.
Kataloński repertuar Martino był skromniutki: „Bona nit” (dobry wieczór) i „moltes graciès a tots” (bardzo wszystkim dziękuje), ale precyzyjny i stosowny, bowiem stawał przed kibicami klubu, w którym wielu patrzyło na nowego trenera ze sporą dozą nieufności. Oczywiście jednym z powodów było to, że go nie znali, ale w dużej mierze także dlatego, że przybył „z zewnątrz”. I jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało – bo był Argentyńczykiem.
Nieświadoma zawiłej specyfiki hiszpańskiej rzeczywistości i zawiłości tożsamości katalońskiej, owego 2 sierpnia 2013 roku argentyńska piłka nożna świętowała drobny, ale ważny triumf. Zarówno wielka gwiazda, jak i trener najlepszej drużyny świata – sytuacja bez precedensu – byli Argentyńczykami. Co prawda César Luis Menotti już trzydzieści lat wcześniej kierował Barceloną, w której wielką postacią był Diego Maradona. Ale na tym kończą się podobieństwa. Maradona nie błyszczał w Blaugranie, a Menotti nie odniósł z drużyną znaczących sukcesów. W latach osiemdziesiątych, kiedy Hiszpania przeżywała euforię początkowych lat demokracji i nowości, jaką był rząd socjaldemokratyczny, Barça wciąż jeszcze była drużyną pełną kompleksów. Klubowe witryny świeciły pustkami, na darmo by wypatrywać tam Pucharów Zdobywców Pucharów, a od dziesięcioleci postawa ofiary była jej żywotnym paliwem. Nie miała nic wspólnego z sukcesem i popularnością Barcelony z roku 2013, kiedy to Hiszpanie, pogrążeni w straszliwym kryzysie, gardzili dużą częścią swojej klasy politycznej.
Na ostatniej prostej przed mistrzostwami świata w Brazylii w 2014 roku, najważniejszym wydarzeniem jego życia, Messi po raz czwarty z rzędu został wybrany najlepszym piłkarzem świata, z perspektywą zdobycia tej nagrody w kolejnych latach. Światowy idol. Jeśli przez dziesięciolecia w najbardziej odległych zakątkach kuli ziemskiej na hasło „Argentyna” automatycznie podawano odzew „Maradona”, w ostatnich latach taksówkarze w Moskwie, kelnerzy w Sydney, kalifornijscy surferzy, a nawet dzieci grające w piłkę na brazylijskich plażach, wszyscy zmodyfikowali to równanie: „Argentyna? Messi!”. I wszyscy uśmiechali się na myśl o „dziesiątce” z FC Barcelony i reprezentacji Albiceleste.
Podobnie jak uśmiechali się Martino i Messi, jak radowali się świętujący kibice w tę słodką, upalną i szczęśliwą noc w Barcelonie, jakże różną od trudnej, piekielnie trudnej nocy sprzed zaledwie siedemnastu dni.
Pierwsza trzydzieści w nocy, środa, 17 lipca 2013 roku, pogrążony w mroku parking Camp Nou. Głowa Sandro Rosella opada na kierownicę. Prezes Barcelony jest wstrząśnięty nowiną, którą właśnie usłyszał, i przytłoczony tym, co go czeka. Trener Barçy Tito Vilanova potwierdził właśnie, że od tej chwili walka z rakiem będzie jego absolutnym priorytetem. Nie dało się zaprzeczyć ludzkiemu dramatowi tej sytuacji. Podobnie jak konieczności znalezienia wysokiej klasy trenera zaledwie na trzy tygodnie przed początkiem hiszpańskiej ligi.
Jednakże Rosell nie będzie długo bił się z myślami – jeśli kluczem do sukcesu był Argentyńczyk, należało sprowadzić jeszcze jednego.
Imię i nazwisko Horacio Cartes nie mówi kibicom Barcelony absolutnie nic, ale w tamtych dniach lipca, gdy przygotowywał się do objęcia stanowiska prezydenta Paragwaju, znalazł trochę czasu, aby pomóc również zmienić historię hiszpańskiego klubu.
„Panie prezydencie, muszę porozmawiać z Tatą. Proszę mi podać jego numer telefonu” – tak miał się zwrócić Rosell do Cartesa.
Obaj od wielu lat prowadzili wspólne interesy. W 2001 roku Rosell, ówczesny dyrektor firmy Nike na Amerykę Południową, uległ w końcu nieustępliwym telefonom od Cartesa i odwiedził go w Asunción. Przyszły prezydent Paragwaju zapragnął, aby Nike ubierał jego drużynę piłki nożnej, skromny klub Libertad. I żeby przekonać Rosella, postawił wszystko na jedną kartę: „Jeśli nie wygramy żadnego tytułu w ciągu dwóch najbliższych lat, zapłacę za wszystkie stroje przekazane drużynie”. Rosell nie mógł odmówić. Libertad zdobyła pięć tytułów w ciągu trzech lat i pod koniec 2013 roku nadal była jedyną paragwajską drużyną ubieraną przez renomowaną amerykańską markę.
Nicią łączącą Libertad z 2001 roku z Barceloną z 2013 roku jest trener – Tata Martino.
Nadeszła wielka chwila. Za plecami huczy Camp Nou, wypełniony kibicami wciąż jeszcze radosnymi u schyłku lata, szczęśliwymi, że po raz pierwszy w nowym sezonie mogą oglądać swój klub. Przed nimi stała drużyna gwiazd, mająca w swych szeregach mistrzów Europy i świata. I Messiego. No i nowy nabytek – Neymara.
Widok, jakim rozkoszował się Martino, mógłby niejednego przyprawić o zawrót głowy. Każdy śmiertelnik byłby w siódmym niebie, napawając się przez kilkanaście sekund spektaklem będącym uwerturą do towarzyskiego meczu o Trofeum Joana Gampera przeciwko drużynie Santosu, która miała zostać zmiażdżona 8:0. Ale Martino jest inny. W ten upalny wieczór, zaraz po rozpoczęciu spotkania, Argentyńczyk nadepnął stopą na wapienną linię i przez chwilę próbował pochwycić skrawek papieru podrygujący nad boiskiem w rytm powiewu nocnej bryzy. Chwilę wcześniej dotknął tę samą linię i się przeżegnał. Futbol to praca, trening, planowanie i talent, ale wciąż ma swoje rytuały, swoją przesądną i nieodgadnioną naturę.
Ubrany w granatowe spodnie i błękitną marynarkę, Martino rozwiał już pierwszą wątpliwość wielu kibiców Barçy i dziennikarzy piszących o drużynie.
„Nie włożył dresu!”, niosło się po trybunach Camp Nou. W Barcelonie, w której za czteroletnich rządów Pepa Guardioli ławka trenerska zmieniła się w wybieg mody, nie była to błaha informacja.
Podczas meczu Martino udowodnił, że słowa obraca w czyny. Jeśli przed kilkoma dniami podkreślał potrzebę odbudowania pewnej intensywności utraconej przez zespół, tego wieczoru – niezależnie od słabości Santosu – „wysoki pressing” zadziałał znakomicie. I to Messi – jakżeby inaczej – utorował drogę w nowym klubie byłemu trenerowi Newell’s i reprezentacji Paragwaju. Już w siódmej minucie przechwycił piłkę z lewej strony pola karnego i strzelił na 1:0. Pierwszy gol nowej i długiej serii, najlepszy sposób, w jaki Messi mógł pomóc swojemu rodakowi. Mimo iż obaj pochodzą z Rosario, wbrew temu, co myślano na początku, i temu, co sam Martino powiedział przed odlotem do Hiszpanii, słynna „dziesiątka” nie orędowała osobiście za objęciem Barçy przez byłego trenera Newell’s. Co nie znaczy, że Messi nie odczuwał z tego powodu satysfakcji.
Owładnięta obsesją na punkcie tożsamości, „genu Barçy”, „DNA Barçy” oraz rzekomych korzyści płynących z faktu, iż większość piłkarzy i sztab szkoleniowy należą do „rodziny”, niemała grupa osób stanowiących rdzeń FC Barcelony osłupiała, kiedy potwierdziło się, że Martino przejmie stery. Kończyła się era Holendrów, takich jak Johan Cruyff, Louis van Gaal i Frank Rijkaard, oraz Hiszpanów i Katalończyków, jak Guardiola i Vilanova, a klub wkraczał na nieznane terytorium. Zwolennicy Barcelony mieli różnorodne obawy i jedną z nich była możliwość utraty przez zespół owej „tożsamości”, a także wyrzeczenie się swojej głównej cechy – posiadania piłki i robienia z nią rzeczy niewyobrażalnych. Jednocześnie nieufni Katalończycy byli w skrytości ducha przerażeni perspektywą, że jakiś Argentyńczyk zamelduje się w centrum ich życia z całym bagażem nowych słów, karkołomnej składni i codziennych niekończących się refleksji. A przecież już Guardiola podjął na swój sposób taką próbę – zresztą udaną – aby zakochano się w słowach, w dyskursie, w obrazie. Jednak Guardiola nie był Argentyńczykiem, nie było zagrożenia, że będzie perorował w nieskończoność. I przez większość czasu zwracał się do nich po katalońsku. Wielu wciąż pamiętało Menottiego i Maradonę – Argentyńczyków do szpiku kości, choć w kwestii wypowiedzi należących do dwóch różnych światów – ale najbardziej zbliżonym punktem odniesienia był Marcelo Bielsa, trener o niemal kalwinistycznej moralności, jakkolwiek nazbyt rozwlekły, drobiazgowy, nadmiernie przenikliwy i zagmatwany w swoich wywodach jak na gust przeciętnego Hiszpana. Poza piłkarskim talentem, być może jedną z cech, która potęguje uwielbienie, jakim Katalończycy darzą Messiego, jest to, że mało mówi, że jest najmniej argentyński spośród Argentyńczyków.
Z tego powodu Martino okazał się miłą niespodzianką dla tych, którzy nigdy go nie słyszeli. „Jego wypowiedzi nie mają nic wspólnego z uwodzicielską i tak typową argentyńską prozą, dajmy na to Menottiego, i bez wątpienia są całkowitym przeciwieństwem często niezrozumiałego słowotoku Bielsy”, skomentował dziennik „Mundo Deportivo”, który z ponadstuletnim stażem jest jedną z najstarszych sportowych gazet na świecie.
W rzeczy samej Martino wyciął wszystkim niezły numer – na swojej pierwszej konferencji prasowej zaskoczył wypełnione po brzegi audytorium, odpowiadając tak, jakby był Niemcem, nie Argentyńczykiem. Jego wypowiedzi rzadko przekraczały minutę, ale zawsze dokładał starań, aby rozłożyć na czynniki pierwsze to, o co go pytano, a jeśli wydawało mu się, że o czymś zapomniał, przepraszał i prosił o powtórzenie części pytania. W tych pierwszych tygodniach na nowym stanowisku przykuwa uwagę zdanie, które definiuje jego lakoniczność, klarowność i stanowczość: „Jestem nowy w LaLidze, ale nie w futbolu”. W późniejszych tygodniach takich stwierdzeń pojawi się więcej. „Jestem trenerem, który nie jest ani stąd, ani nie jest Holendrem”, wypalił w odpowiedzi na pierwsze słowa krytyki formułowane przez media. Nie zawahał się w swoim debiutanckim klasyku przeciwko Realowi Madryt, wygranym 2:1, zmienić w drugiej połowie Andrésa Iniestę na Alexa Songa. Wyjaśnił później bez owijania w bawełnę: „Tak, była to zmiana defensywna i jeśli zajdzie taka potrzeba, zrobię to ponownie”.
„Tata wyraża się bardzo jasno”, przyznał Cesc Fàbregas, który po objęciu przez Argentyńczyka stanowiska trenera nosił się z zamiarem odejścia z Barcelony do Manchesteru United. „Przez myśl mi nie przeszło, żeby nie brać go pod uwagę”, powie Martino po spotkaniu wygranym z Santosem 8:0. „Ucięliśmy sobie pogawędkę, króciutką. No, w zasadzie mówiłem tylko ja”.
Cesc pozostał w Barcelonie i stał się jednym z najlepszych zawodników w pierwszych miesiącach „ery Taty”, która nastała po „erze Tito”. Był to okres, kiedy drużyna zdobyła Superpuchar Hiszpanii, wymęczając zwycięstwo w meczu z madryckim Atlético prowadzonym przez Diego Simeone, i wygrała kolejne mecze będące mieszanką dobrej gry, gorączkowości, wątpliwości i sporej dawki niepokoju. W konserwatywnej Barcelonie dość szybko zapaliły się czerwone lampki.
Jordi Costa z „La Vanguardia” zwrócił uwagę na zdanie, w którym Martino prosi swoich piłkarzy o „wygrywanie pojedynków o piłki niczyje i przejmowanie drugich piłek”, ostrzegając o wiszącym nad Barceloną niebezpieczeństwie. „To nie do pomyślenia, żeby trener czarodziejów piłki, takich jak Xavi, Iniesta, Messi czy Neymar, chciał ich zaprząc do kieratu walki o drugie piłki, wbrew naturze prowadzonej przez siebie drużyny”.
Nie wydawało się, żeby Martino wziął sobie tę radę do serca, bowiem zespół bez gadania przeszedł do realizacji założeń nowego trenera i zaczął odchodzić od niektórych dogmatów z poprzednich pięciu lat. Dogmatów doprowadzonych do skrajności, jak wówczas, gdy na stronie internetowej klubu podkreślono w tytule, że drużyna posiadała piłkę dłużej od Bayernu… w półfinałowym meczu Ligi Mistrzów, w którym została rozgromiona w Monachium 4:0.
Nie jest też prawdą, że wszyscy byli zaniepokojeni. Víctor Valdés, znakomity pierwszy bramkarz Barcelony, przyznał, że przez lata usiłował przekonać Guardiolę i Vilanovę co do zasadności krycia indywidualnego przy niektórych stałych fragmentach gry. Pojawił się Martino i dał Valdésowi to, czego ten żądał – „system mieszany”, o wiele bardziej elastyczny i pragmatyczny.
Podobnie stało się z Gerardem Piqué, młodym symbolem drużyny, który – mimo iż jest stuprocentowym Katalończykiem – odważył się zaprzeczyć, że wszystko, co „nasze”, jest lepsze od tego, co przychodzi z „zewnątrz”. Piqué, środkowy obrońca o świetnej posturze, mąż Shakiry, wziął na celownik nic innego jak system „tiki-taka”, dumę Barçy i reprezentacji Hiszpani ostatnich pięciu lat.
„Po wielu latach prowadzenia zespołu przez trenerów wywodzących się z Barçy – najpierw Pepa, potem Tito – być może doprowadziliśmy nasz styl gry do takiego punktu, że staliśmy się niewolnikami tego systemu”, przyznał Piqué Filippo Ricciemu, korespondentowi „La Gazzetta dello Sport” w Hiszpanii. I posunął się jeszcze dalej: „Teraz zjawił się Tata, człowiek z zewnątrz, który podziela tę samą wizję futbolu, czyli posiadania piłki, ale który pokazuje nam inne możliwości. Uważam, że jest to słuszne podejście, ponieważ daje nam różne opcje. Kiedy jesteśmy spychani do defensywy, wykonanie kilku długich podań nie jest niczym złym, dzięki nim możemy urozmaicić grę, złapać oddech, nie pozwolić przeciwnikowi, żeby nas okiełznał i zostawił bez możliwości wyjścia”. Konkluzja była oczywista: „Próba rozwijania nowych koncepcji, wariantów, jest czymś normalnym – po tylu latach przeciwnicy wiedzą przecież doskonale, jak atakujesz, jak się poruszasz”.
Upłynął zaledwie tydzień od tych śmiałych refleksji Piqué i futbol przyznał mu w pewnym sensie rację, Barcelona pokonała bowiem Rayo Vallecano i po raz pierwszy od 315 meczów – czyli od pięciu lat i czterech miesięcy – miała niższy wskaźnik posiadania piłki niż przeciwnik. Na stronie FC Barcelony można było przeczytać, że wyższe posiadanie uzyskał Rayo w stosunku 51–49, choć na stronie LaLigi podano wynik 52–48 na korzyść Katalończyków. Prawda jest taka, że należałoby się cofnąć do 7 maja 2008 roku i porażki 4:1 na stadionie Santiago Bernabéu w meczu z Realem Madryt, aby doszukać się rywala Barcelony odbierającego jej prymat w posiadaniu piłki. Miało to miejsce w schyłkowym okresie Franka Rijkaarda, na chwilę przed rozpoczęciem „ery Guardioli”.
Paco Jémez, trener Rayo, stwierdził, że rozumie powody, dla których Martino postanowił odejść od dogmatu posiadania piłki: „Uwalnia od wysiłku określonych zawodników, aby byli wypoczęci po otrzymaniu podania – dawniej presję wywierali wszyscy”. Jémez miał na myśli Messiego i Neymara, dwie wielkie gwiazdy ataku.
Nie ulega wątpliwości, że Martino przyszedł do Barcelony z jasną koncepcją i silną osobowością, choć wszystko zależało, jak niemal zawsze w piłce nożnej, od wyników. Argentyńczyk znał od podszewki zalety i defekty tej drużyny na długo przed tym, zanim został jej szkoleniowcem, tyle że teraz nie siedział już z przyjaciółmi przy kawiarnianym stoliku w Rosario, ale stał za sterami katalońskiego okrętu. Choć nie całkiem sam, bo towarzyszyło mu dwóch z owych dyskutantów od futbolu i filiżanki kawy – jego asystent Jorge Pautasso i trener przygotowania motorycznego Elvio Paolorosso.
Podczas tych pierwszych tygodni przebiegających w zawrotnym tempie przygotowań, w trakcie których Barcelona odwiedziła Norwegię, Niemcy, Palestynę, Izrael, Malezję i Tajlandię, spotykając się z premierami, prezydentami i księżniczkami, Martino otrzymał bezwarunkowe wsparcie ze strony Josepa Marii Casanovasa. Wydawca dziennika „Sport” kilka tygodni wcześniej opowiedział się za byłym piłkarzem Luisem Enrique, kandydatem, który według Rosella nigdy nie był pierwszym wyborem na następcę Vilanovy. Teraz Casanovas wychwalał pod niebiosa Martina: „To człowiek szczery, z charakterem, wypowiada się rozsądnie, traktuje piłkarzy w sposób naturalny i z szacunkiem. Nie ma nic wspólnego ze stylem Guardioli. Pochodzi z innej szkoły i ma swój sposób działania. Tito Vilanova był kontynuatorem, Tata jest odnowicielem”. A to jeszcze nie wszystko: „W szatni powiało świeżością. Messi nie jest już nietykalny w składzie. Rotacje są obowiązkowe. Cesc ma większą swobodę ruchów. Neymar wszedł do zespołu jako jeden z wielu, mimo otaczającego go nimbu sławy. W Martino podoba się nam jego naturalność, prostota, równowaga. Mówi piłkarzom to samo, z czym później wyjdzie do mediów, i nic się nie dzieje. Albo raczej dzieje coś – trener zyskuje na wiarygodności, zważywszy jak bardzo jesteśmy znużeni szkoleniowcami, którzy klepią dyskurs dla mediów niemający nic wspólnego z rzeczywistymi działaniami w szatni”.
Początkowo nieco nieufny w obliczu natłoku konferencji prasowych – trzy, cztery w tygodniu, co jest standardem w Europie – Martino stopniowo czuł się coraz swobodniej. Chcąc nie chcąc, ograniczył do minimum obecność języka katalońskiego w kontaktach z mediami. Dziennikarze, pozbawieni możliwości rozmowy z jednym ze „swoich”, zostali zmuszeni do zadawania pytań po hiszpańsku i słuchania odpowiedzi po „argentyńsku”1. Martino zajęło sporo czasu, żeby zrozumieć, że dyrektor sportowy Barcelony, człowiek, który zadzwonił do niego z propozycją kontraktu, nazywa się Andoni Zubizarreta, a nie „Ándoni”, jak z uporem maniaka wymawiał przez długie dni, kładąc akcent na literę „A”.
Szybko też zrozumiał, że nie zawsze opłaca się mówić to, co się myśli, a już na pewno trzeba gryźć się w język w kontekście odwiecznego rywala, Realu Madryt. Nie należy wygłaszać opinii, że „kwoty, o jakich się mówi” w związku z transferem Walijczyka Garetha Bale’a – w granicach stu milionów euro – to wyraz „braku szacunku dla całego świata”.
Martino stopniowo nauczy się, jak jako trener stawić czoło mediom, gdzie każde jego słowo, każdy gest, każdy najdrobniejszy detal analizowany jest pod lupą w gazetach, rozgłośniach radiowych, telewizjach, na blogach i w mediach społecznościowych.
Z tego powodu nie wyraził swojej opinii na temat Cristiano Ronaldo, który został najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie – dwadzieścia jeden milionów euro netto rocznie, według „El País” – a tym bardziej na temat jego stylizacji, będącej czymś w rodzaju połączenia Zoolandera i Clarka Kenta, bo to na nią Portugalczyk zdecydował się we wrześniu 2013 roku, gdy podpisywał kontrakt wiążący go z Realem Madryt do 2018 roku. Przynajmniej w tym aspekcie Cristiano przewyższał chwilowo Lionela Messiego, rywala, którego zawsze ma na oku.
Nie, Martino – inteligentna i świetnie wyszkolona technicznie „dziesiątka” w czasach swojej piłkarskiej kariery – czuje się naprawdę komfortowo dopiero na boisku, z gwizdkiem zawieszonym na szyi i założoną odwrotnie bejsbolówką, której daszek osłania kark przed słońcem podczas treningów. Ma do dyspozycji Neymara, Iniestę, Xaviego, Messiego. A przede wszystkim wierzy w siebie, bardzo mocno wierzy. Wyznał to Rosellowi pewnego wieczoru, rozkoszując się wonią Morza Śródziemnego, u schyłku pogodnego katalońskiego lata: „Będą musieli mnie stąd wywieźć nogami do przodu”.
Nie został wywieziony nogami do przodu, nic podobnego się nie wydarzyło. Ale w niecały rok później Martino opuścił Barcelonę. Odszedł rozgoryczony, bo był o włos od zwycięstwa ligowego, którym niektórzy zawodnicy chwilami nie wydawali się naprawdę zainteresowani. FC Barcelona nie była tym, czego oczekiwał Martino. A Martino nie był tym, czego pragnęła Barcelona, zakładając, że klub rzeczywiście wiedział, czego chce.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1 Język hiszpański funkcjonuje w dwóch głównych odmianach: iberyjskiej, używanej w Hiszpanii, oraz latynoamerykańskiej, obejmującej wiele wariantów regionalnych. Różnią się one wymową, słownictwem, a częściowo także gramatyką. Odmiana używana w Argentynie i Urugwaju uchodzi za jedną z najbardziej rozpoznawalnych – Argentyńczyk jest w świecie hispanofońskim rozpoznawalny niemal od pierwszego zdania [przyp. red.].
ROZDZIAŁ 1. FIESTA
ROZDZIAŁ 2. ZASKOCZENIE
Okładka
