Melodia serca - Natalie Anderson - ebook
Opis

Książę Antonio De Santis po śmierci narzeczonej postanowił poświęcić się pracy i obowiązkom. Gdy poznaje piękną i uwodzicielską primabalerinę Bellę Sanchez, jego życie znów nabiera kolorów. Bella sprawia, że znowu chce mu się śmiać i robić rzeczy, które kocha. Jest jednak nieodpowiednią kobietą dla księcia, więc ich romans musi pozostać w ukryciu. Ale Belli, która wyznaje zasadę „wszystko albo nic”, to nie wystarczy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Natalie Anderson

Melodia serca

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Koronowany książę Antonio De Santis, wymknąwszy się po cichu z pałacowej siłowni, podążał ciemną ulicą, smakując skradzioną chwilę wolności.

Cisza. Samotność. Ciemność. Spokój.

Pod nasuniętym na twarz kapturem bluzy był niemal niewidoczny. Jednak wkrótce będzie musiał wracać. Za godzinę ulica zaroi się od robotników pospiesznie kończących przygotowania i sprawdzających stan zainstalowanych poprzedniego dnia zapór. Tłum też zbierze się wcześnie. Rajd samochodowy Świętego Filipa rozpoczynający doroczny karnawał, był prestiżowy, a rywalizacja wyjątkowo zacięta. Wszystko to oznaczało, że przez następne kilka tygodni książę Antonio, jedyny reprezentant rodziny królewskiej, będzie jeszcze bardziej zajęty niż zwykle. Uroczyste bale, spotkania handlowe i towarzyskie będą wymagały jego stałej obecności. A tymczasem sławni i bogaci tego świata będą sobie dogadzać i podziwiać piękno jego kraju.

I jak co roku, będzie musiał ze wszystkim sobie poradzić.

Dotarł do skrzyżowania. Ulica w lewo, prowadząca do centrum miasta, była deptakiem pełnym barów i restauracji, które wkrótce wypełnią się obserwatorami rajdu. Mimochodem zauważył, że do ostatnio odnowionej, zdobionej fasady byłej remizy przymocowano cztery litery z brązu: BURN.

Odczytał je jako wyzwanie i żądanie zarazem, a także jawne oznajmienie intencji. Najwidoczniej Bella wcale nie zamierzała się ukrywać.

Antonio w zamyśleniu zmarszczył brwi. Nagle okno tuż obok otworzyło się z takim rozmachem, że okiennica z trzaskiem uderzyła o ścianę. Krok bliżej, a dostałby w głowę.

Zatrzymał się gwałtownie. Nawet w okresie karnawału klub powinien być o tej porze zamknięty. Zerknął w otwarte okno, spodziewając się zobaczyć balujące podchmielone towarzystwo, ale nie dostrzegł nikogo. Nie było też słychać muzyki ani w ogóle żadnych odgłosów. Wydawało się, że w pokoju nie ma nikogo, ale w głębi przemknęło coś białego… Przyjrzał się dokładniej i dostrzegł kobietę ubraną w coś białego, luźnego i kusego. Niewiarygodnie długie nogi poruszały się niezwykle szybko.

Strój zidentyfikował jako krótką koszulkę nocną. Kobieta otworzyła kolejne okno i znów się odwróciła. Stopy w balerinkach poruszały się szybko, kasztanowe włosy wirowały wokół głowy. Dopiero kiedy otworzyła trzecie okno, zobaczył z bliska jej twarz.

Uśmiechała się, ale to nie był żaden z tych uśmiechów, jakie widywał najczęściej. Nie trwożny, nerwowy, ciekawy czy też prowokujący. Ten był przepełniony czystą radością i Antonio nagle zapragnął cofnąć się w mrok, choć nie potrafił się na to zdobyć.

Wiedział oczywiście, że przeniosła się do San Felipe. Jako władca księstwa nie mógł nie znać, przynajmniej ze słyszenia, Belli Sanchez. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że była o wiele bardziej zachwycająca niż na którymkolwiek ze zdjęć krążących w sieci. Ale jej obecność mogła oznaczać kłopoty. A on nie chciał kłopotów w stolicy swojego kraju. Dlatego nie chciał też Belli.

Jednak wciąż tkwił tam jak przyklejony do chodnika, obserwując, jak radośnie krąży po pokoju, od jednego okna do drugiego.

Wykonała jeszcze kilka tanecznych pas i zatrzymała się przy tym, przez które ją obserwował.

‒ Ciekawy widok? – Uśmiech znikł, a głos ociekał sarkazmem.

Nie drgnął, więc wychyliła się bardziej, a zielone, kocie oczy uderzyły w niego jak laser. Wyglądała jak gotowa do ataku furia.

Czyżby próbowała go przestraszyć? Gwałtownym ruchem zrzucił kaptur bluzy.

Rozpoznała go, ale jej twarz pozostała nieprzenikniona i jakimś cudem wydawała się teraz wyższa.

‒ Wasza Wysokość – odezwała się cierpko. – Mogę w czymś pomóc?

Niestety nie potrafił zdobyć się na odpowiedź, zupełnie jakby język przyrósł mu do podniebienia. Jak na tak wczesną porę była zdumiewająco promienna, a bez makijażu wyglądała świeżo, wręcz dziewczęco.

Antonio starannie unikał spotkań sam na sam z kobietami, zwłaszcza z modelkami, aktorkami i celebrytkami, ale ze względu na książęce obowiązki ich drogi wciąż się krzyżowały. W ciągu ostatnich kilku lat spotkał setki, a być może tysiące zachwycających, chętnych kobiet. I konsekwentnie odrzucał wszelkie propozycje.

Co prawda, żadna nie dorównywała Belli urodą. Żadna też nie spoglądała na niego tak wyniośle.

Nadal milczał, więc zbliżyła się o krok.

‒ Śledzisz mnie?

Nic z tych rzeczy. Raczej jej unikał.

‒ Coś nie tak? – Znów to pełne wyższości spojrzenie. – Klub jest zamknięty. Tylko wietrzę pomieszczenia – wyjaśniła.

‒ Z różnych podejrzanych zapachów? – Słyszał plotki i nie myślał ich ignorować.

Uśmiechnęła się, ale zupełnie inaczej niż wcześniej.

‒ To miejsce dla niepalących. Nie ma żadnych podejrzanych zapachów.

‒ Są jeszcze inne występki – odparł ze spokojem. – Salvatore Accardi ostrzegł mnie, że twoja obecność przysporzy San Felipe wyłącznie kłopotów.

Był ciekaw jej reakcji na wzmiankę o Accardim, ale się nie doczekał. Nawet nie mrugnęła okiem.

Salvatore Accardi, były włoski polityk, miał w San Felipe dom i prawo stałego pobytu. I najprawdopodobniej był ojcem Belli.

Urodziła się przed dwudziestu laty, jako owoc romansu żonatego Salvatorego i jego kochanki, seksbomby. Aferę opisano w prasie, ale polityk nigdy nie przyznał się do ojcostwa i konsekwentnie odmawiał udziału w badaniach genetycznych. Nie porzucił ciężarnej żony i wychowywał córkę, urodzoną zaledwie trzy miesiące wcześniej niż Bella.

Bella została tancerką, a później znalazła zatrudnienie w domu schadzek w księstwie Antonio. Salvatore uważał jej obecność w San Felipe za niekorzystną dla kraju.

‒ Czy to coś złego, dać ludziom rozrywkę? – spytała teraz, wzruszając smukłym ramieniem.

Jako tancerka była drobna, ale świetnie umięśniona.

‒ Może i nie, ale tobie chodzi raczej o zemstę na Accardim.

‒ To ci powiedział? – Pod wpływem gniewu na chwilę straciła zimną krew. – Naprawdę uważasz, że można wierzyć w każde jego słowo?

W głębi duszy Antonio nigdy nie polubił Salvatorego, ale w kwestii prawdziwości jego słów nie miał zdania. Plotki o jego skorumpowaniu były tylko plotkami. A czy się łajdaczył, czy nie, to była wyłącznie jego sprawa. Zbyt długo mieszkał w San Felipe, by można było mu kazać opuścić kraj. Nie było też powodu odmawiać pozwolenia na pobyt i pracę Belli.

Według prawa każdy był niewinny, dopóki nie udowodniono mu winy.

W krótkiej białej koszulce Bella wyglądała niewinnie i seksownie zarazem. Pod cienką bawełną nie nosiła bowiem nic i przy ruchach mógł bez trudu dostrzec zarys ponętnego ciała.

‒ Nie jestem pewien, czy takie miejsce pasuje do San Felipe – powiedział sztywno.

‒ Przecież działają tu już różne kluby – odparła miękko, ale jej spojrzenie pozostało twarde.

Tak mocno wychyliła się przez okno, że miał tuż przed oczami nieskrępowane stanikiem piersi.

‒ I to wcale nie jest klub erotyczny. Nie ma tańca na rurze, striptizu ani narkotyków – tłumaczyła żarliwie.

Matka Belli, Madeline Sanchez, jedna z najbardziej znanych utrzymanek na świecie w czasach, kiedy takie rzeczy uchodziły za skandal, zmarła z przedawkowania ponad rok wcześniej w swoim paryskim apartamencie.

‒ To legalny klub taneczny – dodała spokojniej. – A ja jestem bardzo odpowiedzialną osobą.

‒ Ty jesteś przede wszystkim bardzo młoda – zawiesił znacząco głos. – I nie masz doświadczenia w prowadzeniu podobnego przedsięwzięcia.

Przez moment wydawało mu się, że wybuchnie, ale pod jego uważnym spojrzeniem zapanowała nad gniewem. I najwyraźniej była gotowa do riposty, a on, ku swemu zaskoczeniu, był jej ciekawy.

W tej samej chwili zapraszająco otworzyła ramiona.

‒ Może wejdziesz i sam zobaczysz – zaproponowała cichym, zmysłowym tonem. – Sprawdź, czy znajdziesz w moim klubie coś, co ci się nie spodoba.

Nagle zaczęła wyglądać jak wcielony symbol seksu. Tylko w głębinach oczu czaił się gniew, a palce drżały lekko, zanim zacisnęła dłonie w pięści.

‒ Dobrze – odparł, ponieważ był pewny, że ją tym zaskoczy.

Sądziła, że odmówi grzecznie, ale chłodno, uśmiechnie się z dystansem i odejdzie. Zablefowała, a on zrobił to samo i z satysfakcją obserwował jej krwistoczerwony rumieniec.

Zaczekał, aż odrygluje ciężkie drzwi i wszedł do środka, a kiedy je z powrotem zamknęła, ruszył za nią.

‒ Jak widzisz, żadnych podejrzanych zapachów – powiedziała znacząco. – Nic nielegalnego.

Elegancki parter pachniał czystością, jakby co noc nie tańczyło tu pięciuset spoconych klubowiczów. Zerknął w górę, odwracając wzrok od widoku zgrabnych nóg Belli, i zobaczył dekadencką tapetę i poręcz z kutego żelaza, chroniącą amatorów tańca na półpiętrze. Żyrandole nawet o tej wczesnej godzinie były wciąż zapalone. Nie był w nocnym klubie przynajmniej od dziesięciu lat. Koronowany tuż po dwudziestce, już dużo wcześniej nauczył się powściągać zachcianki i kontrolować swoje zachowanie. Zawsze był bardzo obowiązkowy.

Teraz nagle poczuł tęsknotę za tym straconym czasem. Nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio tańczył.

Weszli do baru.

‒ Pewno chcesz zobaczyć pozwolenie na sprzedaż alkoholu – bardziej stwierdziła, niż spytała. – Proszę bardzo, jest na swoim miejscu. Wyjścia awaryjne też są dobrze oznakowane – dodała oficjalnym tonem. – Jak wiesz, kiedyś była tu remiza.

Owszem, wiedział o tym. Na razie jednak fascynował go ogień płonący w jej oczach.

‒ Biuro jest na górze – powiedziała, odwracając się twarzą do niego.

‒ Prowadź. – Teraz nie zamierzał zaniedbać najmniejszego drobiazgu.

Znów wprawił ją w zdumienie, nad którym jednak błyskawicznie zapanowała. No tak, normalnie koronowany książę nigdy nie wszedłby na piętro cieszącego się wątpliwą sławą klubu nocnego, zwłaszcza sam na sam z uwodzicielską syreną… Był jednak zdecydowany kontynuować kontrolę.

Uśmiechał się lekko, wchodząc po kręconych schodach, po chwili jednak spoważniał. Od lat nie był sam na sam z tak niekompletnie ubraną kobietą. Próbował skupić uwagę na czymś innym niż jej nogi, ale nie potrafił. Poczuł ulgę, kiedy osiągnęli półpiętro i Bella pospieszyła otwierać kolejne okna. Kiedy skończyła, otworzyła drzwi z napisem „Prywatne”.

Za nimi był kolejny ciąg schodów.

Tym razem uległ chęci podglądania. Skoro go nie widziała… A jednak, kiedy odwróciła się do niego przed wejściem do biura, policzki miała lekko zaróżowione.

Najwyraźniej ostatnie piętro było jej prywatną przestrzenią i wyglądało zupełnie inaczej niż mroczny i zmysłowy klub poniżej. Pokój był jasny, miał białe ściany i kremowy dywan na podłodze. Większą część zajmowało masywne biurko. Stał na nim włączony laptop, obok piętrzył się stos dokumentów. Za biurkiem szafa na dokumenty, przed nim kilka krzeseł. Antonio stał nadal, bo zauważył kolejne drzwi, a za nimi małą kuchenkę. Zapewne było tam również łóżko. Niepotrzebnie tu przyszedł. To był błąd, na jaki nie powinien był sobie pozwolić.

Bella zerknęła na niego. Trudno było uwierzyć, że koronowany książę znalazł się w jej biurze. Wbrew jej przekonaniu nie odmówił zaproszeniu, choć było jeszcze bardzo wcześnie, a ona nie w pełni ubrana.

Rozpoznała go już w chwili, kiedy ściągnął kaptur. Wcale nie przypominał oficjela, znanego jej dotąd tylko z ekranu telewizora i okładek czasopism. Tamten był wysoki, szeroki w ramionach, starannie ubrany i uczesany. Doskonały w każdym calu, bardzo oficjalny i daleki.

Ten, który stał przed nią, nawet się nie ogolił, a włosy miał potargane. Chyba biegał, bo miał na sobie znoszoną bluzę, spodnie od dresu i sportowe buty. Z całej postaci emanowało napięcie, a i ona czuła się w jego towarzystwie dziwnie rozedrgana. Nie zdarzyło jej się to wcześniej przy żadnym mężczyźnie.

‒ Wszystkie informacje znajdziesz tutaj.

Otworzyła segregator i podsunęła mu do przejrzenia, bo nagle zapragnęła, żeby jak najszybciej rozwiał swoje wątpliwości i już sobie poszedł. Nie zamierzała jednak zrezygnować z udowodnienia mu, że potrafi zarządzać klubem.

Pomimo niekompletnego stroju nie czuła zażenowania. Spała niecałe dwie godziny, bo tyle miała pracy. Klub był otwarty dopiero od tygodnia i choć sytuacja wyglądała obiecująco, sporo jeszcze upłynie czasu, zanim będzie mogła mówić o sukcesie.

Antonio nie komentował przeglądanych dokumentów, natomiast co chwila rzucał jej ukradkowe spojrzenia. Kolejny, pomyślała. Była przyzwyczajona do męskich spojrzeń. Wszyscy chcieli tego samego. I sądzili, że wiedzą o niej wszystko. Ale ten, milczący, powściągliwy, oceniający, różnił się od innych..

Podobno miał złamane serce.

Jego historia była powszechnie znana. Miłość jego życia zmarła na nowotwór zaledwie dwa miesiące po koronacji, co zbiegło się z wypadkiem, w którym zginęli oboje jego rodzice. Od tamtej pory nie związał się z żadną inną kobietą. Razem z narzeczoną pogrzebał swoje serce. W społeczeństwie dominowała wiara, że uleczyć go i uszczęśliwić może tylko miłość czystej i doskonałej kobiety.

Zmęczona jego rezerwą, nagle zapragnęła wywołać w nim jakąkolwiek reakcję.

‒ Dlaczego tak na mnie zerkasz, jakbym czegoś nie dopatrzyła? Powinnam była powitać cię ukłonem? A może przyklęknąć?

Pożałowała tych słów, jeszcze zanim przebrzmiały. Bo reakcja była zerowa. Nie drgnął mu ani jeden mięsień. Nie wymówił słowa. Wciąż tylko chłodno taksował ją wzrokiem.

Zawstydzona, zarumieniła się mocno. W tej chwili poczuła się tak, jak postrzegał ją świat. Jak skandalizująca kusicielka. Choć nie była to prawda.

On natomiast był tak zimny, jak opowiadano. A jednocześnie niezwykle atrakcyjny.

‒ Będziesz się musiała lepiej postarać – rzucił nagle. – Nie ty pierwsza próbowałaś mnie uwieść nagością i tańcem.

Jego słowa bardzo ją zabolały.

‒ Nie jestem naga…

‒ Ale i nie ubrana.

‒ I wcale nie tańczyłam. To była tylko poranna rozgrzewka. I wcale cię nie widziałam. To ty przystanąłeś, żeby popatrzeć.

Nadal nie odrywał od niej wzroku i to było coś innego. Dużo bardziej intensywnego niż zwykłe męskie zainteresowanie.

‒ Znam te wszystkie sztuczki – mruknął. – Gwarantuję, że nie zadziałają.

‒ Wydaje ci się, że jesteś aż tak atrakcyjny?

‒ Daruj sobie, naprawdę widziałem i słyszałem już wszystko. Współczucie, minoderię, napastliwość… Nie licz, że mnie czymś zaskoczysz.

‒ I uważasz, że chciałabym mieć z tobą cokolwiek wspólnego? – spytała gniewnie.

W odpowiedzi skrzywił się wyniośle.

Był arogancki, bardzo przystojny i niewątpliwie ją pociągał. Ale nie brakowało jej rozumu.

‒ W ogóle mnie nie interesujesz – oznajmiła, udając obojętność.

‒ Ale ty mnie interesujesz – odpowiedział miękko i nagle odniosła wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod nóg.

‒ Dlaczego przyjechałaś do San Felipe? – spytał, przysuwając się bliżej. – Dlaczego akurat teraz?

W niebieskich oczach dostrzegła człowieczeństwo i nagle zatęskniła za normalną, szczerą rozmową. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że jej tego nie wolno. Antonio był w zbyt dobrych stosunkach z jej ojcem, który się jej wyparł. No i najwyraźniej z wrodzoną arogancją założył, że chciałaby zostać jego kochanką.

Najlepiej, żeby już sobie poszedł, niestety chyba nie miał takiego zamiaru. W dodatku wyciągnął rękę, jakby chciał ująć jej dłoń.

‒ Dlaczego teraz, Bella?

Cofnęła się gwałtownie, żeby uniknąć bliższego kontaktu.

‒ Uważaj…

Ostrzeżenie przyszło zbyt późno. Osłabiona kostka zawiodła, a ona zatoczyła się, uderzając udem w kant biurka.

Antonio aż się skrzywił na widok bólu na twarzy Belli, która chwyciła się biurka, żeby nie upaść. Rozcięła nogę tuż nad kolanem. Z niewielkiej rany sączyła się krew.

Pobladła i zacisnęła wargi, starając się powstrzymać od skargi. Kiedy przyjrzał się bliżej, zauważył długą, poszarpaną bliznę biegnącą nierówno wzdłuż goleni.

Już tak dawno nikogo nie dotykał ani nie był dotykany, że prawie zapomniał jak to jest.

‒ Bella?

‒ W porządku. – Wyprostowała się i odetchnęła głęboko.

‒ Jasne – odparł, choć wiedział, że wcale tak nie było.

‒ Chyba nie myślisz, że to kolejna sztuczka?

‒ To przeze mnie upadłaś – odparł sztywno.

Chciał jej pomóc, ale czuł się dziwnie obezwładniony.

‒ Bez obaw, nie pozwę cię. Nie stało się nic gorszego od tego co już przeżyłam.

‒ Trzeba to opatrzyć. Masz apteczkę?

‒ Oczywiście – odparła, sięgając do szuflady biurka.

‒ Muszę to obejrzeć – powiedział z westchnieniem. – Inaczej cofnę ci pozwolenie na działalność.

Zagryzła zęby i opadła na fotel przy biurku. Antonio był coraz bardziej zły. Naprawdę nie chciała od niego pomocy. Czyżby aż tak ją obraził?

Sięgnął po niewielki pojemnik, który ściskała kurczowo. Rzuciła mu mordercze spojrzenie, ale otworzyła dłoń. Uśmiechnął się z satysfakcją i otworzył pudełko.

‒ Oprzyj się o biurko – polecił.

‒ To niekonieczne.

Nie był przyzwyczajony do powtarzania poleceń. Podniósł wzrok i napotkał jej gniewne spojrzenie.

‒ Oprzyj się o biurko.

Powoli, sztywno wykonała polecenie.

‒ Dziękuję – powiedział uprzedzająco grzecznie.

Przykląkł obok. Plotkowano, że jej karierę profesjonalnej tancerki zakończył uraz. Przez ostatnie dziesięć lat oglądał balet tylko z obowiązku, ale doceniał ciężką pracę, która pozwoliła jej osiągnąć naprawdę wysoki poziom.

Teraz nadal była bardzo zgrabna. I roztaczała wokół siebie delikatny, kwiatowy aromat, przywodzący na myśl letnie słońce. Wyobraził ją sobie na parkiecie, ale nie czuł podniecenia.

Widocznie nie był podobny do innych, pełnokrwistych mężczyzn. Nie miał na to czasu, nie miał do tego prawa.

‒ Naprawdę tańczyłaś od dziecka? – zapytał.

Delikatnie przemył i opatrzył ranę, unikając dotykania jej więcej, niż to było konieczne.

‒ Poważnie pytasz?

‒ Tak.

Skończył bandażować i podniósł wzrok. Wydawała się nienaturalnie nieruchoma. Odpowiedziała spojrzeniem zielonych oczu, które w tej chwili przypominały dwa głębokie stawy. Kiedy się uśmiechnęła, rozchylając pełne wargi, w stawach odbiły się gwiazdy. Wyglądała w tej chwili świeżo i pięknie.

Nagle zapragnął dotknąć tych cudownych warg…

Wstał gwałtownie, zachwiał się i na wszelki wypadek cofnął o krok. Powinien wyjść, zanim zrobi coś wyjątkowo głupiego.

‒ Piłeś coś? – spytała z goryczą, a jej uśmiech znikł.

‒ Nie piję – odparł krótko.

‒ Nie masz żadnych nałogów? Pewnie seksu też unikasz?

Słuszny wniosek. Minęły całe lata, odkąd z kimś był. Myślał wyłącznie o obowiązkach, pragnął służyć krajowi i społeczeństwu. Wszystkim, żywym i martwym. To była jego pokuta.

‒ Nie pijesz ‒ powtórzyła. – Więc narkotyki?

‒ Nie.

‒ Szybkie samochody?

Pokręcił głową.

‒ Głowa państwa nie może zostać ofiarą wypadku drogowego. To już się kiedyś zdarzyło, nie wydarzy się ponownie w San Felipe.

Tragedia jego rodziców zapadła ludziom w pamięć na długie lata.

‒ Więc pozostaje podglądanie.

‒ Gdybyś chciała prywatności, zasunęłabyś zasłony. Skoro tego nie zrobiłaś, najwyraźniej lubisz być obserwowana. Tak się robi karierę.

Zarumieniła się, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, w napiętą ciszę wdarł się sygnał telefonu.

‒ Odbierzesz czy mam ci pomóc?

Znów próbowała go sprowokować, głosem, wzrokiem, kobiecością. I choć nie przypuszczał, że jest aż tak słaby, własne ciało właśnie go zdradziło. Była taka śliczna, że po raz pierwszy od lat obudziło się w nim pożądanie.

‒ To moi ochroniarze. – Jednak nie odebrał telefonu.

‒ Dziwne, że pozwalają ci się kręcić samemu po ulicach – zauważyła sucho.

‒ W każdej chwili wiedzą, gdzie jestem.

‒ Zaplanowałeś to spotkanie?

‒ GPS – wyjaśnił krótko.

Przez cały czas był pod nadzorem, a nawet mógł bezgłośnie włączyć alarm. Musiał się na to zgodzić, jeżeli chciał wyjść bez towarzystwa.

‒ Śledzą twój każdy krok? Więc jesteś więźniem monitoringu…

‒ To coś innego. Niepokoją się, bo nie wróciłem do pałacu o zwykłej porze.

Telefon znów zadzwonił i tym razem wyciągnął go z kieszeni. Jeżeli się nie odezwie, ochroniarze wpadną tu w ciągu kilku minut.

‒ Zmiana codziennej rutyny – powiedziała kpiąco. – Ależ to zabronione.

‒ Ty też od lat codziennie tak samo rozgrzewasz się przed tańcem – odparł beznamiętnie. – Tacy już jesteśmy, że powtarzamy rozmaite czynności.

Z pewnym zaniepokojeniem przeczytał wiadomość od szefa ochrony. Jakim cudem dwadzieścia minut minęło tak szybko? Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. W krótkim czasie świat uległ radykalnej odmianie.

Ludzie zbierali się już gromadnie wzdłuż chronionych zaporami ulic. Gdzieniegdzie stali w dwóch, a nawet trzech rzędach. Zajęty przekomarzaniem się z Bellą, nie zauważył narastającego gwaru.

Szybko cofnął się do wnętrza pokoju. Nie powinien dać się u niej zauważyć. A jeszcze gorzej byłoby, gdyby go zobaczono wychodzącego od niej, zwłaszcza że wyglądał tak nieporządnie. Od razu wytłumaczono by to sobie opacznie.

Tymczasem jednak czuł się zupełnie rozbity. Czy to było pożądanie? Od tak dawna nie pragnął kobiety… Zacisnął telefon w dłoni i odwrócił się do niej. Stała nieruchomo, wsłuchana w dobiegający z zewnątrz gwar. Sądząc po minie, ona także nie była zachwycona faktem, że świat się już przebudził.

‒ To twój szczęśliwy dzień – mruknął.

Teraz to on prowokował ją, podobnie jak ona jego wcześniej.

‒ Będę tu musiał zostać.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

‒ Jak długo?

Pewnie dopóki ochroniarze nie wymyślą, jak go stąd dyskretnie zabrać.

‒ Dopóki ludzie nie pójdą do domów.

‒ Ale wyścig będzie trwał przez jakieś sześć godzin!

Jej widoczne zakłopotanie sprawiło mu przewrotną przyjemność. Nie chciała jego towarzystwa, tak samo jak on nie chciał jej.

Udając niewzruszonego, spojrzał jej prosto w oczy.

‒ Co proponujesz? Jak spędzimy czas?

Tytuł oryginału: The Mistress That Tamed De Santis

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Natalie Anderson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3398-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.