Mecz to pretekst. Futbol, wojna, polityka - Michał Kołodziejczyk, Anita Werner - ebook + audiobook

Mecz to pretekst. Futbol, wojna, polityka ebook i audiobook

Michał Kołodziejczyk, Anita Werner

4,4

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Można nie kochać futbolu, ale warto wiedzieć, jak wpływa na ludzi. Można nie być kibicem, ale warto zobaczyć, jak kibicowanie daje ludziom głos. Czasem to głos rozpaczy, bólu, złości, a czasem politycznej przynależności, akceptacji albo zwykłego szczęścia.

Przez wiele miesięcy w sześciu różnych krajach na własnej skórze sprawdzaliśmy, jak to działa: jak piłka nożna wpływa na miejsca i ludzi od lat żyjących w konflikcie, jak te konflikty widać w drużynach i na trybunach.

Dotarliśmy tam, gdzie normalnie trudno jest dotrzeć, pytaliśmy o to, o czym często normalnie się nie mówi. Rozmawialiśmy z czołowymi piłkarzami, wpływowymi politykami, z chodzącymi legendami, których nazwiska to marka.

To nie jest książka tylko dla kibiców piłkarskich, ale dla wszystkich, którzy potrafią łączyć kropki. Piłka nożna tłumaczy świat. To nie banał, to fakt.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 51 min

Lektor: Anita Werner

Popularność




Rodzicom

WSTĘP

Można nie kochać futbolu, ale warto wiedzieć, jak wpływa na ludzi. Można nie być kibicem, ale warto zobaczyć, jak kibicowanie daje ludziom głos. Czasem to głos rozpaczy, bólu, złości, a czasem politycznej przynależności, akceptacji albo zwykłego szczęścia.

Przez wiele miesięcy w sześciu różnych krajach na własnej skórze sprawdzaliśmy, jak to działa: jak piłka nożna wpływa na miejsca i ludzi od lat żyjących w konflikcie, jak te konflikty widać w drużynach i na trybunach.

Dotarliśmy tam, gdzie normalnie trudno jest dotrzeć, pytaliśmy o to, o czym często normalnie się nie mówi. Rozmawialiśmy z czołowymi piłkarzami, wpływowymi politykami, z chodzącymi legendami, których nazwiska to marka.

To książka nie tylko dla kibiców piłkarskich, ale dla wszystkich, którzy potrafią łączyć kropki. Piłka nożna tłumaczy świat. To nie banał, tak naprawdę jest.

Kto by pomyślał, że najbardziej rasistowski klub piłkarski jest w Izraelu? Kto by pomyślał, że Baskowie z Bilbao mogą wybić się na niepodległość w hiszpańskiej lidze? W Belfaście w Irlandii Północnej bomby już nie wybuchają na ulicach, ale czasem pójść na sąsiednią ulicę to jak podpalić lont, a pójść na stadion to jak pokazać, z której ulicy się jest. W Sarajewie nawet w rozmowach z piłkarzami słychać w tle świszczące kule snajperów, bo piłkarskie gwiazdy, zanim zabłysnęły w reprezentacji, musiały najpierw przeżyć. W Tyraspolu szeryf jest tylko jeden i rządzi nie tylko piłkarskim światem, ale i całą drużyną zwykłych ludzi, żyjących za jednostronną granicą. Kosowo z kolei ze swoją drużyną narodową jest jak uczący się chodzić bobas, który chce cieszyć się każdym kolejnym krokiem i pokazać wszystkim, jak dobrze mu idzie.

Bilbao, Tyraspol, Jerozolima, także Irlandia Północna, Kosowo oraz Bośnia i Hercegowina – wszędzie tam aż kipi od tematów, które są tabu, i od przeszłości, która boli. Każde z tych miejsc to jakaś tajemnica. Każde z tych miejsc to albo krew, albo pot, albo łzy, albo wszystko razem. Tam problemów nie da się zamieść pod dywan, tam wystarczy mecz, żeby zobaczyć je jak na dłoni.

Mecz to pretekst, bo futbol jest czymś więcej niż grą na boisku. To ludzie i ich historie, narody i ich kłopoty, wspólnoty i ich więzi, to przyjaźnie i ich próby. To samo życie.

IZRAELNikt nie rodzi się rasistą

Chcieliśmy spotkać się z Dudim, ale Dudiego już nie ma. Zamiast niego porannym autobusem z Jerozolimy do Tel Awiwu przyjeżdża David. Jest dobrze ubrany, ma eleganckie buty i spokojne, głębokie spojrzenie. Jak to w piątek, trwają przygotowania do szabasu, ale od kiedy David przełamał się i po roku siedzenia w domu wyszedł na zewnątrz, nie marnuje okazji, by świat poznał jego historię. Pokazuje ulotkę z reklamą warsztatów dla młodzieży i swoim zdjęciem. W trakcie zajęć opowiada głównie o tym, dlaczego Dudi musiał umrzeć.

Historia Dudiego to najnowsza historia Beitaru Jerozolima, klubu, po którego nazwie automatycznie dodaje się krótki opis: „najbardziej rasistowski na świecie”. Dudi walczył na pierwszej linii frontu, by jego ukochana drużyna została „na zawsze czysta”, jak głosi tekst na jednej z flag wywieszanych na stadionie Teddy. Beitar jest najpopularniejszym klubem w Izraelu, takim Juventusem albo Bayernem Monachium w lokalnym wydaniu – kibicują mu ludzie z całego kraju. Nie tylko ze względu na sportową klasę i zdobyte trofea. Ważna jest zasada: w Beitarze nie ma miejsca dla Arabów. Kiedy w sezonie 2012/13 właściciel klubu Arkady Gajdamak sprowadził do drużyny dwóch muzułmańskich piłkarzy z Czeczenii, trybuny zawrzały.

Grupa najbardziej ekstremalnych kibiców, La Familia, nie tylko nie zaakceptowała nowych zawodników, ale także rozpoczęła falę protestów: bojkotowała mecze, wygwizdywała zespół, zastraszała pozostałych piłkarzy na treningach. Zarządzający klubem Itzik Kornfein, który zresztą ze sprowadzeniem Czeczenów nie miał nic wspólnego, dostał od policji osobistą ochronę. Kornfein to były bramkarz, legenda klubu, ale to nie pomogło. Piękne wspomnienia zjadła świeża nienawiść. Przed jego domem organizowano pikiety. W czasie jednej z nich z megafonem i dmuchaną lalką z sex shopu stał Dudi Mizrahi. Informował cały świat, że „żona Itzika to kurwa”. Ale to było, zanim Dudi został Davidem.

***

Kornfein umawia się z nami w Jerozolimie, w Kraft Family Sports Campus. Odpowiada teraz za rozwój sportu w całym mieście, współpracuje ze wszystkimi klubami. Stał się symbolem, pionierem walki o normalność. Uruchomił także specjalny program edukacyjny. Piłkarze chodzą do szkół w Jerozolimie i opowiadają o rasizmie i tolerancji. Są wzorami dla młodych, rozmawiają z nimi twarzą w twarz. Tłumaczą dzieciakom, że jeśli pójdą na mecz i będą wyzywać jakąś drużynę, to ją zranią. Nie zachowujcie się tak, nie lubimy tego – powtarzają.

Kiedy starał się zmienić rzeczywistość jako szef Beitaru, robił to sam. Chodził do ministerstwa, na policję, prosił o pomoc, ale odbijał się od ściany. Przyznaje, że wcześniej, jako zawodnik, był głupi. Myślał, że w futbolu chodzi tylko o kopanie piłki, miłość kibiców. Odpowiedzialność za nienawiść na trybunach zrzucał na kierownictwo klubu. Wielką rolę piłkarzy zrozumiał dopiero, kiedy sam został prezesem. Teraz wie, że to zawodnicy mają największy wpływ na kibiców.

O wydarzeniach z sezonu 2012/13, kiedy do drużyny trafili dwaj Czeczeni, Zaur Sadajew i Gabriel Kadijew, nie da się opowiedzieć bez przypomnienia tego, co działo się wcześniej. W 2005 roku Beitar został kupiony przez Arkadego Gajdamaka, rosyjskiego oligarchę z żydowskimi korzeniami. Gajdamak futbolu nie lubił i nie rozumiał, narzekał, że bramka jest tak duża, a piłkarze czasami nie potrafią w nią trafić przez 45 minut. Nie przeszkadzało mu to inwestować w klub – na jego działalność wydał ponad 100 milionów dolarów, bo wiedział, czym Beitar jest dla mieszkańców Jerozolimy, a nie ukrywał, że zamierza wystartować w wyborach na burmistrza miasta. Wybory przegrał, zdobywając tylko 3,6 procent głosów, wyjechał z Izraela i zapomniał o drużynie.

Był rok 2008, a walczący o Ligę Mistrzów Beitar przegrał 0:5 z Wisłą Kraków. Gajdamak zwolnił prezesa i zapytał Kornfeina, czy przejmie jego obowiązki. „Byłem młody, miałem trzydzieści siedem lat, zgodziłem się” – mówi Kornfein. Nie drga mu powieka, nie przyznaje, że żałuje, ale z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie to, co stało się później: „Po dwóch miesiącach przyszły przegrane wybory, Arkady wyjechał do Rosji i wszystko zostawił. Bez żadnych pieniędzy i wsparcia. Miałem przed sobą dwa wielkie wyzwania: po pierwsze, utrzymać drużynę przy życiu, bo bez wpływów od Gajdamaka brakowało trzydziestu milionów dolarów rocznie, a po drugie – pozbyć się wizerunku rasistowskiego klubu, który miał Beitar, bo nigdy nie zakontraktował arabskiego piłkarza. Starałem się, czuję, że przygotowałem grunt pod przemiany, które dzieją się w klubie teraz”.

O sezonie 2012/13 Maya Zinshtein opowiedziała w dokumentalnym filmie Forever Pure, który zdobył wiele międzynarodowych nagród. Beitar zyskał wtedy światową sławę nie dzięki zwycięstwom na boisku, ale przez rasistowską awanturę. Gajdamak pojawił się na początku rozgrywek nagle, bez zapowiedzi, po czym zimą zabrał drużynę na towarzyski mecz do Czeczenii. Miał do tego prawo, ciągle był właścicielem klubu. Po powrocie do Izraela zdecydował o zatrudnieniu Sadajewa i Kadijewa z Tereka Grozny, oficjalnie po to, by budować relacje biznesowe z Czeczenami.

– To był błąd – opowiada Kornfein. – Nie to, że ich sprowadziliśmy, ale fakt, że nie byli wystarczająco dobrzy. Wiedzieliśmy, że będą problemy, ale nie spodziewaliśmy się, że aż takie. Ten koszmar rozbił drużynę. Przyjechały telewizje z całego świata i nie widziały tylko rasistowskiej drużyny piłkarskiej z Jerozolimy czy nawet Izraela, ale Żydów, którzy zachowują się rasistowsko wobec Arabów, wobec mniejszości. A to coś bardzo poważnego, biorąc pod uwagę Holokaust i historię narodu żydowskiego. Nie przewidzieliśmy tego i nie radziliśmy sobie z kryzysem tak, jak powinniśmy.

***

To była sobota, dzień wolny. Wieczorem miał być mecz, więc Kornfein zaczął od wizyty w siłowni. Telefon zostawił w szafce, w szabas[1] i tak nikt nie dzwoni. Kiedy wrócił i zobaczył liczbę nieodebranych połączeń, wiedział, że stało się coś poważnego. Gajdamak odpalił bombę informacyjną. W kilku wiadomościach znajdował się link do wywiadu, którego udzielił właściciel klubu. Gajdamak ściąga dwóch muzułmańskich graczy do Beitaru – tak brzmiał tytuł. „Nie napisano, że Gajdamak ściąga dwóch dobrych piłkarzy, ale właśnie dwóch muzułmańskich piłkarzy. To byli młodzi chłopcy, zbyt młodzi, żeby zrozumieć coś, co nie było bezpośrednio związane z piłką. A transfer został ogłoszony w najgorszy możliwy sposób” – wspomina Kornfein.

Były prezes klubu zapewnia, że się nie bał. A raczej – że był głupi, ale się nie bał. Zaraz po ogłoszeniu nowych transferów do jego biura przyszło dwóch policjantów. Zatrzymali go w przejściu: „Itzik, musimy z tobą pogadać”. Kornfein dostał osobistą ochronę, taką, jaką w Izraelu daje się tylko politykom. Polecono mu zaglądać codziennie rano pod samochód, pokazano, jak to robić. Kornfein poprosił, żeby go nie rozśmieszali, bo przecież La Familia to dzieciaki i nie ma się czego bać, to nie szaleńcy. Ale zgodził się na ochronę przez trzy tygodnie.

Kiedy Sadajew i Kadijew pojawili się w klubie, zorganizowano konferencję prasową. Poza nowymi piłkarzami przyszedł na nią także kapitan, bramkarz Ari’el Harusz. Przywitał nowych kolegów, wyraził nadzieję, że pomogą Beitarowi w odnoszeniu zwycięstw. „A religia i rasa nie mają znaczenia” – dodał. Jako kapitan czuł się odpowiedzialny za wprowadzenie nowych do zespołu, trochę został też postawiony w sytuacji bez wyjścia przez kierownictwo klubu.

„Nasz kapitan jest skurwysynem, o, jak wielkim jest skurwysynem!” – przywitały go na najbliższym meczu trybuny stadionu Teddy i konsekwentnie powtarzały przyśpiewkę do końca sezonu. Zawodnicy mogli mieć w nosie, czy ich kolega jest chrześcijaninem, żydem czy muzułmaninem, bo mieli razem wygrywać i przegrywać. Najgorsi okazali się wyznawcy innej religii – Beitaru.

– Większość zawodników w drużynie pochodziła wtedy z Jerozolimy. Mieli ścisłe koneksje z ludźmi z La Familii. Wszyscy się bali, dostawali telefoniczne groźby: „Uważaj, nie graj z tymi gośćmi, zrujnujemy ci karierę”. I w zasadzie tak właśnie zrobili. Harusz został potraktowany szczególnie ostro. Wcześniej był jednym z najlepszych graczy, teraz za każdym razem, gdy dotknął piłki, był wyzywany i stracił pewność siebie – opowiada Kornfein.

***

Wróćmy do Davida, bo jego nieobecność w tej opowieści jest tak krępująca jak nasze wspólne czekanie na tłumacza. David, a właściwie wtedy jeszcze Dudi, jako siedmiolatek został zabrany do domu dziecka, bo matka miała padaczkę, a ojciec stracił palec i nie był w stanie pracować. Dom dziecka znajdował się pięć minut od stadionu Teddy.

– Przyjaciel namówił mnie, żebyśmy przeskoczyli przez siatkę i obejrzeli mecz. Mieliśmy po dwanaście lat, był szabas. Poczekaliśmy, aż ochroniarze trochę odejdą. To było dla nas spełnienie marzenia. Zawsze widzieliśmy robiących hałas ludzi w żółto-czarnych barwach, zawsze chcieliśmy należeć do tej grupy. To był mecz z Maccabi Hajfa, a my poza radością mieliśmy jeszcze hot dogi i coś do picia, bo dostaliśmy je w prezencie od kibiców. Poczułem się wtedy, jakbym znalazł rodzinę, dom. Oni mnie przytulili – wspomina David.

Po meczu w domu dziecka na chłopców czekali rodzice i policja. To był 2001 rok, czas drugiej intifady[2] w Jerozolimie. Za samowolne wyjście poza teren placówki dostali miesięczny zakaz opuszczania jej murów. Ale było warto. Dudi zaczął chodzić na mecze regularnie, rok później pierwszy raz w życiu został aresztowany.

– Graliśmy z Hapoelem Tel Awiw, klubem związanym z lewą stroną sceny politycznej. Byłem wśród starszych fanów, a po meczu rozpoczęła się wielka bijatyka. Pobiegłem tam z całą resztą. Nocą, kiedy siedziałem już w komisariacie, pod okna przyszło jakieś dwieście osób, które skandowały moje imię: „Dudi, Dudi”. Tak zdobyłem szacunek, pokazałem, że nie boję się walczyć, nawet jeśli z tego powodu miałbym być aresztowany. Czułem, jakbym zrobił coś dobrego dla drużyny – opowiada.

– Poczułeś się kochany?

– Tak, pierwszy raz w życiu. Kiedy wyszedłem, wszyscy mi gratulowali. Pamiętajcie, że wybuchały wtedy autobusy, niektórzy rabini wierzyli, że Izrael jest tylko dla Żydów. Poszedłem prosto z tłumem. Patrzyłem na moich chorych, biednych rodziców i zawsze chciałem uciec od takiego życia. Nie miałem perspektyw na studia, nie miałem pieniędzy. Za to jako czternastolatek miałem już tatuaż Beitaru na plecach: „Urodziłem się dla ciebie, służąc ci, umrę”.

David pamięta, jak Dudi miał jechać na wycieczkę szkolną. Wszyscy czekali przed autokarem, każdy dzieciak dostał jakieś kieszonkowe, za wycieczkę trzeba było też zapłacić. Dudi nie miał przy sobie nic, autokar odjechał bez niego. Było mu tak wstyd, że ze złości poszedł w liczby: kiedy wchodził w dorosłość, miał za sobą osiem zmian szkół i pięć aresztowań.

– Na ulicach Jerozolimy działali wtedy aktywiści rasistowskich organizacji. Prawicowi ekstremiści. Spotkałem ich i zaprosili mnie do siebie. Wzięli mnie po prostu jak maskotkę, pokochali. To oni wytłumaczyli mi, że ludzie po drugiej stronie są źli, chcą mnie zabić. Oni zarazili mnie nienawiścią, a ja im we wszystko uwierzyłem – tłumaczy David.

***

Kornfein wcale nie uchodzi za pioniera w walce o zmianę wizerunku klubu, dlatego że Gajdamak postawił go w trudnej sytuacji, sprowadzając dwóch Czeczenów. Do rozwiązywania problemów z kibicami prezes wziął się już pięć lat wcześniej. Przedstawiciele La Familii siedzieli w jego biurze dziesiątki razy. Klub był bardzo często karany za rasistowskie przyśpiewki z trybun. To narażało go na realne szkody, trzeba było grać na stadionie zamkniętym dla kibiców i płacić grzywny.

– Powiedziałem im: „Słuchajcie, powodujecie straty, a Beitar nie ma teraz pieniędzy, bo właściciel jest w Rosji. Czego potrzebujecie?”. Potrzebowali na przykład autobusów na mecz albo flag. W porządku, staraliśmy się im pomóc i spełnić oczekiwania, ale jasno przedstawiałem też swoje: żadnego rasizmu i żadnej przemocy. Przez jakiś czas było dobrze, ale później znowu wymknęło się to spod kontroli – wspomina Kornfein.

Opowiada też o wybuchających autobusach i o tym, że w trakcie minuty ciszy przed meczem po kolejnych zamachach nie udawało się zatrzymać słownej fali nienawiści wobec Arabów. Tłumaczy, że Beitar to więcej niż klub w mieście podzielonym między żydów, muzułmanów i chrześcijan. Przyznaje, że przegrał w walce o umysły kibiców, a sezon z dwoma Czeczenami w składzie był tylko dopełnieniem tej porażki.

– Trzy lata wcześniej po jednym z meczów na naszym stadionie wezwał mnie do siebie burmistrz Jerozolimy Nir Barkat. Przyprowadził na spotkanie dwóch Arabów, którzy pracowali na stadionie Teddy. Kiedy sprzątali toalety, zostali w nich pobici i zamknięci przez kibiców Beitaru. Do tamtego czasu zawsze starałem się pomagać fanom, nawet gdy zatrzymywała ich policja. Negocjowałem, prosiłem władze o przysługę. Ale po spotkaniu z Barkatem byłem zawstydzony i zrozumiałem, że stoję przed znacznie większym zadaniem niż utrzymanie drużyny przy życiu. Wcześniej mówiliśmy: „Beitar to rasistowski klub, OK, tak to jest”. Ale wtedy kompletnie zmieniłem zdanie i wziąłem się do czegoś, z czym nikt wcześniej nie chciał mieć do czynienia. Od tego momentu, gdy tylko kibice narażali nas na szkody z powodu przemocy albo rasizmu, zgłaszaliśmy sprawę na policję – opowiada Kornfein, który przez 12 lat grał w Beitarze, sześć lat był kapitanem drużyny i zdobył trzy mistrzostwa kraju.

Kiedy w trakcie swojej wojny z kibicami przyszedł na stadion z dziećmi, usłyszał przekleństwa, a całą rodzinę obrzucono różnymi przedmiotami. Czuł jednak, że ma cel, i uznał, że to jest dla niego najważniejsze. Gdy jeszcze grał w piłkę, w każdym żydowskim mieście kibicowało się najpierw lokalnej drużynie, a później Beitarowi. Teraz było inaczej, bo zwykli ludzie nie chcieli być kojarzeni z rasizmem, podobnie jak sponsorzy. Nigdy więcej nie zabrał dzieci na stadion.

Beitar w 2013 roku uratował się przed spadkiem z ligi meczem w ostatniej kolejce. Na koniec sezonu czekali już wszyscy i tak naprawdę degradacja byłaby jego najlepszym podsumowaniem. Kiedy Sadajew jako pierwszy muzułmanin strzelił gola dla Beitaru, kibice wyszli ze stadionu i już na niego nie wrócili. Klubowy budynek obrzucono koktajlami Mołotowa, spłonęły wszystkie puchary i pamiątki. Kibice wywiesili na pustych trybunach transparent z napisem „Cena zdrady”, a że piłkarz Ofir Kriaf nie miał wystarczających środków, by ją zapłacić, napisał na Facebooku do La Familii, w której aktywnie działał jego brat, że popiera protest i że gra przy pustych trybunach nie ma sensu. Kriaf odwrócił się od drużyny, w nagrodę na początku nowego sezonu został najmłodszym kapitanem w historii klubu, a bramkarza Harusza przepędzono z miasta. Harusz trafił do Hapoelu Tel Awiw, największego rywala Beitaru. Wtedy w klubie nie było już ani Gajdamaka, ani Kornfeina. Rosyjski oligarcha oddał klub za darmo nowemu właścicielowi.

„Pozbycie się Beitaru to była wielka ulga. A Czeczeni? Nie wiedziałem, czy są dobrzy, w ogóle się przecież nie znam na piłce. Wiedziałem, że wywołam awanturę. Chciałem pokazać prawdziwą twarz społeczeństwa” – mówił Gajdamak w filmie Forever Pure. Dwa lata później zaczął odsiadywać we Francji trzyletni wyrok za nielegalną sprzedaż broni do Angoli.

– Arkady zostawił klub w lipcu 2013 roku, a ja odszedłem zaraz po nim. Nowy właściciel chciał na początku układać się z kibicami. Wiadomo, że jest w porządku, dopóki robisz rzeczy, które im się podobają, ale jeśli coś im się nie spodoba, to się na ciebie rzucają. Obecny właściciel Mosze Hogeg, któremu mocno kibicuję, też będzie musiał zrozumieć swoje. My naszą wojnę przegraliśmy. A może to była tylko bitwa? – zastanawia się Kornfein.

– Gdyby mógł pan udzielić jednej rady nowemu właścicielowi, jaka by ona była?

Itzik myśli dłuższą chwilę.

– Nie patrz w przeszłość, nie oglądaj się za siebie. Jeżeli czujesz, że robisz dobrze, to idź naprzód.

***

Niełatwo było umówić się na to spotkanie. Przekładane z dnia na dzień, przenoszone z Jerozolimy do Tel Awiwu i z powrotem. Nieodbierane telefony, SMS-y w środku nocy – Hogeg to teraz gorący temat. W końcu jednak winda zatrzymała się na 27. piętrze wieżowca Amot Atrium w Ramat Gan, a drzwi do siedziby nowego właściciela Beitaru odsłoniły jego królestwo. Było po godzinach pracy, brakowało ludzi. W przeszklonej sali konferencyjnej czekały na nas figury Iron Mana i Batmana, w gablocie na ścianie walkę toczył Hulk. Fotele były tak upstrzone kolorami, że nie dało się rozpoznać, czy to wzory z Andów, czy z Łowicza. Kanapy, na których usiedliśmy, okazały się już zwyczajne, ale stały tak daleko od siebie, że między nami mógłby wylądować helikopter. Pośrodku błyszczał szklany stolik.

Hogeg jest niski, ale gdyby stanął na swoim portfelu, patrzyłby na nas z góry. Miał na sobie czarne trampki na suwak, czarne dżinsy i czarną koszulkę z poszarpanymi, asymetrycznymi rękawami. Nosił okulary w grubych czarnych oprawkach. Białe były tylko cicit[3] zwisające od pasa. Mają przypominać tym, którzy je noszą, i tym, którzy na nie patrzą, o przykazaniach Pana.

– W Biblii jest fragment, w którym Bóg mówi ci: „Teraz możesz mnie przetestować”. W całej Biblii to Bóg testuje ludzi, ale w tym miejscu jest odwrotnie. Tam jest napisane: „Weź 10 procent swojego zysku i go podaruj. Jeżeli podarujesz go ludziom, gwarantuję ci jeszcze większy zwrot i możesz poddać próbie moje słowa”. Robię tak od dziesięciu lat: zarabiam, daję 10 procent i dostaję więcej. Dla mnie Beitar był częścią tego procesu. Sam do mnie przyszedł – mówi Hogeg.

Kiedy dostał ofertę kupna klubu, odwiedził swojego rabina i powiedział, że może zrobić dobre rzeczy, może skończyć z rasizmem i przemocą, a do tego sprawić, że piłkarze przestaną grać w szabas, co jest przeciwko religii. Decyzję o przejęciu Beitaru podjęli we dwóch. Rabin, chociaż inny, wróci w tej historii jeszcze raz.

Hogeg pochodzi z Beer Szewy, grał tam nawet w drużynie młodzików, ale lubił też Beitar, jak „niemal każdy w tym kraju”. Wiedział, że nie zostanie piłkarzem, ale dzięki treningom nauczył się, co to jest dyscyplina, ciężka praca, zespołowość i że kiedy przegrywa się 0:2, można to zmienić, a jak prowadzi się 2:0, to nie można być aroganckim. Te zasady pomogły mu w branży startupów i chociaż w Izraelu dorobiło się na tym wielu młodych ludzi, niewielu zrozumiało, na czym polega filantropia. Hogeg twierdzi, że kibice nie są głupi i szybko zauważyli, że ma dobre intencje. Wiedzą, że nie chce na piłce zarabiać ani zbijać kapitału politycznego, jak poprzedni właściciele. Wspierał szpitale, szkoły, a teraz wybrał Beitar, bo klub był wyjątkowy i go potrzebował. Miał wielki potencjał, ale jednocześnie wielki problem z rasizmem.

– Najpierw zrobiłem rozeznanie w La Familii, szukałem motywacji tych kibiców i dostrzegłem pole do zmiany. To nie są dzieci, mają ponad czterdzieści lat i sami są ojcami. To dobra wiadomość, bo kiedy ktoś ma dwadzieścia pięć lat, to mu odbija. Nie rozumie życia, idzie w skrajności i ciężko z nim rozmawiać. Ale jeśli ktoś ma dzieci, to jest też odpowiedzialny. Oczywiście wiedziałem, że Beitar jest prawicowy, ale przesuwając swoje poglądy do ekstremum, wyrządza się szkodę całej ideologii. Ci ludzie myślą, że będąc rasistami wobec muzułmanów, są syjonistami, dobrymi żołnierzami żydowskiego Boga. A jest odwrotnie, bo takim zachowaniem właśnie Boga obrażali – tłumaczy Hogeg.

Na scenę znowu wkracza rabin, tym razem wybrany przez La Familię. Hogeg uznał, że do takich ignorantów może przemówić tylko ktoś naprawdę dla nich ważny, i zaprosił wszystkich fanów na spotkanie, trzymając w jednej ręce kij, a w drugiej marchewkę.

– Rabin powtórzył to samo, co im powiedziałem. Zaczęli się bać, kiedy zrozumieli, że obrażają Boga. Kiedy rozbijasz skorupę ideologii, to pojawia się światło i opór staje się słabszy. A ja miałem marchewkę: inwestowałem w drużynę duże sumy pieniędzy, dzięki czemu stawała się lepsza z każdym miesiącem. Zainwestowałem także w dzieciaki, infrastrukturę, stronę internetową, w aplikację, w fanklub. Kupuję najlepszych piłkarzy w Izraelu, ostatniego lata wszystkie pozostałe kluby w naszym kraju razem wzięte nie sprowadziły tylu zawodników co ja. Wiedziałem, że nie pójdą ze mną tylko szaleńcy – opowiada Mosze.

– A gdzie ten kij? – pytamy.

– Wytoczyłem kilkanaście procesów za niszczenie wizerunku klubu. Nie szliśmy do sądu, bo pozywani przychodzili do mnie i prosili o ugodę. Nie chciałem ich pieniędzy, ale wiedziałem, że jeśli powiedzą tylko „przepraszam”, to nie zadziała. Zapłacili więc klubowi dziesiątki tysięcy szekli, to były dotkliwe kary. Powiedziałem im: „Jeśli siedzicie we własnym salonie i jesteście rasistami, to jest mi przykro, ale nie jestem waszym ojcem i nic nie mogę zrobić. Ale jeśli przychodzicie na mój stadion w koszulce Beitaru i jesteście rasistami, to niszczycie wszystko: klub, jego reputację i pozostałych fanów” – tłumaczy.

La Familia nie mogła zaatakować Hogega, że próbuje lansować własną wizję polityczną. Był po ich stronie, przestrzegał szabasu, przez siedem lat służył w wojsku. Nikt nie mógł powiedzieć, że jest zdrajcą, bo wspiera muzułmanów. Nowy właściciel klubu tłumaczył kibicom, na czym polega problem z pamięcią. Sam nie pamięta Holokaustu, jego dziadkowie też nie, ale skoro żyje w Izraelu i jest częścią narodu, który przez rasizm wycierpiał najwięcej, to dwa pokolenia później zwyczajnie nie może wspierać rasizmu. Powiedział też, że jeśli w Beitarze chciałby grać arabski piłkarz, to nie po to, by kogoś zabić, ale dlatego, że szanuje ten klub. Hogeg kilka razy publicznie zapewnił, że nie obchodzi go wyznanie ani pochodzenie piłkarzy jego drużyny. W mediach oczywiście zawrzało, bo skoro zatrudnienie Czeczenów, czyli muzułmanów, ale przecież nie Arabów, wywołało taki skandal, to co by się stało, gdyby do klubu trafili Arabowie?

– Kiedy Gajdamak kupił dwóch Czeczenów, to sam ten krok był bardziej rasistowski niż zachowanie kibiców. Nie obchodziło go, czy są dobrymi piłkarzami. Zachowywał się tak, jakby chciał powiedzieć: „Przegrałem wybory, to się teraz zemszczę”. I rzeczywiście tak zrobił, to była prowokacja. Kiedy ludzie pytają mnie, czy moim następnym krokiem będzie kupienie arabskiego piłkarza, odpowiadam, że nie. Nie będę kupował zawodnika z powodu jego religii. To właśnie jest rasizm. Kiedy ostatnio przyszedł do nas Ali Mohamed i strzelił pierwszego gola, tłum zareagował fantastycznie, wszyscy skandowali jego imię. Bo jest dobry i pomaga drużynie. Moim następnym krokiem będzie sprowadzenie wielkiej gwiazdy, napastnika. Może to będzie Arab, ale nie kupię go dlatego, że jest Arabem – opowiada Hogeg.

Jednak nawet ci, którzy kibicują nowemu właścicielowi Beitaru, twierdzą, że choć mówi pięknie, to wolą poczekać na jego czyny. Chcą się przekonać, co będzie, jeśli od Moszego odwrócą się trybuny: czy starczy mu wytrwałości, czy ma plan awaryjny, żeby nie walić głową w ten sam mur, o który wcześniej rozbił się Kornfein.

Hogeg uważa, że osiągnął najważniejszy cel, udowadniając, że zmiana jest możliwa.

– Jestem tu rok i cztery miesiące. To krótko, ale pokazaliśmy już, że możemy mieć w sobie szacunek, że Beitar jest pozytywnym numerem jeden. Ostatnio ukazał się nawet raport dotyczący zachowania kibiców i pierwszy raz od piętnastu lat na naszych trybunach nie odnotowano przypadków rasistowskich zachowań. Chcę zbudować dobre wzorce, przed ważnymi meczami pod stadionem organizuję koncerty, malowanie twarzy, rozdawane są balony. Chciałbym, żeby na trybunach pojawiały się całe rodziny. Żeby wspólnie się bawiły i miło spędzały czas.

***

David trzyma kciuki za Hogega, ale woli spokojnie poczekać, bo wie, jak to wszystko jest zorganizowane i jak trudno zmienić poglądy i przyzwyczajenia. La Familia nie dawała mu pieniędzy, ale zapewniała inne korzyści w zamian za posłuszeństwo. Dostawał darmowe bilety, był szanowany, a to już dużo. Wszyscy chcieli, żeby klub „był czysty”. Mówi, że kibice nie mogli dopuścić do swojej rodziny żadnego Araba, tym bardziej po tym, co widzieli podczas intifady.

– Wszyscy Arabowie byli dla mnie terrorystami. Nie miałem żadnych przyjaciół Arabów – tłumaczy.

La Familia ma oddaną społeczność, ma także konto w banku. O tym, że jest dobrze zorganizowana, świadczy fakt, że szacunki dotyczące jej rozmiarów drastycznie się różnią. Niektórzy mówią o kilkuset dzieciakach, inni o kilku tysiącach dorosłych, twardych facetów. David wspomina o odbywających się cztery razy w roku walnych zgromadzeniach, w których brało udział ponad dwa tysiące kibiców. To były normalne spotkania integracyjne, jak w korporacjach. Do mniejszych „zgrupowań” dochodziło też po każdym meczu: 100–200 osób umawiało się w konkretnym miejscu po ostatnim gwizdku i decydowało: pić czy bić.

– To były decyzje podejmowane pod wpływem impulsu. Czasami rozmawialiśmy o dopingu, bębnach, flagach. Ale kiedy drużyna przegrywała, chcieliśmy kopać i niszczyć – opowiada.

Dudi wierzył, że robi dobre rzeczy, bo utożsamiał się z rządzącą partią Likud, która – jak twierdzi – wychowała go i od której La Familia nieraz dostawała wyrazy poparcia. Na trybunach i mistrzowskich fetach pojawiał się premier Benjamin Netanjahu, kibicem Beitaru jest też Awigdor Lieberman, wieloletni minister spraw zagranicznych Izraela. David mówi, że politycy pojawiali się na najważniejszych meczach, na przykład z arabskim Bene Sachnin, które przez lata były ligową świętą wojną.

– Przychodzili i rozpalali emocje, czuliśmy się przez nich wspierani. Dopiero teraz rozumiem, że mogłem być wykorzystywany – mówi.

Dopóki Dudi nie został Davidem, nigdy nie spotkał Araba. To znaczy spotkał, bił go, ale nigdy z nim nie rozmawiał. Z Musą zaprzyjaźnił się w fabryce, do której trafił już w nowym życiu. Miał wtedy 26 lat. Zaczęli rozmawiać o zarobkach i okazało się, że jego arabski kolega za taką samą pracę dostaje cztery razy mniej pieniędzy. Musa też wyrósł w biedzie. Powiedział Davidowi coś, co ten zapamięta do końca życia: „Walczymy o ziemię, ale w końcu się na tej ziemi odnajdziemy”. Po siedmiu miesiącach David odszedł z fabryki i znowu myślał, że do tej pory w życiu za często był oszukiwany, że wszędzie są dobrzy i źli ludzie, ale nie można ich oceniać po pochodzeniu czy religii.

***

Kiedy mówimy, że w ciągu tygodnia obejrzymy trzy mecze ligi izraelskiej, Ouriel Daskal ostrzega: „Możecie dostać raka oczu”. Rozmowę z Ourielem, dziennikarzem „Calcalist”, polecało nam wiele osób. Mówili, że jest odważny i barwny. W trakcie dwugodzinnego spotkania kilka razy pytaliśmy, czy na pewno możemy go cytować. Mówił, że możemy nawet podkreślać jego słowa.

– Problemy na stadionie to oznaka problemów w społeczeństwie. Nie da się rozwiązać tylko tych na stadionie bez próby uzdrowienia społeczeństwa. Teraz mamy premiera, który zachowuje się jak rasista. Netanjahu jest pierwszym rasistą, propaguje rasizm i głosi rasistowskie hasła. Mówi, że Arabowie chcą zniszczyć Żydów. To cyniczne, on w to nie wierzy, ale mówi tak do milionów swoich zwolenników i podgrzewa emocje. Netanjahu idzie do telewizji tuż przed wyborami i mówi: „Arabowie nadjeżdżają w swoich autobusach i zamierzają przejąć nasze ziemie”. Mamy też panią minister sportu Miri Regew, która przychodzi na mecz Beitaru i robi sobie zdjęcia z ludźmi partii Khan. To partia skrajnie prawicowa, zdelegalizowana przez Likud w 1994 roku. Pani minister robi sobie zdjęcia z ludźmi, którzy śpiewają do Arabów: „Spalimy waszą wioskę” – opowiada Daskal.

Daskal to chodząca encyklopedia. Działa jak szafa grająca – wystarczy wybrać temat i słuchać. Bejtar, jako skrajnie prawicowa żydowska organizacja, powstał w 1923 roku w Rydze, a jego siedzibą została Warszawa. Zamierzał kształcić „nowych Żydów”, opierając się na kulturze i historii, ale miał także charakter militarny. Menachem Begin, przywódca Bejtaru w Polsce, jako kapral podchorąży Armii Polskiej na Wschodzie dotarł w 1943 roku do Palestyny, gdzie poprosił o zwolnienie z przysięgi wojskowej i wstąpił do podziemnej organizacji Irgun Cewai Leumi. Po powstaniu państwa zdobywał pozycję polityczną, bo zaczął rozumieć, że istnieje też „drugi Izrael”. Jeździł nie tam, gdzie mieszkali uprzywilejowani i wykształceni Aszkenazyjczycy[4], lecz w miejsca, gdzie żyli biedni Żydzi z Iranu, Persji czy Maroka. Szukał terenów niedoinwestowanych, nieprzyporządkowanych politycznie, ludzi bezrobotnych, wyplutych przez system. Jego partia, która później stała się Likudem (co po polsku oznacza „Jedność”), mówiła im wszystkim: „Jesteśmy waszym domem, jesteśmy waszą nadzieją”. Likud wygrał wybory w 1977 roku, a Begin był pierwszym prawicowym premierem Izraela.

– W 1976 roku Beitar zdobył pierwszy Puchar Izraela, pierwsze trofeum w historii klubu. To był mały klub ludzi dorastających w dzielnicach Likudu. Kiedy coś wygrali, a później ich partia przejęła władzę, mieli poczucie, że powstali przeciwko wielkiej maszynie. Byli biedni, a chcieli być najlepsi. Pokazali, że to możliwe, a politycy postanowili ten fakt wykorzystać. Jak Silvio Berlusconi zrobił w latach 80. z Milanem we Włoszech, tak Likud posłużył się Beitarem – tłumaczy Daskal.

Na 20 lat Beitar pozostał klubem tego „drugiego Izraela”, bez rasizmu na sztandarach, za to z pięknym futbolem. To była po prostu kolejna drużyna bez Arabów i nikt się tym nie przejmował. Symbolem tamtych czasów jest Eli Ochanna, który nie tylko prezentował wspaniałą technikę i czarował na boisku, lecz potrafił też wypowiadać się publicznie i świetnie wyglądał. Ochanna wyjechał do belgijskiego Mechelen, z którym zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, a później wrócił do Beitaru: najpierw pomógł mu awansować z drugiej ligi, a później sięgnął z tą drużyną po kolejne mistrzostwo.

Piłka nożna w Izraelu nadal była na niskim poziomie, brakowało dobrych stadionów, kontrakty podpisywano na serwetkach. Futbol się nie zmieniał, zmieniał się za to sam Izrael, który stawał się coraz bardziej kapitalistyczny. Z kraju z małymi różnicami klasowymi stał się krajem o różnicach olbrzymich. Prawe skrzydło chciało władzy i lepszego życia dla biednych.

Daskal tłumaczy:

– I co robi polityk, który rozumie, że zawiódł wyborców? Mówi, że to wina nie jego, tylko kogoś z zewnątrz, czyli Arabów. I tych z Izraela, i tych spoza kraju. „Ja was nie wyrolowałem, to oni wszyscy nas wyrolowali” – krzyczy, zrzucając też winę na lewicę. W 1987 roku wybuchła pierwsza intifada[5]. Icchak Rabin chciał to rozwiązać z Palestyńczykami, Netanjahu nie lubił Arabów, w swoich pamiętnikach pisze, że „powinniśmy im wtedy połamać ręce i nogi”. Rabin doprowadza do porozumienia z Oslo, nie chce, żebyśmy okupowali Arabów, więc później, kiedy wybuchają autobusy, Netanjahu biega do telewizji i mówi, że to przez Rabina. Siedemdziesiąt procent ludzi powie wam teraz, że do aktów terroru doszło przez Oslo. Netanjahu postawił lewicę na aucie, razem z Arabami, dlatego Rabin w 1995 roku zginął w zamachu. To podzieliło naród jeszcze bardziej.

Pod koniec lat 90. to Beitar staje się symbolem prawicy. Czyli tego dobrego, patriotycznego, syjonistycznego, antyterrorystycznego ruchu „antywybuchająceautobusy”. Beitar trafia ze swoimi poglądami w gorący moment i oto hasło: „Nigdy nie dzieliliśmy szatni z Arabami, nie mamy arabskich zawodników jak Hapoel, jesteśmy czyści”, staje się bardzo atrakcyjne. Ekstremiści zaczynają działać na trybunach, wiedzą, że tam najszybciej zrekrutują ludzi. Od 2000 roku piłkarski klub zmienia się w gniazdo nacjonalistycznych poglądów.

– La Familia nie jest duża, to najwyżej kilkuset ludzi, w większości dzieciaków. Nie są przerażający. Mogę o nich pisać, mogę ich krytykować. Dostawałem od nich groźby na Facebooku i wiem, że mogę się tym kompletnie nie przejmować. Pisali, że mnie wyruchają i spalą moją rodzinę. Takie tam gówno. Tak naprawdę nie są specjalnie zorganizowani, policja dobrze ich zna i wie, co robią. Teraz sytuacja im sprzyja, bo prawe skrzydło to Żydzi, a być z lewego skrzydła to jak być zdrajcą, który działa razem z Arabami – mówi Daskal.

Ouriel nie wierzy ani w cuda, ani w nowego właściciela klubu Mosze Hogega. Uważa, że arabscy piłkarze nie podpiszą kontraktu z Beitarem, bo będą się bać. Kiedy w 2019 roku do klubu trafił pochodzący z Nigru Ali Mohamed, zapewnił kibiców, że jest chrześcijaninem. Uspokojeni jego wyznaniem, poprosili jeszcze o zmianę nazwiska, bo nie zamierzają wykrzykiwać go na swoim stadionie po strzelonych przez tego piłkarza golach.

– Ali Mohamed jest z Nigru, tam 99 procent obywateli to muzułmanie. Znam agenta tego piłkarza i zapewniam, że Mohamed, do cholery, nie jest żadnym chrześcijaninem. Sprzedano taką bajkę, żeby uspokoić tłum. W Beitarze nazywają go Cesc Fàbregas, żeby nie krzyczeć Mohamed. Przecież to chore. Wiecie, dlaczego Mohamed Salah przyczynił się do zmniejszenia rasizmu w Liverpoolu? Bo wygląda jak muzułmanin, zachowuje się jak muzułmanin, modli się przed meczem i ludzie się z tym wszystkim oswoili. My swojego muzułmanina dla bezpieczeństwa wolimy nazywać „Cesc”. Jestem zbyt bystry, żeby być optymistą, i zbyt głupi, żeby być pesymistą. Nie wiem, kiedy uwierzę, że coś się w Beitarze zmieniło. Może gdy zdobędzie dwa mistrzostwa, a Ali Mohamed wyjdzie na boisko i powie: „Słuchajcie, kurwy, strzeliłem dwadzieścia goli, miałem dwadzieścia asyst i cały czas byłem muzułmaninem” – mówi wściekły Daskal.

– Ouriel, co byś zmienił, gdybyś został prezesem izraelskiej federacji piłkarskiej? – dopytujemy.

– Izraelski futbol to prawdopodobnie najmniej rasistowska rzecz w Izraelu. Bo gdy potrzebujesz dobrych piłkarzy, to nie patrzysz, skąd pochodzą. Jedynym miejscem, gdzie jednoczą się dzieci arabskie i żydowskie, jest boisko. Wyjątkiem jest Beitar. Jako prezes zrobiłbym więcej mieszanych lig, żeby wszyscy grali razem w tych samych drużynach. I pewnie zostałbym zamordowany – mówi i szybko dodaje, że to żart. Wygląda jednak zupełnie poważnie.

***

Na spotkanie z historykiem sportu Haimem Kaufmanem jedziemy do Hajfy. Haim mówi, że jest teraz na emeryturze i ma dużo czasu, żeby kłócić się z ludźmi na Facebooku. Kibiców Beitaru, którzy przyjeżdżają grać z jego Maccabi, określa jednym słowem: „zwierzęta”.

– Czasami wybierasz drużynę przez sąsiedztwo, czasami to dziedziczysz, ale z Beitarem jest inaczej. Należy do bardzo radykalnych ludzi. To brzmi jak absurd, ale oni czują się dyskryminowani i na tym budują swój wizerunek, chociaż od czterdziestu lat mają premiera w izraelskim rządzie. Beitar jest produktem nienawiści. Nie chcą zatrudniać Arabów, może ze względu na konflikt, przemoc, ale dlaczego nie chcą wszystkich muzułmanów? Kiedyś byłem gościem w telewizji razem z właścicielem Beitaru i zadałem mu to pytanie. Odpowiedział mi, że są reprezentacją narodową – opowiada Kaufman.

Beitar naprawdę ma więcej kibiców niż kadra kraju. W reprezentacji Izraela grają Arabowie, a jej kapitanem jest Bibras Natcho, piłkarz pochodzenia czerkieskiego[6]. Kibicom z prawego skrzydła nie podoba się, że wielu zawodników nie śpiewa hymnu. Ci fani nie zaakceptują w swojej drużynie nikogo poza Żydami. Obcy wygwizdywani są nawet wtedy, gdy strzelają ważne gole w ostatnich minutach. Kaufman zwraca także uwagę na polityczne zaplecze fanów Beitaru.

– Tło sportu w Izraelu to fenomen. Sport w tym rejonie świata zawsze był polityczny, wszystkie kluby należały do zwolenników jakiejś frakcji. Maccabi stał się burżuazyjny, Hapoel robotniczy, a Beitar był ruchem rewizjonistów. Teraz większość klubów jest w prywatnych rękach, tylko barwy przypominają o powiązaniach politycznych, a Beitar pozostał sobą. Oczywiście, że premier podsyca ogień, ale ten ogień płonie w mentalności, w zachowaniu, w emocjach ludzi. Niektórzy przychodzą na stadion tylko po to, by nienawidzić, i nie da się tego tak po prostu oduczyć. Uprzedzenia kształtują się w młodym wieku. Jako wykładowca ateista nie mogę nikogo przekonać, że nie ma boga. Mam wiele argumentów, ale jeżeli ktoś mówi: „Wierzę”, to nie umiem tego zrobić – opowiada Kaufman.

Z rasistowskich przyśpiewek kibiców Beitaru mógłby powstać dwutomowy śpiewnik, z policyjnych raportów dokumentujących łamanie prawa przez fanów tej drużyny – gorzki pamiętnik. W 2007 roku, po tym, jak izraelska federacja piłkarska za przyśpiewki obrażające proroka Mahometa w trakcie meczu z Bene Sachnin ukarała klub zamknięciem stadionu, podpalono jej siedzibę. Pięć lat później zaatakowano galerię handlową Malha Mall – kibice Beitaru planowali pobić jej arabskich pracowników. Kaufman wspomina jeszcze o ciągłych bijatykach z policją przed meczami, w trakcie i po nich i o czymś, co zostało mu w pamięci do dzisiaj, chociaż minęło już kilkanaście lat.

– W rocznicę zamordowania Icchaka Rabina spiker poprosił o minutę ciszy. Cały tłum na stadionie w Hajfie wstał, a kibice Beitaru krzyczeli: „Świętujmy, Rabin nie żyje!” – wspomina.

Amir Lubin, były prezes Hapoelu Tel Awiw, czyli największego rywala Beitaru, do listy dopisuje kolejne punkty. Lider kibiców „Czerwonych” został zaatakowany młotkiem i z ciężkimi obrażeniami głowy trafił do szpitala. Policja znalazła winnego, postawiono mu zarzut usiłowania zabójstwa i trafił do więzienia. Innym razem jeden z kibiców Hapoelu, który napisał piosenkę obrażającą Beitar, został złapany i zmuszony do zaśpiewania piosenki obrażającej jego drużynę. Grożono mu śmiercią.

– Chuligani są wszędzie, ale wpływy chuliganów Beitaru pokazują, kto tu ma władzę. Rządzący Izraelem boją się ich, bo są bardzo prawicowi. Na trybunach stadionu Teddy zasiadają ważni politycy. To wyraźny sygnał: „Jeśli chcesz uchodzić za ekstremalnie prawicowego, idź na mecz razem z La Familią i wszyscy będą wiedzieć, kim jesteś”. Netanjahu ich wspiera, więc nikt nie ma odwagi, by coś zmienić. Jeżeli jesteś rozsądny, to nie chcesz być właścicielem takiego klubu, dlatego ci, którzy go kupowali, chcieli się albo wzbogacić, albo wypromować. Może Mosze będzie inny. Rasizm Beitaru mnie złości, zastanawiam się, jak by to wyglądało w odwrotnej sytuacji, gdyby jakiś klub oświadczył, że nie chce w swojej drużynie Żyda. Wtedy byłaby awantura o antysemityzm na cały kraj – mówi Lubin, z którym spotykamy się na porannej kawie w restauracji Mimi w Hod HaSzaron.

Lubin twierdzi, że Beitarowi wszystko uchodzi na sucho, bo do tej pory nikogo ważnego nie było stać na ostrą reakcję. Nikt nawet nie pogroził palcem, nie położył ręki na pieniądzach i nie powiedział, że skończy się albo rasizm, albo wsparcie finansowe. La Familię policja nazywa grupą przestępczą, a mimo to nikt nie spróbował zrobić z nią porządku.

– W lipcu 2016 roku policja umieściła w strukturach La Familii kilku funkcjonariuszy, zatrzymano pięćdziesiąt dwie osoby. Ale wtedy minister sportu powiedziała, że kibice są „rozwiązaniem, a nie problemem”. Chciała być miła dla prawicowców. Beitar otrzymał co prawda ostatnio nagrodę za zredukowanie zachowań rasistowskich na trybunach, ale to taka nagroda za przesunięcie w skali z minus dziesięć na minus sześć – opowiada Lubin.

O tej samej nagrodzie wspominał nam także Ouriel Daskal, mówiąc, że to jak malowanie świni szminką. Że jak się delikatnie podrapie, to i tak wyjdzie, co jest pod spodem.

Inny dziennikarz, freelancer Michael Yokhin, piszący między innymi dla „Guardiana”, „The Independent” czy ESPN, też nie owija w bawełnę:

– Poglądy kibiców są poglądami partii rządzącej, dlatego czują się bezpieczni. Jeśli Likud się nie zmieni, nie zmieni się Beitar. Przekonania La Familii nigdy nie były problemem, ale stały się nim, kiedy weszły do mainstreamu – tłumaczy.

***

Ten film w internecie obejrzało ponad milion osób. Protest pod domem Itzika Kornfeina, garstka osób, ale jedna z nich zachowuje się szczególnie agresywnie. Młody chłopak z megafonem wrzeszczy na pozostałych, że są za cicho. Dudi Mizrahi ma obłęd w oczach, czuje, że walczy o czystość swojego klubu, wytykając nieczystość innym. „Twoja żona to kurwa!” – krzyczy. Na filmie nie ma lalki z sex shopu, którą machał przed oknami prezesa Beitaru, ale to ważny rekwizyt dla tych ze słabą wyobraźnią. Okna są zasłonięte, dzieci Itzika nie widzą demonstracji. „Chcemy, żebyś wiedziała, że następny kutas, który cię przerżnie, będzie mój” – śpiewa Dudi. Następnego dnia Itzik złożył zawiadomienie o napaści seksualnej. To były ostatnie dni z życia Dudiego.

– Wygrałem sprawę. Pieniądze przeznaczyłem na organizacje zajmujące się napastowanymi kobietami. Na początku chciałem stu tysięcy dolarów, skończyło się na piętnastu. Ten facet jest już po dobrej stronie, daje wykłady o rasizmie w szkołach – mówi Kornfein.

Kiedy David Mizrahi dowiaduje się, że rozmawialiśmy z Kornfeinem, przez chwilę milczy. Zerka na drzwi, potem tępo gapi się w stół i znowu rzuca okiem w stronę wejścia. Nie, Kornfein nie przyjechał do Tel Awiwu, od czasu procesu nie widzieli się ani razu. David zapewnia, że gdyby teraz Itzik pojawił się w kawiarni, wstałby i uścisnął mu rękę. Powiedziałby mu, że przeprasza za rzeczy, które zrobił. I podziękowałby mu za proces, który zabił Dudiego – bo Dudi był idiotą. Wyrok sądu spowodował, że mógł narodzić się David.

To nie był życiowy kryzys, to była katastrofa. Po zaledwie roku małżeństwa Dudiego zostawiła żona, zabrała ze sobą kilkumiesięcznego synka. Wiedziała, za kogo wychodzi, ale scena spod domu Kornfeina przerosła jej wyobrażenia o mężu. Takiego Dudiego nie znała też teściowa, która miała na córkę wielki wpływ, więc wybaczenie nie wchodziło w grę. Lider protestu przeciwko zatrudnieniu Czeczenów stracił także pracę i przestał wychodzić z domu. Opowiada, że transfer muzułmanów wywoływał w nim wówczas takie uczucie, jakby ktoś palił mu duszę. Ogień ugasiło sto tysięcy dolarów, które musiał zapłacić. Wtedy zaczął myśleć.

– Dla mnie to było jak wyrok śmierci, ale w tamtym czasie zobaczyłem w lustrze swój wizerunek, na który pracowałem przez lata. Musiałem się zatrzymać. Po ogłoszeniu wyroku poszedłem pod dom Itzika i rozbiłem namiot. Powiedziałem, że nie odejdę stamtąd, dopóki nie obniży swoich roszczeń – opowiada.

Bardzo szybko do Davida dołączył ojciec, siedzieli tam we dwóch, dzień i noc przez kolejne dni. Kiedy nadeszło Jom Kipur[7], jedno z najważniejszych religijnych świąt żydowskich, łatwiej było o przebaczenie. Itzik przyszedł do namiotu i poprosił Mizrahich, żeby poszli do domu, zajęli się rodziną, a później wrócili do niego na pertraktacje. Później Itzik rzeczywiście spotkał się z Davidem, nie zrezygnował z pieniędzy, bo stwierdził, że chce mu dać lekcję, ale obniżył żądania do piętnastu tysięcy dolarów. Dla Mizrahich to nadal była duża kwota, ciągle nie spłacili jej w całości, lecz pozwoliła im uwierzyć, że można będzie jeszcze żyć normalnie.

David zaczął odseparowywać się od La Familii, od starych przyjaciół. Opowiada, że czuł się, jakby był pięcioletnim dzieckiem, które rośnie na nowo. Zmienił otoczenie, przez jakiś czas był zupełnie sam. W oczach La Familii oczywiście jest zdrajcą, na zajmowanej przez tę grupę wschodniej trybunie nie czuje się bezpiecznie, zresztą przestał w ogóle chodzić na stadion. Mecze Beitaru ogląda w telewizji.

– Nie rozmawiam z nikim ze starych czasów, zerwałem wszystkie kontakty. To byli moi przyjaciele, nie zdradziłem ich, zdradziłem tamten sposób życia i myślenia. Życzę im wszystkiego dobrego, chciałbym, żeby także oni przeszli przemianę, ale jestem sam. Potrzebowałbym rządu i wielkich firm, abyśmy razem zaczęli używać innej narracji, żebyśmy zaczęli edukować ludzi. La Familia to tylko cztery tysiące osób, a tu trzeba zmienić cały kraj – tłumaczy.

***

W końcu trafiamy do jaskini lwa. Stadion imienia Teddy’ego Kolleka może pomieścić 32 tysiące widzów, w listopadzie 2019 roku Izrael podejmował na nim reprezentację Polski, ale wiadomo, że dziś nie będzie tłumów. Hapoel Hadera to nie jest rywal, który zmobilizowałby większe grupy fanów. Na dwie godziny przed meczem kibice z La Familii wynoszą bębny i flagi ze składu na stadionie. Rzeczywiście nie są dziećmi – są z dziećmi. Swoim ojcom pomagają mali chłopcy w bluzach z wystawionym środkowym palcem i angielskim napisem: „La Familia. Nie próbuj z nami, kurwa, pogrywać”.

Na boisku tuż przy linii bocznej swoje miejsce zajął Ran Shaal, pracownik ochrony. Ran świetnie mówi po angielsku, bo kilka lat spędził w Stanach Zjednoczonych. Natychmiast się nami zainteresował. Gdyby dostarczyć mu odrobinę brązu, szybko wyrzeźbiłby La Familii mały pomniczek.

– To nie jest kwestia rasizmu, każdy w Izraelu zna kogoś, kto ucierpiał przez terroryzm. Mój kuzyn w ataku na autobus stracił oko. W kibicach jest ciągle dużo bólu i nie mogą nagle zacząć kochać Arabów – mówi pytany o skrajne ugurpowanie, o którym słyszał cały świat. – Ale to nie jest tak, że ich nienawidzą. Po prostu Arabowie nie mogą być ich idolami. La Familia pojawiła się z wściekłości, ale to nie są źli ludzie, bardzo kochają klub i go wspierają. Jest trochę przemocy, ale nigdy nie wiesz, jak głupich ludzi masz wokół siebie – tłumaczy.

Beitar łatwo wygrywa 2:0 w meczu bez wielkiej historii. Pnie się w tabeli, jednak daleko mu do lidera. Trybuna wschodnia jest głośna, tym razem nie ma żadnych rasistowskich pieśni ani transparentów. Co kilkanaście minut dołącza do nas w przerwie między innymi obowiązkami Assaf Nahum, od pięciu miesięcy rzecznik prasowy klubu.

– Większość kibiców, którzy przychodzą na stadion, nie należy i nie należała do La Familii. Kibice Beitaru mówią tak o sobie, bo czują się jak rodzina, a nie dlatego, że wspierają jakąś organizację – tłumaczy, ale kiedy widzi, że to może być jednak trudna bajka do sprzedania, umawia się z nami na następny dzień w ośrodku treningowym na dłuższą rozmowę.

Boiska treningowe Beitaru zamiast trybun mają dookoła zbocza gór, na których stoją wille i gigantyczny szpital. Murawę otacza wysoka na kilka metrów siatka, obok, w kontenerach, zorganizowane są biura klubu. Sklep z gadżetami drużyny majaczy na horyzoncie, na samym końcu parkingu, jakby mieli do niego dotrzeć tylko najwierniejsi kibice. Beitar nie zamyka treningów – jako klub ludu pracującego wpisał tę zasadę do swojej konstytucji – ale tak naprawdę nie mógłby ich zamknąć, bo musiałby przykryć ośrodek dachem.

Assaf